Bejrut – zwiedzanie stolicy Libanu

Bejrut – miasto pełne sprzeczności. Piękne, odnowione centrum z Place Etoile zachwyca bardziej niż niejedna europejska metropolia. Przy promenadzie Corniche zobaczycie więcej luksusowych samochodów niż w Dubaju i Dosze razem wziętych. Eleganckie restauracje i bary na dachach mogą zawstydzić i Londyn, i Singapur. Ale to tylko jedno oblicze Bejrutu. Poza odnowionymi budynkami w centrum zobaczycie też starsze, ze śladami po kulach z bombardowań podczas wojny domowej (1975-1999). Nowoczesne wieżowce sąsiadują ze starymi, rozpadającymi się blokowiskami. Eleganccy, wystylizowani Libańczycy mieszają się z uchodźcami palestyńskimi i syryjskimi. W odległości kilkuset metrów od siebie stoi meczet, świątynia ormiańska, kościół maronicki, kościół grekokatolicki i prawosławny. Muzułmanie mieszają się z chrześcijanami, nie ma podziałów. Wszyscy żyją w zgodzie, tolerancji i akceptacji. Teoretycznie wszystko piękne i godne podziwu. Ale nawet ci tolerancyjni Libańczycy zaczynają się powoli buntować przeciwko napływowi uchodźców. Zapraszam Was do fascynującego Libanu. Kraju, w którym spędziłam zaledwie kilka dni i którego nie zrozumiałam, bo w takim krótkim czasie się nie da. Ale to kraj, o którym nie da się przestać myśleć jeszcze długo po powrocie.

Liban to jedyny kraj na świecie, gdzie równowagę polityczno-religijną gwarantuje konstytucja. Prezydentem może być wyłącznie chrześcijanin maronita, premierem muzułmanin sunnita, a przewodniczącym parlamentu muzułmanin szyita. I nikt się przeciwko temu nie buntuje. W Bejrucie jest mnóstwo mieszanych rodzin, nie ma dzielnic muzułmańskich czy chrześcijańskich, w szkole też nie ma podziału dzieci ze względu na religię. Wszyscy żyją obok siebie bez żadnych napięć.

Sam Bejrut bardzo przypomina mi Belgrad. Może nie architektonicznie, bo jednak centrum Bejrutu jest niebywale eleganckie i szykowne ale budynki ze śladami po kulach, wszechobecne ślady niedawno zakończonej wojny a przede wszystkim ludzie i ich podejście do życia. I w Belgradzie, i w Bejrucie żyje się tu i teraz, niczego nie odkłada się na później, dba się o relacje. Bardzo żałuję, że gdzieś mi przepadły zdjęcia z Belgradu (mam tylko pojedyncze w telefonie) i nie mogę Wam o tym fascynującym mieście napisać. Może to po prostu znak, że trzeba tam jeszcze raz lecieć? 😉

Ale wróćmy do Bejrutu, zapraszam na spacer po największych atrakcjach miasta.

Place d’Etoile

Główny plac miasta wzorowany na paryskim placu o tej samej nazwie. W centralnym punkcie znajduje się wieża zegarowa ufundowana przez Michela Abeda. Przy placu znajduje się także wybudowany w 1932 roku budynek parlamentu.

Przez lata plac był ekonomicznym i finansowym centrum Bejrutu, w latach 70-tych stał się zakorkowanym rondem. Jak całe centrum został zniszczony podczas wojny i odbudowany w latach 90-tych. Po rekonstrukcji plac zamknięto dla ruchu kołowego.

To co Was zaskoczy (a przynajmniej mnie zaskoczyło) to pustki – na ulicach, w knajpach i sklepach. Odbudowane po wojnie centrum to miejska kość niezgody. Większość terenów została sprywatyzowana przez spółkę należącą do rodziny byłego premiera Rafika al-Haririego. Bejrutczycy się przeciwko temu buntują i w ramach protestu nie bywają w centrum, a czas spędzają w okolicach promenady Corniche.

Z placu Etoile warto się przespacerować na souk. Nawet jeśli nie chcecie nic kupować. Przed wejściem na targ (choć to raczej centrum handlowe, a nie souk znany z innych krajów arabskich) stoi wielki napis I Love Beirut. Takie najbardziej instagramowe miejsce w mieście 😉 O dziwo wcale nie oblegane jak w innych tego typu miejscach na świecie. Ale to zapewne dlatego, że dla mieszkańców, którzy mijają go co chwilę to żadna atrakcja, a turystów w Libanie zbyt wielu nie ma.

Po drodze warto zajrzeć do małego meczetu Emira Munzira, który mieści się w miejscu, gdzie kiedyś był kościół katolicki. Kościół przebudowano, dobudowano minaret i dziś stoi tam meczet. Wstęp jest bezpłatny.

Meczet Al-Omami

Po drugiej stronie placu wznosi się największy meczet w Bejrucie. 48-metrowa kopuła i 65-metrowe minarety widoczne są z wielu punktów miasta. Niebieska kopuła była inspirowana meczetami otomańskimi, a sama budowla powstała na wzór meczetu Sultan Ahmed w Stambule.

Meczet otwarto w 2008 roku. Został zbudowany ze środków polityka i multimilionera Rafika al-Haririego, który jednak nie doczekał otwarcia, bo w 2005 roku zginął w zamachu bombowym. Jego grób znajduje się na małym cmentarzu nieopodal meczetu.

Żeby wejść do meczetu trzeba oczywiście być odpowiednio ubranym. Kobiety muszą mieć zakryte ręce, nogi i włosy. Trzeba oczywiście zdjąć buty. I moja dobra rada – weźcie ze sobą skarpetki. Nawet jeśli chodzicie w sandałach to spakujcie sobie do plecaka, żeby założyć przed wejściem do meczetu. Smrodek spoconych stóp jest mocno wyczuwalny i tak na całkiem gołe stopy to bym wejścia ani do tego, ani do innego meczetu nie polecała. Co by nie przywieźć z wakacji jakiejś niespodzianki. Przed wejściem do meczetu można wypożyczyć abaję (bezpłatnie).

Sam meczet jest ogromny, wnętrze jest w stanie pomieścić 3700 wiernych. Jest oddzielna część do modlitwy dla mężczyzn i dla kobiet, zwiedzać można obie.

Nieco stoi brudny szkielet Beirut Dome czyli kopuły tudzież jajka (nawet na mojej mapie był oznaczony jako Egg Building). Kiedyś mieściło się tam kino i centrum handlowe, dziś to szara skorupa z powykręcanymi prętami zbrojeniowymi.

W bliskiej odległości znajduje się też dawny teatr. W chwili obecnej jest zniszczony i opuszczony, lada moment ma się zacząć jego remont. Plotki głoszą, że ma być zamieniony w centrum handlowe…

Maronicka katedra św. Jerzego

Chrześcijanie mieszkający na terenie Libanu to w zdecydowanej większości maronici. Wyznanie bardzo wpływa na codzienne życie Libańczyków. Dla maronitów najważniejsza jest rodzina i wszyscy Libańczycy należący do tego wyznania dążą do tego, by ich dzieciom żyło się jak najlepiej. Rodzice, mający najczęściej dwójkę dzieci, zaharowują się na 2-3 etatach po to, by zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą edukację (ta jest w Libanie bardzo droga ale też Libańczycy uchodzą na najlepiej wykształconą nację na całym Bliskim Wschodzie).

Maronicka katedra świętego Jerzego to kolejny symbol miasta. Wybudowana pod koniec XIX wieku katedra nawiązuje do stylu neoklasycystycznego, wnętrze wykonane jest w większości z marmuru. Inspiracją dla jej budowy była rzymska bazylika Santa Maria Maggiore. Budowla jest świeżo odrestaurowana po wojennej zawierusze. Kościół jest siedzibą archidiecezji maronickiej.

Ruiny łaźni rzymskich

Jak sama nazwa wskazuje są to już tylko pozostałości więc trzeba mieć bujną wyobraźnię, żeby sobie uzmysłowić jak mogło to wszystko wyglądać tysiące lat temu. W ogóle Liban to kraj dla ludzi z bogatą wyobraźnią. Tych ruin wszelakich jest tam mnóstwo (będę o nich oczywiście pisać w kolejnych postach) i często trzeba naprawdę odpalić szare komórki, żeby zobaczyć coś więcej niż po prostu kupę kamieni.

Za czasów rzymskich znajdowały się tu cztery duże kompleksy basenowe i liczne małe łaźnie. To jednak powodowało wzrost zużycia wody w mieście i Rzymianie zdecydowali się na budowę akweduktu zasilanego przez rzekę Bejrut znajdującą się około 10 kilometrów za miastem. Stworzono też całą sieć dystrybucji wody do każdego z basenów.

Ogród Wybaczenia

Znajduje się w okolicy placu Męczenników. Otoczony jest przez opisane wyżej świątynie różnych wyznań. Jest to miejsce, którego nie było w planie zagospodarowania Bejrutu. Założenie było takie, że miało to być miejsce spokoju, refleksji, zrozumienia i tolerancji. W 1998 roku projekt Gustafsona Portera połączył różne aspekty libańskiego dziedzictwa i różnorodnych krajobrazów, które podkreślają narodową jedność. Wejście na teren ogrodu to symboliczne wkroczenie w przeszłość miasta.

Katedra grekokatolicka św. Elie

Trzynawowa bizantyjska katedra została wybudowana pod koniec XVIII wieku, następnie kilkukrotnie była przebudowywana. Została zniszczona podczas wybuchu bomby w czasie wojny domowej (1975 – 1990) i w latach 90tych odbudowana stąd sprawia wrażenie zupełnie nowej.

Ortodoksyjny kościół św. Jerzego

Grecki kościół ortodoksyjny został wybudowany w XIV wieku. Funkcjonował wtedy jako konwent św. Jerzego – był to kościół, siedziba biskupa i księży, szpital, szkoła, biblioteka i pierwsza drukarnia w Bejrucie. Po raz pierwszy katedra została zniszczona w 1759 roku w trzęsieniu ziemi, odbudowano ją w 1767 ale jeszcze w tym samym roku uległa ponownemu zniszczeniu. Po raz kolejny odbudowano ją w 1772 roku, a na początku XX wieku ją powiększono. Jak większość zabytków Bejrutu tak i ona ucierpiała wskutek wojny domowej. Po remoncie otwarto ją ponownie w kwietniu 2003 roku. Rosyjscy i greccy artyści odnowili malowidła i dodali nowe. Podczas prac archeologicznych odkryto pozostałości wcześniejszej świątyni.

Plac Męczenników

Plac z pomnikiem powieszonych tu przez Turków podczas I Wojny Światowej. Na pomniku też są widoczne ślady po kulach, podczas wojny stał na linii frontu. Plac stoi pośrodku ruchliwej ulicy w centrum miasta.

Ulica Al Hamra i dzielnica Al-Aszrafijja

Z pewnością słyszeliście, że w latach 50 i 60-tych XX wieku Bejrut nazywano Paryżem Bliskiego Wschodu. Ze względu na liczne zniszczenia powojenne to powiedzenie jest już nieaktualne, miasto straciło swój dawny blask ale śladów francuskiej stolicy można szukać w dzielnicy Al-Aszrafijja. Powiedziałabym, że to taki bejrucki Montmartre. Dużo tu galerii sztuki, sklepików młodych twórców, alternatywnych restauracji i kawiarni oraz sporo streetartu. Bardzo, bardzo, bardzo przyjemne miejsce i polecam Wam tak zaplanować spacer po Bejrucie, żeby tam dotrzeć chociaż na 2 godzinki. Najlepiej wieczorem, bo wtedy dzielnica ożywa.

Najciekawsza część dzielnicy to pas pomiędzy ulicami Sursock i Gouraud. Przy ulicy Sursock zobaczycie wiele rezydencji należących do najbardziej prominentnej rodziny w kraju. Większość pałaców pochodzi z XVIII i XIX wieku. Przy ulicy zobaczycie także budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Muzeum Sursocków. Niestety muzeum jest czynne tylko do 18, ja byłam tam już przed 19 i pocałowałam klamkę. Można zobaczyć tu oryginalne XIX-wieczne wnętrza, kolekcję sztuki i pamiątki po rodzinie Sursocków. Ale sam budynek muzeum też jest przepiękny i warto go zobaczyć chociaż z zewnątrz. Większość pałaców jest dziś rezydencjami bogatych Bejrutczyków, są chronione i nie ma możliwości wejścia do środka, ani nawet na teren posesji. Pozostaje spacerowanie i ewentualnie robienie zdjęć przez płot 😉

Spacerując ulicą Sursocków skręćcie za kawiarnią e Cafe na schodki św. Mikołaja. Wokół nich koncentruje się życie artystyczne dzielnicy. A na dole, przy ulicy Gouraud znajdziecie całe mnóstwo barów i restauracji. Tu toczy się życie nocne Bejrutu.

Co ciekawe, w okresie wojny domowej dzielnica była bastionem prawicowych milicji.

Corniche

Ciągnąca się przez 7 kilometrów promenada to rewers bejruckich ulic – o każdej porze dnia i nocy życie toczy się tu niespiesznie. Tu umawiają się zakochani, tu spacerują całe rodziny, tu starsi panowie piją kawę, młodzi mężczyźni palą sziszę, młode dziewczyny tańczą. I wreszcie tu prędzej czy później dociera każdy turysta. Promenada otoczona jest palmami, znajduje się tu sporo kafejek i restauracji. To najlepsze miejsce, żeby podejrzeć jak żyją Libańczycy.

Gołębie Skały – Roches de Raouche

Na samym końcu symbol Bejrutu choć tak naprawdę pierwsze miejsce, które odwiedziłam zwiedzając miasto. Są to dwie 60-metrowe (!) wapienne skały pochodzące z czasów prehistorycznych. Lonely Planet pisze, że to najbardziej instagramowe miejsce w Bejrucie. Jak dla mnie to nr 2, nr 1 to jednak napis I love Beirut 😉 Lokalesi mówią, że jeśli nie masz fotki przy Gołębich Skałach to znaczy, że nie byłeś w Bejrucie 😉

A skąd w ogóle nazwa? Wyjaśnienie jest dosyć banalne – po prostu na skałach kiedyś lubiły gromadzić się gołębie. Teraz ich tam nie ma, przynajmniej ja nie widziałam ani jednego. Bejrutczycy nazywają je Skałami Bejruckimi. Jako Gołębie Skały występują właściwie tylko w przewodnikach turystycznych.

Bejrut – czy warto?

Absolutnie tak. Miasto jest zupełnie inne od europejskich metropolii, pełne zabytków i ciekawych miejsc. Warto pospacerować Corniche, warto wypić kawę na starym mieście, zwiedzić wszystkie świątynie. Zdecydowanie nie można pominąć Bejrutu zwiedzając Liban. Ja jestem tym miastem oczarowana i mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *