Seszele na własną rękę – informacje praktyczne jak zorganizować wakacje życia

Seszele – wyspiarski kraj na Oceanie Indyjskim, który rozpala wyobraźnię. Jeśli mam być szczera to Seszele nigdy nie były jakoś specjalnie wysoko na mojej liście podróżniczych marzeń. Ale po zachwycie Malediwami pojawiła się myśl, że może i te Seszele warto kiedyś odwiedzić 😉 A że żadnych innych pomysłów na majówkę nie było to zaczęło się kombinowanie jak polecieć na Seszele i nie zbankrutować 😉

Seszele – jak się dostać z Polski?

Najszybciej i najprościej – jedną z arabskich linii lotniczych z przesiadką w Dubaju lub Dosze. Zarówno Emirates jak i Qatar oferują codzienne loty na główną Seszelską wyspę – Mahe. Ceny lotów zaczynają się od 2500 zł. Nasze kosztowały 2800zł (lot WAW-DOH, DOH-SEZ, SEZ-DOH, DOH-WAW, WAW-POZ). Często można upolować tańsze loty z Mediolanu czy Paryża ale to już raz, że trzeba się wstrzelić w promocję, dwa że do tego Paryża czy Mediolanu też się trzeba jakoś dostać. Ale co kto lubi 🙂

Seszele – dojazd z lotniska i transport po wyspach oraz między wyspami

Między wyspami (Mahe, Praslin i la Digue) kursują promy. Czas przeprawy między Mahe a Praslin to ok. 60 minut, między Praslin a la Digue 10-15 minut i między la Digue a Mahe ok. 90 minut (prom ma przerwę na Praslin). Bilety najlepiej kupić online, później w porcie wymieniacie je tylko na taki fotogeniczny boarding pass 😉

Między Mahe a Praslin latają także lokalne samoloty linii Air Seychelles. Po porównaniu cen i czasu potrzebnego na przeprawę zapadła decyzja, że pomiędzy wyspami będziemy się przemieszczać promami. Ja naprawdę nie lubię morskiego transportu, wszędzie się naczytałam, że na seszelskich promach buja ale uznałam, że skoro i tak będę musiała (z Praslin na la Digue nie da się inaczej dostać chyba, że helikopterem) to już możemy zostać tylko przy promach. Przed pierwszą przeprawą (z Mahe na Praslin) nieco się stresowałam ale zupełnie niepotrzebnie. Zabujało może ze dwa razy, podróż minęła szybko i bezstresowo. Podobnie z Praslin na la Digue (tu po pierwsze króciutko, po drugie nie wypływa się na otwarty ocean). Do trzeciej przeprawy podeszłam już na zupełnym luzie, przecież wcześniej było spoko. A to był taki hardcore, że obiecałam sobie, że jeśli będę miała kiedykolwiek inną opcję transportu to nigdy nie wybiorę promu 😀 Bujało strasznie, fale były ogromne, praktycznie połowa ludzi wymiotowała albo była zielona. Ścięło wszystkich równo – dorosłych i dzieci, turystów i lokalnych. Jeśli tak jak ja boicie się statków i promów to kupcie sobie z i na Praslin bilet na samolot, ceny nie są dużo wyższe a myślę, że komfort jednak większy.

Jeśli chodzi o dojazd z lotniska to jeśli macie ze sobą bagaż (nie ważne jak duży) to zostaje Wam wyłącznie taksówka lub transport zapewniony przez hotel/guesthouse. Zarówno na Mahe jak i na Praslin autobusy jeżdżą przez lotnisko, ale przez to, że są małe i wypchane ludźmi do granic możliwości to nie zabierają turystów z bagażami. Transport z lotniska do portu czy miejsca noclegowego najlepiej zamówić sobie wcześniej, jeśli będziecie łapali transport na lotnisku lub w porcie to zapłacicie więcej (choć można się targować a cenę TRZEBA ustalić wcześniej, bo żaden z naszych taksówkarzy nie włączył taksometru). W porcie na wyspie Praslin spotkała nas mało przyjemna sytuacja. Generalnie tuż przy wyjściu z promu stoją taksówki ale ponieważ nasze bagaże wyjechały ze statku jako jedne z ostatnich to wszystkie taksówki zdążyły się już rozjechać. Zaczepił nas jakiś mężczyzna pytając czy szukamy taxi. Powiedziałam, że oczywiście tak, ustaliłam cenę (wcześniej pytając w hotelu ile powinna kosztować). Mężczyzna wziął nasze bagaże i kazał iść za sobą. Po wyjściu z terenu portu (na taki jakby parking) okazało się, że prowadzi nas do busa, w którym siedzi już kilka innych osób. W tym momencie zapaliła mi się pomarańczowa lampka, powiedziałam, że to nie jest taxi i rezygnujemy. Pan bez problemu oddał nam bagaże, okazało się, że w tym miejscu jest też postój legalnych taksówek i udało nam się dotrzeć bezpiecznie do hotelu. Nasz (już legalny) taksówkarz ostrzegł nas, że ludzie, którzy chcieli nas zabrać nie prowadzą działalności przewozowej, nie mają ubezpieczenia i w razie jakiegokolwiek zdarzenia drogowego nie ponoszą żadnej odpowiedzialności więc uważajcie.

Po wyspach Mahe i Praslin można poruszać się lokalnymi autobusami. Cena biletu jest niska – wynosi 7 SCR (czyli jakieś 2zł) niezależnie od trasy jaką przemierzacie. Bilet kupuje się u kierowcy. Autobusy są stare, zniszczone i przede wszystkim przepełnione. Za klimatyzację robią otwarte okna i takie prowizoryczne wiatraczki. Są przyciski sygnalizowania, że chce się wysiąść ale najlepiej powiedzieć kierowcy gdzie jedziemy, żeby się zatrzymał. Przystanki to w zdecydowanej większości namalowany znak na jezdni, wszystkie są na żądanie więc trzeba machać. A i tak nie jest to gwarancją, że autobus się zatrzyma.

Przejażdżkę seszelskim autobusem proponowałabym zaliczyć jako przygodę i nowe doświadczenie ale niekoniecznie sposób na zwiedzanie wysp. Nasz pierwotny plan nie zakładał wypożyczenia samochodu (o tym za chwilę) ale szybko okazało się, że autobusy to nie jest najlepszy sposób na poznawanie wysp. O ile na Mahe da się zwiedzić wyspę korzystając wyłącznie z autobusów to będzie to po pierwsze bardzo męczące a po drugie to co nam się udało zobaczyć przez 2 dni jeżdżenia samochodem trzeba by zrobić w tydzień. Faktem jest, że na Mahe autobusy dojeżdżają w każdy zakątek wyspy. Na popularniejszych trasach jeżdżą co 20-30 minut, na mniej popularnych raz na godzinę albo i rzadziej.

Główny dworzec znajduje się w Victorii – stąd ruszają busy w każdym kierunku. Jeśli koniecznie chcecie zwiedzać wyspę lokalnym transportem to rozważcie zakwaterowanie gdzieś w okolicy Victorii. Czeka się grzecznie w kolejce, nikt się nie pcha, pełna kultura 😉

Na wyspie Praslin autobusy są mniejsze niż te na Mahe, jeżdżą rzadziej i zawsze ale to zawsze są załadowane do granic możliwości. Tak, że nawet miejsc stojących brakuje… Więc na Praslin jeden dzień przyszło nam spędzić na hotelowym basenie po tym jak nie udało nam się dostać do dwóch kolejnych autobusów jadących w kierunku plaży. Ponieważ kolejny był za 2 godziny to nie było sensu czekać i trzeba było wrócić do hotelu. Także o ile na Mahe zwiedzanie autobusami może nie będzie szczególnie komfortowe i będzie trwało długo to jest jak najbardziej możliwe, na Praslin wygląda to dużo gorzej. Do tego większość linii wyrusza w ostatni kurs w okolicach godziny 18, najpóźniej 18.30.

Rozwiązaniem okazało się wynajęcie samochodu. Na Mahe kosztuje to 50 EUR za dobę (już z ubezpieczeniem). Przy wynajęciu na 2 dni koszt wynosi 45 EUR za dzień. Czyli wypożyczenie auta na 2 dni kosztowało nas 90 EUR. Plus kilkanaście euro za benzynę ale udało nam się przez te 2 dni zjechać wyspę wzdłuż, wszerz i dookoła. Na Praslin ceny są wyższe. Doba wynajęcia samochodu to koszt 50 EUR + 10 EUR ubezpieczenie. Przy wypożyczeniu na dłuższy czas nie ma zniżek tak jak na Mahe. Samochody można wypożyczyć na lotnisku, w porcie (tu lepiej sobie zarezerwować wcześniej przez internet), a jeśli na miejscu to w jednej z wypożyczalni, bądź najprościej – poprosić w recepcji hotelowej o pomoc. Nam zdarzyło się na Mahe poprosić o wynajęcie auta w przypadkowym hotelu, nie w naszym guesthousie. Nikt nie robił problemów. Wynajęcie auta do zwiedzania wysp jest bardzo popularne wśród turystów, praktycznie wszystkie hotele i guesthousy mają swoje (bezpłatne) parkingi. Jedyny parking za jaki przyszło nam płacić to w Victorii ale też jakieś śmieszne pieniądze – 10 SCR za 2 godziny.

Na wyspie la Digue obowiązuje ruch rowerowy. Jest kilka samochodów i taksówek, większość guesthousów ma też meleksy ale turyści poruszają się po wyspie rowerami. Nie da się ukryć, że tworzy to specyficzny, bardzo fajny klimat wyspy. Wypożyczenie roweru kosztuje 100 – 150 SCR (6-10 EUR) za dzień, przy dłuższym czasie lub wypożyczeniu większej ilości rowerów można liczyć na zniżki. Rowery załatwią Wam właściciele guesthousu (i maszyny podwiozą Wam pod dom) albo możecie skorzystać z jednej z licznych wypożyczalni na wyspie (kilka znajduje się tuż przy porcie). Rowery są wysłużone, nie mają przerzutek (a pod górki trzeba podjeżdżać), a za koszyki służą koszyki takie z jakimi robimy zakupy w markecie 😀 Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju 😉 W przypadku rowerów też obowiązuje ruch lewostronny.

Seszele – pogoda, klimat, kiedy jechać?

Temperatury przez cały rok utrzymują się na podobnym poziomie – ok. 26 – 30 stopni w dzień i 22 – 26 w nocy. Teoretycznie od listopada do marca trwa pora deszczowa ale sami mieszkańcy potwierdzają, że od kilku lat jest mniej więcej tyle samo opadów o każdej porze i sezon trwa okrągłe 12 miesięcy. Podczas naszego pobytu padało kilka razy ale zawsze wieczorem (już po zachodzie słońca) i w nocy. Za dnia była piękna słoneczna pogoda z mniejszym lub większym zachmurzeniem. W wielu miejscach piszą, że najlepsze miesiące do odwiedzenia Seszeli to kwiecień i maj.

30 stopni wydaje się fajną i przyjemną temperaturą na wakacje. Na Seszelach to 30 stopni potęgowane jest przez niemal 100% wilgotność, przez co wydaje się jakby było 50. A w słońcu to chyba nawet z 70. Ja lubię ciepło ale nie ukrywam, że na Seszelach byłam już wykończona upałem. Zwłaszcza jeśli w tym upale trzeba było jechać rowerem… pod górę… 😉

Seszele – gdzie spać?

Mam wrażenie, że Seszele to kierunek, który można zrobić albo budżetowo, albo luksusowo. Nie ma nic pomiędzy. Na Seszelach nie spotkacie 2- i 3-gwiazdkowych hoteli. Zostają Wam skromne (choć w mojej opinii i tak godne polecenia) guesthousy albo bardzo drogie luksusowe resorty. 4-gwiazdkowe hotele można policzyć na palcach jednaj ręki.

Generalnie baza noclegowa na wyspach nie jest bardzo rozbudowana. Wynika to z polityki rządu, który dba o to, by na wyspach nie rozwinęła się turystyka na taką skalę jak w innych miejscach na świecie. Seszele są i mają być dla wybranych. Z tego względu koniecznie zarezerwujcie noclegi z odpowiednim wyprzedzeniem. Nie liczcie na to, że znajdziecie coś na miejscu. Zresztą już przy wylocie na Seszele będziecie proszeni o okazanie potwierdzenia rezerwacji noclegu (nas pytano o to w Warszawie). Nie otrzymacie również wizy na lotnisku w Mahe jeśli nie podacie adresu Waszego noclegu.

Nasze noclegi okazały się świetnym wyborem więc z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.

Nasz pierwszy nocleg na wyspie Mahe to Guesthouse le Triskell. Położony w tropikalnym ogrodzie, w okolicy Anse aux Pins. Bardzo duży pokój i spora łazienka zarówno z wanną, jak i prysznicem. Jest też lodówka i taras. W cenie noclegu jest genialne śniadanie z talerzem świeżych owoców. Właściciele pokażą Wam nawet, z którego drzewa zrywali dla Was marakuje i awokado 🙂 Do plaży i przystanków autobusowych 10 minut spacerem, niestety z powrotem pod górę 😉 W okolicy znajduje się kilka sklepów spożywczych.

Nasz drugi nocleg na Mahe (po powrocie z Praslin i la Digue) to kolejny guesthouse – tym razem Chez Lorna w okolicy Anse Etoile (w północnej części wyspy). Podobnie jak le Triskell położony jest w pewnym oddaleniu od głównej drogi ale spokojnie można się przespacerować, w okolicy też jest sklep i chińska restauracja z ofertą take-away. Ten apartament był bardzo duży, miał w pełni wyposażoną kuchnię i widoczny na zdjęciu cudowny taras. Jedyny minus był taki, że apartament składał się z 2 pomieszczeń, klimatyzacja była tylko w jednym z nich.

Na Praslin wybór noclegów jest mniejszy. Nasz wybór padł na Oasis Hotel Restaurant & SPA. Jest to jeden z niewielu 4-gwiazdkowych obiektów na wyspach. Taki normalny, dobry ale nie jakoś specjalnie luksusowy hotel. Położony w bardzo fajnym miejscu – Grand Anse – naprzeciwko plaży. Zachody słońca były tam chyba najpiękniejsze ze wszystkich. Ma też basen co okazało się uratowało nam jeden dzień wakacji, ale o tym później 😉 Przestronny pokój z tarasem, dużą łazienką i lodówką. W okolicy dwa sklepy (tańszy dla lokalsów, który polecam i droższy dla turystów), tuż obok take-away z bardzo dobrym jedzeniem (przepyszna ośmiorniczka w curry). Do przystanku autobusowego rzut beretem.

Na wyspie la Digue nasz wybór padł na Kot Babi Guesthouse położony tuż przy porcie. Początkowo wydawał się nie do końca dobrym wyborem (po tych wszystkich ogromnych łazienkach tam była taka zwykła, mała tylko z kabiną prysznicową). Ale ostatecznie nic mu nie można zarzucić. Położony blisko plaży (Anse Severe), 3 kroki od portu, z przemiłymi właścicielami. Do tego miał chyba najfajniejszy taras ze wszystkich gdzie można było posiedzieć wieczorem (smarując się wcześniej muggą, bo komarów na la Digue było najwięcej).

Seszele – co zjeść?

Kuchnia kreolska jest specyficzna, mi nie do końca odpowiada. Jest też dosyć ostra, a na pewno bardzo doprawiona więc zanim zamówicie zapytajcie o poziom ostrości 😉

Ceny w restauracjach są bardzo wysokie i nie idą niestety w parze z jakością. Zdarzyło nam się zjeść w polecanej tu i ówdzie Cafe Kreol na wyspie Mahe i jeśli mogę coś poradzić – omijajcie to miejsce. Poza pięknym widokiem na plażę (nie najpiękniejszą na wyspie ale zawsze…) nie oferuje nic więcej godnego uwagi. Począwszy od zmanierowanej obsługi skończywszy na fatalnym jedzeniu i wysokich cenach (prawie 10 EUR za 0,5l wody!). Surowa ryba była zupełnie bez smaku, niedoprawiona, podana z niedojrzałym mango. Curry z kurczaka okazało się być curry z kości a nie z mięsa.

Gdzie w takim razie jeść, żeby się najeść, żeby było smacznie i żeby nie zbankrutować? W tzw. take-away’ach. Są to takie jadłodajnie, gdzie wbrew nazwie są też stoliki i można zjeść na miejscu. W budce zamawiacie jedzenie, dostajecie wraz ze sztućcami i możecie zabrać do hotelu albo zjeść na miejscu. Take-away’e są na wszystkich wyspach, o dziwo najwięcej jest ich na najmniejszej wyspie la Digue i tam są też najtańsze. Na Mahe cena posiłku wynosi zazwyczaj 100 SCR, na Praslin 70-80 SCR a na la Digue najecie się już za 50 – 60 SCR. Menu codziennie jest inne, zazwyczaj jest jakieś curry (z kurczaka, wołowiny, ryby, owoców morza lub wegetariańskie), często ryba, często jakiś makaron z warzywami w stylu azjatyckim. Spora część take-away’ów oferuje też pizzę. Większość tego typu knajp jest czynnych w porze lunchu (12-15), a następnie kolacji (18-21/22). Niektóre są czynne przez cały dzień, zdecydowana większość jest zamknięta w niedziele. Uwaga, płatność tylko gotówką.

Na Seszelach warto spróbować lokalnego piwa Seybrew oraz cydru Slow Turtle. Dla miłośników mocniejszych trunków rum Takamaka. Występuje w wersji białej, ciemnej, ciemnej 8 lat leżakującej (ten jest najdroższy), kokosowej i ananasowej. Butelka 0,5 l w sklepie kosztuje 150 SCR (10EUR).

Na Seszelach nie brakuje też kokosów. I to nie tylko endemicznych coco de mer ale też tych zwykłych. Za kokosa do picia trzeba zapłacić 50 SCR. Albo można sobie samemu zerwać z palmy, otworzyć i wypić. Ja nie jestem zwolenniczką tego napoju i na Seszelach po raz kolejny przekonałam się, że nie są to moje smaki. Mleczko kokosowe – owszem, ale woda nie.

Seszele – wiza, przepisy wjazdowe

Wiza nie jest potrzebna przy pobycie do 90 dni. Otrzymujemy tylko pieczątkę do paszportu. Jedną z najpiękniejszych jakie mam w swoim już prawie zapełnionym dokumencie. Pieczątka ma kształt coco de mer – słynnego seszelskiego kokosa.

W samolocie otrzymacie do wypełnienia dokumenty wjazdowe i deklarację celną. Przy okienku zostaniecie zapytani o wszystkie noclegi (jeśli je zmieniacie to musicie podać wszystkie). Nie trzeba było okazywać potwierdzeń rezerwacji noclegów, uwierzono nam na słowo 😉 Ale zależy na jakiego urzędnika się trafi, bo w okienkach obok ludzie wyciągali papiery. Generalnie cała ta procedura trochę trwa, kolejki są spore, idzie wszystko dość wolno.

Seszele – co można przewozić?

Jak na wielu innych egzotycznych tak i na Seszelach dość restrykcyjnie podchodzi się do wwożenia żywności. Zapomnijcie o kabanosikach i świeżych owocach. Na wyspy możecie zabrać z Polski co najwyżej orzeszki, ciasteczka czy litr alkoholu (na osobę). U nas co prawda nikt tego nie kontrolował ale po doświadczeniach z innych egzotycznych krajów mogę powiedzieć – nie ryzykujcie i nie próbujcie wwozić nic zakazanego. A zakazane jest przede wszystkim mięso w każdej postaci oraz świeże warzywa i owoce.

Seszele – szczepienia, zdrowie

Jeśli lecicie z Polski lub Europy to żadne szczepienia nie są wymagane. Jednak jeśli przylatujecie z któregoś afrykańskiego kraju będącego rejonem występowania żółtej febry to musicie mieć szczepienie na tę chorobę poświadczone w książeczce szczepień. Jest to o tyle istotne, że czasem jakieś promocyjne loty z Europy są z przesiadką w którymś z afrykańskich krajów co później nieco komplikuje wjazd na Seszele.

Na wyspach nie ma żadnych specjalnych zagrożeń epidemiologicznych ale jest to kraj dla nas egzotyczny i warto zaszczepić się (odpowiednio wcześniej przed wyjazdem) na tężec/błonicę, WZW A i B, dur brzuszny. Zagrożenie malarią i dengą na wyspach nie występuje ale są komary więc zabierzcie repelent. O dziwno na Mahe i Praslin tych komarów prawie nie było, za to na la Digue było ich bardzo dużo. Uaktywniały się zdecydowanie wieczorami. Mi przez 2 tygodnie zeszło 1 opakowanie muggi. A wzięłam 4 😀 Więc też nie przesadzajcie z ilością.

Seszele – waluta, ceny

Walutą obowiązującą na Seszelach jest rupia seszelska – SCR. 1 EUR=15 SCR (stan na maj 2019). Na wyspach nie brakuje kantorów, wymieniać można EUR, USD (uwaga, tylko banknoty wydane po 2009 roku) i GBP. Kursy praktycznie wszędzie były takie same (na lotnisku i na wszystkich wyspach). W zdecydowanej większości miejsc można płacić kartą (minimalna wartość rachunku musi wynosić 100 SCR). Na wyspach jest też sporo bankomatów ale uwaga, po pierwsze część z nich obsługuje tylko karty VISA a po drugie bankomaty nie działają w święta państwowe (jakież było nasze zdziwienie gdy 1 maja – na Seszelach również Święto Pracy – żaden bankomat nie chciał nam wydać pieniędzy), a część nie działa także w niedziele.

Seszele – bezpieczeństwo

Generalnie jest bezpiecznie, tubylcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów ale trzeba zachować rozsądek. Najbezpieczniej jest na pewno na la Digue, tam nie ma się czego obawiać, rowerów nie trzeba przypinać (nikt tego nie robi), nikt ich nie ukradnie. Przy wypożyczeniu samochodu na Mahe i Praslin zwracano nam uwagę, żeby rzeczy chować do bagażnika, nie zostawiać nic na wierzchu.

Podróżując po Mahe i Praslin z pewnością napotkacie różne dziwne typy ludzi. W większości niegroźne ale czasem nieprzyjemne. Nam raz się zdarzyło, że nas ktoś zaczepił i chciał, żeby mu dać pieniądze na bilet, a przy wodospadach Sauzier była grupka mało przyjemnych wyrostków. Generalnie żadna nieprzyjemna czy niebezpieczna sytuacja nam się nie wydarzyła ale weźcie pod uwagę, że mnóstwo mieszkańców Seszeli ma problem z alkoholem a także, a może przede wszystkim, z narkotykami. Po pijanych i naćpanych ludziach nigdy nie wiadomo czego się spodziewać więc zachowajcie ostrożność. Niektóre mijane osoby wyglądały tak przerażająco, że nie chciałabym ich spotkać w ciemnej uliczce. Generalnie po zmroku nie zdarzało nam się wychodzić. Po pierwsze dlatego, że na Seszelach nic się nie dzieje, życie nocne nie istnieje a po drugie do tych miejsc zakwaterowania trzeba jakoś wrócić a ulice nie są oświetlone. Często trzeba wracać wzdłuż drogi bez chodnika czy nawet jakiegokolwiek pobocza.

Oglądając gdziekolwiek zachody słońca (magiczne i jedne z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam!) też weźcie pod uwagę, że słońce zachodzi ok. 18.15, do 18.30 jest piękna poświata ale o 18.45 jest już zupełnie ciemno i czarno.

Na Seszelach trzeba uważać przede wszystkim na… słońce. Wyspy są położone bardzo blisko równika i słońce operuje tu naprawdę silnie. Krem z filtrem co najmniej 30 to podstawa. Do tego czapka lub kapelusz i zapas wody, zawsze. Bo sklepu nie znajdziecie za każdym rogiem ani przy każdej plaży. A jeśli jakiś jest to po pierwsze nigdy nie wiadomo kiedy jest otwarty (tu sjesta rządzi się swoimi prawami), a po drugie te sklepy wyglądają tak jak na powyższym zdjęciu.

Przed wyjazdem zastanawiało nas czy na Seszelach są rekiny. Okazuje się, że zagrożenie nie jest duże ale raz na jakiś czas zdarzają się ataki. Ostatni miał miejsce 2 lata temu gdy na bardzo popularnej Anse Lazio (wyspa Praslin) łupem rekina padł 28-latek spędzający na wyspach podróż poślubną. Podobne przypadki na szczęście zdarzają się na wyspach rzadko ale zdarzają się.

Generalnie kąpiąc się w oceanie trzeba uważać. Przy wielu plażach widnieją ostrzeżenia o silnych falach i prądach. Wszystkie plaże na Seszelach są niestrzeżone, w większości bezludne, więc możecie liczyć tylko na siebie. Dodam z doświadczenia iż fale na niektórych plażach są naprawdę duże i silne.

Seszele – co zabrać?

Seszele to cywilizowany kraj i wszystko można kupić na miejscu. Jedyny problem jest taki, że ceny mogą być naprawdę wysokie. Nie zapomnijcie przede wszystkim o przejściówce do prądu – na Seszelach są brytyjskie wtyczki. Weźcie odpowiedni zapas kremów i olejków z filtrami – słońce operuje a ceny w lokalnych sklepach są BARDZO wysokie. Koniecznie jakiś preparat na komary – zwłaszcza jeśli wybieracie się na wyspę la Digue.

Seszele – co kupić, co przywieźć?

Ci, którzy czytają bloga od początku wiedzą, że nie jestem zwolenniczką durnostojek ani żadnej chińszczyzny. Najchętniej przywożę praktyczne (najlepiej kulinarne) pamiątki. Z Seszeli przyjechała ze mną butelka rumu Takamaka. Jeśli chcecie przywieźć małą (0,375l) to kupcie w sklepie, jeśli większą (1 litr) to najbardziej opłaca się kupić na lotnisku. Ponadto zakupiłam olej kokosowy (200ml za 150 SCR ale chyba trochę przepłaciłam, dałoby się kupić taniej). Na Seszelach uprawia się wanilię i inne przyprawy stąd warto przywieźć olejek waniliowy i sproszkowane przyprawy. Na Seszelach jest też fabryka herbaty i herbatę aromatyzowaną wanilią lub cynamonem też warto kupić. Fajną pamiątką (dla kobiety zawsze) jest biżuteria, o dziwo największy wybór i najniższe ceny są na lotnisku. Ja kupiłam bransoletkę z coco de mer.

Seszele – czy to raj na ziemi?

Wszystkim tak się właśnie Seszele kojarzą i niw ukrywam, że ja przed wyjazdem też myślałam, że to miejsce, do którego będę chciała wracać i wracać. Prawda jest taka, że każde, nawet najpiękniejsze miejsce, jest trawione przez swoje problemy i nie inaczej jest na Seszelach. Wyspy są naprawdę przepiękne i każdemu polecam zobaczenie ich ale mówienie o raju na ziemi to albo nadużycie albo nieświadomość.

To co rzuciło nam się w oczy już od pierwszego dnia to… śmieci. Wyspy (zwłaszcza Mahe) są zasypane butelkami, papierkami i innymi odpadami. Dojście na jakąkolwiek plażę wymaga przejścia przez chociażby niewielki kawałek dżungli, dżungli niestety tonącej w śmieciach. Z czego to wynika? Teoretycznie na wyspach jest program segregacji odpadów ale niestety Seszele to miejsce gdzie nie brakuje alkoholizmu i narkomanii. Jak opowiadał właściciel jednego z naszych guesthousów – na trzeźwo ludzie pilnują, żeby po sobie sprzątać. Ale po spożyciu czegokolwiek wszystkie śmieci zostają na plaży/w dżungli. Mieszkańcy Seszeli mają problem z alkoholem. Jak sami mówią – pijają herbatkę. Lokalnie pędzony alkohol, niskoprocentowy ale spożywany w nadmiernych ilościach powodujący uzależnienie i problemy znane chociażby u nas. Druga rzecz to narkotyki. W związku z tym, że na wyspach niewiele się uprawia i produkuje to praktycznie wszystkie produkty muszą być importowane z Azji, Europy lub Afryki. To niestety daje możliwość przemytu narkotyków, które są na wyspach problemem jeszcze większym niż alkohol. Uzależnionych ludzi jest naprawdę mnóstwo co powoduje, że na archipelagu brakuje rąk do pracy. Rozwiązaniem okazało się sprowadzanie pracowników z… Indii. Więc w sklepach czy za kierownicą autobusu spotkacie Hindusów. A lokalesi zajmują się piciem lub innymi wątpliwymi przyjemnościami. To jest ta ciemna strona raju, o której istnieniu większość turystów zdaje się nie mówić. Ale ktoś chcący podróżować świadomie nigdy nie powie, że Seszele to raj na ziemi. Poza alkoholizmem i narkomanią problemem wysp jest zwyczajna bieda. Średnia pensja wynosi 200 EUR a ceny w sklepach są takie jak w Europie zachodniej. Dla większości ludzi codzienne zakupy są problemem nie do przeskoczenia a kwestie takie jak zakup mieszkania czy domu są wręcz nierealne. Stąd większość Seszelczyków mieszka w wielopokoleniowych domach.

Seszele – którą wyspę wybrać?

Seszele to archipelag ponad 100 wysp i zobaczenie ich wszystkich podczas jednej podróży jest po prostu niemożliwe. Najpopularniejsze są te 3 odwiedzone przez nas – Mahe, Praslin i la Digue. Jeśli lecicie na Seszele na 2 tygodnie to spokojnie zdążycie zobaczyć wszystkie trzy. Jeśli wybieracie się na krócej to proponowałabym skupić się na Mahe – wyspa jest spora, większość turystów ucieka z niej od razu na Praslin lub na la Digue. Zwłaszcza na południu jest mnóstwo pięknych plaż, na których będziecie zupełnie sami. La Digue jest przeurocza ale niestety bardzo komercyjna. Na każdej plaży spotkacie mniej lub więcej turystów. Praslin podobała nam się najmniej. Sporo osób decyduje się spędzić wakacje wyłącznie na tej wyspie a naszym zdaniem pozbawia się tym samym możliwości zobaczenia tego co Seszele mają najpiękniejsze do zaoferowania. Praslin warto zobaczyć, nie mówię, że nie ale 2 dni tutaj w zupełności wystarczą.

Seszele na własną rękę – czy to skomplikowane?

Znacznie mniej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Dużym ułatwieniem podróży na własną rękę na Seszele jest to, że na wyspach angielski jest językiem urzędowym, mówią w tym języku absolutnie wszyscy więc bez problemu można się komunikować.

Myślę, że mając taki przewodnik jak to co Wam opisałam organizacja wyjazdu na Seszele nie będzie żadnym problemem 😉 Ja sama planując wyjazd korzystałam w przewodnika Pauliny Falkowskiej (nie polecam, mało praktycznych informacji no i brak zdjęć co powinno go zdyskwalifikować od samego początku) oraz z innych blogów. Chyba pierwszy raz aż w tak dużym stopniu opierałam się na informacjach i rekomendacjach z innych blogów i… mam nauczkę na przyszłość, żeby podchodzić do blogowych informacji z większym dystansem. Polecane restauracje okazywały się niewypałem a zachwalane plaże okazywały się nie istnieć lub istnieć pod inną nazwą 😉 Rozumiem, że każdemu zdarzają się błędy i literówki ale jeśli są namiętnie powtarzane to trudno mówić o pomyłce. Mam wrażenie, że niektórzy przeczytają o jakimś miejscu i powielają informacje na swoich blogach nie sprawdzając ich osobiście. Przepraszam za tę dygresję ale wracając do pewnych wpisów dziś, już z perspektywy osoby, która te Seszele zjechała i zeszła wzdłuż i wszerz, mam wrażenie, że niektórzy blogerzy odwiedzili najpopularniejsze plaże ale opisali wszystkie, łącznie z tymi, na których nie byli. Dając praktyczne wskazówki jak tam dotrzeć 😀 Trochę śmieszne, bardziej straszne i przykre.

Seszele czy Malediwy?

Właściwie nie wiem czemu porównuje się te dwa miejsca, bo są one zupełnie różne. Jedno i drugie piękne, jedno i drugie warte odwiedzenia. Z pewnością Seszele są bardziej różnorodne. Lecąc na Malediwy, nie oszukujmy się, większość jeśli nie cały czas będziecie spędzać na wyspie, na której znajduje się Wasz hotel. Wyprawa na inne wyspy to operacja długa, kosztowna i skomplikowana. Będąc na Seszelach dostęp do różnych plaż, parków i miejsc jest dużo łatwiejszy. Owszem, czasem trzeba się pomęczyć, ale generalnie jest dużo łatwiej coś zwiedzić niż na Malediwach. Z całego serca polecam oba te miejsca, w obu spędziłam jedne z najlepszych wakacji w swoim życiu. Jeśli nie byliście w żadnym z nich i zastanawiacie się które wybrać najpierw to moja odpowiedź brzmi Seszele. Jeśli zastanawiacie się gdzie taniej uda się zorganizować wakacje życia – to z pewnością Malediwy. Jeśli chodzi o takie kierunki wakacyjno-plażowe to są Seszele i jest reszta świata. Jeśli słyszeliście, że najpiękniejsze plaże są na Dominikanie czy na Zanzibarze to znaczy, że ktoś kto to mówi/pisze nie był na Seszelach 😀 Tylu pięknych plaż co przez te 2 tygodnie nie widziałam przez całe swoje życie i setki podróży. Serio, serio.

Ale… jeśli ja bym miała gdzieś wrócić to wolałabym na Malediwy. Na taki totalny chill, relaks i odcięcie od świata. No i klimat tam jest łagodniejszy co nie jest bez znaczenia. Bo Seszelskie upały w połączeniu z wilgotnością jednak dają w kość. Może trzeba było tu przed 30tką przylecieć 😛

EDIT: Wpisy o tym co zobaczyć na Seszelach już są gotowe. Wystarczy kliknąć 🙂

Plan i kosztorys 2-tygodniowej podróży dzień po dniu

Zwiedzanie wyspy Mahe

Zwiedzanie wyspy Praslin

Zwiedzanie wyspy la Digue

One Reply to “Seszele na własną rękę – informacje praktyczne jak zorganizować wakacje życia”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *