Zwiedzanie Andaluzji – Kordoba – atrakcje i ciekawe miejsca

Zanim zacznę cokolwiek pisać o tym co warto zobaczyć w Kordobie małe wyjaśnienie. Czy Kordoba to na pewno Kordoba czy Kordowa? Poprawnie jest Kordowa ale ponieważ dużo popularniejszą wersją nazwy miasta jest Kordoba to ja też będę jej używać (puryści językowi – wybaczcie).

Kordoba to miasto, na które turyści zazwyczaj poświęcają jeden dzień podczas zwiedzania Andaluzji. Mój pomysł na Andaluzję był taki, że chcę zobaczyć mniej miast ale za to w spokojnym tempie i chcę je chociaż trochę poczuć. Z tego względu na Kordobę przeznaczyłam dwa dni – przyjechałam w sobotę rano, wyjechałam w niedzielę wieczorem.

Na początek garść informacji praktycznych – jak dojechać do Kordoby? Jeśli zwiedzacie Andaluzję wynajętym samochodem to nie ma oczywiście żadnego problemu – Kordoba połączona jest ze wszystkimi miastami tego regionu. Jeśli tak jak ja korzystacie z komunikacji zbiorowej to… problemu też nie ma 🙂 Kordoba ma połączenia autobusowe i kolejowe z wieloma miastami Andaluzji i reszty Hiszpanii. Odległość Sewilla-Kordoba wynosi 140 km, transport między miastami zapewnia i pociąg, i autobus.

Podobnie jak w przypadku wyjazdu z Madrytu do Toledo zasada jest ta sama – pociąg jedzie szybciej (40-50 minut) ale jest droższy (ceny od kilkunastu EUR). Autobus jedzie dłużej (1,5 – 2h) ale kosztuje dużo mniej – od 5 EUR. Bilety kupowałam kilkanaście dni przed wyjazdem na stronie ALSA, za przejazd autobusem z Sewilli do Kordoby w dwie strony zapłaciłam 10,5 EUR.

Dworzec autobusowy i dworzec kolejowy w Kordobie położone są naprzeciwko siebie, około 500 metrów od ścisłego centrum miasta więc nawet z walizką można się przespacerować, nie trzeba szukać autobusu miejskiego ani brać taksówki.

Kordoba to jedno z najpiękniejszych miast w Andaluzji i jedno z najciekawszych miejsc w całej Hiszpanii. Cała starówka Kordoby jest wpisana na listę UNESCO, a tutejsza architektura jest wynikiem współistnienia przez wieki różnych kultur i religii. Zaczynamy odkrywanie ciekawych miejsc w Kordobie!

La Mezquita

Najważniejszy zabytek Kordoby może być tylko jeden – La Mezquita. Trudno powiedzieć po polsku co to jest. Dosłownie tłumacząc – meczet. Ale ten meczet zamieniono na katedrę katolicką stąd czasem spotyka się określenie katedro-meczet czy katedra meczet. Jakkolwiek by go nie nazwać jest to miejsce, które w Kordobie warto zobaczyć. A nawet trzeba! Zwiedzanie meczetu w Kordobie najlepiej zaplanować wcześniej – zwłaszcza w sezonie. Bilety można kupić przez stronę internetową, cena biletu dla osoby dorosłej wynosi 11 EUR – drogo ale bez wątpienia warto. Bilety można też kupić w kasie, płatność możliwa jest gotówką lub kartą. Mezquita za darmo dostępna jest wyłącznie dla mieszkańców Kordoby i dla dzieci poniżej 10 roku życia.

Wejście do meczetu prowadzi przez Patio de los Naranjos – plac o powierzchni 6500 metrów kwadratowych, na którym rośnie ponad 100 drzewek pomarańczowych. Znajdują się tu także liczne fontanny, które w przeszłości były używane przez muzułmanów do ablucji przed modlitwą.

Do świątyni wchodzi się przez Puerta de las Palmas – Drzwi Palmowe. Wnętrze meczetu zachwyca od momentu wejścia. Ponad 800 kolumn z marmuru, granitu i jaspisu musi robić wrażenie! A pierwotnie było ich jeszcze więcej – 1293. Kolumny pochodzą ze świątyń rzymskiej i wizygockiej, na których ruinach wzniesiono meczet.

Po zdobyciu Kordoby przez chrześcijan na terenie meczetu zbudowano kilka kaplic, a w XVI w. na miejscu sali modłów powstała katedra. Katedra, która jak widać na zdjęciach zachwyca przepychem. Co tu dużo pisać – to jedno z tych miejsc, którego wielkości nie odda żadne zdjęcie – to po prostu trzeba zobaczyć na własne. Jedna z najważniejszych i najpiękniejszych atrakcji całej Andaluzji, a nawet Hiszpanii. Warto wybrać się do Kordoby chociażby po to, żeby zobaczyć to wyjątkowe miejsce.

Barrio de la Juderia

Niewątpliwa atrakcja Kordoby to dawna dzielnica żydowska. Jej pozostałością jest synagoga – jedyna w Andaluzji zachowana w całości. Dawniej synagoga była połączona przejściem podziemnym ze znajdującym się po drugiej stronie uliczki budynkiem Casa de Sefarad – Domem Sefardyjskim. Dom poświęcony jest pamięci trzech religii – judaizmu, islamu i chrześcijaństwa.

Dalej warto przystanąć na Plaza de Maimonides otoczony domami wybudowanymi w stylu tradycyjnej architektury kordobańskiej. Przy placu znajdują się dziś głównie hotele oraz Muzeum Corridy, czyli Walki Byków. Plac zawdzięcza swoją nazwę arabskiemu filozofowi, który urodził się i mieszkał w Kordobie w XII wieku. Dziś stoi tu jego pomnik.

Nieco dalej znajduje się Zoco Mercado de Artesana – swego rodzaju targ, gdzie wystawiają swoje wyroby lokalni artyści. Dla mnie to przede wszystkim kolejne piękne miejsce pełne kwiatów ale to też dobre miejsce na zakup oryginalnych pamiątek z Kordoby czy w ogóle z Andaluzji. Historia tego miejsca też jest ciekawa, bo to dawny arabski souk gdzie już wtedy promowano lokalne rzemiosło. Budynek został zbudowany w stylu mudejar, a pośrodku znajduje się typowe kordobańskie patio.

Jardines de la Victoria

Wiecie z czego słynie Kordoba? Z kwiatów. O nich jeszcze będzie dużo w dalszej części wpisu ale Kordoba generalnie jest bardzo zielonym miastem. Już idąc z dworca autobusowego czy kolejowego do centrum miasta przechodzi się przez ten piękny park.

Nazwa parku pochodzi od znajdującego się tu dawniej klasztoru Nuestra Senora de la Victoria. Klasztor wyburzono w XIX wieku.

Mercado Victoria

Sama w to nie wierzę ale nie znalazłam nigdzie wcześniej informacji o targu mieszczącym się pośrodku parku. Ale na szczęście zwróciłam na niego uwagę podczas spaceru. Mercado Victoria to miejsce, które pojawiło się w Kordobie bardzo niedawno – w 2013 roku. Jest to odnowiony budynek z 1877 roku.

Jeśli szukacie miejsca gdzie dobrze zjeść w Kordobie to zapiszcie sobie Mercado Victoria. Są tu różne restauracje serwujące lokalne potrawy, sery, są owoce morza (te ośmiornice!), tapasy czy La Gazpachera- stoisko oferujące kilkanaście rodzajów gaspacho. Pysznie i pięknie – to co lubię najbardziej 🙂

Byłam w Kordobie zdecydowanie za krótko, żeby pisać kulinarny przewodnik ale muszę zaznaczyć jedno danie, którego trzeba spróbować w Andaluzji. Mowa o typowym andaluzyjskim śniadaniu – grzance z pomidorami i jamon iberico sowicie polanej oliwą. W Kordobie jadają ją wszyscy, serwowana jest wszędzie, w zestawie z kawą lub sokiem kosztuje 3 – 4 EUR.

I druga rzecz, którą tradycyjnie jada się w Kordobie – tym razem deser. Mowa o pastel cordobes – są to dwie warstwy ciasta francuskiego przełożone dżemem i bakaliami. Jeżeli Wam zasmakuje (mi szczerze mówiąc nie bardzo podeszło) to jest ono dostępne w wielu sklepach jako pamiątka z Kordoby.

Plaza del Potro

Kolejne miejsce, które warto zobaczyć w Kordobie to Plaza del Potro, czyli po polsku Plac Źrebaka. Zyskał on sławę dzięki Miguelowi Cervantesowi, który umieścił w nim gospodę w powieści Don Kichot. Jakieś 400 lat temu plac był miejscem spotkań łotrów i zbirów. Dziś to bardzo przyjemne miejsce na spacer, zakupy czy lunch w jednej z okolicznych restauracji. A sama Posada del Potro rozsławiona przez Cervantesa była kiedyś… domem publicznym. Później zamienioną ją w karczmę i tę rolę pełniła do 1972 roku. Dziś jest siedzibą Domu Flamenco w Kordobie i muzeum Antonio Fernandeza Fosforito.

W centralnym punkcie placu znajduje się fontanna del Potro – z rzeźbą źrebięcia, a jakże by inaczej. Źrebię trzyma w łapkach (kopytkach?) herb Kordoby.

Nieco dalej znajduje się wysoki pomnik Triumf św. Rafaela – poświęcony archaniołowi stróżowi miasta.

W okolicy warto jeszcze zwrócić uwagę na ciekawą fasadę kościoła Iglesia de San Francisco y San Eulogio.

Z placu najlepiej dojść do samej rzeki i zrobić sobie spacer biegnącym wzdłuż niej Paseo Ribera. To kolejne miejsce w Kordobie gdzie można coś zjeść albo wypić. Po drodze pojawi się plac Cruz del Rastro a naprzeciwko niego most Puetne de Miraflores. Idąc dalej dociera się do…

Puente Romano

Puente Romano, czyli most rzymski to kolejny zabytek Kordoby. 240-metrowa przeprawa zbudowana z 16 łuków powstała na fundamentach mostu z czasów Oktawiana Augusta. Przez kilkaset lat był to jedyny most na rzece Gwadalkiwir nie tylko w Kordobie ale w całej Andaluzji.

Na końcu mostu stoi Torre de la Calahorra – wieża obronna, w której mieści się Museum Al-Andalus przedstawiające życie Kordoby w czasach trzech kultur.

W korycie rzeki warto zwrócić uwagę na pozostałości arabskich młynów wodnych – Molino de S. Antonio i Molino de Tellez.

Na drugim krańcu mostu znajduje się Puerta del Puente – brama mostowa, a za nią kolejny Triunfo de San Rafael – patron Kordoby patrzy na miasto z wielu miejsc 😉

Tu mieści się też plac Plaza del Triunfo, który swoją nazwę zawdzięcza kolejnemu już pomnikowi triumfu S. Rafaela.

Alcazar de los Reyes Cristianos

Kolejny punkt obowiązkowy zwiedzania Kordoby. Zamek Królów Katolickich to kompleks, gdzie można podziwiać wieże obronne, piękne mozaiki, patia i przede wszystkim cudowne ogrody – Jardines del Alcazar. Twierdza służyła jako jedna z głównych rezydencji Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego.

Do Alkazaru wchodzi się przez Tower of Lions – Wieżę Lwów. Pochodzi z XIII wieku, a jej nazwa pochodzi od gargulców w kształcie lwów.

Ogromne wrażenie robi główna sala budynku datowana na XVIII wiek. Salon de los Mosaicos to jak nazwa wskazuje piękne mozaiki. Wielu mieszkańców Kordoby marzy o tym, żeby w tej sali wziąć ślub!

Najpiękniejsze w Alcazar są ogrody – drzewka cytrynowe i pomarańczowe, palmy, cyprysy, fontanny, rzeźby – bajka! Gdyby nie to, że Kordoba oferuje mnóstwo innych atrakcji turystycznych to z chęcią spędziłabym tam cały dzień – usiąść na jakiejś ławeczce z książką i wdychać te cytrusowe aromaty – marzenie.

Po zwiedzaniu ogrodów warto też zajrzeć na chwilę do łaźni królewskich Dona Leonor. Swoją nazwę zawdzięczają Leonor de Guzman – kochance króla, na którego cześć zbudowano łaźnie. Myślę, że latem można tam zaznać przyjemnej ucieczki od upału 😉

Cena biletu do Alcazar Cordoba wynosi 5 EUR i nie ma się co zastanawiać czy warto – WARTO.

Patios de San Basilio

Z Alcazar jest już bardzo blisko do calle San Basilio, czyli wszystkiego najpiękniejszego z czego słynie Kordoba. Przy tej uliczce znajdują się najpiękniejsze kwiatowe podwórka. Wstęp do nich jest płatny – bilet za 5 EUR umożliwia zobaczenie 6 podwórek. W punkcie zakupu biletów (na początku ulicy, bardzo dobrze oznaczony) dostaje się mapkę z zaznaczonymi podwórkami. Przy wejściu do każdego z nich jest wyraźna tabliczka – nie sposób ich nie znaleźć. Za bilety można płacić kartą.

Same patia rzeczywiście robią wrażenie – zresztą nie trzeba pisać, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Jest pięknie, kolorowo i… tłoczno. Podwórka są małe, a turystów nawet w lutym bardzo dużo. Ale i tak warto.

Każdego roku, przez 12 dni w maju, odbywa się Festival de los Patios Cordobeses. Mieszkańcy otwierają wtedy swoje dziedzińce i odbywa się konkurs na najpiękniejsze patio. W 2020 roku festiwal jest (był?) zaplanowany na 4 – 17 maja).

Ogrody można zwiedzać od 10 do 14 i od 17 do 22.

Jeśli nie chcecie zwiedzać patios (choć zachęcam) to warto się chociażby przejść uliczką San Basilio. Jak widać też jest bardzo urocza i pełnia kwiatów.

Calleja de las Flores

Jak już jesteśmy przy kwiatach to najpopularniejsza atrakcja turystyczna Kordoby (darmowa) to Calleja de las Flores, czyli uliczka kwiatowa. Jest to wąska uliczka pomiędzy białymi ścianami, na których wiszą doniczki z kwiatami. Uliczka prowadzi do małego podwórka ze studnią. Jak nietrudno się domyślić jest jeszcze bardziej oblegana niż patia na san Basilico. Ale być w Kordobie i nie przejść się uliczką kwiatową? No way.

Wracając z calle san Basilio w kierunku Alakazar mija się Caballerizas Reales – Stajnie Królewskie wybudowane pod koniec XVI wieku gdzie zaczęła się historia koni andaluzjskich.

Na małym placu naprzeciwko stajni znajduje się pomnik Luisa Navas, który się w tej dzielnicy urodził, a na placu gdzie stoi jego pomnik dawał recitale poetyckie.

Nieco dalej znajduje się fajna restauracja Taberna Caballerizas Reales. Bardzo lokalna, z przemiłą obsługą i oferująca dobre jedzenie. Będąc w Hiszpanii trzeba się chociaż raz skusić na jedno z najsłynniejszych tapas – patatas bravas.

Po powrocie na stare miasto warto spędzić chwilę na Plaza Puerta de la Luna – brukowany placyk ze stawem pośrodku. Znajduje się tu kilka restauracji i kawiarni gdzie można sobie zrobić przerwę podczas zwiedzania Kordoby. Puerta de la Luna nazywana jest często bramą do dzielnicy żydowskiej.

Puerta de Almodovar

Druga brama położona jakieś 300 metrów dalej to brama z czasów arabskich – jedna z niewielu zachowanych z czasów średniowiecza.

Templo Romano

Pozostałości rzymskiej świątyni mieszczą się przy calle Capitulares 1. Świątynię wzniesiono na cześć cesarza Augusta. Dziś przypomina ona o tym, że Andaluzja przez ponad 500 lat była częścią Imperium Rzymskiego.

Z Templo Romano zrobiłam sobie spacer do Palacio de Viana. Po drodze znajduje się kilka ciekawych miejsc. Pierwsze stricte kulinarne – La Cuarta Taberna. Świetne śniadania w stylu andaluzyjskim ale kontakt z obsługą tylko na migi – ani słowa po angielsku. Doskonała kawa i fatalne wino. Ale to miejsce oblegane przez Kordobańczyków – naprawdę warto tu coś zjeść.

Znajduje się przy pasażu calle Capitulares, po drugiej stronie znajduje się bardzo okazały budynek ratusza (Ayuntamiento) Kordoby.

Po posileniu się można spacerować dalej – po drodze są piękne kościoły Iglesia de san Pablo i Iglesia de san Andres.

W okolicy jest jeszcze jedno przyjemne miejsce, które warto zobaczyć w Kordobie – Jardines de Orive i Palacio de Orive.

Pałac i należący do niego ogród zaadaptowano w 2004 roku na park miejski. W ogrodach znajduje się stary budynek kapituły klasztoru San Pablo. W wykopaliskach przeprowadzonych w ogrodzie odnaleziono pozostałości cyrku rzymskiego.

Ci, którzy czytają mnie regularnie pewnie domyślają się, że to co mnie urzekło szczególnie w tym miejscu to streetart 😉 Murale są nieco zniszczone ale wciąż bardzo ciekawe. Warto tu wstąpić w drodze do Pałacu Viana.

Palacio de Viana

Pałac nazywa się potocznie muzeum dziedzińców. Dosyć surowa fasada kryje piękne wnętrza i liczne ukwiecone patia.

Jeszcze w 1980 roku pałac był prywatnym domem niedostępnym dla turystów, a dziś jest jedną z największych atrakcji turystycznych Kordoby, którą odwiedza 200 tysięcy osób rocznie! Muszę przyznać, że nawet w lutym było bardzo dużo turystów – w kolejce po bilety stałam ponad 20 minut!

W Palacio de Viana można zwiedzać same patia i ogrody (jest ich 12, cena biletu to 6 EUR), same wnętrza pałacowe (cena również 6 EUR) lub można kupić bilet łączony na patia i pałac za 10 EUR. Zwiedzanie ogrodów robi się na własną rękę, wnętrza pałacowe zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem w ramach wycieczek organizowanych co godzinę. Ze względu na brak czasu zdecydowałam się tylko na patia.

12 dziedzińców jest ze sobą połączonych galeriami. Każdy ogród na pewno wygląda jeszcze piękniej wiosną gdy kwitnących kwiatów jet więcej ale domyślam się, że i turystów jest wtedy co niemiara. Jest przepięknie, pocztówkowo, instagramowo – nazywajcie jak chcecie. W każdym razie moim zdaniem Palacio de Viana to punkt obowiązkowy zwiedzania Kordoby.

Plaza de la Corredera

Z pałacu można przejść wąskimi uliczkami na Plaza de la Corredera – plac nietypowy dla Andaluzji, bo zaprojektowany w stylu kastylijskim. To miejsce nieco oddalone od całego turystycznego centrum dlatego jest tu spokojnie i cicho. Nie da się ukryć, że plac przywodzi na myśl madrycki Plaza Mayor.

Wśród budynków otaczających plac wyróżnia się targ Sanchez Pena. Obecnie mieści się tu targ (niestety w niedziele nieczynny) ale dawniej służył jako ratusz i więzienie.

Pod koniec lutego w Kordobie odbywa się karnawał. Większość wydarzeń kończy się właśnie na placu Corredera. Zupełnym przypadkiem trafiłam na tę imprezę 😉 Targ zamknięty, jest karnawał. Coś za coś 😉

Warto przespacerować się wąskimi uliczkami odchodzącymi od placu. Jest tu cisza i spokój, z dala od zgiełku centrum. Przy niewielkim placyku (Plaza de las Canas) w okolicy warto zwrócić uwagę na Colegio Nuestra Senora de la Piedad, a nieco dalej na uliczny ołtarz (na maps.me jest oznaczony jako religious wall).

Plaza de las Tendillas

I na koniec jeszcze jeden plac, chociaż chyba powinnam o nim napisać na początku 😉 Mieści się tu informacja turystyczna Kordoby więc jeśli potrzebujecie mapki czy informacji dotyczących zabytków Kordoby to zacznijcie zwiedzanie miasta od tego właśnie placu.

Historia placu sięga XIV wieku kiedy znajdowały się tu budynki zakonu Calatrava. Budynki rozebrano w 1860 roku i na ich miejscu wybudowano hotel Suizo. Ten z kolei przetrwał do 1923 roku.

W 1927 roku na placu ustawiono pomnik Wielkiego Kapitana.

Na placu de las Tendillas mieszkańcy Kordoby i turyści witają nowy rok. Konkretnie pod zegarem Reloj de las Tendillas znajdującym się w rogu placu. Zegar charakteryzuje się tym, że zamiast wygrywać tradycyjny dźwięk gra dźwiękiem gitary zbudowanej przez Manuela Reyesa Maldonado i granej przez gitarzystę Juana Serrano.

Przy placu warto też zwrócić uwagę na piękny budynek Palacio Colomera (dziś hotel) oraz budynek Edificio de La Union y el Fenix – w czasie wojny secesyjnej mieściła się tu jedna z syren ostrzegających przed nadejściem bombardowań.

Z tego placu odchodzą główne ulice handlowe Kordoby więc jeśli chcecie poszaleć na zakupach to właśnie tu 😉 Ale przecież Kordoba oferuje tyle atrakcji, że szkoda czasu na zakupy! Spacerując tymi uliczkami warto spojrzeć na Fuente Oraculo del Bulevar czy pomnik kobiety czytającej kordobański dziennik.

Kordoba – czy warto?

Warto! Bez wątpienia warto. To jedno z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych miast w Hiszpanii. No i tak bardzo kwiatowe! Na ile dni zaplanować wycieczkę do Kordoby? Najlepiej na dwa – wtedy można pozwiedzać bez pośpiechu. Jeśli możecie pozwolić sobie tylko na zwiedzanie Kordoby w jeden dzień to koniecznie kupcie wcześniej bilety do Alkazar i do meczetu, żeby nie tracić czasu w kolejkach. I w jeden dzień zobaczycie te dwa miejsca, obejrzycie patia plus zrobicie sobie spacer po starym mieście. Więcej raczej będzie ciężko wcisnąć. No chyba, że nie będziecie jeść i odpoczywać tylko biegać od atrakcji do atrakcji a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi 😉 Ja spędziłam w Kordobie dwa dni, zobaczyłam wszystko co chciałam, miałam czas na spokojne spacery i przerwy na kawę czy jedzenie natomiast jakbym miała spędzić tam 3 dni to też bym się nie nudziła. Stare miasto jest plątaniną przeuroczych uliczek a każda restauracja czy kawiarnia zachwyca architekturą i wystrojem. Kordoba jest piękna i koniecznie musi się znaleźć w każdym planie zwiedzania Andaluzji.

I na koniec jeszcze jedno ważne pytanie – kiedy jechać do Kordoby? Odpowiem kiedy nie jechać – latem. Kordoba uchodzi za najcieplejsze miasto całej Hiszpanii, pod koniec lutego było 25 stopni więc letnie upały są nie do życia i na pewno ciężko się wtedy zwiedza Kordobę. Ze względu na bogactwo kwiatów i zieleni Kordoba szczególnie piękna jest wiosną, natomiast maj jest miesiącem festiwalu patios więc trzeba się liczyć z tłumami turystów i wysokimi cenami noclegów.

Madryt – przewodnik kulinarny

Uwielbiam Madryt. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolę stolicę Hiszpanii od popularniejszej Barcelony. Ale zawsze jakoś tak się składa, że w Madrycie bywam przy okazji. Parę ładnych lat temu spędziłam w Madrycie 1 dzień, bo kupiłam sobie bilety na Maltę z Poznania przez… Madryt 😀 I tak już kilka razy. Podczas mojej ostatniej podróży, której głównym celem była Andaluzja w Madrycie spędziłam 2 dni. I były to dni poświęcone na niespieszne włóczenie się po mieście. Bez zwiedzania, muzeów, pałaców i innych atrakcji. Tylko ja i Madryt. Wróciłam jeść do sprawdzonych miejscówek ale też odkryłam coś nowego. Zapraszam na mój mały przewodnik – Madryt kulinarnie czas start!

Mercado de San Miguel

Na początek klasyk klasyków i miejsce, które absolutnie trzeba odwiedzić w Madrycie – czy to na tapas, czy na szybki lunch, czy po prostu na lampkę wina. Coś słodkiego też się znajdzie.

Mercado de San Miguel to najsłynniejsza hala targowa w Madrycie. Tak jak nie ma zwiedzania Barcelony bez wizyty na targu la Boqueria, tak nie ma włóczęgi po Madrycie bez choćby jednorazowej wizyty w Mercado de San Miguel. Oczywiście wiele osób narzeka, że ceny są wysokie, że to atrakcja dla turystów, że z roku na rok coraz mniej tu autentycznego hiszpańskiego klimatu… Ale radzę tych głosów nie słuchać tylko pójść i samemu zdecydować czy to miejsce na jednorazową wizytę czy tak jak ja będziecie chcieli tu wracać i wracać.

Mercado de San Miguel mieści się w samym centrum miasta, tuż przy Plaza Mayor. Sama hala została wybudowana w 1916 roku, w latach 2003 – 2009 przeszła generalny remont i dziś jest nie tylko miejscem gdzie można dobrze zjeść w Madrycie ale też atrakcją turystyczną samą w sobie.

W środku czeka ponad 30 stoisk, a na nich symbol Hiszpanii – szynka iberyjska, owoce morza, które przyjeżdżają do Madrytu codziennie z Galicji, sery z Kastylii, Asturii i Kraju Basków, hiszpańskie oliwki, desery, bary z winem i tapas wszelkiego rodzaju. Dla miłośników włoskich klimatów – jest Aperol i stoiska z włoskimi przekąskami.

Mercado de San Miguel jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów ale spotkacie tu też mnóstwo Madrytczyków. Za dnia wpadają na szybki lunch, wieczorem na lampkę wina u ulubionego barmana. Jeśli jeszcze macie wątpliwości czy warto się tu wybrać to już nie powinniście. Dla mnie punkt obowiązkowy każdej wizyty w Madrycie.

Godziny otwarcia hali: niedziela-czwartek 10.00-24.00, piątek i sobota 10.00-1.00.

Mercado de San Anton

Druga hala targowa, którą warto odwiedzić w Madrycie to Mercado de San Anton położona w dzielnicy Chueca przy Calle de Augusto Figueroa 24. Jeśli szukacie miejsca gdzie warto zjeść w Madrycie to zapiszcie sobie ten adres. Tu turystów jest bardzo niewielu – miejsce zdecydowanie oblegane przez Madrilenos.

Ja zresztą mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju hal targowych – na publikację czekają wpisy z Kaliningradu czy Stuttgartu gdzie też traciłam głowę i zdrowy rozsądek w tego typu miejscach.

Mercado de San Anton liczy kilka poziomów. Na pierwszym znajduje się supermarket (żadna to atrakcja więc można pominąć). Na drugim już robi się ciekawiej – są tu stragany ze świeżymi owocami i warzywami, rybami, oliwkami, szynkami i wszelkimi innymi specjałami jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. To miejsce na zakupy spożywcze, nie na jedzenie.

Najpyszniej robi się na kolejnym piętrze – tu mamy kilkanaście stoisk z tapasami i daniami z różnych stron Hiszpanii. Ale dla znudzonych hiszpańską kuchnią jest też sushi.

Ja zdecydowałam się na kolację rodem prosto z wysp Kanaryjskich. Wino też było z Gran Canarii! Świetne.

Największa atrakcja targu znajduje się na ostatnim piętrze. Tą atrakcją jest restauracja La Cocina de San Anton z prawie 400-metrowym tarasem oferującym nieziemskie widoki na Madryt. Przepięknie urządzona, zawsze pełna ludzi. Na zewnątrz znajduje się koktajl bar więc nie musicie tu jeść, można przyjść tylko na kawę lub lampkę wina. Jeśli chcecie odkrywać Madryt Kulinarnie – pozycja obowiązkowa.

Takos al Pastor

Jest takie miejsce w Madrycie, do którego zawsze stoi kolejka przed wejściem. Mowa o restauracji Takos al Pastor. A właściwie o dwóch restauracjach – jedna mieści się tuż przy Plaza Mayor przy Calle de Botoneras 7, a druga bardzo blisko Gran Via – przy Calle de la Abada 2. Jak nietrudno się domyślić restauracja serwuje meksykańskie tacosy. W wersja różnych różnistych ale najlepsze jest w nich to, że 1 taco kosztuje tylko 1 EUR. Ceny jedzenia w Madrycie są dosyć wysokie więc nic dziwnego, że knajpa, która serwuje dobre i tanie jedzenie w samym centrum miasta jest tak oblegana. Są tacos, są quessadillas, jest margarita. Same pyszności.

Menu dostępne jest tylko w języku hiszpańskim ale obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku i można bez problemu zamówić co się chce. Jak już odstoicie swoje w kolejce do wejścia to potem na jedzenie czeka się dosłownie 3 minutki. Gdzie dobrze i tanio zjeść w Madrycie? Takos al Pastor! Koniecznie!

Śniadanie w parku El Retiro

Wybór tego co zjeść na śniadanie w Hiszpanii dla mnie jest banalny – tortilla de patatas. Codziennie. Do znudzenia. Prosta rzecz – ziemniaki, jajka, cebulka. Polane obficie oliwą. Uwielbiam i jadam codziennie podczas pobytów w Hiszpanii.

A gdzie zjeść śniadanie w Madrycie? W słoneczny dzień, nawet lutowy, najlepiej smakuje w parku El Retiro. Jest tam sporo restauracji i kawiarni, które całym rokiem oferują śniadania z pięknym widokiem na tłumy spacerowiczów i biegaczy. Tym razem jadłam w Galapagos – było super smacznie. I widok mają chyba najlepszy 🙂 Tortilla de patatas, kawa i wino – idealne rozpoczęcie pięknego dnia w Madrycie 🙂

Barajas Campanilla

I na koniec miejsce najbardziej niepozorne, z dala od turystycznego zgiełku Madrytu, a dla mnie prawdziwa perełka na kulinarnej mapie stolicy Hiszpanii. Jest to miejsce, do którego pewnie większość z Was jednak nie trafi, bo znajduje się ono w dzielnicy Barajas – kilkaset metrów od lotniska. Ze względu na to, że mój lot powrotny z Madrytu był o 7 rano zdecydowałam się spędzić ostatnią noc w stolicy Hiszpanii właśnie w dzielnicy Barajas, żeby szybko dojechać na lotnisko (metro w Madrycie kursuje dopiero od 6 rano!).

Jeść wyszłam o godzinie 16 – większość restauracji w Hiszpanii jest o tej porze zamkniętych. Jedyną otwartą była właśnie Barajas Campanilla. Jak popatrzyłam na ten staroświecki bar i stoliki z obrusami w kratę to pomyslałam, że albo to będzie kompletna porażka albo strzał w 10tkę. I nie pomyliłam się. Zacznijmy od tego, że barman – pan w średnim wieku (delikatnie rzecz ujmując) bardzo dobrze mówił po angielsku. Dodajmy, że w Madrycie to rzadko spotykane, nawet jeśli w restauracjach jest angielskie menu to kelnerzy nie mówią w tym języku nawet słowa. Pan był bardzo kontaktowy i czułam się taka… zaopiekowana. Na początek dostałam lampkę wina i różne tapasy do spróbowania. Byłam przekonana, że to wszystko znajdzie się później na moim rachunku ale okazało się, że to wszystko było po prostu miłym gestem ze strony obsługi! Tapasy rozbudziły mój apetyt więc zamówiłam ich więcej, do tego wciągnęłam ogromny kawałek tortilla de patatas (uwielbiam i nie mogłam sobie odmówić) no i to wino… 🙂 A na koniec dostałam jeszcze deser – domową pralinkę czekoladową. Bardzo przyjemne zakończenie mojej hiszpańskiej wyprawy. Jeśli też będziecie kiedyś spać w Barajas czy to przy okazji jakieś przesiadki czy wczesnego wylotu to koniecznie idźcie do Campanilla!

Zwiedzanie Hiszpanii – Toledo w jeden dzień z Madrytu

Jeśli szukacie pomysłu co warto zobaczyć w okolicach Madrytu to najbardziej oczywistą odpowiedzią jest Toledo. Popularny cel wycieczek jednodniowych ze stolicy Hiszpanii. Hiszpanie mówią, że jeśli masz w ich kraju odwiedzić tylko jedno miejsce to powinno to być Toledo. Miasto w 1986 roku zostało wpisane na listę UNESCO.

Podczas swojego ostatniego pobytu w Hiszpanii też się zdecydowałam na taką jednodniową wyprawę. A jak ją krok po kroku zorganizować? I czy warto w ogóle wybrać się do Toledo? Zapraszam na moją relację.

Toledo – dojazd z Madrytu

Do Toledo można się wybrać z Madrytu wynajętym samochodem ale nie polecam takiej opcji, bo samo centrum Toledo jest zamknięte dla ruchu kołowego – samochód będzie trzeba zostawić na parkingu, a po mieście i tak można poruszać się wyłącznie pieszo.

Zatem jak szybko i tanio dojechać z Madrytu do Toledo? Opcje są dwie – pociąg lub autobus. Jak nietrudno się domyślić pociąg jest opcją szybszą ale droższą, a autobus tańszą ale dłuższą. Odległość Toledo od Madrytu to 70 km, pociąg pokonuje tę trasę w 30 – 40 minut, autobus w niecałą godzinę. Cena biletu na pociąg z Madryt-Toledo wynosi od 13 EUR w jedną stronę więc całkiem sporo. Bilety na autobus można kupić od 4 EUR w jedną stronę. Ponieważ różnica w cenie jest spora to ja zdecydowałam się na dojazd autobusem.

Wyjazd z Madrytu do Toledo możliwy jest ze stacji Plaza Eliptica. Jest to podziemny dworzec autobusowy połączony ze stacją metra o tej samej nazwie. Stacja jest bardzo dobrze oznakowana, autobusy do Toledo odjeżdżają z bramki 7 co jest zaznaczone już przy wyjściu z metra więc naprawdę ciężko by się było zgubić. Jeśli macie bilet kupiony wcześniej to po prostu pokazujecie go kierowcy, jeśli nie to jest możliwość zakupu biletu w automatach na stacji – automaty firmy ALSA znajdują się naprzeciwko bramki 7. Autobusy jeżdżą co pół godziny. Warto zaplanować wycieczkę z Madrytu do Toledo co najmniej kilka dni przed wyjazdem i kupić bilety na stronie ALSA – wtedy będą one najtańsze. Autobus z Madrytu do Toledo jeździ 2 razy na godzinę więc bez problemu można zaplanować sobie jednodniową wycieczkę.

Dworzec autobusowy w Toledo znajduje się tak jakby pod główną, starą częścią miasta ale bez stresu – nie trzeba się wdrapywać, na stare miasto w Toledo zawożą turystów i mieszkańców ruchome schody.

Stacja kolejowa jest oddalona jeszcze bardziej od centrum i z niej trzeba sobie zrobić dłuższy spacer albo podjechać miejskim autobusem. Jeśli wybierzecie się do Toledo pociągiem to obejrzyjcie dokładnie dworzec – zbudowano go w 1919 roku w stylu neomudejar i podobno sam w sobie jest atrakcją. Ja niestety nie widziałam.

Jeśli tak jak ja dojedziecie do Toledo autobusem to zwiedzanie Toledo zaczniecie od pozostałości klasztoru św. Pawła. Znajdują się one po drodze z dworca autobusowego do ruchomych schodów wiodących na starówkę Toledo, w miejscu zwanym sadem św. Pawła. Dominikanie otrzymali ten teren od króla Ferdynanda III, wybudowali tu kościół i klasztor. Z powodu niesprzyjających warunków opuścili je w 1407 roku i przenieśli się do centrum Toledo, a my dziś możemy zobaczyć pozostałości klasztoru i nieco dalej murów miejskich Toledo.

Palacio de Congresos de Toledo el Greco

Po wjechaniu ruchomymi schodami na stare miasto w Toledo po lewej stronie powita nas Pałac imienia El Greco. El Greco będzie pojawiał się w Toledo może nie na każdym kroku ale bardzo często. Co ma Grek do hiszpańskiego miasteczka? Otóż urodzony na Krecie artysta mieszkał i tworzył w Toledo przez ponad 30 lat, tu też 7.04.1614 roku zmarł. Jest jednym z najsłynniejszych mieszkańców Toledo.

Plaza de Zocodover

Idziemy cały czas prosto i po chwili docieramy do Plaza de Zocodover – centralnego punktu Toledo. Tu znajduje się informacja turystyczna i stąd wyruszają free walking tours. W informacji turystycznej pracownicy mówią po angielsku (miłe zaskoczenie w Hiszpanii), można dostać darmową mapkę i dowiedzieć się co można w Toledo zwiedzić.

Przy placu znajdują się też liczne cukiernie, kawiarnie i sklepy gdzie można spróbować lub kupić marcepan, z którego Toledo słynie. Marcepan przywędrował do Hiszpanii z krajów arabskich – skąd dokładnie i jak to się stało – nie wiadomo. W każdym razie jeśli zastanawiacie się co wyjątkowego kupić i co przywieźć z Toledo to marcepan może być dobrym pomysłem.

Z placu warto skręcić w lewo w ulicę Cervantesa gdzie znajduje się pomnik… Miguela Cervantesa – twórcy postaci Don Kichota , dzięki któremu o regionie la Mancha usłyszał niemal cały świat. Pomnik powstał w 2016 roku, z okazji 400. rocznicy śmierci artysty i bardzo szybko stał się jedną z najpopularniejszych i najchętniej fotografowanych atrakcji turystycznych Toledo. A Toledo leży na szlaku turystycznym Śladami don Kichota z la Manchy.

Tuż przy pomniku znajduje się restauracja Cuchara de Palo gdzie postanowiłam zjeść drugie śniadanie. Mimo iż ja trafiłam tam zupełnym przypadkiem to jest to świetne miejsce gdzie można zjeść w Toledo i bardzo je polecam. Małe śniadanie na słodko, czyli np. rogalik + kawa czy jogurt, owoce + kawa kosztuje zaledwie 2,2 EUR. Słone – 2,8 EUR. Porządny kawał hiszpańskiego omletu i kawa za 13 zł – warto. Jedzenie pyszne, porcja duża, piękne wnętrze, obsługa mówiąca po angielsku – dokonały początek intensywnego dnia w Toledo. Wino jak widzicie też mają 😉

Idąc dalej ulicą Cervantesa po lewej stronie zobaczymy Museo de Santa Cruz – muzeum sztuki mieszczące się w XVI-wiecznym budynku służącym dawniej jako szpital. Wśród dzieł zgromadzonych w muzeum warto zwrócić uwagę na 10 obrazów El Greco (mówiłam, że będzie pojawiał się co chwilę!).

Alcazar de Toledo

Wracamy do głównej ulicy i podziwiamy Alcazar – najbardziej imponujący budynek w Toledo znajdujący się w najwyższej części miasta. W średniowieczu służył jako twierdza, dziś mieści się w nim Muzeum Wojskowości oraz druga co do wielkości biblioteka w Hiszpanii – Biblioteca de Castilla-La Mancha.

Z tyło warto zwrócić uwagę na 6-metrowy pomnik Zwycięstwa.

Parque del Alcazar i Parque Corrillo de S. Miguel

Na tyłach Alcazar, tuż przy rzece, znajdują się dwa parki. Z Parque de Alcazar można zobaczyć widoczny po drugiej stronie rzeki Tag Castillo de San Servando – zamek św. Servando. Został założony przez mnichów jako klasztor, później przejęli go templariusze. Dziś znajduje się w nim hostel, a sam zamek uwiecznił El Greco (witamy ponownie!) na swoim obrazie zatytułowanym Widok Toledo. Obraz ten można zobaczyć w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

Rozpościera się stąd piękna panorama okolic Toledo. Warto usiąść na chwilę (niestety atrakcji w Toledo jest mnóstwo, czas goni) i popatrzeć.

Park Corillo de S. Miguel znajduje się przed kościołem – Iglesia de San Miguel. Stąd wąskimi uliczkami starego miasta można sobie zrobić spacer do ścisłego centrum.

Plaza Mayor

Plaza Mayor to główny plac Toledo ale jeśli oczekujecie wielkiej przestrzeni gdzie toczy się życie miasta to możecie być nieco rozczarowani. Plac jest w istocie niewielki, znajduje się przy nim kilka sklepików i restauracji, a także hala targowa – Mercado de Abastos. Nie jest tajemnicą, że mam do hal targowych ogromną słabość więc musiałam wejść. Ale delikatnie mówiąc w Toledo szału nie ma – to jest takie typowe miejsce na zakupy spożywcze dla miejscowych. Marchewka wyrwana prosto z ziemi, jajka od kury itp. Dla turysty niewielka to atrakcja.

Stąd znowu trzeba ruszyć na spacer wąskimi uliczkami kierując się ku katedrze. Po drodze warto zwrócić uwagę na budynek Posada de la Santa Hermandad – Artystyczny Zabytek Architektury, który w XV wieku był siedzibą Świętego Bractwa.

Katedra Najświętszej Marii Panny w Toledo

Błądząc w uliczkach Toledo (zupełnie pustych w lutym!) w końcu docieramy do największej atrakcji Toledo. Katedra uznawana jest za jeden z najważniejszych gotyckich zabytków sakralnych w Hiszpanii. Wybudowano ją w latach 1227–1493 na fundamentach dawnej katedry wizygockiej. Do budowy użyto białego kamienia z Olihuelas. We wnętrzu katedry znajdują się liczne dzieła sztuki pędzli takich artystów jak Goya, El Greco (ktoś liczy który to już raz?), Caravaggio, Rubens czy Tycjan. Istne muzeum! Wielka szkoda, że nie zdążyłam zobaczyć katedry w środku ale jeden dzień na zwiedzanie Toledo to naprawdę niewiele!

Katedra otwarta jest dla zwiedzających od poniedziałku do soboty w godzinach 10.00-18.00 i w niedziele od 14.00 do 18.00. Cena biletu to 12,5 EUR.

Katedra najlepiej prezentuje się od strony Plaza del Ayuntamiento – Placu Ratuszowego. Jak nazwa wskazuje znajduje się przy nim ratusz, a także Pałac Arcybiskupi. I mnóstwo turystów – tak, tu nie było widać, że to nie sezon turystyczny.

Paseo de San Cristobal

I sprzed katedry czas na dalszy spacer – pod górę (tego dnia zrobiłam ponad 80 pięter!) w kierunku Paseo de San Cristobal. Nie wiem jak to nazwać, bo ni to ulica, ni to park. Może taki skwer skąd rozpościera się pięęęękny widok na okoliczną przyrodę. Tu się poczułam trochę jakbym była w Toskanii. Jak tam wtedy stałam i patrzyłam na tę soczystą zieleń to myślałam sobie, że za 3 miesiące w tej Toskanii znowu będę. Wtedy nie miałam pojęcia, że w ciągu kilkunastu dni sytuacja zmieni się na tyle, że i o Toskanii trzeba zapomnieć, i o jakimkolwiek innym wyjeździe.

Ze skwerku zejście (w dół dla odmiany) ku dzielnicy żydowskiej – Juderia de Toledo.

Casa Museo de El Greco

Na początek nasz dobrze znany przyjaciel – El Greco. Muzeum otwarto w 1911 roku. Składa się z dwóch budynków – muzeum mieszczącego się w XVI-wiecznym budynku oraz domu odtwarzającego nieistniejący już dom El Greco. W muzeum można zobaczyć liczne dzieła greckiego artysty, zwłaszcza z okresu jego późniejszej działalności. Cena biletu wstępu 3 EUR.

Naprzeciwko muzeum znajduje się pomnik Samuela ha-Levi (o tym kim on był piszę nieco niżej) oraz park – Jardines del Transito. Ten park to kolejne miejsce, z którego rozciąga się pocztówkowy widok.

Sinagoga del Transito – Museo Sefradi

Od tego miejsca tak naprawdę zaczynają się najciekawsze miejsca i atrakcje Toledo. Na początek synagoga z XIV wieku, w której mieści się obecnie Muzeum Żydów Sefradyjskich.

Synagogę założył Samuel ha-Levi Abulafia, skarbnik Piotra Kastylijskiego, około 1356 roku. Synagoga była połączona jego domem bramą i miała służyć jako prywatny dom modlitwy. Król Piotr prawdopodobnie wyraził zgodę na budowę synagogi, aby zrekompensować Żydom z Toledo zniszczenia, które miały miejsce w 1348 roku podczas antyżydowskich pogromów.

Po wypędzeniu Żydów z Hiszpanii synagoga została przekształcona w kościół. Podczas wojen napoleońskich mieściła się w niej kwatera wojskowa, a od 1910 roku mieści się w niej muzeum.

W budynku znajdują się polichromowane sztukaterie w stylu Nasrid, hebrajskie napisy wychwalające samego króla i ha-Leviego oraz cytaty z psalmów, a także masywny sufit w stylu mudejar.

Synagoga słynie z dekoracji stiukowej gdzie arabskie napisy przeplatają się z wzorami kwiatowymi. Porównywana jest ona z Alcazarem w Sewilli i pałacami Alhambra w Granadzie. Cena biletu – 3 EUR. Warto zwiedzić będąc w Toledo!

Zwiedzanie synagogi obejmuje też cmentarz żydowski. Podczas mojego pobytu był w remoncie o dostępny był tylko częściowo.

Jeśli chcecie zaoszczędzić na biletach wstępu do atrakcji w Toledo to warto rozważyć zakup tzw. Pulsera de Toledo. Jest to bilet wstępu (w formie opaski na rękę) do 7 atrakcji: Iglesia de Santo Tome, Sinagoga de Santa Maria la Blanca, Monasterio de San Juan de do los Reyes, Mezquita del Cristo de la Luz, Iglesia de los Jesuitas, Iglesia del Salvador oraz Real Colegio de Doncellas Nobles. Opaska kosztuje 10 EUR, pojedynczy bilet wstępu do każdego z wymienionych miejsc 3 EUR więc zdecydowanie się opłaca. Opaskę można zakupić w każdym miejscu, gdzie jest ona honorowana, przy wejściu do kolejnych po prostu się ją pokazuje. Opaska nie ma terminu ważności – można z niej korzystać tak długo jak ma się ją na nadgarstku.

Sinagoga de Santa Maria la Blanca

Pierwszy zabytek z listy. Znajduje się w miejscu, w którym w XII wieku stała główna synagoga Toledo. W XV wieku przestała ona pełnić rolę synagogi i przekształcono ją w kościół Santa Maria la Blanca (Świętej Marii Białej). Jest to najstarszy istniejący budynek synagogi w Europie. Wyjątkowość tej synagogi polega na tym, że została zbudowana w chrześcijańskim królestwie Kastylii przez islamskich architektów do użytku żydowskiego. Jest uważana za symbol współpracy między trzema kulturami, które zamieszkiwały Półwysep Iberyjski w średniowieczu.

Na suficie warto zwrócić uwagę na dekoracje – szyszki będące symbolem narodu izraelskiego.

Monasterio de San Juan de los Reyes

Jeśli jesteście w Toledo na bardzo krótko (nie polecam ale różnie bywa) i miałabym wskazać jedno miejsce, które trzeba tu zwiedzić to wybrałabym właśnie ten klasztor. Królowie Katoliccy zamówili budowę klasztoru w podziękowaniu za zwycięstwo nad Portugalczykami w bitwie pod Toro.

Sufit parteru tworzą niemieckie sklepienia krzyżowe z postaciami świętych przeplatanymi motywami zwierząt i roślin. Górne krużganki zawierają ornamentykę mudejar, w tym sufit z drewna modrzewiowego, pomalowany motywami i herbami monarchów katolickich.

Dwupoziomowe krużganki otacza piękny (cudowny, fantastyczny, boski!) ogród. Sam klasztor wybudowany w stylu izabelińskim uchodzi za najpiękniejszą budowlę gotycką w Hiszpanii i chyba patrząc na zdjęcia nie macie wątpliwości, że to miejsce warto zobaczyć w Toledo? 😉

Puente de San Martin

Z klasztoru zrobiłam sobie spacer (w dół) do parku, z którego rozpościera się widok na most św. Marcina – Puente de San Martin. Jest to średniowieczna, kamienna przeprawa przez rzekę Tag. Sam most jest piękny, rozpościera się z niego jeszcze piękniejszy widok na Toledo a wzdłuż niego można sobie zjechać… tyrolką. Pewnie gdybym miała więcej czasu to bym się skusiła, lubię takie atrakcje 😉

Miło szło się w dół ale trzeba wracać i to pod górę. Kolejny punkt zwiedzania Toledo czeka.

Real Collegio Doncellas Nobles

Nie ukrywam, że nie miałam pojęcia o tym miejscu, mój przewodnik po Toledo o nim nie wspominał – może dlatego, że budynek udostępniono dla zwiedzających dopiero w 2016 roku. Jako, że kupiłam bilet łączony, o którym pisałam wyżej to uznałam, że zajrzę.

Real Collegio Doncellas Nobles to instytucja ufundowana przez arcybiskupa Toledo kardynała Juana Martinez Silceo w 1551 roku. Wówczas szkoła dla dziewcząt z Toledo, której celem było wychowanie młodych kobiet do bycia dobrymi matkami (sic!)

Dziś jest rezydencją uniwersytecką, a sam budynek znajduje się na liście królewskich zabytków hiszpańskiej organizacji dziedzictwa narodowego Patrimonio Nacional.

Największe wrażenie robi kaplica kościelna kolegium – ołtarz główny z płótnem Matki Boskiej, barokowe ołtarze z dziewicą Virgen del Pozo i Saint Jerome.

Iglesia de Santo Tome

Szukając informacji o tym co zwiedzić albo co zobaczyć w Toledo na pewno trafi się prędzej czy później na kościół Santo Tome.

W 1586 roku proboszcz kościoła Santo Tome poprosił El Greco (witamy po raz kolejny!) o namalowanie obrazu upamiętniającego zmarłego dobroczyńcę świątyni – Don Gonzalo Ruiz, który jest w nim pochowany. Pogrzeb hrabiego Orgaza, bo tak nazwano dzieło, powstawał przez 2 lata. Dziś to malowidło uważa się za jeden z najważniejszych obrazów El Greco i jedną z najważniejszych atrakcji Toledo.

W tym kościele nie można robić zdjęć i jest to bardzo pilnowane. Obraz El Greco znajduje się w Kaplicy Poczęcia, zaraz przy wejściu – trudno go przegapić – raz ze względu na rozmiar (460 × 360 cm), a dwa – na ogrom turystów, który się zawsze przed nim kłębi. Powyższe zdjęcie zaczerpnęłam z Wikipedii.

Iglesia del Salvador

Kolejny dowód na multikulturowość i wieloreligijność Toledo. IX-wieczny meczet przekształcony w 1159 roku w kościół katolicki. Z tego względu jest zorientowany na południowy wschód – w kierunku Mekki.

Od 2000 roku przeprowadzono tu wiele prac archeologicznych, których ślady można w kościele i jego otoczeniu oglądać.

Kościół jezuitów – Iglesia de los Jesuitas

Tradycja głosi, że kościół jezuitów stoi w miejscu narodzin San Ildefonso – patrona Toledo. Jego frontowa fasada skierowana jest w kierunku katedry.

Kościół wzorowany na rzymskiej świątyni Gesu składa się z głównej nawy i otaczających ją bocznych kaplic. Kaplice są prawdziwym muzeum rzeźby, które w wielu przypadkach opowiada historię jezuitów.

Mezquita del Cristo de la Luz

Budynek datowany na 999 rok w czasach Kalifatu pełnił rolę meczetu (nazywał się wtedy Bab al-Mardum). Jest najstarszą świątynią muzułmańską w Hiszpanii. 200 lat później rozbudowano go i przekształcono w kościół. Dziś jest to przestrzeń zdesakralizowana.

Budynek otoczony jest tarasem i ogrodem, które zakończone są ścianą Arabską, z której rozpościera się piękny widok na Puerta del Sol i na miasto. W 2006 roku w ogrodach odkryto pozostałości rzymskie.

Puerta del Sol

Jedna z bram prowadzących do miasta, wybudowana w XIII wieku w stylu mudejar. Medalion nad łukiem bramy przedstawia święcenia Wizygotyckiego Ildefonsa, patrona Toledo. Nazwa bramy pochodzi od słońca i księżyca, które kiedyś były namalowane po obu stronach tego medalionu.

I to już prawie koniec wycieczki po Toledo. Spod Puerta del Sol warto zejść na dół i przespacerować się aż w kierunku Palacio de Congressos gdzie zwiedzanie Toledo się rozpoczęło. Jest to piękny, szeroki taras widokowy z nieziemskimi krajobrazami. Cykać i robić pocztówki. Nie zapomnijcie przywitać się z cyklistą!

Na koniec można jeszcze wejść na Paseo del Mirador, usiąść na ławeczce i pozachwycać się przez chwilę. A potem wrócić na ruchome schody i zjechać na dworzec autobusowy.

Toledo – czy warto?

Jeśli doczytaliście ten tekst do końca i obejrzeliście wszystkie zdjęcia to myślę, że nie macie wątpliwości, że warto odwiedzić Toledo. Jeśli będziecie chcieli zwiedzić Toledo w jeden dzień (tak jak ja) to liczcie się z intensywnym zwiedzaniem i długimi kilometrami spacerów pod górę i w dół. Ale bez wątpienia warto – miasto jest naprawdę piękne, kryje mnóstwo zabytków, pięknych parków, przyjemnych restauracji i eleganckich kawiarni. Żałuję, że spędziłam w Toledo tylko jeden dzień – jeśli macie taką możliwość to zaplanujcie zwiedzanie tego miasta na dwa dni. Wtedy zobaczycie wszystko na spokojnie i z lampką wina będziecie mogli bez pośpiechu wtopić się w klimat miasta.

Hanoi – co zobaczyć w mieście 5 milionów skuterów?

Hanoi – stolica Wietnamu, głośne, gwarne i szalone miasto. Miasto, które we mnie przez cały pobyt wzbudzało skrajne uczucia – od nienawiści do miłości i z powrotem. I tak 200 razy dziennie. Z ręką na sercu przyznaję, że nigdy żadne miasto na całym świecie nie emocjonowało mnie tak bardzo jak Hanoi.

Hanoi było moją bazą podczas zwiedzania północnego Wietnamu – spędziłam w nim 6 dni więc myślę, że zobaczyłam wszystko co chciałam, a nawet trochę więcej 😉 Zapraszam na mój przewodnik po Hanoi!

Na początek odpowiedź na często powtarzające się pytanie – ile dni spędzić w Hanoi? Czy da się zwiedzić Hanoi w jeden dzień? Każdy oczywiście ma inne oczekiwania ale moim zdaniem na Hanoi trzeba przeznaczyć co najmniej dwa dni. Mam tu na myśli zwiedzanie samego Hanoi, bez wyjazdów czy wycieczek poza miasto. Hanoi oferuje naprawdę mnóstwo atrakcji, do tego jest miastem pełnym przyjemnych knajpek i zwiedzanie go w jeden dzień skończy się bieganiem od atrakcji do atrakcji, bez żadnej przyjemności.

We wpisie dotyczącym jedzenia w Hanoi wspominałam już, że moje pierwsze wrażenie w Hanoi to było przerażenie 😉 Najważniejsza ciekawostka dotycząca Hanoi jest taka, że po mieście jeździ 5 milionów skuterów! Skutery są wszędzie – na ulicach, na chodnikach, w parkach i wszędzie tam gdzie wydawałoby się, że skuterem wjechać nie można. W Hanoi można 😉 No ale nie samym skuterami człowiek w Hanoi żyje więc pora na zachwyty – co zobaczyć w Hanoi?

Zwiedzanie Hanoi najlepiej zacząć od old town. Nie jest to typowa starówka a raczej stara dzielnica Hanoi – labirynt mniejszych i większych uliczek pełnych sklepików, restauracji i świątyń. Zgodnie z nazwą jest to najstarsza część Hanoi, której historia sięga XI wieku. Wówczas mieścił się tu pałac cesarza. Z czasem zamieszkiwali tu kupcy i rzemieślnicy, a ulice zostały podzielone ze względu na wykonywane usługi i sprzedawane towary.

Do dziś poszczególne ulice mają swoje specjalności i na starym mieście możena spacerować uliczką gdzie dominują sklepy z jedwabiem, uliczką gdzie sprzedaje się buty, wachlarze, zabawki, flagi, biżuterię czy lampiony. Najbardziej creepy z nich wszystkich jest uliczka gdzie można kupić urnę albo nagrobek 😉

Stare miasto Hanoi za dnia przytłacza zgiełkiem i hałasem – zdecydowanie zyskuje po zmroku. Jest odrobinę spokojniej, część sklepów się zamyka a otwierają się liczne restauracje, bary i puby. Jest bardzo kolorowo i klimatycznie.

Dong Xuan

Market Dong Xuan to kryty bazar, gdzie można kupić absolutnie wszystko – od produktów spożywczych po ubrania. Pracuje tu 3 tysiące osób! A kupuje pewnie dwa razy tyle. Targ w tym miejscu istnieje od XIX wieku, w latach 80-tych XX wieku całość poddano gruntownej modernizacji. Niestety wszystko zostało zniszczone w pożarze w 1994 roku. To co możemy odwiedzić dziś to odbudowana hala.

Przed halą znajduje się pomnik upamiętniający bitwę stoczoną tu w 1946 roku między Francuzami a organizacją Viet Minh.

Street Art Hanoi – Phung Hung

Z marketu warto zrobić sobie krótki spacer do ulicy Gam Cau. Tam znajduje się to co ja bardzo lubię i co też powinniście zobaczyć w Hanoi – murale. Na maps.me trzeba szukać public art for better space. Jest to jednocześnie nazwa projektu, w ramach którego powstały dzieła sztuki ulicznej. Projekt jest wietnamsko – koreański i powstał zaledwie 2 lata temu – w lutym 2018 roku, z okazji 25-lecia stosunków dyplomatycznych pomiędzy krajami.

Murali jest łącznie 19 – 10 stworzyli wietnamscy artyści, 8 koreańscy a jeden to wspólne dzieło wietnamsko-koreańskie. Już pomijając moją słabość do streetartu te murale są po prostu fantastyczne! Pięknie wykonane, niektóre w 3d. Jeśli szukacie idealnych instagramowych miejsc w Hanoi to zapiszcie sobie ten adres 🙂

Świątynia Literatury – Van Mieu

Zabytki Hanoi to przede wszystkich świątynie. W mieście jest ich ponad 1800! Świątynia Literatury uchodzi jednak za najpiękniejszą świątynię w Hanoi i jest jednocześnie pierwszym uniwersytetem w Wietnamie. Budowla została wzniesiona w 1070 roku dla uczczenia Konfucjusza i jest inspirowana konfucjańską świątynią z Qufu – miasta w Chinach, gdzie urodził się Konfucjusz. W 1076 roku otwarto tu pierwszy narodowy uniwersytet w Wietnamie. Nauczano tu literatury, etyki, polityki i administracji. Początkowo studiować mogli wyłącznie członkowie rodów szlacheckich ale już po kilku latach na uniwersytet mógł wstąpić każdy, niezależnie od pochodzenia. Niestety wciąż istniało kryterium płci – studiować mogli wyłącznie mężczyźni.

Teren świątyni składa się z pięciu dziedzińców połączonych trzema bramami. Liczba dziedzińców symbolizuje pięć elementów natury: wodę, ogień, ziemię, metal i drewno.

Na jednym z dziedzińców znajdują się stele z nazwiskami studentów, którzy zdali egzaminy. Stele umieszczono na grzbietach żółwi – zwierząt będących symbolem długowieczności i mądrości.

Świątynia Literatury to idealne połączenie architektury i przyrody, miejsce, które warto odwiedzić w Hanoi.

Hanoi – muzea

Przy deszczowej lub mniej atrakcyjnej pogodzie w Hanoi warto zwiedzać muzea.

Narodowe Muzeum Historii Wietnamu warto zobaczyć chociażby ze względu na budynek, w którym się mieści. Jest to pierwsza w Hanoi budowla będąca połączeniem stylu chińskiego z elementami francuskimi. W środku nie wolno robić zdjęć, za to muzeum otacza piękny park z rzeźbami – warto!

Wietnamskie Muzeum Kobiet jak sama nazwa wskazuje poświęcone jest kobietom – ich roli w społeczeństwie i kulturze wietnamskiej. Można tu zobaczyć tradycyjne stroje i biżuterię, a także portrety najważniejszych kobiet w historii Wietnamu. Można się także dowiedzieć z jakimi problemami borykają się współczesne Wietnamki.

Muzeum Więzienia Hoa Lo w Hanoi to kompleks wzniesiony przez Francuzów, gdzie początkowo osadzano przeciwników francuskiej dominacji w Wietnamie. W czasie wojny większość więźniów stanowili amerykańscy jeńcy, którzy ironicznie nazywali je Hanoi Hilton. Władze wietnamskie zapewniały, że więźniowie są tu dobrze traktowani ale wspomnienia osadzonych temu oczywiście przeczą. Po 1975 roku w Hoa Lo przetrzymywano przeciwników komunistycznego rządu.

Zwiedzając muzeum nie zapominajcie, że wszystkie opisy są wedle obowiązującej myśli propagandowej. Większość ekspozycji dotyczy czasów walki o niepodległość z Francją.

Co do nazwy Hanoi Hilton – obowiązuje ona do dziś. Mówiąc Hanoi Hilton każdy ma na myśli właśnie więzienie. Kiedy sieć Hilton zdecydowała o otwarciu hotelu w Hanoi w 1999 roku nazwała go Hilton Hanoi Opera, żeby uniknąć wszelkich złych skojarzeń.

Cena biletu wstępu do muzeum wynosi 30 000 VND.

Pho Sach – Book Street

Nieopodal muzeum-więzienia znajduje się ciekawa mała uliczka, na którą trafiłam zupełnym przypadkiem. Atrakcją tej uliczki w Hanoi są… księgarnie. Mała, wąska uliczka zamknięta dla ruchu kołowego (tak, w końcu!) otoczona jest z obu stron księgarniami. Jest to ukłon w stronę tradycji – jak już pisałam w części o starym mieście taka była w Hanoi tradycja – przy jednej ulicy sprzedawano jeden asortyment. Ta uliczka jest zupełnie nowoczesna ale puszcza oko do tradycji. Lubię! I polecam! W pobliżu znajduje się biblioteka miejska.

Jezioro Zwróconego Miecza

Z jeziorem Hoan Kiem (tak brzmi jego wietnamska nazwa) wiąże się legenda o rybaku Le Loi, który otrzymał magiczny miecz od żółwia żyjącego w jeziorze. Miecz uczynił rybaka niepokonanym w każdej walce. Wykorzystał go on w starciu z dynastią Ming dzięki czemu został królem. Le Loi udał się nad jezioro, by podziękować bogom za zwycięstwo, a wtedy z wody wyłonił się zloty żółw żądający zwrotu miecza. Miecz samoistnie wysunął się z pochwy, uniósł ku niebu i zamienił w nefrytowego smoka, który poszybował nad jeziorem. Rybak uznał żółwia za dobrego ducha jeziora i nakazał wybudowanie Wieży Żółwia (Thap Rua). Wieża uchodzi dziś za symbol Hanoi, jest niedostępna dla zwiedzających.

Na północnym krańcu jeziora wznosi się Nefrytowa Świątynia, do której można się dostać przez drewniany czerwony most – The Huc (Most Wschodzącego Słońca). Most najładniej wygląda po zmroku – gdy jest uroczo oświetlony. Na wyspę wchodzi się przez bramę ozdobioną znakami symbolizującymi szczęście i pomyślność. W światyni czci się La Dong Tan – bóstwo opiekuńcze chorych oraz Van Xuong De Quan – taoistycznego boga literatury.

W jednej z gablot świątyni znajduje się ciało 250-kilogramowego żółwia wyłowionego z jeziora w latach 60-tych.

Katedra św. Józefa – Nha tho Lon

Już na pierwszy rzut oka widać, że neogotycka katedra w Hanoi została zaprojektowana na wzór paryskiej katedry Notre Dame. Jest ona centrum kościoła katolickiego w Hanoi i siedzibą biskupa. Otwarto ją w 1886 roku, po zjednoczeniu Wietnamu w 1975 roku została zamknięta. Dziś znów jest dostępna dla wiernych. Św. Józef jest patronem Wietnamu.

Ulica z torami w Hanoi

Ulica z torami, ulica z pociągiem, właściwie nie wiem jak ją do końca nazwać. Nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najpopularniejszych i najbardziej instagramowych miejsc w Hanoi – wąska uliczka, przez której środek biegną tory kolejowe. Jesienią 2019 roku polskie portale obiegła łamiąca wiadomość, że największa atrakcja Hanoi została zamknięta dla turystów. Zaczął się płacz i panika gdzie tu teraz cykać sweet focie w Hanoi.

Uspokajam – ulica z torami nie jest zamknięta. Dostęp do niej został rzeczywiście ograniczony, pojawiły się tablice informujące o zagrożeniu, przy wejściu stoją strażnicy i nie wolno robić zdjęć na torach. Nie zmienia to jednak faktu, że działające przy uliczce kawiarnie i restauracje są otwarte i jeśli powiecie strażnikowi, że idzie na kawę/piwo/obiad do jednej z knajp to zostaniecie wpuszczeni. Jeśli chcecie sobie zrobić zdjęcie na torach to zapomnijcie o godzinnym pozowaniu – wchodzicie, robicie zdjęcie i schodzicie. Jeśli stoicie na torach dłużej to najpierw strażnicy gwiżdżą gwizdkiem a później wyprowadzają niesfornych delikwentów. Wszystko to jest podyktowane oczywiście względami bezpieczeństwa – częściowe ograniczenie dostępu do ulicy wynika z tego, że turyści dla zdjęć ryzykowali swoje (i przy okazji innych) bezpieczeństwo. Jak widzicie na rozkładzie pociągów jeżdżą one po tej uliczce wyłącznie rano i wieczorem (poza weekendami) więc za dnia strażnicy mogliby trochę przymknąć oko ale jest jak jest i trzeba się dostosować.

Nie ulega wątpliwości, że ulica z torami miejsce, które warto zobaczyć w Hanoi. Pewnie jeszcze większe wrażenie robi, gdy jedzie przez nią pociąg ale nawet jeśli pociągu nie ma to tory pośrodku ulicy są fenomenem na skalę światową i warto tu przyjść.

Dzielnica Francuska Hanoi

Oddalona o zaledwie kilkaset metrów od starej dzielnicy, a ma zupełnie inny charakter. Ze względów praktycznych – szersze ulice i chodniki dzięki czemu przez chwilę można odetchnąć – skutery nie jeżdżą niemalże po palcach u stóp. Jedno z niewielu miejsc w Hanoi gdzie można na chwilę odetchnąć i spacerować w miarę bezstresowo 😉

W dzielnicy francuskiej jest inna architektura i inny klimat. Jeśli szukacie w Hanoi eleganckich restauracji to wybierzcie się właśnie do dzielnicy francuskiej. Tu znajdują się najbardziej eleganckie hotele w mieście – Hilton Hanoi Opera i Hotel Legend Metropole Hanoi (dziś należący do sieci Sofitel).

Hotel Metropole Legend został wybudowany w 1901 roku i w czasie wojny służył jako schron. Na dole mieści się dziś popularne bistro we francuskim stylu.

W dzielnicy francuskiej znajduje się pomnik króla Ly Thai To, siedziba giełdy, pałac-rezydencja gubernatora Tonkinu, Opera Narodowa i siedziba wietnamskiego rządu.

Mauzoleum Ho Chi Minha

Mauzoleum znajduje się przy placu Ba Dinh gdzie 2 września 1945 roku prezydent Ho Chi Minh odczytał deklarację niepodległości Wietnamu.

W mauzoleum można zobaczyć zabalsamowane zwłoki Ho Chi Minha choć on sam w testamencie nakazał swoje ciało spalić, a prochy rozsypać. Komunistyczna władza postanowiła jednak umocnić kult prezydneta i wystawić zabalsamowane zwłoki na widok publiczny.

Do środka nie wolno wnosić żadnych plecaków ani toreb, nie wolno robić zdjęć, trzymać rąk w kieszeniach, rozmawiać i nawet na chwilę nie wolno się zatrzymywać. Na terenie całego kompleksu nie można żuć gumy. Obowiązuje również dress code – osoby w szortach i z odkrytymi ramionami nie są wpuszczane. Przed wejściem na teren mauzoleum przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa podobną do tej na lotnisku. Wietnamczycy odwiedzają grób ojca narodu przynajmniej raz w roku. System edukacyjny Wietnamu jest tak stworzony, że dzieci od pierwszych lat nauki są wychowywane w duchu kultu prezydenta Ho Chi Minha.

Wstęp do mauzoleum Ho Chi Minha jest bezpłatny, możliwy jest wyłącznie w godzinach 8.00-11.00 (ostatnie wejście o 10.15), zamknięte w poniedziałki i piątki. Od września do grudnia odbywa się konserwacja szczątków i mauzoleum jest zamknięte.

A co jeszcze można zobaczyć na terenie kompleksu? Dom Ho Chi Minha, w którym prezydent mieszkał w latach 1954 – 1969. Ponadto mieści się tu Pałac Prezydencki wybudowany w stylu francuskiej architektury kolonialnej, Muzeum Ho Chi Minha (w betonowym sowieckim budynku) i pagoda na jednej nóżce. Świątynia dedykowana jest Quan Am – bogini współczucia, damskiemu wcieleniu Buddy. Szczególnie popularna jest wśród bezdzietnych par, które modlą się tu o potomstwo. Świątynia ma wznosić się jak lotos nad powierzchnią wody.

Po drugiej stronie placu Ba Ding mieści się cesarska cytadela, budynek parlamentu a nieco dalej budynek centralnego komitetu.

Będąc na terenie mauzoleum można zajrzeć do Ogrodu Botanicznego. Nie jest to największa atrakcja Hanoi i nie ma wiele wspólnego z pięknymi ogrodami botanicznymi znanymi z Europy czy chociażby z Polski ale biorąc pod uwagę, że cena wstępu to 2 000 (czyli jakieś 40 groszy) to można wejść na chwilę. W parku rezydują pawie (niestety nie na wolności), jest jeziorko, a na niewielkim wzgórzu mieści się kolorowa świątynia.

Z ogrodu botanicznego można zrobić sobie spacer do trzech pięknych świątyń. Pierwsza z nich – Den Quan Thanh – położona jest naprzeciwko parku Vuon Hoa Ly. Świątynia poświęcona jest Tran Vu – jednemu z najpotężniejszych bogów taoizmu – mitycznemu strażnikowi i Władcy Czarnego Nieba. Według Wietnamczyków chroni on przed wojami i niebezpieczeństwem.

Wewnątrz świątyni znajduje się 4-metrowy posąg Tran Vu opartego o swój miecz, wokół którego wije się wąż – symbol potęgi. U jego stóp znajduje się zółw – symbol mądrości i wytrwałości.

Pagoda Tran Quoc

Jest to najstarsza pagoda i jeden z najstarszych zabytków Hanoi – pochodzi z VI wieku. Początkowo stała w innym miejscu, tu przeniesiono ją w XVII wieku. Brama wjazdowa do światyni jest jej najmłodszym elementem – pochodzi z 1815 roku. Najbardziej charakterystycznym elementem całego kompleksu jest 15 – metrowa wieża świątynna. Jej 11 kondygnacji ma przypominać płatki lotosu. Na każdym poziomie znajduje się posąg Amitabhy – Buddy Nieograniczonego Światła. Wieżę otaczają ceglane kapliczki w różnych kształtach. Wstęp jest bezpłatny. Jest to cały czas miejsce kultu, w mniejszym stopniu atrakcja turystyczna więc trzeba się odpowiednio zachowywać. Przed wejściem do świątyń trzeba zdjąć buty.

Przed wejściem do świątyni rozkładają się sprzedawcy sprzedający żywe żółwie inne zwierzątka. Smutny widok.

Den Thuy Trung Tien

I na koniec malutka świątynia położona po drugiej stronie ulicy. Niestety nie udało mi się o niej zbyt wiele dowiedzieć ale jest bardzo urocza więc myślę, że warto ją pokazać i odwiedzić podczas zwiedzania Hanoi.

Jezioro zachodnie

Wszystkie te świątynie znajdują się w sąsiedztwie największego jeziora w Hanoi – Jeziora Zachodniego (Ho Tay). Jezioro ma ok. 13 km długości. Dawniej otaczały je pałace królewskie i domy arystokracji. Dookoła wytyczona jest ścieżka rowerowa, a przy jego południowej stronie (uliczka Thuy Khue) znajdują się liczne restauracje rybne. Po jeziorze można pływać rowerami wodnymi.

Hanoi Water Puppet Theatre – Teatr Lalek

Wyjątkowa atrakcja Hanoi nie tylko dla dzieci. Historia teatrów lalkowych ma w Wietnamie ponad tysiąc lat. Tematem przewodnim przedstawień jest życie codzienne w Wietnamie ale często pojawiają się elementy fantastyczne – latające smoki czy tańczące jednorożce. Do tego muzyka na żywo – naprawdę fajne doświadczenie.

Przedstawienia w teatrze lalek odbywają się codziennie o godzinie 15.30, 17.00, 18.30, 20.00 i 21.15. Przedstawienie trwa ok. 50 minut. Najtańsze bilety kosztują 100 000 VND i w sezonie trzeba je kupować z wyprzedzeniem. Ja swój bilet kupiłam przez stronę internetową jeszcze będąc w Polsce.

Wychodzi na to, że Hanoi ma do zaoferowanie turyście całkiem sporo atrakcji 🙂 Mam nadzieję, że moja relacja pomoże Wam ułożyć własny plan zwiedzania Hanoi 🙂 A Hanoi to tak naprawdę dopiero wstęp do zwiedzania północy Wietnamu. Hanoi, Hanoi i co dalej? Na pewno zatoka Ha Long – największa atrakcja Wietnamu, tarasy ryżowe w Sa Pa czy nieco bliżej – perfumowa pagoda. Jest co zwiedzać w północnym Wietnamie!

Kulinarny przewodnik po Hanoi – gdzie i co zjeść?

O tym co warto zjeść i czego trzeba spróbować w Wietnamie pisałam TU. Najwięcej czasu podczas mojej podróży po północym Wietnamie spędziłam w Hanoi dlatego w tym osobnym wpisie chciałabym Wam przedstawić moje sprawdzone miejscówki na jedzenie w Hanoi. A w bonusie fajne miejsca na drinka i na kawę. Będzie i uliczne jedzenie i instagramowe miejscówki. Hanoi to prawdziwy raj dla foodies!

Po przylocie do Hanoi i zderzeniu ze zgiełkiem tego miasta ruszyłam na poszukiwania swojego pierwszego obiadu. Nie miałam zapisanych żadnych miejscówek, byłam głodna, zła i nieco przerażona tym miastem więc błąkałam się od budki do budki sama nie wiedząc co chcę zjeść. W pewnym momencie wiedziałam już, że muszę skapitulować i zjeść cokolwiek, bo sama ze sobą nie wytrzymam. Trafiłam do miejsca bez nazwy gdzie Pani smażyła makaron. Można było wziąć makaron z warzywami, z kurczakiem, z wołowiną lub z mięsem i warzywami. Zdecydowałam się na makaron z warzywami i wołowiną. I wiecie co? To było TAAAAAKIE dobre. Wcale nie dlatego, że uratowało mnie od śmierci głodowej. Budka totalnie niepozorna, w środku niezbyt przyjemnie ale jedzenie – wyśmienite. Budka znajduje się przy ulicy Hang Ruoi, przez ścianę z Banh mi Pho. Makaron kosztował 50 000 VND, czyli trochę ponad 2 USD.

Mimo najedzenia się i oddalenia widma śmierci głodowej pierwsze negatywne wrażenie Hanoi było zachowane. Przerażone hałasem i dzikim ruchem ulicznym uznałam, że tak całkiem trzeźwo to ja tego nie ogarnę 😉 Idąc ulicą Hang Duong i patrząc w górę zobaczyłam lampiony. Nie myśląc długo uznałam, że one mnie uratują 😉 Na drugim piętrze znajduje się mała restauracja z balkonem wychodzącym na ulicę – Old Town Restaurant & Pub. Cały ten pierdolnik z góry wyglądał jakoś przyjaźniej, a po wypiciu ginu z tonikiem uznałam, że nie zamknę się na 6 dni w hotelu i dam radę oswoić to miasto! Bardzo uroczy balkon z lampionami, super obsługa, drinki po 100 000 VND (jakieś 4 – 4,5 USD).

Druga restauracja i bar z lampionami w Hanoi to Lantern Restaurant przy 80 Phố Mã Mây. Ale ta jest zdecydowanie bardziej popularna i trudniej jest dostać stolik tak z marszu.

Gdzie warto zjeść w Hanoi symbol Wietnamu, czyli bahn mi? Dostać ją można na każdym kroku ale absolutnie genialne serwują w budce przy ulicy Hang Buom 14. Bagieta z kaczką i ichniejszy słodki sos chili – mistrzostwo świata.

Bun cha, czyli danie prezydenta Obamy warto w Hanoi zjeść w restauracji Thanh Hop przy ulicy Dinh Liet 12. Jest bardzo lokalnie ale dogadacie się po angielsku. Porcja bun cha kosztuje 50 000 VND.

Banh cuon, czyli naleśniki na parze z mięsem i grzybkami shiitake warto zjeść w Hanoi w Banh Cuon Nong przy ulicy Bao Khanh 14b. Jest to takie malutkie miejsce, które serwuje wyłącznie to jedno danie. Cena naleśników – 20 000 VND.

Sałatkę z suszoną wołowiną jadłam w Nom Long Vi Dung przy ulicy Ho Hoan Kiem 23. Bardzo mała restauracja (i przy najkrótszej ulicy w stolicy Wietnamu!) ale warta uwagi w Hanoi.

Na deser w Hanoi najlepiej wybrać się do Che Dung 95 Hang Bac Street, która znajduje sie dokładnie pod takim samym adresem. Ceny deserów od 15 000 do 35 000 VND.

Na egg coffe, czyli kawę z jajkiem w Hanoi trzeba się koniecznie wybrać do Cafe Giang przy ulicy Nguyễn Hữu Huân 39. Cena egg coffe to 30 000 VND.

W ogóle ta ulica nazywana jest ulicą kawiarni – jest ich tu kilkadziesiąt. Fajny wystrój ma Coffe Zone ale kawa smakowała mi tu najmniej ze wszystkich kawiarni.

Pomiędzy kawiarniami, pod numerem 72, znajduje się polecana restauracja Nha Hang Net Hue gdzie można zjeść pyszne nem lui. Rodzina pochodząca z Hue prowadzi w Hanoi restaurację z daniami z tamtego rejonu Wietnamu.

Craic Cafe serwuje świetną kawę kokosową na ciepło. Bardzo ciężko się tam porozumieć na angielsku ale nie można się poddawać 😉 Kawa jest tego warta!

Najlepsza kawa kokosowa na zimno w Hanoi serwowana jest w Eden Cafe tuż przy katedrze. W ogóle jest to chyba najfajniejsza, najpiękniejsza i najbardziej instagramowa kawiarnia w Hanoi. Jest kilka pięter, balkon i duży taras na samej górze. Widoki nieziemskie, dużo kolorów, na zewnątrz zielono – bajka. Obsługa słabo co prawda ogarnia, długo się czeka czy na zamówienie, czy na rachunek ale warto! Jedno z moich ulubionych miejsc w Hanoi. Cena kawy 39 000 VND. W menu zwróciły też moją uwagę ciekawe drinki – może kiedyś będę miała okazję wrócić do Hanoi i ich spróbować 🙂

Bardzo blisko stąd jest ulica Ly Quoc Su, przy której znajduje się kilka polecanych restauracji w Hanoi. Najsłynniejsza to Pho 10 serwująca tylko i wyłącznie zupę pho. Szukając informacji gdzie zjeść zupę pho w Hanoi natrafiłam właśnie na Pho 10. Poszłam i… odeszłam z kwitkiem. Miejsce jest baaaardzo turystyczne – przed wejściem stoi kolejka (serio!), a wewnątrz wyglądało to jak jakaś słaba stołówka. Nie wiem, moze i ta ich zupa jest pyszna – mnie wygląd tego miejsca nie przekonał i ostatecznie tam zupy pho nie spróbowałam.

Weszłam za to do restauracji Noodle & Roll po drugiej stronie ulicy i zjadłam przepyszne sajgonki z krabem. I ogromną ilością ziół! Ze wszystkich miejsc, w których jadłam w Hanoi to było najbardziej cywilizowane 😉

W jednej z bocznych uliczek odchodzących od Ly Quoc Su znajduje się restauracja Lac Family Restaurant. Tam spędziłam swój ostatni wieczór w Hanoi nad miską… sajgonek 😉 Tym razem w wersji tradycyjnej – z mielonym mięsem. Do tego piwo Hanoi. Po raz kolejny przepysznie i bardzo tę restaurację w Hanoi polecam.

Kolejne miejsce w Hanoi gdzie próbowałam sajgonek to Pho Bo Mau Dich. Miejsce jak się domyślacie słynie z zupy pho ale ja tego dnia miałam ją już dwukrotnie zaliczoną więc wjechały sajgonki. Bardzo dobre, porcja bardzo duża, pani właścicielka bardzo kontaktowa i sympatyczna. Natomiast jest to jedno z najdroższych miejsc gdzie jadłam w Hanoi. Za sajgonki i piwo zapłaciłam 110 000 VND (ok. 6 USD).

Natomiast muszę przyznać, że najlepsze sajgonki w Hanoi to serwuje restauracja Bun Cha Ta. To jest w ogóle ciekawe miejsce, bo przy wejściu trzeba zdjąć buty. Siada się przy takim długim wspólnym stoliku. W menu zaintrygowało mnie wine brandy. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Zamówiłam i okazało się, że dostałam kieliszek jakiegoś bardzo mocnego alkoholu. Nie wypiłam – spróbowałam, ciekawe. Jeśli pijacie mocne alkohole to warto spróbować. Same sajgonki SZTOS. Podano do nich zupę, makaron i jak zawsze ogrom ziół.

O zwiedzaniu Hanoi będzie kolejny post ale chyba każdy wie, że trzeba tam odwiedzić ulicę z torami kolejowymi 🙂 Dziś ulica oficjalnie jest zamknięta dla turystów ale można wejść do jednej z otaczających ją kawiarni. Oczywiście nie mogłam sobie tej przyjemności odpuścić i poszłam na piwo do Railway Cafe.

Oprócz tradycyjnego menu w Railway Cafe jest też rozkład jazdy z godzinami pociągów. Niestety one w większości jeżdżą teraz wczesnym rankiem lub wieczorem. Ja dotarłam na uliczkę w środku dnia. Planowałam wrócić o 19, żeby zobaczyć pociąg ale ostatecznie jednak nie wróciłam. Nawet jeśli nie zobaczycie pociągu to i tak warto się wybrać na kawę czy piwo do jednej z kawiarni czy restauracji. Ta uliczka to chyba fenomen na skalę światową.

W Hanoi, jak w każdym szanującym się azjatyckim mieście, jest też night market. Rozkłada się on w okolicach Dong Xuan Market i cóż… nie jest to najlepsze co zobaczycie w Hanoi 😉 Dominują tu stoiska z różnego rodzaju pierdołami – gadżetami, biżuterią, muzyką itp. Sekcja kulinarna jest dość uboga i szczerze mówiąc mało zachęcająca do konsumpcji. Ale, żeby nie było – Hanoi też ma swój nocny market z jedzeniem.

Na koniec jeszcze dwa BARDZO fajne miejsca na piwo lub na drinka w Hanoi. Pierwsze z nich to Avalon Lounge. Miejsce znajduje się tuż przy jeziorze, w budynku na 4. piętrze. Przy ładnej pogodzie widoki muszą być nieziemskie. Przy mgle też nie było źle 😉 Ale domyślam się, że może być lepiej. Jest to miejsce z wyższej półki, wystrój i ceny są zdecydowanie bardziej europejskie. Ale dla widoku polecam. Działa tu też restauracja, w której można zjeść, ja wybrałam się tylko na drinka. Kosztował 120 000 VND. Można płacić kartą.

Drugie miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem to Lost in Hongkong. Skusiły mnie kolorowe neony. Jak widzicie jest kolorowo i intensywnie. Po całym wieczorze spędzonym w takim miejscu pewnie bodźców by było za dużo ale godzinkę czy dwie można tu z wielką przyjemnością spędzić. Wg mnie najfajniejsze miejsce na drinka w Hanoi. Można też coś zjeść.

Jeśli szukacie czegoś z mniej zobowiązującą atmosferą to wybierzcie się na Beer Street. Tak nazywana jest w Hanoi ulica Ta Hien. Znajdują się tu dziesiątki barów gdzie za grosze można napić się piwa. Siedząc oczywiście na mini krzesełku przy mini stoliczku. Prawdziwy Wietnam!

I na sam koniec jeszcze jedno miejsce – Cafe Bach Thao – kawiarnia ogrodu botanicznego. Jeśli wybierzecie się w odwiedziny do wujaszka Ho i do ogrodu botanicznego to warto sobie zrobić przerwę w kawiarni Bach Thao. Obsługa jest kompletnie niezainteresowana gośćmi więc trzeba się pofatygować do środka, żeby złożyć zamówienie ale sama kawiarnia jest bardzo urocza. Dzbanek wietnamskiej herbatki kosztuje jakieś grosze.

Mam nadzieję, że mój kulinarny przewodnik po Hanoi ułatwi Wam wybór miejsc gdzie warto zjeść w Hanoi 🙂

Kulinarny Wietnam – co zjeść, czego spróbować?

Wietnam – kraj z bogatą tradycją kulinarną. Pełen smaków, kolorów i zapachów. Myśląc Wietnam wiele osób kojarzy sajgonki, część zupę pho. A poza tym? Co warto zjeść w Wietnamie i czego trzeba spróbować? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Wietnamie.

Kuchnia azjatycka to dla mnie przede wszystkim street food, czyli jedzenie uliczne. Jadąc do Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży nie wyobrażam sobie jadania w tradycyjnych restauracjach. Najlepsze jedzenie w Azji serwuje się w ulicznych budkach! Nie jest instagramowo ani fancy ale za to lokalnie, pysznie i tanio! Kuchnia wietnamska jest o tyle wyjątkowa, że wpływy azjatyckie mieszają się tu z wpływami francuskimi więc w Wietnamie mamy bagietki, wino (ryżowe), lody czy kawę z mlekiem.

Podstawowe produkty stosowane w kuchni wietnamskiej to ryż, makaron ryżowy i nuoc mam – fermentowany sos sojowy, którym doprawia się zdecydowaną większość dań.

Na początek symbol wietnamskiej kuchni – sajgonki, czyli spring rolls. Dostępne w wielu miejscach w Wietnamie. Te najbardziej tradycyjne to zawinięte w papier ryżowy mięso mielone, makaron ryżowy i grzybki. Wszystko połączone jajkiem i usmażone na głębokim oleju. Wegetarianie też nie będą w Wietnamie głodować – można dostać sajgonki z samym makaronem ryżowym i warzywami czy z owocami morza. Sajgonki najczęściej serwuje się z sosem nuoc cham oraz świeżymi ziołami. I to nie jest kilka listków jak u nas tylko cała micha mięty, kolendry, szałwii i innych ziół.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Wietnamu chyba z 10 lat nie jadłam sajgonek. A jak je dorwałam pierwszy raz w Hanoi i przypomniałam sobie jakie to pyszne to sajgonki jadałam codziennie!

Podobnie było z zupą pho. Jak raz spróbowałam – jadłam codziennie, zdarzało się nawet dwa razy dziennie. Pho to esencja Wietnamu, najbardziej tradycyjne danie. Zupa z mięsem i makaronem ryżowym gotowana jest co najmniej 24 godziny (a niektórzy się oburzają, że nasz rosołek trzeba 6 godzin gotować!) i doprawiana na różne sposoby – może być z anyżem, cynamonem i imbirem, a może być z dużą ilością kolendry. Sekret zupy pho polega na tym, że do zupy dodaje się tylko sparzone mięso (nie gotuje się go razem z zupą). W Wietnamie spotkacie dwa podstawowe rodzaje zupy pho – pho bo z wołowiną i pho ga z kurczakiem. Ponieważ ja drobiu praktycznie nie jadam to wersji kurczakowej nie próbowałam. Wersja z wołowiną – pyszności! Wietnamczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. I pomiędzy posiłkami. Wcale im się nie dziwię, zupa jest przepyszna. Najbardziej smakowała mi ta z ogromną ilością kolendry. Natomiast to jakie przyprawy sobie dodacie do dań w Wietnamie w dużej mierze zależy od Was samych – najczęściej podaje się je osobno i każdy doprawia sobie wg uznania.

To teraz te trochę mniej znane wietnamskie dania ale warte spróbowania podczas wakacji w Azji. Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie spróbowanie banh geo – jest to ryżowy naleśnik z warzywami lub mięsem i warzywami. Czasem posypany orzeszkami, podawany ze słodko-ostrym sosem i oczywiście ogromną ilością ziół.

Pewną wariacją na temat jest Banh cuon. Ryżowy naleśnik z fermentowanego ciasta przygotowywany na parze, podawany z wieprzowiną, warzywami, ziołami i grzybkami mun. Ani opis ani zdjęcia nie oddają złożoności jego smaku – ale zapewniam, że warto się skusić!

Kolejny wietnamski przysmak, który można dostać na każdym kroku za śmieszne pieniądze to banh mi – pszenno-ryżowa bagietka podawana z kurczakiem, wołowiną, kaczką (najlepsza!) czy w wersji wegetariańskiej z jajkiem. W całym Wietnamie jest tylko kilkanaście McDonaldsów – Wietnamczycy mówią, że to dlatego, że mają swój własny fast food – właśnie banh mi. Banh mi to nie tylko kanapka, to swego rodzaju symbol Wietnamu – znajdziecie ją na koszulkach, pocztówkach i innych pamiątkach. To idealny pomysł na śniadanie, II śniadanie czy szybką przekąskę podczas zwiedzania. Banh mi to jedna z pozostałości wpływów francuskich w Wietnamie.

Podobną szybką przekąską jest banh bao – bułeczki podobne trochę do chińskich dim sum przywiezione zresztą do Wietnamu przez imigrantów z Kantonu. W środku takiej buły może być mięso, warzywa albo gotowane jajko. Jedna z niewielu opcji dla wegetarian w Wietnamie.

Na północny Wietnamu bardzo popularna jest tradycyjna potrawa o nazwie bun cha. Jest to grillowana wieprzowina z makaronem ryżowym i ziołami. Tu przy okazji ciekawostka – w Hanoi często usłyszycie, że to Obama dish 😉 Wynika to z tego, że podczas wizyty w Hanoi prezydent Obama zjadł właśnie bun cha w jednej z tradycyjnych, rodzinnych restauracji. Smacznie ale mnie jakoś szczególnie nie porwało.

W Wietnamie nie występują aż tak powszechnie dziwne potrawy znane z innych krajów Azji. To co może być niespotykane dla nas to np. ślimaki. Najpopularniejsze są one na południu Wietnamu ale i na północy nie brakuje miejsc gdzie można ich spróbować. Swoją drogą polecam bardzo serial dokumentalny Netflixa o jakże pysznym tytule Street Food. Odcinek o Sajgonie jest poświęcony właśnie ślimakom. Ja przechodziłam kilkukrotnie, patrzyłam ale jednak się nie zdecydowałam. Próbowałam ślimaków kilka lat temu we Francji – traumy co prawda nie mam ale też nie zapamiętałam ich jako przysmak. Może następnym razem się odważę 😉

W Wietnamie można też oczywiście zjeść owoce morza – mi bardzo smakowały przegrzebki.

Co jeszcze należy spróbować w Wietnamie? Sałatkę z zielonej papai z suszoną wołowiną. Papaja kojarzy się nam jako słodki owoc i deser a nie składnik sałatek, natomiast w Wietnamie występuje aż 45 odmian papai! Od słodkich deserowych po te zielone wytrawne. Sałatka z papają nie jest skomplikowana – posiekana papaja, kawałki beef jerky i orzeszki. Ale jak zawsze w Azji to sosy i dodatki robią robotę. Nie pytajcie mnie z czego te sosy były, bo nie mam pojęcia ale dopiero po porządnym wymieszaniu wszystkiego sałatka rozwalała kubki smakowe. Petarda wietnamskiej kuchni!

Tradycyjna potrawa ze środka Wietnamu (Hue) to nem lui – szaszłyki z grillowanej wieprzowiny z trawą cytrynową. I ta trawa cytrynowa tu robi robotę! Z samym nem lui jest troszkę zabawy – dostaje się szaszłyki, trawę cytrynową, makaron ryżowy i papier ryżowy i samemu się to zawija w takie jakby sajgonki. Jest smak, jest zabawa, jest nowe doświadczenie. To też jedno z tych dań, którymi mnie Wietnam oczarował. Szukajcie koniecznie w Wietnamie!

Skoro już brzuszki napełnione to czas na deser. Wiele deserów w Wietnamie opartych jest na ryżu. Jeśli kochacie tajski mango sticky rice to w Wietnamie będziecie w siódmym niebie. No przynajmniej ja byłam 😉 Sticky rice barwiony jest groszkiem stąd najczęściej zobaczycie go w wersji zielonej. A najlepsze jest to, że podaje się go z lodami kokosowymi. Lody są obłędnie kremowe (na pewno dramatycznie tłuste :P) i idealnie pasują do lepkiego ryżu i dojrzałego mango. Pychota! Generalnie większość deserów w Wietnamie opartych jest na kokosie lub mleku kokosowym. Ja tak kocham mango sticky rice, że szczerze mówiąc nic innego nawet nie próbowałam…

Aaaa przepraszam. Są też budki z naleśnikami – do wyboru kilkadziesiąt różnych rodzajów nadzienia. Ja wzięłam lody o smaku herbaty matcha. Nie był to mój najlepszy deser w Wietnamie, zdecydowanie lepsze mango sticky rice 😉

Wietnam to też oczywiście bogactwo świeżych egzotycznych owoców. Na każdym kroku napotkacie buoi, czyli pomelo. Ponadto w Wietnamie można spróbować mango, duriana, jackfruita czy liczi.

Pisząc o przysmakach Wietnamu nie można pominąć kawy. Wietnam jest drugim na świecie (po Brazylii) producentem i eksporterem kawy. Kawa jest nieodłącznym elementem kuchni i kultury Wietnamu. Kawiarnie znajdują się na każdym kroku i dobra kawa w Wietnamie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie przywieźć kawę do domu to można ją dostać zarówno w supermarketach (ceny zaczynają się od 2 USD za 250g ziaren kawy) jak i w specjalistycznych sklepach. Tu cena kawy może wynosić nawet kilkadziesiąt USD za 100g, w zależności od rodzaju. W Wietnamie dostępna jest kawa kopi luwak znana wszystkim, którzy byli na Bali czy innych wyspach Indonezji.

To co widać na powyższym zdjęciu to kawa po wietnamsku, czyli kawa podawana w specjalnym zaparzaczu, koniecznie ze słodkim mlekiem skondensowanym! Tak jak za słodką kawą nie przepadam to za wietnamską kawą tęsknię. Wiem, że w Poznaniu czy innych polskich miastach też można się takiej kawy napić ale wiecie… to już nigdy nie jest to samo i nigdy nie smakuje tak jak na wakacjach.

W Wietnamie trzeba spróbować egg coffee, czyli… kawy z jajkiem 😉 Nie martwcie się – nie dostaniecie kubka kawy z zanurzonym w nim jajem na twardo 😉 Egg coffee to tak naprawdę deser kawowy – kawa z czymś w rodzaju kogla mogla. Żółtko ubija się z miodem i mlekiem skondensowanym, a następnie dodaje do czarnej kawy. Wszystko pięknie się unosi na naparze i trzeba sobie samemu wymieszać. Wiem, że to już nudne ale… pyszne to było! Jeśli nie lubicie kawy (to nie jedźcie do Wietnamu! :P) to można też spróbować gorącą czekoladę z jajkiem.

Drugi rodzaj kawowego deseru w Wietnamie to kawa kokosowa nazywana wietnamskim frappe. Jest to kawa na zimno z kruszonym lodem, kokosem i chipsami kokosowymi. Nie potrafię powiedzieć, która z tych kaw jest lepsza – obie genialne. Codziennie którąś piłam! A były takie dni, że wjechała i egg coffee, i coconut coffe 😉 Kawę kokosową możecie też wypić na ciepło – też raz próbowałam i też była… pyszna 😉 Naprawdę!

W Wietnamie uprawia się też herbatę więc jeśli nie przepadacie za kawą to możecie się napić herbaty. Miłośnicy piwa będą w siódmym niebie, bo w Wietnamie jest najtańsze piwo na świecie. Za równowartość kilkudziesięciu polskich groszy można wypić szklankę złotego płynu. Jeśli chodzi o piwa butelkowane to najpopularniejsze są dwa: Hanoi i Saigon. Ja fanką ani znawczynią piwa nie jestem, bardziej smakowało mi Hanoi, bo było delikatniejsze i miało mniej goryczki.

Jak już pisałam w TYM wpisie ceny jedzenia w Wietnamie są bardzo niskie – można się najeść i napić za równowartość 2 – 3 USD. Dla mnie kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym odkryciem i mimo iż kocham kuchnię tajską to chyba jednak wietnamska jest moim numerem 1 w Azji. Wietnam – chcę wrócić!

Zatoka Ha Long – największa atrakcja północnego Wietnamu (jednodniowa wycieczka z Hanoi)

Rozważając, którą część Wietnamu wybrać na wyjazd w lutym na początku kierowałam się pogodą – na południu jest wtedy lato więc lecę na południe. Ale później sobie pomyślałam – polecisz do Wietnamu i nie zobaczysz Ha Long? Serio? Więc mając już plan podróży po Wietnamie południowym ostatecznie kupiłam bilety do… Hanoi 🙂 Kobieca logika 😉

Zatoka to obszar 1500 kilometrów kwadratowych z 1969 wapiennymi wysepkami. Zatoka Ha Long znajduje się u ujścia rzeki Bach Dang do Morza Południowochińskiego. Ciekawostka – zatoka oddalona jest o zaledwie 380 km od Chin.

W 1962 roku zatokę uznano za park krajobrazowy, a w 1994 wpisano ją na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z kolei w 2011 zatoka Ha Long znalazła się na liście Nowych Cudów Natury.

Zwiedzanie zatoki Ha Long zaplanowałam na następny dzień po przylocie do Hanoi. Wiedziałam, że jeśli zaplanuję na którykolwiek kolejny to cały czas nie będę mogła się skupić na innych atrakcjach tylko będę myślała o czekającej mnie wyprawie na zatokę.

Wyjazd do Ha Long z Hanoi można zaplanować na jeden lub kilka dni. Ponieważ mój plan podróży po Wietnamie północnym był dość napięty zdecydowałam się na jednodniową wycieczkę. Jeszcze będąc w Polsce obejrzałam chyba dziesiątki ofert i ostatecznie zdecydowałam się na rejs statkiem Jade Sails. Sam statek był świetny i mogę go gorąco polecić – zresztą zobaczcie zdjęcia.

Decydując się na rejs po zatoce Ha Long można kupić sam rejs (wtedy dojazd do portu jest we własnym zakresie) lub można kupić rejs + transport z Hanoi. Transport może być krótszy i droższy lub dłuższy i tańszy. Krótszy przejazd z Hanoi (autostradą) trwa ok. 2 godzin w jedną stronę, dłuższy ponad 4 godziny. Transfer może być prywatny (samochód z kierowcą) lub łączony – busikiem lub autobusem z innymi turystami. Zwróćcie na to uwagę jeśli będziecie kupowali wycieczkę na miejscu, w Hanoi. Niektóre biura sprzedają wyjazd + rejs za 30 USD za osobę – wtedy przejazd jest długi (to aż 8 godzin w obie strony). Cena rejsu po Ha Long zależy też od klasy statku i od tego co jest wliczone w cenę (jedzenie itp.) Oraz oczywiście od tego ile czasu chcecie spędzić na statku.

Ja za swój rejs wraz z transferem z Hanoi (z odbiorem z hotelu) zapłaciłam niecałe 100 USD. W cenę wliczone były też posiłki (na zdjęciu wyżej), lekcja gotowania, na statku i w busiku było wifi. Bardzo polecam Jade Sails. Cała wycieczka z Hanoi trwała 14 godzin.

Same rejsy po Ha Long można zakupić wcześniej przez internet, w różnych biurach i hotelach w Hanoi oraz w samej miejscowości Ha Long.

Można również dostać się do Ha Long autobusem rejsowym z dworca Luong Yen w Hanoi. Przejazd z Hanoi do Ha Long trwa ok. 3 godzin autobusem.

Pogoda w zatoce Ha Long – kiedy jechać?

Zacznijmy od pytania kiedy najlepiej wybrać się do Ha Long? Latem (lipiec – sierpień) trwa pora deszczowa, jesienią (wrzesień – listopad) teren zatoki nawiedzają cyklony i burze tropikalne, zimy bywają mgliste. Za najlepszy czas na odwiedzenie Ha Long uchodzą październik i marzec-kwiecień. Na szczęście wody zatoki całym rokiem są bardzo spokojne – wapienne skały i wyspy są naturalnym katalizatorem prądów morskich. Nawet dla mnie – nie lubiącej rejsów – dzień na statku w zatoce Ha Long był bardzo spokojny i bardzo przyjemny. W czasach zmian klimatycznych trudno powiedzieć kiedy jest najlepiej, a kiedy najgorzej. Dużo zależy od szczęścia. Luty to też high season a pogoda jak widzicie na zdjęciach była taka sobie. Było ciepło, momentami przebijało się słońce ale ogólnie bez szału.

Jak powstała zatoka Ha Long?

Vinh Ha Long znaczy tyle co Zatoka Lądującego Smoka. Nazwa pochodzi od legendy o smoku, który przybył na pomoc armii wietnamskiej podczas walki z wrogiem (mówi się o armii mongolskiej). Wydobywające się z jego paszczy klejnoty zamieniły się w wyspy, które stworzyły naturalną ochronę przeciw nieprzyjaciołom.

A bardziej naukowo, mniej bajkowo? 😉 Zatoka Ha Long powstała przez zalanie istniejącego tu wapiennego płaskowyżu. Wapienne podłoże sprzyjało powstawaniu licznych jaskiń – podczas rejsu po zatoce Ha Long można zobaczyć Hang Dau Go – Jaskinię Drewnianych Kołków. Popularna jest także grota Sung Sot – Jaskinia Niespodzianek.

Ha Long – atrakcje

Walory przyrodnicze zatoki Ha Long obejmują 6 różnych ekosystemów – m. in. mangrowy, jaskiniowy, lagunowy czy ekosystem raf koralowych. Występuje tu aż 499 gatunków roślin charakterystycznych dla gleb wapiennych i 1847 gatunków zwierząt! Park narodowy jest miejscem bytowania 14 endemicznych gatunków flory i 60 endemicznych gatunków fauny.

Jedna z atrakcji Ha Long to jej największa wyspa – Cat Ba – Wyspa Kobiet. Położona jest w południowo-zachodniej części zatoki, a jej nazwa pochodzi od trzech kobiet z dynastii Tran, które miały zginąć w tutejszych wodach. Na ich cześć na wyspie wzniesiono trzy świątynie.

Zwiedzanie zatoki Ha Long obejmuje też możliwość wycieczki kajakiem. Można zobaczyć wysepki z bliska lub podpłynąć do pływającego targu.

W zależności od rodzaju wybranego statku podczas rejsu po zatoce Ha Long dostępne są różne atrakcje – można robić zakupy na pływającym targu, można pływać łódką w jaskiniach czy po mniejszych zatoczkach. Podczas dłuższych rejsów atrakcją jest też nocleg na statku w zatoce.

Ha Long – czy warto?

Czy warto było w lutym zdecydować się na zimniejszą część Wietnamu tylko po to, żeby zobaczyć zatokę Ha Long? Chiński poeta Xiao San pisał: Jeśli nie odwiedziłeś zatoki Ha Long, to nie byłeś jeszcze w Wietnamie.

Moim zdaniem wakacje w Wietnamie północnym nie mogą się odbyć bez wizyty w Ha Long. Jest to jedna z największych atrakcji całego Wietnamu (a kraj to duży i atrakcji ma mnóstwo). Przepiękne miejsce, którego uroku nie oddadzą żadne zdjęcia. Jak patrzysz na to wszystko i uświadamiasz sobie, że to wszystko stworzyła wyłącznie natura to naprawdę odbiera mowę. Podczas kilkugodzinnego rejsu siedziałam i się gapiłam i nie nudziło mnie to ani przez chwilę. Ha Long to prawdziwy cud świata – zachwyca i odbiera mowę. Magiczne i piękne miejsce, absolutnie warte odwiedzenia podczas wizyty w Wietnamie.

Wietnam na własną rękę – wiza, ceny, komunikacja – informacje praktyczne

Co warto wiedzieć przed wyjazdem do Wietnamu? Jak samodzielnie zorganizować wakacje w Wietnamie? Zapraszam po sporą dawkę informacji praktycznych o tym pięknym kraju dalekiej Azji.

Jak się dostać z Polski do Wietnamu?

Wietnam leży ponad 8 tysięcy kilometrów od Polski. W sezonie zimowym dostępne są loty czarterowe z Warszawy do Hi Chi Mihn (Sajgon). Jeśli chcecie podróżować latem lub do innego miasta niż Ho Chi Min to zostaje wyłącznie lot z przesiadką (jedną lub kilkoma). Loty do Wietnamu oferuje większość operujących w Europie linii lotniczych. Ja leciałam Qatar Airways z przesiadką w Doha. Lot do Dohy trwa 5 – 6 godzin, z Dohy do Hanoi 8 godzin.

Hanoi – dojazd z lotniska

Lotnisko w Hanoi oddalone jest ok. 30 km od centrum miasta. Dojazd z lotniska do centrum Hanoi zapewnia autobus 86 (tzw. Bus Express), który łączy terminal 1 i 2 z dworcem głównym w Hanoi. Czas przejazdu to ok. 60 – 70 minut. Autobus ma kilka przystanków przy starym mieście w Hanoi.

Cena biletu na autobus 86 to 35 tys. dongów (ok. 1,5 USD). Bilet można kupić w autobusie – nie u kierowcy, a u osoby, która zajmuje się sprzedażą biletów. Zazwyczaj są to młode osoby mówiące po angielsku, które powiedzą Wam gdzie należy wysiąść, by dostać się do swojego hotelu. Płatność za bilet możliwa jest wyłącznie gotówką. Autobus 86 kursuje co 15 – 20 minut.

Autobus 86 w Hanoi jest klimatyzowany i bardzo wygodny. Na pokładzie dostępne jest wifi. Przystanek autobusu przy terminalu 2 (międzynarodowym) znajduje się po lewej stronie od wyjścia z hali przylotów. Po wyjściu z lotniska trzeba przejść przez pasy, a następnie iść w lewo. Przystanek jest dobrze oznakowany.

Jeśli chcecie dojechać do centrum Hanoi z lotniska taksówką to zarezerwujcie sobie transport wcześniej – najlepiej przez hotel. Wietnamscy taksówkarze niestety słyną z nieuczciwości i oszukiwania turystów. Mój hotel oferował mi taksówkę za 20 USD w jedną stronę i z tego co wiem jest to normalna opłata za przejazd z lotniska w Hanoi do centrum miasta.

Hanoi – komunikacja miejska

Komunikacja miejska w Hanoi jest dobrze rozwinięta – po mieście jeżdżą autobusy, na przystankach są rozkłady jazdy. Ceny biletów są niskie – koszt jednego przyjazdu to 7 000 VND, czyli nieco ponad 1 zł.

Popularną formą transportu po mieście dla turystów są riksze rowerowe – można je złapać przy wszystkich większych atrakcjach turystycznych.

Tradycyjnie w Azji będę odradzać taksówki – duże prawdopodobieństwo kombinowania i oszukiwania natomiast podobnie jak w Malezji w Wietnamie działa grab (odpowiednik ubera) – zamawiacie samochód przez aplikację znając cenę za kurs z góry. Płatność może być dokonana kartą lub gotówką.

Wietnam – pogoda i klimat

Najważniejsze pytanie przy dalekich wyjazdach – kiedy najlepiej lecieć do Wietnamu? Wietnam można odwiedzać przez cały rok ale należy wziąć pod uwagę, że w różnych częściach kraju będzie inna pogoda. Na północy Wietnamu klimat jest chłodniejszy. Lato trwa tam od maja do października, zimą temperatury spadają nawet do 0 stopni w nocy. Prawda jest taka, że północ Wietnamu można odwiedzać całym rokiem ale lecąc zimą trzeba zabrać też cieplejsze ubrania. Podczas mojego pobytu na początku lutego były 2 dni z temperaturą 13 stopni (w dzień), w pozostałe dni było powyżej 20.

Południe Wietnamu najlepiej odwiedzać od listopada do kwietnia – wtedy jest gorąco i sucho. W pozostałych miesiącach potrafi padać non stop i ulice zamieniają się w rwące potoki.

Kiedy lecieć do Wietnamu jeśli podczas jednej podróży chce się zobaczyć północ i południe? Najlepiej od grudnia do lutego – na południu będzie wtedy gorąco i sucho, a na północy przyjemnie chłodniej. Niemniej sezon turystyczny w Wietnamie trwa cały rok.

Wietnam – gdzie lecieć?

Wietnam oferuje mnóstwo atrakcji i nie sposób zwiedzić całego kraju w tydzień czy dwa. Trzeba się na coś zdecydować. Ja początkowo byłam zdecydowana na południe Wietnamu – głównie ze względu na pogodę – chciałam mieć lato w lutym. Już miałam nawet znalezione hotele w Ho Chi Mihn i zaplanowaną trasę zwiedzania. Ale tuż przed kupnem biletów uznałam, że nie mogę lecieć do Wietnamu i nie zobaczyć zatoki Ha Long. I ostatecznie kupiłam jednak bilety do Hanoi. I absolutnie nie żałuję – samo Hanoi uchodzi za jedno z najciekawszych miast na świecie i zdecydowanie warto tam spędzić kilka dni. Wietnam natomiast mnie na tyle zauroczył, że na pewno kiedyś tam wrócę, żeby zobaczyć resztę kraju.

Wietnam – wiza i przepisy wjazdowe

Żeby dostać się do Wietnamu niezbędny jest paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od daty zakończenia podróży i wiza.

Najprostsza droga uzyskania wizy do Wietnamu to wypełnienie wniosku o e-wizę (wiza online). Należy wejść na stronę, wypełnić wniosek o wizę, dołączyć zdjęcie oraz skan paszportu. Wniosek zawiera typowe rubryki, czyli dane paszportowe, data urodzenia itp. Jedyne nietypowe pytanie dotyczy religii. Natomiast na samej wizie tej rubryki nie ma więc możecie tam wpisać cokolwiek.

E-wiza do Wietnamu jest ważna 30 dni, umożliwia jednokrotny wjazd na teren kraju i nie można jej przedłużyć. Koszt takiej wizy do Wietnamu to 25 USD. Czas oczekiwania na wizę do Wietnamu wynosi teoretycznie 3 dni ale ja otrzymałam ją dopiero po 9 dniach więc lepiej załatwić wszelkie formalności odpowiednio wcześniej przed wyjazdem. Wylatując do Wietnamu należy mieć wydrukowaną wizę ze sobą, jest ona sprawdzana przy odprawie na lotnisku wylotowym. E-wiza ważna jest także przy przekraczaniu granicy wietnamskiej drogą lądową.

Druga możliwość otrzymania wizy do Wietnamu to tzw. wiza on arrival, którą można otrzymać na lotnisku lub na granicy. Jest ona ważna 90 dni i umożliwia wielokrotne przekraczanie granicy – koszt takiej wizy to 50 USD. Uwaga, do otrzymania wizy na lotnisku lub na granicy w Wietnamie niezbędna jest promesa wizowa, czyli dokument wystawiany przez Wydział Imigracji Socjalistycznej Republiki Wietnamu, który można otrzymać od lokalnego biura podróży lub innego pośrednika. Aplikując o wizę na lotnisku trzeba mieć ze sobą dwa zdjęcia. Formalności wizowe na lotnisku mogą w takim przypadku trwać nawet 3 godziny dlatego najlepiej zaplanować wyjazd do Wietnamu z odpowiednim wyprzedzeniem i wystąpić o wizę elektroniczną. Moja kontrola paszportowa z wydrukowaną e-wizą trwała jakieś 30 sekund.

Uwaga – obecnie (luty 2020) w związku z epidemią koronawirusa wizy nie są wydawane osobom, które w ciągu ostatnich 14 dni przebywały w Chinach.

Wietnam – waluta, ceny

Oficjalna waluta Wietnamu to dong (VND). Przelicznik wietnamskiej waluty prezentuje się następująco: 1000 VND=0,17zł.

Bankomaty w Wietnamie są powszechnie dostępne, jeśli chcecie pobrać pieniądze bez prowizji to szukajcie bankomatów Military Bank. Wszędzie tam gdzie można płacić kartą Revolut działał bez problemu. Płatności kartą w Wietnamie są możliwe w hotelach, sklepach i lepszych restauracjach. Stołując się w ulicznych budkach i garkuchniach trzeba oczywiście mieć gotówkę.

Pieniądze w Wietnamie można wymieniać w kantorach, bankach, sklepach i agencjach turystycznych. Podobno czasem do wymiany wymagany jest paszport, ode mnie go nikt nie chciał. W Hanoi najlepiej wymieniać pieniądze na lotnisku – kurs jest lepszy niż w mieście. Jak we wszystkich krajach Azji korzystniej jest wymieniać w Wietnamie dolary niż euro. Natomiast banknoty euro jak najbardziej też wymienicie. Kupując dolary przed wyjazdem do Wietnamu pamiętajcie, że kantory skupują nowe, niezniszczone banknoty.

A jakie są ceny w Wietnamie? Niskie. Na szczęście 😉 Wietnam to jeden z najtańszych do podróżowania krajów na świecie. Ceny jedzenia są bardzo niskie – chyba nie zdarzyło mi się zapłacić za obiad (z napojem) więcej niż 10 000 VND (4USD). W Wietnamie są też oczywiście eleganckie restauracje stworzone wyłącznie dla turystów ale po to się jedzie do Azji, żeby jeść streetfood i pić piwo za mniej niż 0,5 USD. Ceny drinków w fajnych barach z widokiem zazwyczaj wynoszą równowartość
3 – 4 USD. W restauracjach do rachunku dolicza się 5 – 10% wartości za obsługę, w innych miejscach w Wietnamie napiwki są w gestii turystów. Wietnam to biedny kraj, ludzie zarabiają niewiele więc zostawianie 5 – 10% napiwku jest mile widziane i doceniane. Ale miejscowi nie domagają się bezczelnie napiwków jak to ma miejsce w niektórych krajach.

W Wietnamie można też zrobić tanie zakupy. Nie mówię tu o podróbkach, których jest całe mnóstwo ale o różnych wyrobach lepszej i gorszej jakości. Trudno podać jakieś konkretne ceny produktów w Wietnamie, bo trzeba się tu targować. Wielokrotnie pisałam, że tego nie znoszę, na szczęście w Wietnamie szło bardzo gładko – pytasz o cenę, sprzedawca rzuca X, dziękujesz, odchodzisz i już krzyczy połowę. Tak to i ja mogłam zakupy robić 😉

Tak jak w Tajlandii i innych azjatyckich krajach w Wietnamie znajduje się mnóstwo miejsc oferujących masaże. Cena masażu stóp zazwyczaj wynosi 120 000 VND (5 USD), całego ciała – 150 000 (6,5 USD).

Wietnam – internet

Wbrew temu co się niektórym wydaje Wietnam to nie jest dziki kraj i internet jest powszechnie dostępny. Jest we wszystkich hotelach i lepszych kawiarniach/restauracjach a także w autobusach. Można też bez problemu kupić lokalną kartę SIM.

Wietnam – zdrowie, szczepienia, zagrożenia

Żadne szczepienia nie są obowiązkowe przed wyjazdem do Wietnamu niemniej jak w każdym innym egzotycznym kraju lepiej mieć za sobą szczepienia przeciwko WZW A i B, durowi brzusznemu, tężcowi i błonicy.

Turyści mogą się leczyć w Wietnamie zazwyczaj w prywatnych placówkach (publiczne muszą mieć specjalne zezwolenie na leczenie obcokrajowców) – konsultacja lekarska to koszt od 50 USD w górę dlatego przed wyjazdem do Wietnamu trzeba zakupić odpowiednie ubezpieczenie.

Apteki są powszechnie dostępne w Wietnamie, wiele z nich działa całą dobę, wiele leków dostępnych jest bez recepty.

W Wietnamie występuje malaria ale głównie w regionach Ca Ma i Bac Lieu. Zachorowania w innych miejscach zdarzają się sporadycznie. Dużo większym zagrożeniem w Wietnamie jest denga – co roku do szpitali trafia kilkaset tysięcy osób z jej powodu. Zarówno denga jak i malaria to choroby przenoszone przez komary dlatego w Wietnamie należy stosować repelenty typu mugga.

Mój wyjazd do Wietnamu przypadł na czas największej paniki wywołanej przez koronawirus. I po powrocie mogę powiedzieć jedno – panika jest nieuzasadniona. Owszem, sporo ludzi nosi maseczki ale koronawirus nie jest głównym tematem rozmów w Wietnamie. W Hanoi jest niestety smog oraz duże zanieczyszczenie powietrza i spora część osób nosi maseczki właśnie z tego powodu. Ja nie nosiłam. Jedyne na co zwracałam uwagę to częstsze niż zwykle mycie i dezynfekowanie rąk. Przed wyjazdem do Wietnamu warto sprawdzić ostrzeżenia na stronie MSZ. Sprawdzania zaleceń GIS nie polecam, bo nawet przed moim wyjazdem nie zalecali oni wyjazdu do całej Azji Południowo-Wschodniej mimo iż jak wiadomo w krajach takich jak Tajlandia czy Malezja, gdzie temperatury są bardzo wysokie, wirus nie ma szans się rozprzestrzeniać. Warto zachować rozsądek ale nie ma powodów do paniki (przynajmniej w chwili obecnej).

Nie miałam też w Wietnamie żadnych problemów żołądkowych mimo jedzenia w miejscach, które w Polsce sanepid zamknąłby w trybie natychmiastowym 😀 Jeśli macie wrażliwe żołądki to warto przez pierwsze dni pobytu w Wietnamie unikać surowych warzyw i owoców a kilkanaście dni przed wyjazdem i przez cały wyjazd brać probiotyk. Jakieś leki przeciwbiegunkowe na wszelki wypadek oczywiście trzeba zabrać.

I jeszcze jedno ostrzeżenie na koniec – w Wietnamie jest mnóstwo tanich ulicznych fryzjerów, salonów kosmetycznych czy salonów tatuażu. Jeśli chcecie korzystać w Wietnamie z takich usług (podczas jakiejś dłuższej podróży) to wybierzcie sprawdzone miejsce i raczej nie na ulicy. Szacuje się, że aż 1% mieszkańców Wietnamu jest zakażonych wirusem HIV i większość z nich nawet o tym nie wie.

Wietnam – co zabrać?

Nie ma nic specjalnego co trzeba spakować przed wyjazdem do Wietnamu. W razie potrzeby wszystko można kupić na miejscu, często taniej niż w Polsce. Gniazdka w Wietnamie nie wymagają stosowania przejściówek więc adaptery można zostawić w domu.

Na pewno warto wziąć kremy z filtrem, preparaty na komary i nakrycie głowy.

Wietnam – ciekawostki, obyczaje

Co jeszcze warto wiedzieć, żeby bezproblemowo podróżować po Wietnamie?

Główna religia w Wietnamie to buddyzm choć według ostatnich badań większość mieszkańców deklaruje, że… nie wierzy w nic. Dzisiejsza religia w Wietnamie to połączenie wyznań buddyzmu, taoizmu oraz kultu przodków i duchów.

Ludzie w Wietnamie są otwarci i gościnni ale nie spoufalają się zbytnio.

Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest w Wietnamie dopuszczalne, na starym mieście w Hanoi spokojnie można sobie kupić piwko i z nim spacerować.

Narkotyki są obecnie ogromnym problemem w Wietnamie. Przez kraj przebiega szlak transportu heroiny i innych narkotyków. Zdarzają się sytuacje gdy dilerzy szukają mniej lub bardziej bezpośrednio chętnych do nielegalnego przewozu narkotyków dlatego nie należy się nigdy zgadzać na przewożenie czegokolwiek dla obcej osoby. Chodzi o sytuację gdy ktoś prosi o zabranie paczki dla mamy/cioci/narzeczonego. Posiadanie narkotyków w Wietnamie może się skończyć karą dożywotniego więzienia!

Wietnam – co kupić, co przywieźć?

Jest coś co każdy powinien z Wietnamu przywieźć – kawa. Wietnam jest drugim co do wielkości producentem i eksporterem kawy na świecie a wciąż wiele osób jest zaskoczonych słysząc kawa z Wietnamu. O rodzajach kawy napiszę więcej we wpisie poświęconym kulinariom Wietnamu, teraz wspomnę tylko, że wybór i ceny kawy w Wietnamie są bardzo zróżnicowane. W markecie można kupić kawę za ok. 2 USD za 200g ziaren, w specjalistycznych sklepach cena kawy sięga nawet 50 USD za 100g.

Poza kawą w Wietnamie uprawia się też herbatę – najpopularniejsza jest zielona z jaśminem lub lotosem. Moim zdaniem kawa i herbata to najlepsze pamiątki z Wietnamu.

Poza tym na północy Wietnamu można kupić perły, które są hodowane w tym rejonie. Duży jest też wybór produktów z jedwabiu ale ja szczerze mówiąc nie miałam zaufania do tych wszystkich ulicznych sprzedawców. Jeśli znacie się na tkaninach i umiecie rozpoznać prawdziwy jedwab to pewnie warto.

Wiele osób przywozi z Wietnamu tradycyjny wietnamski kapelusz.

Wietnam – bezpieczeństwo

Zwiedzałam na własną rękę tylko Wietnam północny więc nie chcę się wypowiadać na temat całego kraju ale w Wietnamie czułam się bardzo bezpiecznie! Od lat czytałam o tym jak to Wietnamczycy oszukują turystów na każdym kroku, jak trzeba uważać i mieć oczy dookoła głowy. Nie wiem skąd takie teorie ale ja zwiedzając Wietnam sama nawet przez chwilę nie czułam się zagrożona. Nikt mnie nie próbował oszukać, nie byłam świadkiem żadnej przestępczości (podobno często zdarzają się kradzieże) – wszyscy byli mili i uśmiechnięci. A podobno ten północny Wietnam jest gorszy od południowego… Z perspektywy czasu myślę, że taka opinia, która się ciągnie za Wietnamem jest bardzo krzywdząca dla Wietnamczyków. Turystyka jest ważną gałęzią wietnamskiej gospodarki i turystów naprawdę traktuje się w Wietnamie dobrze. Nie twierdzę, że nikt nigdy nikogo nie oszukał ani nie okradł ale nie wydaje mi się, żeby takich sytuacji było więcej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Azji.

Największe zagrożenie w Wietnamie to ruch uliczny. Hanoi to miasto, w którym jest 5 milionów skuterów, które jeżdżą nie bacząc na światła, przepisy ani ludzi. Jeżdżą po ulicach, chodnikach, a nawet parkach! Przejście przez ulicę w Hanoi to wręcz sport ekstremalny 😀 Ruch jest tak duży, że nie ma co liczyć na to, że ulica będzie choć przez chwilę pusta albo że ktoś Was przepuści na pasach. Trzeba po prostu wejść na ulicę i rozglądając się w każdą stronę powoli przejść. Szybko się wyćwiczycie, gwarantuję 😀

Wietnam – czy warto?

Mimo iż widziałam tylko północną część Wietnamu to zdecydowanie uważam, że warto ten kraj odwiedzić. Urocze miasta, cudowna przyroda, uśmiechnięci ludzie, pyszne jedzenie (będzie mu poświęcony cały kolejny wpis), niskie koszty podróży. Dla mnie póki co Wietnam jest krajem nr 1 w Azji – podobał mi się bardziej niż Tajlandia, Indonezja czy Sri Lanka. No dobra, może o to pierwsze miejsce walczyć z Kambodżą 😉 Ale jest super i bardzo chętnie kiedyś do Wietnamu wrócę.

Kuala Lumpur – zwiedzanie stolicy Malezji

Kuala Lumpur oznacza dosłownie błotne ujście. Miasto leży bowiem u ujścia dwóch rzek – Kelang i Gombak. Kuala Lumpur przez mieszkańców nazywane skrótowo KL jest miastem pełnym sprzeczności – nowoczesne drapacze chmur sąsiadują tu z rozsypującymi się tradycyjnymi domami, a eleganckie restauracje mieszają się z ulicznymi garkuchniami. Łączy się tu kultura chińska, malajska i indyjska. Czy ten chaos może zachwycić? Co zwiedzić w Kuala Lumpur, żeby doświadczyć tej różnorodności? Zapraszam na moją relację z Kuala Lumpur.

Na początek od razu napiszę, że spędziłam w Kuala Lumpur 4 dni i w planach miałam zwiedzanie większej ilości miejsc ale upał, wilgotność i panująca duchota szybko zweryfikowały moje plany. Przynajmniej połowę tego czasu spędziłam na hotelowym basenie – inaczej się po prostu nie dało. Jeśli się zastanawiacie na ile dni zaplanować pobyt w Kuala Lumpur i co tam robić to naprawdę weźcie pod uwagę odpoczynek na hotelowym basenie 😉

Petronas Towers

Jedna z największych atrakcji Kuala Lumpur i jednocześnie symbol miasta to 88-piętrowe Petronas Towers. Otwarto je w 1999 roku i do 2004 były najwyższym budynkiem na świecie (ich wysokość to 452 metry). Dziś ustąpiły miejsca dubajskiej Burj Khalifa ale Petronas Towers to wciąż najwyższy bliźniaczy budynek na świecie. Wewnątrz mieszczą się liczne biurowce (m. in. Microsoft). Wieże można było zobaczyć w wielu filmach, kręcono tu m. in. Osaczonych czy Przygody Jackie Chana.

Na 42 piętrze Petronas Towers, a właście na moście łączącym obie wieże, znajduje się punkt widokowy (Skybridge). Cena biletu wynosi 84 RM, bilety na taras widokowy należy kupować z wyprzedzeniem poprzez stronę internetową.

Na parterze Petronas Towers mieści się centrum handlowe Suria KLCC – to jedno z najbardziej ekskluzywnych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Zresztą już po jednym dniu w KL można stwierdzić, że to miasto jest wypełnione centrami handlowymi. Nie dość, że znajdują się niemalże jedno przy drugim to są ogromne. Poza sklepami w centrach handlowych znajdują się liczne punkty usługowe, kawiarnie i restauracje. Skąd taka popularność centrów handlowych w Kuala Lumpur? Otóż taka to ciekawostka, że w Malezji kompletnie nie przyjął się rynek zakupów online. Malezyjczycy uwielbiają kupować stacjonarnie i spędzać czas w centrach handlowych. Ja w Polsce i generalnie w Europie centra handlowe omijam szerokim łukiem ale przyznam szczerze, że w KL zaglądałam do każdego, które mijałam. Co jest takiego niezwykłego w malezyjskich centrach handlowych? Klimatyzacja 😀 W tym upale nawet półgodzinna przerwa na kawę w centrum handlowym przywracała mnie do żywych 😉 A poza tym moja wizyta miała miejsce w czasie Chińskiego Nowego Roku i centra handlowe były naprawdę fantastycznie udekorowane. Chociażby dlatego warto było dla nich zaglądać.

Najdroższe i najbardziej ekskluzywne marki można znaleźć w centrum handlowym Pavillion. Ono też było chyba najokazalej ozdobione z okazji Chińskiego Nowego Roku.

KLCC Park

Powróćmy jednak do zwiedzania Kuala Lumpur. Przy wieżach Petronas rozciąga się miejski park – KLCC Park. Jest to duży, czysty, bezpieczny i zadbany teren. Oaza zieleni otoczona drapaczami chmur. Bardzo przyjemnie miejsce i gdyby nie upał to pewnie można by tam spędzić cały dzień.

W parku znajduje się plac zabaw dla dzieci i basen, jest też wodospad.

W parku znajduje się kilka oznaczonych punktów, z których można zrobić najlepsze zdjęcia wież Petronas.

Wieża telewizyjna Menara KL i Warisan Merdeka

Drugi wysoki i charakterystyczny budynek Kuala Lumpur to wieża telewizyjna – Menara KL. Wieża wybudowana w 1995 roku ma 421 metrów wysokości i znajduje się na niej najwyżej usytuowany taras widokowy w Kuala Lumpur i obracająca się restauracja z widokiem na miasto. Cena biletu na wewnętrzny taras widokowy wieży telewizyjnej w Kuala Lumpur to 49 RM, koszt biletu na taras zewnętrzny to 99 RM. Nie byłam więc nie powiem czy warto.

Nowy najwyższy budynek w Kuala Lumpur to Warisan Merdeka – w 2020 roku wciąż w budowie. Jego wysokość to 682 metry. Bardzo dobrze widać go ze stacji metra Pasar Seni.

Atrakcje Kuala Lumpur – Chinatown

Wizyta w Kuala Lumpur byłaby niepełna bez odwiedzin w Chinatown.

Zwiedzanie tej dzielnicy Kuala Lumpur można zacząć od Pasar Seni – niebieskiego budynku kryjącego wewnątrz wielki bazar. Można tu kupić liczne pamiątki i tradycyjne malezyjskie wyroby. Sam budynek istnieje od 1888 roku i dawniej pełnił rolę hali targowej gdzie sprzedawano produkty spożywcze. Dla mnie to najlepsze miejsce na zakupy w Kuala Lumpur, bo nie trzeba się targować – towary mają stałe, racjonalne ceny.

Sercem Chinatown jest ulica Petaling Street (Jalan Petaling). Są tu setki straganów gdzie można kupić elektronikę, podróbki torebek i ubrań. Zatłoczone, głośne i dla mnie męczące miejsce.

Chinatown to też zagłębie streetartu w Kuala Lumpur. Murale są w większości zaniedbane i zniszczone ale dla mnie i tak była to wielka przyjemność.

W Chinatown mieści się też Pasar Karat – bardzo specyficznie miejsce. Jest to pchli targ ale nie taki zwykły jaki znacie z innych miast na świecie. Ten targ rozkłada się o 2 w nocy i koło 5 zazwyczaj nie ma już po nim śladu. Dlaczego tak? Sprzedaje się tu rzeczy… kradzione. Jeśli podczas wizyty w Kuala Lumpur ukradną Wam (odpukać!!!) telefon czy aparat no to cóż… jest duże prawdopodobieństwo, że na tym targu ktoś będzie próbował go opchnąć.

Ciekawe miejsca w Kuala Lumpur – Little India

W Kuala Lumpur warto się też wybrać do Little India będącej częścią dzielnicy Brickfield. To najbardziej kolorowe miejsce w Kuala Lumpur! Dzielnica znajduje się w pobliżu stacji KL Sentral.

Symbolem Little India są kolorowe łuki zdobiące główną ulicę i kwiaty namalowane na chodnikach i na jezdni. Nie brakuje tu także kolorowych fontann i rzeźb.

W Little India można kupić indyjskie produkty (biżuterię, kosmetyki, przyprawy, ubrania) a także zjeść w jednej z licznych knajpek. Serwuje się tu dania kuchni hinduskiej – głównie curry na milion sposobów. Tu znajdują się najtańsze restauracje w Kuala Lumpur.

Jedna z małych uliczek Little India zyskała przydomek Floral Street. Kwiaciarze przez cały dzień tworzą tu girlandy z jaśminów i storczyków. Kolorowe, pachnące i urocze miejsce!

W Little India znajduje się też aśram Swami Wiwekananda – indyjskiego mistrz duchowego. Pierwszą szkołę otwarto w 1914 roku. Jego celem było zapewnienie edukacji jak największej liczbie dzieci.

W dzielnicy Brickfield znajduje się też ośrodek dla niewidomych. Spacerując tą dzielnicą zobaczycie dziesiątki osób z białymi laskami. Chodniki i ulice w tej dzielnicy są specjalnie przystosowane dla niewidomych. Przy głównej ulicy znajdują się dziesiątki salonów masażu gdzie pracują właśnie osoby niewidome.

W Brickfields znajduje się też największy w KL muzułmański cmentarz.

Poza główną kolorową ulicą dzielnica Brickfields nie uchodzi za zbyt bezpieczną. Znajdują się tu liczne mieszkania socjalne, dzielnica zamieszkiwana jest przez najbiedniejszych ludzi, dla których często niestety biały turysta=bogaty. Więc uważajcie tu na siebie.

Meczet Masjid Jamek

W Kuala Lumpur warto zwiedzić najstarszy meczet w mieście – Masjid Jamek. Wybudowano go w 1909 roku, jest połączeniem stylu mauretańskiego, indosaraceńskiego i mongolskiego. Do czasu powstania meczetu narodowego (Masjid Negara) był najważniejszym meczetem w Kuala Lumpur. Wstęp do meczetu jest bezpłatny, przy wejściu trzeba się zarejestrować (wpisać imię i nazwisko oraz kraj do specjalnej książki). Zwiedzanie możliwe jest codziennie oprócz piątków. Przy wejściu możliwe jest bezpłatne wypożyczenie abai lub chusty do nakrycia głowy.

Z meczetu najlepiej dojść do rzeki i tam przejść mostkiem na plac Niepodległości i do dzielnicy kolonialnej.

Plac Niepodległości

Zwiedzanie Kuala Lumpur trzeba zaplanować tak, żeby na kilka godzin wybrać się plac Niepodległości i w jego okolice. Historycznie jest to najważniejsze miejsce w mieście – przy Merdeka Square 31.08.1957 roku oficjalnie ogłoszono niepodległość Malezji. Na placu stoi 95-metrowy maszt z ogromną flagą Malezji.

Tuż przy fladze znajduje się fontanna królowej Wiktorii z 1904 roku. Dzieło w stylu art nouveau przywieziono z Anglii, żeby upamiętnić jubileusz królowej Wiktorii i oddać hołd imperium brytyjskiemu.

Wokół placu znajdują się liczne budynki użyteczności publicznej – m. in. główna biblioteka w Kuala Lumpur, katedra św. Marii czy budynek dawnej drukarni.

Naprzeciwko placu znajduje się budynek Sultan Abdul Samad nazwany tak na cześć sułtana panującego w czasach powstania budynku. Początkowo mieścił się w nim Sąd Najwyższy, a dziś jest siedzibą Ministerstwa Informacji, Komunikacji i Kultury Malezji. Podobno jest to jeden z najczęściej fotografowanych budynków Kuala Lumpur. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest przepiękny. Zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć w Kuala Lumpur!

W Kuala Lumpur warto zwiedzić też znajdującą się nieopodal Galerię Miejską – KL City Gallery. Mieści się ona w kamienicy z 1889 roku. Wystawa przybliża historię Kuala Lumpur, a na I piętrze znajduje się makieta miasta gdzie co 5 minut odbywają się pokazy światło i dźwięk. Pierwsze piętro to też idealny insta spot 😉 Jest tu kilka murali 3D prezentujących symbole Kuala Lumpur. Cena biletu wstępu do galerii to 10 RM z czego 5 RM dostaje się w formie bonu do wydania w sklepiku z pamiątkami lub kawiarni. Warto!

Stąd najlepiej wybrać się do Lebuh Pasar Besar. To najstarsze miejsce w Kuala Lumpur, odpowiednik europejskiego rynku starego miasta. Znajduje się w miejscu gdzie wybudowano pierwszy most w Kuala Lumpur. Dziesiątki lat temu kwitł tu handel opium i hazard. W 1885 roku miejsce zmieniło swój charakter i dziś jest areną spacerów mieszkańców i turystów. Pośrodku znajduje się okazała Wieża Zegarowa z 1937 roku wybudowana jako upamiętnienie koronacji króla Jerzego VI.

Po drodze z Galerii Miejskiej do Lebuh Pasar Besar znajduje się instalacja z metalu i bawełnianych nici – The Dome of Disapperance. Całość ma sugerować coś delikatnego i ulotnego podobnie jak nieustannie zmieniające się Kuala Lumpur. Za nią w tle widać meczet.

Zupełnie inne oblicze Kuala Lumpur można dostrzec w dzielnicy Bukit Bintang. To najnowocześniejsza część Kuala Lumpur pełna wieżowców, ekskluzywnych hoteli i centrów handlowych. Z tego bardzo nowoczesnego miejsca w kilka minut można przejść do ulicy Jalan Alor – pełnej ulicznych straganów i barów. Przedłużeniem Jalan Alor jest ulica Changkat – centrum nocnego życia Kuala Lumpur. Tu znajdują się liczne bary, kluby, puby, dyskoteki i inne przybytki rozrywki.

Malezja – co zjeść? + kulinarny przewodnik po Kuala Lumpur

Współczesna kuchnia malezyjska jest połączeniem wpływów malajskich, chińskich, hinduskich i kultury Pernakan (potomków chińskich imigrantów). O ile kuchnia chińska, tajska czy wietnamska są znane w Europie to o malezyjskiej wiadomo mniej. W takim razie co zjeść w Malezji? Czego spróbować i czego szukać na lokalnych targach? Zapraszam na mój przewodnik po kuchni malajskiej i restauracjach w Kuala Lumpur.

Jak już pisałam w poprzednich wpisach ceny jedzenia w Malezji są niskie. Można się dobrze najeść za równowartość 3 – 4 USD. Nie mówię tu oczywiście o wypasionych restauracjach (których też w Kuala Lumpur nie brakuje) ale o zwykłych restauracjach w centrach handlowych i budkach ze street foodem.

Sztandarowe danie kuchni malezyjskiej to laksa – ostra zupa z kurczakiem. występuje w wielu wersjach. W Kuala Lumpur popularna jest laksa lemak – z dodatkiem curry – w innych regionach kraju mówią, że to nie laksa 😉 Można spotkać też laksa sarawak – z krewetkami i wiele innych odmian. Laksę jada się na śniadanie, obiad i kolację. W kuchni malezyjskiej stosuje się sporo chili więc jeśli jesteście nieprzyzwyczajeni do ostrych smaków to proście zawsze o łagodniejszą wersję dań.

Drugie tradycyjne typowe malezyjskie danie, które można napotkać niemal wszędzie to roti kaya – tosty z dżemem kokosowym. Często serwowane z ugotowanym jajkiem. To zdecydowanie jedno z najpopularniejszych śniadań w Malezji.

Kays jest też częstym nadzieniem to popularnych w Malezji bułeczek na parze – też warto spróbować.

Słodkie śniadania w Malezji to też popularne kuih ketayap – zielone naleśniczki z dżemem kokosowym. Baaardzo słodkie!

Jeśli chodzi o wytrawne śniadania to w Malezji najczęściej jada się nasi lemak – ryż gotowany na mleku kokosowym ze smażoną rybą lub kurczakiem, do tego gotowane jajko i sambal – pasta na bazie chili. Czasem dodaje się świeżego ogórka. Całość zawsze podaje się zawiniętą w liściu bananowca. Jest to typowe jedzenie w Malezji i chociaż raz warto spróbować.

Jak już jesteśmy przy dodatkach to w Malezji często stosuje się gotowe pasty i sosy zamiast pojedynczych przypraw. Bardzo popularna jest belacan – fermentowana pasta z krewetek, a także rempah – pasta z szalotki, czosnku, chili, trawy cytrynowej, imbiru i galangi.

Co jeszcze warto zjeść w Malezji? Na pewno często można napotkać znane z Indonezji i innych azjatyckich krajów satay – szaszłyki z mięsa drobiowego przygotowywane z masłem orzechowym.

W Malezji warto zjeść i spróbować wszystkie możliwe owoce – papaje, jackfruity, mango, pomelo, liczi, rambutany czy guawy. I oczywiście króla owoców – duriana. Durian jest w Malezji wszechobecny nie tylko w postaci świeżego owocu ale też owoców suszonych, lodów, deserów, ciastek czy durianowej kawy i herbaty. Ja duriana kocham i jadłam absolutnie codziennie! Pamiętajcie tylko, żeby duriana zjeść tam gdzie go kupujecie, bo zarówno przewożenie go komunikacją miejską jak i wnoszenie do hoteli jest karalne. I to niemało, po 500 RM.

Jeśli chodzi o napoje w Malezji to wszystkie one są niesamowicie słodkie. Do kawy i herbaty standardowo dodaje się cukier albo mleko skondensowane. Kawa z mlekiem skondensowanym to kopi – jeśli zamówicie ją w jakiejś budce na ulicy to zobaczycie w jaki specjalny sposób jest przygotowywana. I tu niestety smutna konkluzja – w Malezji wszystkie napoje podaje się w plastiku. W plastikowych woreczkach, z plastikowymi słomkami i jeszcze z plastikową zawieszką na skuter. Niestety świadomość ekologiczna jest tam jeszcze mało rozwinięta.

Rozważania o tym co zjeść w Malezji nie mogą obyć się bez napisania o deserach. Nawet jednego deseru w Malezji nie zjadłam do końca. Wszystko jest tam jakieś 5 razy słodsze niż gdziekolwiek indziej. Wcale mnie nie dziwi, że w Malezji jest najwyższy odsetek diabetyków w całej Azji. No ale od jednych wakacji nikt cukrzycy nie dostanie 😉 Zatem co słodkiego warto zjeść w Malezji?

Numer jeden to cendol – najpopularniejszy malezyjski deser składający się z kruszonego lodu, mleka kokosowego, cukru palmowego, fasoli i ryżowo-groszkowych żelków. Czasem dodaje się do niego owoce (np. duriana). Pyszny ale dramatycznie słodki! Niemniej jeśli miałabym wskazać co trzeba w Malezji spróbować to powiem: cendol. Koniecznie. Potrafi kosztować 3 RM, a potrafi 25 RM. Zależy gdzie i zależy z jakimi dodatkami.

Dużo jest w Malezji takich ulicznych stoisk gdzie smażą różne ciasteczka / kuleczki z przeróżnymi dodatkami. Fajne, smaczne, tanie ale wszędzie cukier w ilościach zatrważających. Nie wiem czy to widać na zdjęciu ale ciasteczko z orzeszkami miało tyle cukru, że aż trzeszczał w zębach. No ale na wakacjach w Malezji spróbować trzeba 😉

W Malezji warto też spróbować deseru jedynego w swoim rodzaju Durian Lava Cake – ciastka na ciepło ze słodkim nadzieniem z duriana. Idealnie pasowałaby do niego mocna gorzka kawa ale niestety przez tydzień pobytu w KL serwowałam ją sobie sama w pokoju hotelowym 😉

Fajne są też takie ciastka, nie ciastka, trudno powiedzieć co to jest. Takie kulki z mąki ryżowej na zimno z nadzieniem z duriana.

No dobra. Wiemy już co zjeść i czego spróbować w Malezji to teraz pytanie gdzie to wszystko znaleźć. Gdzie zjeść w Kuala Lumpur? Ja w Azji kocham takie hipsterskie miejsca jak to ze zdjęcia powyżej 😉

Zachęcam do jedzenia śniadań w Kuala Lumpur poza hotelem. Hotelowe jedzenie mimo iż często zawiera lokalne produkty to nigdy nie jest TO. Śniadania w restauracjach czy czy ulicznych budkach w Kuala Lumpur to koszt 2 – 6 RM. Kawa 1 -2 RM. Naprawdę niewiele a zawsze można poczuć się jak mieszkaniec KL 😉 Ja najczęściej jadałam w budkach w dzielnicy Little India lub w małych retauracjach przy centrum handlowym NU Sentral – dobre tosty z kaya serwują w PappaRich (można płacić kartą).

W związku z tym, że mój hotel był tuż przy NU Sentral to zdążyłam tam przetestować kilka restauracji. Poniżej te, które polecam odwiedzić podczas zwiedzania Kuala Lumpur.

Dolly Dim Sum – tu trafiłam na swój pierwszy obiad w KL i tu zakończyłam swoją kulinarną przygodę z Malezją. Restauracja serwuje chińskie pierożki dim sum. Z mięsem, z krewetkami, co kto lubi. Jest też spory wybór chińskich herbat i deserów. Za 2 rodzaje pierożków i herbatę płaciłam zazwyczaj ok. 20 RM. Można płacić kartą.

Taka ciekawostka – jeśli wybieracie się do restauracji w Kuala Lumpur to dostaniecie menu i karteczkę z ołówkiem gdzie zaznaczacie wybrane pozycje. Wybieracie, zaznaczacie i przekazujecie kelnerowi. Z zamówieniem otrzymujecie rachunek, który reguluje się w kasie przy wyjściu z restauracji (nie płaci się bezpośrednio kelnerowi).

W centrum działa też tajska knajpa Mr Tuk Tuk. Jako wielka fanka mango sticky rice i pad thaia nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Zdecydowałam się właśnie na te dwa moje ulubione tajskie dania. Były przepyszne – zwłaszcza mngo sticky rice. Porcja pad thaia spokojnie na 2 osoby. Płatność tylko gotówką.

Na poziomie -1 działa koreańska kawiarnia Hanbing serwująca koreańskie desery – wyglądały obłędnie ale porcja była tak ogromna, że ja po zjedzeniu połowym bym się przez pół dnia nie ruszyła! Jednak przyszłam tam na śniadanie i zdecydowałam się na tosty. Do wyboru różne różniste – z serem, z tuńczykiem, na ostro… Jeśli już znudzą się Wam typowo malezyjskie śniadania to polecam dla urozmaicenia śniadanie koreańskie w Kuala Lumpur 😉 Można płacić kartą.

I kontynuując kulinarną podróż przez Azję w Nu Sentral są też dwie restauracje japońskie sieci Zanmai. Jedna serwuje makarony, druga sushi. Ponieważ jestem pastożercą to zdecydowałam się na makaron z krewetkami i sosem orzechowym. Ale to było dobre!!! Jeden z moich najlepszych posiłków w Kuala Lumpur. A najlepsze jest to, że za makaron i herbatę zapłaciłam 16 RM. Można płacić kartą.

Na lody warto wybrać się do Baskin-Robbins. Porcje są duże ale lody są w Malezji drogie – cena za kulkę to kilka, a nawet kilkanaście RM.

Mekką wszystkich malezyjskich foodies jest ulica Jalan Alor. Działa przy niej kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset barów ze street foodem i można tu zjeść i kupić absolutnie wszystko. Są stoiska z kawą i herbatą, z deserami, z owocami. Są sklepy z durianem i suszonymi owocami. Są restauracje serwujące mięso, ryby (jak widać można najpierw spojrzeć w oczy rybie, którą chce się zjeść). Ulica funkcjonuje przez 24 godziny na dobę, większość barów otwiera się po godzinie 17 ale niezależnie czy przyjdziecie tu w środku dnia czy w środku nocy to zawsze coś można tu zjeść.

Swego rodzaju food court z hinduskim jedzeniem znajduje się przy Jalan Stensen Sentral – jeden poziom parkingu zamieniono tu na skupisko budek z jedzeniem prosto z Indii. Ceny jedzenia są tu bardzo niskie – porządna porcja curry z ryżem i warzywami to koszt 5 – 8 RM. Warto tu też spróbować maślanki i herbaty z hibiskusem. Maślanka okazuje się być popularnym napojem w Malezji – serwuje się ją najczęściej z dodatkiem kolendry. Hibiskus natomiast jest narodowym kwiatem Malezji i poza rolą dekoracyjną jest też składnikiem dań i napojów. Bardzo polecam hibiskusową herbatkę – smakuje zupełnie inaczej niż polskie herbatki z dodatkiem tego owoców. Taki mocny napar z dużą ilością lodu idealnie łagodzi ostrość hinduskich dań i orzeźwia w upalny dzień. Tu przy okazji ważna informacja praktyczna – w Malezji można bez obaw pić napoje z lodem. Cały lód jest produkowany fabrycznie, nie ma obaw żadnych zanieczyszczeń czy zakażeń.

Jak już spróbujecie dań malajskich i hinduskich to koniecznie trzeba zjeść coś chińskiego w Chinatown. Jeden z najpopularniejszych i najsłynniejszych lokali w Chinatown to Koon Kee słynący z pysznej wieprzowiny. Tak, tak, w kraju muzułmańskim bez problemu można zjeść prosiaczka. Wieprzowina jest mięciutka, soczysta i pyszna, makaron genialny a pierożki – do dziś mi ślinka cieknie jak o nich myślę. To obowiązkowe miejsce na posiłek w Kuala Lumpur. Chciałam nie widzieć biegających dookoła szczurów ale niestety wzrok mam dobry 😉 Więc co wrażliwsi niech może jednak jadają w centrach handlowych 😉

Chińskie jedzenie w Kuala Lumpur serwuje też chiński food court w podziemiach centrum handlowego Lot 10. Jest to miejsce bardzo popularne wśród Malezyjczyków, mniej wśród turystów. Ale ja bardzo bardzo polecam. Wybór jedzenia ogromny, knajpek jest co najmniej kilkanaście, sama długo chodziłam nie mogąc się zdecydować co wybrać. Ostatecznie padło na makaron z pok choi i wywar z pulpetami wołowymi. Mistrzostwo świata! Cały ten obiad kosztował mnie 12 RM. Ten food court to jedno z niewielu miejsc w Kuala Lumpur gdzie do obiadu można się napić piwa (cena małego piwa – od 15 RM).

Na 6 piętrze tego samego centrum handlowego znajduje się japoński food court. Są też japońskie delikatesy gdzie można zakupić całą masę produktów z kraju kwitnącej wiśni czy kawiarnia gdzie można się napić oryginalnej japońskiej matchy – na zimno lub na ciepło.

W piątki po południu – od 15 – rozkłada się night market Pasar Malam w pobliżu stacji metra Bangsar. Nocny market w Kuala Lumpur oficjalnie działa od 15 do 23 ale prawda jest taka, że większość budek otwiera się dopiero o 17.30 więc wcześniej nie ma sensu tam jechać. Nie będę ukrywać, że mnie to miejsce trochę rozczarowało – jest to dobry pomysł na zrobienie zakupów – można kupić ryby, owoce, warzywa czy indyjskie przyprawy ale jeśli liczycie na wyżerkę to tak jak ja będziecie rozczarowani.

No i na koniec jeszcze o tym co warto kupić w supermarkecie w Malezji. Przy dworcu i centrum handlowym Nu Sentral mniejszych i większych marketów było kilka. To co się rzuca w oczy to ogromny wybór napojów w lodówkach – wszystko niestety słodzone. Kupiłam mały kartonik soku z mango, który bez rozcieńczenia (i to mocnego) był niepijalny i puszkę napoju z daktyli. Napój daktylowy co prawda importowany z Tajlandii, też słodki ale to coś co warto spróbować w Azji.

W Malezji bardzo popularne są puddingi z galaretką kokosową – tzw. nata de coco. Są w kilku smakach – mango, liczi, kokosowe itp.

Ze słodyczy w Malezji wpadły mi w oko czekolady – z zieloną herbatą i z durianem. Kupiłam na prezent więc nie wiem czy warto ale spytam obdarowanych jak im smakowało 😉