Djerba – zwiedzanie wyspy

Djerba, Jerba, Dżerba – jakkolwiek by tej nazwy nie zapisywać, chodzi o to samo miejsce. Djerba to największa wyspa u północnych wybrzeży Afryki o powierzchni ponad 500 kilometrów kwadratowych. Wyspa zamieszkana jest przez Arabów, Berberów i Żydów co tworzy jej specyficzny charakter.

Już za czasów rzymskich wyspę połączono z lądem za pomocą grobli zwanej do dziś groblą rzymską. Grobla poza tym, że jest drogą dojazdową z lądu na wyspę, zapewnia też dopływ wody z lądu na wyspę.

Houmt Souk – stolica wyspy

Zwiedzanie wyspy najlepiej zacząć od jej nieformalnej stolicy i największego miasta. Nazwa oznacza dokładnie sąsiedztwo targu. I to właśnie targ, czyli z arabskiego souk, już od czasów starożytnych był centralnym punktem miasta.

Stare miasto to plątanina wąskich uliczek gdzie znajdziemy mnóstwo sklepików i stylowych butikowych hoteli tzw. fonduków. Zaglądajcie w podwórka, możecie znaleźć takie perełki jak np. hotel Marhala – przerobiony na hotel dawny karawanseraj.

Przy avenue Abdelhamid el Kdhi mieście się Muzeum Tradycji i Kultury Djerby. Można tu zobaczyć m.in. kolekcję strojów regionalnych z różnych regionów Djerby, stroje i biżuterię ślubną oraz rekonstrukcję warsztatu garncarskiego. Bilet wstępu kosztuje 4 TND, zdecydowanie warto.

Borj el Kebir (Borj Ghazi Mustapha), znany też jako Twierdza Hiszpańska, to budowla obronna z 1432 roku. Nazwa pochodzi stąd, że broniący się tam w 1560 roku garnizon wojsk hiszpańskich nie zdołał odeprzeć ataku korsarzy, którzy zdobyli twierdzę i wycięli w pień obrońców, a z ich czaszek usypali kopiec przy brzegu morza. Jego średnica u postawy wynosiła ponad 10 metrów.

Z fortu rozpościera się piękny widok na morze i miasto. Spacerując dookoła zwróćcie uwagę na nowowybudowany amfiteatr.

Sercem miasta jest souk – labirynt wąskich uliczek z kilkoma niewielkimi placami. Klimat tego miejsca jest absolutnie bajkowy. Białe ściany udekorowane są kwiatami i kolorowymi muralami. Wąskie uliczki aż proszą się o zdjęcia. Dziesiątki zdjęć. A potem aż chce się usiąść w kafejce przy jednym z placów i z filiżanką kawy (w wersji letnie upalnej – szklanką zimnego piwa) podziwiać ten kolorowy labirynt. No a potem trzeba ruszyć na shopping – kupicie tu absolutnie wszystko czego potrzebujecie z Tunezji (TU napisałam co warto przywieźć) – magnesiki, biżuterię, ubrania, kosmetyki, oliwę, przyprawy. Absolutnie wszystko. Nawet dywan. Wybór jest spory, atmosfera dość luźna i spokojna, nie jest tak gwarno i nerwowo jak na innych arabskich soukach.

Jeśli będziecie w Houmt Suk rano (ja niestety byłam po południu) to zajrzyjcie koniecznie na targ rybny. Licytacja jaka się tu odbywa każdego ranka to już swego rodzaju legenda. Starsi panowie ubrani w białe galabije i z czerwonymi szesziami na głowach prowadzą licytacje świeżo złowionych ryb i ośmiornic.

W mieście znajdują się dwa meczety – Meczet Nieznajomych i Meczet Turków. Oba są dostępne wyłącznie dla muzułmanów. Jest też kościół katolicki, do którego można zajrzeć ale nie ma tam nic ciekawego.

I na koniec jeszcze jedno miejsce gdzie zawiózł nas kierowca. Generalnie to taka typowa tourist trap 😉 Ale nie żałuję, że tam trafiłam z jednego prostego powodu – ogród ze zdjęć powyżej.

Generalnie jest to atelier tunezyjskiego artysty Dar Jilani gdzie można zobaczyć jak on pracuje i zakupić jego wyroby. Już pomijając fakt, że te wyroby zupełnie nie w moim guście to jest to takie typowe miejsce gdzie przywozi się zorganizowane wycieczki. Więc jeśli tam traficie – czy to z wycieczką, czy Wasz taksówkarz zapewni Was, że to miejsce po prostu MUSICIE zobaczyć – nie wchodźcie do środka tylko idźcie do ogrodu. A ten jest obłędny. W czerwcu wszystko kwitło i żyło. Do tego gustownie udekorowane altanki i basen zachęcający do tego, żeby tam wskoczyć 😉 Przy atelier funkcjonuje mały hotel i szczerze mówiąc chętnie bym w tym hoteliku i ogrodzie została na dłużej.

Guellala – stolica garncarstwa i ceramiki

Guellala z języka berberyjskiego oznacza wyroby gliniane. I właśnie to zobaczycie w tym miasteczku. Jest to drugi co do wielkości ośrodek produkcji ceramiki w Tunezji. Pierwszy znajduje się w Nabeul na półwyspie Cap Bon (na kontynencie).

Wioska zamieszkana jest głównie przez Berberów i wciąż używa się tu języka berberyjskiego uważanego za najstarszy język w Afryce północnej. W ogóle Gellala jest najstarszą osadą na wyspie a piece używane tu do wypalania ceramiki często mają więcej niż tysiąc lat.

Cała główna ulica miasta wypełniona jest warsztatami ceramicznymi i sklepikami z dzbankami, garnkami, kubkami i innymi wyrobami. Większość warsztatów to instytucje działające od pokoleń. Często można tu zobaczyć na żywo jak powstają wyroby ceramiczne.

Erriadh (Ar-Rijad) – stolica street artu

O tej miejscowości nie przeczytacie w przewodnikach (przynajmniej w moim jej nie było) ale znajdziecie ją na instagramie 😉 Moi instagramowi followersi wiedzą już, że zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i przepadłam absolutnie.

Miasto od 2014 roku jest stolicą tunezyjskiego streetartu, swego rodzaju muzeum na otwartym powietrzu i gospodarzem imprezy o wdzięcznej nazwie Djerbahood. Zainicjowali ją paryscy artyści skupieni na co dzień wokół galerii Itinerrance. To co możemy dziś podziwiać na ścianach budynków to ponad 150 dzieł artystów z 30 krajów świata, w tym Polski.

Jak wiecie ja kocham streetart więc nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym mieście. Było nieziemsko gorąco (to był ten dzień kiedy termometr wskazywał 38 stopni) więc to było raczej bieganie między uliczkami (cienia tam bardzo niewiele, mi się w pewnym momencie zagrzał telefon i musiałam się schować w jakimś barze, żeby go schłodzić) ale warto się było pomęczyć. Część murali jest już niestety dosyć zniszczona (jak powstają od 2014 roku tak sobie są na tych ścianach, nikt ich nie odnawia) ale i tak robią ogromne wrażenie. Myślę, że fajnie by było pochodzić tam na spokojnie (to może zimą) i pozgadywać skąd są poszczególne dzieła i co autor miał na myśli.

Są tam też oczywiście polskie akcenty. Jeden mural z arbuzami, którego nie udało mi się znaleźć oraz mural autorstwa Nespoon przedstawiający koronki (pochodzi z 2014 roku). Nie ukrywam, że wcześniej nie znałam NeSpoon ale jak teraz zaczęłam sobie czytać co ta dziewczyna tworzy to przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo – SZACUN. Zerknijcie na jej Facebooka tudzież instagrama. Ci, którzy śledzą mnie na instagramie widzieli już jej dzieła m.in. z Lublina i Wrocławia.

Erriadh to także wioska, którą znają Żydzi z całego świata. Po pierwsze znajduje się tu synagoga El-Ghriba (Al-Ghariba, la Ghriba, Cudzoziemka), a po drugie jest miejscem corocznych pielgrzymek Żydów z całej Afryki Północnej, a nawet reszty świata. Pielgrzymka odbywa się zawsze 33 dni po Wielkanocy. Na co dzień mała, senna wioska wygląda wtedy podobno jak plan hollywoodzkiego filmu – nie dość, że jest mnóstwo gości to ochrona jest w stanie najwyższej gotowości. Jest mnóstwo policji, wojska, ochrony cywilnej, nad miasteczkiem latają helikoptery. Wynika to po części z tego, że 11 kwietnia 2002 roku miał miejsce krwawy zamach – na teren synagogi wjechała ciężarówka wypełniona gazem, w wyniku czego zginęło 21 osób, w tym 14 niemieckich turystów.

W mojej opinii Erriadh jest to miejsce, które MUSICIE odwiedzić będąc na Djerbie.

Sporty wodne

Na Djerbie możecie spróbować różnych sportów wodnych w bardzo atrakcyjnych cenach (na pewno niższych niż w Europie). Możecie popływać skuterami wodnymi, na bananie i wszelkich innych ustrojstwach.

Ja zdecydowałam się w końcu spróbować parasailingu. Lekko od 3 lat już byłam prawie zdecydowana i jakoś zawsze brakowało mi odwagi 😀 Jeśli też byście chcieli a się boicie to absolutnie nie ma czego. Parasailing to 1% poziomu adrenaliny w porównaniu z paraglidingiem, którego spróbowałam w Rio de Janeiro. O ile paragliding był cudowny i wspaniały ale wiem, że nigdy więcej się na to nie zdecyduję to parasailing to jest totalny luz, oglądanie pięknych widoków, wszystko na spokojnie i bez stresu, żałuję, że nie wzięłam ze sobą telefonu tam na górę. Taka przyjemność w Tunezji kosztuje 50 TND.

Blue lagoon

Mam być szczera? Wyspa jest piękna ale to wyprawa na błękitną lagunę jest moim najlepszym wspomnieniem z Tunezji. Coś o czym nie miałam pojęcia, czego nie przeczytałam w żadnym przewodniku ani na żadnym blogu. Gdzieś ktoś powiedział, że z Zarzis (gdzie był mój hotel) można popłynąć do Twierdzy Skorpiona. Więc pewnego popołudnia idziemy na plażę do panów od sportów wodnych i pytamy. Do twierdzy owszem, można popłynąć ale oni by nam bardziej polecali blue lagoon. Nazwa i parę pokazanych przez nich zdjęć rozpala wyobraźnię więc po krótkich negocjacjach ustalamy cenę – 200 TND za 5 osób. Nie oszukujmy się – to za półdarmo. Tyle ma kosztować 2-godzinna wycieczka. Jest też opcja wycieczki 4-godzinnej za 300 TND za 5 osób. Generalnie fajnie by się było popluskać dłużej ale weźcie pod uwagę, że płyniecie w miejsce gdzie nie ma baru 😀 jedzenia ani żadnej infrastruktury, ani kawałka cienia a jest dobrze ponad 30 stopni. Myślę, że zimą czy wiosną fajniej by było na dłużej ale latem taka 2-godzinna wycieczka to dość.

Następnego dnia, o umówionej godzinie (jakoś koło 9) stawiamy się na plaży. Pakują nas do zdezelowanej (naprawdę, nie przesadzam) motorówki napędzanej lewym libańskim paliwem. Taka to rzeczywistość – na Djerbie nie ma stacji benzynowych, podróżując po wyspie napotkacie takie stoiska gdzie jest lewe paliwo z Libii w baniakach 5-litrowych. Libia oddalona jest zaledwie 90 km od Djerby i stamtąd pochodzi większość używanej na wyspie benzyny. Śmierdzi to nieziemsko ale przygoda to przygoda. Dla tych, którzy nie pamiętają – ja nienawidzę transportu morskiego. Jachty, łódki, promy, motorówki to coś co mnie tak stresuje, że najchętniej schowałabym się pod pokład. Ale jak się powiedziało A… 😉

Rozsiadamy się na motorówce, mi na szczęście przypadło miejsce z tyłu, a nie na dziobie. Na początku całkiem miło, fajnie i przyjemnie, bardziej dryfujemy niż płyniemy, nawet mi się podoba. Ale po chwili nasz kapitan odpala motór i pędzimy ile fabryka dała. Z jednej strony strach, z drugiej ekscytacja, sama nie wiem czy bardziej się boję czy bardziej mi się podoba 😀

Odpływamy naprawdę daleko od brzegu, fale są coraz większe (mimo iż generalnie morze było naprawdę spokojne), u mnie zdecydowanie strach dominuje nad ekscytacją. Na szczęście kapitan (to bardzo górnolotne określenie, mam nadzieję, że w ogóle miał jakiekolwiek papiery) zatrzymuje łajbę, czekamy na delfiny. Trochę się kręcimy, delfinów nie widać, podpływamy dalej. Ja już zwątpiłam ale rzeczywiście się pojawiają – najpierw jeden, potem drugi, ostatecznie jest małe stadko pięciu sztuk. Nie uwierzycie ale to pierwsze delfiny w moim życiu widziane tak w naturalnym środowisku. Ciężko uchwycić je na zdjęciu ale nakręciłam też filmik i mogliście go oglądać w insta stories.

No ale wracamy do meritum – po podglądaniu delfinów kierujemy się już do naszego miejsca docelowego, czyli błękitnej laguny. Powiem Wam, że miejsce jest nieziemskie i niezwykłe. Kolory wody i piasku jak z pocztówek, woda cieplutka, krystalicznie czysta a najlepsze w tym wszystkim jest to, że poza naszą 5-osobową ekipą nie było tam nikogo. Laguna Balos na Krecie też jest piękna ale wszyscy, którzy tam byli wiedzą, że nawet zrobienie zdjęcia bez innych osób w tle jest wręcz niemożliwe. A tu, w szczycie sezonu turystycznego, macie lagunę praktycznie do własnej dyspozycji. Jest pięknie, bosko i rajsko. Spacerujemy, robimy zdjęcia, kąpiemy się. I wracamy. Droga powrotna mija już bez większego stresu i po nieco ponad 2 godzinach od wypłynięcia wracamy do hotelu. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że było to najlepsze co przeżyliśmy w Tunezji. Najprawdziwszy raj. Takie tunezyjskie Malediwy 😉 To nie jest wycieczka, którą kupicie w biurze podróży czy hotelu. Najlepiej pójść na plażę do osób, które oferują sporty wodne i pytać o blue lagoon. Na pewno będą wiedzieli o co chodzi. Warte każdych pieniędzy a za 40 TND za osobę to się nawet nie ma co zastanawiać. Latem nie polecam dłuższej wersji, bo Was wymęczy ale w okresie gdy temperatury są niższe niż 25 stopni to myślę, że i pół dnia można tam spędzić!

Tunezja – atrakcje dla dzieci

Co poza tym można robić na Djerbie? Można popłynąć na wyspę Flamingów. Miałam to w planach ale okazało się, że w okresie letnim na wyspie flamingów nie ma. Żeby pokąpać się w towarzystwie różowych ptaków musicie lecieć do Tunezji w okresie zimowym. I ja kiedyś mam zamiar to zrobić, zawsze to bliżej niż na Arubę 😉

Na Djerbie dosyć popularny jest Djerba Explore Park – park tematyczny poświęcony kulturze arabskiej i ferma krokodyli. Właśnie te ostatnie stworzonka przyciągają do parku rodziny z dziećmi. Mnie to w ogóle nie kręci ale wiem, że to dosyć popularna atrakcja i jeśli lecicie na Djerbę z dziećmi to warto wziąć ją pod uwagę.

Djerba – wakacje w Tunezji – informacje praktyczne

Tunezja chodziła mi po głowie od paru ładnych lat ale najpierw były ważniejsze kierunki, potem sytuacja w Tunezji się zaogniała (jaśminowa rewolucja, arabska wiosna, potem następujące po sobie zamachy terrorystyczne). Ale od paru miesięcy przyglądałam się ofertom wyjazdów do Tunezji. Kusiło mnie, żeby polecieć w lutym ale jakoś tak wyszło, że w lutym siedziałam w domu. Niemniej w maju zdecydowałam, że będę polować na jakiegoś lasta w czerwcu. I tak też się stało, kilka dni przed wylotem zakupiłam wakacje all inclusive na tunezyjskiej wyspie Djerba, a właściwie w oazie Zarzis. W tym wpisie przedstawię Wam wszystkie praktyczne aspekty wyjazdu do Tunezji, takie wszystko co chcielibyście wiedzieć ale boicie się zapytać 😉 A o tym co warto zobaczyć na wyspie przeczytacie za kilka dni.

Djerba uchodzi za mityczną wyspę Lotofagów, na której towarzysze mitycznego Odyseusza zjedli liście i kwiaty lotosu co spowodowało, że nie chcieli wyruszyć w dalszą podróż. Po kilkudniowych wakacjach w tym miejscu wcale im się nie dziwię, jakbym nie musiała to też bym nie wracała 😉

Djerba – jak się dostać z Polski

Djerba to wyspa ale połączona z lądem tzw. groblą rzymską. Na wyspie znajduje się lotnisko oferujące połączenia czarterowe z kilkoma polskimi miastami. Na Djerbę polecicie m.in. z Poznania, Wrocławia, Warszawy czy Katowic. Z niektórych miast sezonowo (kwiecień – październik), z innych przez cały rok. Jeśli chodzi o połączenia regularne to najwięcej ma ich Djerba z Francją ale loty z Polski z przesiadką we Francji będą kosztowały więcej niż całe wakacje z lotem czarterowym. Lot na Djerbę trwa ok. 3 godzin.

Djerba – ceny i waluta

Walutą na wyspie jak i w całym kraju jest dinar tunezyjski (TND). 1 USD=2,9 TND, 1 EUR=3,4 TND (stan na czerwiec 2019). Pieniądze można wymienić na lotnisku lub w hotelu, kurs na terenie całego kraju jest jednakowy. Wymiana w banku możliwa jest wyłącznie za okazaniem paszportu, a generalnie nie zaleca się noszenia dokumentów ze sobą więc najlepiej i najspokojniej wymienić pieniądze w hotelu.

Na Djerbie są też bankomaty i można wyciągnąć gotówkę. Niestety często nie działają. W moim hotelu był bankomat ale działał tylko pierwszego dnia, podobnie było we wszystkich hotelach w okolicy. Kartą zapłacicie w bardzo niewielu miejscach więc lepiej mieć ze sobą gotówkę. Wymieniać można dolary, euro, funty i kilka innych walut, polskich złotówek niestety nie.

Tunezyjskiej waluty nie można wywozić z kraju stąd trzeba dobrze zaplanować ile wymienić. Teoretycznie na lotnisku można wymienić pieniądze z powrotem na dolary lub euro ale jest to dosyć czasochłonna procedura, do tego wymagane jest potwierdzenie wymiany z miejsca gdzie była ona dokonywana. Takiej wymiany dokonuje się w bankach na lotnisku.

W Tunezji, podobnie jak w wielu innych krajach Afryki północnej, oczekuje się napiwków. Wynika to trochę z mentalności ale w dużej mierze po prostu z bardzo niskich zarobków. Warto zostawić napiwek barmanowi czy personelowi sprzątającemu w hotelu. Uwaga, napiwki zostawiajcie w dinarach tunezyjskich albo w banknotach USD lub EUR. Nie zostawiajcie tym ludziom monet np. euro, bo im się to nijak nie przyda – banki im nie wymienią monet ani nic za to nie kupią.

Djerba – transport po wyspie

Komunikacja publiczna właściwie nie istnieje. Najwygodniejszym i najtańszym środkiem transportu są oficjalne żółte taksówki. Opłata początkowa wynosi 0,45 TND, opłata za kilometr ok. 1 TND. Drogo nie jest tylko to Afryka, kierowcy jeżdżą jak szaleni więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na jazdę pełną wrażeń.

Po godzinie 21 cena taksówek wzrasta o 50%!

Drugą opcją transportu jest wynajęcie samochodu – ceny ok. 30 USD za dzień. Jest też opcja wynajęcia samochodu z kierowcą za ok. 50 USD za dzień. Samochody najprościej wynająć od razu po przylocie na lotnisku lub poprzez recepcję hotelową.

Djerba – zdrowie, szczepienia

Bardzo poważnych tropikalnych chorób na Djerbie (jeszcze) nie ma ale biorąc pod uwagę, że komary malaryczne występują już w Europie to pewnie w Tunezji malaria stanie się problemem prędzej niż u nas ale póki co nic groźnego Wam w Tunezji nie grozi. Warto zaszczepić się na wszystkie standardowe choroby (WZW A, B, dur brzuszny, tężec, błonicę). Oficjalnie żadne szczepienia nie są wymagane.

Największym zagrożeniem jest tak naprawdę jedzenie. Łatwo w Tunezji złapać jakąś jelitówkę dlatego jeśli macie wrażliwe żołądki to unikajcie, zwłaszcza w pierwszych dniach, surowych warzyw i owoców. Ponadto nie należy pić wody z kranu. Szczerze mówiąc miała ona tak obrzydliwy smak, że ja nawet zęby myłam w mineralnej (ale nie jest to konieczne). Warto zawsze wspomagać się probiotykiem w trakcie wakacji w krajach Afryki północnej.

Trzeba też oczywiście uważać na słońce. W trakcie mojego pobytu temperatury dochodziły do 38 stopni (w cieniu!) i naprawdę łatwo się poparzyć, a nawet doznać słonecznego udaru. Trzeba chować się w cieniu między 12 a 15, pić dużo wody, nosić nakrycie głowy i smarować się kremami z filtrem. Jeśli zapomnicie kremów ze sobą to można je oczywiście kupić na miejscu, w całkiem znośnych cenach.

Unikajcie trzymania jedzenia w hotelowym pokoju (poza lodówką) czy nawet przy leżaku na basenie. Pozostawienie jakiegokolwiek jedzenia na dłużej niż kilkanaście minut powoduje pojawienie się ogromnej ilości mrówek.

Komarów podczas mojego pobytu nie zauważyłam. Nawet jednego! Taka miła odmiana po Kos.

Djerba – wiza i przepisy wjazdowe

Wiza do Tunezji nie jest wymagana. Potrzebny jest wyłącznie ważny paszport. Po wylądowaniu na Djerbie otrzymacie deklarację wjazdową do wypełnienia (standardowe rubryki jak wszędzie – dane, dane paszportowe, adres hotelu itp). Część tej karty otrzymacie z powrotem i trzeba ją zachować do wylotu. Jeśli ją zgubicie to bez obaw, na lotnisku można otrzymać nową i wypełnić ponownie. Kontrola paszportowa idzie sprawnie i szybko. Po jej przejściu, przed odbiorem bagażu rejestrowanego, skanowane są bagaże podręczne.

Przy zakwaterowaniu w hotelu otrzymacie kartę meldunkową do wypełnienia. Wymagane są podobne dane jak w deklaracji wjazdowej. Trochę tej papierologii jest.

Uwaga, od listopada 2018 roku Tunezja pobiera podatek turystyczny. Jego wysokość zależy od kategorii hotelu. W hotelach 2* zapłacicie 1 TND za noc, w hotelach 3* 2 TND za noc a w hotelach 4 *i 5 * – 3 TND za noc. Jest to opłata za osobę, nie tak jak w Grecji za pokój. Płaci się przy zameldowaniu lub tak jak w moim przypadku przy wymeldowaniu więc nie zapomnijcie zostawić sobie kilkunastu czy kilkudziesięciu dinarów na tę opłatę.

Djerba – lotnisko

Wyspa nie jest duża ale lotnisko daje radę. Jest nowoczesne, powiedziałabym, że nawet europejskie. A sklepu duty-free to może mu pozazdrościć niejedno lotnisko w Europie czy nawet Polsce. Życzyłabym sobie takiego sklepu (tak urządzonego i z takim asortymentem) chociażby w Poznaniu. Niestety lotnisko jest zupełnie puste. Powiedziałabym nawet, że to takie lotnisko-widmo. Duże i puste. Ilość samolotów lądujących na wyspie spadła w ostatnich dwóch latach aż pięciokrotnie.

Lotnisko jest w pełni klimatyzowane (a nie wszystkie są, pamiętam, że w Kenii myślałam, że padnę z gorąca stojąc w kolejce do odprawy). Odprawy, kontrole paszportowe i kontrola bezpieczeństwa idą szybko i sprawnie. Jak już wspomniałam jest porządny sklep wolnocłowy, są sklepiki z pamiątkami (ceny dużo wyższe niż poza lotniskiem) oraz kilka kawiarni i restauracji. Na lotnisku przyjmowane są płatności w euro, można też płaci kartą (za zakupy powyżej 5 EUR).

Djerba – pogoda, kiedy jechać

Tzw. wysoki sezon trwa od końca kwietnia do końca października. Podczas mojego pobytu (koniec czerwca) temperatury oscylowały wokół 30 stopni (poza dwoma dniami kiedy było 38!) ale od osób spotkanych w hotelu wiem, że tydzień wcześniej było bardzo zimno i wieczorami trzeba było chodzić w kurtkach! W zeszłym roku cały czerwiec był na Djerbie zimny, z kolei zima była wyjątkowo ciepła… W dzisiejszych czasach chyba trzeba liczyć po prostu na szczęście. Generalnie i Djerba, i Tunezja są kierunkami całorocznymi.

Jeśli jest 30 stopni to jest bardzo przyjemnie, bo powietrze w Tunezji jest suche więc to było dużo przyjemniejsze 30 stopni niż to 30 na Seszelach. Dało się zwiedzać, opalać i kąpać. Na Djerbie dosyć mocno wieje więc mimo wysokich temperatur jest przyjemnie.

Djerba – alkohol

Tunezja to kraj muzułmański stąd dostęp do alkoholu nie jest tak łatwy jak w Europie. Alkohol dostępny jest wyłącznie w wybranych sklepach, można go kupić od soboty do czwartku. W piątki te sklepy nie funkcjonują. W hotelach i strefach turystycznych alkohol dostępny jest przez cały tydzień.

Djerba – hotele

Baza hotelowa na wyspie Djerba i w oazie Zarzis jest dobrze rozbudowana. Wybierając hotel na swój pobyt weźcie pod uwagę, że w tej chwili ze względów bezpieczeństwa hotele są tak jakby trochę odcięte od świata. Są pozamykane i od strony miasta i od strony plaży. Co nie znaczy oczywiście, że nie można z nich wychodzić, bo można bez żadnego problemu tylko trzeba przejść przez budkę ochrony. Ale nikt z zewnątrz niezauważony na teren hotelu nie wejdzie.

Wybierając hotel na wakacje w Tunezji weźcie pod uwagę, że ta klasyfikacja gwiazdkowa to taka afrykańska, a nie europejska. Stąd radzę brać pod uwagę wyłącznie hotele 4* i więcej. Bo te 4* to będzie takie nasze europejskie 3. Generalnie hotele na kontynencie (czyli na tunezyjskim wybrzeżu oraz w oazie Zarazis) uchodzą za lepsze i przede wszystkim czystsze niż hotele na samej wyspie dlatego ja zdecydowałam się spędzić wakacje właście w Oazie Zarzis i bardzo to miejsce polecam.

Jeśli chodzi o wyżywienie to myślę, że to warto brać pod uwagę wyłącznie all inclusive. Poza hotelem tak naprawdę ciężko jest coś znaleźć więc tak czy tak będziecie skazani na jedzenie w hotelowych restauracjach. A taniej wyjdzie kupić wakacje all inclusive niż z 1 czy 2 posiłkami a pozostałe dokupować.

Tunezja – co zjeść?

Pierwsze co mi się kojarzy z Tunezją to harissa. Przyprawa, a właściwie pasta na bazie ostrej papryki, wędzonej papryki, chili, papryki Baklouti, papryki serrano i innych ziół i przypraw (m.in. nasion kolendry, czosnku, mięty, szafranu czy kminku) oraz oliwy z oliwek. Pasta jest naprawdę ostra, w Tunezji podaje się ją do bardzo wielu dań – ryb, mięsa i warzyw, a nawet używa się jej do smarowania pieczywa. Jeśli chcecie jej spróbować to pamiętajcie, że wystarczy naprawdę odrobina, żeby podkręcić smak każdego dania. Jeśli przesadzicie z ilością to antidotum jest podobno spożycie dużej ilości oliwy, która niweluje ostry smak.

Typowym tunezyjskim daniem jest brik (zwany też brick lub Briq) – jest to trójkąt cienkiego ciasta wypełniony farszem (najczęściej warzywnym ale zdarza się też z dodatkiem ryby lub rzadziej mięsa) i koniecznie jajkiem. Całość smaży się w głębokim tłuszczu ale dobry brik to taki, gdzie ciasto jest zarumienione a żółtko jaja półpłynne. Ja jadłam bricka dwukrotnie, za pierwszym razem jajko było całkiem ścięte, za drugim takie jak być powinno. Nie jest to jakieś wybitnie smaczne dane ale to typowo tunezyjski przysmak więc warto go spróbować.

Jeśli lubicie sałatki to koniecznie musicie spróbować sałatki tunezyjskiej składającej się z ogórków, pomidorów, cebuli, tuńczyka, oliwek i kaparów. Podawana jest z oliwą z oliwek i często z bagietką.

W Tunezji jada się dużo kuskusu, podaje się go na podobną modłę jak marokański tadżin więc jeśli lubicie takie smaki to nie będziecie zawiedzeni.

Miłośnicy zup powinni szukać w restauracjach lablabi – zupy z ciecierzycy, harissy i oliwy, często z dodatkiem pokruszonej bułki. Bardziej przypomina gulasz niż znane nam zupy.

W Tunezji jada się bardzo dużo jajek. Najczęstszym daniem serwowanym w hotelach na śniadanie jest ojja, czyli jajecznica z dodatkiem pomidorów, papryki i natki pietruszki. Uwaga, smażona jest oliwie, nie na masełku.

Ze względu na specyfikę kraju wyznaniowego w Tunezji nie jada się wieprzowiny za to jest sporo drobiu i wołowiny. Na wyspie serwuje się też ryby – głównie tuńczyka i doradę ale też owoce morza – kalmary i krewetki. Tunezja słynie też z połowu ośmiornic i można ich spróbować w wielu restauracjach.

Dla miłośników słodkości są uszy gazeli – ciasteczka z kruchego ciasta z farszem z orzechów i suszonych owoców. Mimo iż słodkie to idealnie pasują to mocnej czarnej kawy.

Charakterystycznymi tunezyjski słodkościami są ciasteczka bsissa – smażone na głębokim tłuszczu, składające się z mąki, skórki pomarańczowej, ciecierzycy, migdałów i anyżu. Szczerze mówiąc czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam ale jeli będziecie mieli okazję to spróbujcie chociaż odrobinę.

Warto napić się kawy po tunezyjsku (smakuje i jest parzona podobnie jak ta po turecku) oraz zielonej herbaty z dodatkiem ziół i prażonych migdałów. Przeczytałam też, że w Tunezji serwuje się miętową herbatkę z orzeszkami pinii ale niestety nigdzie takiego napoju nie spotkałam.

Jeśli chodzi o lokalne alkohole to wybór nie jest duży ale na pewno warto skosztować dwóch – pastis, czyli lokalny aperitif oraz Boukha – lokalny bimber pędzony na figach. I muszę przyznać, że ten drugi smakuje naprawdę wyśmienicie. Zarówno solo jak i baza do drinków.

W upalny dzień idealnie sprawdza się lokalne piwo – Celtia. W Tunezji produkuje się tylko to jedno więc jeśli Wam nie posmakuje to pozostają jedynie piwa importowane. Celtia jest delikatna i łagodna, najważniejsze, że zimna 😉

Tunezja – co warto kupić i przywieźć?

Tunezja jest największym na świecie producentem oliwy z oliwek. Zwiedzając kraj (czy to kontynent czy wyspę) rzeczywiście zobaczycie tysiące drzewek oliwnych. Tunezyjska oliwa jest pyszna, delikatna i… tania. Litr oliwy extra virgin kupicie za równowartość ok. 20zł. Są oczywiście mniejsze i większe pojemności. Poza oliwą są też dostępne oliwki.

Z Tunezji warto też przywieźć kosmetyki – czarne mydło, oleje ze ślimaka, mydła z oliwy i mleka wielbłąda. Wszystko to kosztuje od kilku do kilkunastu dinarów, czyli dużo taniej niż w Europie. Ostateczna cena zależy oczywiście od Waszych zdolności negocjacyjnych. Powiem szczerze, że ja się nawet specjalnie nie targowałam. Ceny w Tunezji są bardzo niskie, turystów jak na lekarstwo, a ludzie muszą z czegoś żyć. Więc jeśli ktoś mi proponował olej czy mydło za 10 dinarów to naprawdę uważam, że to bardzo dobra cena.

Uwaga, nie kupujcie w Tunezji oleju arganowego. Jest tego sporo a z tym prawdziwym i dobrej jakości ma niewiele wspólnego. Po argan jedźcie do Maroka.

Dla smakoszy – z Tunezji przywozimy przyprawy – w tym najsłynniejszą i bardzo ostrą harissę, szafran czy kumin.

Są też wyroby z drewna oliwnego i mnóstwo ceramiki. Djerba to miejsce gdzie znajduje się mnóstwo zakładów garncarskich, w których tworzy się prawdziwe dzieła sztuki. Wybór jest naprawdę ogromny więc jeśli lubicie tego typu naczynia i dekoracje to z pustymi rękami z Tunezji nie wrócicie.

Poza tym jest sporo chust i ubrań w stylu północnoafrykańskim oraz biżuterii. Jeśli ktoś gustuje w tego typu suwenirach to wybór w Tunezji jest ogromny.

Djerba – bezpieczeństwo

Cała Tunezja z Djerbą włącznie to dosyć zapalny rejon świata. Ataki terrorystyczne pojawiają się w tym kraju już od wielu lat. Pierwszy poważny miał miejsce w 2002 roku, zginęło wtedy wielu niemieckich turystów i podobno od tamtej pory ilość Niemców w Tunezji drastycznie spadła. Nie wiem na ile to prawda ale rzeczywiście na wyspie dominują turyści z Francji, język niemiecki słychać niezmiernie rzadko.

Kolejne dwa ataki miały miejsce całkiem niedawno, w jednym z nich (w Tunisie) zginęli też polscy turyści. Od tamtej pory turystyka w całej Tunezji się załamała, ilość gości drastycznie spadła. Kraj jest bardzo biedny a turystyka stanowi ważną gałąź tamtejszej gospodarki. Powoli się ona odbudowuje ale wiele osób słysząc wakacje w Tunezji nadal mówi, że nie.

Ja nie ukrywam, że też się nieco stresowałam przed wylotem. Zwłaszcza, że to było moje trzecie podejście do Tunezji. Po raz pierwszy planowałam się tam wybrać 4 lata temu, miałam wylot zaplanowany miesiąc po atakach w Tunisie. Wtedy biuro podróży, w którym miałam wykupione wakacje umożliwiło zmianę kierunku wakacji. I rzeczywiście do Tunezji wtedy nie poleciałam chociaż wydawało się, że powtórka ataków w tym samym kraju jest wręcz niemożliwa. Niemożliwe się jednak stało kilka miesięcy później. Też myślałam wtedy o Tunezji ale ostatecznie zdecydowałam się lecieć na Azory. I będąc a Azorach przeczytałam informacje o tym, że w Tunezji doszło do zamachów…

Ale czas mija, od wielu osób słyszałam, że Tunezja jest piękna i ten kraj zasługuje na to, żeby turyści tu w końcu wrócili. Toteż i ja zdecydowałam się w końcu lecieć na Djerbę.

Generalnie nie czuje się na wyspie jakiegoś nadmiernego napięcia. Owszem, lotnisko jest obstawione i chronione z każdej strony. Każdy hotel też jest chroniony i zamknięty. Nie wpływa to żaden sposób na wypoczynek, zresztą w Kenii czy Egipcie jest podobnie. Fakt, że nie za bardzo jest gdzie wyjść poza hotel, bo niewiele się dzieje, jest trochę słaby zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja – kogo nosi i zawsze chce zobaczyć jak najwięcej. Ale przerabiałam to już w Kenii czy na Zanzibarze – tam też siedzisz wieczorami w hotelu, bo hotel jest po prostu pośrodku niczego.

W dniu mojego powrotu z Tunezji w Tunisie miały miejsce dwa ataki terrorystyczne, w których zginęło 2 tunezyjskich policjantów. Nie wiem jaki to miało wpływ na poczucie bezpieczeństwa na wyspie, bo ja o atakach dowiedziałam się już po wylądowaniu w Polsce.

Djerba – czy warto?

Jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa to pewnie jeśli miałabym jechać na jedne wakacje w roku to wybrałabym jakieś inne miejsce, bezpieczniejsze. Ale z drugiej strony czy coś takiego jak bezpieczne miejsce jeszcze istnieje? Zamachy terrorystyczne czy klęski żywiołowe mogą zdarzyć się wszędzie. W takich czasach żyjemy. Ja nie czułam się na Djerbie niebezpiecznie nawet przez chwilę.

Wyspa jest naprawdę piękna (choć brudna i zaśmiecona), ludzie nastawieni bardzo przyjaźnie, ceny niskie, turystów niewielu. Dla mnie to były naprawdę fantastyczne wakacje i szczerze mówiąc rozważam powrót do Tunezji zimą.

Tunezja potrzebuje w tej chwili turystów bardziej niż kiedykolwiek. Mimo wysokiego sezonu połowa hoteli na wyspie jest wciąż zamknięta ze względu na małe zainteresowanie, a te które działają rzadko są obłożone w 100%. W sezonie zimowym (od listopada do marca) funkcjonowało tylko nieco ponad 20% hoteli na wyspie. Turystyka jest podstawą gospodarki tunezyjskiej, brak turystów oznacza zapaść gospodarczą dla tego kraju. W Tunezji panuje bieda, średnie zarobki wahają się na poziomie 350 – 400 dinarów miesięcznie. Koszty życia są oczywiście niższe niż w Europie ale mimo wszystko są to bardzo małe pieniądze na przeżycie.

Ogrody Hortulus Dobrzyca – informacje praktyczne i zwiedzanie

Na ogrody natknęłam się przypadkiem szukając informacji o tym co warto zobaczyć w okolicach Kołobrzegu. Po przejrzeniu zdjęć stwierdziłam, że to bardzo fajne miejsce i muszę się tam wybrać.

Jak się dostać do ogrodów Hurtulus z Kołobrzegu?

Najprościej – własnym samochodem. Jeśli nie dysponujecie własnym środkiem transportu to pozostaje Wam bus. Pojazdy firmy Airbus odjeżdżają z kołobrzeskiego dworca głównego, bilet w jedną stronę kosztuje 17zł. Kursów nie jest dużo w ciągu dnia ale są tak zrobione, że spokojnie zdążycie zobaczyć oba ogrody i wrócić do Kołobrzegu. Wyjazd z Kołobrzegu jest o 8.15 – na miejscu jesteście o 9.00, powrót o 13.20 – przyjazd do Kołobrzegu chwilę po 14.

O ile dojazd nie stanowi problemu jeśli nie macie samochodu to nieco problematyczne jest przedostanie się z jednego ogrodu do drugiego. Wg informacji podawanych w kasie i na tablicach ogrody są oddalone od siebie o 2 km ale ja szłam prawie 40 minut w jedną stronę więc jestem przekonana, że jest to dobrze ponad 3 km. Jest tylko jedna droga, którą można się dostać z ogrodów tematycznych do Hortulus Spectabilis i prowadzi ona wzdłuż jezdni bez żadnego pobocza a co najgorsze latem bez praktycznie żadnego cienia. Droga jest na szczęście bardzo mało uczęszczana więc ruch samochodowy nie jest zagrożeniem i spokojnie można iść jezdnią ale upał daje się we znaki więc jeśli wybierzecie się na taką przechadzkę to nie zapomnijcie zapasu wody!

Swoją drogą właściciele powinni pomyśleć o jakimś transporcie między ogrodami. Skoro przed samym wejściem jest przystanek dla busów to oczywiste jest, że nie wszyscy przyjeżdżają własnym autem. Mogliby oferować (nawet odpłatnie) przejazd jakimś meleksem czy chociażby wypożyczać rowery. Mam wrażenie, że ogrody nastawione są głównie na obsługę zorganizowanych wycieczek, które przyjeżdżają autokarami i tymi autokarami przejeżdżają między jednym ogrodem a drugim.

Ogrody Hortulus – godziny otwarcia

Ogrody Tematyczne otwarte są od 9.00 do 19.00 (w okresie letnim, codziennie), ogrody Hortulus Spectabilis od 10.30 do 17.30 (od wtorku do niedzieli). W weekendy godziny się zmieniają. Jeśli planujecie przyjazd to najlepiej sprawdźcie na stronie internetowej w jakich godzinach ogrody są otwarte.

Ogrody Hortulus – bilety

Bilet do Ogrodów Tematycznych kosztuje 21 zł, do Ogrodów Hortulus Spectabilis 25zł. Można także kupić bilet łączony do obu ogrodów, który kosztuje 37zł. Za bilety można płacić kartą.

Najlepiej oczywiście zobaczyć oba ogrody, bo bardzo się od siebie różnią ale jeśli macie ograniczony czas i możecie wybrać tylko jeden to zdecydowanie ciekawszy jest Hortulus Spectabilis.

W Ogrodach Tematycznych przy zakupie biletu otrzymacie darmową mapkę, w Hortulus Spectabilis za mapkę musicie 5 zł zapłacić. Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem takiej polityki ale ogrody są na tyle rozległe, że bez mapki ciężko by się było po nich poruszać więc polecam Wam wydanie tych 5 zł.

Ogrody Tematyczne Hortulus

Pierwsze miejsce, do którego docieram. 28 tematycznych ogrodów powstało ponad 25 lat temu. Tworzy je ponad 6 tysięcy gatunków i odmian roślin. Ja doskonale rozumiem ideę ogrodów tematycznych i sam pomysł jest super ale wykonanie jest mam wrażenie bardzo chaotyczne. Czasem pojawiają się jakieś rzeźby zupełnie od czapy, tu jakieś poduszki rzucone bez sensu, brak w tym wszystkim spójności. Plus niestety zaniedbanie – mnóstwo pajęczyn, poniszczone kafelki. Mnóstwo miejsc w ogrodzie wymaga renowacji albo chociażby wysprzątania i to natychmiast.

No ale przejdźmy do meritum. Ogrody tematyczne to m.in. ogród toskański, który znajduje się przy barze, jeszcze przed wejściem na biletowany teren ogrodu. Malutki i właściwie nie wiem co ma wspólnego z Toskanią.

Po wejściu już na teren ogrodu napotkacie ogród japoński. Są typowe dla kraju Kwitnącej Wiśni detale architektoniczne i rośliny.

Ponadto mamy ogród skalny z wodospadem, ogród francuski, ogród na skarpie z platformą widokową i hotelem dla owadów.

Ogród biały romantyczny ma symbolizować czystość i niewinność. Biel stwarza iluzję przestrzeni, relaksuje i wycisza.

Ogród w stylu Gaudiego inspirowany jest działalnością słynnego katalońskiego architekta. Podobnie jak u Gaudiego znajdziemy tu szkło, metal i mozaikę. Szatę roślinną tworzą rośliny klimatu śródziemnomorskiego i zioła. Ten ogród mimo iż z założenia bardzo fajny to aż prosi się o remont a chociażby o porządki.

Ogród cienia to białe i pastelowe kwiaty jak sama nazwa wskazuje rosnące w cieniu. Są tu hamaki i miejsca do odpoczynku w upalny dzień.

Ogród mistyczny czerwono-czarny w stylu japońskim z wapienną skałą ma symbolizować wieczność, trwałość i zdyscyplinowanie. Uporządkowana gra barw, faktur i from ma sprzyjać medytacji i kontemplacji. Spróbujcie znaleźć swoje zen wśród pajęczyn 😉

Ogród zmysłów w stylu angielskim ma oddziaływać na nasze zmysły. Kolory roślin na wzrok, szum płynącej wody na słuch, a aromaty ziół na powonienie.

Na samym końcu ogrodów patrząc od wejścia znajduje się platforma widokowa na ogród francuski.

Herbarium to jak sama nazwa wskazuje bogactwo ziół. W ogrodzie znajduje się też koło podzielone na znaki zodiaku i odpowiadające im zioła. Do mojego znaku (Waga) przypisane są mięta, fiołek, wawrzyn i tymianek. Mimo iż specjalnie nie wierzę w horoskopy to połowicznie muszę się zgodzić 😉 Miętę i tymianek uwielbiam. Z fiołkiem i wawrzynem nie miałam do tej pory zbyt wiele wspólnego ale może powinnam się z nimi bliżej zapoznać? 😉

Ogród żółto-pomarańczowy w stylu wiejskim wygląda na dość nowy, na pewno nie jest tak zniszczony jak inne. Niestety mam wrażenie, że został stworzony bardzo chaotycznie, kupiono wszystko co kojarzyło się ze stylem rustykalnym i poustawiano bez większego ładu i składu. Wybór kolorów ma dawać uczucie ciepła i wywoływać optymizm, a także przywoływać wspomnienia wiejskich wakacji. No nie wiem, ja jakoś nie jestem przekonana.

Kolejny jest romantyczny ogród niebiesko-żółty. To połączenie kolorów ma działać uspokajająco i wyzwalać pozytywne uczucia.

Rosarium to zbiór licznych odmian i gatunków róż. Mimo iż nie przepadam za tymi kwiatami (ja jestem z tych kochających tulipany) to rosarium jest naprawdę przyjemne.

W ogrodach zorganizowano wiele miejsc, w których można usiąść i podziwiać roślinność.

Uwaga, do ogrodów tematycznych nie wjedziecie wózkami, jest też zakaz używania dronów. Ogrody Hortulus Spectabilis są już przystosowane dla wózków.

W obu ogrodach znajdują się restauracje gdzie możecie kupić coś do jedzenia i picia.

Ogrody Hortulus Spectabilis

Kompleks dostępny dopiero od 5 lat, choć pierwsze rośliny posadzono tam już w 2002 roku. Obejmuje teren 9,5 hektara a docelowo mają zajmować powierzchnię aż 35 hektarów.

Spectabilis, czyli z łaciny podziwiany z góry. Nazwa ogrodów wzięła się od widoku z wieży, która jest jedną z najnowszych atrakcji kompleksu.

Największą atrakcją kompleksu jest labirynt grabowy – ponoć największy na świecie. Z dołu nie robi specjalnego wrażenia ale z wieży widokowej wygląda naprawdę imponująco (w wyróżnionych InstaStories możecie zobaczyć filmik z wieży). Tylko niestety labirynt jest zarośnięty i wymaga pilnego przystrzyżenia. Mam wrażenie, że podczas mojej wizyty (połowa czerwca) ogrody były dopiero przygotowywane do sezonu, który w tym regionie Polski zaczyna się wraz z początkiem wakacji szkolnych. Mocno wątpię czy przez tydzień udało się wszystko doprowadzić do perfekcji. Może ktoś z Was wybierze się w wakacje, to dajcie znać. Ściany labiryntu tworzą graby pospolite. Wysokie na 2 metry ściany mają łączną długość 6,5 km. Składa się na nie 17 tysięcy drzewek grabowych.

W sercu labiryntu znajduje się wspomniana wieża widokowa. Mierzy 19 metrów, zbudowana jest ze stali, a na górę prowadzą 102 stopnie. Inspiracją dla kształtu wieży była nić kwasu DNA. Widoki z wieży są naprawdę najlepszymi w całym ogrodzie (a nawet obu ogrodach) ale wieża się buja! Nie wiem kto to zaprojektował, a kto dopuścił do użytku ale wystarczy, że kilka osób wchodzi lub schodzi a wieża buja się we wszystkich kierunkach. Nawet przez chwilę się zastanawiałam czy to nie mój błędnik wariuje ale zapytałam pracownika i potwierdził, że wieża się giba. Byłam tam w piękny, słoneczny, niemal bezwietrzny dzień. Nawet nie chcę myśleć jak się człowiek czuje na górze kiedy wieje. Weszłam, zrobiłam parę zdjęć i szybko zeszłam, bo naprawdę stanie na szczycie bujającej się wieży to wątpliwa przyjemność.

W ogrodzie znajdują się cztery rosaria – Plac Boskich Róż, Sekretny Ogród Białej Róży, Sekretny Ogród Czerwonej Róży i Ogród pod Upadłym Aniołem. Wszystkie bardzo przyjemne i bardziej okazałe niż w sąsiednim ogrodzie.

Ponadto w Hortulus Spectabilis możemy podziwiać Kamienny Krąg z 16 kamieniami różnej wielkości i kamieniem centralnym – Stelą. Budowę kręgu nadzorował radiesteta, który wyznaczył miejsce powstania kręgu, jego wielkość, potrzebną liczbę kamieni oraz ich ułożenie.

Dolmen Anastazji to 4-kamienna budowla megalityczna usytuowana na kanale energetycznym. Jeden z głazów zawiera kryształ emitujący pulsującą energię.

Ogród Kalendarza Celtyckiego inspirowany jest kulturą i wierzeniami Celtów, wg których z datą urodzenia człowieka wiąże się posiadanie patrona w postaci drzewa. W ogrodzie możecie znaleźć opis drzewa pasującego do Waszej daty urodzenia. Wg zamieszczonego tam kalendarza mi patronuje Leszczyna. Podobno jestem bojownikiem, dobrze odnajduję się w każdej sytuacji, łatwo się zniechęcam i mam kapryśny charakter 😀 Niech ci co mnie znają ocenią na ile to prawda 😀

Ogród 4 Pory Roku to jeden duży ogród podzielony na 4 mniejsze ogródki. Każdy z nich przedstawia inną porę roku symbolizującą jednocześnie etap życia człowieka. Pośrodku stoi platan – drzewo życia symbolizujące nieśmiertelność. W każdym z czterech ogrodów stoi mały domek. Lato to niebiesko-biała altanka. Zima, jesień i wiosna różnią się pokryciem dachowym, kolorystyką i dodatkami.

Ponadto mamy tu ogród Lawendowy – chyba jeden z moich ulubionych. Lawendy pięknie kwitną w czerwcu, czyli wtedy kiedy ja tam byłam.

Jest też ogród zegarów i hortensji gdzie możecie zobaczyć np. zegary słoneczne, jest aleja lipowa i grabowa.

Ogrody Hortulus Dobrzyca – czy warto?

Zdecydowanie tak, zwłaszcza ogrody Hortulus Spectabilis. Ogrody tematyczne są chaotyczne i zaniedbane, natomiast ogrody Hortulus Spectabilis to przepiękne i bardzo przyjemne miejsce. Myślę, że gdyby ogrody tematyczne uprzątnięto i częściowo odnowiono to mimo chaosu też byłyby wielką atrakcją. Na pewno warto odwiedzić to miejsce ale jeśli byliście w Keukenhof czy innym europejskim ogrodzie to możecie być nieco rozczarowani.

Kołobrzeg na weekend – co zobaczyć?

Kołobrzeg – miasto, do którego wybierałam się co najmniej od 5 lat i ciągle mi było nie po drodze. Ale ostatecznie w pewien ciepły czerwcowy weekend dotarłam do uzdrowiska nad Bałtykiem.

Kołobrzeg słynie z pięknej, szerokiej plaży ale jak już znudzi się Wam plażowanie to nie brakuje tu miejsc, które można zwiedzić. Zatem, co zobaczyć w Kołobrzegu?

Molo w Kołobrzegu

Wybrane najbardziej romantycznym miejscem w województwie i serce całej strefy uzdrowiskowej. Długie na 220 metrów jest najdłuższą żelbetową konstrukcją w Polsce i największą atrakcją miasta. Molo wielokrotnie było niszczone i odbudowywane, to po czym możemy spacerować dzisiaj zostało odrestaurowane w 2014 roku. Na jego głowicy mieści się kawiarnia. Na molo znajduje się sporo ławek i miejsc, gdzie można przysiąść i pokontemplować Bałtyk. Wstęp jest bezpłatny.

Plaża Centralna

Kołobrzeska plaża jest jedną z najszerszych nad Bałtykiem. Drobny bielutki piasek, zadbana przestrzeń i czysta (choć lodowata!) woda zachęcają do odpoczynku. Przy plaży działa wypożyczalnia sprzętu plażowego – leżaków, parasoli i charakterystycznych koszy plażowych.

Pomnik Zaślubin Polski z Morzem

Monument stojący przy promenadzie pochodzi z 1963 roku. Upamiętnia wydarzenia z 18.03.1945 roku, czyli zakończenie bitwy o Kołobrzeg. Sam akt zaślubin był symbolem dostępu Polski do morza, a Panem Młodym został kapral Franciszek Niewidziajło, który ze wschodniego falochronu portowego rzucił w morze pierścień zaręczynowy.

Od lat najwięcej emocji wywołuje skrzynia, którą umieszczono w podziemiach pomnika. Miała to być kapsuła czasu, w której umieszczono dokumenty z czasów PRL dotyczące życia codziennego w Kołobrzegu, w Polsce i związane z budową pomnika. Pogłoski mówią o tym, że do pomieszczenia ze skrzynią mają prowadzić dwa specjalnie oznakowane wejścia, nikt nie wie jednak, gdzie są. 

Wg miejscowej legendy trzeba przejść przez prześwit pomnika przy wstrzymanym oddechu – to ma gwarantować spełnienie pomyślanego wówczas marzenia 😉

Latarnia morska

Latarnia morska w Kołobrzegu mierzy 26 metrów, a jej światło jest widoczne z odległości 16 mil morskich, czyli ok. 29,6 km.  W czasie ograniczonej widoczności w latarni uruchamiany jest sygnał dźwiękowy, który w alfabecie Morse’a oznacza literę „K”. Obecna latarnia pochodzi z czasów powojennych, wcześniej stała tu latarnia zniszczona w 1945 roku. Wewnątrz mieści się wystawa na temat historii latarń morskich, a w podziemiach muzeum minerałów. Bilet wstępu kosztuje 6 zł.

Falochron

Tuż przy latarni morskiej znajduje się falochron przebudowany w 2012 roku. Warto przespacerować się na sam koniec i podziwiać kołobrzeskie plaże mijając po drodze setki latających i odpoczywających mew. Szczególnie polecam tu przyjść podczas zachodu słońca.

Fort Ujście

Właściwie cały teren falochronu, latarni morskiej i okolic tworzy tzw. Fort Ujście. Był to ostatni niemiecki punkt obrony Twierdzy Kołobrzeg ewakuowany w nocy z 17 na 18 marca 1945 roku.

Przed latarnią morską znajduje się pomnik Stanisława Mieszkowskiego. Został on odsłonięty 23 czerwca 2007 roku, o godz. 14:14 i poświęcony pamięci komandora Stanisława Mieszkowskiego – Kapitana Portu Kołobrzeg, Dowódcy Floty Marynarki Wojennej. Podczas kampanii wrześniowej w 1939 dowodził grupą kanonierek i ORP Generał Haller, następnie przebywał w niewoli niemieckiej. W 1952 roku został skazany na karę śmierci i rozstrzelany pod fałszywym zarzutem działalności szpiegowskiej, pośmiertnie zrehabilitowany.

Bazylika Mariacka

Gotycka świątynia, której budowa rozpoczęła się na początku XIV wieku. Wielokrotnie niszczony (również w pożarach) i odbudowywany.

Pod szeroką wieżą stoi pomnik Tysiąclecia (biskupstwa w Kołobrzegu) i Pojednania (polsko-niemieckiego)z 2000 roku. Stylizowany rozdarty krzyż jest alegorią stosunków polsko-niemieckich na przestrzeni tysiąca lat. Obok znajdują się postacie Bolesława Chrobrego i Ottona III. U szczytu osobne części krzyża łączą się pod gołębiem pokoju. W nowej formie z figurą Jana Pawła II po lewej i Benedykta XVI po prawej pomnik został odsłonięty i poświęcony 29 czerwca 2008.

Wodociągowa wieża ciśnień

Zbudowana w 1885 roku, była miejscem gdzie magazynowano wodę pobraną z rzeki Parsęty, a następnie oczyszczoną przez filtry. Z wieży woda płynęła do budynków mieszkalnych aż do 2015 roku. Obecnie wieża pełni funkcję zbiornika wyrównawczego ciśnienia w sieci miejskiej oraz mieści browar i restaurację Colberg.

W Browarze możecie spróbować warzonych tu piw. Ja zdecydowałam się na zestaw degustacyjny (5x100ml, 15zł). Składa się z Colberga Classic, Colberga niefiltrowanego, Colberga Black i Colberga Pszenicznego i Colberga IPA. Zdecydowanie najbardziej smakował mi ciemny.

Uwaga Poznaniacy. Nie musicie już jechać do Kołobrzegu, żeby spróbować Colberga. Kołobrzeskie piwa dostępne są w kawiarni W Filiżance Cafe mieszczącej się przy ul. Wrocławskiej 15 (kołobrzeskie piwo w Poznaniu na Wrocławskiej, ależ się tourdepologne zrobił :D).

W Browarze możecie także zakupić gorzałkę kołobrzeską na bazie śliwek i mięty.

Pomnik Sanitariuszki

Pomnik odsłonięty 13 lipca 1980 roku jest wyrazem hołdu dla kobiet, które walczyły w czasie walk o Kołobrzeg podczas II wojny światowej. Przedstawia on klęczącą kobietę ubraną w żołnierski mundur,  udzielającą pomocy rannemu żołnierzowi. Wzorem dziewczyny na pomniku była sanitariuszka szer. Ewelina Nowak, która poległa podczas walk o Kołobrzeg w marcu 1945, ściągając z pola walki rannego żołnierza. Pomnik jest tak zaprojektowany, że do twarzy dziewczyny nigdy nie docierają promienie słońca.

Nowa Starówka

Jest to nowa dzielnica Kołobrzegu, wybudowana w 1985 roku, ale ze względu na domy wyglądające jak stare kamienice przypomina stare miasto stąd nazwa – Nowa Starówka. Nowe budynki powstały w miejscu istniejących tu wcześniej ale niestety zniszczonych podczas działań wojennych. Wszystkie budynki stylowo z zewnątrz nawiązują do dawnego budownictwa miast pomorskich, ale nie są ich kopią. 

Ratusz

Neogotycka budowla przypomina raczej zamek obronny. Dziś mieści siedzibę Rady Miasta, Galerii Sztuki, Urzędu Stanu Cywilnego, Miejskiej Informacji Turystycznej i Muzeum Patria Colbergiensis. Przed ratuszem znajduje się fontanna – kula ziemska wykonana z czarnego granitu, którą woda wprawia w ruch.

Pomnik Turystki

Jedna z najnowszych atrakcji Kołobrzegu. Naturalnej wielkości rzeźba z brązu została odsłonięta w sierpniu 2017 roku. Znajduje się tuż przy ratuszu. Jest to postać kobiety, która ciągnąc za sobą walizkę zatrzymuje się na chwilę, by zrobić sobie selfie.

Baszta lontowa

Jedyny pozostały obiekt ze średniowiecznych murów obronnych miasta. Baszta służyła obserwacji i ostrzałowi nieprzyjaciela. Przez wiele lat błędnie nazywano ją Basztą Prochową (błąd wynikał ze złego tłumaczenia niemieckiej nazwy). Znajduje się przy ul. Dubois i obecnie jest wpleciona w system zabudowy miejskiej. Dawniej w baszcie mieściła się siedziba oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, obecnie znajduje się w rękach prywatnego inwestora i nie ma możliwości wejścia do środka.

Kamienica Kupiecka

Kołobrzeska pamiątka z czasów świetności Hanzy. Należała do bogatej rodziny Schlieffenów, dziś mieści się w niej oddział Muzeum Oręża Polskiego.

Park im. Stefana Żeromskiego

Założony w 1853 roku, ciągnie się wzdłuż plaży i promenady. Pełni funkcję uzdrowiskową oraz ochronną przed skutkami sztormów i huraganowych wiatrów. Jest miejscem gdzie spotkacie setki, jeśli nie tysiące spacerowiczów i rowerzystów. Bardzo przyjemne miejsce.

Bindaż grabowy

Bindaż to rodzaj szpaleru, w którym graby tworzą nad aleją sklepienie podtrzymywane konstrukcją. 130-metrowy bindaż znajduje się w parku przy ul. Towarowej. Jest unikatowym dziełem sztuki ogrodowej, niedawno uznano go za pomnik przyrody. Uwaga, często odbywają się tu sesje ślubne. Nazywany jest w końcu Aleją Miłości. Nocą bindaż jest efektownie oświetlony.

Rzeźba Macierzyństwo

3-metrowa figura kobiety wykonana z piaskowca stoi przy Skwerze Koncertów Porannych przy bindażu. Jej autorką jest nieżyjąca już artystka Alina Ślesińska. 

Lapidarium żydowskie

Dawny cmentarz żydowski położony na terenie parku Teatralnego. Istniejąca nekropolia została zniszczona w 1938 roku, dzisiejsze lapidarium wykonane zostało według projektu Zygmunta Wujka w 2000 roku. Znajduje się tu 6 macew ustawionych na planie gwiazdy Dawida, które ocalały z dwóch żydowskich cmentarzy znajdujących się w Kołobrzegu przed II wojną światową.

Port jachtowy

Znajduje się na Wyspie Solnej, na którą można przejść pieszo albo lepiej – podjechać wynajętym rowerem.

Nowoczesna marina żeglarska przyjmuje jachty z całego świata. Połączenie morskich tradycji z nowoczesnością wynika z tego, że port (podobnie jak wszystko w Kołobrzegu) był wielokrotnie przebudowywany. Obecna wersja jest skutkiem modernizacji z 2011 roku.

Port pasażerski

Położony tuż przy latarni morskiej. Stąd wypływają rejsy wycieczkowe i promy na Bornholm.

Bulwar nad rzeką Parsęta

Rzeka płynie przez centrum miasta, bulwar ciągnie się wzdłuż niej. Jeśli znudzi Wam się morze to przejdźcie nad rzekę. Można spacerować, można jeździć rowerem. Jest tu dużo spokojniej niż na plaży czy w okolicach parku zdrojowego a równie pięknie.

Muzeum Bursztynu

Jeśli pogoda nie dopisze i będziecie szukali miejsca gdzie można się schronić przed deszczem, a przy okazji coś ciekawego zobaczyć to kierujcie się do Muzeum Bursztynu. Można zobaczyć tu m.in. ogromny bursztyn o wadze 2,2 kg, zwiedzić warsztat szlifierski, dowiedzieć się jakie właściwości chemiczne, fizyczne i medyczne ma bursztyn, a także zrobić zakupy w muzealnym sklepiku.

Znajduje się przy ul. Waryńskiego 5. Bilet normalny kosztuje 15zł.

Co i gdzie zjeść w Kołobrzegu?

Nad morzem opcja jest tylko jedna – rybka. Gdzie zjeść dobrą rybkę w Kołobrzegu? Pierwsze miejsce, do którego dotarłam to Fishka Fiszka (ul. Solna 12). Wygląda obłędnie, smakuje jeszcze lepiej. Ryba świeżuteńka, porcja ogromna, ja chyba nawet połowy nie zjadłam więc przy zamawianiu poproście o taką ilość ryby, którą będziecie w stanie zjeść. Wszystko w miłej atmosferze i przepięknym wnętrzu. Miejsce jest bardzo popularne więc omijajcie godziny szczytu. Muszę przyznać, że był to mój pierwszy i najlepszy obiad w Kołobrzegu.

Drugie bardzo fajnie miejsce, do którego trafiłam i które mogę Wam z czystym sumieniem polecić to Nakamal przy ul. Spacerowej 41. Wygląda na miejsce z nieco wyższej półki ale rybkę zapłacicie tyle samo co w smażalni przy bulwarze. Ja zdecydowałam się na dorsza z patelni, który był obłędny. Mają w ogóle bardzo ciekawe menu jak i ofertę lunchową ale ja będąc nad morzem staram się codziennie jadać ryby więc zrezygnowałam z polecanego mi wówczas falafelu (który uwielbiam!) i wzięłam dorsza. Był świetny.

Dobrą rybkę jadłam też w Piranii – dorsza po kołobrzesku, ze szpinakiem i serem. O ile ryba była pyszna i świeża to ziemniaki zdecydowanie odgrzewane za co duży minus. To zdecydowanie najmniej przyjemna miejscówka ze wszystkich, w których jadłam. Taka knajpa na szybki obiad a nie na przesiadywanie tam.

Na śniadanie w Kołobrzegu polecam Portowa Cafe, przy ul. Portowej 28. Właściwie po sąsiedzku z Nakamal. Oferta śniadaniowa jest całkiem spora, ja zdecydowałam się na naleśniki. Jak byłam dzieckiem to na wakacjach zawsze jadałam naleśniki z serem więc chyba jakiś sentyment 😉 Naleśnik, który otrzymałam wyglądał dość niepozornie ale okazał się przepyszny i sycący. Portowa to bardzo przyjemne miejsce, polecam nie tylko na śniadanie.

Spacerując promenadą zajdźcie koniecznie do hotelu Perła Bałtyku i wjedźcie do panoramicznej kawiarni na ostatnim piętrze. Najlepiej wieczorem – tuż przed zachodem słońca. Jeśli będzie ciepło to usiądźcie na zewnątrz. Jak będziecie mieli szczęście to może wolny będzie któryś z plażowych koszyków. Jeśli nie to zostają Wam zwykłe krzesła 😉 Z tarasu Perły Bałtyku możecie zobaczyć morze, park, promenadę i właściwie pół miasta. Jak nie więcej. To wszystko w promieniach zachodzącego słońca tworzy naprawdę pocztówkowe widoki. Choć w dzisiejszych czasach to powinnam raczej napisać instagramowe 😉 W każdym razie jest pięknie i musicie to miejsce odwiedzić.

Perła Bałtyku to uzdrowisko, w restauracji wieczorami odbywają się dancingi więc nie uciekajcie jeśli usłyszycie Krzysztofa Krawczyka czy innego tego typu hiciory 😉

Dla wszystkich lodożerców polecam wizytę w lodziarni Odlodowo. Mają kilka punktów w mieście, ich lody sprzedają też niektóre kawiarnie i restauracje (m.in. Nakamal). Ja byłam w lodziarni przy ratuszu. Lody są naprawdę dobre – naturalne, kremowe, nie za słodkie. Odlodowo uchodzi za najlepszą lodziarnię w mieście więc przygotujcie się na odstanie swojego w kolejce.

I na koniec W Filiżance Cafe – mała ale urokliwa kawiarenka na starym mieście. Przepięknie urządzona, w stylu retro. Bardzo przyjemnie się tam spędza czas. Niestety trafiłam na dziewczynę z obsługi sprawiającą wrażenie jakby była tam za karę ale jak widać idealnie być nie może 😉 Polecam spróbować ich wypieków, są naprawdę genialne.

Kołobrzeg – gdzie spać?

Kołobrzeg ma jedną z największych baz noclegowych w Polsce. Znajdziecie tu coś z każdej półki cenowej i jakościowej. Możecie wybrać nocleg przy promenadzie, na starym mieście albo w jakiejś zupełnie cichej i spokojnej okolicy. Ja zdecydowałam się na apartament w okolicy dworca kolejowego. I myślę, że to była idealna lokalizacja, bo do dworca miałam rzut beretem a do plaży z promenadą i do starego miasta po 5 minut drogi. Niemniej jak zaczniecie przeglądać ofertę noclegową miasta to może Wam się zakręcić w głowie od nadmiaru ofert.

Jak się poruszać po Kołobrzegu?

Kołobrzeg to duże miasto i własne nogi mogą nie wystarczyć. Oczywiście, żeby zobaczyć największe atrakcje zlokalizowane w samym centrum jak najbardziej możecie spacerować ale jeśli chcecie zobaczyć coś nieco dalej to musicie zdecydować się na jakiś transport. W Kołobrzegu działa komunikacja miejska więc możecie skorzystać z autobusów. Ja zdecydowałam się na rower. W Kołobrzegu działa wypożyczalnia nextbike więc nawet nie musiałam zakładać nowego konta – korzystałam z tej samej aplikacji co w Poznaniu. Stacji nie jest dużo ale są we wszystkich strategicznych punktach miasta. Rowery są niestety w dużo gorszym stanie technicznym niż te w Poznaniu ale na kilkukilometrową przejażdżkę da się przeżyć.

Kołobrzeg – czy warto?

Zdecydowanie tak. Kołobrzeg mnie urzekł, jest pięknym miastem. Ma długą, szeroką i dobrze utrzymaną plażę, piękne stare miasto, mnóstwo parków i terenów zielonych. Idealne miasto na weekend. A czemu tylko na weekend a nie na wakacje? Bo spędzając w Kołobrzegu tydzień można by zbankrutować. Naprawdę taniej jest lecieć na tydzień do Grecji niż jechać nad polskie morze. Smutne ale prawdziwe. W Kołobrzegu jest BARDZO drogo. Ja byłam jeszcze przed wakacjami więc złapałam w miarę sensowny nocleg (370 zł za 3 noce, uwaga w lipcu najtańszy nocleg jaki udało mi się znaleźć to 900zł za 3 noce!). Wyjście na obiad, czyli rybkę (bez frytek :P) to koszt 50zł. Lody, gofry, piwo, to wszystko kosztuje od kilku do kilkunastu złotych. Wypożyczenie leżaka – 30zł za dzień, parasola-dodatkowe 15zł, wypożyczenie kosza plażowego – 50zł za dzień! Ja trafiłam na świetną pogodę ale niestety to polskie morze, gdy piszę ten tekst w Kołobrzegu jest 15 stopni. Nie ryzykowałabym spędzenia tu tygodnia wakacji. Na weekend, najlepiej poza sezonem – bardzo polecam.

Bodrum w jeden dzień z Kos

Po objechaniu wyspy Kos samochodem, relaksie na wysepkach Kalymnos, Pserimos i Plati, przedostatniego dnia naszych wakacji wybieramy się w rejs do Turcji, a konkretnie do Bodrum.

Bodrum z Kos – jak to zorganizować?

Bilety musicie zakupić z co najmniej 2-dniowym wyprzedzeniem podając imię, nazwisko oraz numer paszportu. My zrobiliśmy to w lokalnym biurze podróży. Za bilety z miasta Kos do Bodrum oraz transfer z naszego hotelu do miasta Kos zapłaciliśmy 30 EUR osoby. Cena ta obejmuje również opłatę portową w Bodrum (5 EUR).

W mieście Kos musicie być co najmniej 30 minut przed wypłynięciem statku. Najlepiej być godzinę wcześniej, bo kontrola paszportowa raz idzie wolniej, raz szybciej. Nasza przed wypłynięciem poszła całkiem sprawnie ale jak wróciliśmy to staliśmy chyba z godzinę. Przypłynęły na raz trzy promy a były otwarte tylko dwa okienka. Generalnie taka jednodniowa wycieczka oznacza 4 kontrole paszportowe – w Grecji przed wypłynięciem, w Turcji po przypłynięciu i przed wypłynięciem oraz w Grecji po powrocie. No niestety ale podróżuje się między Europą, a Azją. Nie dostaje się pieczątki do paszportu.

Bodrum z Kos – informacje praktyczne

Rej trwa ok. 75 minut w jedną stronę. Wszędzie mówili, że 40 minut ale płynęliśmy dobrze ponad godzinę. I w jedną, i w drugą stronę. Jest pokład dolny gdzie można się schować przed słońcem ale jeśli chcecie się poopalać po drodze – wejdźcie na górę. Na statku można kupić napoje, można też wnieść swoje (w drodze powrotnej wszyscy pili zakupione na duty free piwo za 1 EUR 😉 ). W ogóle ceny na duty free w Bodrum są bardzo korzystne więc jeśli potrzebujecie coś z oferty tego typu sklepów to warto przyjść wcześniej i zrobić sobie zakupy.

Dla bojących się statków – nie buja aż tak bardzo, przynajmniej my mieliśmy spokojne morze. Tak, że nawet ja miałam z tego rejsu trochę przyjemności i mogłam się poopalać bez stresu:D

W Bodrum można płacić w euro, nie trzeba wymieniać pieniędzy na liry tureckie. Takich jednodniowych turystów jest w Turcji sporo i pierwszy Turek w kawiarni, w której zapytałam o możliwości płatności EUR powiedział money is money. I wszędzie się tego trzymają 😉 W większości restauracji i sklepów zapłacicie kartą (nawet za małe zakupy, np. samą wodę), na bazarach wyłącznie gotówką.

Bodrum – co warto zobaczyć?

Po dopłynięciu do portu nazywanego tureckim Saint Tropez robimy sobie przystanek na kawę (po turecku, a jakże) i podziwianie setek jeśli nie tysięcy jachtów. Naprawdę widok mariny w Bodrum robi wrażenie. Ja co prawda w Saint Tropez nie byłam ale marina w Bodrum zrobiła na mnie większe wrażenie niż ta w Dubaju.

Tuż przy porcie znajduje się zamek i meczet Mustafy Paszy. Podczas naszej wizyty zamek jest w remoncie co widać na załączonych zdjęciach.

Turcja to oczywiście bazary – zadaszone i bardzo przyjemne ale ja nie lubię tego ciągłego zaczepiania i nachalności tamtejszych sprzedawców więc zrobiliśmy szybki spacer wzdłuż kilku głównych zakupowych ulic nabywając jakieś suweniry i trochę tureckich słodkości.

Jakie pamiątki warto przywieźć z Turcji? Na pewno coś z symbolem kraju – okiem proroka, na które natkniecie się w Turcji na każdym kroku. Jaka jest symbolika oka proroka? Chroni przed złymi spojrzeniami. I generalnie przynosi szczęście noszącej je osobie. Jeśli macie gdzie powiesić to pomyślcie o mozaikowych lampach. Sklepy z zawieszonymi lampkami u sufitu to jedne z najbardziej instagramowych miejsc w Turcji 😉 Ale też w innych krajach Bliskiego Wschodu, pokazywałam je Wam np. pisząc o Katarze.

W Turcji warto kupić chałwę, loukoum i baklavę – typowe tureckie słodycze. Wszystkie z nich występują w kilkunastu wersjach smakowych. Dla miłośników shishy – fajki w przeróżnych rozmiarach i kolorach. Dla miłośników ceramiki – zestawy do podawania herbaty. Jest też oczywiście biżuteria ale ja nie ufam złotu w takich krajach.

Ponieważ podczas naszej wycieczki było nieziemsko gorąco (temperaturę potęgowała wysoka w Turcji wilgotność) to zdecydowaliśmy się wybrać na plażę. Plaże w Bodrum są publiczne i dostępne niemalże z deptaka. Ale nie są one piaszczyste tylko kamieniste. Na plażach są leżaki należące do znajdujących się przy nich restauracji i jeśli zamówicie coś do jedzenia czy do picia to możecie z nich korzystać.

My przy okazji leżakowania i kąpieli w obłędnie przejrzystej wodzie (pięknej choć zimnej) zdecydowaliśmy się na lunch. A jak Turcja to oczywiście kebab. Weszliśmy w sumie do dość przypadkowej knajpy ale jedzony tam kebab był najlepszy w moim życiu. Po prostu poezja. Czekaliśmy na niego co prawda ponad 40 minut ale warto było. Do tego tureckie piwko Efes. W końcu jeść i pić trzeba lokalnie.

Po odpoczynku od upału i napełnieniu żołądków ruszamy w drugą stronę mariny. Promenada prowadząca wzdłuż nabrzeża jest świetnym miejscem na spacer. Z jednej strony woda, z drugiej zieleń, po drodze jakieś pomniki i fontanny. Bardzo ładnie, czysto, przyjemnie.

Promenada prowadzi do Marina Shopping Center. Nie jest to jednak centrum handlowe jakie znamy z Europy. Jest tylko częściowo zabudowane, wszystkie kawiarenki mają ogródki wychodzące na marinę. Aż żałowałam, że trzeba wracać na statek zamiast siedzieć i podziwiać widoki.

Niestety kilka godzin w Bodrum mija bardzo szybko i trzeba wracać. Tuż przed wejściem na statek robimy jeszcze szybką przerwę na turecką herbatę podawaną w tradycyjnej szklaneczce-tulipanie w kafejce tuż przy porcie.

Herbatka kosztuje jakieś śmieszne pieniądze (nawet nie 0,5 EUR) – jest mocna i pyszna. Tak posileni idziemy do odprawy paszportowej, kupujemy po jeszcze jednym Efesie w sklepie duty-free i wsiadamy na statek skąd z małym opóźnieniem (ogromny ruch w porcie!) wyruszamy w rejs powrotny do Grecji.

Czy warto wybrać się na jeden dzień do Turcji z Kos?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Nie jest daleko, a macie okazję w trakcie jednych wakacji doświadczyć dwóch zupełnie różnych światów.

Turcja różni się od Grecji pod każdym względem. Inna jest architektura, inna kultura, inna mentalność, inne jedzenie. Zupełnie inny świat. Dla mnie też było to nowe doświadczenie mimo iż byłam już wcześniej w Turcji (ale akurat nie w Bodrum). Bodrum jednak nie ma nic wspólnego z Antalyą, Alanyą czy innymi kurortami. Tu jest bardzo elegancko, wręcz nieco snobistycznie. I powiem Wam szczerze, że Bodrum tak nam się spodobało, że jestem pewna, że prędzej czy później tam wrócimy na dłużej!

Rejs po 3 wyspach z Kos – Kalymnos, Plati, Pserimos

Jeśli lubicie spędzać czas na morzu (ja nienawidzę ale cóż, lubię odkrywać nowe miejsca i czasem trzeba się przemóc) to podczas wakacji na Kos rozważcie rejs na wyspę poławiaczy gąbek – Kalymnos lub całodniowy rejs między wyspami Kalymnos, Plati i Pserimos. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję i bardzo ją Wam polecam!

Kalymnos

Rejs rozpoczyna się w porcie Mastichari skąd nasz piracki statek rusza w około 45-minutowy rejs na wyspę Kalymnos. Wyspiarze przez stulecia zajmowali się połowem gąbek morskich. Do dziś w miasteczku Kalymnos (znanym też jako Pothia) znajduje się wiele manufaktur gdzie można dowiedzieć się co nieco o połowie jak i zakupić gąbki. Kalymnos jest jednym z ostatnich miejsc na świecie gdzie zawód poławiacza gąbek jest wciąż kultywowany.

Miasteczko Pothia jest malutkie, nieco senne, zachowało swój tradycyjny charakter i nam się bardzo ale to bardzo podobało. Chętnie zostałabym tam na dłużej. Przy deptaku w okolicy portu ciągną się kawiarenki i tawerny. W miasteczku warto zobaczyć Muzeum Morskie, kościół Przemienienia Pańskiego, pałac Vouvalisa czy Muzeum Archeologiczne. Ale ja przede wszystkim polecam zgubić się w wąskich uliczkach i to najlepiej tych oddalonych od portu i głównej alejki. Doświadczycie tam prawdziwego greckiego życia, z dala od masowej turystyki i codziennego pędu. Ja byłam zachwycona i bardzo bym chciała kiedyś na Kalymnos wrócić ale na dłużej.

Wyspa poza tym, że słynie z gąbek znana jest wszystkim wspinaczom. W 1997 roku wyznaczono na wyspie 47 tras wspinaczkowych, a od 1999 roku na wyspę zaczęli przybywać wspinacze z całej Europy. Wspinaczka jest tu możliwa przez cały rok dzięki korzystnym warunkom klimatycznym.

Nadmorska wieś Masouri słynąca z imponujących skał uważana jest za wspinaczkowy raj. W miejscowości Scalia poza skalistymi zboczami znajduje się też jaskinia.

Nazwa Kalymnos oznacza dobre porty i według Iliady to stąd wyspiarze wysyłali okręty pod Troję.

Plati

Po zobaczeniu przeuroczej Kalymnos ruszamy dalej – na bezludną wyspę Plati. Wyspa jest bezludna choć znajduje się na niej jeden dom. Zamieszkiwała go para grecko-włoska ale po rozwodzie (no cóż, życie) obydwoje zdecydowali się opuścić wyspę. Dziś na wyspie spotkacie wojsko, które tu stacjonuje i stąd rusza na patrolowanie wód wokół wyspy Kos.

Ponadto na wyspie znajduje się malutki kościółek. Typowa grecka świątynia – białe mury i błękitna kopuła. To wszystko na małym wzniesieniu górujące nad błękitnym morzem. Pocztówka bez filtra.

Przy kościółku znajdują się dwie plaże. Jedna z łatwym zejściem gdzie ruszają wszyscy pasażerowie statku i druga wydawałoby się niedostępna. Ale da się na nią wejść bez większego problemu. Jedyne utrudnienie jest takie, że trzeba przejść przez morze (ciepłe i przyjemne) po śliskich kamieniach. Więc jeśli się zdecydujecie to uważajcie na tych kamieniach. Najlepiej zabierzcie buty do wody. Kamienie są obrośnięte roślinnością i naprawdę ciężko utrzymać na nich równowagę. Ale dla posiadania plaży wyłącznie dla siebie warto się tam przedostać.

Pserimos

Ostatni przystanek na trasie naszego rejsu. Wyspa oddalona od Plati o zaledwie 500 metrów. Tu naprawdę nie ma nic do zwiedzania ale to kolejna możliwość zobaczenia Grecji niekomercyjnej. Przy porcie jest oczywiście kilka straganów z pamiątkami i tawern ale odejdźcie trochę od tej pierwszej linii brzegowej i odetchnijcie głęboko. To Grecja. Biedna i nie tak pocztówkowa ale prawdziwa.

Na Pserimos decydujemy się na plażowanie i kąpiel w morzu. I ta kąpiel to przeżycie doprawdy dziwne. W zatoce mieszają się różne prądy. Wchodząc do morza będziecie co chwilę czuć napływającą to ciepłą, to zimną wodę. Stoicie sobie – ciepło, przejdziecie 20 cm dalej – zimno. I tak w kółko. Ciekawe doświadczenie choć nie wiem czy chciałabym je powtórzyć. Termoreceptory szaleją 😀

Czy warto wybrać się na taki rejs?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Kosztował nas 30 EUR od osoby (łącznie z transferem z hotelu do portu i z powrotem oraz z wyżywieniem) a był to cudowny dzień spędzony na morzu (nawet nie bujało za bardzo) i na przepięknych wyspach. Jeśli wybieracie się na Kos to BARDZO polecam Wam taką atrakcję.

Wyspa Kos – zwiedzanie

Jak już wspominałam we wpisie gdzie macie wszystkie niezbędna informacje jak zorganizować sobie wakacje w Grecji, na Kos wynajęliśmy samochód i tak zwiedzaliśmy wyspę. Poniżej wszystkie must-see tej całkiem sporej greckiej wyspy.

Miasto Kos – atrakcje

Stolica, główny port i tak naprawdę jedyne miasto na wyspie. Uwaga, wjeżdżając do miasta musicie zostawić auto na jednym z parkingów w okolicy Casa Romana, gdyż bliżej centrum i portu nie ma parkingu z prawdziwego zdarzenia, są tylko jakieś pojedyncze miejsca parkingowe, zazwyczaj zajęte.

Ponieważ auto zostawiamy właśnie na tym parkingu to zwiedzanie miasta Kos zaczynamy od Plateia Diagora – małego placyku położonego po drugiej stronie ulicy. Dojście jest schodkami, na końcu których zobaczycie minaret – pozostałość po meczecie. Na przeuroczym placyku, który jest po drugiej stronie minaretu, robimy sobie przerwę na kawę. Przysiadamy w tradycyjnej tawernie i podziwiamy kolorową zabudowę ozdobioną cudowną roślinnością. Właśnie za takie miejsca kocham Grecję!

Po podniesieniu poziomu kofeiny we krwi ruszamy dalej. Uliczką Teologou ruszamy w kierunku ruin i pozostałości z czasów rzymskich – gimnazjonu, łaźni i antycznego stadionu. Ja szczerze mówiąc nie mam tak bujnej wyobraźni, żeby w kupie kamieni zobaczyć to co było tam tysiące lat temu więc robimy parę zdjęć i kierujemy się w stronę portu.

Spacerujemy chwilę wzdłuż łódek i jachtów mając świadomość, że do portu w Kos za kilka dni wrócimy, by popłynąć do Bodrum.

Z portu ruszamy więc w kierunku głównego placu miasta ale z bardzo ważnym przystankiem po drodze 😀 Ten przystanek to najbardziej instagramowe miejsce w mieście a chyba nawet na całej wyspie. Mowa o The Fish House Taverna przy ulicy Martiou St Kos Harbour 25. Na pewno nie przegapicie tego miejsca, bo zawsze stoi tam kolejka osób czekających na to, żeby zrobić sobie zdjęć w bajkowej scenerii. Są wymalowane na biało schody, niebieskie dzbany, różowe kwiaty, kolorowe krzesełka. Wszystko spójne, piękne, nic tylko robić zdjęcia i wrzucać na insta 😉 Tudzież na bloga 😉

Po tej fotopauzie ruszamy dalej w kierunku placu Eleftherias – jednego z głównych i największych placów w mieście. Stoi przy nim meczet Defterdar przykuwający uwagę czerwonymi kopułami i wieżyczką wysokiego minaretu. W meczecie znajduje się mauzeoleum Hadżiego Paszy – słynnego XVIII-wiecznego dowódcy wojsk tureckich. Meczet otwiera się tylko w piątki, gdy muzułmańskie rodziny (jest ich na Kos około 50) mogą się tu modlić, a turyści mogą zajrzeć do środka.

W południowej stronie placu znajduje się kryty bazar. Warto tam zajrzeć, popatrzeć, przejść się ale zdecydowanie nie polecam robienia tu zakupów. Ceny są średnio 30% wyższe niż w innych miejscach. Te same produkty kupicie w innych sklepach zarówno w mieście, jak i w innych miejscowościach na wyspie a za sporo mniejsze pieniądze. To niestety taka typowa pułapka turystyczna. Wejście do hali jest cudownie oplecione bugenwillami.

Nieopodal targu znajduje się cerkiew Agia Paraskevi – świętej mniszki kościoła prawosławnego. Jest to najważniejsza cerkiew w całym mieście. Wewnątrz znajdują się bizantyjskie obrazy. Niestety podczas naszego pobytu cerkiew była w remoncie. Uległa ona poważnym zniszczeniom podczas trzęsienia ziemi w 2007 roku.

Z placu kierujemy się ku agorze. Jest to ogromny teren, agora w mieście Kos miała wymiary 300 na 80 metrów i była jedną z największych w czasach starożytnych. Na terenie agory znajdują się pozostałości świątyni Afrodyty, świątyni Dionizosa, mozaiki, ruiny bazyliki czy pozostałości średniowiecznych murów oraz hellenistycznych wałów obronnych. Wstęp na teren agory jest bezpłatny.

Spacerując wzdłuż agory w kierunku portu warto też zwrócić uwagę na kolorowy budynek hotelu Gelsomino. Dzielnica, w której się znajduje nazywana jest dzielnicą włoską. Hotel powstał w 1929 roku i zaprojektował go Rodolfo Petracco. A w dzielnicy włoskiej poza hotelem znajdziemy też siedzibę gubernatora, bastion Schlegelholz, ratusz i budynek sądu.

W tej okolicy znajduje się też zamek rycerzy św. Jana stojący na cyplu. Jest o jednocześnie naturalna zasłona chroniąca miasto przed wiatrem, dawniej była twierdzą chroniącą wybrzeże. W 1933 roku zamek został zdobyty przez Niemców i stał się obozem jenieckim dla żołnierzy włoskich i angielskich. Kiedyś zamek nazywano Nerantzia od gaju pomarańczowego, który go wtedy otaczał. Fortecę opasują dwa kręgi grubych murów, a na jej teren prowadzi most przerzucony nad dawną fosą. Obecnie pod mostem ciągnie się Aleja Palmowa.

Przy agorze znajduje się też plac Platanou z najstarszym platanem w mieście zwanym platanem Hipokratesa, który ma ponad 500 lat. Konary drzewa podtrzymywane są przez metalowe rusztowanie. Mieszkańcy Kos uważają, że drzewo zostało zasadzone przez samego Hipokratesa, który w jego cieniu przyjmował pacjentów. Wg legend pod tym samym drzewem nauczał też apostoł Paweł.

W sąsiedztwie placu znajduje się meczet z loggią zwany świątynią Gazi Hassana, który zbudował go w 1876 roku prawdopodobnie w miejscu bizantyjskiej świątyni. Obok meczetu znajduje się fontanna, a jego kopuła wsparta jest na 7 filarach. Drewno użyte do budowy dachu meczetu pochodziło z… wraku szwedzkiego statku.

I na koniec tuż przed powrotem na parking zaglądamy do Casa Romana. Są to pozostałości świątyni patrycjuszowskiej z III wieku. Niestety jak wszystkie ruiny – mnie nie przekonują i nie widzę tam rezydencji tylko kupę kamieni, no sorry.

Tłocznia oliwy

W miejscowości Zipari znajduje się mała fabryka oliwy. Ja w tłoczni oliwy byłam już nie raz stąd byłam tą atrakcją średnio zainteresowana ale przy fabryce znajduje się sklepik. A dobrej oliwy nigdy za dużo. Sami widzicie, że sklep jest bardzo stylowo urządzony, można skosztować oliwy i oliwek oraz oczywiście zrobić zakupy. Oliwa jest tu rzeczywiście tańsza niż w innych miejscach na wyspie (nawet w marketach) więc polecam zrobić sobie przystanek na mały shopping. Poza oliwą i produktami spożywczymi kupicie tu też kosmetyki na bazie oliwy z oliwek i przeróżne zestawy prezentowe.

Kapliczki i kościoły

Jakimikolwiek drogami będziecie podróżować po Kos miniecie dziesiątki przeuroczych białych kościółków z niebieskimi kopułami. Taki typowy grecki obrazek. Warto się przy którejś zatrzymać na zdjęcia.

Mastichari

Spokojny kurort i centrum rybołówstwa. Znajduje się tu też niewielki port, z którego wypływają promy i statki wycieczkowe na wysepkę Kalymnos.

Przy porcie znajduje się rondo z posągiem Posejdona.

Mastichari może poszczycić się piękną, czystą, szeroką plażą. Jest tu sporo leżaków i centrum sportów wodnych. Przy plaży działa też sporo tawern i barów a bardziej w głąb miasteczka znajdziecie kilka sklepików z pamiątkami i marketów.

Przy tej plaży można oglądać przepiękne zachody słońca.

Tigaki

Dosyć spokojny kurort. Większy niż Mastichari ale daleko mu do Kardameny. Tigaki to właściwie jedna ulica prowadząca do plaży pełna kolorowo urządzonych tawern, barów i restauracji oraz sklepików z pamiątkami. Wszystko jest tu bardzo gustownie urządzone i przyjemne. Plaża jak dla mnie za bardzo zastawiona leżakami i nie tak ładna jak ta w Mastichari.

Słone jeziorko Alikes

Znajduje się pomiędzy kurotami Tigaki i Marmari. Właściwie są to słone bagna wykorzystywane kiedyś do odparowywania soli z wody morskiej. Główną atrakcją jeziorka są brodzące w nim nieraz flamingi. My niestety nie mieliśmy przyjemności ich spotkać. Flamingi można spotkać w czerwcu i lipcu więc my byliśmy chyba trochę za wcześniej 😉 Przy jeziorku znajduje się kilka parkingów z różnych stron. My jechaliśmy od strony Tigaki, zostawiliśmy samochód nieopodal hotelu Oasis skąd do jeziorka prowadzi króciutka ścieżka.

Asklepiejon – świątynia Asklepiosa

To najlepiej zachowany z 300 greckich Asklepiejonów, jedno z największych osiągnięć architektonicznych okresu hellenistycznego. Asklepiejony były świątyniami Asklepiosa. Bilet wstępu do ruin (bo to tylko ruiny, nie oszukujmy się) kosztuje 8 EUR więc zrezygnowaliśmy z wejścia. Natomiast jak wejdziecie na polankę po lewej stronie jeszcze przed wejściem na teren Asklepiejonu to jest tam taki płot, przez który wszystko widać. Zdjęcia może jakoś szałowo nie wychodzą ale zobaczyć można wszystko.

Termy – gorące źródła Embros Therma

Jadąc z miasta Kos trzeba kierować się ku Agios Fokas. Tam warto zrobić foto-pauzę przy latarni morskiej.

Same termy znajdują się ok. 10 kilometrów od miasta Kos, droga prowadzi przez góry więc widoki po drodze są przepiękne. Sporo osób pokonuje tę trasę rowerami.

Same termy są małe i nie oszukujmy się – śmierdzące. Ale bardzo Wam polecam wizytę w tym miejscu, żeby pooglądać czarne plaże (nie aż tak czarne jak na Islandii ale jednak), wystające z morza składy i generalnie przyjemną Therma Beach. Same źródła zostały odkryte w 1934 roku,

Zaparkować trzeba przy głównej drodze – jest tam dobrze oznakowany parking i mała restauracja przy nim. Następnie trzeba schodzić w dół mijając plaże i skały aż docieramy do miejsca docelowego, czyli źródełek z wodą o temperaturze 45 – 50 stopni. W wodzie można się kąpać, ponieważ miesza się ona z chłodną wodą morską. Pamiętajcie jednak, żeby przed kąpielą zdjąć biżuterię i może nie zakładać swojego najlepszego stroju plażowego, bo raz, że będzie śmierdział, a dwa, że może się zniszczyć. My tylko sobie na źródełka popatrzyliśmy, nie mieliśmy ochoty na kąpiel 😉

Woda w źródełku jest bogata w minerały i podobno ma właściwości lecznicze, szczególnie zalecana jest na dolegliwości reumatyczne. Nie twierdzę, że to nie prawda ale nie oszukujmy się – po jednej kąpieli nikogo nie uzdrowi 😉

Pyli

Maleńkie i spokojne miasteczko położone około 15 km od miasta Kos. Tu żyje się spokojnie, raczej nie spotkacie tu turystów. Wg greckiej mitologii mieszkańcy Pyli udzielili schronienia Heraklesowi.

Miejscowość słynie z tradycyjnych kamiennych domostw otaczających centralny plac miasta.

Około 300 metrów od tego placu znajduje się grobowiec Harmylosa – starożytnego władcy wyspy. Warto też zobaczyć stare źródło wypływające z kamiennej studni w uroczym zacienionym zakątku. Cudownie można się tam schłodzić w upalny dzień.

Warto też zobaczyć lokalny kościół.

Antimachia

Miejscowość leży ok. 4 km od Mastichari. Wg mitologii tutaj Herakles miał się wdać w bójkę z pasterzem Antagorasem.

Najważniejszymi zabytkami miejscowości są tradycyjny Dom Antimachia i Milos tou Papa – stary, tradycyjny wiatrak.

Kardamena

Kolejny kurort, tym razem naprawdę spory, z naprawdę dużym i dobrze zaopatrzonym supermarketem.

Kardamena uchodzi za największą imprezownię Kos – w szczycie sezonu jest tu głośno i tłoczono ale w maju było całkiem przyjemnie.

W Kardamenie jest spory port, jest mnóstwo sklepików, kawiarni, restauracji i barów.

Paradise Beach

Rzekomo najpiękniejsza plaża na wyspie. Jak już pisałam wcześniej – Kos to nie jest wyspa dla miłośników pięknych plaż.

Do Paradise Beach trzeba zjechać z góry. Po drodze znajduje się miejsce, gdzie można się zatrzymać i popatrzeć na plażę z góry.

Po zjechaniu do samej plaży czar pryska – piasek jest szary (jak na większości plaż na Kos). Woda co prawda przejrzysta i czysta ale wszystko zawalone leżakami, budkami z jedzeniem i wszystkim innym czego zachodnioeuropejscy turyści potrzebują do szczęścia 😉 Spędziliśmy tam chwilę, zrobiliśmy zdjęcia i uciekliśmy.

Plaka – Pawi Las

W lesie niedaleko miejscowości Plaka żyje sobie stado pawi, a także koty i żółwie. Tych ostatnich niestety nie mieliśmy przyjemności spotkać. Pawie są niejakim symbolem Kos – zobaczycie je w hotelach (w postaci rzeźb), na magnesikach i pocztówkach. Nie do końca wiadomo skąd się wzięły na wyspie, jedna z legend mówi, że sprowadził je tam sam Aleksander Wielki. W starożytności pawie uważano za ptaki królewskie.

Zia – zachód słońca

Zia to jedno z moich ulubionych miejsc na Kos. Górska wioska, która słynie z zachodów słońca. Naczytałam się, że po godzinie 18 do maleńkiej wioski ciągną dziesiątki autokarów, by zostawić tam turystów i wczesnym wieczorem po nich wrócić. Przyznam, że trochę mnie to przeraziło, ja za tłumami nie przepadam. Na szczęście w maju tłumów nie było. Owszem, było trochę ludzi, ale spokojnie dało się znaleźć miejsce w restauracji i zrobić zakupy.

Zia to świetne miejsce na zakup pamiątek – stragany ciągną się jeden przy drugim, wybór wszystkiego jest ogromny, a ceny najniższe na całej wyspie.

Jeśli chodzi o oglądanie zachodu słońca to polecam restaurację Sunset Balcony. Idąc wzdłuż głównej uliczki miasta w pewnym momencie trzeba pójść w prawo, do góry. Jak będziecie szli od parkingu do macie jedną uliczkę, która w pewnym momencie skręca w lewo. Zamiast iść w lewo to idźcie w prawo, wzdłuż straganów z pamiątkami. W pewnym momencie zaczną się schody. Miniecie kilka barów i restauracji i na końcu dotrzecie do tawerny Sunset Balcony. Jest ona najwyżej położoną restauracją w miasteczku, funkcjonuje od 33 lat i oferuje najpiękniejszy widok na zachodzące słońce. Jedzenie jest tu nieco droższe niż w pozostałych tawernach (ale też nie jakieś szalenie drogie, za 3 napoje i jakieś tzatziki zapłaciliśmy 10 EUR) ale ten widok jest tego wart.

Przy restauracji znajduje się kościół Agios Georgios – bizantyjska budowla, do której warto zajrzeć.

Sama wioska jest przeurocza. Nie brakuje tu kolorowo urządzonych restauracji, tawern i barów. Ludzie są niesamowicie otwarci i przyjaźni. No i te widoki – nie tylko podczas zachodu słońca. Z wioski macie widok na całą okolicę, na góry i na morze Egejskie. Jest pocztówkowo, pięknie i bardzo przyjemnie.

No i last but not least – dojazd. Droga wiedzie wśród gajów oliwnych, czasem drogę zablokuje Wam stado kóz. Bajka.

Agios Dimitrios

Wioska znajdująca się w okolicy Zia. Wsród opustoszałych uliczek (poza nami naprawdę nie było tam żywej duszy) znajduje się kościół Agios Dimitrios wzniesiony na pozostałościach starej bazyliki chrześcijańskiej. Kościół wieńczy imponująca dzwonnica.

Wyspa Kos – informacje praktyczne

Kos – wyspa leżąca na Morzu Egejskim, nieopodal wybrzeża Turcji. Wchodzi w skład archipelagu Dodekanez, który z kolei należy do Sporadów Południowych. Powierzchnia wyspy wynosi 290 kilometrów kwadratowych.

Kos – jak się dostać z Polski?

Najszybciej, najłatwiej i najtaniej jest kupić wakacje w biurze podróży. Ceny wakacji na Kos nie są wygórowane a biorąc pod uwagę, że z Polski nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych innych niż czarterowe to wybór pakietu lot+hotel+transfer wydaje się najrozsądniejszą opcją. Bezpośredni przelot z Polski trwa ok. 2,5 godziny.

Można oczywiście kombinować dolot do Aten i z Aten greckimi liniami na Kos ale koszt takich lotów przewyższy koszt całych wakacji kupionych u touroperatora.

Kos leży zaledwie 5 kilometrów od tureckiego miasta Bodrum więc można też kombinować z lotem do tego tureckiego miasta, a następnie promem na Kos (przeprawa trwa nieco ponad godzinę).

Kos – dojazd z lotniska

Nasze wakacje były wyjazdem z biurem podróży więc transfer zapewniało biuro. Jeśli lecicie na własną rękę to możecie skorzystać z taksówek, wynająć auto lub skorzystać z komunikacji publicznej KTEL. Przed terminalem znajduje się przystanek, z którego ruszają autobusy do miasta Kos, Kefalos, Mastichari i Kardameny. Cena pojedynczego biletu wynosi od 2 do 4,4 EUR.

Jeszcze kilka słów o lotnisku na Kos (KGS). Nie przesadzę jeśli powiem, że to najgorsze lotnisko na jakim w życiu byłam. Przede wszystkim jest mikroskopijnie małe i nieprzystosowane do obsługiwania takiej ilości połączeń jakie obsługuje. Kolejka do odprawy ciągnie się na zewnątrz terminalu (!!!) więc nie zapomnijcie zabrać zapasu wody wybierając się na lotnisko. Punktów check-in jest dosłownie kilka, pasażerowie są stopniowo wpuszczani na teren lotniska. Po odprawie musicie sami zanieść swój bagaż do prześwietlenia (to akurat procedura znana z wielu greckich lotnisk), a następnie udać się do kontroli bezpieczeństwa. Tam czekają aż 2 (!!!) stanowiska. Po przejściu kontroli znajdujecie się w strefie, która jest w stanie pomieścić pasażerów 2 samolotów (już w maju na Kos samolotów było kilka na godzinę więc możecie wyobrazić sobie co tam się dzieje). Nie ma miejsca, jest jeden sklep wolnocłowy i jedna kawiarnia. Klimatyzacja rozkręcona na maksa więc weźcie bluzę albo nawet kurtkę. Ale z tego co czytałam w zeszłym roku jeszcze tej klimatyzacji nie było i nawet nie chcę myśleć co tam się musiało dziać. Jeśli spędzacie na tym lotnisku 2 godziny przed odlotem samolotu to oczywiście da się przeżyć ale w przypadku jakiegoś opóźnienia gdy trzeba by tam spędzić kilka godzin – dramat.

Kos – hotele, gdzie się zatrzymać?

Od razu mówię, że Kos nie jest wyspą dla miłośników pięknych plaż. Jeśli liczycie na szeroki biały piasek i turkusowe morze to od razu rozważcie wakacje na Korfu, Krecie czy innym Zakynthosie ale Kos sobie odpuśćcie.

Najsłynniejsze kurorty na Kos to Kardamena, Mastichari, Lambi, miasto Kos, Kamari i Tigaki. My stacjonowaliśmy w Mastichari – bardzo spokojna miejscówka, plaże niezastawione leżakami co do milimetra jak to jest np. na Paradise Beach. Nie jest to typowy kurort z knajpami dudniącymi muzyką i sklepem na sklepie. Owszem, jest kilka tawern, barów, parę sklepików. Ja wolę takie miejsca i gdyby miała wrócić na Kos to wybrałam ponownie Mastichari.

Dobre wrażenie zrobiła na mnie miejscowość Tigaki – jest już większa i bardziej gwarna niż Mastichari ale cały czas w akceptowalnych granicach. Plaża taka sobie ale z leżakami, sporo bardzo przyjemnych tawern i knajpek, mnóstwo sklepów.

Kardamena to zdecydowanie jeden z największych kurortów na wyspie. Też jest tu mnóstwo sklepików z mydłem i powidłem, jest porządny supermarket, są knajpy i restauracje. W maju było jeszcze dość spokojnie ale myślę, że wakacje w sezonie byłyby już tam dla mnie męczące.

Kamari to wybrzeże słynące z najpiękniejszych plaż na wyspie – Paradise Beach, Agios Stefanos Bay i Camel Beach. Nas szczerze mówiąc zupełnie nie przekonały te miejsca.

Jeśli chcecie być w centrum wyspiarskich wydarzeń to najlepiej stacjonować w mieście Kos (jest tu mnóstwo hoteli położonych nad zatoką) lub będącej jego przedłużeniem Lambi. Myślę, że to druga dobra miejscówka na spędzenie wakacji na Kos. Zwłaszcza jeśli chcielibyście zwiedzać wyspę komunikacją publiczną – wszystkie autobusy wyruszają z miasta Kos.

Kos – komunikacja po wyspie

Są autobusy firmy KTEL, które łączą wszystkie najważniejsze punkty na wyspie ale po pierwsze jeżdżą rzadko (czasem tylko 2 razy dziennie!), a po drugie jeżdżą wolno i dookoła więc takie podróżowanie zajmuje bardzo dużo czasu.

My decydujemy się na wynajęcie auta. Koszt wynajęcia samochodu wynosi 40 EUR za dzień (z pełnym ubezpieczeniem), przy wynajęciu od 3 dni ceny za dzień są niższe. Za benzynę zapłaciliśmy 17 EUR a przejechaliśmy prawie całą wyspę. Litr benzyny na Kos kosztuje 1,7 – 1,8 EUR. Auto wynajęliśmy w hotelu, można było też wynająć od rezydentki ale za to samo auto musielibyśmy zapłacić 77 EUR za dzień 😀

Weźcie pod uwagę, że wyspa jest naprawdę spora i górzysta więc nie zwiedzicie jej całej w ciągu 1 dnia. Jeśli chcecie zobaczyć wszystko na spokojnie to weźcie auto na 2 dni, my mieliśmy na jeden i musiałam okrajać nasz program zwiedzania.

Kos – bezpieczeństwo

Kilka lat temu głośno było o problemie z uchodźcami na Kos. Nie wiem jak było wtedy ale teraz jest zupełnie bezpiecznie i spokojnie. Zjechaliśmy wyspę prawie całą i rzeczywiście wysoko w górach w jakiejś wsi jest obóz dla uchodźców ale my się tam nie zatrzymywaliśmy (zresztą w okolicy nic nie ma do zwiedzania) i nie stanowi to żadnego zagrożenia. W kurortach czy mieście Kos jest zupełnie bezpiecznie, nie ma się czego obawiać.

To na co musicie uważać lecąc na Kos to… komary. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak pocięta przez tych krwiopijców jak po pierwszej nocy na Kos! Komary pojawiają się wieczorami i są w pokojach, na plaży, absolutnie wszędzie. Na szczęście na wyspie można kupić preparaty na ukąszenia i zapobiegające ukąszeniom. Ale żeby nie być po pierwszej nocy w kropki (jak ja) – dobrze radzę weźcie jakiś spray i śpijcie przy zamkniętych oknach. Ja dostałam pokój z widokiem na morze i chciałam spać przy szumie fal. Miałam zatem szum fal i bzyczenie komarów 😀

Kos – co kupić, co przywieźć?

Jak zawsze z Grecji – oliwę z oliwek. Na Kos jest jedna tłocznia oliwy, którą można zwiedzić i gdzie można kupić oliwę (a wcześniej jej spróbować). Oliw jest kilka i warto wybrać, która nam najbardziej odpowiada. Oliwę kupicie też w sklepach i marketach w innych punktach wyspy ale jednak w nieco wyższych cenach. W sklepie firmowym litr oliwy extra virgin kosztuje 6,5 EUR. Są też różne mini oliwy i zestawy prezentowe. Każdy coś znajdzie dla siebie.

Poza tym z Kos warto przywieźć miód tymiankowy i dżem z pomidorów.

Kos – co zjeść?

Kos to Grecja więc mamy kuchnię grecką ze wszystkimi jej flagowymi daniami. Zjecie musakę, sałatkę grecką, ser feta, faszerowane papryki a to wszystko polane przepyszną oliwą. Jeśli chodzi o desery to dla mnie w Grecji istnieje tylko jeden – grecki jogurt z miodem. Jadłam codziennie. Dla miłośników słodyczy słodkich do granic możliwości – baklava. Kiedyś uwielbiałam, teraz nie jestem w stanie przełknąć.

Kos – na własną rękę czy z biurem podróży?

Jak już wspominałam ciężko będzie zorganizować lot, hotel i transfery w cenie niższej niż biura podróży oferują gotowe pakiety dlatego myślę, że prościej będzie z biurem. Zwłaszcza, że na Kos polecicie czarterem praktycznie z każdego większego miasta w Polsce.

Natomiast jeśli chodzi o organizację czasu na miejscu to jak najbardziej na własną rękę. Pisałam o cenie wynajmu samochodu – 77 EUR u rezydentki versus 40 EUR w hotelu (mówimy o takim samym samochodzie z takim samym pakietem świadczeń). Podobnie wycieczki – to co u rezydentki kosztowało 50 EUR w hotelowej recepcji lub w jednym z lokalnych biur podróży można było kupić za 25-30 EUR. Różnica ogromna. Ja rozumiem, że biuro podróży nie jest instytucją charytatywną ale z cenami wycieczek naprawdę przesadzają. Rozumiem 10-15% więcej niż w biurze lokalnym ale aż tyle? Zwłaszcza, że to są te same wycieczki organizowane przez te same biura lokalne, do których polskie biuro czasem doda polskojęzycznego przewodnika, a czasem tylko pośredniczy w sprzedaży. Biura chyba zauważyły spadek zainteresowania wycieczkami więc niektóre z nich już oferują możliwość zakupu wycieczek fakultatywnych przed wyjazdem, przy rezerwacji wakacji. Żebyś ogarnięty człowieku nie zdążył wyjść na miasto i zobaczyć, że to co biuro oferuje Ci za kwotę X, możesz kupić za 0,4 czy 0,5x. A jak już kupisz w Polsce to przecież potem się nie wycofasz jak znajdziesz taniej na miejscu.

Kos – czy warto?

Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie miałam Kos na liście miejsc do zobaczenia. I w sumie zastanawiam się czemu padło właśnie na Kos… Chyba ze względu na możliwość zobaczenia kilku fajnych wysepek w okolicy.

W każdym razie wyspa Kos mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie obfituje w piękne plaże ale ma sporo do zaoferowania. Miasto Kos jest prawdziwą perełką. Nas chyba najbardziej zachwyciły regiony górskie ale to jeszcze będę wszystko opisywać. Do tego przecudowna wyspa Kalymnos, którą można (a nawet trzeba!) odwiedzić przy okazji wakacji na Kos. Jeśli rozważacie wakacje na Kos to ja polecam tę wyspę z całego serca.

Katar – zwiedzanie Dohy podczas przesiadki

Katar i Doha to dla wielu podróżujących zaledwie lotnisko przesiadkowe. A miasto prężnie się rozwija (wszak w Katarze odbędzie się Mundial w 2022 roku) i choć jest dużo skromniejszą wersją Dubaju to zdecydowanie warto tak zaplanować loty, żeby spędzić w stolicy Kataru chociaż kilka godzin. Nasze zwiedzanie przypadło przy okazji lotu na Seszele.

Doha – dojazd z lotniska do miasta

Jeśli macie ograniczony czas to najszybciej jest skorzystać z taksówek. Postój oficjalnych taksówek znajduje się przy hali przylotów. Są taksówki, są osoby nimi zarządzające, wszystko idzie szybko i sprawnie. Za dojazd do centrum zapłacicie ok. 15 – 20 USD, w taksówce można płacić rialami katarskimi lub dolarami, nie można płacić kartą. Jeśli nie macie odliczonej kwoty to kierowca wyda Wam resztę w walucie katarskiej. Na lotnisku znajduje się oczywiście kantor (uwaga, pobiera prowizję za wymianę) i są też bankomaty – jeden tuż przy postoju taksówek. Zarówno na lotnisku jak i w mieście bez problemu złapiecie taksówkę o każdej porze dnia i nocy. Piszę o tym, bo przed wyjazdem gdzieś wyczytałam jakoby w Dosze brakowało taksówek i powrót na lotnisko może być problematyczny. Otóż problemu żadnego nie ma, bez stresu.

Jeśli macie więcej czasu to można też skorzystać z autobusów, z lotniska do centrum jadą autobusy 737, 747 i 777. Bilety do kupienia u kierowcy, płatność wyłącznie gotówką ale trwają prace nad dołączeniem płatności kartą i prawdopodobnie jeszcze w tym roku będzie to możliwe.

Doha – wiza i przepisy wjazdowe

Od 2017 roku wiza do Kataru nie jest potrzebna. Chcąc zachęcić turystów do odwiedzania kraju Katar zniósł wizy dla obywateli 80 krajów, w tym Polski. Konieczny jest tylko paszport i bilet powrotny lub bilet na dalszą część podróży (sprawdzano to przy kontroli paszportowej). Polacy mogą jednorazowo przebywać na terytorium Kataru do 90 dni. Możecie wyjść i zwiedzać miasto podczas przesiadki jeśli czas Waszego tranzytu wynosi 5 godzin lub więcej. Jeśli kolejny lot macie w czasie krótszym niż 5 godzin to z dużą dozą prawdopodobieństwa celnicy nie pozwolą Wam opuścić lotniska.

Doha – czas

Czas przesunięty jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie zapomnijcie przestawić zegarków jeśli nie macie dużo czasu na przesiadkę.

Doha – pogoda i kiedy jechać

Katar leży na półwyspie Arabskim. Idealny czas do odwiedzenia tego rejonu świata to okres naszej jesieni i zimy (od października do marca). W letnich miesiącach upały mogą być nie do wytrzymania. Tak też zapowiadała się nasza wizyta pod koniec kwietnia ale zamiast zapowiadanych 38 stopni było 28 i dosyć silny wiatr więc ja się cieszyłam, że miałam bluzę, zwłaszcza wieczorem. Ale generalnie temperatury oscylujące wokół 40 stopni nie są niczym dziwnym w okresie od maja do września.

Doha – lotnisko

Lotnisko Hamad International (DOH) to jedyne międzynarodowe lotnisko w Katarze i obecnie jedno z największych i najlepszych lotnisk świata, otwarte zaledwie 5 lat temu, 30.04.2014 roku. Z Dohy polecicie praktycznie w każdy zakątek świata.

Samo lotnisko jest bardzo duże, między poszczególnymi jego częściami kursuje kolejka – takie jakby metro jak na załączonym obrazku. Są tu wszystkie możliwe sklepy (nawet oddział Harrodsa), kawiarnie, restauracje, są pokoje tzw. strefy ciszy gdzie są leżanki i można się przespać w oczekiwaniu na lot. Są też dystrybutory z wodą więc jeśli macie swoją butelkę to nie trzeba kupować wody tylko można ją sobie uzupełnić, dystrybutory w większości znajdują się w okolicach toalet.

Lotnisko jest ogromne ale dobrze oznakowane, jeśli nie podróżujecie po raz pierwszy to raczej ciężko się będzie zgubić.

Symbolem lotniska jest ogromny Miś – dzieło szwajcarskiego artysty Ursa Fischera. Miś ma 7 (!) metrów i waży ok. 18-20 ton. Do Dohy przyleciał z Nowego Jorku gdzie został zakupiony przez katarską rodzinę królewską na licytacji za bagatela 6,8 miliona USD. Kto bogatemu zabroni 😀

Doha – waluta i ceny

Walutą Kataru jest rial katarski (QAR). Kurs wynosi ok. 3,6 QAR za 1 USD (stan na kwiecień 2019) stąd przeliczając katarskie ceny na złotówki można przyjąć w zaokrągleniu, że jest to 1:1.

Ceny wbrew temu czego można by się spodziewać nie są kosmiczne. Powiedziałabym, że są bardzo zbliżone do polskich. Kawa kosztuje 5-10 QAR, rachunek w restauracji wyniósł nas 40 QAR za 2 osoby (z napojami), magnesy kosztują 10 QAR. Robiąc jakiekolwiek zakupy na bazarze pamiętajcie, że trzeba się targować. W restauracjach można płacić kartą.

Drogie są lody. Podobnie jak w Dubaju mrożony deser kosztuje krocie, zapłaciłam 30 QAR za sporą co prawda porcję lodów ale jednak. Lodożercy w Katarze i Emiratach mogą zbankrutować 😉

Doha – alkohol

Do Kataru nie można wwozić alkoholu więc jeśli wybieracie się na zwiedzanie miasta to nie kupujcie alkoholu na lotnisku wylotowym.

Doha – strój

Katar to kraj muzułmański. Nowoczesny i tradycyjny jednocześnie. Odnoszę wrażenie, że daleko mu do liberalnego podejścia Dubaju więc pamiętajcie o tym, żeby się za bardzo nie rozbierać. Ramiona i kolana muszą być zakryte obowiązkowo. Nikt nie wymaga od turystek zakrywania włosów.

Doha – bezpieczeństwo

Podobnie jak Dubaj – jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Spokojnie, czysto, nikt nikogo nie zaczepia. Możecie zwiedzać Dohę o każdej porze dnia i nocy.

Jedyne na co trzeba uważać to… przejścia dla pieszych. A raczej ich brak. Doha to zdecydowanie nie jest miasto dla piechurów. Przejść jest mało i nie mają priorytetu. Jeśli zapali się czerwone światło to będziecie stać 10 – 15 minut, nie żartuję. Ja myślałam, że wyjdę z siebie. A jak się zapali zielone to trzeba biec, bo pasów do przejścia jest kilka a światło po chwili znów zmienia się na czerwone. A ruch samochodowy jest taki, że możecie zapomnieć o przebiegnięciu między autami. Są jakieś przejścia podziemne ale to nie tak jak u nas, że się wchodzi i wychodzi tylko trzeba zjechać windą 7 pięter pod ziemię. Sory, nie dla mnie takie atrakcje, już wolałam stać na przejściu jak kretynka 15 minut.

Doha – co zobaczyć?

Souq Waquif – chyba największa atrakcja Dohy, na pewno najpopularniejsza. Jest to wielki targ ze sklepami, sklepikami, restauracjami i kawiarniami. Tu dociera każdy turysta, tu spotykają się miejscowi. Działa w godzinach 7.30-12.30 i 15.30-22.00. Życie zaczyna się tu toczyć po 19, wcześniej jest nieco sennie i spokojnie, kiedy wieczorem przybywają miejscowi robi się bardziej gwarno i kolorowo.

Targ podzielony jest na części – jest strefa z pamiątkami, z restauracjami, z ubraniami, z dywanami, z rękodziełem, z daktylami, z przyprawami, z biżuterią czy ze zwierzętami. Jest tu też stadnina koni, szpital dla sokołów czy centrum sztuki. Warto przeznaczyć na wizytę co najmniej 2 godziny, pobłądzić w wąskich uliczkach, zrobić sobie przerwę na arabską kawę lub miętową herbatę. Można spróbować kuchni irańskiej, marokańskiej, egipskiej i wielu wielu innych z rejonu Bliskiego Wschodu.

Na terenie souqu znajduje się kilka bankomatów.

Dhow Harbour – nabrzeże pełne tradycyjnych arabskich łodzi.

The Pearl Monument – pomnik wielkiej perły wraz z fontanną. Obowiązkowe miejsce na foteczkę! W tle arabskie łodzie dhow i dzielnica biznesowa – cała esencja Dohy. Poławianie pereł i handel nimi jest wciąż ważną gałęzią katarskiej gospodarki stąd taki a nie inny symbol.

Aleja Corniche – promenada w kształcie podkowy ciągnąca się przez 7 kilometrów oferująca widok na biznesową dzielnicę wieżowców West Bay. Największe wrażenie robi nocą, gdy wszystkie budynki są efektywnie podświetlone. Ładnie prezentuje się też w promieniach zachodzącego słońca. Aleja jest miejscem spacerów, uprawiania sportów i łowienia ryb. Tu świętuje się Katarski Dzień Narodowy i Narodowy Dzień Sportu.

Muzeum Sztuki Islamskiej ze zbiorami ceramiki i biżuterii. Otwarte do 19, my nie zaglądamy do środka choć jest blisko. Sam budynek jest piękny i robi ogromne wrażenie.

Wielki Meczet – meczet znajdujący się w sąsiedztwie souq Waquif.

Amiri Diwan – budynek rządowy nieopodal meczetu. Administracyjne centrum miasta. Uchodzi za symboliczne centrum całego kraju. Budynek pięknie prezentuje się nocą gdy jest oświetlony. Otoczony jest ogrodem z fontannami i wodospadami.

Doha – czy warto?

Na kilkugodzinną przesiadkę zdecydowanie tak. Chętnie zostałabym w mieście na dłużej, żeby poznać je lepiej ale mam nieodparte wrażenie, że po 3 dniach nie byłoby już tam co robić. Skojarzeń z Dubajem nie da się uniknąć – oba miasta to jedne z największych metropolii półwyspu Arabskiego. I Dubaj można lubić, można nie lubić ale trudno się tam nudzić. Doha nie oferuje tylu atrakcji, zdecydowanie dominuje tu tradycja, do której nowoczesność jest tylko dodatkiem. Mam nadzieję, że przy okazji jakiegoś kolejnego wyjazdu będzie możliwość zobaczenia katarskiej pustyni i innych atrakcji poza miastem. Ale jeśli zastanawiacie się czy kupić sobie lot z dłuższą przesiadką umożliwiającą zwiedzanie Dohy to ja taką opcję serdecznie polecam.

Seszele – wyspa la Digue – najpiękniejsze plaże + co zobaczyć

Najmniejsza z odwiedzonych przez nas wysp, o powierzchni zaledwie 10 kilometrów kwadratowych. Jak już wielokrotnie wspominałam na wyspie obowiązuje ruch rowerowy, do wszystkich plaż dostajemy się tym środkiem transportu i na własnych nogach.

Pamiętacie listę marzeń 30-latki? Odwiedzenie wyspy na Digue było spełnieniem pierwszego marzenia z tej listy. Jeszcze tylko 29 😀 Chyba muszę zwiększyć tempo, bo się do emerytury nie wyrobię 😉

Anse Fourmis

Jadąc rowerem z portu w lewą stronę jest to ostatnia plaża do jakiej można dojechać. Przy wejściu znajduje się małe stoisko gdzie można kupić kokosa i owoce. Niewątpliwą atrakcją plaży jest niemalże poziomo położona palma, przy której i na której wszyscy robią sobie zdjęcia.

Na tej plaży, jak i na całej wyspie, można spotkać żółwia. Plażowanie z żółwiem – tylko na la Digue! Słodziak, nie?

Plaża jest fajna do leżenia, jest sporo palm, które dają cień. Fale niestety silne i kąpanie czasem jest niemożliwe.

Anse Banane

Mała plaża sąsiadująca z Anse Fourmis. Popularna bardziej wśród miejscowych niż wśród turystów. Na przeciwko znajduje się bar Chez Jules. Ceny wysokie.

Anse Grosse Roche

Długa plaża z jednej strony zakończona ogromną granitową skałą. Jeśli szukacie cienia to znajdziecie go właśnie pod skałą albo pod jedną z otaczających plażę palm. Woda jest spokojna i bardzo płytka ale dno jest kamieniste więc jeśli chcecie się kąpać to zabierzcie buty do wody. Plaża bardzo mało popularna, zdarzyło nam się spędzić tam kilka godzin i nikt nie przyszedł nawet na chwilę.

Naprzeciwko plaży znajduje się sklepik prowadzony przez starszego pana ale czasem jest otwarty, czasem zamknięty. Nie ma żadnych stałych godzin, jak się uda to można kupić coś zimnego do picia, jak się nie uda to trzeba obejść się smakiem.

Anse Gaulettes

Również długa i piaszczysta. Granitowe skałki tworzą z jednaj strony urokliwą zatoczkę, w której można się kąpać. A raczej moczyć. I nie chce się wychodzić. Szczerze mówiąc siedząc w tej krystalicznie czystej, cieplutkiej wodzie, czułam się jak na Malediwach.

Anse Patates

Zaryzykuję stwierdzenie, że mój nr 1 jeśli chodzi o la Digue. Malutka, kameralna plaża odwiedzona przez nas chyba z 6 razy. Czasem poza nami nie było nikogo, czasem jakieś pojedyncze osoby, raz był niezły tłumek. Plaża obfituje w skały tworzące zatoczki. Nie brakuje tu też palm kładących się poziomo nad plażą. Bardzo, bardzo przyjemne miejsce choć niewielkie. Da się poleżeć, da się pokąpać, da się zrobić setki uroczych zdjęć.

Anse Severe

Rozległa, długa choć niezbyt szeroka plaża o białym piasku. Wzdłuż niej znajduje się kilka barów, spaceruje kilka żółwi (mam wrażenie, że stałych rezydentów) a na przeciwko jest sporo hoteli i guesthousów. Dosyć zatłoczona. Fajne miejsce na oglądanie zachodów słońca.

Anse la Reunion

Plaża znajdująca się po drodze z portu do Anse Source d’Argent. Niezbyt duża, niezbyt urokliwa. W jednej z zatoczek fajnie się ogląda zachody słońca.

Anse Source d’Argent

Jedna z najbardziej niezwykłych plaż świata. Turkusowa woda otoczona masywnymi granitowymi skałami przybierającymi niebywałe kształty, tworzących ustronne zatoczki i małe jaskinie. Moi instagramowi followersi, pamiętacie puzzle z Seszelami? To właśnie plaża Anse Source d’Argent.

Plaża jest bardzo popularna ale najwięcej ludzi jest tuż przy wejściu, im dalej tym luźniej. Jest tu też kilka stoisk z pamiątkami, dwa bary i restauracja.

Plaża należy do rezerwatu Union Estate, do którego wstęp jest płatny – 120 SCR. Dostaniecie taką opaskę dzięki której możecie kilkukrotnie w ciągu dnia wjeżdżać i wyjeżdżać z terenu parku.

Jest też podobno jakieś dzikie przejście przez ocean ale nie sprawdzałam tego w praktyce 😀 Zwłaszcza, że sam rezerwat jest bardzo ciekawy i zdecydowanie warto zapłacić, żeby go zobaczyć. Tylko nie rozpędzajcie się na rowerkach – obowiązuje ograniczenie do 15 km/h 😀 A na samą plażę oczywiście rowerkami nie wjedziecie, jest ogromny (jak na warunki la Digue) parking rowerowy tuż przed wejściem na plażę.

Warto wybrać się tu na kilka godzin, przejść wzdłuż plaży, pozaglądać we wszystkie zatoczki, powspinać się na skały. Można też się kąpać, woda jest bardzo spokojna i płytka, dno piaszczyste.

Plaża jedyna w swoim rodzaju choć mnie bardziej urzekły te wszystkie bezludne plaże. Pewnie gdyby na Anse Source d’Argent nie było ludzi to byłaby na szczycie ulubionych seszelskich plaż a tak nie łapie się na podium. Na tej plaży kręcono częściowo film Cast Away.

l’Union Estate

Stara plantacja kokosa będąca jednocześnie wejściem na plażę Anse Source d’Argent. Jednym z pierwszych miejsc jakie odwiedzicie po wejściu na teren parku jest… cmentarz. Spoczywają tu francuscy koloniści, którzy przybyli na seszele z Reunion w XVII i XIX wieku.

Dalej znajduje się sklepik, ogromna granitowa skała, plantacje papai i bananów a także wanilii. W parku spotkacie także żółwie i… woły.

Grand Anse

Tym sposobem docieramy do najpiękniejszych plaż wyspy la Digue. Grand Anse to najdłuższa plaża na wyspie. Biel piasku razi w oczy, zwłaszcza, że dookoła nie ma nawet kawałka cienia. Do plaży można dojechać rowerem. Kąpiel jest tu praktycznie niemożliwa ze względu na naprawdę ogromne fale. Z jednej strony plaża otoczona jest pięknymi granitowymi skałami. Po wejściu kierujemy się na lewo, wchodzimy w dżunglę i docieramy do…

Petite Anse

A na Petite Anse możecie spotkać… woły. Tak, tak, na środku bezludnej plaży. Plaża jak sama nazwa wskazuje niewielka. Piasek biały jakby pomalowany, woda turkusowa i ta sama sytuacja co na Grand Anse czyli zupełny brak cienia, ocean również wzburzony. Znów trzeba wrócić do dżungli i obrać kurs na…

Anse Cocos

Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych plaż wyspy jak in całego archipelagu. Dojście do niej kosztuje trochę czasu i wysiłku ale warto. Z Petite Anse trzeba przejść szlakiem przez dżunglę. Szlak jest kiepsko oznaczony (właściwie dopiero pod koniec jest drogowskaz). Na szczęście mapy offline działają i wskazują drogę bez zarzutu. Najpierw trzeba iść przez granitowe skały w górę, potem trzeba przejść przez kawałek jakiegoś lasu gdzie ścieżka jest tak wąska, że dwie osoby nie są się w stanie minąć. Następnie ugrzęźniecie w bagienku i wrócice do dżungli gdzie ścieżka wśród granitowych skał będzie Was prowadziła na przemian w górę i w dół. Taka wędrówka w seszelskich warunkach atmosferycznych naprawdę męczy ale nie będziecie żałować. Po dotarciu na miejsce ukaże się Wam ogromna, biała plaża otoczona drzewami kazuaryny i palmami kokosowymi. Po prawej stronie znajduje się mnóstwo skał, w których mieszkają setki jeśli nie tysiące krabów. Tu można się kąpać.

Po lewej stronie zaś znajduje się cudowna zatoczka. Za tą zatoczką fale są ogromne ale w zatoczce można się bez problemu kąpać, bo te największe fale do niej nie docierają. Generalnie jest to bardzo fajne miejsce i na zdjęcia, i na spędzenie czasu, i na kąpiele. Na samym środku plaży gdzie plaża jest najszersza fale są duże i silne. Jest tylko jedno miejsce gdzie jest płytko i spokojnie i można się bez obaw kąpać.

Plaża jest po prostu cudowna ale wybierając się na nią nie zapomnijcie dobrych butów (w japonkach bym się nie porywała zwłaszcza, że skały w wielu miejscach są śliskie). Weźcie też koniecznie zapas wody, bo po drodze nigdzie jej nie kupicie. A trzeba rowerem dojechać do Grand Anse i z niej przejść przez dżunglę i potem tą samą drogą wrócić.