Djerba – zwiedzanie wyspy

Djerba, Jerba, Dżerba – jakkolwiek by tej nazwy nie zapisywać, chodzi o to samo miejsce. Djerba to największa wyspa u północnych wybrzeży Afryki o powierzchni ponad 500 kilometrów kwadratowych. Wyspa zamieszkana jest przez Arabów, Berberów i Żydów co tworzy jej specyficzny charakter.

Już za czasów rzymskich wyspę połączono z lądem za pomocą grobli zwanej do dziś groblą rzymską. Grobla poza tym, że jest drogą dojazdową z lądu na wyspę, zapewnia też dopływ wody z lądu na wyspę.

Houmt Souk – stolica wyspy

Zwiedzanie wyspy najlepiej zacząć od jej nieformalnej stolicy i największego miasta. Nazwa oznacza dokładnie sąsiedztwo targu. I to właśnie targ, czyli z arabskiego souk, już od czasów starożytnych był centralnym punktem miasta.

Stare miasto to plątanina wąskich uliczek gdzie znajdziemy mnóstwo sklepików i stylowych butikowych hoteli tzw. fonduków. Zaglądajcie w podwórka, możecie znaleźć takie perełki jak np. hotel Marhala – przerobiony na hotel dawny karawanseraj.

Przy avenue Abdelhamid el Kdhi mieście się Muzeum Tradycji i Kultury Djerby. Można tu zobaczyć m.in. kolekcję strojów regionalnych z różnych regionów Djerby, stroje i biżuterię ślubną oraz rekonstrukcję warsztatu garncarskiego. Bilet wstępu kosztuje 4 TND, zdecydowanie warto.

Borj el Kebir (Borj Ghazi Mustapha), znany też jako Twierdza Hiszpańska, to budowla obronna z 1432 roku. Nazwa pochodzi stąd, że broniący się tam w 1560 roku garnizon wojsk hiszpańskich nie zdołał odeprzeć ataku korsarzy, którzy zdobyli twierdzę i wycięli w pień obrońców, a z ich czaszek usypali kopiec przy brzegu morza. Jego średnica u postawy wynosiła ponad 10 metrów.

Z fortu rozpościera się piękny widok na morze i miasto. Spacerując dookoła zwróćcie uwagę na nowowybudowany amfiteatr.

Sercem miasta jest souk – labirynt wąskich uliczek z kilkoma niewielkimi placami. Klimat tego miejsca jest absolutnie bajkowy. Białe ściany udekorowane są kwiatami i kolorowymi muralami. Wąskie uliczki aż proszą się o zdjęcia. Dziesiątki zdjęć. A potem aż chce się usiąść w kafejce przy jednym z placów i z filiżanką kawy (w wersji letnie upalnej – szklanką zimnego piwa) podziwiać ten kolorowy labirynt. No a potem trzeba ruszyć na shopping – kupicie tu absolutnie wszystko czego potrzebujecie z Tunezji (TU napisałam co warto przywieźć) – magnesiki, biżuterię, ubrania, kosmetyki, oliwę, przyprawy. Absolutnie wszystko. Nawet dywan. Wybór jest spory, atmosfera dość luźna i spokojna, nie jest tak gwarno i nerwowo jak na innych arabskich soukach.

Jeśli będziecie w Houmt Suk rano (ja niestety byłam po południu) to zajrzyjcie koniecznie na targ rybny. Licytacja jaka się tu odbywa każdego ranka to już swego rodzaju legenda. Starsi panowie ubrani w białe galabije i z czerwonymi szesziami na głowach prowadzą licytacje świeżo złowionych ryb i ośmiornic.

W mieście znajdują się dwa meczety – Meczet Nieznajomych i Meczet Turków. Oba są dostępne wyłącznie dla muzułmanów. Jest też kościół katolicki, do którego można zajrzeć ale nie ma tam nic ciekawego.

I na koniec jeszcze jedno miejsce gdzie zawiózł nas kierowca. Generalnie to taka typowa tourist trap 😉 Ale nie żałuję, że tam trafiłam z jednego prostego powodu – ogród ze zdjęć powyżej.

Generalnie jest to atelier tunezyjskiego artysty Dar Jilani gdzie można zobaczyć jak on pracuje i zakupić jego wyroby. Już pomijając fakt, że te wyroby zupełnie nie w moim guście to jest to takie typowe miejsce gdzie przywozi się zorganizowane wycieczki. Więc jeśli tam traficie – czy to z wycieczką, czy Wasz taksówkarz zapewni Was, że to miejsce po prostu MUSICIE zobaczyć – nie wchodźcie do środka tylko idźcie do ogrodu. A ten jest obłędny. W czerwcu wszystko kwitło i żyło. Do tego gustownie udekorowane altanki i basen zachęcający do tego, żeby tam wskoczyć 😉 Przy atelier funkcjonuje mały hotel i szczerze mówiąc chętnie bym w tym hoteliku i ogrodzie została na dłużej.

Guellala – stolica garncarstwa i ceramiki

Guellala z języka berberyjskiego oznacza wyroby gliniane. I właśnie to zobaczycie w tym miasteczku. Jest to drugi co do wielkości ośrodek produkcji ceramiki w Tunezji. Pierwszy znajduje się w Nabeul na półwyspie Cap Bon (na kontynencie).

Wioska zamieszkana jest głównie przez Berberów i wciąż używa się tu języka berberyjskiego uważanego za najstarszy język w Afryce północnej. W ogóle Gellala jest najstarszą osadą na wyspie a piece używane tu do wypalania ceramiki często mają więcej niż tysiąc lat.

Cała główna ulica miasta wypełniona jest warsztatami ceramicznymi i sklepikami z dzbankami, garnkami, kubkami i innymi wyrobami. Większość warsztatów to instytucje działające od pokoleń. Często można tu zobaczyć na żywo jak powstają wyroby ceramiczne.

Erriadh (Ar-Rijad) – stolica street artu

O tej miejscowości nie przeczytacie w przewodnikach (przynajmniej w moim jej nie było) ale znajdziecie ją na instagramie 😉 Moi instagramowi followersi wiedzą już, że zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i przepadłam absolutnie.

Miasto od 2014 roku jest stolicą tunezyjskiego streetartu, swego rodzaju muzeum na otwartym powietrzu i gospodarzem imprezy o wdzięcznej nazwie Djerbahood. Zainicjowali ją paryscy artyści skupieni na co dzień wokół galerii Itinerrance. To co możemy dziś podziwiać na ścianach budynków to ponad 150 dzieł artystów z 30 krajów świata, w tym Polski.

Jak wiecie ja kocham streetart więc nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym mieście. Było nieziemsko gorąco (to był ten dzień kiedy termometr wskazywał 38 stopni) więc to było raczej bieganie między uliczkami (cienia tam bardzo niewiele, mi się w pewnym momencie zagrzał telefon i musiałam się schować w jakimś barze, żeby go schłodzić) ale warto się było pomęczyć. Część murali jest już niestety dosyć zniszczona (jak powstają od 2014 roku tak sobie są na tych ścianach, nikt ich nie odnawia) ale i tak robią ogromne wrażenie. Myślę, że fajnie by było pochodzić tam na spokojnie (to może zimą) i pozgadywać skąd są poszczególne dzieła i co autor miał na myśli.

Są tam też oczywiście polskie akcenty. Jeden mural z arbuzami, którego nie udało mi się znaleźć oraz mural autorstwa Nespoon przedstawiający koronki (pochodzi z 2014 roku). Nie ukrywam, że wcześniej nie znałam NeSpoon ale jak teraz zaczęłam sobie czytać co ta dziewczyna tworzy to przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo – SZACUN. Zerknijcie na jej Facebooka tudzież instagrama. Ci, którzy śledzą mnie na instagramie widzieli już jej dzieła m.in. z Lublina i Wrocławia.

Erriadh to także wioska, którą znają Żydzi z całego świata. Po pierwsze znajduje się tu synagoga El-Ghriba (Al-Ghariba, la Ghriba, Cudzoziemka), a po drugie jest miejscem corocznych pielgrzymek Żydów z całej Afryki Północnej, a nawet reszty świata. Pielgrzymka odbywa się zawsze 33 dni po Wielkanocy. Na co dzień mała, senna wioska wygląda wtedy podobno jak plan hollywoodzkiego filmu – nie dość, że jest mnóstwo gości to ochrona jest w stanie najwyższej gotowości. Jest mnóstwo policji, wojska, ochrony cywilnej, nad miasteczkiem latają helikoptery. Wynika to po części z tego, że 11 kwietnia 2002 roku miał miejsce krwawy zamach – na teren synagogi wjechała ciężarówka wypełniona gazem, w wyniku czego zginęło 21 osób, w tym 14 niemieckich turystów.

W mojej opinii Erriadh jest to miejsce, które MUSICIE odwiedzić będąc na Djerbie.

Sporty wodne

Na Djerbie możecie spróbować różnych sportów wodnych w bardzo atrakcyjnych cenach (na pewno niższych niż w Europie). Możecie popływać skuterami wodnymi, na bananie i wszelkich innych ustrojstwach.

Ja zdecydowałam się w końcu spróbować parasailingu. Lekko od 3 lat już byłam prawie zdecydowana i jakoś zawsze brakowało mi odwagi 😀 Jeśli też byście chcieli a się boicie to absolutnie nie ma czego. Parasailing to 1% poziomu adrenaliny w porównaniu z paraglidingiem, którego spróbowałam w Rio de Janeiro. O ile paragliding był cudowny i wspaniały ale wiem, że nigdy więcej się na to nie zdecyduję to parasailing to jest totalny luz, oglądanie pięknych widoków, wszystko na spokojnie i bez stresu, żałuję, że nie wzięłam ze sobą telefonu tam na górę. Taka przyjemność w Tunezji kosztuje 50 TND.

Blue lagoon

Mam być szczera? Wyspa jest piękna ale to wyprawa na błękitną lagunę jest moim najlepszym wspomnieniem z Tunezji. Coś o czym nie miałam pojęcia, czego nie przeczytałam w żadnym przewodniku ani na żadnym blogu. Gdzieś ktoś powiedział, że z Zarzis (gdzie był mój hotel) można popłynąć do Twierdzy Skorpiona. Więc pewnego popołudnia idziemy na plażę do panów od sportów wodnych i pytamy. Do twierdzy owszem, można popłynąć ale oni by nam bardziej polecali blue lagoon. Nazwa i parę pokazanych przez nich zdjęć rozpala wyobraźnię więc po krótkich negocjacjach ustalamy cenę – 200 TND za 5 osób. Nie oszukujmy się – to za półdarmo. Tyle ma kosztować 2-godzinna wycieczka. Jest też opcja wycieczki 4-godzinnej za 300 TND za 5 osób. Generalnie fajnie by się było popluskać dłużej ale weźcie pod uwagę, że płyniecie w miejsce gdzie nie ma baru 😀 jedzenia ani żadnej infrastruktury, ani kawałka cienia a jest dobrze ponad 30 stopni. Myślę, że zimą czy wiosną fajniej by było na dłużej ale latem taka 2-godzinna wycieczka to dość.

Następnego dnia, o umówionej godzinie (jakoś koło 9) stawiamy się na plaży. Pakują nas do zdezelowanej (naprawdę, nie przesadzam) motorówki napędzanej lewym libańskim paliwem. Taka to rzeczywistość – na Djerbie nie ma stacji benzynowych, podróżując po wyspie napotkacie takie stoiska gdzie jest lewe paliwo z Libii w baniakach 5-litrowych. Libia oddalona jest zaledwie 90 km od Djerby i stamtąd pochodzi większość używanej na wyspie benzyny. Śmierdzi to nieziemsko ale przygoda to przygoda. Dla tych, którzy nie pamiętają – ja nienawidzę transportu morskiego. Jachty, łódki, promy, motorówki to coś co mnie tak stresuje, że najchętniej schowałabym się pod pokład. Ale jak się powiedziało A… 😉

Rozsiadamy się na motorówce, mi na szczęście przypadło miejsce z tyłu, a nie na dziobie. Na początku całkiem miło, fajnie i przyjemnie, bardziej dryfujemy niż płyniemy, nawet mi się podoba. Ale po chwili nasz kapitan odpala motór i pędzimy ile fabryka dała. Z jednej strony strach, z drugiej ekscytacja, sama nie wiem czy bardziej się boję czy bardziej mi się podoba 😀

Odpływamy naprawdę daleko od brzegu, fale są coraz większe (mimo iż generalnie morze było naprawdę spokojne), u mnie zdecydowanie strach dominuje nad ekscytacją. Na szczęście kapitan (to bardzo górnolotne określenie, mam nadzieję, że w ogóle miał jakiekolwiek papiery) zatrzymuje łajbę, czekamy na delfiny. Trochę się kręcimy, delfinów nie widać, podpływamy dalej. Ja już zwątpiłam ale rzeczywiście się pojawiają – najpierw jeden, potem drugi, ostatecznie jest małe stadko pięciu sztuk. Nie uwierzycie ale to pierwsze delfiny w moim życiu widziane tak w naturalnym środowisku. Ciężko uchwycić je na zdjęciu ale nakręciłam też filmik i mogliście go oglądać w insta stories.

No ale wracamy do meritum – po podglądaniu delfinów kierujemy się już do naszego miejsca docelowego, czyli błękitnej laguny. Powiem Wam, że miejsce jest nieziemskie i niezwykłe. Kolory wody i piasku jak z pocztówek, woda cieplutka, krystalicznie czysta a najlepsze w tym wszystkim jest to, że poza naszą 5-osobową ekipą nie było tam nikogo. Laguna Balos na Krecie też jest piękna ale wszyscy, którzy tam byli wiedzą, że nawet zrobienie zdjęcia bez innych osób w tle jest wręcz niemożliwe. A tu, w szczycie sezonu turystycznego, macie lagunę praktycznie do własnej dyspozycji. Jest pięknie, bosko i rajsko. Spacerujemy, robimy zdjęcia, kąpiemy się. I wracamy. Droga powrotna mija już bez większego stresu i po nieco ponad 2 godzinach od wypłynięcia wracamy do hotelu. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że było to najlepsze co przeżyliśmy w Tunezji. Najprawdziwszy raj. Takie tunezyjskie Malediwy 😉 To nie jest wycieczka, którą kupicie w biurze podróży czy hotelu. Najlepiej pójść na plażę do osób, które oferują sporty wodne i pytać o blue lagoon. Na pewno będą wiedzieli o co chodzi. Warte każdych pieniędzy a za 40 TND za osobę to się nawet nie ma co zastanawiać. Latem nie polecam dłuższej wersji, bo Was wymęczy ale w okresie gdy temperatury są niższe niż 25 stopni to myślę, że i pół dnia można tam spędzić!

Tunezja – atrakcje dla dzieci

Co poza tym można robić na Djerbie? Można popłynąć na wyspę Flamingów. Miałam to w planach ale okazało się, że w okresie letnim na wyspie flamingów nie ma. Żeby pokąpać się w towarzystwie różowych ptaków musicie lecieć do Tunezji w okresie zimowym. I ja kiedyś mam zamiar to zrobić, zawsze to bliżej niż na Arubę 😉

Na Djerbie dosyć popularny jest Djerba Explore Park – park tematyczny poświęcony kulturze arabskiej i ferma krokodyli. Właśnie te ostatnie stworzonka przyciągają do parku rodziny z dziećmi. Mnie to w ogóle nie kręci ale wiem, że to dosyć popularna atrakcja i jeśli lecicie na Djerbę z dziećmi to warto wziąć ją pod uwagę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *