Kalabria – co zobaczyć, zwiedzanie Kalabrii

TU możecie przeczytać o praktycznych aspektach podróży na południe Włoch a teraz pora na zwiedzanie Kalabrii. Pisarz Guido Piovene powiedział kiedyś, że Kalabrię stworzył jakiś kapryśny bóg, który najpierw wymyślił różne światy, a potem zaczął się nimi bawić, potłukł je i wymieszał ze sobą. I taka właśnie jest Kalabria – mieszanka różnych światów. Zapraszam na wycieczkę!

Scilla – zwiedzanie

Swoją przygodę z Kalabrią zaczęłyśmy od Scilli. Scilla to miasteczko położone nad Morzem Tyrreńskim, u ujścia Cieśniny Mesyńskiej. Wybrzeże, przy którym leży nazywa się często Costa Viola – Fioletowym Wybrzeżem. Latem pewnie zatłoczone i głośne, w listopadzie spokojne, sielskie i anielskie. Głównym punktem orientacyjnym widocznym z każdego miejsca jest zamek – Castello de Ruffo.

Za opłatą 2 EUR można wejść na teren zamku. W środku znajduje się zaledwie jedna wystawa, do tego niezbyt interesująca, ale warto zapłacić te 2 EUR, żeby móc dostać się na kilka tarasów i punktów widokowych skąd można podziwiać wyspy Liparyjskie a nawet nie tak bardzo odległe wybrzeże Sycylii. Wchodząc do zamku warto zwrócić uwagę na pięknie zdobione drzwi z wapienia z Syrakuzów. Zamek był niegdyś zakonem Bazylianów, a fortyfikacyjny charakter nadał mu książę Ruffo w celu ochrony wybrzeża przed atakami piratów. Następnie, w 1543 roku, został zamieniony w pałac baronów.

Na terenie zamku znajduje się też mała latarnia morska, zbudowana w 1885 roku. Była ona oznakowaniem wejścia do cieśniny Messyńskiej.

Według legendy ze wzgórza zamkowego miała napadać na statki mitologiczna nimfa Scylla. opisywana przez Homera. Stąd też nazwa miasteczka.

Dolna część miasteczka to Chianalea – dawna osada rybacka. Jest to właściwie jedna ulica ciągnąca się wzdłuż wybrzeża, wokół której koncentruje się życie. No właśnie – zapewne koncentruje się latem, bo w listopadzie miałyśmy tę uliczkę praktycznie tylko dla siebie. Rzeczywiście jest wokół niej mnóstwo restauracji serwujących ryby  i owoce morza ale większość jest niestety pozamykanych. A te, które są otwarte możecie mieć właściwie do własnej dyspozycji. My odwiedziłyśmy dwie restauracje. W jednaj poza nami była grupka amerykańskich turystów, która pouczała obsługę jak się robi sałatkę caprese (sic!) a w drugiej byłyśmy tylko my. I obsługa.

Poniżej skały, na której znajduje się zamek, ciągnie się Marina Grande z plażą miejską. O dziwo, wcale nie taka pusta jakby się mogło wydawać. Mimo listopada w kalendarzu nie brakowało osób, które korzystały z uroków listopadowego słońca, a nawet śmiałków, którzy kąpali się w lazurowej wodzie. Wzdłuż plaży także znajduje się trochę restauracji, kawiarni, barów i lodziarni ale 90% z nich jest po sezonie zamkniętych.

W Scilli można wyróżnić jeszcze jedną część miasteczka – San Giorgio – położoną u góry – z placem ratuszowym i uliczkami, gdzie nawet w sezonie toczy się normalne życie. Z placu ratuszowego rozciąga się fantastyczna panorama miasta, doskonale widać zamek, plaże i morze. Wieczorem można stąd obserwować magiczny spektakl jakim jest zachód słońca. Plac ratuszowy jest miejscem, gdzie za dnia odbywa się targ (ci co śledzą moje instastories widzieli jak Włosi umieją celebrować nawet najzwyklejsze momenty dnia), wieczorem jest tradycyjnym miejscem spotkań mieszkańców, zwłaszcza grupek starszych panów. Na placu najdziemy też rzeźbę Scylli i pomnik ryby-szpady (miecznika, najpopularniejszej ryby w tutejszych restauracjach) przypominający o tradycyjnym zajęciu rybaków z miasteczka.

Przy placu ratuszowym znajduje się kawiarnia (gdzie po zamówieniu americano zaserwowano nam drinka na bazie campari więc pamiętajcie, że jeśli chcecie wypić kawę to trzeba zamówić cafe americano, a nie po prostu americano :D), sklepik tabachi, gdzie można zakupić pamiątki oraz bilety na pociąg (w Scilli nie da się kupić biletu na stacji kolejowej!), a w odległości kilkuset metrów od placu są dwa supermarkety gdzie można zaopatrzyć się we włoskie przysmaki. Tu też znajdował się nasz b&b.

Pomiędzy zabudowaniami górnej części miasta i Chianalea wznosi się charakterystyczny średniowieczny kościół Immacolata.

Tropea – perła Kalabrii

Po przeuroczym dniu i wieczorze w Scilli następnego dnia ruszyłyśmy do najpopularniejszego miasteczka w tej części Włoch – Tropei. Tropea nie bez powodu nazywana jest perłą Kalabrii. Legenda mówi, że miasto założył Herkules, który trafił tu wracając z Hiszpanii.

Stare miasto położona na klifie otoczone jest intensywnie turkusowym morzem i każde zrobione tu zdjęcie jest niczym pocztówka. W Tropei znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż w Kalabrii – Spiaggia della Rotonda, długa na 4km i szeroka na 50m, przez skały naturalnie podzielona na mniejsze odcinki. Tu również nie brakowało plażowiczów.

Charakterystycznym punktem miasta jest skała, na której mieści się sanktuarium benedyktyńskie Santa Maria dell’Isola. W sezonie wstęp na skałę i do kościoła kosztuje 2 EUR. Po sezonie wstęp jest bezpłatny, można wejść na górę i podziwiać widoki, ale sanktuarium i otaczający je ogród pozostają zamknięte.

Stare miasto to plątanina uliczek, placów i punktów widokowych. Sercem miasteczka jest Piazza Ercole z pomnikiem filozofa Pasquale Galluppiego i XVIII-wiecznym pałacem.

Główny deptak Tropei, Corso Vittorio Emanuele, otoczony sklepikami, kawiarniami i restauracjami, prowadzi do tarasu widokowego, z którego rozpościera się widok na morze i skałę z sanktuarium. Takich tarasów jest w miasteczku więcej, z każdego widoki są pocztówkowe, zwłaszcza w czasie zachodu słońca.

Z tarasu można zejść na dół, zrobić sobie spacer wzdłuż morza, i dotrzeć do portu, pełnego tradycyjnych łódek, jak i nowoczesnych jachtów. Tuż obok znajduje się malutka plaża.

Pizzo – dolce vita w czystej postaci

Ostatnim miasteczkiem, do którego dotarłyśmy było Pizzo. Najmniej popularne, pomijane przez większość przewodników ale zachwyciło nas totalnie. Przede wszystkim byłyśmy tam w niedzielę – słoneczną i ciepłą. Knajpy i kawiarnie były pełne mieszkańców pijących kawę, miałyśmy okazję zaobserwować (i doświadczyć!) prawdziwe włoskie dolce vita.

Po spacerze ze stacji kolejowej – wzdłuż wybrzeża – dotarłyśmy do dolnej części miasteczka. Tam przerwa na pierwszą tego dnia kawę i aperol 😉 Siedząc w kawiarni (i czekając na zamówienie w nieskończoność, tu przecież nikomu się nie spieszy), podziwiałyśmy turkusowe morze i podglądałyśmy jak Włosi spędzają niedzielę.

Wspinając się do górnego miasta dotrzemy go głównego placu – Piazza Repubblica. Gwarne miejsce, pełne kawiarenek i restauracji, w niedzielę odbywał się tam targ z lokalnymi produktami, obok dzieci grały w piłkę.

Nad miastem góruje XV-wieczny aragoński zamek – Castello Murata. Niestety podczas naszego pobytu zamknięty, nie wiem czy dlatego, że była niedziela, czy dlatego, że po sezonie.

Górne miasto to plątanina wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamienicami, z suszącym się praniem i wyglądającymi z balkonów mieszkańcami. Trochę przypomina klimatem Neapol ale to jednak coś innego. Spacer tymi uliczkami był prawdziwą przyjemnością. Schodząc w dół dociera się też do tarasu widokowego, z którego można podziwiać mały port i oczywiście turkusowe morze.

W drodze powrotnej na stację kolejową mogłyśmy podziwiać magiczny zachód słońca. Było to nasze pożegnanie i z Pizzo, i z Kalabrią. Do następnego!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *