Muzeum Wsi Lubelskiej i Majdanek – jednodniowa wycieczka z Lublina

Wciąż nie mogę dokończyć wpisu o zwiedzaniu Lublina (ale niedługo się zmobilizuję, słowo!), póki co możecie poczytać o tym gdzie zjeść w Lublinie, a dziś zapraszam na zwiedzanie dwóch ważnych miejsc w bliskich okolicach Lublina. Na zwiedzanie muzeum na Majdanku i skansenu poświęciliśmy jeden cały dzień.

Planując weekend w Lublinie wiedziałam, że koniecznie będę chciała zobaczyć Muzeum na Majdanku.

Muzeum na Majdanku

Majdanek, czyli niemiecki obóz koncentracyjny w Lublinie, działał w latach 1941 – 1944. Więźniowie byli mordowani w komorach gazowych, ginęli w egzekucjach, umierali z głodu, chorób i wycieńczenia. Przetrzymywano tu głównie Polaków i Żydów, szacuje się, że śmierć poniosło tu około 360 tysięcy osób. Dokładnych liczb nigdy nie poznamy.

Muzeum na Majdanku powstało w 1944 roku i było pierwszą tego typu instytucją na świecie. W 25. rocznicę wyzwolenia Majdanka odsłonięto dwuczęściowy monument składający się z bramy i mauzoleum, w którym znajdują się prochy zamordowanych w obozie ludzi. Brama wraz z Mauzoleum oraz Drogą Hołdu i Pamięci tworzy Pomnik Walki i Męczeństwa. Konstrukcja Bramy, wybudowanej w miejscu jednej z bram obozowych, nawiązuje do symboliki piekieł z Boskiej Komedii Dantego.

Wystawy znajdują się w dziewięciu obiektach – barakach, łaźni i bunkrze. Można tu zobaczyć zdjęcia, dokumenty, relikty obozowe czy przedmioty należące do więźniów. W pozostałych barakach znajdują się wystawy multimedialne. Łącznie można zwiedzać około 70 obiektów.

Ogromne wrażenie robi Okno czasu – przeszklona konstrukcja, przez którą widać fragment drogi obozowej wybudowanej przez więźniów przy użyciu macew z lubelskich cmentarzy żydowskich.

Majdanek – informacje praktyczne

W okresie od kwietnia do września godziny otwarcia muzeum na Majdanku to 9 – 18, od listopada do marca 9 – 16. Wstęp do muzeum na Majdanku jest bezpłatny, trzeba jedynie zapłacić 5 zł za parking.

Majdanek to miejsce, które raz w życiu trzeba zobaczyć. Smutne i przejmujące ale jednocześnie pozwalające ocalić pamięć o tych, którzy tam zginęli i przypominające o okrucieństwie wojny. Myślę, że to trudna ale jednocześnie jedna z najważniejszych atrakcji Lublina.

Muzeum Wsi Lubelskiej – dojazd

Muzeum Wsi Lubelskiej to atrakcja zgoła inna niż Majdanek dlatego zwiedzając te dwie atrakcje w jeden dzień jak my, polecam naszą kolejność – najpierw skupienie i trudna historia na Majdanku, a potem relaks w skansenie.

Dojazd własnym samochodem do Muzeum Wsi Lubelskiej jest problematyczny jeśli nie jesteście z Lublina, bo przy zjeździe z obwodnicy nie ma żadnej informacji gdzie należy zjechać. W ogóle dojazd do skansenu nie jest oznakowany z żadnej strony. Jeśli jedziecie własnym autem to polecam Wam kierować się od strony Alei Warszawskiej, a nie od obwodnicy. Nasza nawigacja nie ogarniała i nie pokazała nam gdzie należy zjechać, a żadnego znaku też nie ma.

Jeśli nie jesteście w Lublinie samochodem to do Muzeum Wsi Lubelskiej można dojechać  komunikacją miejską – autobusem nr 18, 20, 30 i 37. Przystanki autobusowe znajdują się niemalże przed wejściem do skansenu. Można też wypożyczyć rower miejski – stacja również znajduje się przed wejściem do skansenu.

Muzeum Wsi Lubelskiej – zwiedzanie

Uwielbiam skanseny. Lubię poczuć tę sielską atmosferę, z dala od zgiełku miasta. Tego typu obiekty szczególnie pięknie prezentują się latem kiedy wszystkie rośliny otaczające obiekty kwitną. Wtedy jest jeszcze bardziej bajkowo i jeszcze bardziej sielsko. Zdecydowanie warto wybrać się do Muzeum Wsi Lubelskiej podczas weekendu w Lublinie. Sam skansen powstał w 1970 roku, zajmuje powierzchnię 23 hektarów i jest jednym z największych tego typu obiektów w Polsce. Bogactwo architektury i zgromadzonych eksponatów odzwierciedla obyczaje, obrzędy i codzienne życie ludzi minionej epoki w regionie Lubelszczyzny.

Muzeum Wsi Lubelskiej, podobnie jak inne tego typu obiekty, podzielone jest na sektory. Tuż za wejściem zaczyna się sektor Wyżyny Lubelskiej. Została tu przedstawiona charakterystyczna dla tego regionu wieś łańcuchówka, gdzie w zwarty sposób sąsiadują ze sobą chałupy. Można tu zobaczyć wiatrak z Zygmuntowa, kuźnię i zagrodę z Urzędowa, studnię z Błażka, olejarnię z Bogucina i kilka innych zagród. Całość uzupełniają przydomowe ogródki warzywne i kwiatowe, a otaczające je pola są uprawiane w sposób tradycyjny, przy użyciu dawnych narzędzi i maszyn rolniczych.

Dalej znajduje się zespół dworski. Centralnym punktem jest oczywiście dworek, w tym przypadku XVIII-wieczny, pochodzący z Żyrzyna. Ekspozycja wewnątrz dworu przedstawia mieszkania średniozamożnej rodziny ziemiańskiej w 1939 roku. Otoczenie dworu tworzą założenia ogrodowo-parkowe, brama z Łańcuchowa oraz zespół folwarczny z czworakiem z Brusa Starego, spichlerzami dworskimi i położonym nieopodal sadem owocowym.

Dalej mamy sektor Roztocza. Otoczony bogatą roślinnością zespół chałup i zagród tworzy przykład zabudowy rozproszonej charakterystycznej dla tego regionu. Atrakcją roztocza są wiejski sklepik (w chałupie z Teodorówki) i kuźnia z Ciosm. Najciekawszym obiektem wydaje się być jednak cerkiew z Tarnoszyna z dzwonnicą z Lubyczy-Kniazie. Oprócz funkcji muzealnych pełni też funkcje kultowe.

Następnie przechodzimy do rekonstrukcji miasteczka. Miasteczko nawiązuje do historycznych, wielokulturowych miasteczek Lubelszczyzny z okresu II Rzeczypospolitej. Ekspozycja przedstawia model funkcjonowania miasteczka wraz z jego instytucjami, urzędami, sklepami i warsztatami rzemieślniczymi. Składają się na nią kołodziejnia z Bełżyc, restauracja z Zemborzyc, szkoła z Bobrownik, ratusz z Głuska, domy podcieniowe z Wojsławic, remiza z Wilkowa, areszt z Samoklęsk, rynek ze studnią, kościół z Matczyna, plebania z Żeszczynki, stajnia podworska i lapidarium cmentarne. W obiektach urządzone są ekspozycje wnętrz gospodarczych i mieszkalnych – polskich i żydowskich.

Schodząc z miasteczka w dół docieramy do chyba najprzyjemniejszej części skansenu – Powiśla. Jest tu kilka zagród z cudownymi ogródkami (w tej części nie ma ekspozycji wewnątrz chałup), pasącymi się kozami i owcami, jest zbiornik wodny utworzony na rzece Czechówce, jest dużo zieleni, spokoju i wytchnienia. Gdyby nie panujący tego dnia upał to chętnie spędziłabym tam nawet pół dnia. Wieś sielska i anielska w czystej postaci. W przyszłości ma tu się jeszcze pojawić młyn wodny.

Cena biletu wstępu do Muzeum Wsi Lubelskiej to 12 zł. Jeśli wybieracie się do Lublina to zaplanujcie swój weekend tak, żeby koniecznie wpaść na kilka godzin do MWL. Dla mnie jedno z najlepszych wspomnień z Lublina.

W Muzeum odbywają się także cykliczne imprezy. Wiosną można zobaczyć pokaz orki konnej i przygotowań do Wielkanocy, latem sianokosy, obrzędy nocy świętojańskiej, żniwa, dożynki i zbiory lnu. Jesienią z kolei możecie zobaczyć na własne oczy wykopki, uczestniczyć w Lubelskim Święcie Chleba czy posłuchać opowieści andrzejkowych.

Jeśli lubicie skanseny to poczytajcie (i odwiedźcie!) koniecznie o skansenie w Chorzowie.

Murano i Burano w jeden dzień z Wenecji

Wenecja jest cudowna i można w niej spędzić mnóstwo czasu. Do tego z każdym spacerem odkrywać coś nowego. Wiem co mówię, bo w Wenecji byłam cztery razy i zawsze mnie czymś zaskakiwała. Ale o Wenecji jeszcze napiszę (i zdradzę Wam gdzie zjeść najlepsze lody w Wenecji) ale dziś chciałabym Wam zaproponować wycieczkę z Wenecji na Burano – Wyspę Kolorów – oraz Murano – Wyspę Szkła. Od razu zaznaczam, że niestety straciłam swoje zdjęcia z listopadowego wyjazdu do Wenecji i na półwysep Istria w związku z tym pokazuję Wam tu tylko kilka zdjęć (które ostały mi się w telefonie). Ale mam nadzieję, że nawet te kilka obrazków zachęci Was do wycieczki na Burano i Murano.

Burano – jak się dostać z Wenecji?

Wyspa Burano oddalona jest od Wenecji o 7 km i jedynym sposobem na dostanie się na nią jest transport wodny (nie znoszę, wiecie…). Na Burano z Wenecji można dostać się tramwajem wodnym – vaporetto. Najszybciej na wyspę można dostać się z przystanku F. Nove (Fondamente Nove) linią nr 12. Rejs z Wenecji na Burano trwa ok. 40 minut. Tramwaj wodny nr 12 zatrzymuje się także na wyspie Murano. W listopadzie promy kursują co 20 minut. W sezonie podobno nieco częściej. Bilety na tramwaje wodne do tanich nie należą, bo kosztują aż 7,5 EUR. Taki bilet jest ważny 75 minut. Jeśli chcecie zwiedzić Burano i Murano to najlepiej zainwestować w bilet dobowy, którego cena w Wenecji wynosi 20 EUR i jest ważny 24 godziny. Można też kupić bilety 48- i 72-godzinne. Punkt sprzedaży biletów znajduje się ok. 100 metrów od przystanku F. Nove, za bilety można płacić gotówką i kartą.

Burano – co zobaczyć?

Burano to nie jest wyspa, którą się zwiedza tak jak wszystkie inne miejsca. Ten skrawek lądu na lagunie stworzony jest do niespiesznych spacerów, zaglądania w podwórka pełne suszącego się prania, podglądania życia mieszkańców wyspy (zmęczonych tłumami turystów) i robienia dziesiątek zdjęć kolorowych domków odbijających się w wodzie.

Skąd te kolorowe domki na Burano? Większość mężczyzn mieszkających na Burano kilkadziesiąt lat temu zajmowała się rybołówstwem. Z powodu gęstych mgieł pojawiających się nad laguną niejednokrotnie mieli oni problem z odnalezieniem własnych domów po powrocie z łowów. Ktoś wpadł na pomysł, by domy malować na intensywne kolory widoczne nawet we mgle. Kiedyś więc kolorowe fasady miały względy głównie praktyczne. Dziś – są symbolem Burano i powodem tego, że właśnie Burano jest najbardziej instagramowym miejscem na całej weneckiej lagunie 😉

Spacer wśród kolorowych domków jest prawdziwą przyjemnością. Wzdłuż kanałów są oczywiście tłumy turystów ale wystarczy skręcić w jakąś boczną uliczkę i można mieć część tego kolorowego królestwa tylko dla siebie.

A jeśli koniecznie chcielibyście coś zwiedzić na Burano to warto zajrzeć do kościoła San Martino z krzywą dzwonnicą. Ciekawą atrakcją jest też Muzeum Koronek (Museo del Merletto) – tak jak większość mężczyzn mieszkających na Burano zajmuje się rybołówstwem, tak większość kobiet trudni się koronkarstwem. Przy głównym placu miasta (Piazza Galuppi) znajduje się mnóstw sklepików, gdzie można te ręcznie robione koronki kupić. Fajny pomysł na pamiątkę z Burano.

Murano – co zobaczyć?

Murano to wyspa, która słynie z wyrobu szkła artystycznego. Weneccy rzemieślnicy już od X wieku uchodzili za najlepszych twórców szkła w Europie, a ponieważ ich praca zagrażała Wenecji pożarem to w XIII wieku całą produkcję szkła przeniesiono właśnie na Murano.

Pracownie gdzie można podejrzeć jak tworzy się szkło (oraz oczywiście zrobić zakupy) mieszczą się przy Fodamenta dei Vetrai oraz Ramo di Mula. Ale gdziekolwiek się na Murano nie zgubicie to na pewno traficie na jakiś mniejszy lub większy sklepik z wyrobami ze szkła.

Podobnie jak Burano jest to wysap stworzona do bezcelowego włóczenia się wąskimi uliczkami ale na Murano jest też kilka atrakcji, które warto zobaczyć. Jeśli jesteśmy we Włoszech to jakiś kościół musi być. Na Murano warto zwrócić uwagę na bazylikę SS Maria e Donato, gdzie przechowuje się kości smoka, którego wg legendy zabił św. Donato.

Wyspa słynąca ze szkła musi mieć Muzeum Szkła (Museo del Vetro). Mieści się ono w Palazzo Giustinian.

Śmiem twierdzić, że to z wyspy Murano można obserwować najpiękniejszy zachód słońca na lagunie weneckiej.

Murano czy Burano?

Żeby zobaczyć obie wysepki trzeba mieć cały dzień (same transfery trochę trwają). Obie są piękne, zupełnie różne i warte odwiedzenia. Ale jeśli dysponujecie bardzo ograniczonym czasem to jednak ja bym wybrała Burano. Te kolorowe domki robią niesamowite wrażenie, zwłaszcza w bezchmurny, słoneczny dzień. Podejrzewam, że wiosną i latem Burano jest jeszcze bardziej zatłoczona niż w listopadzie ale mimo tłumu turystów, wysokich cen i konieczności dostania się na Burano stateczkiem polecam tę wyspę. A jak cudownie by tam było kiedyś zostać na noc!

Kulinarny przewodnik – gdzie zjeść w Łodzi?

Zanim zabiorę Was na wycieczkę po Łodzi i pokażę co warto zwiedzić w mieście, które przeszło na przestrzeni ostatnich lat ogromną metamorfozę, zapraszam na wycieczkę kulinarną. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Gdzie w Łodzi zjeść śniadanie, gdzie iść na deser, a gdzie na drinka? Gotowi? Czas zjeść Łódź!

Gdzie zjeść śniadanie w Łodzi?

Lećmy po kolei 😉 Dzień zaczyna się od śniadania więc na początek pyszne łódzkie śniadaniownie. Czasem sobie myślę, że ja już tyle śniadań w tylu różnych miejscach zjadłam, że nic mnie nie zaskoczy a jednak… Raz na jakiś czas pojawia się knajpa wychodząca poza schemat i poza tym, że jest inaczej to zazwyczaj jest totalny zachwyt. W Łodzi też zaskoczeń i zachwytów nie brakowało.

Na początek moje absolutne miejsce nr 1 jeśli chodzi o najlepsze śniadanie w Łodzi – Montag. Mały lokal mieści się w podwórku przy Piotrkowskiej 107. Jest to właściwie piekarnia plus miejsce gdzie można wypić kawę albo zjeść właśnie śniadanie. I tu moje oczy rozbłysły jak w menu (krótkim ale ciekawym) zobaczyłam burratę na ciepło, w panierce z chleba. Podane to było z sosem pomidorowym, musiało mieć jakiś milion kalorii ale… to było chyba moje najlepsze śniadanie zjedzone podczas lata 2019. A latem 2019 roku bardzo dużo podróżowałam po Polsce i zjadłam kilkadziesiąt śniadań w różnych zakątkach naszego kraju. Muszę tu dodać, że ja w ogóle jestem serowa a burrata to jest ser, za który dałabym się pokroić (pokazywałam Wam już tę miłość np. przy okazji Katowic). Ale w takiej postaci nie jadłam go nigdy wcześniej (i nigdy później).

Dodam tylko, że wszystko w piekarni wyglądało niebywale smakowicie. Kusiły ciastka francuskie SAMO ZŁO (ze zwiększoną ilością masła i cukru). I wiecie co? Do dziś żałuję, że jednak się na to ciastko nie skusiłam. Jeśli będziecie w Łodzi i pójdziecie na śniadanie do Montag to zjedzcie za mnie jedną 😉

Drugie miejsce gdzie warto zjeść śniadanie w Łodzi to Spółdzielnia. Lokal mieści się na terenie OFF Piotrkowska przy ul. Piotrkowskiej 138/140. OFF Piotrkowska jest symbolem metamorfozy Łodzi i miejscem, które podczas weekendu w tym mieście odwiedzicie nie raz, i nie dwa 😉 Pięknie zagospodarowane lokale mieszczą ciekawe knajpy. Spółdzielnia zachwyca postindustrialnym wystrojem i ciekawym menu. Są tu klasyczne pozycje śniadaniowe – twarożek, jajecznica czy jajka gotowane – ale są też autorskie kompozycje takie jak kaszanka, chałka z musem sernikowym czy jajecznica truflowa z mascarpone. Pysznie i pięknie, warto! Do tego super fajny pomysł na sudoku w menu – oczekując na zamówienie można wysilić szare komórki.

I ostatnie miejsce gdzie się wybrałam na śniadanie w Łodzi – Breadnia (Piotrkowska 86). To chyba jedno z najpopularnieszych miejsc na śniadanie na mieście w Łodzi. Wybór śniadań mają tu naprawdę ogromny i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jest coś mniej lub bardziej klasycznego, jest coś wytrawnego i coś słodkiego. Uwaga – porcje są tu ogromne. Jeśli wybieracie się w dwie lub więcej osób to rozważcie zamówienie jednego zestawu na 2 osoby.

Ja zdecydowałam się na klasyczny zestaw pieczywo + pasty kanapkowe. Było smacznie (poza hummusem – ten był mocno przeciętny), było dużo, było poprawnie. Dwie poprzednie miejscówki serwują smaczniejsze śniadania w Łodzi. W Breadni jest mniej instagramowo 😉 ale dobrze i tanio.

Gdzie zjeść w Łodzi?

Śniadanie za nami, Łódź pozwiedzana, to teraz czas na lunch, obiad, kolację czy jakkolwiek inaczej zwany porządny posiłek. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Na początek Tel Aviv Urban Food (Piotrkowska 122). Lokal dobrze znany lubiącym kuchnię Bliskiego Wschodu mieszkańcom Warszawy ma swój oddział w samym sercu Łodzi.

Łódzki Tel Aviv ma dużo piękniejsze i przyjemniejsze wnętrze niż ten warszawski no i genialne jedzenie. Właściwie wszystko czego próbowałam było przepyszne. Najlepszy jak zawsze hummus. Do tego naprawdę pomocna i przyjazna obsługa. Zdecydowanie warto zapisać sobie to miejsce. Uwaga, Tel Aviv jest bardzo popularnym lokalem zarówno wśród Łodzian jak i turystów dlatego na wieczór lepiej zrobić rezerwację.

Drugie miejsce, które odwiedziłam w Łodzi to Farina Bianco (al. Piłsudskiego 14). Sporo osób polecało mi to miejsce, a że kocham włoską kuchnię to długo mnie namawiać nie trzeba było 😉 Farina Bianco reklamuje się jako największa restauracja w Polsce – szczerze mówiąc nie wiem co w tym takiego super a i sam lokal nie sprawiał wrażenie jakiegoś niebywale rozległego no ale może nie zajrzałam do każdego zakątka 😉 Wystrój na pewno jest bardzo przyjemny, obsługa bardzo sympatyczna. A jedzenie? Może moim błędem było, że zdecydowałam się na lazanię. Baaardzo przeciętna. Nieskromnie powiem, że ja robię lepszą. Nadrobił deser – przepyszny. Jak będę w Łodzi to dam temu miejscu drugą szansę, bo widać tam potencjał ale… nie zamawiajcie lazanii 😉

Natomiast naprawdę najlepsze włoskie jedzenie w Łodzi serwuje niepozorny lokal o nazwie Pracownia Bistro – w OFF Piotrkowska. Wybrałam się tam na swój ostatni obiad przed wyjazdem z Łodzi, zupełnie przypadkowo. Chodziłam od knajpy do knajpy na terenie OFF i jakoś nic mnie nie przekonywało. Trochę zrezygnowana usiadłam w końcu w Pracowni a tam prawdziwe olśnienie – jeden z najlepszych makaronów jakie jadłam w swoim życiu. O wystroju już nie będę pisać, bo wystarczy spojrzeć na zdjęcia, żeby zobaczyć, że jest tak bardzo łódzko. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce gdzie warto zjeść w Łodzi to powiem Pracownia Bistro.

A gdzie się wybrać wieczorem na piwo w Łodzi i przy okazji coś przekąsić? Las Tablas Tapas Bar. Jak nietrudno się domyślić jest to bar z tapasami mieszczący się w podwórku przy Piotrkowskiej 89. Jak na tapas to porcje są tu naprawdę duże – to są takie hiszpańskie tapas w polskim rozmiarze 😉 Dobre kalmary, smaczne panierowane sery ale moim hitem jest morcilla, czyli hiszpańska kaszanka podawana z sosem aioli. Pyszności!

I jeszcze jedna polecana restauracja przy Piotrkowskiej (nr 90) – Agrafka. To jest najbardziej łódzkie miejsce w możliwych. Wystrój bardzo mocno nawiązuje do tradycji miasta i jedząc tutaj lunch czy kolację nie będziecie mieli wątpliwości, że jesteście właśnie w Łodzi. Ogromny plus za wystrój i klimat. Ale jedzenie też smaczne. U mnie padło na sałatkę z serem camembert – może nie była to najlepsza sałatka w moim życiu ale bardzo dobra, porcja duża, sera nikt nie żałował. Może trochę za dużo żurawiny. Ale bardzo polecam w Łodzi restaurację Agrafka – chociażby na kawę czy piwo. Poczujcie Łódź!

Łódź – gdzie na kawę?

Intensywne zwiedzanie wymaga utrzymania stałego poziomu kofeiny we krwi. Zatem gdzie w Łodzi iść na kawę i deser? Gdzie wypić pyszną małą czarną w pięknym otoczeniu?

Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to Powidok przy placu Wolności 7/8. Mieści się tu też restauracja. Powidok sprawia wrażenie takiego fancy miejsca, wręcz trochę sztywnego ale to tylko pozory. Miejsce jest bardzo przyjazne, obsługa niebywale sympatyczna a wystrój – przepiękny. W kategorii najbardziej instagramowe miejsce w Łodzi pierwsza 3ka 😉 Powidok znajduje się przy ruchliwym i gwarnym placu Wolności – sama nie wiedziałam czy mam patrzeć na piękne wnętrze czy na toczące się życie Łodzi. Nieważne czy na kolację czy tylko na kawę – Powidok warto w Łodzi odwiedzić.

Drugie miejsce, które mnie urzekło w Łodzi to Beza Food & Bourbon przy ul. Ogrodowej 8. Niezwykle sympatyczny właściciel, piękne (choć niewielkie) wnętrze i naprawdę doskonała kawa. Uwaga, w Bezie w każdy niedzielny poranek serwują churrosy. Jeśli chcielibyście zgrzeszyć kulinarnie to polecam z całego serca.

W tym samym kompleksie znajduje się Bakes & Cakes. Też jest instagramowo i pięknie a każde jedno ciasteczko jest tu prawdziwym dziełem sztuki. Chyba z 15 minut się przyglądałam zanim zdecydowałam się zamówić. W wyborze pomogła mi przemiła pani z obsługi. Niby się zastanawiałam ale ostatecznie skończyłam na swoim ulubionym aromacie mango. Ciasteczko było jeszcze smaczniejsze niż wyglądało. Mimo iż długo się zastanawiałam zanim wbiłam w nie widelec 😉

I kolejne pyszne miejsce na słodko-kawowej mapie Łodzi – Eden Cafe. Tym razem w samym centrum, w podwórku przy Piotrkowskiej 67. Po raz kolejny niebywale sympatyczna obsługa, doskonała kawa i panna cotta równie pyszna jak we Włoszech. Słodycz deseru przełamywały kwaśne jeżyny – mistrzostwo świata. Do tego pastelowe piękne wnętrze, choć w upalny lipcowy dzień usiadłam na zewnątrz. Koniecznie!

Jak już jesteśmy przy deserach to jako lodożerca będący w Łodzi w upalnym sierpniu nie mogłam sobie odmówić mojego ulubionego deseru. Gdzie zjeść dobre lody w Łodzi? Lód Miód. Zgodnie z panującym trendem są naturalne, kremowe, mocno śmietankowe. Spory wybór smaków. Lód Miód znajdziecie pod jednym z kilku (a może już kilkunastu?) adresów w Łodzi – najbliżej centrum jest Piotrkowska 114.

Jeśli podczas zwiedzania Łodzi wybierzecie się do Palmiarni (polecam! i jeszcze będę o niej pisać) to w otaczającym ją parku Źródliska I znajduje się bardzo przyjemna kawiarnia – Tubajka. Ja zrobiłam sobie tylko przerwę na lemoniadę (doskonała!) ale wszystkie desery wyglądały bardzo zachęcająco. Do tego wielkie i super wygodne fotele. Nie chciało się wychodzić.

I już na koniec (ile można grzeszyć w jeden weekend?) Niebieskie Migdały. Ja byłam w lokalu przy Piotrkowskiej 200 ale znajdują się też w 2 innych lokalizacjach – przy placu Wolności 12 oraz ulicy Sienkiewicza 40. Niebieskie Migdały to herbaciarnia – taka prawdziwa herbaciarnia w stylu retro. Zresztą co ja tu będę pisać – popatrzcie na zdjęcia. Niby Łódź, a jakby Paryż 100 lat temu. Do tego ogromny wybór herbat – latem również na zimno. Idealne miejsce, żeby zwolnić podczas intensywnego zwiedzania miasta. I cofnąć się w czasie.

Łódź – gdzie na drinka?

No właśnie, gdzie w letni wieczór w Łodzi wyjść na drinka lub piwo? Oczywistą odpowiedzią wydaje się OFF Piotrkowska. Jestem wielką fanką tego projektu (jak zresztą wszystkich zagospodarowanych postindustrialnych wnętrz). OFF Piotrkowska to zagłębie restauracji i barów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, miejsce tętni życiem zwłaszcza po zmroku, latem często ciężko znaleźć miejsce siedzące. Ale warto – żeby zobaczyć jak żyje Łódź.

Drugie miejsce w Łodzi gdzie można spróbować street foodu z różnych zakątków świata i w fajnej atmosferze wypić drinka albo lampkę wina to Odlewnia – znajduje się przy Piotrkowskiej 217. Jest trochę spokojniej (choć wieczorem to miejsce też tętni życiem), a równie różnorodnie i przyjemnie. No i ten mural! 😉

Latem na drinka zaprasza Beach Bar przy łódzkiej Manufakturze. Nie wiem czy w sezonie 2020 będzie działał (wiadomo jaka jest sytuacja) ale w środku upalnego lata 2019 można się tu było poczuć jak nad morzem – w środku miasta. Był najprawdziwszy piasek i drinki z palemką. Super pomysł!

Niestety podczas tego pobytu już nie zdążyłam odwiedzić żadnego baru z widokiem w Łodzi ale jeśli byście takiego szukali to moją uwagę zwrócił bar na ostatnim piętrze hotelu Andels. Następnym razem! Łódź naprawdę da się lubić – choć gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś tak stwierdzę to zabiłabym go śmiechem. Łódź była jednym z tych miast, do których nie chciałam wracać ale okazuje się, że przeszła tak ogromną transformację, że warto raz na jakiś czas spędzić tam weekend. Post o atrakcjach i zwiedzaniu Łodzi pojawi się już niedługo 🙂

Lublin – kulinarny przewodnik. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie?

Lublin – miasto, do którego wybierałam się od lat ale ciągle było za daleko. Lublin nie przybliżył się do Poznania ale udało mi się w końcu tam dotrzeć w wakacje 2019. I był to wyjazd pełen zaskoczeń, również kulinarnych. Gdzie w Lublinie zjeść śniadanie, gdzie spróbować lokalnych specjałów, gdzie iść na piwo, a gdzie w Lublinie serwują najlepsze lody? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Lublinie. Będzie pysznie i pięknie!

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia 😉 Więc od pysznego śniadania zaczynamy. Gdzie zjeść śniadanie w Lublinie? Przetestowaliśmy podczas naszego pobytu kilka miejscówek i naprawdę nie potrafię wskazać najlepszej. Wszędzie było pysznie i w pięknym otoczeniu.

Śniadanie w Lublinie – Spokojna 2

Nasze pierwsze śniadanie w Lublinie było nieco z dala od turystycznego centrum miasta. Padło na lokal o nazwie Spokojna 2. Znacie więc już i nazwę, i adres w jednym 😉 A śniadania mają tu absolutnie fantastyczne. To co zachwyca na początku to sam lokal – przestronny i jasny, świetnie urządzony. Jestem wielką fanką otwartych kuchni – w Spokojnej 2 taka właśnie jest. Do tego słoje z wekami i świeżo wypieczone pieczywo na ladzie. W 100% moje klimaty!

No ale przejdźmy do sedna, bo samym wystrojem restauracji człowiek się nie naje 😉 Menu śniadaniowe jest urozmaicone – można tu znaleźć coś klasycznego, coś bardziej nowoczesnego, na słodko i wytrawnie. Słowem – każdy znajdzie coś dla siebie. My popróbowaliśmy wszystkiego po trochu i jednogłośnie stwierdziliśmy, że wszystko było przepyszne. Świetna jajecznica (nie żałowano masła – za co ode mnie 10/10), genialne tosty francuskie, parowańce z łososiem – pyszota. Do tego bardzo dobra kawa i naprawdę rewelacyjna obsługa. Mimo iż nieco z dala od centrum to podczas wizyty w Lublinie bardzo polecam Wam to miejsce na śniadanie!

Pelier

Druga świetna śniadaniownia w Lublinie to Pelier. Tym razem w samym sercu starego miasta – przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Ciężko mi zdecydować gdzie w Lublinie są najlepsze śniadania, bo naprawdę wszystkie nam bardzo smakowały ale Pelier zdecydowanie wygrywa w kategorii wystrój i klimat. Gdyby nie to, że mieliśmy napięty grafik, a w planach zwiedzanie wielu miejsc to mogłabym siedzieć w Pelier i pół dnia! Zresztą spójrzcie tylko na te zdjęcia – kosmos. Dużo się na tych ścianach, oknach i sufitach dzieje a jednak wszystko jest zrobione tak, że nie przytłacza i nie męczy. Najpiękniejsza restauracja w Lublinie!

A jak z jedzeniem? Śniadania przepyszne – i wyglądem, i smakiem dorównują wystrojowi restauracji. Znowu był omlet – świetny. Był bajgiel – doskonały. I moje śniadanie nr 1 w Pelier – grzanki z gruszką i serem pleśniowym. Obłędne, przepyszne i rozpływające się w ustach. I jak praktycznie wszędzie w Lublinie niebywale uprzejma obsługa. Planując śniadanie w Lublinie koniecznie wybierzcie się do Pelier! Dla spragnionych bąbelków od rana – serwują też prosecco z watą cukrową 😉

Trybunalska City Pub

I ostatnie miejsce w Lublinie gdzie wybraliśmy się na śniadanie – Trybunalska City Pub. Śniadanie na samym rynku w Lublinie. Zdecydowaliśmy się na ten lokal z dwóch powodów – przede wszystkim serwuje śniadania od 7 rano. Poprzednie miejscówki są otwarte od 10, a my tego dnia gdzieś wyjeżdżaliśmy i musieliśmy zjeść wcześniej. Po drugie w Trybunalskiej serwują śniadanie po lubelsku, czyli czyli cebularz zapiekany z grzybami, serem Bursztyn, pomidorem i jajkiem. Nie mogliśmy tego regionalnego specjału pominąć 🙂

Rzeczywiście to śniadanie lubelskie było najsmaczniejsze, pozostałe w porządku choć bez większego szału – poprawne. Restauracja znajduje się na samym rynku więc w upalny lipcowy poranek jedliśmy na zewnątrz, z widokiem na ratusz. Tu tak w ramach wyjątku trafiliśmy na fatalną obsługę ale mam nadzieję, że to tylko nam się tak trafiło. W każdym razie w Lublinie na pewno warto zjeść choć raz śniadanie lubelskie w Trybunalskiej.

Zanim przejdziemy do restauracji lunchowo-obiadowo-kolacyjnych zatrzymajmy się na chwilę przy cebularzu. Skoro to słowo już padło to wymaga trochę wyjaśnień. Cebularz to jest coś co w Lublinie trzeba spróbować. Trzeba i kropka. Jest to pszenny placek, taka właściwie płaska bułeczka, a na niej cebula wymieszana z makiem. Cebularze wywodzą się z kuchni żydowskiej – są przekąską w gruncie rzeczy prostą ale w tej prostocie przepyszną! Można ich spróbować w Lublinie i w całym regionie. Świetne jedliśmy też w Zamościu.

Od 2007 roku cebularz lubelski znajduje się na liście produktów tradycyjnych, a od 2014 roku jest na liście produktów regionalnych stworzonej przez Unię Europejską. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o historii tego lubelskiego przysmaku to w Lublinie działa Regionalne Muzeum Cebularza poświęcone w 100% pszennemu plackowi z cebulką.

A gdzie zjeść najlepsze cebularze w Lublinie? Odpowiedź jest jedna – piekarnia Kuźmiuk. Piekarnia działa od 1944 roku i rokrocznie wygrywa w rankingach najlepszych piekarni w Lublinie, jest też polecana przez przewodnik Gault & Millau. Piekarnia mieści się przy starym mieście – przy ul. Furmańskiej 4. Już sam wystrój przenosi nas w inną epokę, a cebularze – palce lizać. Koniecznie! Po cebularze wybierzcie się rano, bo po 12 można już tylko obejść się smakiem! W piekarni są też dostępne inne regionalne produkty z regionu Lubelszczyzny.

Sielsko Anielsko

Było śniadanie, był cebularz, czas na porządny obiad. O ile w wielu miejscach restauracje przy rynku albo w samym centrum są turystycznymi pułapkami to Lublin tej zasadzie przeczy. Przy rynku i na starym mieście są genialne restauracje z prawdziwym lokalnym jedzeniem.

Pierwsze miejsce na naszej liście to Sielsko Anielsko (Rynek 17). Wymęczeni lipcowym upałem zaczęliśmy studiowanie menu od piwa. Okazuje się, że Sielsko Anielsko ma swoje piwo. I to nawet w kilku rodzajach. Spróbowaliśmy chyba 3 czy 4 – wszystkie świetne. Żurawinowe dla mnie trochę za słodkie.

Zanim dostaliśmy zamówione dania bardzo pozytywnie zaskoczyło nas czekadełko – wypiekany na miejscu chleb ze smalcem i ogórkiem. Było tak pyszne, że gdyby nie świadomość, że za chwilę przyjdą dania główne to najadłabym się samym chlebem 😉

A jak już przyszły zamówione dania to cóż… Przeraziła mnie ich wielkość 😉 Moja porcja wątróbki z kopytkami starczyłaby mi spokojnie na 3 posiłki. Tatar też był całkiem spory. Mieliśmy jeszcze golonkę (zdjęcie gdzieś wcięło). Wszystko było przepyszne ale pamiętajcie – porcje w Sielsko Anielsko są ogromne!

Mandragora

Kolejna restauracja przy lubelskim rynku, którą odwiedziliśmy. Było to ostatniego dnia – nasza pożegnalna kolacja w Lublinie. Spędziliśmy tam chyba ze 3 godziny! Mandragora to restauracja żydowska i specjalizuje się w specjałach tej właśnie kuchni. Jak kuchnia żydowska to ja oczywiście nie mogłam sobie odmówić hummusu. Był dobry ale zdecydowanie jadałam lepsze w swoim życiu. Na szczęście to był tylko początek. W ramach przystawki zamówiliśmy też śledzie po żydowsku – były rewelacyjne. Później pojawiły się gęsie pipki – bardzo dobre. I na koniec wisienka na torcie – kaczka po żydowsku. Mięciusieńka, kruchutka, no po prostu genialna.

Chociaż nie, to jeszcze nie koniec. Na koniec był deser. A jak deser w restauracji żydowskiej to wyłącznie pascha. Kocham paschę, zresztą jak serniki w każdej postaci. Do tej pory wydawało mi się, że najlepsza pascha w Polsce jest w Krakowie, w restauracji Dawno temu na Kazimierzu. Ale teraz mam wątpliwości. Ta pascha z Mandragory jest zupełnie inna ale absolutnie przepyszna! Och, ledwo się z tej Mandragory wytoczyliśmy. Ceny są nieco wyższe niż w pozostałych opisanych knajpach ale warto!

Restauracja Mandragora ma fantastyczny klimat, cudowną obsługę (chyba najlepszą ze wszystkich restauracji w jakich byliśmy) no i świetne jedzenie. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie? Mandragora. Bezapelacyjnie.

Restauracja Magia

I ostatnia restauracja przy Rynku w Lublinie, którą odwiedziliśmy – Magia. Tu trafiliśmy zupełnym przypadkiem – po prostu nigdzie w okolicy nie było wolnego stolika! Magia ma świetny ogródek w sezonie letnim.

Moją uwagę w menu zwróciła jedna pozycja – pielmieni. Nie raz pisałam, że kocham syberyjskie pierożki toteż nie miałam problemu co zjeść. Były bardzo smaczne. Poza tym jadłam jeszcze rosół – dobry ale bez WOW. Na naszym stole pojawiła się też polędwiczka wieprzowa sous-vide – bardzo soczysta, aromatyczna i smaczna. Do tego oczywiście lubelska Perła. Magiczna to bardzo dobra restauracja przy rynku w Lublinie, odgrodzona od zgiełku centrum.

Perłowa Pijalnia Piwa

Nie jestem wielką fanką piwa ale wyznając zasadę, że wszędzie trzeba jeść i pić lokalnie nie mogłam nie spróbować lubelskiej Perły! Perłę serwuje się w niemalże każdym lokalu gastronomicznym w Lublinie ale w Perłowej Pijalni Piwa (ul. Bernardyńska 15A) można spróbować każdego jednego rodzaju piwa warzonego w lubelskim browarze. Wielu z nich można spróbować wyłącznie tu, w żadnym innym miejscu.

Perłowa Pijalnia Piwa to piękny lokal (patrząc na te zdjęcia cały czas się zachwycam) ale latem też bardzo przyjemny ogródek na tyłach lokalu (więc z dala od głośnej ulicy). Poza piwem są przekąski i sezonowe desery z piwem w roli głównej. My zdecydowaliśmy się na zestaw degustacyjny – w tej formie można spróbować kilkunastu dostępnych w pijalni piw. Perłowa Pijalnia Piwa to kolejny punkt na gastronomicznej mapie Lublina, którego nie można przegapić.

Anabilis – najlepsze lody w Polsce!

I na koniec lody. I to lody nie byle jakie, bo zgodnie uznaliśmy, że w Polsce nie ma lepszych. To aż niesamowite, że niby zwykłe lody mogą tak smakować. Jedliśmy je dwa razy dziennie, codziennie. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. A gdzie są najlepsze lody w Polsce? W lodziarni-cukierni Anabilis, przy ul. Lubartowskiej 7 – tuż obok Bramy Krakowskiej będącej jedną z bram prowadzących na lubelski rynek.

Nie jestem w stanie opisać tych lodów, bo ich się nie da opisać – ich trzeba spróbować. Idealnie kremowe, tłuściutkie (o tak, czuć, że śmietany nikt nie żałował) ale nie przesłodzone. Po prostu genialne. Kolejka ciągnie się tam o każdej porze ale lody warte są każdej odstanej minuty.

W Anabilis mają też różne ciasta i wypieki, które wyglądały bardzo zachęcająco ale w upalnym lipcu jedliśmy tam TYLKO i AŻ lody. Najlepsze lody w Lublinie, najlepsze lody w Polsce. Jeśli kiedyś do Lublina wrócę to pierwsze kroki skieruję właśnie do Anabilis i Wam też polecam.

Mam nadzieję, że już nie macie wątpliwości gdzie zjeść w Lublinie, gdzie iść na śniadanie, gdzie na piwo i gdzie na lody 😉 Jeśli macie swoje ulubione miejscówki w stolicy Lubelszczyzny to dajcie znać w komentarzu. Przyda się na następny raz 😉

Kaliningrad – co warto zwiedzić w mieście rosyjskiej duszy o europejskiej twarzy?

Obwód kaliningradzki to najmniejszy rosyjski podmiot administracyjny. Zabytki w Kaliningradzie często bardziej przywodzą na myśl Niemcy niż Rosję.

Miasto zostało założone w 1255 roku przez krzyżaków jako gród obronny – Konigsberg (Królewiec). W czasie wojny trzynastoletniej przeniesiono tu siedzibę wiekiego mistrza z Malborka. Niestety II wojna światowa spowodowała zniszczenia niemal 90% zabudowy miasta, łącznie z zamkiem i katedrą. Współczesna nazwa miasta – Kaliningrad – funkcjonuje od 1946 roku.

Na terenie obwodu kaliningradzkiego wydobywa się 90% światowych zasobów bursztynu zwanego tu bałtyckim złotem. We wpisie o informacjach praktycznych podróży do Kaliningradu pisałam, że bursztyny to najlepsza i najpiękniejsza pamiątka z tego regionu Rosji.

Plac Pobiedy – Plac Zwycięstwa

Zwiedzanie Kaliningradu najlepiej zacząć od centralnego placu miasta. Dawniej nazywany był Hansaplatz. Na środku znajduje się kolumna wzniesiona z okazji 750-lecia miasta. Przy placu znajduje się centrum informacji turystycznej gdzie można dostać mapki i sporą dawkę informacji po mieście. Niektóre foldery są dostępne także w języku polskim.

Cerkiew Chrystusa Zbawiciela pod wezwaniem Narodzenia Pańskiego

Przy placu znajduje się główna świątynia w Kaliningradzie – sobór katedralny Chrystusa Zbawiciela. Może on pomieścić 3 tysiące wiernych. Budynek ma wysokość 73 metry, a jego skrzące się w słońcu złote kopuły widać już z daleka.

Cerkiew jest jedną z najmłodszych atrakcji Kaliningradu – otwarto ją w 2006 roku, w obecności samego Władimira Putina.

Obok znajduje się tzw. mały sobór, którego wygląd nawiązuje do tradycyjnej ludowej architektury rosyjskiej. Wzniesiono go w 1996 roku, tuż po wmurowaniu kamienia węgielnego pod budowę właściwego soboru. W założeniu miał być budowlą tymczasową ale pozostał na placu po dzień dzisiejszy.

Nie jestem osobą wierzącą ale bardzo lubię zwiedzać wszelkiego rodzaju cerkwie i świątynie kościoła wschodniego. Absolutnym numerem jeden są dla mnie świątynie ormiańskie – w Armenii mogłabym chodzić od jednego kościoła do drugiego. Jeśli zwiedzacie Lwów to koniecznie zajrzyjcie do ukrytej niedaleko rynku katedry ormiańskiej. Ale wracając do tematu – prawosławne cerkwie są moim numerem 2 jeśli chodzi i architekturę sakralną – mają w sobie jakiś niebywały urok mimo obezwładniającego przepychu i oślepiającego złota. Raczej wolę mniejsze świątynie ale sobór jest przepiękny i koniecznie trzeba go zwiedzić w Kaliningradzie. Wstęp jest bezpłatny, trzeba pamiętać o odpowiednim ubiorze.

Urząd Miasta Kaliningrad

Z jednej strony plac Pobiedy zamyka budynek z 1923 roku odnowiony w roku 1970. Pełni kilka funkcji – mieści się tu ratusz i siedziba rady miasta, a na parterze działają restauracje (w tym polecana mi przez wiele osób knajpa z kuchnią włoską – nie byłam ale jeśli byście mieli ochotę na pizzę lub pastę w Kaliningradzie to podobno tu serwują najlepsze).

Niedaleko placu Pobiedy warto skręcić w uliczkę Marshala Rokossovskogo – na ścianie jednego z bloków czeka tam wyjątkowa i nietypowa atrakcja Kaliningradu – skrzynki pocztowe.

Idąc nieco dalej w stronę ulicy Generala Sommera zobaczycie prawdziwe kaliningradzkie blokowiska (architektura z gatunku upiornej) i … czołg T-34. Kto chciałby mieć taki widok ze swojego okna? 😉

Konigsgarten

Idąc cały czas prosto po około 200 metrach dociera się do kaliningradzkiego uniwersytetu i sąsiadującego z nim parku – Konigsgarten. W parku znajduje się pomnik Immanuela Kanta oraz muzeum Bunkier.

Bunker Museum

Muzeum jak sama nazwa wskazuje znajduje się w dawnym bunkrze, który był siedzibą niemieckiej władzy. Wystawa w muzeum otwartym w 1967 roku koncentruje się na tym jak II wojna światowa ukształtowała Kaliningrad.

Nabrzeże Aleksandra Marinesko

Idąc dalej prostu dociera się do nabrzeża Aleksandra Marinesko. Tam znajduje się kilka ciekawych pomników, m. in. pomnik pamięci pilotów pułku lotniczego Normandie-Neman.

Po drugiej stronie mostu (Muzeynyy Most) znajduje się pomnik Aleksandra Marinesko – jeden z najbardziej kontrowersyjnych pomników w Kaliningradzie. Pomnik jest hołdem dla dowódcy okrętu podwodnego, który w styczniu 1945 roku zatopił nazistowskiego liniowca MV Wilhelma Gustloffa. Zatopienie Gustloffa jest największą katastrofą morską w historii, w której zginęło ok. 9 tysięcy osób. Sam Marinesko uznawany jest za bohatera narodowego jednak po wojnie został zdegradowany i odsunięty od służby, następnie zrehabilitowany. Postać do dziś budzi kontrowersje.

Skręcając w prawo można dojść do parku Marinesko gdzie mieści się Zegar Światowy pokazujący jaka jest obecnie godzina w różnych zakątkach świata.

Tsentralnyy Rynok – rynek centralny

Jeśli z placu Pobiedy pójdziecie prosto to po kilku minutach dotrzecie do jednego z najwspanialszych miejsc w Kaliningradzie. Rynek centralny, central market, tsentralnyy rynok – te wszystkie określenia dotyczą jednego i tego samego miejsca, najprawdziwszego rynku z przekupkami, starymi wagami (na odważniki, żadnej elektroniki) i najlepszymi winogronami jakie jadłam w życiu (w Rosji – kto by pomyślał). Ponieważ mój hotel znajdował się jakieś 400 metrów od tego rynku to bywałam na nim 2 razy dziennie, codziennie, przez cały mój pobyt w Kaliningradzie.

To co mnie kręciło najbardziej to oczywiście warzywa i owoce ale na rynku można też kupić mięso, ryby, weki, kawę, herbatę (także z Kaukazu!), ubrania, bursztyny, pamiątki (najtańsze w całym mieście). Mydło i powidło. A to wszystko w klimacie wczesnych lat 90-tych. Podróż w czasie. Magiczna, cudowna i pyszna. Rynek to jedno z niewielu miejsc w Kaliningradzie gdzie można płacić wyłącznie gotówką!

Jezioro

Idąc dalej prostu wzdłuż ulicy Chernyakhovskogo dociera się w końcu do jeziorka (na mapie występuje jako Upper Pond). Z ulicy trzeba skręcić w lewo przy hotelu Merkury. Dawniej nazywano je Oberteich. Stworzone zostało przez krzyżaków pod koniec XIII wieku jako stały obszar połowowy.

Dziś to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na spacer w Kaliningradzie. Na pewno jeszcze piękniejsze wiosną i latem (w listopadzie jednak było ziiiimno). Wokół jeziora biegnie ścieżka dla pieszych i rowerzystów, jest dużo zieleni i małej architektury. No i jest pomost, z którego można oglądać najbardziej spektakularny zachód słońca w całym Kaliningradzie.

Bardzo blisko jeziora znajduje się Bashnya Vrangelya (baszta Wrangel). Częściowo zanurzona jest w wodzie i należy do miejskich fortyfikacji. 26 baszt, 8 bastionów i 8 bram miejskich wzniesiono podczas wojen szwedzkich (1626 – 1648). Baszta jest już zniszczona i niedostępna dla zwiedzających.

Muzeum Bursztynu

Jedyne w Rosji muzeum bursztynu znajduje się właśnie w Kaliningradzie. Mieści się w baszcie Dohnaturm (Dohnatower), która jest kolejną częścią fortyfikacji miejskich.

Muzeum otwarto w 1970 roku. W 28 (!) salach można podziwiać ponad 6 tysięcy eksponatów. W większości są to niestety kopie, bo Niemcy pod koniec wojny wywieźli oryginalne bursztynowe skarby. W jednej z sal znajdują się zdjęcia prób rekonstrukcji Bursztynowej Komnaty. Bilet wstępu kosztuje 700 rubli.

Dookoła baszty znajdują się liczne budki sprzedające wyroby z bursztynu – to dobre miejsce na zakup bursztynowych pamiątek z Kaliningradu.

Wchodząc na teren baszty warto zwrócić uwagę na małą rzeźbę – to babcia z homlinowej rodziny. Homliny to małe stworki, które powoli opanowują Kaliningrad niczym krasnale Wrocław. Oczywiście w dużo mniejszej skali, bo homliny są póki co w Królewcu tylko 3 ale w planach są kolejne. Maleńkie i urocze, nie zapomnijcie zrobić sobie z nimi zdjęcia!

Obok muzeum znajduje się brama Rosgarteńska. Warto zwrócić uwagę na portal zdobionymi wizerunkami pruskich strategów z okresu wojen napoleońskich. W bramie mieści się restauracja.

Katedra Aleksandra Newskiego

Tymczasem ruszamy na dalsze zwiedzanie Kaliningradu. Z Muzeum Bursztynu już bardzo blisko do cerkwi Aleksandra Newskiego, którą warto zobaczyć. Po raz kolejny jest klimatycznie i pięknie mimo złota i przepychu. Szczerze mówiąc to wnętrze podobało mi się bardziej niż wnętrze cerkwi z placu Pobiedy.

Naprzeciwko katedry znajduje się niewielkie wzgórze, a na nim ogromna podkowa. Na szczęście 😉

Z katedry warto przejść ulicą Litovskiy Val (wzdłuż parku Grolman) do kolejnego z elementów miejskich fortyfikacji – bastionu Grolman i dalej do Bramy Królewskiej (Konigstor).

Brama Królewska

Brama Królewska jako jedna z nielicznych przetrwała nienaruszona II wojnę światową ale później popadła w ruinę. Odnowiono ją w 2005 roku, z okazji 750-lecia Kaliningradu. Uchodzi za najpiękniejszą ze wszystkich bram. Fasadę zdobią rzeźby Ottokara II, Friedricha I i księcia Albrechta. W środku znajduje się oddział Muzeum Oceanu Światowego.

Leninskiy prospekt

Kolejny dzień spaceru po Kaliningradzie warto zacząć od ulicy Lenina, która łączy plac Pobiedy z dworcem Yuzhnyy vokzal.

Spacer najlepiej zacząć w Parku Pamięci z pomnikiem Matki Rosji.

Idąc dalej warto zwrócić uwagę na piękne odnowione kamienice, w których mieszczą się sklepy i restauracje.

Warto przystanąć na chwilę w okolicach centrum handlowego Kaliningrad Plaza. Nie na zakupy, bez stresu 😉 Mieszczą się tu dwa zabawne pomniki – jeden z nich upamiętnia… przeglądarkę Internet Explorer 😉

Naprzeciwko znajdują się pozostałości zamku w Kaliningradzie – Konigsberg Castle, a za nimi okropna bryła budynku zwanego Dom Sowietów. Dom Sowietów miał być przykładem siły ZSRR tymczasem budynek nigdy nie został oddany do użytku. Do dziś ponad 20-piętrowa konstrukcja straszy mieszkańców i turystów.

Zamek krzyżacki w Kaliningradzie powstał w 1255 roku z inicjatywy króla Czeskiego Ottocara II. Zamek uległ zniszczeniu podczas II wojny światowej, a w 1968 roku został do reszty rozebrany. Dziś trzeba mieć mocno rozwiniętą wyobraźnię, żeby w tych kamieniach zobaczyć zamek 😉

Spode centrum handlowego do zamku i Domu Sowietów można dostać się przejściem podziemnym pełnym futbolowych murali – to oczywiście pozostałość po Mistrzostwach Świata – Kaliningrad był jedną z aren mundialu 2018.

Gdybyście obeszli Dom Sowietów z drugiej strony, to od strony rzeki znajdują się za nim dwa ciekawe (i duże!) pomniki – pomnik torpedowca z 2012 roku i pomnik Marynarzy Bałtyckich.

Dawna giełda

Po zobaczeniu zamku przechodzimy przez rzekę Pregołę. Na jej lewym znajduje się budynek dawnej giełdy wzniesiony w stylu florenckiego renesansu. Na przełomie XIX i XX wieku budynek służył jako centrum skupu i sprzedaży zboża. Częściowo spłonął podczas wojny, odtworzono go w latach 70-tych.

Idąc cały czas prospektem Lenina dochodzimy do placu, na którym stoi Dom Sztuki (Dom iskusstv), a przed nim ogromny pomnik Lenina.

Dworzec Yuzhnyy vokzal

I ostatnia prosta, która prowadzi do dworca kolejowego. Budynek dworca to jeden z niewielu zachowanych budynków przedwojennych. Wychodzących z dworca pozdrawia towarzysz Kalinin. Za nim znajduje się mała cerkiew.

Brama Brandeburska

Będąc w tej okolicy warto skręcić odrobinę w prawo i zobaczyć Bramę Brandeburg – kolejną część miejskich fortyfikacji Kaliningradu. Nie robi takiego wrażenia jak pozostałe, bo jest wkomponowana w ruchliwą ulicę.

Brama Frydlandzka

Co jeszcze warto zwiedzić w Kaliningradzie? Idąc w przeciwną stronę z dworca można dotrzeć do Bramy Frydlandzkiej. Zbudowana została w stylu neogotyckim, w końcowym etapie budowy drugiego wału obronnego miasta. Pod koniec lat 80-tych przekształcono ją w muzeum prezentujące miasto z przełomu XIX i XX wieku.

Brama znajduje się na terenie rozległego Parku Południowego. Ze względu na pogodę nie spędziłam tam dużo czasu ale jeśli będziecie w Kaliningradzie wiosną, latem lub ciepłą jesienią to warto zostać tam na dłużej – w parku mieszczą się kolejne części miejskich fortyfikacji Kaliningradu oraz miniatury słynnych rosyjskich budowli.

Po drugiej stronie prospektu Kalinina, naprzeciwko parku, znajduje się pomnik przyjaźni polsko-sowieckiej z 1977 roku oraz pomnik ofiar radzieckich szturmu na Kaliningrad.

Idąc cały czas prosto za pomnik przyjaźni dociera się do Kościoła św. Rodziny, w którym mieści się… filharmonia kaliningradzka.

Muzeum Oceanu Światowego

Wracamy z powrotem z dworca na plac Pobiedy. Pierwsze miejsce, które warto zwiedzić po drodze to Muzeum Oceanu Światowego. Utworzono je w 1990 roku na historycznym niemieckim okręcie Mars. Przez 30 lat pływał on pod sowiecką banderą jako Witeź i służył do podmorskich badań.

Muzeum przedstawia życie morskiej flory i fauny, a także mieści oceanarium. Jeśli mam być szczera to samo muzeum mnie nie porwało i moim zdaniem niekoniecznie trzeba wydawać 300 rubli, żeby je zobaczyć natomiast absolutnie warto przejść się nabrzeżem Pregoły gdzie cały ogromny teren zagospodarowano jako takie muzeum na świeżym powietrzu. Jest tu mnóstwo statków (większość z nich za opłatą można zwiedzać), samoloty, przeróżne rzeźby i ciekawe miejsca. Warto poświęcić przynamniej godzinę na spacer w tym miejscu.

Znajduje się tu też część poświęcona astronomii.

Uwaga – tu znajduje się drugi z homlinów – dzidzia homlin. Szukajcie uważnie!

Park Zwycięstwa

Z nabrzeża można wrócić do ulicy Lenina i przejść na drugą stronę rzeki na wyspę Kanta albo pójść dalej prosto w stronę parku Zwycięstwa. Park otwarto w 2000 roku. Jest to ogromny zielony teren gdzie wiosną i latem zapewne miło się spędza czas. Jesienią aż tak super nie było 😉 Ale w parku znajdują się warte zainteresowania zabytki Kaliningradu – Brama Ausfahl, kaplica św. Jerzego, Brama Kolejowa, a także liczne pomniki. Najważniejszy z nich to pomnik Pamięci Wojennej będący tak naprawdę masową mogiłą żołnierzy Armii Czerwonej.

Ponadto znajduje się tu pomnik 1200 Gwardzistów z płonącym przed nim wiecznym ogniem.

Niedaleko znajduje się pomnik I wojny Światowej (Kaliningrad to jedyne rosyjskie miasto, w którym toczyły się działania I wojny światowej) i Bastion Astronomiczny. Jego nazwa pochodzi od bliskiego sąsiedztwa obserwatorium zlokalizowanego na wzgórzu.

Spacerując dalej Gvardeysiyim prospektem przeróżnych pomników miniecie co najmniej kilkanaście. O tak, Rosjanie lubują się w tego typu memoriałach.

Katedra św. Wojciecha i Najświętszej Marii Panny

Wracamy na drugą część miasta. Katedra to największa atrakcja Kaliningradu. Jej budowę rozpoczęto w 1333 roku.

W roku 1804 został w niej pochowany najsłynniejszy mieszkaniec miasta – Immanuel Kant. Na zewnątrz katedry znajduje się jego symboliczny pomnik wzniesiony w 1924 roku, w dwusetną rocznicę urodzin filozofa. Dziś świeżo poślubieni w katedrze małżonkowie składają na pomniku kwiaty. Jeden z największych filozofów urodził się, mieszkał i zmarł w Kaliningradzie, studiował na tutejszym uniwersytecie i był jego profesorem. Grób Kanta nie został zniszczony odczas wojny co jest w mieście uznawane za cud.

W świątyni koronowano wielu pruskich władców. Obecnie w katedrze mieszczą się dwie kaplice – ewangelicka i prawosławna. W katedralnej wieży mieści się muzeum Kanta, a w miejscu nawy głównej utworzono salę koncertową, w której odbywają się codziennie o 14 koncert organowe.

Przed katedrą mieści się pomnik Albrechta Hohenzollerna – pierwszego księcia Prus i mistrza zakonu krzyżackiego. Był założycielem uniwersytetu w Koenigsbergu. Na jego cześć uniwersytet nazywa się Albertiną. Pomnik stoi w miejscu gdzie mieścił się pierwszy budynek uniwersytetu. Ciało mistrza jest pochowane w katedrze.

Kaliningradzką katedrę często nazywa się po prostu katedrą na Knipawie. Na terenie wokół katedry odbywają się wszystkie imprezy masowe w Kalinigradzie. W 1984 roku utworzono tam Park Rzeźb (Park skulptury). Spacerując między drzewami można podziwiać podobizny Gagarina, Mickiewicza czy po prostu portret kapitana albo… panterę. Pomieszanie z poplątaniem. To co w Rosji kocham najbardziej 😉

Wioska Rybacka

Z wyspy Kanta najlepiej dostać się na drugą stronę lądu Miodowym Mostem. Mostu strzeże dziadzia homlin (mamy już odnalezione wszystkie trzy), a prowadzi on do wioski rybackiej – Rybnaya Derevnya.

Wbrew nazwie nie jest to wioska ale nowoczesny kompleks etnograficzno-rzemieślniczy z budynkami w niemieckim stylu historycznym. To kolejna dosyć nowa atrakcja turystyczna Kaliningradu – wioska powstała w 2006 roku. Nazwa wzięła się stąd, że znajduje się na terenie byłej niemieckiej osady rybackiej.

Znajdują się tu ciekawe (i oblegane przez turystów!) pomniki, hotele i restauracje.

Atrakcją tej części Kaliningradu jest latarnia morska (Mayak) – wstęp kosztuje 100 rubli i obejmuje zwiedzanie małego muzeum szkła oraz oczywiście mieszczący się na jej szczycie punkt widokowy. A na punkcie koniecznie trzeba odnaleźć (nie jest to trudne ale w razie czego są drogowskazy) rzeźbę kaczki z jajkiem.

W sezonie letnim można się stąd wybrać w rejs łódką po rzece. Zimą z kolei można się tu napić grzańca 😉 Bardzo przyjemne miejsce – warto zobaczyć w Kaliningradzie!

Po drugiej stronie ulicy znajduje się okazała synagoga – świetnie ją widać ze szczytu latarni morskiej. Dziś jest jedyną funkcjonującą synagogą w mieście i mam wrażenie, że najpilniej strzeżonym miejscem w Kaliningradzie.

Sackheim brama

Ponieważ fortyfikacje uchodzą za największą atrakcję turystyczną Kaliningradu (czy słusznie to bym polemizowała…) to warto wspomnieć o jeszcze jednej z zachowanych bram miasta – bramie Sackheim. W środku znajduje się dziś centrum sztuki współczesnej.

Prospekt Mira

I na koniec pomysł na jeszcze jeden spacer po Kaliningradzie. To zdecydowanie miejsca najmniej popularne wśród turystów, jeśli wybieracie się do Kaliningradu na jeden dzień lub dwa dni to nie ma szans, że zdążycie tu dotrzeć ale jeśli tak jak ja spędzacie w Królewcu trochę więcej czasu to zdecydowanie warto sobie taki spacer zrobić.

Pierwsze miejsce, które warto zobaczyć to politechnika. Mieści się w dawnym budynku będącym siedzibą administracji i sądu Kognisbergu.

Przed uniwersytetem znajduje się pomnik walczących żubrów. Rzeźba powstała w 1912 roku i od razu stała się jednym z symboli miasta. Mieszkańcy nazywają żubry Prokuratorem i Adwokatem ze względu na to, że w budynku za ich plecami mieścił się sąd.

Nieco dalej znajduje się Pomnik Piotra Wielkiego, a za nim Budynek Sztabu Floty Bałtyckiej. Zbudowano go za czasów pierwszej wojny światowej jako siedzibę poczty.

Nieco dalej pojawia się piękny budynek teatru dramatycznego, a naprzeciwko pomnik Schillera. Rzeźba z 1910 roku odegrała ważną rolę w historii miasta. Wg legendy, podczas ataku na miasto nieznany rosyjski żołnierz napisał na pomniku: Nie strzelać, to proletariacki poeta. I pomnik pozostał nienaruszony. Za plecami Schillera znajduje się budynek biblioteki.

Idąc dalej mijamy stadion Bałtiki Kaliningrad, a nieco dalej po drugiej stronie zoo. Pewnie nieodłączny element zwiedzania Kaliningradu z dziećmi. Zoo powstało w 1896 roku, w 1945 roku został niemal doszczętnie zniszczone. Ocalała tylko czwórka zwierząt: daniel, borsuk, osioł i hipopotam. Ten ostatni, o imieniu Gans, został ranny ale dzięki zaangażowaniu weterynarzy przeżył i od tamtej pory jest symbolem i maskotką zoo w Kaliningradzie.

Po drugiej stronie stoi Hotel Moskwa wybudowany dla towarzystwa ubezpieczeniowego przed II wojną światową, a nieopodal Kino Zarin – jeden z niewielu ocalałych budynków z czasów przedwojennych.

Następnie pojawia się pomnik, który trudno przegapić. Rzeźba z 1980 roku upamiętniający kosmonautów pochodzących z Kaliningradu – Leonova, Patsaeva i Romanenko. Do tego kosmiczne murale!

Park Centralny – Tsentralnyy Park

Następnie warto skręcić do parku Centralnego (jesteśmy cały czas w Kaliningradzie, nie w Nowym Jorku). To kolejne miejsce, które jest zapewne dużo przyjemniejsze w cieplejszych porach roku ale nawet w listopadzie było tam kolorowo i bajkowo. Są pięknie pomalowane ławeczki, ciekawe pomniki (np. pomnik Brat i Siostra) a także budynek Teatru Lalek.

Teatr Lalek mieści się w budynku dawnego kościoła królowej Luizy z przełomu XIX i XX wieku.

W parku znajduje się też wesołe miasteczko i pomnik aktora i piosenkarza Vladimira Vysotsky’ego. Są też liczne kawiarnie i restauracje.

Z parku wyszłam drugą stroną – na ulicę Dmitriya Donskogo. Prowadzi ona do Placu Litewskiego i kaplicy św. Adalberta. Kaplica to neogotycka budowla z 1904 roku powstała dla katolickiej społeczności miasta. Częściowo odnowiono ją po II wojnie światowej, podczas mojego pobytu znów była w remoncie. Na znajdującym się naprzeciwko kaplicy placu Litewskim stoi pomnik Ludwiga Rheda nazywanego litewskim Łomonosovem.

Nieco dalej znajduje znajduje się plac Białoruski, który jest już w dzielnicy Amanlieu.

Amanlieu

Miejsce poza turystycznym szlakiem Kaliningradu. Była to dzielnica Koenigsberga gdzie mieszkali zamożni. Do dziś można tu zobaczyć mnóstwo niezniszczonych niemieckich willi. To jedyna całkowicie ocalała podczas wojny dzielnica miasta. Rozciąga się między ulicami Kutuzovą, aleją Kasztanową i ulicą Marksa.

Poza pięknymi rezydencjami warto tu zobaczyć okazałą siedzibę Teatru Muzycznego, za którym rozciąga się kolejny kaliningradzki park – park Duglas.

Następnie można dojść do stawu Poplavok (między teatrem a stawem znajduje się polski konsulat), a nieco dalej kolejna cerkiew zakończona złotą kopułą.

Wracając prospektem Mira można skręcić na skwer Chopina z popiersiem pianisty.

Kaliningrad – czy warto?

Jak widzicie w Kaliningradzie jest ogrom miejsc, które można zobaczyć i zwiedzić. Są piękne parki, przyjemne miejsca na spacer, ciekawe muzea i cudowny targ. Do tego niskie ceny, przyjaźni ludzie i genialne jedzenie. Oczywiście, że warto się wybrać do Kaliningradu. Już nie mogę się doczekać kiedy tam wrócę!

Kaliningrad kulinarnie – jedzenie i restauracje

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w rosyjskiej restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie podczas wizyty w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie!

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Jeśli szukacie dobrej restauracji w Kalingradzie – Kavkaz koniecznie odwiedźcie.

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest mnóstwo dobrych i stosunkowo tanich restauracji. Urządzone są one tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Kaliningrad na weekend – informacje praktyczne

Kaliningrad – leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od polskiej granicy a jakoś nigdy specjalnie nie miałam go w swoich podróżniczych planach. Jednak po zachwytach nad litewskim wybrzeżem Bałtyku (do poczytania TU) przy pierwszej nadarzającej się okazji kupiłam bilety do Kaliningradu.

Kaliningrad – dojazd z Polski

Do Kaliningradu można się dostać z Polski na dwa sposoby – drogą lądową lub lotniczą. Do Kaliningradu można dojechać własnym samochodem lub autobusem np. z Gdańska albo polecieć samolotem z Warszawy. Ze względu na różne opinie, które słyszałam o lądowym przejściu przez granicę zdecydowałam się na samolot z Warszawy. Za bilety w ramach LOT-owskiej Szalonej Środy zapłaciłam niecałe 300zł.

Kaliningrad – dojazd z lotniska do centrum

Lot z Warszawy do Kaliningradu trwa tylko godzinę ale to wystarczy, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie 🙂 Świecie w jakim Polska była na początku lat 90-tych. Przynajmniej na pierwszy rzut oka 😉 Lotnisko w Kaliningradzie nie jest duże ale jest tam wszystko co trzeba. Ponieważ zapomniałam wymienić w Polsce jakiekolwiek pieniądze a musiałam jakoś dojechać z lotniska do centrum to jeszcze na lotnisku wypłaciłam pieniądze z bankomatu. Okazało się, że niepotrzebnie tak się spieszyłam, bo za bilet na autobus do centrum Kaliningradu można u kierowcy płacić kartą. Ale ja tego niestety nie wiedziałam.

Przystanek autobusowy znajduje się zaraz po wyjściu z terminala, nie ma problemu ze zlokalizowaniem go. Z lotniska Khabrowo do centrum Kaliningradu jeździ autobus 244. Przejazd z lotniska na dworzec Kaliningrad-Passazhirskiy (główny dworzec kolejowy) trwa 45 minut. W drodze z lotniska do dworca autobus zatrzymuje się w kilku miejscach w centrum, m. in. przy placu Pobiedy natomiast w drodze powrotnej autobus rusza z dworca i jedzie na lotnisko bez żadnych przystanków! Więc nie planujcie wsiadania do autobusu na przystanku w centrum, na którym wysiedliście. Cena biletu to 100 RUB (ok. 6 zł) w jedną stronę – jak już pisałam można płacić kartą. W drodze powrotnej bilet trzeba kupić w kasie na dworcu autobusowym – kierowca ma terminal ale każe kupować w kasie. Autobusy kursują co 40 minut.

Kaliningrad – wiza

Do Kaliningradu niezbędna jest wiza. Obwód kaliningradzki objęty jest programem E-Visa. Wiza do Kaliningradu jest bezpłatna i otrzymuje się ją w formie elektronicznej. Wniosek o wizę wypełnia się online na TEJ stronie. Wiza do Kaliningradu nie wymaga zaproszenia ani żadnych innych dokumentów niezbędnych do otrzymania regularnej wizy do Rosji. Wizę otrzymuje się mailowo w ciągu 4 dni od złożenia wniosku. Wiza wydawana jest na 30 dni i umożliwia JEDNOKROTNY wjazd na teren Obwodu Kaliningradzkiego. Do uzyskania wizy niezbędny jest paszport, wjazd do Kaliningradu na podstawie dowodu osobistego jest niemożliwy. Kontrola paszportowa na lotnisku po przylocie jest bardzo sprawna i bezproblemowa.

Kaliningrad – komunikacja miejska

Kaliningrad da się zwiedzić pieszo, trzeba będzie oczywiście pokonywać kilkanaście kilometrów dziennie ale atrakcje są w takiej odległości od siebie, że się da. Niemniej jeśli nie lubicie chodzić to w mieście działa też komunikacja miejska. Autobusy i trolejbusy w Kaliningradzie to jeden z reliktów poprzedniej epoki i chociażby dlatego warto się nimi przejechać. Często rozklekotane i przepełnione, z nieodzowną biletową rządzącą całym składem, kierowcą zagryzającym kiełbasę podczas jazdy (tak, tak) i biletami jak na załączonym obrazku. Tak, przejażdżka trolejbusem to jedna z tych atrakcji Kaliningradu, której nie można sobie odpuścić 🙂

Kaliningrad – waluta i ceny

Walutą obowiązującą w Rosji jest rubel i płatności dokonuje się wyłącznie w tej walucie. W zdecydowanej większości miejsc można płacić kartą (więc jednak i tu dotarł XXI wiek). Jedyne miejsce gdzie trzeba mieć gotówkę to hala targowa – niezależnie od tego czy chcecie tam kupić jedzenie, czy pamiątki to tam trzeba mieć ruble w wersji papierowej. Wszędzie indziej można kartą, Revolut działał bez problemu.

Jeśli wolicie płacić gotówką to w Kaliningradzie jest sporo bankomatów oraz kantorów. We wszystkich kantorach można wymieniać euro i dolary, w większości też złotówki.

A ceny w Kaliningradzie? Wbrew temu co słyszałam przed wyjazdem okazały się niskie. Tanie jest jedzenie, tanie są noclegi. Właściwie wszystko jest tańsze niż w Polsce.

Obwód kaliningradzki – komunikacja i transport

W Kaliningradzie byłam 4 dni i planowałam wybrać się na jeden dzień nad morze ale niestety listopadowe wietrzne dni zweryfikowały moje plany i zdecydowałam się zostać w samym Kaliningradzie (plus tej sytuacji jest taki, że miałam więcej czasu na odkrywanie kaliningradzkich restauracji o, których będzie kolejny wpis). Jednak temat trochę zagłębiłam i nie ma problemu z poruszaniem się po obwodzie kaliningradzkim. Można wynająć samochód ale można też jeździć pociągami i autobusami. Najpopularniejsze miejsca do odwiedzenia w Obwodzie Kaliningradzkim to nadmorskie Zelenogradsk i Svetlogorsk. Następnym razem!

Kaliningrad – noclegi

Baza noclegowa w Kaliningradzie jest dobrze rozwinięta, a ceny noclegów nie są wysokie. Ja spałam w hotelu Europa znajdującym się tuż przy placu Pobiedy. Za 3 noce zapłaciłam 330zł. Poza tym, że hotel jest świetnie położony to obsługa mówi doskonale po angielsku (mój rosyjski jest baaardzo podstawowy), pokoje są dopiero co po remoncie, jest cicho i spokojnie a dookoła mnóstwo świetnych restauracji!

Kaliningrad – co kupić, co przywieźć?

Co warto kupić w Kaliningradzie? Na pewno bursztyny. Kaliningrad pełen jest sklepów, sklepików i stoisk z bałtyckim złotem. Bursztyny małe, duże, drogie, tanie – wszelkiego rodzaju i na każdą kieszeń.

Poza tym jeśli lubicie rosyjskie rękodzieło to na pewno warto kupić matrioszki. Tu podobnie jak z bursztynami – przekrój ogromny. Matrioszek do wyboru, do koloru.

A z bardziej przyziemnych rzeczy – co przywieźć z Kaliningradu? Orzeszki. Takie ciasteczka. Nie wiem czy je znacie ale u mnie w domu się takie robiło całe lata temu. Była specjalna patelnia do orzeszków, gdzie robiło się ciastka, które potem nadziewało się masą. U mnie w domu ta masa była z masła, kakao i orzechów włoskich. W Kaliningradzie spotkałam orzeszki z masą kajmakową. Też smaczne no i przywołały wspomnienia dzieciństwa 😉

Kaliningrad – bezpieczeństwo

W Kaliningradzie byłam sama i nawet przez chwilę nie czułam się niebezpiecznie. Jest jak w każdym europejskim mieście. Nie zapuszczałam się oczywiście na żadne dalekie przedmieścia ani w podejrzane miejsca ale tam gdzie chodziłam (za dnia i po zmroku) – zupełnie normalnie i bezpiecznie.

Przed wyjazdem do Kaliningradu warto pamiętać, że nie obowiązuje tam karta EKUZ. Ubezpieczenie zdrowotne nie jest wymagane do wizy ani nie jest sprawdzane na granicy ale przed wyjazdem warto oczywiście zakupić odpowiednie ubezpieczenie turystyczne obejmujące Rosję.

Kaliningrad – czy warto?

Nie ukrywam, że ja się w Kaliningradzie zakochałam i już po pierwszym dniu powiedziałam, że raz w roku będę do Kaliningradu wracać. Teraz wiadomo jak jest sytuacja ale mam nadzieję, że kiedyś wróci normalność, a ja wrócę do zachwycającego Kaliningradu. Biorąc pod uwagę niewielką odległość od Polski, proste procedury wizowe i niskie ceny powiem jedno – JECHAĆ!

Okolice Stuttgartu – co zobaczyć?

O tym co warto zwiedzić w Stuttgarcie pisałam TU, a teraz zgodnie z zapowiedzią ciekawe miejsca w okolicach Stuttgartu. Do każdego z nich można bez problemu dojechać komunikacją miejską z centrum Stuttgartu.

Bad Cannstatt

Na początek Bad Cannstatt – tak naprawdę jest to okręg Stuttgartu ale sprawia wrażenie osobnego miasteczka dlatego zdecydowałam się napisać o nim tutaj, a nie we wpisie o atrakcjach Stuttgartu.

Z czego słynie Bad Cannstatt? Jest uzdrowiskiem. W fontannach płynie woda mineralna! Mieszkańcy podchodzą do nich z butelkami i napełniają je zdrową wodą. A fontann w mieście nie brakuje.

Bad Cannstatt ma swój rynek (Marktplatz) z ratuszem (i kościołem rzecz jasna), ma swoją ulicę handlową (może raczej uliczkę) i przede wszystkim przeuroczą architekturę. Mur pruski na każdym kroku!

Bardzo fajny jest zaułek tuż nad rzeką Necakr. Znajduje się tu plac Thaddaus-Troll i piękny budynek muzeum Stadtmuseum Bad Cannstatt.

Piękne miejsce i zdecydowanie warto tu podjechać na 2 – 3 godziny i przespacerować się wąskimi, kolorowymi uliczkami.

Ludwigsburg

Drugie miejsca, które warto zobaczyć w okolicach Stuttgartu to Ludwigsburg. Miasteczko oddalone o kilkanaście kilometrów od Stuttgartu słynie przede wszystkim z okazałego pałacu (Schloss Ludwigsburg).

Pałac Ludwigsburg to dawna rezydencja królów Wirtembergii i jeden z największych barokowych kompleksów pałacowych w Europie (największy w Niemczech), wzorowany na podparyskim Wersalu.

Bilet wstępu kosztuje 17 EUR ale jest darmowy ze StuttCard. Pałac można zwiedzać wyłącznie podczas wycieczek z przewodnikiem (są w języku angielskim), wewnątrz nie można robić zdjęć. Podczas mojego pobytu pałac był w remoncie i nie wszystkie miejsca były dostępne do zwiedzania.

Poza tym w Ludwigsburgu warto zobaczyć rynek – barokowy Marktplatz. Pośrodku stoi fontanna upamiętniająca księcia Eberharda Ludwiga – założyciela miasta. Przy placu warto sobie zrobić przerwę na kawę w Baron Cafe (dlaczego – pisałam TU). W grudniu na placu odbywa się jarmark świąteczny – kolejny powód, by do Ludwigsburga kiedyś wrócić 🙂

W miasteczku znajduje się też nowoczesny ratusz, a za nim duży plac – Rathausplatz.

Niedaleko stąd znajduje się kolejne miejsce warte zobaczenia w Ludwigsburgu – Synagogenplatz. Synagoga w Ludwigsburgu istniała w latach 1884 – 1938. Na placu znajdują się repliki walizek, które upamiętniają zamordowanych Żydów – każda z nich jest podpisana imieniem i nazwiskiem. Instalacja mieści się na placu od 2014 roku. Przy placu znajduje się też elektroniczny punkt informacyjny z danymi na temat społeczności żydowskiej miasta i jej prześladowania przez nazistów. Przejmujące miejsce gdzie jednak życie toczy się normalnie – przebiegają tędy dzieci z pobliskiej szkoły, a mieszkańcy skracają sobie drogę pędząc z jednego miejsca w drugie.

Po kolejnych kilkuset metrach spaceru czeka nas Solitudeplatz – zielone i przyjemne miejsce relaksu nad parkingiem podziemnym.

Absolutnie warto się wybrać do Ludwigsburga i nie ograniczać się tylko do pałacu. Gdyby było cieplej to spędziłabym tam więcej czasu ale spacer przy kilkustopniowym mrozie był średnią przyjemnością 😉

Muzeum Winiarstwa – Weinbaumuseum

I na koniec najpyszniejsze muzeum w regionie 😉 Znajduje się w regionie Uhlbach i dojazd z centrum Stuttgartu jest nieco bardziej skomplikowany niż do Bad Cannstatt i Ludwigsburga. Trzeba pojechać pociągiem S1 do stacji Oberturkheim, a następnie dojechać autobusem do przystanku Uhlbach. Wiosną lub latem można sobie zrobić spacer ze stacji kolejowej – to jakieś 2,5 km. Mroźną zimą jednak pojechałam autobusem 😉

Wspominałam już wcześniej, że w regionie jest sporo winnic i produkuje się tu wino. Jeśli zdecydujecie się pospacerować po okolicy Oberturkheim to dostrzeżecie liczne stoki porośnięte winoroślą.

Tradycja winiarstwa w tym regionie Niemiec sięga 2000 lat i można ją prześledzić w tym małym, ale uroczym muzeum. Ze StuttCard wstęp jest bezpłatny, bez karty cena wynosi 3 EUR.

Przy muzeum znajduje się wine-bar gdzie można skosztować lokalnych wyrobów. Ceny bardzo przyzwoite, obsługa pełna pasji do winnych trunków – warto! Było to ostatnie miejsce, które zwiedziłam podczas swojego wyjazdu i najlepsze możliwe zwieńczenie tej krótkiej wycieczki 🙂

To niestety wszystko co udało mi się zobaczyć w 3 dni ale jeśli macie więcej czasu to warto rozważyć jednodniową wycieczkę ze Stuttgartu do miasta Ulm albo do któregoś z okolicznych zamków (mnie zaintrygował Burg Hohenzollern i kiedyś mam nadzieję go odwiedzić). W miejscowości Beuren znajduje się skansen Freilichtmuseum prezentujący szwabską wioskę. Niestety podczas mojego pobytu był zamknięty ale jeśli lubicie tego typu atrakcje to też warto wpisać na swoją listę miejsc do zobaczenia w okolicach Stuttgartu.

Stuttgart na weekend – atrakcje warte zobaczenia

Stutgart to stolica Badenii-Wirtembergii. Miasto jest symbolem niemieckiego sukcesu gospodarczego. Produkuje się tu sprzęt elektroniczny marki Bosch oraz słynne samochody – Mercedesy i Porsche. Stuttgart nie uchodzi za miasto atrakcyjne turystycznie ale mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu (i obejrzeniu zdjęć!) zgodzicie się ze mną, że to krzywdząca łatka dla tego miasta.

Ile czasu przeznaczyć na zwiedzanie Stuttgartu? Ja spędziłam w mieście 3 dni i zdążyłam zobaczyć jego największe atrakcje i trochę okolic. Myślę, że na sam Stuttgart wystarczą 2 dni. W jeden dzień w Stuttgarcie nie da się wiele zobaczyć, bo atrakcje są znacznie oddalone od siebie i przejazdy zajmują sporo czasu.

Wszystkie informacje praktyczne na temat wyjazdu do Stuttgartu są TU, a przewodnik kulinarny po Stuttgarcie TU.

Schillerplatz

Zaczynamy zwiedzanie. Warto wiedzieć, że Stuttgart został całkowicie zniszczony podczas II wojny światowej stąd nie ma tu typowego starego miasta ani rynku. Architektonicznie najbliżej tego miana jest Schillerplatz – plac z pomnikiem Schillera pośrodku. Kompozytor studiował w Stuttgarcie w latach 1773 – 1780.

Przy placu warto zwrócić uwagę na późnogotycki budynek Fruchtkasten – dawną przechowalnię wina. Dziś mieści się tu Muzeum Instrumentów Muzycznych.

Główny plac w jakimkolwiek mieście nie może istnieć bez kościoła 😉 W Stuttgarcie nie jest inaczej. Przy placu znajduje się Stifskirche – XV-wieczna kolegiata. Jej 61-metrowa wieża jest widoczna już z daleka.

Jeśli za katedrą skręcicie w uliczkę Unter der Mauer to napotkacie małe zagłębie alternatywnego Stuttgartu – jest streetart, są niszowe butiki, trochę inny świat w samym centrum miasta – warto zajrzeć!

Idąc w drugą stronę dociera się do głównej ulicy zakupowej w Stuttgarcie – Konigstrasse. Liczy ona 1110 metrów. Dookoła głównie sieciówki i trochę lokalnych sklepików. Nie jest to może jakaś wielka atrakcja Stuttgartu ale miejsce, do którego każdy prędzej czy później trafi. Warto zajrzeć do księgarni Wittwer Thalia – jednej z najstarszych i najpopularniejszych w Stuttgarcie.

Od Konigstrasse odchodzą uliczki, które tworzą coś co można nazwać starym miastem Stuttgartu – są fontanny, brukowane uliczki. Na ile można to to stare miasto zostało odtworzone.

W Stuttgarcie znajduje się też typowy rynek – Marktplatz – ale on pełni dziś rolę bardziej handlowo-usługową niż reprezentacyjną. Nie ma tu knajpek ani sklepików, jest za to galeria handlowa i parking. I chyba kilkanaście bankomatów 😉

Pomiędzy Marktplatz a zamkiem znajduje się pyyyszne miejsce – hala targowa (Markthalle). Raczej miejsce na zakupy niż na obiad (choć mieści się tam wyglądająca na przyjemną restauracja z owocami morza), na pewno na zdjęcia, oglądanie i wąchanie. Ceny niestety wysokie. Ale popatrzeć można 😉

Schlossplatz – plac Zamkowy

Spośród licznych mniejszych i większych placów Stuttgartu to ten pełni funkcję reprezentacyjną i rekreacyjną. Pośrodku placu stoi kolumna Jubileuszowa – Jubilaumssaule. Postawiono ją w tym miejscu w 1841 roku z okazji 25-lecia panowania króla Wilhelma I. Na jej szczycie można dostrzec boginię Concrodię. Kolumnę otaczają fontanny symbolizujące rzeki regionu.

Najważniejszą budowlą przy placu jest Neues Schloss – Nowy Zamek – królewska rezydencja wybudowana w stylu barokowym. Dziś swoją siedzibę mają tu władze landu.

Za zamkiem rozciągają się ogrody, które dził pełnią rolę parku – Schlossgarten. Warto zrobić sobie spacer i podziwiać piękne budynki opery Stuttgartu oraz teatru (Staatstheater). Latem pewnie miło się siedzi na ławce nad wodą, w mroźnym styczniu tylko szybki spacer i zdjęcia 😉

Nieopodal znajduje się też Stary Zamek – Altes Schloss. Powstał w XIII wieku jako mała twierdza otoczona fosą. Warto przespacerować się po dziedzińcu otoczonym 3-piętrowymi arkadami.

W zamku mieści się Landesmuseum Wurttemberg. Wstęp jest darmowy dla wszystkich. Warto je zwiedzić, bo to najważniejsze muzeum historyczne w całym regionie i podróż przez Wirtembergię od paleolitu po czasy współczesne.

Stadtbibliothek

Biblioteka jako miejsce, które warto zobaczyć w Stuttgarcie? Jeśli jest to TAKA biblioteka to zdecydowanie warto. Mieści się przy Mailander Platz, wstęp jest bezpłatny – jak to do biblioteki. Jest to nowa siedziba miejskiej biblioteki, oddana do użytku w 2011 roku. Miejsce przepiękne, nowoczesne i absolutnie warte zobaczenia. Wejdźcie na najwyższe piętro – z samej góry księgozbiór wygląda oszałamiająco.

Nie zdziwcie się ogromną ilością azjatyckich turystów, którzy uważają bibliotekę za najbardziej instagramowe miejsce w Stuttgarcie 😉 Swoją drogą budynek zaprojektował koreański architekt 😉

Muzeum Porsche

W kategorii ciekawe miejsca w Stuttgarcie dla wielu osób numer 1 to właśnie Muzeum Porsche. Futurystyczny budynek mieszczący ponad 80 samochodów – od niezwykłych prototypów po kultowe wyścigówki. Otwarto je dopiero w 2009 roku.

Cena biletu 10 EUR, ze StuttCard bezpłatnie. Mając kartę warto zwiedzić, gdybym miała wydać 10 EUR to chyba bym żałowała. Nie jest aż takie super jak się spodziewałam. Choć jeśli marzycie o własnym Porsche to pewnie będziecie zachwyceni 😉

Muzeum Mercedes

Odpowiedź na pytanie co zwiedzić w Stuttgarcie może być tylko jedna – Muzeum Mercedes. Mercedes-Benz Museum powstało w 1986 roku w ramach uczczenia 100-lecia założenia firmy Mercedes. Do dzisiejszej siedziby muzeum przeniosło się w roku 2006. W muzeum można zapoznać się z historią firmy ale też prześledzić jak zmieniał się świat (nie tylko motoryzacyjny) przez ostatnie dziesięciolecia.

Muzeum obejmuje ponad 1500 eksponatów, w tym 160 samochodów. Nawet dla takiego laika motoryzacyjnego jak ja było to wspaniałe doświadczenie! Muzeum jest bardzo ciekawe i koniecznie trzeba tak zaplanować zwiedzanie Stuttgartu, żeby tam spędzić co najmniej 2 – 3 godziny. A jeśli jesteście fanami motoryzacji to i przez 10 godzin nie będziecie się tam nudzić.

Cena biletu do Muzeum Mercedes to 10 EUR, ze StuttCard bezpłatnie. Jeśli Wasz czas w Stuttgarcie jest ograniczony i możecie zobaczyć tylko jedno muzeum motoryzacyjne to moim zdaniem zdecydowanie ciekawsze jest Mercedes niż Porsche.

Muzeum Świni

Po zwiedzaniu muzeum Mercedesa warto przejść na drugą stronę rzeki i zrobić sobie 1,5-kilometrowy spacer do jednego z najbardziej szalonych i odjechanych muzeów w Europie – Muzeum Świń (Schweinemuseum). Bilet wstępu kosztuje 5,9 EUR, z kartą bezpłatny.

Jest to największe świńskie muzeum na świecie – na 2 piętrach zgromadzono ponad 50 tysięcy świńskich eksponatów! Są świńskie skarbonki, maskotki, obrazy, ubranka, książki. Świnie w każdym kolorze, kształcie i rozmiarze.

Powiem szczerze, że gdyby nie darmowy wstęp ze StuttCard to nie zapłaciłabym 6 EUR za wejści do takiego muzeum a byłaby to wielka szkoda! Naprawdę fantastyczne miejsce – nie tylko dla dzieci, powiedziałabym nawet, że spora część wystawy jest wyłącznie dla dorosłych – absolutnie warto!

Staatsgalerie

Jedna z najcenniejszych galerii sztuki w Niemczech. Składa się z dwóch budynków gdzie można zobaczyć liczne arcydzieła sztuki europejskiej. Wystawiane są tu m. in. dzieła Rembrandta, Rubensa, Tiepola, Moneta czy Picassa.

Muzeum jest niezwykle interesujące ale też OGROMNE. Żeby wizyta miała sens to zaplanujcie wcześniej co chcecie zobaczyć, bo na zwiedzanie całego muzeum to chyba i 3 dni będzie mało.

Cena biletu 7 EUR, z kartą bezpłatnie.

StadtPalais

Otwarte w 2018 muzeum mieści się w historycznym pałacu księcia Wilhelma. Przedstawia historię Stuttgartu od XIX wieku po dzień dzisiejszy. Cena biletu 7 EUR, z kartą bezpłatnie.

Eugensplatz

Po zwiedzeniu muzeów warto zrobić spacer (kilkadziesiąt pięter pod górę) do Eugensplatz – placyku z fontanną. Nad placem góruje Galatea – postać z greckiej mitologii, w której zakochał się jeden z cyklopów.

Od 2014 roku placu pilnuje uroczy mops. Żeby miał lepszy widok umieszczono go na kolumnie 😉

Z Eugensplatz roztacza się piękna panorama Stuttgartu i zdecydowanie warto się tu wybrać. Jeśli nie chcecie się wspinać pod górę to tuż obok fontanny znajduje się przystanek U-Bahn więc można łatwo i szybko dojechać z dworca głównego.

Wieża telewizyjna

Nie wiem czy to najlepszy punkt widokowy w Stuttgarcie ale na pewno najwyższy (ponad 216 metrów) i na pewno miejsce warto zobaczenia w Stuttgarcie. Fernsehturm Stuttgart oddano do użytku w 1956 roku. W momencie budowy wywoływała wiele kontrowersji, dziś jest uważana za prekursorkę tego typu budowli na świecie i świadectwo najwyższego kunsztu niemieckich inżynierów.

Na szczycie wieży mieści się punt widokowy, na dole wystawa przedstawiająca historię budowy wieży.

Cena biletu 9 EUR, z kartą bezpłatnie. Warto.

Mam nadzieję, że już nikt się nie zastanawia czy warto wybrać się na kilka dni do Stuttgartu. Miasto jest piękne, czyste i wciąż mało odkryte przez turystów więc niezatłoczone. Ja do Stuttgartu bardzo chętnie kiedyś wrócę, a w kolejnym wpisie pokażę Wam co warto zobaczyć w okolicach Stuttgartu – będzie równie pięknie jak w mieście!

Stuttgart – przewodnik kulinarny, co i gdzie zjeść w Stuttgarcie?

Żadna to tajemnica, że kocham jeść i próbować nowe smaki. Niemniej wyjazdy do Niemiec kulinarnie nigdy szału nie robiły – kuchnia niemiecka jest ciężka, mięsna i delikatnie mówiąc nie w moim guście. Z tego też powodu nie nastawiałam się na kulinarne olśnienia podczas weekendowego wypadu do Stuttgartu. Ale życie po raz kolejny mnie zaskoczyło, kuchnia Badenii-Wirtembergii bardzo pozytywnie mnie zdziwiła!

Jakie jedzenie serwuje się w Stuttgarcie? Badenia-Wirtembergia, czyli region, którego stolicą jest Stuttgart należy do historycznego regionu Szwabii. Szwabia ma swoją kuchnię, która jest w gruncie rzeczy prosta i opiera się na… mące. Są więc makarony, pierogi i kluchy wszelkiego rodzaju. Niestety uwielbiam takie jedzenie i w Stuttgarcie kulinarnie było mi BARDZO dobrze. Najlepiej jak dotąd ze wszystkich moich podróży do Niemiec.

Koenig X

Zaczniemy nieco na opak, od deseru 😉 Koening X to malutka, niepozorna kawiarnia ukryta w bocznej uliczce, do której trafiłam tuż po przylocie do Stuttgartu na swoją pierwszą kawę. Miejsce w klimacie vintage. Dosłownie i w przenośni. To nie jest miejsce na szybką kawę ale na rozkoszowanie się kawą i ciachem, w rytmie slow. Wypieki są domowe, nie żadne seryjne produkcje, i to czuć od pierwszego do ostatniego kęsa. Niestety jeśli nie mówicie po niemiecku to pozostaje Wam dogadać się na migi 😉 Płatność możliwa wyłącznie gotówką.

Weinstube Kachelofen

A teraz przechodzimy do sedna. Gdzie zjeść porządny szwabski obiad w Stuttgarcie? W centrum polecam restaurację Weinstube Kachelofen. Trochę ukryta w piwnicy, w bardzo tradycyjnym stylu (widzicie te obrusy?). Jak już pisałam wcześniej kuchnia szwabska mąką stoi więc makaronu sobie odmówić nie mogłam. Zdecydowałam się na danie dnia – makaron z polędwiczką wieprzową. Było sycąco, komfortowo i rozgrzewająco (w Stuttgarcie w styczniu była prawdziwa zima z mrozem). Do tego jak widzicie podaje się bardzo porządne szklanice wina. Ten region Niemiec słynie ze świetnych win o czym jeszcze będę pisać w kolejnych postach. Obsługa mówi po angielsku, można płacić kartą. Dostałam też gratisowy deser – pyszne, domowe ciasto. Mój pierwszy obiad w Stuttgarcie był niezłą zapowiedzią tego co mnie czeka w kolejnych dniach.

Carls Brauhaus

Kolejna restauracja w samym centrum Stuttgartu. To miejsce bardzo popularne, spory lokal (latem na też okazały ogródek), zdecydowanie bardziej nowoczesny. Kuchnia na szczęście bardzo tradycyjna – tu zdecydowałam się na szwabskie ravioli. Trzy pierogi były takich rozmiarów, że nie byłam w stanie ich w siebie zmieścić. Każdy z innym nadzieniem, wszystkie świetne. Do tego wino – tym razem w kieliszku 😉 Świetne miejsce, żeby dobrze zjeść w Stuttgarcie. To też dobre miejsce dla amatorów piwa – jeśli chcecie spróbować lokalnego złotego trunku to tym bardziej wpadnijcie do Carls Brauhaus.

Zur Schreinerei

Bad Cannstatt to wciąż Stuttgart ale jakby osobne miasteczko, ze swoim własnym centrum i własnym rynkiem. Przeurocze, bardzo przyjemne i absolutne must-see podczas zwiedzania Stuttgartu. Ale nie o nim na razie. Podczas zwiedzania Bad Cannstatt warto zrobić sobie przerwę na lunch w tradycyjnej restauracji Zur Schreinerei. Tu spróbowałam najbardziej typowego dania kuchni szwabskiej – Kasspatzle, czyli szpecli (lokalnych klusek) zapiekanych z cebulką i serem, doprawionych gałką muszkatołową. Musiało to mieć jakiś milion kalorii ale w mroźny dzień było IDEALNE. Do takiej bomby kalorycznej podaje się zawsze surówkę, żeby nie było, że tylko mąka i tłuszcz 😉 Porcja dla mnie starczyłaby spokojnie na 3 obiady. To chyba był mój najlepszy posiłek w Stuttgarcie.

Baron Cafe

I na koniec bardzo przyjemna kawiarnia przy rynku w Ludwigsburgu. W Baron Cafe mają świetne śniadania i doskonałe desery. Grzaniec też świetny! A to wszystko w bardzo przyjemnym wnętrzu i miłej atmosferze. Jeśli wybierzecie się do do Ludwigsburga (a warto!) to koniecznie wpadnijcie tam chociaż na kawę. Ale Apfelstrudel też jest wart grzechu – ulegnijcie mu 😉