Tunezja – Matmata i Gwiezdne Wojny

Wybierając się z Djerby na Saharę warto zobaczyć kilka miejsc po drodze.

Matmata

Matmata to wyjątkowe miejsce na mapie Tunezji. Krajobrazy są tu iście księżycowe a miejscowość zasłynęła tym, że w 1976 roku była planem filmowym dla hollywódzkiego hitu Gwiezdne Wojny.

Miejscowość słynie z tradycyjnych berberyjskich domostw wydrążonych pod ziemią. Pas kilkunastu takich berberyjskich domostw ciągnie się wzdłuż głównej drogi.

Domy jaskiniowe nazywa się też domami troglodytów. Nazwa pochodzi z języka greckiego trogle – dziura, dyein – wchodzić. Domy drążono w skałach ze względów praktycznych – utrzymuje się w nich stała temperatura niezależnie od warunków atmosferycznych. Tradycyjne berberyjskie domostwo składa się z wewnętrznego patio o promieniu co najmniej 10 metrów i wychodzących na nie pomieszczeń. Zawsze jest kuchnia, spiżarnia, sypialnia i kilka pokoi mieszkalnych.

Część takich jaskiniowych domków służy dziś za swego rodzaju muzea. Nie są one zamieszkane, a służą jako atrakcja turystyczna. Do takiego domku można wejść, obejrzeć, często jest się poczęstowanym miętową herbatką, chlebem tabuna, oliwą i miodem. Oliwę i miód można też zakupić. Za wejście na teren takiego domostwa nie jest pobierana opłata ale przy wyjściu można zostawić napiwek.

Mimo iż mam pełną świadomość, że to typowa atrakcja turystyczna to i tak uważam, że warto taki domek zobaczyć. Powchodzić do poszczególnych pomieszczeń, wyobrazić sobie jakby to było mieszkać w takiej jaskini. Można też wejść na skałę obok i spojrzeć na domek z góry.

Słynny dom Larsów, wujostwa Luke’a Skywalkera z Gwiezdnych wojen jest właśnie jednym z domów Matmaty.

Tamezret

To niewielka miejscowość położona 13 km od Matmaty. Tu również znajdują się domy jaskiniowe.

Miejscowość położona jest na wzgórzu i obfituje w sporą ilość kawiarni i restauracji z tarasami widokowymi oferującymi piękne panoramy okolicy. To właśnie z tej miejscowości pochodzą ciasteczka uszy gazeli, o których pisałam Wam przy okazji tunezyjskich kulinariów.

Tataouine

W Gwiezdnych wojnach miasteczko użyczyło swojego imienia pustynnej planecie Tatooine, na której rozpoczęła się historia najsłynniejszej filmowej sagi wszech czasów.

W filmowym domu Larsów działa dziś niewielki hotel Sidi Driss, w którym zachowały się nawet reszki znanych z Gwiezdnych Wojen dekoracji. Już przy wejściu atakuje nas wielki napis Star Wars. Wchodzimy do środka i kierujemy się w prawo, dochodzimy do dziedzińca, a potem w lewo do jednego z pomieszczeń. Jeśli jesteście wielkimi fanami filmu to uprzedzam – czeka Was rozczarowanie. To nie jest muzeum, to nie jest plan filmowy, to nie jest miejsce, które przyciąga tysiące turystów. To jest tylko pokoik z zawieszonymi zdjęciami.

Gdyby to było w Ameryce to nie pozostawiono by nawet tego hotelu samego sobie. Zrobiono by sklepik z pamiątkami, może jakąś interaktywną wystawę. A w Tunezji jest tylko parę niszczejących zdjęć. Piszę o tym nie dlatego, że jestem fanką Star Wars (wstyd się przyznać ale nie widziałam nawet jednej części, nawet urywka) ale w kontekście tej upadającej w Tunezji turystyki. Gdyby ktoś się za to wziął, uporządkował to, zrobił ten nieszczęsny sklepik i porządnie to wypromował (co w czasach social mediów nie byłoby ani trudne, ani kosztowne) to do tego miejsca pielgrzymowałyby tysiące fanów Gwiezdnych Wojen. A tak – zmarnowany potencjał. Szkoda.

Wycieczka na Saharę z Djerby

Z Dżerby można wybrać się na jedno- lub dwudniową wycieczkę na Saharę. Celem wyjazdu jest miasteczko Douz – pustynna stolica Tunezji na skraju Sahary, a dokładnie w jej części zwanej Wielkim Ergiem Wschodnim.

Douz – Wrota Sahary

W przeszłości miasto było ważnym miejscem postoju karawan przemierzających pustynię z północy na południe. Dziś jest centrum turystycznym i ważnym producentem daktyli. W grudniu odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Sahary.

Na skraju Sahary znajduje się kilka punktów skąd wyruszają wycieczki na pustynię. W większości z nich znajduje się jakiś sklepik, kawiarnia i wypożyczalnia tradycyjnych beduińskich strojów (za symboliczną kwotę 1 TND).

Na pustynię można wybrać się na wielbłądzie, bryczką lub jakimś pojazdem mechanicznym (quad lub buggy). Zazwyczaj to wyjście na pustynię trwa około godziny ale podczas mojej wizyty było nieziemsko gorąco (38 stopni w cieniu, którego na pustyni przecież nie ma) i na prośbę wszystkich uczestników wyjazdu zostało ono skrócone do niecałych 40 minut. Powiem szczerze, że mimo iż bezkres pustyni robi fantastyczne wrażenie to przez ten upał miałam ochotę na odwrót już po 15 minutach. Upał na pustyni jest naprawdę nie do zniesienia i jeśli wybieracie się do Tunezji latem, gdy temperatury sięgają 40 stopni to nie będziecie mieli zbyt wiele przyjemności z takiej wyprawy. Myślę, że zimą albo wiosną wrażenia byłyby dużo lepsze.

Uwaga, na pustyni spotkało mnie jedno mało przyjemne doświadczenie. Po tym jak grupa dociera na pustynię nagle pojawia się jakiś człowiek, który podjeżdża motorem i wręcza wszystkim po butelce jakiegoś napoju (jaki gazowany typu sprite). Otwiera szklaną butelkę, niemalże wkłada w rękę i nawet jeśli mówicie, że nie macie ochoty to on Wam ją wciska na siłę. Mówi, że to dla wszystkich z grupy za free tylko, żeby mu potem oddać butelkę. I jak te butelki zbiera to żąda opłaty 10TND za 0,2l butelkę napoju! Ja mówiłam, że nie chcę i nawet nie wypiłam tego co mi dał więc musiałam się z nim kłócić. Większość ludzi dla świętego spokoju mu zapłaciła. Uważam, że biura organizujące wycieczki powinny dążyć do tego, żeby tacy ludzie się na pustyni nie pojawiali, bo to bardzo psuje odbiór i samej wycieczki, i w ogóle kraju. W hotelu ostrzegano mnie, że na wycieczkach na Saharę pojawiają się ludzie z lisami pustynnymi, zachęcają do robienia sobie z nimi zdjęć i też każą sobie płacić. Tacy też się pojawili ale rzeczywiście jeśli się powiedziało, że nie jest się zainteresowanym to dawali spokój. Natomiast ten koleś z napojami był naprawdę bezczelny więc jeśli Wam się taka sytuacja przydarzy to zdecydowanie od takich ludzi nic nie przyjmujcie jeśli nie chcecie później płacić.

Sahara to największa pustynia świata, której obszar można porównać do terytorium całej Europy (!). Podczas takiej jednodniowej wycieczki nie zobaczy się oczywiście zbyt wiele ale połacie piachu ciągnące się po horyzont robią wrażenie nawet jeśli widziało się już w życiu kilka innych pustyń (np. tę w Dubaju czy jordańską Wadi Rum). Ja byłam na wycieczce jednodniowej, podczas dwudniowej nocuje się na Saharze! Myślę, że to też musi być świetne doświadczenie.

Oaza

Podczas wyjazdu na Saharę zazwyczaj odwiedza się też oazę. Oazę można poznać po… palmach. Podstawową rośliną są 25-metrowe palmy daktylowe. Poza tym w oazach zazwyczaj znajdują się drzewka oliwne, pomarańczowe oraz granatowce. Często spotyka się też bananowce i winorośle .

Wyjazd na Saharę – jak się przygotować?

Przede wszystkim zabierzcie wygodne, lekkie ubranie. Najlepiej z naturalnych materiałów, bo w syntetycznych się ugotujecie. Do tego wygodne buty – najlepiej sandały (nie klapki!) i duuuużo wody. Weźcie też jakieś mokre chusteczki albo coś do wytarcia, bo piasek będziecie mieli wszędzie. Żeby nie dostał się do oczu weźcie koniecznie przeciwsłoneczne okulary. I coś na głowę, ze słońcem na pustyni nie ma żartów. Krem z filtrem – koniecznie. I to wysokim. Latem wyłącznie SPF50 ma sens. I pamiętajcie, żeby był wodoodporny.

Róże pustyni – symbol Afryki

W sklepikach na skraju pustyni czy w okolicznych miejscowościach na pewno zobaczycie róże pustyni – jest to minerał, który kształtem przypomina właśnie różę, stąd nazwa. Jest to kryształ gipsu, który powstaje w wyniku odparowania silnie zmineralizowanych wód słonych jezior. W kryształkach uwięzione są ziarenka piasku stąd ich charakterystyczny kolor.

Jeśli chcecie mieć wyjątkową pamiątkę z wycieczki na pustynię to możecie zakupić sobie taką właśnie różę pustyni.

Sahara z Djerby – czy warto?

Jest to wycieczka całodniowa, Douz oddalone jest od Djerby o prawie 300 kilometrów ale jeśli nie byliście wcześniej w Tunezji to myślę, że warto poświęcić cały dzień na zobaczenie skrawka największej pustyni na świecie. Jeśli jesteście w Tunezji na dłużej to chyba fajnie by było wybrać się na taką dłuższą, 2-dniową wycieczkę, z noclegiem na pustyni. Jednodniowa wycieczka na Saharę kosztuje ok. 200-250zł, dwudniowa 350-450zł.

Djerba – zwiedzanie wyspy

Djerba, Jerba, Dżerba – jakkolwiek by tej nazwy nie zapisywać, chodzi o to samo miejsce. Djerba to największa wyspa u północnych wybrzeży Afryki o powierzchni ponad 500 kilometrów kwadratowych. Wyspa zamieszkana jest przez Arabów, Berberów i Żydów co tworzy jej specyficzny charakter.

Już za czasów rzymskich wyspę połączono z lądem za pomocą grobli zwanej do dziś groblą rzymską. Grobla poza tym, że jest drogą dojazdową z lądu na wyspę, zapewnia też dopływ wody z lądu na wyspę.

Houmt Souk – stolica wyspy

Zwiedzanie wyspy najlepiej zacząć od jej nieformalnej stolicy i największego miasta. Nazwa oznacza dokładnie sąsiedztwo targu. I to właśnie targ, czyli z arabskiego souk, już od czasów starożytnych był centralnym punktem miasta.

Stare miasto to plątanina wąskich uliczek gdzie znajdziemy mnóstwo sklepików i stylowych butikowych hoteli tzw. fonduków. Zaglądajcie w podwórka, możecie znaleźć takie perełki jak np. hotel Marhala – przerobiony na hotel dawny karawanseraj.

Przy avenue Abdelhamid el Kdhi mieście się Muzeum Tradycji i Kultury Djerby. Można tu zobaczyć m.in. kolekcję strojów regionalnych z różnych regionów Djerby, stroje i biżuterię ślubną oraz rekonstrukcję warsztatu garncarskiego. Bilet wstępu kosztuje 4 TND, zdecydowanie warto.

Borj el Kebir (Borj Ghazi Mustapha), znany też jako Twierdza Hiszpańska, to budowla obronna z 1432 roku. Nazwa pochodzi stąd, że broniący się tam w 1560 roku garnizon wojsk hiszpańskich nie zdołał odeprzeć ataku korsarzy, którzy zdobyli twierdzę i wycięli w pień obrońców, a z ich czaszek usypali kopiec przy brzegu morza. Jego średnica u postawy wynosiła ponad 10 metrów.

Z fortu rozpościera się piękny widok na morze i miasto. Spacerując dookoła zwróćcie uwagę na nowowybudowany amfiteatr.

Sercem miasta jest souk – labirynt wąskich uliczek z kilkoma niewielkimi placami. Klimat tego miejsca jest absolutnie bajkowy. Białe ściany udekorowane są kwiatami i kolorowymi muralami. Wąskie uliczki aż proszą się o zdjęcia. Dziesiątki zdjęć. A potem aż chce się usiąść w kafejce przy jednym z placów i z filiżanką kawy (w wersji letnie upalnej – szklanką zimnego piwa) podziwiać ten kolorowy labirynt. No a potem trzeba ruszyć na shopping – kupicie tu absolutnie wszystko czego potrzebujecie z Tunezji (TU napisałam co warto przywieźć) – magnesiki, biżuterię, ubrania, kosmetyki, oliwę, przyprawy. Absolutnie wszystko. Nawet dywan. Wybór jest spory, atmosfera dość luźna i spokojna, nie jest tak gwarno i nerwowo jak na innych arabskich soukach.

Jeśli będziecie w Houmt Suk rano (ja niestety byłam po południu) to zajrzyjcie koniecznie na targ rybny. Licytacja jaka się tu odbywa każdego ranka to już swego rodzaju legenda. Starsi panowie ubrani w białe galabije i z czerwonymi szesziami na głowach prowadzą licytacje świeżo złowionych ryb i ośmiornic.

W mieście znajdują się dwa meczety – Meczet Nieznajomych i Meczet Turków. Oba są dostępne wyłącznie dla muzułmanów. Jest też kościół katolicki, do którego można zajrzeć ale nie ma tam nic ciekawego.

I na koniec jeszcze jedno miejsce gdzie zawiózł nas kierowca. Generalnie to taka typowa tourist trap 😉 Ale nie żałuję, że tam trafiłam z jednego prostego powodu – ogród ze zdjęć powyżej.

Generalnie jest to atelier tunezyjskiego artysty Dar Jilani gdzie można zobaczyć jak on pracuje i zakupić jego wyroby. Już pomijając fakt, że te wyroby zupełnie nie w moim guście to jest to takie typowe miejsce gdzie przywozi się zorganizowane wycieczki. Więc jeśli tam traficie – czy to z wycieczką, czy Wasz taksówkarz zapewni Was, że to miejsce po prostu MUSICIE zobaczyć – nie wchodźcie do środka tylko idźcie do ogrodu. A ten jest obłędny. W czerwcu wszystko kwitło i żyło. Do tego gustownie udekorowane altanki i basen zachęcający do tego, żeby tam wskoczyć 😉 Przy atelier funkcjonuje mały hotel i szczerze mówiąc chętnie bym w tym hoteliku i ogrodzie została na dłużej.

Guellala – stolica garncarstwa i ceramiki

Guellala z języka berberyjskiego oznacza wyroby gliniane. I właśnie to zobaczycie w tym miasteczku. Jest to drugi co do wielkości ośrodek produkcji ceramiki w Tunezji. Pierwszy znajduje się w Nabeul na półwyspie Cap Bon (na kontynencie).

Wioska zamieszkana jest głównie przez Berberów i wciąż używa się tu języka berberyjskiego uważanego za najstarszy język w Afryce północnej. W ogóle Gellala jest najstarszą osadą na wyspie a piece używane tu do wypalania ceramiki często mają więcej niż tysiąc lat.

Cała główna ulica miasta wypełniona jest warsztatami ceramicznymi i sklepikami z dzbankami, garnkami, kubkami i innymi wyrobami. Większość warsztatów to instytucje działające od pokoleń. Często można tu zobaczyć na żywo jak powstają wyroby ceramiczne.

Erriadh (Ar-Rijad) – stolica street artu

O tej miejscowości nie przeczytacie w przewodnikach (przynajmniej w moim jej nie było) ale znajdziecie ją na instagramie 😉 Moi instagramowi followersi wiedzą już, że zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i przepadłam absolutnie.

Miasto od 2014 roku jest stolicą tunezyjskiego streetartu, swego rodzaju muzeum na otwartym powietrzu i gospodarzem imprezy o wdzięcznej nazwie Djerbahood. Zainicjowali ją paryscy artyści skupieni na co dzień wokół galerii Itinerrance. To co możemy dziś podziwiać na ścianach budynków to ponad 150 dzieł artystów z 30 krajów świata, w tym Polski.

Jak wiecie ja kocham streetart więc nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym mieście. Było nieziemsko gorąco (to był ten dzień kiedy termometr wskazywał 38 stopni) więc to było raczej bieganie między uliczkami (cienia tam bardzo niewiele, mi się w pewnym momencie zagrzał telefon i musiałam się schować w jakimś barze, żeby go schłodzić) ale warto się było pomęczyć. Część murali jest już niestety dosyć zniszczona (jak powstają od 2014 roku tak sobie są na tych ścianach, nikt ich nie odnawia) ale i tak robią ogromne wrażenie. Myślę, że fajnie by było pochodzić tam na spokojnie (to może zimą) i pozgadywać skąd są poszczególne dzieła i co autor miał na myśli.

Są tam też oczywiście polskie akcenty. Jeden mural z arbuzami, którego nie udało mi się znaleźć oraz mural autorstwa Nespoon przedstawiający koronki (pochodzi z 2014 roku). Nie ukrywam, że wcześniej nie znałam NeSpoon ale jak teraz zaczęłam sobie czytać co ta dziewczyna tworzy to przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo – SZACUN. Zerknijcie na jej Facebooka tudzież instagrama. Ci, którzy śledzą mnie na instagramie widzieli już jej dzieła m.in. z Lublina i Wrocławia.

Erriadh to także wioska, którą znają Żydzi z całego świata. Po pierwsze znajduje się tu synagoga El-Ghriba (Al-Ghariba, la Ghriba, Cudzoziemka), a po drugie jest miejscem corocznych pielgrzymek Żydów z całej Afryki Północnej, a nawet reszty świata. Pielgrzymka odbywa się zawsze 33 dni po Wielkanocy. Na co dzień mała, senna wioska wygląda wtedy podobno jak plan hollywoodzkiego filmu – nie dość, że jest mnóstwo gości to ochrona jest w stanie najwyższej gotowości. Jest mnóstwo policji, wojska, ochrony cywilnej, nad miasteczkiem latają helikoptery. Wynika to po części z tego, że 11 kwietnia 2002 roku miał miejsce krwawy zamach – na teren synagogi wjechała ciężarówka wypełniona gazem, w wyniku czego zginęło 21 osób, w tym 14 niemieckich turystów.

W mojej opinii Erriadh jest to miejsce, które MUSICIE odwiedzić będąc na Djerbie.

Sporty wodne

Na Djerbie możecie spróbować różnych sportów wodnych w bardzo atrakcyjnych cenach (na pewno niższych niż w Europie). Możecie popływać skuterami wodnymi, na bananie i wszelkich innych ustrojstwach.

Ja zdecydowałam się w końcu spróbować parasailingu. Lekko od 3 lat już byłam prawie zdecydowana i jakoś zawsze brakowało mi odwagi 😀 Jeśli też byście chcieli a się boicie to absolutnie nie ma czego. Parasailing to 1% poziomu adrenaliny w porównaniu z paraglidingiem, którego spróbowałam w Rio de Janeiro. O ile paragliding był cudowny i wspaniały ale wiem, że nigdy więcej się na to nie zdecyduję to parasailing to jest totalny luz, oglądanie pięknych widoków, wszystko na spokojnie i bez stresu, żałuję, że nie wzięłam ze sobą telefonu tam na górę. Taka przyjemność w Tunezji kosztuje 50 TND.

Blue lagoon

Mam być szczera? Wyspa jest piękna ale to wyprawa na błękitną lagunę jest moim najlepszym wspomnieniem z Tunezji. Coś o czym nie miałam pojęcia, czego nie przeczytałam w żadnym przewodniku ani na żadnym blogu. Gdzieś ktoś powiedział, że z Zarzis (gdzie był mój hotel) można popłynąć do Twierdzy Skorpiona. Więc pewnego popołudnia idziemy na plażę do panów od sportów wodnych i pytamy. Do twierdzy owszem, można popłynąć ale oni by nam bardziej polecali blue lagoon. Nazwa i parę pokazanych przez nich zdjęć rozpala wyobraźnię więc po krótkich negocjacjach ustalamy cenę – 200 TND za 5 osób. Nie oszukujmy się – to za półdarmo. Tyle ma kosztować 2-godzinna wycieczka. Jest też opcja wycieczki 4-godzinnej za 300 TND za 5 osób. Generalnie fajnie by się było popluskać dłużej ale weźcie pod uwagę, że płyniecie w miejsce gdzie nie ma baru 😀 jedzenia ani żadnej infrastruktury, ani kawałka cienia a jest dobrze ponad 30 stopni. Myślę, że zimą czy wiosną fajniej by było na dłużej ale latem taka 2-godzinna wycieczka to dość.

Następnego dnia, o umówionej godzinie (jakoś koło 9) stawiamy się na plaży. Pakują nas do zdezelowanej (naprawdę, nie przesadzam) motorówki napędzanej lewym libańskim paliwem. Taka to rzeczywistość – na Djerbie nie ma stacji benzynowych, podróżując po wyspie napotkacie takie stoiska gdzie jest lewe paliwo z Libii w baniakach 5-litrowych. Libia oddalona jest zaledwie 90 km od Djerby i stamtąd pochodzi większość używanej na wyspie benzyny. Śmierdzi to nieziemsko ale przygoda to przygoda. Dla tych, którzy nie pamiętają – ja nienawidzę transportu morskiego. Jachty, łódki, promy, motorówki to coś co mnie tak stresuje, że najchętniej schowałabym się pod pokład. Ale jak się powiedziało A… 😉

Rozsiadamy się na motorówce, mi na szczęście przypadło miejsce z tyłu, a nie na dziobie. Na początku całkiem miło, fajnie i przyjemnie, bardziej dryfujemy niż płyniemy, nawet mi się podoba. Ale po chwili nasz kapitan odpala motór i pędzimy ile fabryka dała. Z jednej strony strach, z drugiej ekscytacja, sama nie wiem czy bardziej się boję czy bardziej mi się podoba 😀

Odpływamy naprawdę daleko od brzegu, fale są coraz większe (mimo iż generalnie morze było naprawdę spokojne), u mnie zdecydowanie strach dominuje nad ekscytacją. Na szczęście kapitan (to bardzo górnolotne określenie, mam nadzieję, że w ogóle miał jakiekolwiek papiery) zatrzymuje łajbę, czekamy na delfiny. Trochę się kręcimy, delfinów nie widać, podpływamy dalej. Ja już zwątpiłam ale rzeczywiście się pojawiają – najpierw jeden, potem drugi, ostatecznie jest małe stadko pięciu sztuk. Nie uwierzycie ale to pierwsze delfiny w moim życiu widziane tak w naturalnym środowisku. Ciężko uchwycić je na zdjęciu ale nakręciłam też filmik i mogliście go oglądać w insta stories.

No ale wracamy do meritum – po podglądaniu delfinów kierujemy się już do naszego miejsca docelowego, czyli błękitnej laguny. Powiem Wam, że miejsce jest nieziemskie i niezwykłe. Kolory wody i piasku jak z pocztówek, woda cieplutka, krystalicznie czysta a najlepsze w tym wszystkim jest to, że poza naszą 5-osobową ekipą nie było tam nikogo. Laguna Balos na Krecie też jest piękna ale wszyscy, którzy tam byli wiedzą, że nawet zrobienie zdjęcia bez innych osób w tle jest wręcz niemożliwe. A tu, w szczycie sezonu turystycznego, macie lagunę praktycznie do własnej dyspozycji. Jest pięknie, bosko i rajsko. Spacerujemy, robimy zdjęcia, kąpiemy się. I wracamy. Droga powrotna mija już bez większego stresu i po nieco ponad 2 godzinach od wypłynięcia wracamy do hotelu. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że było to najlepsze co przeżyliśmy w Tunezji. Najprawdziwszy raj. Takie tunezyjskie Malediwy 😉 To nie jest wycieczka, którą kupicie w biurze podróży czy hotelu. Najlepiej pójść na plażę do osób, które oferują sporty wodne i pytać o blue lagoon. Na pewno będą wiedzieli o co chodzi. Warte każdych pieniędzy a za 40 TND za osobę to się nawet nie ma co zastanawiać. Latem nie polecam dłuższej wersji, bo Was wymęczy ale w okresie gdy temperatury są niższe niż 25 stopni to myślę, że i pół dnia można tam spędzić!

Tunezja – atrakcje dla dzieci

Co poza tym można robić na Djerbie? Można popłynąć na wyspę Flamingów. Miałam to w planach ale okazało się, że w okresie letnim na wyspie flamingów nie ma. Żeby pokąpać się w towarzystwie różowych ptaków musicie lecieć do Tunezji w okresie zimowym. I ja kiedyś mam zamiar to zrobić, zawsze to bliżej niż na Arubę 😉

Na Djerbie dosyć popularny jest Djerba Explore Park – park tematyczny poświęcony kulturze arabskiej i ferma krokodyli. Właśnie te ostatnie stworzonka przyciągają do parku rodziny z dziećmi. Mnie to w ogóle nie kręci ale wiem, że to dosyć popularna atrakcja i jeśli lecicie na Djerbę z dziećmi to warto wziąć ją pod uwagę.

Djerba – wakacje w Tunezji – informacje praktyczne

Tunezja chodziła mi po głowie od paru ładnych lat ale najpierw były ważniejsze kierunki, potem sytuacja w Tunezji się zaogniała (jaśminowa rewolucja, arabska wiosna, potem następujące po sobie zamachy terrorystyczne). Ale od paru miesięcy przyglądałam się ofertom wyjazdów do Tunezji. Kusiło mnie, żeby polecieć w lutym ale jakoś tak wyszło, że w lutym siedziałam w domu. Niemniej w maju zdecydowałam, że będę polować na jakiegoś lasta w czerwcu. I tak też się stało, kilka dni przed wylotem zakupiłam wakacje all inclusive na tunezyjskiej wyspie Djerba, a właściwie w oazie Zarzis. W tym wpisie przedstawię Wam wszystkie praktyczne aspekty wyjazdu do Tunezji, takie wszystko co chcielibyście wiedzieć ale boicie się zapytać 😉 A o tym co warto zobaczyć na wyspie przeczytacie za kilka dni.

Djerba uchodzi za mityczną wyspę Lotofagów, na której towarzysze mitycznego Odyseusza zjedli liście i kwiaty lotosu co spowodowało, że nie chcieli wyruszyć w dalszą podróż. Po kilkudniowych wakacjach w tym miejscu wcale im się nie dziwię, jakbym nie musiała to też bym nie wracała 😉

Djerba – jak się dostać z Polski

Djerba to wyspa ale połączona z lądem tzw. groblą rzymską. Na wyspie znajduje się lotnisko oferujące połączenia czarterowe z kilkoma polskimi miastami. Na Djerbę polecicie m.in. z Poznania, Wrocławia, Warszawy czy Katowic. Z niektórych miast sezonowo (kwiecień – październik), z innych przez cały rok. Jeśli chodzi o połączenia regularne to najwięcej ma ich Djerba z Francją ale loty z Polski z przesiadką we Francji będą kosztowały więcej niż całe wakacje z lotem czarterowym. Lot na Djerbę trwa ok. 3 godzin.

Djerba – ceny i waluta

Walutą na wyspie jak i w całym kraju jest dinar tunezyjski (TND). 1 USD=2,9 TND, 1 EUR=3,4 TND (stan na czerwiec 2019). Pieniądze można wymienić na lotnisku lub w hotelu, kurs na terenie całego kraju jest jednakowy. Wymiana w banku możliwa jest wyłącznie za okazaniem paszportu, a generalnie nie zaleca się noszenia dokumentów ze sobą więc najlepiej i najspokojniej wymienić pieniądze w hotelu.

Na Djerbie są też bankomaty i można wyciągnąć gotówkę. Niestety często nie działają. W moim hotelu był bankomat ale działał tylko pierwszego dnia, podobnie było we wszystkich hotelach w okolicy. Kartą zapłacicie w bardzo niewielu miejscach więc lepiej mieć ze sobą gotówkę. Wymieniać można dolary, euro, funty i kilka innych walut, polskich złotówek niestety nie.

Tunezyjskiej waluty nie można wywozić z kraju stąd trzeba dobrze zaplanować ile wymienić. Teoretycznie na lotnisku można wymienić pieniądze z powrotem na dolary lub euro ale jest to dosyć czasochłonna procedura, do tego wymagane jest potwierdzenie wymiany z miejsca gdzie była ona dokonywana. Takiej wymiany dokonuje się w bankach na lotnisku.

W Tunezji, podobnie jak w wielu innych krajach Afryki północnej, oczekuje się napiwków. Wynika to trochę z mentalności ale w dużej mierze po prostu z bardzo niskich zarobków. Warto zostawić napiwek barmanowi czy personelowi sprzątającemu w hotelu. Uwaga, napiwki zostawiajcie w dinarach tunezyjskich albo w banknotach USD lub EUR. Nie zostawiajcie tym ludziom monet np. euro, bo im się to nijak nie przyda – banki im nie wymienią monet ani nic za to nie kupią.

Djerba – transport po wyspie

Komunikacja publiczna właściwie nie istnieje. Najwygodniejszym i najtańszym środkiem transportu są oficjalne żółte taksówki. Opłata początkowa wynosi 0,45 TND, opłata za kilometr ok. 1 TND. Drogo nie jest tylko to Afryka, kierowcy jeżdżą jak szaleni więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na jazdę pełną wrażeń.

Po godzinie 21 cena taksówek wzrasta o 50%!

Drugą opcją transportu jest wynajęcie samochodu – ceny ok. 30 USD za dzień. Jest też opcja wynajęcia samochodu z kierowcą za ok. 50 USD za dzień. Samochody najprościej wynająć od razu po przylocie na lotnisku lub poprzez recepcję hotelową.

Djerba – zdrowie, szczepienia

Bardzo poważnych tropikalnych chorób na Djerbie (jeszcze) nie ma ale biorąc pod uwagę, że komary malaryczne występują już w Europie to pewnie w Tunezji malaria stanie się problemem prędzej niż u nas ale póki co nic groźnego Wam w Tunezji nie grozi. Warto zaszczepić się na wszystkie standardowe choroby (WZW A, B, dur brzuszny, tężec, błonicę). Oficjalnie żadne szczepienia nie są wymagane.

Największym zagrożeniem jest tak naprawdę jedzenie. Łatwo w Tunezji złapać jakąś jelitówkę dlatego jeśli macie wrażliwe żołądki to unikajcie, zwłaszcza w pierwszych dniach, surowych warzyw i owoców. Ponadto nie należy pić wody z kranu. Szczerze mówiąc miała ona tak obrzydliwy smak, że ja nawet zęby myłam w mineralnej (ale nie jest to konieczne). Warto zawsze wspomagać się probiotykiem w trakcie wakacji w krajach Afryki północnej.

Trzeba też oczywiście uważać na słońce. W trakcie mojego pobytu temperatury dochodziły do 38 stopni (w cieniu!) i naprawdę łatwo się poparzyć, a nawet doznać słonecznego udaru. Trzeba chować się w cieniu między 12 a 15, pić dużo wody, nosić nakrycie głowy i smarować się kremami z filtrem. Jeśli zapomnicie kremów ze sobą to można je oczywiście kupić na miejscu, w całkiem znośnych cenach.

Unikajcie trzymania jedzenia w hotelowym pokoju (poza lodówką) czy nawet przy leżaku na basenie. Pozostawienie jakiegokolwiek jedzenia na dłużej niż kilkanaście minut powoduje pojawienie się ogromnej ilości mrówek.

Komarów podczas mojego pobytu nie zauważyłam. Nawet jednego! Taka miła odmiana po Kos.

Djerba – wiza i przepisy wjazdowe

Wiza do Tunezji nie jest wymagana. Potrzebny jest wyłącznie ważny paszport. Po wylądowaniu na Djerbie otrzymacie deklarację wjazdową do wypełnienia (standardowe rubryki jak wszędzie – dane, dane paszportowe, adres hotelu itp). Część tej karty otrzymacie z powrotem i trzeba ją zachować do wylotu. Jeśli ją zgubicie to bez obaw, na lotnisku można otrzymać nową i wypełnić ponownie. Kontrola paszportowa idzie sprawnie i szybko. Po jej przejściu, przed odbiorem bagażu rejestrowanego, skanowane są bagaże podręczne.

Przy zakwaterowaniu w hotelu otrzymacie kartę meldunkową do wypełnienia. Wymagane są podobne dane jak w deklaracji wjazdowej. Trochę tej papierologii jest.

Uwaga, od listopada 2018 roku Tunezja pobiera podatek turystyczny. Jego wysokość zależy od kategorii hotelu. W hotelach 2* zapłacicie 1 TND za noc, w hotelach 3* 2 TND za noc a w hotelach 4 *i 5 * – 3 TND za noc. Jest to opłata za osobę, nie tak jak w Grecji za pokój. Płaci się przy zameldowaniu lub tak jak w moim przypadku przy wymeldowaniu więc nie zapomnijcie zostawić sobie kilkunastu czy kilkudziesięciu dinarów na tę opłatę.

Djerba – lotnisko

Wyspa nie jest duża ale lotnisko daje radę. Jest nowoczesne, powiedziałabym, że nawet europejskie. A sklepu duty-free to może mu pozazdrościć niejedno lotnisko w Europie czy nawet Polsce. Życzyłabym sobie takiego sklepu (tak urządzonego i z takim asortymentem) chociażby w Poznaniu. Niestety lotnisko jest zupełnie puste. Powiedziałabym nawet, że to takie lotnisko-widmo. Duże i puste. Ilość samolotów lądujących na wyspie spadła w ostatnich dwóch latach aż pięciokrotnie.

Lotnisko jest w pełni klimatyzowane (a nie wszystkie są, pamiętam, że w Kenii myślałam, że padnę z gorąca stojąc w kolejce do odprawy). Odprawy, kontrole paszportowe i kontrola bezpieczeństwa idą szybko i sprawnie. Jak już wspomniałam jest porządny sklep wolnocłowy, są sklepiki z pamiątkami (ceny dużo wyższe niż poza lotniskiem) oraz kilka kawiarni i restauracji. Na lotnisku przyjmowane są płatności w euro, można też płaci kartą (za zakupy powyżej 5 EUR).

Djerba – pogoda, kiedy jechać

Tzw. wysoki sezon trwa od końca kwietnia do końca października. Podczas mojego pobytu (koniec czerwca) temperatury oscylowały wokół 30 stopni (poza dwoma dniami kiedy było 38!) ale od osób spotkanych w hotelu wiem, że tydzień wcześniej było bardzo zimno i wieczorami trzeba było chodzić w kurtkach! W zeszłym roku cały czerwiec był na Djerbie zimny, z kolei zima była wyjątkowo ciepła… W dzisiejszych czasach chyba trzeba liczyć po prostu na szczęście. Generalnie i Djerba, i Tunezja są kierunkami całorocznymi.

Jeśli jest 30 stopni to jest bardzo przyjemnie, bo powietrze w Tunezji jest suche więc to było dużo przyjemniejsze 30 stopni niż to 30 na Seszelach. Dało się zwiedzać, opalać i kąpać. Na Djerbie dosyć mocno wieje więc mimo wysokich temperatur jest przyjemnie.

Djerba – alkohol

Tunezja to kraj muzułmański stąd dostęp do alkoholu nie jest tak łatwy jak w Europie. Alkohol dostępny jest wyłącznie w wybranych sklepach, można go kupić od soboty do czwartku. W piątki te sklepy nie funkcjonują. W hotelach i strefach turystycznych alkohol dostępny jest przez cały tydzień.

Djerba – hotele

Baza hotelowa na wyspie Djerba i w oazie Zarzis jest dobrze rozbudowana. Wybierając hotel na swój pobyt weźcie pod uwagę, że w tej chwili ze względów bezpieczeństwa hotele są tak jakby trochę odcięte od świata. Są pozamykane i od strony miasta i od strony plaży. Co nie znaczy oczywiście, że nie można z nich wychodzić, bo można bez żadnego problemu tylko trzeba przejść przez budkę ochrony. Ale nikt z zewnątrz niezauważony na teren hotelu nie wejdzie.

Wybierając hotel na wakacje w Tunezji weźcie pod uwagę, że ta klasyfikacja gwiazdkowa to taka afrykańska, a nie europejska. Stąd radzę brać pod uwagę wyłącznie hotele 4* i więcej. Bo te 4* to będzie takie nasze europejskie 3. Generalnie hotele na kontynencie (czyli na tunezyjskim wybrzeżu oraz w oazie Zarazis) uchodzą za lepsze i przede wszystkim czystsze niż hotele na samej wyspie dlatego ja zdecydowałam się spędzić wakacje właście w Oazie Zarzis i bardzo to miejsce polecam.

Jeśli chodzi o wyżywienie to myślę, że to warto brać pod uwagę wyłącznie all inclusive. Poza hotelem tak naprawdę ciężko jest coś znaleźć więc tak czy tak będziecie skazani na jedzenie w hotelowych restauracjach. A taniej wyjdzie kupić wakacje all inclusive niż z 1 czy 2 posiłkami a pozostałe dokupować.

Tunezja – co zjeść?

Pierwsze co mi się kojarzy z Tunezją to harissa. Przyprawa, a właściwie pasta na bazie ostrej papryki, wędzonej papryki, chili, papryki Baklouti, papryki serrano i innych ziół i przypraw (m.in. nasion kolendry, czosnku, mięty, szafranu czy kminku) oraz oliwy z oliwek. Pasta jest naprawdę ostra, w Tunezji podaje się ją do bardzo wielu dań – ryb, mięsa i warzyw, a nawet używa się jej do smarowania pieczywa. Jeśli chcecie jej spróbować to pamiętajcie, że wystarczy naprawdę odrobina, żeby podkręcić smak każdego dania. Jeśli przesadzicie z ilością to antidotum jest podobno spożycie dużej ilości oliwy, która niweluje ostry smak.

Typowym tunezyjskim daniem jest brik (zwany też brick lub Briq) – jest to trójkąt cienkiego ciasta wypełniony farszem (najczęściej warzywnym ale zdarza się też z dodatkiem ryby lub rzadziej mięsa) i koniecznie jajkiem. Całość smaży się w głębokim tłuszczu ale dobry brik to taki, gdzie ciasto jest zarumienione a żółtko jaja półpłynne. Ja jadłam bricka dwukrotnie, za pierwszym razem jajko było całkiem ścięte, za drugim takie jak być powinno. Nie jest to jakieś wybitnie smaczne dane ale to typowo tunezyjski przysmak więc warto go spróbować.

Jeśli lubicie sałatki to koniecznie musicie spróbować sałatki tunezyjskiej składającej się z ogórków, pomidorów, cebuli, tuńczyka, oliwek i kaparów. Podawana jest z oliwą z oliwek i często z bagietką.

W Tunezji jada się dużo kuskusu, podaje się go na podobną modłę jak marokański tadżin więc jeśli lubicie takie smaki to nie będziecie zawiedzeni.

Miłośnicy zup powinni szukać w restauracjach lablabi – zupy z ciecierzycy, harissy i oliwy, często z dodatkiem pokruszonej bułki. Bardziej przypomina gulasz niż znane nam zupy.

W Tunezji jada się bardzo dużo jajek. Najczęstszym daniem serwowanym w hotelach na śniadanie jest ojja, czyli jajecznica z dodatkiem pomidorów, papryki i natki pietruszki. Uwaga, smażona jest oliwie, nie na masełku.

Ze względu na specyfikę kraju wyznaniowego w Tunezji nie jada się wieprzowiny za to jest sporo drobiu i wołowiny. Na wyspie serwuje się też ryby – głównie tuńczyka i doradę ale też owoce morza – kalmary i krewetki. Tunezja słynie też z połowu ośmiornic i można ich spróbować w wielu restauracjach.

Dla miłośników słodkości są uszy gazeli – ciasteczka z kruchego ciasta z farszem z orzechów i suszonych owoców. Mimo iż słodkie to idealnie pasują to mocnej czarnej kawy.

Charakterystycznymi tunezyjski słodkościami są ciasteczka bsissa – smażone na głębokim tłuszczu, składające się z mąki, skórki pomarańczowej, ciecierzycy, migdałów i anyżu. Szczerze mówiąc czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam ale jeli będziecie mieli okazję to spróbujcie chociaż odrobinę.

Warto napić się kawy po tunezyjsku (smakuje i jest parzona podobnie jak ta po turecku) oraz zielonej herbaty z dodatkiem ziół i prażonych migdałów. Przeczytałam też, że w Tunezji serwuje się miętową herbatkę z orzeszkami pinii ale niestety nigdzie takiego napoju nie spotkałam.

Jeśli chodzi o lokalne alkohole to wybór nie jest duży ale na pewno warto skosztować dwóch – pastis, czyli lokalny aperitif oraz Boukha – lokalny bimber pędzony na figach. I muszę przyznać, że ten drugi smakuje naprawdę wyśmienicie. Zarówno solo jak i baza do drinków.

W upalny dzień idealnie sprawdza się lokalne piwo – Celtia. W Tunezji produkuje się tylko to jedno więc jeśli Wam nie posmakuje to pozostają jedynie piwa importowane. Celtia jest delikatna i łagodna, najważniejsze, że zimna 😉

Tunezja – co warto kupić i przywieźć?

Tunezja jest największym na świecie producentem oliwy z oliwek. Zwiedzając kraj (czy to kontynent czy wyspę) rzeczywiście zobaczycie tysiące drzewek oliwnych. Tunezyjska oliwa jest pyszna, delikatna i… tania. Litr oliwy extra virgin kupicie za równowartość ok. 20zł. Są oczywiście mniejsze i większe pojemności. Poza oliwą są też dostępne oliwki.

Z Tunezji warto też przywieźć kosmetyki – czarne mydło, oleje ze ślimaka, mydła z oliwy i mleka wielbłąda. Wszystko to kosztuje od kilku do kilkunastu dinarów, czyli dużo taniej niż w Europie. Ostateczna cena zależy oczywiście od Waszych zdolności negocjacyjnych. Powiem szczerze, że ja się nawet specjalnie nie targowałam. Ceny w Tunezji są bardzo niskie, turystów jak na lekarstwo, a ludzie muszą z czegoś żyć. Więc jeśli ktoś mi proponował olej czy mydło za 10 dinarów to naprawdę uważam, że to bardzo dobra cena.

Uwaga, nie kupujcie w Tunezji oleju arganowego. Jest tego sporo a z tym prawdziwym i dobrej jakości ma niewiele wspólnego. Po argan jedźcie do Maroka.

Dla smakoszy – z Tunezji przywozimy przyprawy – w tym najsłynniejszą i bardzo ostrą harissę, szafran czy kumin.

Są też wyroby z drewna oliwnego i mnóstwo ceramiki. Djerba to miejsce gdzie znajduje się mnóstwo zakładów garncarskich, w których tworzy się prawdziwe dzieła sztuki. Wybór jest naprawdę ogromny więc jeśli lubicie tego typu naczynia i dekoracje to z pustymi rękami z Tunezji nie wrócicie.

Poza tym jest sporo chust i ubrań w stylu północnoafrykańskim oraz biżuterii. Jeśli ktoś gustuje w tego typu suwenirach to wybór w Tunezji jest ogromny.

Djerba – bezpieczeństwo

Cała Tunezja z Djerbą włącznie to dosyć zapalny rejon świata. Ataki terrorystyczne pojawiają się w tym kraju już od wielu lat. Pierwszy poważny miał miejsce w 2002 roku, zginęło wtedy wielu niemieckich turystów i podobno od tamtej pory ilość Niemców w Tunezji drastycznie spadła. Nie wiem na ile to prawda ale rzeczywiście na wyspie dominują turyści z Francji, język niemiecki słychać niezmiernie rzadko.

Kolejne dwa ataki miały miejsce całkiem niedawno, w jednym z nich (w Tunisie) zginęli też polscy turyści. Od tamtej pory turystyka w całej Tunezji się załamała, ilość gości drastycznie spadła. Kraj jest bardzo biedny a turystyka stanowi ważną gałąź tamtejszej gospodarki. Powoli się ona odbudowuje ale wiele osób słysząc wakacje w Tunezji nadal mówi, że nie.

Ja nie ukrywam, że też się nieco stresowałam przed wylotem. Zwłaszcza, że to było moje trzecie podejście do Tunezji. Po raz pierwszy planowałam się tam wybrać 4 lata temu, miałam wylot zaplanowany miesiąc po atakach w Tunisie. Wtedy biuro podróży, w którym miałam wykupione wakacje umożliwiło zmianę kierunku wakacji. I rzeczywiście do Tunezji wtedy nie poleciałam chociaż wydawało się, że powtórka ataków w tym samym kraju jest wręcz niemożliwa. Niemożliwe się jednak stało kilka miesięcy później. Też myślałam wtedy o Tunezji ale ostatecznie zdecydowałam się lecieć na Azory. I będąc a Azorach przeczytałam informacje o tym, że w Tunezji doszło do zamachów…

Ale czas mija, od wielu osób słyszałam, że Tunezja jest piękna i ten kraj zasługuje na to, żeby turyści tu w końcu wrócili. Toteż i ja zdecydowałam się w końcu lecieć na Djerbę.

Generalnie nie czuje się na wyspie jakiegoś nadmiernego napięcia. Owszem, lotnisko jest obstawione i chronione z każdej strony. Każdy hotel też jest chroniony i zamknięty. Nie wpływa to żaden sposób na wypoczynek, zresztą w Kenii czy Egipcie jest podobnie. Fakt, że nie za bardzo jest gdzie wyjść poza hotel, bo niewiele się dzieje, jest trochę słaby zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja – kogo nosi i zawsze chce zobaczyć jak najwięcej. Ale przerabiałam to już w Kenii czy na Zanzibarze – tam też siedzisz wieczorami w hotelu, bo hotel jest po prostu pośrodku niczego.

W dniu mojego powrotu z Tunezji w Tunisie miały miejsce dwa ataki terrorystyczne, w których zginęło 2 tunezyjskich policjantów. Nie wiem jaki to miało wpływ na poczucie bezpieczeństwa na wyspie, bo ja o atakach dowiedziałam się już po wylądowaniu w Polsce.

Djerba – czy warto?

Jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa to pewnie jeśli miałabym jechać na jedne wakacje w roku to wybrałabym jakieś inne miejsce, bezpieczniejsze. Ale z drugiej strony czy coś takiego jak bezpieczne miejsce jeszcze istnieje? Zamachy terrorystyczne czy klęski żywiołowe mogą zdarzyć się wszędzie. W takich czasach żyjemy. Ja nie czułam się na Djerbie niebezpiecznie nawet przez chwilę.

Wyspa jest naprawdę piękna (choć brudna i zaśmiecona), ludzie nastawieni bardzo przyjaźnie, ceny niskie, turystów niewielu. Dla mnie to były naprawdę fantastyczne wakacje i szczerze mówiąc rozważam powrót do Tunezji zimą.

Tunezja potrzebuje w tej chwili turystów bardziej niż kiedykolwiek. Mimo wysokiego sezonu połowa hoteli na wyspie jest wciąż zamknięta ze względu na małe zainteresowanie, a te które działają rzadko są obłożone w 100%. W sezonie zimowym (od listopada do marca) funkcjonowało tylko nieco ponad 20% hoteli na wyspie. Turystyka jest podstawą gospodarki tunezyjskiej, brak turystów oznacza zapaść gospodarczą dla tego kraju. W Tunezji panuje bieda, średnie zarobki wahają się na poziomie 350 – 400 dinarów miesięcznie. Koszty życia są oczywiście niższe niż w Europie ale mimo wszystko są to bardzo małe pieniądze na przeżycie.

Seszele – wyspa la Digue – najpiękniejsze plaże + co zobaczyć

Najmniejsza z odwiedzonych przez nas wysp, o powierzchni zaledwie 10 kilometrów kwadratowych. Jak już wielokrotnie wspominałam na wyspie obowiązuje ruch rowerowy, do wszystkich plaż dostajemy się tym środkiem transportu i na własnych nogach.

Pamiętacie listę marzeń 30-latki? Odwiedzenie wyspy na Digue było spełnieniem pierwszego marzenia z tej listy. Jeszcze tylko 29 😀 Chyba muszę zwiększyć tempo, bo się do emerytury nie wyrobię 😉

Anse Fourmis

Jadąc rowerem z portu w lewą stronę jest to ostatnia plaża do jakiej można dojechać. Przy wejściu znajduje się małe stoisko gdzie można kupić kokosa i owoce. Niewątpliwą atrakcją plaży jest niemalże poziomo położona palma, przy której i na której wszyscy robią sobie zdjęcia.

Na tej plaży, jak i na całej wyspie, można spotkać żółwia. Plażowanie z żółwiem – tylko na la Digue! Słodziak, nie?

Plaża jest fajna do leżenia, jest sporo palm, które dają cień. Fale niestety silne i kąpanie czasem jest niemożliwe.

Anse Banane

Mała plaża sąsiadująca z Anse Fourmis. Popularna bardziej wśród miejscowych niż wśród turystów. Na przeciwko znajduje się bar Chez Jules. Ceny wysokie.

Anse Grosse Roche

Długa plaża z jednej strony zakończona ogromną granitową skałą. Jeśli szukacie cienia to znajdziecie go właśnie pod skałą albo pod jedną z otaczających plażę palm. Woda jest spokojna i bardzo płytka ale dno jest kamieniste więc jeśli chcecie się kąpać to zabierzcie buty do wody. Plaża bardzo mało popularna, zdarzyło nam się spędzić tam kilka godzin i nikt nie przyszedł nawet na chwilę.

Naprzeciwko plaży znajduje się sklepik prowadzony przez starszego pana ale czasem jest otwarty, czasem zamknięty. Nie ma żadnych stałych godzin, jak się uda to można kupić coś zimnego do picia, jak się nie uda to trzeba obejść się smakiem.

Anse Gaulettes

Również długa i piaszczysta. Granitowe skałki tworzą z jednaj strony urokliwą zatoczkę, w której można się kąpać. A raczej moczyć. I nie chce się wychodzić. Szczerze mówiąc siedząc w tej krystalicznie czystej, cieplutkiej wodzie, czułam się jak na Malediwach.

Anse Patates

Zaryzykuję stwierdzenie, że mój nr 1 jeśli chodzi o la Digue. Malutka, kameralna plaża odwiedzona przez nas chyba z 6 razy. Czasem poza nami nie było nikogo, czasem jakieś pojedyncze osoby, raz był niezły tłumek. Plaża obfituje w skały tworzące zatoczki. Nie brakuje tu też palm kładących się poziomo nad plażą. Bardzo, bardzo przyjemne miejsce choć niewielkie. Da się poleżeć, da się pokąpać, da się zrobić setki uroczych zdjęć.

Anse Severe

Rozległa, długa choć niezbyt szeroka plaża o białym piasku. Wzdłuż niej znajduje się kilka barów, spaceruje kilka żółwi (mam wrażenie, że stałych rezydentów) a na przeciwko jest sporo hoteli i guesthousów. Dosyć zatłoczona. Fajne miejsce na oglądanie zachodów słońca.

Anse la Reunion

Plaża znajdująca się po drodze z portu do Anse Source d’Argent. Niezbyt duża, niezbyt urokliwa. W jednej z zatoczek fajnie się ogląda zachody słońca.

Anse Source d’Argent

Jedna z najbardziej niezwykłych plaż świata. Turkusowa woda otoczona masywnymi granitowymi skałami przybierającymi niebywałe kształty, tworzących ustronne zatoczki i małe jaskinie. Moi instagramowi followersi, pamiętacie puzzle z Seszelami? To właśnie plaża Anse Source d’Argent.

Plaża jest bardzo popularna ale najwięcej ludzi jest tuż przy wejściu, im dalej tym luźniej. Jest tu też kilka stoisk z pamiątkami, dwa bary i restauracja.

Plaża należy do rezerwatu Union Estate, do którego wstęp jest płatny – 120 SCR. Dostaniecie taką opaskę dzięki której możecie kilkukrotnie w ciągu dnia wjeżdżać i wyjeżdżać z terenu parku.

Jest też podobno jakieś dzikie przejście przez ocean ale nie sprawdzałam tego w praktyce 😀 Zwłaszcza, że sam rezerwat jest bardzo ciekawy i zdecydowanie warto zapłacić, żeby go zobaczyć. Tylko nie rozpędzajcie się na rowerkach – obowiązuje ograniczenie do 15 km/h 😀 A na samą plażę oczywiście rowerkami nie wjedziecie, jest ogromny (jak na warunki la Digue) parking rowerowy tuż przed wejściem na plażę.

Warto wybrać się tu na kilka godzin, przejść wzdłuż plaży, pozaglądać we wszystkie zatoczki, powspinać się na skały. Można też się kąpać, woda jest bardzo spokojna i płytka, dno piaszczyste.

Plaża jedyna w swoim rodzaju choć mnie bardziej urzekły te wszystkie bezludne plaże. Pewnie gdyby na Anse Source d’Argent nie było ludzi to byłaby na szczycie ulubionych seszelskich plaż a tak nie łapie się na podium. Na tej plaży kręcono częściowo film Cast Away.

l’Union Estate

Stara plantacja kokosa będąca jednocześnie wejściem na plażę Anse Source d’Argent. Jednym z pierwszych miejsc jakie odwiedzicie po wejściu na teren parku jest… cmentarz. Spoczywają tu francuscy koloniści, którzy przybyli na seszele z Reunion w XVII i XIX wieku.

Dalej znajduje się sklepik, ogromna granitowa skała, plantacje papai i bananów a także wanilii. W parku spotkacie także żółwie i… woły.

Grand Anse

Tym sposobem docieramy do najpiękniejszych plaż wyspy la Digue. Grand Anse to najdłuższa plaża na wyspie. Biel piasku razi w oczy, zwłaszcza, że dookoła nie ma nawet kawałka cienia. Do plaży można dojechać rowerem. Kąpiel jest tu praktycznie niemożliwa ze względu na naprawdę ogromne fale. Z jednej strony plaża otoczona jest pięknymi granitowymi skałami. Po wejściu kierujemy się na lewo, wchodzimy w dżunglę i docieramy do…

Petite Anse

A na Petite Anse możecie spotkać… woły. Tak, tak, na środku bezludnej plaży. Plaża jak sama nazwa wskazuje niewielka. Piasek biały jakby pomalowany, woda turkusowa i ta sama sytuacja co na Grand Anse czyli zupełny brak cienia, ocean również wzburzony. Znów trzeba wrócić do dżungli i obrać kurs na…

Anse Cocos

Zdecydowanie jedna z najpiękniejszych plaż wyspy jak in całego archipelagu. Dojście do niej kosztuje trochę czasu i wysiłku ale warto. Z Petite Anse trzeba przejść szlakiem przez dżunglę. Szlak jest kiepsko oznaczony (właściwie dopiero pod koniec jest drogowskaz). Na szczęście mapy offline działają i wskazują drogę bez zarzutu. Najpierw trzeba iść przez granitowe skały w górę, potem trzeba przejść przez kawałek jakiegoś lasu gdzie ścieżka jest tak wąska, że dwie osoby nie są się w stanie minąć. Następnie ugrzęźniecie w bagienku i wrócice do dżungli gdzie ścieżka wśród granitowych skał będzie Was prowadziła na przemian w górę i w dół. Taka wędrówka w seszelskich warunkach atmosferycznych naprawdę męczy ale nie będziecie żałować. Po dotarciu na miejsce ukaże się Wam ogromna, biała plaża otoczona drzewami kazuaryny i palmami kokosowymi. Po prawej stronie znajduje się mnóstwo skał, w których mieszkają setki jeśli nie tysiące krabów. Tu można się kąpać.

Po lewej stronie zaś znajduje się cudowna zatoczka. Za tą zatoczką fale są ogromne ale w zatoczce można się bez problemu kąpać, bo te największe fale do niej nie docierają. Generalnie jest to bardzo fajne miejsce i na zdjęcia, i na spędzenie czasu, i na kąpiele. Na samym środku plaży gdzie plaża jest najszersza fale są duże i silne. Jest tylko jedno miejsce gdzie jest płytko i spokojnie i można się bez obaw kąpać.

Plaża jest po prostu cudowna ale wybierając się na nią nie zapomnijcie dobrych butów (w japonkach bym się nie porywała zwłaszcza, że skały w wielu miejscach są śliskie). Weźcie też koniecznie zapas wody, bo po drodze nigdzie jej nie kupicie. A trzeba rowerem dojechać do Grand Anse i z niej przejść przez dżunglę i potem tą samą drogą wrócić.

Seszele, wyspa Praslin – zwiedzanie + najpiękniejsze plaże

Druga co do wielkości wyspa Seszeli o powierzchni 37 kilometrów kwadratowych. Od wielu osób słyszałam, że to najpiękniejsza seszelska wsypa, wiele osób decyduje się spędzić urlop tylko tu. Jak już wspominałam we wpisie podsumowującym plan wyjazdu, nam się ta wyspa podobała najmniej. Nie mówię, że jest nieładna, bo jest ładna i na kilka dni warto się tu zatrzymać ale i Mahe, i la Digue są w mojej opinii dużo ładniejsze.

Anse Takamaka

Zacznijmy od zachwytów. Anse Takamaka to plaża, na której spędzamy najwięcej czasu podczas naszego pobytu na Praslin. Jest ładniejsza od Takamaki z Mahe choć mniejsza. Należy do hotelu Raffles Seychelles ale obok hotelu jest ścieżka i można się tu dostać bez najmniejszego problemu. Po drodze miniecie ogród drzew, które sadzą pary młode spędzające w hotelu miesiąc miodowy, małą hodowlę żółwi a także… lądowisko dla helikopterów. Wszak sporo gości z lotniska na Mahe dociera do hotelu wynajętym helikopterem. Nocka w seszelskim hotelu Raffles to koszt ponad 3 tysięcy euro.

Plaża nie jest oblegana, goście hotelowi mają prywatne baseny w apartamentach i tam spędzają czas.

Plaża jest bieluśka, woda obłędnie lazurowa a wystające z niej kamienie tworzą pocztówkowy krajobraz. Woda jest płytka i spokojna, nie dość, że można się kąpać bez żadnego problemu to jest idealnym miejscem do snorkowania, bo rybki i inne żyjątka pływają bardzo blisko brzegu.

Anse Boudin

Plaża będąca niejako przedłużeniem Anse Takamaka. Już nie należy do hotelu i jest zupełnie pusta. Też dosyć wąska (za to długa). Granitowe skały tworzą bajkowy krajobraz, do tego sporo drzew pochylających się ad piaskiem (czasem tak dużych, że nie da się przejść). Fajne, spokojne miejsce, dobre do kąpieli.

Anse Lazio

Najbardziej znana plaża Praslin wybrana swego czasu najpiękniejszą plażą Seszeli i rokrocznie w czołówce rankingu najpiękniejszych plaż świata. Duża, szeroka, z jednej strony otoczona granitowymi skałami, z drugiej drzewami takamaka i palmami kokosowymi. Przy tej plaży cumuje wiele luksusowych jachtów. Uwaga na fale – są naprawdę ogromne. Plaża jest dosyć zatłoczona, dysponuje sporym parkingiem, restauracją (uwaga, zamkniętą w niedzielę) i małym skupiskiem żółwi.

Jest bardzo ładna ale przez to, że zatłoczona nie robi już takiego wrażenia jak inne, puste białe plaże.

Podobno na Anse Lazio są najpiękniejsze zachody słońca na całych Seszelach. Nam udało się zobaczyć jeden – był piękny ale chyba jednak zachody na Grand Anse podobały nam się bardziej.

Anse Georgette

Plaża należąca do resortu Constance Lemuria. Tu nie wejdziecie z ulicy. Wymagana jest wcześniejsza rezerwacja, której nawet nie możecie zrobić sami tylko musi zrobić ją Wasz hotel. Teoretycznie wejście można zarezerwować z jednodniowym wyprzedzeniem, u nas okazało się, że wszystko było zarezerwowane na tydzień do przodu. Jak już pisałam w notce o planie podróży, po odbiciu się od bram resortu ruszamy do punktu widokowego Viewpoint Anse Georgette. Po zostawieniu auta przy przystanku autobusowym ruszamy w górę przez dżunglę, a potem przez wertepy. W dole widać plażę otoczoną przez turkusowy ocean. Podobno z tego punktu można przejść na plażę z pominięciem drogi przez resort ale o tym dowiedziałam się dopiero kilka dni temu.

Anse Kerlan

Plaża i zatoka należące do kilku małych hoteli. Dostępne bez problemu dla każdego, trzeba przejść przez teren jednego z ośrodków. Mimo krążących ochroniarzy hotelowych nikt nas nie zatrzymywał ani o nic nie pytał, można było wejść bez żadnego meldowania się. Trudno tu mówić o plaży, jest odrobina piasku. Zatoka to raczej piękna lazurowa woda. Miejsce, do którego można zajrzeć na chwilę ale nie na dłuższe plażowanie.

Grand Anse

Plaża, przy której znajdował się nasz hotel więc miejsce gdzie prawie codziennie oglądamy zachody słońca. Codziennie inne, zaskakujące, jeden piękniejszy od drugiego. Zdecydowanie najpiękniejsze zachody słońca jakie w życiu widziałam. Plaża jest długa ale wąska. Największym minusem podczas naszego pobytu było to, że była wręcz zasypana glonami, które nie dość, że nie wyglądały ładnie to po prostu śmierdziały. Na spacer o zachodzie słońca jak najbardziej, na plażowanie i kąpanie zdecydowanie nie. W oceanie cumuje sporo łódek i motorówek, spotkacie tam więcej lokalesów niż turystów mimo iż przy plaży jest sporo guesthousów i hoteli.

Plaża znajduje się przy drodze lądowania samolocików lądujących na Praslin. Jeśli jesteście plane-spotterami to tu też możecie porobić fajne zdjęcia.

Anse Consolation

Plaża znajdująca się nieopodal parku narodowego Fond Ferdinand. Mała i raczej opanowana przez lokalesów.

Anse Marie-Louise

Sąsiadka Anse Consolation, również niezbyt popularna wśród turystów. Mała ale ze spokojną wodą idealną do kąpieli.

Anse Volbert – Cote d’Or

Chyba najdłuższa plaża na Praslin. Nie tak szeroka jak Beau Vallon ale nie da się uniknąć porównywania tych dwóch plaż. Przy Anse Volbert znajduje się mnóstwo hoteli, guesthousów i restauracji. Od Beau Vallon różni ją tylko brak straganów z pamiątkami. I jednak zdecydowanie mniejsza ilość turystów. Jest za to mnóstwo białego piasku, są łódki rybackie, jest huśtawka i bardzo spokojna woda. Podobnie jak Beau Vallon poleciłabym ją na rodzinne wakacje z dziećmi.

Seszele, wyspa Mahe – najpiękniejsze plaże + co zwiedzić

Wyspa Mahe to największa wyspa archipelagu o powierzchni 152 kilometrów kwadratowych. Tu znajduje się też stolica wyspiarskiego kraju – Victoria.

Chciałam przygotować dla Was ranking najpiękniejszych plaż ale nie jestem w stanie wybrać jednej czy kilku najpiękniejszych stąd po prostu opiszę i pokażę Wam wszystkie odwiedzone przez nas. Zdecydowana większość nas zachwyciła ale nie wiem która najbardziej. Jedne plaże są długie i szerokie, inne zupełnie malutkie. Wszystkie mają swój urok. Zapraszam zatem na podróż śladem najpiękniejszych plaż Seszeli. Kolejność przypadkowa. Przypominam, że nasz plan podróży krok po kroku znajdziecie TUTAJ.

Port Glaud

Plaża znajdująca się w okolicy wodospadu Sauzier. W okolicy znajduje się take-away oraz guesthouse. Wejście na plażę prowadzi przez jakieś prywatne podwórko. Nie wiem czy to przejście jest legalne czy nie ale nam się udało bez problemu przejść 😉 Auto zostało na poboczu, przy plaży nie ma żadnego parkingu. Na plaży nie było zupełnie nikogo. Nie jest ona duża ale bardzo przyjemna. Granitowe skały znajdują się i w wodzie, i na plaży. Dodatkowym atutem jest widok z bliska na szczyt Morne Blanc oraz na… opuszczony hotel. Trochę jak z horroru klasy B 😉 Ale za dnia było bardzo przyjemnie. Woda jest tu zupełnie spokojna, można się kąpać bez problemu.

Grande Anse

Kolejna plaża za Port Glaud w kierunku południowym. Długa, szeroka, z bielutkim piaskiem i turkusową wodą. Tu już są większe fale i trzeba uważać w wodzie. Ale na plażowanie – idealna.

Anse Barbarons

Plaża sąsiadująca z Grand Anse, znajduje się przy niej hotel AVANI Seychelles Barbarons ale plaża jest publiczna i każdy może na nią wejść. Również długa, szeroka i biała. Ale to nudne, co? 😉

Anse Louis

Plaża należąca do najdroższego hotelu na Mahe – Maia Luxury Resort & SPA. Dostępna dla każdego bez żadnych rezerwacji ani nawet kontroli. Przepiękna, ze śnieżnobiałym piaskiem i lazurową wodą, otoczona bujną zielenią. Znajduje się przy niej mały parking więc bez problemu można zostawić auto. Podobno strzeżona 24h/dobę ale jeśli tak to bardzo dyskretnie, bo żaden ochroniarz nam się nie rzucił w oczy 😉

Anse Soleil

Pierwsza z plaż należących do okręgu Baie Lazare. Moim zdaniem regionu obfitującego w najpiękniejsze plaże na Seszelach. Więc jeśli macie ograniczony czas na Mahe i nie możecie zobaczyć wszystkich plaż to polecam Wam wybrać się właśnie tu. Akurat Anse Soleil nas specjalnie nie zachwyciła ale jak już wspominałam we wpisie o planie podróży – chyba wynikało to z tego, że była jedną z ostatnich odwiedzanych przez nas tego dnia. Bo patrząc na powyższe zdjęcia niczego jej nie można zarzucić. Nie jest duża ale piaszczysta, otoczona palmami kokosowymi i sporymi skałami. Było na niej trochę ludzi. Przy wejściu znajdują się dwie restauracje. Plaża nie ma parkingu stąd wszystkie samochody stoją na poboczu, jest mało miejsca. Jeśli nie czujecie się dobrymi kierowcami to zostawcie samochód przy hotelu Four Seasons i przejdźcie na tę plażę pieszo.

Petite Anse (Anse la Liberte)

Plaża należąca do hotelu Four Seasons Resort & SPA. Kolor wody niebiańsko lazurowy, widoczny już z daleka. Przy wejściu na teren resortu będziecie proszeni i podanie nazwiska i adresu Waszego hotelu. Ale nikt nie robi problemu i na teren hotelu oraz na plażę można wejść z marszu. Dojście do plaży jest dobrze oznakowane, w razie czego zawsze można kogoś dopytać. Na plaży znajduje się huśtawka, ramka na zdjęcie (idealne na insta;) ) i szereg innych udogodnień. Plaża jest jedną z najpiękniejszych na wyspie. Biel piasku, turkus wody i zieleń otaczającej ją dżungli robi niebywałe wrażenie. Do odwiedzenia koniecznie! Plaża nie jest zatłoczona, bo hotelowi goście spędzają czas na terenie hotelu podziwiając plażę wyłącznie z daleka 😀

Anse Intendance

Jedna z największych plaż, bardzo długa i szeroka. Znajduje się przy niej hotel i jest parę osób ale biorąc pod uwagę jej rozmiary możecie liczyć na spory kawałek piachu tylko dla siebie. Tu była jedna z naszych dłuższych przerw. Leżenie na białym piasku i podziwianie turkusowej wody było ogromną przyjemnością. Można się kąpać ale fale są duże i silne więc trzeba uważać. Przy samym wejściu na plażę znajduje się parking.

Anse Gaulettes

Kolejna piękna plaża w okolicach Baie Lazare. Znów są palmy, są granitowe kamienie (nie tylko w wodzie ale też na plaży), jest biały piasek i turkusowa woda. Ileż można 😀

Anse Gouvernement

Jedna z moich ulubionych plaż. Sąsiadka Anse Gaulettes. Przy wejściu plaża jak plaża, szału nie robi (jak na Seszele oczywiście) ale za wielkimi granitowymi skałami jest cudowna mała zatoczka. Kawałek białej plaży otoczony ogromnymi krągłymi skałami, woda tak przejrzysta, że nic tylko butelkować i sprzedawać (no dobra, wiadomo, że słona jak cholera), do tego spokojna i płytka, dno piaszczyste, można się kąpać bez najmniejszego problemu. Cudowne miejsce na dłuższy odpoczynek, z którego wcale nie chciało nam się wychodzić. A wszystkie zdjęcia stamtąd są jak pocztówki. Must-see!

Anse Takamaka

Jak już kilka razy wspominałam Takamaka była pierwszą seszelską plażą, którą udało nam się zobaczyć. Leży w południowo-zachodniej części wyspy i otoczona jest drzewami takamaka, pod którymi można szukać trochę cienia. Plaża jest dosyć spora, piasek bieluśki a te ogromne granitowe skały robią niesamowite wrażenie. Zwłaszcza jak widzi się je po raz pierwszy. Już w żadnym innym miejscu nie oczarowały mnie tak bardzo jak właśnie na plaży Takamaka. Przy plaży znajduje się jakiś guesthouse, hotelik, bar i restauracja. Obok restauracji znajduje się rezerwacik żółwi seszelskich. Ale nie chodzą sobie na wolności tak jak na la Digue. Niemniej to też było nasze pierwsze spotkanie z seszelskimi żółwiami. Mimo iż nie zaliczyłabym jej do top 3 seszelskich plaż to ma w moim sercu wyjątkowe miejsce.

Anse Bazarca

Gdybym jednak musiała wybrać jakąś jedną plażę jako swój nr 1 na Seszelach albo chociażby na Mahe to chyba zdecydowałabym się na Anse Bazarca. Zacznijmy od tego, że położona jest gdzieś na końcu wyspy, żeby nie powiedzieć na końcu świata. A prawda jest taka, że bardzo niedaleko Anse Intendace. Już sama droga wiodąca na plażę to raj – jedzie się przez ogromny gaj bananowców. Ponieważ ruch tam jest znikomy to robimy sobie przerwy na zdjęcia. A jak docieramy na plażę to nie wierzymy własnym oczom – lazur jeszcze bardziej bije po oczach, biel piasku wydaje się nierealna a wszystko to w otoczeniu skał i bujnej roślinności. Do tego naprawdę wielkie fale i mamy obrazek jak z bajki. Szczerze mówiąc z tej plaży nie chciało mi się wychodzić ale że nie było tam w ogóle cienia to trzeba było. Plaża jest absolutnie fantastyczna – must-see!

Petit Police

Petit Police to sąsiadka Anse Bazarca. Pomiędzy obiema plażami znajduje się punkt widokowy, z którego widać z góry obie plaże. Koniecznie się tam zatrzymajcie! Petit Police jest nieco mniejsza od swojej sąsiadki, nieco mniej urocza ale to też jedna z piękniejszych plaż na Mahe.

Anse Marie-Loiuse

Plaża, na którą najłatwiej się dostać przechodząc ścieżką obok hotelu DoubleTree by Hilton. Jak wejdziecie na plażę (jest to Anse Forbans) to po prawej stronie zobaczycie ogromną skałę porośniętą roślinnością. Ta skała dzieli plażę na dwie części – jedna z nich to właśnie Anse Marie-Loiuse a druga Anse Forbans. Trudno powiedzieć, która piękniejsza, obie fantastyczne. Najlepiej podziwiać je ze szczytu tej wielkiej skały. Da się na nią wejść bez najmniejszego problemu a widoki na obie strony są po prostu oszałamiające. To chyba jedna z najbardziej zielonych plaż na Seszelach.

Anse Forbans

Sąsiadka Anse Marie – Louise, należąca do hotelu Double Tree Resort & SPA. Goście hotelowi spędzają czas na basenie więc jest duże prawdopodobieństwo, że będziecie mieli ją tylko dla siebie. Podobno na tę plażę najczęściej przypływali piraci, żeby uzupełnić zapasy. Generalnie jest dość wąska i na dłuższe plażowanie raczej się nie nadaje ale warto ją zobaczyć, zwłaszcza z góry.

Anse Royale

Anse Royale to jedna z większych osad na Mahe. Jest tu szpital, banki, sporo sklepów, restauracji i kawiarni. Jest też oczywiście plaża. Plaża niezbyt szeroka ale bardzo długa. Woda nie jest tak zachwycająca jak na plażach po drugiej stronie wyspy ale za to jest bardzo spokojna. Więc to kolejne miejsce warte rozważenia dla podróżujących z dziećmi.

Anse aux Pins

Mała plaża otoczona drzewami filaos. Po południu jest praktycznie w całości zalewana przez wodę więc jeśli chcecie tu plażować to od razu po śniadaniu 😉

Anse Machabee

Plaża w północnej części wyspy należąca do kilku znajdujących się w jej sąsiedztwie hoteli. W wielu miejscach znajdziecie informacje, że na Seszelach wszystkie plaże są publiczne i na wszystkie można wejść. Nie jest to niestety do końca prawdą. Niektóre plaże są zajęte przez hotele i nie ma do nich swobodnego dojścia. Na niektóre można się dostać po wcześniejszej rezerwacji czy zgłoszeniu tego w hotelu ale są też niestety takie, na które nie wejdziecie (nawet na mapach w maps.me są plaże zaznaczona private beach, you are not welcome!!!). Nie wiem jak jest z Anse Machabee bo nie podejmowaliśmy próby wejścia przez żaden z otaczających ją hoteli ale żadnej swobodnej ścieżki nie ma. Na szczęście plaża położona jest tak jakby w dole pod hotelami i ładnie ją widać z głównej drogi. Podobnie sytuacja wygląda ze wszystkimi plażami północnego wybrzeża – Anse L’llot, Glacis Beach i Sunset Beach. Polecam przejażdżkę autobusem wzdłuż północnego wybrzeża i obejrzenie sobie tych plaż.

Port Launay

Plaża, do której warto jechać będąc w okolicy Sauzier Waterfall. Są ogromne kamienie, na które można wejść, jest zieleń, jest biały piasek. Jak to na Seszelach 😉

Beau Vallon

Oddalona o 3 km od stolicy jedna z najpopularniejszych plaż Seszeli. Długa na 10 kilometrów z łagodnym, piaszczystym zejściem do wody. Nasze pierwsze spotkanie z Beau Vallon to jedno wielkie rozczarowanie. Po pierwsze otoczenie – kurort jak w każdym innym miejscu na świecie. Są stragany z suwenirami, są knajpy, są hotele. A przecież na Seszelach najcudowniejsze jest to, że te wszystkie plaże są takie dzikie. A na samej plaży chyba ze 100 osób! Nasza pierwsza wizyta na Beau Vallon trwała w porywach 3 minuty. Zdjęcia i szybka ewakuacja. Przy drugim podejściu, tuż przed wylotem, zrobiła trochę lepsze wrażenie ale nadal nie zaliczam jej do czołówki seszelskich plaż. Na pewno powinniście wziąć ją pod uwagę jeśli podróżujecie z dziećmi. Ta plaża jest bezpieczna do kąpieli, woda jest spokojna i płytka. No i podczas podróży z dziećmi na pewno ta cała okołoplażowa infrastruktura ułatwia życie.

Park Narodowy Morne Seychellois

Morne Seychellois to najwyższy szczyt archipelagu liczący 905 m. n. p. m. Widoczny z wielu punktów na wyspie. Wejście na szlak znajduje się tuż przy głównej drodze prowadzącej do Sans Souci. Są miejsca gdzie jest dobrze oznakowany, a są takie gdzie zupełnie nie wiadomo gdzie iść. My po przejściu pewnego fragmentu wracamy. Raz, że nie do końca wiemy gdzie iść, dwa, że nie mamy aż tak dużo czasu. Ale polecam wejście chociaż trochę na teren parku narodowego. Poza śmieciami (niestety) zobaczycie też piękną, zieloną odsłonę wyspy.

Park Narodowy pokrywa 20% lądu wyspy Mahe. Obejmuje nadmorskie lasy namorzynowe i trzy najwyższe szczyty na wyspie.

Sauzier Waterfall

Wodospad to szumnie powiedziane. Może w porze deszczowej jest tam jakaś woda, podczas naszej wizyty było to coś na zasadzie niedokręconego kranu 😀 Samo otoczenie jest bardzo ładne, do wodospadu idzie się przez gęstą dżunglę (uwaga, są komary) ale po dojściu na miejsce czekało rozczarowanie. I banda rozwrzeszczanych lokalesów. U nas było to zrobienie paru zdjęć i odwrót.

Uwaga, za wejście na wodospad trzeba zapłacić. Generalnie jak skręcicie z głównej drogi to dopadnie Was jakiś lokalny człowiek i będzie chciał opłaty. Już nie pamiętam od jakiej kwoty zaczynaliśmy negocjacje (abstrakcyjnie wysokiej na pewno) ale skończyło się na 5 EUR – za wejście dla 2 osób i parking. W porze suchej nie jest to warte nawet tych 5 EUR.

Ruiny i punkt widokowy Venn’s Town Mission Lodge

Jadąc Sans Souci Road z Victorii do Port Galud napotkacie ruiny szkoły dla sierot i dzieci byłych niewolników. Szkołę założyli księża kapucyni po zniesieniu niewolnictwa. Po wejściu z parkingu mijamy ruiny (nie one są tu największą atrakcją) i udajemy się do punktu widokowego, z którego rozpościera się fantastyczny widok na cały park narodowy oraz zachodnie wybrzeże wyspy. Dla tego widoku musicie tu przyjechać. Po drodze do punktu widokowego można napotkać endemiczne gatunki roślin – wszystkie są opisane i oznakowane.

Pawilon stanowiący punkt widokowy to także pamiątka wizyty królowej Elżbiety II na wyspie. Brytyjska królowa w 1972 roku jadła w tym pawilonie podwieczorek o czym informuje znajdująca się przed wejściem tablica.

Fabryka herbaty SeyTe

Znajduje się nieco za ruinami w kierunku Port Glaud. Nawet jeśli nie chcecie jej zwiedzać to polecam wejść na jej teren, by również zobaczyć nieziemską panoramę. Tym razem spojrzycie z góry na plaże zachodniego wybrzeża wyspy. Bujna zieleń a w dole białe plaże i turkusowa woda – raj? Przy fabryce działa mały sklepik gdzie za 20 SCR możecie zakupić pudełeczko lokalnej herbaty. Parking znajduje się naprzeciwko wejścia na teren fabryki.

Victoria – stolica Seszeli

Jedna z najmniejszych stolic świata. Wszyscy wszędzie piszą, że w Victorii nic nie ma i nie warto tam jechać. Chciałabym napisać, że to nieprawda ale… Victoria to też jedna z najmniej ciekawych stolic świata. Mieszka tu 1/3 ludności całego archipelagu.

Symbolem miasta jest Clock Tower – miniaturowa kopia londyńskiej wieży zegarowej z mostu Vauxhall upamiętniająca nadanie Seszelom statusu brytyjskiej kolonii w 1903 roku. Big Ben stoi na środku skrzyżowania – jednego z dwóch seszelskich skrzyżowań posiadających sygnalizację świetlną. Naprzeciwko wieży znajduje się siedziba Sądu Najwyższego ulokowana w kolonialnym budynku, a za nim pomnik Pierre’a Poivre – założyciela pierwszej uprawy przypraw na Seszelach. Nieopodal znajduje się Muzeum Historii Naturalnej.

Naprzeciwko muzeum znajduje się zabytkowy budynek poczty. Warto do niego zajrzeć. Przed wejściem zobaczycie rzeźby seszelskich symboli – kokosa coco de mer i żółwia.

Trzeba też odwiedzić bazar pełen owoców, warzyw, ryb, przypraw i pamiątek. Jeśli macie możliwość to wybierzcie się tu w sobotę rano kiedy handel kwitnie najokazalej. Na targu kupicie też pamiątki i to właśnie tu polecam Wam kupić magnesiki, breloczki, oleje i inne pierdołki. Tu jest najtaniej – choć trzeba się oczywiście targować. Sporo pamiątek jest też na stoiskach w okolicy parkingu ale tam ceny są wyższe a sprzedawcy nie aż tak skłonni do negocjacji.

Jedną z najpopularniejszych atrakcji Victorii jest kolorowa świątynia hinduska Sri Navasakthi Vinyagar. Na nas szczerze mówiąc nie zrobiła dużego wrażenia. Ale jak już do Victorii dotrzecie to zajrzyjcie chociaż na chwilę.

Victorię najlepiej zwiedzać pieszo, jest naprawdę niewielka. Samochód najlepiej zostawić na płatnym parkingu przy wjeździe do miasta, nieopodal skrzyżowania z Clock Tower. Bilet parkingowy (10 SCR za 2 godziny) trzeba kupić w sklepie spożywczym naprzeciwko parkingu, dostaniecie bilet, który trzeba wypełnić (datę i godzinę), a następnie włożyć za szybę. Victoria mimo iż niewielka to zakorkowana jest tak jak wszystkie światowe metropolie. Wyjazd z tego parkingu zajął nam chyba z 20 minut.

Seszele – plan i kosztorys 2-tygodniowego wyjazdu obejmujący 3 wyspy (Mahe, Praslin, la Digue)

Wszystkie informacje praktyczne znajdują się TU, w tym wpisie chciałabym przedstawić Wam plan naszego 2-tygodniowego wyjazdu. Co bym zmieniła z perspektywy czasu – na końcu.

Dzień 1

Wylot z Polski rano, zwiedzanie Dohy (10-godzinna przesiadka), nocny przelot na Seszele.

Dzień 2

Przylot na Mahe, przejazd do guesthousu le Triskell (z lotniska odebrał nas właściciel), zakwaterowanie, szybkie ogarnięcie po podróży, a następnie plażowanie. Najpierw Anse aux Pins gdzie znajdował się nasz guesthouse. Ale plaża okazała się mała stąd decyzja, by pojechać dalej. Padło na jedną z najsłynniejszych plaż na wyspie – Anse Takamaka. Pierwsze spotkanie z plażą otoczoną granitowymi skałami. Generalnie tego dnia był totalny chill i odpoczynek po podróży. Przy Anse Takamaka udało nam się po raz pierwszy (ale nie ostatni) zobaczyć Seszelskie żółwie. W drodze powrotnej do guesthousu szybkie zakupy a potem odsypianie podróży. Aha, tego dnia trzeba było zrobić rezerwację samochodu na dzień kolejny (w naszym przypadku było to po prostu wejście do przypadkowego hotelu i poproszenie w recepcji o rezerwację, nie było z tym najmniejszego problemu, następnego dnia o 9 rano czekało na nas nasze autko).

Dzień 3

Mamy samochód więc od rana ruszamy na objazd wyspy. Tego dnia padło na część północno-zachodnią. Pierwszy przystanek – stolica Victoria, następnie najsłynniejsza seszelska plaża Beau Vallon, później przejazd przez górzysty środek wyspy ze szczytami Mont Fleuri i Morne Blanc, twierdzą Venn’s Town i fabryką herbaty. W każdym z tych miejsc były krótkie przerwy z mniej lub bardziej męczącymi spacerami. To była najbardziej zielona część całego naszego wyjazdu na Seszele. Po wspinaniu się i podziwianiu seszelskiej przyrody dalej kierujemy się do Port Glaud gdzie zaczynają się najpiękniejsze plaże. Skręcamy też do wodospadu Sauzier Waterfall ale w porze suchej trudno nazwać go wodospadem. Po szybkim powrocie spod wodospadu kierujemy się ku plażom Grand Anse i Anse Barbarons. Tam robimy przerwę na kąpiel w oceanie i plażowanie. Następnie ruszamy ku Anse Louis, która nas zachwyca i gdzie też decydujemy się trochę zostać poleniuchować. Gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi ruszamy w stronę Anse Royale gdzie w Cafe Kreol jemy naszą najdroższą i najgorszą kolację na Seszelach. Wieczorem wracamy do guesthousu.

Dzień 4

Dalszy ciąg jeżdżenia samochodem po wyspie, tym razem w kierunku południowym. Dzień drugi to z założenia praktycznie same plaże stąd poranna ulewa trochę nas martwi. Na szczęście zanim zrobimy sobie pierwszy przystanek po deszczu nie ma śladu. Tego dnia odwiedzamy plaże Anse Parnel, Anse Forbans i Anse Marie Louise. Dwie ostatnie znajdują się przy hotelu DoubleTree by Hilton ale swobodnie można do nich przejść ścieżką obok hotelu. Obie plaże zrobiły na nas ogromne wrażenie. Następnie przejeżdżamy na drugą stronę wyspy ale nie jedziemy główną drogą prowadzącą do Anse Takmaka tylko odbijamy w lewo w Intendance Road prowadzącą do najpiękniejszych wg mnie plaż na wyspie – Anse Bazarca i Petite Police. Już sama droga prowadząca od pewnego momentu przez gaj bananowy jest nieziemsko piękna a te dwie plaże to po prostu kosmos – nie dość, że piasek bielutki i mięciutki a woda lazurowa to w promieniu kilku kilometrów ani żywej duszy. Z Petit Police można dojść przez dżunglę do Police Bay (samochodem już się nie da wjechać) ale nam się już nie chciało. Te dwie plaże na tyle nas zachwyciły, że nie było potrzeby męczyć się bardziej 😉 Obie plaże były piękne ale też na obu ocean był bardzo wzburzony i raczej nie dało się tam bezpiecznie kąpać. W drodze powrotnej robimy postój Anse Intendance gdzie spędzamy jakieś dwie godziny plażując i kąpiąc się w oceanie. Ta plaża jest bardzo długa, bardzo szeroka i idealnie nadaje się na dłuższy odpoczynek. Po zażyciu kąpieli słonecznych i morskich kierujemy się dalej na północ w stronę Baie Lazare, gdzie podziwiamy Anse Gaulettes i Anse Gouvernement. Następnie jedziemy w stronę hotelu Four Seasons. Do hotelu należy plaża Petite Anse (Anse la Liberte). Wejść na teren hotelu może każdy, nie jest wymagana wcześniejsza rezerwacja, trzeba tylko podać imię, nazwisko i nazwę hotelu, w którym spędzamy wakacje. Po wejściu na teren hotelu trzeba kierować się w dół (fajnie i przyjemnie ale wraca się pod górę). Sam hotel robi fenomenalne wrażenie. Jest luksusowy ale nie przytłaczający. Nikt nie robi problemu jeśli chcecie wziąć prysznic czy porobić sobie zdjęcia. A sama plaża oczywiście piękna, kolor wody aż niewiarygodny. Po krótkim spacerze (i kolejnych dziesiątkach zrobionych zdjęć) wracamy na górę, wsiadamy w auto i kierujemy się ku położonej nieopodal Anse Soleil. Nie wiem czy to zmęczenie czy nadmiar pięknych widoków ale ta plaża nie zrobiła już na nas wrażenia stąd po krótkim spacerze wracamy do auta i kierujemy się do Anse Royale, gdzie znów jemy kolację. Tym razem w take-away’u 😉 Wracamy do guesthousu na nocleg.

Dzień 5

Po śniadaniu jedziemy do portu (odwozi nas właściciel guesthousu) i płyniemy na wyspę Praslin. Sama przeprawa trwa godzinę ale w porcie trzeba być godzinę przed wypłynięciem statku, żeby odebrać zarezerwowane bilety i nadać bagaż (procedura wygląda podobnie jak na lotnisku), co ciekawa tylko na Mahe tak było, na pozostałych wyspach po prostu zostawiało się walizki we wskazanym miejscu bez żadnego nadawania ich i obklejania. Po dotarciu do hotelu idziemy na obchód okolicy, robimy zakupy a potem udajemy się na plażę. Poprzez hotelową recepcję wynajmujemy samochód na kolejny dzień.

Dzień 6

Samochodem po Praslin – podobnie jak na Mahe ruszamy dookoła wyspy. Z tą różnicą, że wyspa Praslin jest na tyle mała, że objeżdżamy ją całą w 1 dzień. Zaczynamy z Grand Anse, kierujemy się do Anse Kerlan, próbujemy dostać się na Anse Georgette należącą do hotelu Constance Lemuria ale tu niestety trzeba mieć rezerwację. Teoretycznie trzeba ją zrobić dzień wcześniej, w praktyce okazuje się, że wejścia są zarezerwowane na tydzień do przodu. Postanawiamy w takim razie zobaczyć plażę… z góry. Ruszamy w kierunku Mont Plaisir gdzie wspinamy się na punkt widokowy Viewpoint Anse Georgette. Widok ładny ale bez jakiegoś super szału. Wracamy do Grand Anse i jadąc wzdłuż wybrzeża kierujemy się na samą północ wyspy. Wzdłuż drogi widać piękne zatoczki ale droga jest tak wąska, że nie ma nawet opcji, żeby się gdzieś zatrzymać. Na chwilę przystajemy przy Anse Bateau, Anse Consolation i Anse Marie-Louise. Jedziemy dalej, mijamy port i docieramy do Anse Volbert – Cote d’Or. To jedna z najpopularniejszych plaż. Jest długa, piaszczysta, woda spokojna. Dookoła znajduje się kilka hoteli i sporo restauracji. Zostajemy na plażowanie. Dalej ruszamy w kierunku Anse Petit Cour i Anse Possession. Żadna nie zachwyca nas na tyle, żeby zostać na dłużej. Następnie docieramy do Anse Takamaka należącej do hotelu Raffles. Tu też można bez problemu wejść. I ta plaża urzeknie nas na tyle, że nie dość, że zostaniemy na niej prawie do końca dnia to jeszcze na nią wrócimy. Nieco dalej znajduje się również przyjemna Anse Boudin a na samej północy wybrana kiedyś najpiękniejszą plażą całych Seszeli Anse Lazio. Anse Lazio jest piękna ale bardzo zatłoczona. Zatłoczona oczywiście jak na seszelskie warunki, bo do Mielna w sezonie to jej sporo brakuje 😉 Jest duża, jest szeroka, woda jest lazurowa, skały robią robotę ale dla mnie brakuje jej tego czegoś. Z Anse Lazio wracamy do naszego hotelu w Grand Anse.

Dzień 7

Planujemy wybrać się na Anse Takamaka ale ponieważ nie mamy już auta to zostają nam autobusy. Próbujemy wsiąść do dwóch jadących po sobie, oba są tak zatłoczone, że brakuje nawet miejsc stojących. Wracamy do hotelu i spędzamy dzień na basenie. Wieczorem oglądamy cudowny zachód słońca na plaży Grand Anse.

Dzień 8

Plan dokładnie taki sam jak dzień wcześniej, tym razem wyruszamy wcześniej z hotelu. Autobus tak samo zatłoczony ale tym razem udaje nam się wsiąść i po 40 minutach jazdy jesteśmy na Anse Takamaka. Tam spędzamy praktycznie cały dzień, wieczorem oglądamy zachód słońca na Anse Lazio i wracamy do hotelu.

Dzień 9

Rano spędzamy trochę czasu na basenie, potem jedziemy do portu i płyniemy na wyspę la Digue. Po zakwaterowaniu w guesthousie i wypożyczeniu rowerów ruszamy w pierwszą zapoznawczą podróż. Docieramy na Anse Severe, Anse Patatas, Anse Gaulettes i Anse Grosse Roche. Wracamy na Anse Severe gdzie zostajemy na dłużej, potem powrót do guesthousu i oglądanie zachodu słońca w okolicach portu.

Dzień 10

Rowerem jedziemy w tym samym kierunku co poprzedniego dnia ale docieramy do Anse Patatas (na którą będziemy wracać codziennie) i Anse Fourmis. Następnie wracamy i jedziemy na najsłynniejszą Anse Source d’Argent położoną na terenie l’Union Estate. Objeżdżamy wielką granitową skałę, mijamy plantacje bananów i papai, podglądamy żółwie i przejeżdżając przez plantacje wanilii docieramy do najpiękniejszej plaży świata. Też jest stosunkowo zatłoczona ale ciągnie się kilka kilometrów i im dalej od wejścia tym mniej ludzi. Zostajemy tu praktycznie do końca dnia, wieczorem zachód słońca na Anse Severe.

Dzień 11

Najbardziej męczący dzień całego wyjazdu. Najpierw rowerami docieramy do Grand Anse. Podziwiamy piękną szeroką plażę ale ponieważ nie ma tam nawet kawałka cienia to idziemy dalej przez dżunglę w kierunku Petite Anse. Tu sytuacja wygląda podobnie więc idziemy w kierunku Anse Cocos, która od początku była celem naszej wyprawy. Po przedarciu się przez dżunglę docieramy do tej ogromnej jak na seszelskie warunki plaży i spędzamy tam jakieś 3 godziny. Następnie wracamy tą samą drogą i po obiedzie jedziemy na Anse Patates gdzie zostajemy do końca dnia.

Dzień 12

Plażowanie na Anse Patates, Anse Grosse Roche i Anse Patates.

Dzień 13

Od rana plażowanie na Anse Patates, następnie przeprawa na Mahe. Po dotarciu do guesthousu idziemy pieszo do Victorii (2,5km) gdzie spędzamy nasz ostatni wieczór na wyspie.

Dzień 14

Wycieczka wzdłuż północnego wybrzeża – Anse Nord d’Est, Anse Machabee, Anse L’llot, Anse Glacis, Sunset Beach. Docieramy do Beau Vallon gdzie po raz ostatni korzystamy z seszelskiego słońca i kąpieli w Oceanie Indyjskim. Po południu wracamy do Victorii, jemy ostatni obiad i o 16 ruszamy na lotnisko skąd o 18.30 odlatujemy do Dohy.

Czy z perspektywy czasu coś bym zmieniła? Plan był całkiem dobry ale teraz myślę, że zrezygnowałabym z jednego dnia na Praslin na rzecz Mahe. Praslin nie jest tak ładna i ciekawa jak Mahe. Zdecydowanie dodałabym jeden dzień na największej wyspie archipelagu.

Koszt wyjazdu na Seszele

Nie ukrywam, że na instagramie dostawałam i wciąż dostaję od Was mnóstwo pytań o ceny na Seszelach i o to ile pieniędzy trzeba mieć na taką 2-tygodniową wycieczkę. Nas cały wyjazd kosztował 8 tys. zł za osobę za 2 tygodnie. W tę cenę wliczam absolutnie wszystko – od lotów, hoteli, promów po jedzenie i pamiątki. W tej cenie największy udział miały:

loty – 2800zł

noclegi – 2100zł za osobę

promy – 530zł za osobę

wynajęcie auta – 350zł za osobę

Do tego dochodzi jedzenie (obiad w restauracji typu takeaway 20-30zł, piwo 9zł, woda 3zł/litr, różne przekąski w cenie 1-3EUR ale wiadomo, że przez 2 tyg. trochę się tego zebrało).

Czy te 8 tysięcy to dużo czy mało? To oczywiście duża kwota ale mówimy o 2 tygodniach na Seszelach, na 3 różnych wyspach. Biura podróży oferują wyjazdy na 1 wyspę w cenie 6-7 tys. zł za tydzień (bez wyżywienia). Oczywiście da się jechać na Seszele za mniejszą kwotę. Przede wszystkim można polować na promocje biletów lotniczych (jeśli jesteście elastyczni co do terminu, nam zależało, żeby to była majówka a w okresie długich weekendów bilety zawsze są droższe), noclegi też da się znaleźć tańsze (przede wszystkim na Praslin gdzie u nas był 4-gwiazdkowy hotel, gdyby był guesthouse jak w innych miejscach to ogólna cena wyjazdu by była niższa). Można podróżować w 4 a nie 2 osoby przez co zmniejszą się i koszty noclegów, i wynajęcia auta (ta sama kwota do rozbicia na 4 a nie 2 osoby). No i można oszczędzić na alkoholu. Jedno małe piwo kosztuje 2 EUR, u nas szły takie piwka 3-4 na osobę dziennie (było naprawdę nieziemsko gorąco) co w skali 2 tygodni też daje pokaźną kwotę. Myślę, że w wersji oszczędnej jesteście w stanie spędzić 2 tygodnie na Seszelach za 5,5-6 tysięcy złotych.

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie wyjazdu na Seszele to jak zawsze jestem do dyspozycji, najlepiej pytać na instagramie.

Kolejne wpisy o tym co zobaczyć na poszczególnych wyspach się tworzą.

Seszele na własną rękę – informacje praktyczne jak zorganizować wakacje życia

Seszele – wyspiarski kraj na Oceanie Indyjskim, który rozpala wyobraźnię. Jeśli mam być szczera to Seszele nigdy nie były jakoś specjalnie wysoko na mojej liście podróżniczych marzeń. Ale po zachwycie Malediwami pojawiła się myśl, że może i te Seszele warto kiedyś odwiedzić 😉 A że żadnych innych pomysłów na majówkę nie było to zaczęło się kombinowanie jak polecieć na Seszele i nie zbankrutować 😉

Seszele – jak się dostać z Polski?

Najszybciej i najprościej – jedną z arabskich linii lotniczych z przesiadką w Dubaju lub Dosze. Zarówno Emirates jak i Qatar oferują codzienne loty na główną Seszelską wyspę – Mahe. Ceny lotów zaczynają się od 2500 zł. Nasze kosztowały 2800zł (lot WAW-DOH, DOH-SEZ, SEZ-DOH, DOH-WAW, WAW-POZ). Często można upolować tańsze loty z Mediolanu czy Paryża ale to już raz, że trzeba się wstrzelić w promocję, dwa że do tego Paryża czy Mediolanu też się trzeba jakoś dostać. Ale co kto lubi 🙂

Seszele – dojazd z lotniska i transport po wyspach oraz między wyspami

Między wyspami (Mahe, Praslin i la Digue) kursują promy. Czas przeprawy między Mahe a Praslin to ok. 60 minut, między Praslin a la Digue 10-15 minut i między la Digue a Mahe ok. 90 minut (prom ma przerwę na Praslin). Bilety najlepiej kupić online, później w porcie wymieniacie je tylko na taki fotogeniczny boarding pass 😉

Między Mahe a Praslin latają także lokalne samoloty linii Air Seychelles. Po porównaniu cen i czasu potrzebnego na przeprawę zapadła decyzja, że pomiędzy wyspami będziemy się przemieszczać promami. Ja naprawdę nie lubię morskiego transportu, wszędzie się naczytałam, że na seszelskich promach buja ale uznałam, że skoro i tak będę musiała (z Praslin na la Digue nie da się inaczej dostać chyba, że helikopterem) to już możemy zostać tylko przy promach. Przed pierwszą przeprawą (z Mahe na Praslin) nieco się stresowałam ale zupełnie niepotrzebnie. Zabujało może ze dwa razy, podróż minęła szybko i bezstresowo. Podobnie z Praslin na la Digue (tu po pierwsze króciutko, po drugie nie wypływa się na otwarty ocean). Do trzeciej przeprawy podeszłam już na zupełnym luzie, przecież wcześniej było spoko. A to był taki hardcore, że obiecałam sobie, że jeśli będę miała kiedykolwiek inną opcję transportu to nigdy nie wybiorę promu 😀 Bujało strasznie, fale były ogromne, praktycznie połowa ludzi wymiotowała albo była zielona. Ścięło wszystkich równo – dorosłych i dzieci, turystów i lokalnych. Jeśli tak jak ja boicie się statków i promów to kupcie sobie z i na Praslin bilet na samolot, ceny nie są dużo wyższe a myślę, że komfort jednak większy.

Jeśli chodzi o dojazd z lotniska to jeśli macie ze sobą bagaż (nie ważne jak duży) to zostaje Wam wyłącznie taksówka lub transport zapewniony przez hotel/guesthouse. Zarówno na Mahe jak i na Praslin autobusy jeżdżą przez lotnisko, ale przez to, że są małe i wypchane ludźmi do granic możliwości to nie zabierają turystów z bagażami. Transport z lotniska do portu czy miejsca noclegowego najlepiej zamówić sobie wcześniej, jeśli będziecie łapali transport na lotnisku lub w porcie to zapłacicie więcej (choć można się targować a cenę TRZEBA ustalić wcześniej, bo żaden z naszych taksówkarzy nie włączył taksometru). W porcie na wyspie Praslin spotkała nas mało przyjemna sytuacja. Generalnie tuż przy wyjściu z promu stoją taksówki ale ponieważ nasze bagaże wyjechały ze statku jako jedne z ostatnich to wszystkie taksówki zdążyły się już rozjechać. Zaczepił nas jakiś mężczyzna pytając czy szukamy taxi. Powiedziałam, że oczywiście tak, ustaliłam cenę (wcześniej pytając w hotelu ile powinna kosztować). Mężczyzna wziął nasze bagaże i kazał iść za sobą. Po wyjściu z terenu portu (na taki jakby parking) okazało się, że prowadzi nas do busa, w którym siedzi już kilka innych osób. W tym momencie zapaliła mi się pomarańczowa lampka, powiedziałam, że to nie jest taxi i rezygnujemy. Pan bez problemu oddał nam bagaże, okazało się, że w tym miejscu jest też postój legalnych taksówek i udało nam się dotrzeć bezpiecznie do hotelu. Nasz (już legalny) taksówkarz ostrzegł nas, że ludzie, którzy chcieli nas zabrać nie prowadzą działalności przewozowej, nie mają ubezpieczenia i w razie jakiegokolwiek zdarzenia drogowego nie ponoszą żadnej odpowiedzialności więc uważajcie.

Po wyspach Mahe i Praslin można poruszać się lokalnymi autobusami. Cena biletu jest niska – wynosi 7 SCR (czyli jakieś 2zł) niezależnie od trasy jaką przemierzacie. Bilet kupuje się u kierowcy. Autobusy są stare, zniszczone i przede wszystkim przepełnione. Za klimatyzację robią otwarte okna i takie prowizoryczne wiatraczki. Są przyciski sygnalizowania, że chce się wysiąść ale najlepiej powiedzieć kierowcy gdzie jedziemy, żeby się zatrzymał. Przystanki to w zdecydowanej większości namalowany znak na jezdni, wszystkie są na żądanie więc trzeba machać. A i tak nie jest to gwarancją, że autobus się zatrzyma.

Przejażdżkę seszelskim autobusem proponowałabym zaliczyć jako przygodę i nowe doświadczenie ale niekoniecznie sposób na zwiedzanie wysp. Nasz pierwotny plan nie zakładał wypożyczenia samochodu (o tym za chwilę) ale szybko okazało się, że autobusy to nie jest najlepszy sposób na poznawanie wysp. O ile na Mahe da się zwiedzić wyspę korzystając wyłącznie z autobusów to będzie to po pierwsze bardzo męczące a po drugie to co nam się udało zobaczyć przez 2 dni jeżdżenia samochodem trzeba by zrobić w tydzień. Faktem jest, że na Mahe autobusy dojeżdżają w każdy zakątek wyspy. Na popularniejszych trasach jeżdżą co 20-30 minut, na mniej popularnych raz na godzinę albo i rzadziej.

Główny dworzec znajduje się w Victorii – stąd ruszają busy w każdym kierunku. Jeśli koniecznie chcecie zwiedzać wyspę lokalnym transportem to rozważcie zakwaterowanie gdzieś w okolicy Victorii. Czeka się grzecznie w kolejce, nikt się nie pcha, pełna kultura 😉

Na wyspie Praslin autobusy są mniejsze niż te na Mahe, jeżdżą rzadziej i zawsze ale to zawsze są załadowane do granic możliwości. Tak, że nawet miejsc stojących brakuje… Więc na Praslin jeden dzień przyszło nam spędzić na hotelowym basenie po tym jak nie udało nam się dostać do dwóch kolejnych autobusów jadących w kierunku plaży. Ponieważ kolejny był za 2 godziny to nie było sensu czekać i trzeba było wrócić do hotelu. Także o ile na Mahe zwiedzanie autobusami może nie będzie szczególnie komfortowe i będzie trwało długo to jest jak najbardziej możliwe, na Praslin wygląda to dużo gorzej. Do tego większość linii wyrusza w ostatni kurs w okolicach godziny 18, najpóźniej 18.30.

Rozwiązaniem okazało się wynajęcie samochodu. Na Mahe kosztuje to 50 EUR za dobę (już z ubezpieczeniem). Przy wynajęciu na 2 dni koszt wynosi 45 EUR za dzień. Czyli wypożyczenie auta na 2 dni kosztowało nas 90 EUR. Plus kilkanaście euro za benzynę ale udało nam się przez te 2 dni zjechać wyspę wzdłuż, wszerz i dookoła. Na Praslin ceny są wyższe. Doba wynajęcia samochodu to koszt 50 EUR + 10 EUR ubezpieczenie. Przy wypożyczeniu na dłuższy czas nie ma zniżek tak jak na Mahe. Samochody można wypożyczyć na lotnisku, w porcie (tu lepiej sobie zarezerwować wcześniej przez internet), a jeśli na miejscu to w jednej z wypożyczalni, bądź najprościej – poprosić w recepcji hotelowej o pomoc. Nam zdarzyło się na Mahe poprosić o wynajęcie auta w przypadkowym hotelu, nie w naszym guesthousie. Nikt nie robił problemów. Wynajęcie auta do zwiedzania wysp jest bardzo popularne wśród turystów, praktycznie wszystkie hotele i guesthousy mają swoje (bezpłatne) parkingi. Jedyny parking za jaki przyszło nam płacić to w Victorii ale też jakieś śmieszne pieniądze – 10 SCR za 2 godziny.

Na wyspie la Digue obowiązuje ruch rowerowy. Jest kilka samochodów i taksówek, większość guesthousów ma też meleksy ale turyści poruszają się po wyspie rowerami. Nie da się ukryć, że tworzy to specyficzny, bardzo fajny klimat wyspy. Wypożyczenie roweru kosztuje 100 – 150 SCR (6-10 EUR) za dzień, przy dłuższym czasie lub wypożyczeniu większej ilości rowerów można liczyć na zniżki. Rowery załatwią Wam właściciele guesthousu (i maszyny podwiozą Wam pod dom) albo możecie skorzystać z jednej z licznych wypożyczalni na wyspie (kilka znajduje się tuż przy porcie). Rowery są wysłużone, nie mają przerzutek (a pod górki trzeba podjeżdżać), a za koszyki służą koszyki takie z jakimi robimy zakupy w markecie 😀 Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju 😉 W przypadku rowerów też obowiązuje ruch lewostronny.

Seszele – pogoda, klimat, kiedy jechać?

Temperatury przez cały rok utrzymują się na podobnym poziomie – ok. 26 – 30 stopni w dzień i 22 – 26 w nocy. Teoretycznie od listopada do marca trwa pora deszczowa ale sami mieszkańcy potwierdzają, że od kilku lat jest mniej więcej tyle samo opadów o każdej porze i sezon trwa okrągłe 12 miesięcy. Podczas naszego pobytu padało kilka razy ale zawsze wieczorem (już po zachodzie słońca) i w nocy. Za dnia była piękna słoneczna pogoda z mniejszym lub większym zachmurzeniem. W wielu miejscach piszą, że najlepsze miesiące do odwiedzenia Seszeli to kwiecień i maj.

30 stopni wydaje się fajną i przyjemną temperaturą na wakacje. Na Seszelach to 30 stopni potęgowane jest przez niemal 100% wilgotność, przez co wydaje się jakby było 50. A w słońcu to chyba nawet z 70. Ja lubię ciepło ale nie ukrywam, że na Seszelach byłam już wykończona upałem. Zwłaszcza jeśli w tym upale trzeba było jechać rowerem… pod górę… 😉

Seszele – gdzie spać?

Mam wrażenie, że Seszele to kierunek, który można zrobić albo budżetowo, albo luksusowo. Nie ma nic pomiędzy. Na Seszelach nie spotkacie 2- i 3-gwiazdkowych hoteli. Zostają Wam skromne (choć w mojej opinii i tak godne polecenia) guesthousy albo bardzo drogie luksusowe resorty. 4-gwiazdkowe hotele można policzyć na palcach jednaj ręki.

Generalnie baza noclegowa na wyspach nie jest bardzo rozbudowana. Wynika to z polityki rządu, który dba o to, by na wyspach nie rozwinęła się turystyka na taką skalę jak w innych miejscach na świecie. Seszele są i mają być dla wybranych. Z tego względu koniecznie zarezerwujcie noclegi z odpowiednim wyprzedzeniem. Nie liczcie na to, że znajdziecie coś na miejscu. Zresztą już przy wylocie na Seszele będziecie proszeni o okazanie potwierdzenia rezerwacji noclegu (nas pytano o to w Warszawie). Nie otrzymacie również wizy na lotnisku w Mahe jeśli nie podacie adresu Waszego noclegu.

Nasze noclegi okazały się świetnym wyborem więc z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.

Nasz pierwszy nocleg na wyspie Mahe to Guesthouse le Triskell. Położony w tropikalnym ogrodzie, w okolicy Anse aux Pins. Bardzo duży pokój i spora łazienka zarówno z wanną, jak i prysznicem. Jest też lodówka i taras. W cenie noclegu jest genialne śniadanie z talerzem świeżych owoców. Właściciele pokażą Wam nawet, z którego drzewa zrywali dla Was marakuje i awokado 🙂 Do plaży i przystanków autobusowych 10 minut spacerem, niestety z powrotem pod górę 😉 W okolicy znajduje się kilka sklepów spożywczych.

Nasz drugi nocleg na Mahe (po powrocie z Praslin i la Digue) to kolejny guesthouse – tym razem Chez Lorna w okolicy Anse Etoile (w północnej części wyspy). Podobnie jak le Triskell położony jest w pewnym oddaleniu od głównej drogi ale spokojnie można się przespacerować, w okolicy też jest sklep i chińska restauracja z ofertą take-away. Ten apartament był bardzo duży, miał w pełni wyposażoną kuchnię i widoczny na zdjęciu cudowny taras. Jedyny minus był taki, że apartament składał się z 2 pomieszczeń, klimatyzacja była tylko w jednym z nich.

Na Praslin wybór noclegów jest mniejszy. Nasz wybór padł na Oasis Hotel Restaurant & SPA. Jest to jeden z niewielu 4-gwiazdkowych obiektów na wyspach. Taki normalny, dobry ale nie jakoś specjalnie luksusowy hotel. Położony w bardzo fajnym miejscu – Grand Anse – naprzeciwko plaży. Zachody słońca były tam chyba najpiękniejsze ze wszystkich. Ma też basen co okazało się uratowało nam jeden dzień wakacji, ale o tym później 😉 Przestronny pokój z tarasem, dużą łazienką i lodówką. W okolicy dwa sklepy (tańszy dla lokalsów, który polecam i droższy dla turystów), tuż obok take-away z bardzo dobrym jedzeniem (przepyszna ośmiorniczka w curry). Do przystanku autobusowego rzut beretem.

Na wyspie la Digue nasz wybór padł na Kot Babi Guesthouse położony tuż przy porcie. Początkowo wydawał się nie do końca dobrym wyborem (po tych wszystkich ogromnych łazienkach tam była taka zwykła, mała tylko z kabiną prysznicową). Ale ostatecznie nic mu nie można zarzucić. Położony blisko plaży (Anse Severe), 3 kroki od portu, z przemiłymi właścicielami. Do tego miał chyba najfajniejszy taras ze wszystkich gdzie można było posiedzieć wieczorem (smarując się wcześniej muggą, bo komarów na la Digue było najwięcej).

Seszele – co zjeść?

Kuchnia kreolska jest specyficzna, mi nie do końca odpowiada. Jest też dosyć ostra, a na pewno bardzo doprawiona więc zanim zamówicie zapytajcie o poziom ostrości 😉

Ceny w restauracjach są bardzo wysokie i nie idą niestety w parze z jakością. Zdarzyło nam się zjeść w polecanej tu i ówdzie Cafe Kreol na wyspie Mahe i jeśli mogę coś poradzić – omijajcie to miejsce. Poza pięknym widokiem na plażę (nie najpiękniejszą na wyspie ale zawsze…) nie oferuje nic więcej godnego uwagi. Począwszy od zmanierowanej obsługi skończywszy na fatalnym jedzeniu i wysokich cenach (prawie 10 EUR za 0,5l wody!). Surowa ryba była zupełnie bez smaku, niedoprawiona, podana z niedojrzałym mango. Curry z kurczaka okazało się być curry z kości a nie z mięsa.

Gdzie w takim razie jeść, żeby się najeść, żeby było smacznie i żeby nie zbankrutować? W tzw. take-away’ach. Są to takie jadłodajnie, gdzie wbrew nazwie są też stoliki i można zjeść na miejscu. W budce zamawiacie jedzenie, dostajecie wraz ze sztućcami i możecie zabrać do hotelu albo zjeść na miejscu. Take-away’e są na wszystkich wyspach, o dziwo najwięcej jest ich na najmniejszej wyspie la Digue i tam są też najtańsze. Na Mahe cena posiłku wynosi zazwyczaj 100 SCR, na Praslin 70-80 SCR a na la Digue najecie się już za 50 – 60 SCR. Menu codziennie jest inne, zazwyczaj jest jakieś curry (z kurczaka, wołowiny, ryby, owoców morza lub wegetariańskie), często ryba, często jakiś makaron z warzywami w stylu azjatyckim. Spora część take-away’ów oferuje też pizzę. Większość tego typu knajp jest czynnych w porze lunchu (12-15), a następnie kolacji (18-21/22). Niektóre są czynne przez cały dzień, zdecydowana większość jest zamknięta w niedziele. Uwaga, płatność tylko gotówką.

Na Seszelach warto spróbować lokalnego piwa Seybrew oraz cydru Slow Turtle. Dla miłośników mocniejszych trunków rum Takamaka. Występuje w wersji białej, ciemnej, ciemnej 8 lat leżakującej (ten jest najdroższy), kokosowej i ananasowej. Butelka 0,5 l w sklepie kosztuje 150 SCR (10EUR).

Na Seszelach nie brakuje też kokosów. I to nie tylko endemicznych coco de mer ale też tych zwykłych. Za kokosa do picia trzeba zapłacić 50 SCR. Albo można sobie samemu zerwać z palmy, otworzyć i wypić. Ja nie jestem zwolenniczką tego napoju i na Seszelach po raz kolejny przekonałam się, że nie są to moje smaki. Mleczko kokosowe – owszem, ale woda nie.

Seszele – wiza, przepisy wjazdowe

Wiza nie jest potrzebna przy pobycie do 90 dni. Otrzymujemy tylko pieczątkę do paszportu. Jedną z najpiękniejszych jakie mam w swoim już prawie zapełnionym dokumencie. Pieczątka ma kształt coco de mer – słynnego seszelskiego kokosa.

W samolocie otrzymacie do wypełnienia dokumenty wjazdowe i deklarację celną. Przy okienku zostaniecie zapytani o wszystkie noclegi (jeśli je zmieniacie to musicie podać wszystkie). Nie trzeba było okazywać potwierdzeń rezerwacji noclegów, uwierzono nam na słowo 😉 Ale zależy na jakiego urzędnika się trafi, bo w okienkach obok ludzie wyciągali papiery. Generalnie cała ta procedura trochę trwa, kolejki są spore, idzie wszystko dość wolno.

Seszele – co można przewozić?

Jak na wielu innych egzotycznych tak i na Seszelach dość restrykcyjnie podchodzi się do wwożenia żywności. Zapomnijcie o kabanosikach i świeżych owocach. Na wyspy możecie zabrać z Polski co najwyżej orzeszki, ciasteczka czy litr alkoholu (na osobę). U nas co prawda nikt tego nie kontrolował ale po doświadczeniach z innych egzotycznych krajów mogę powiedzieć – nie ryzykujcie i nie próbujcie wwozić nic zakazanego. A zakazane jest przede wszystkim mięso w każdej postaci oraz świeże warzywa i owoce.

Seszele – szczepienia, zdrowie

Jeśli lecicie z Polski lub Europy to żadne szczepienia nie są wymagane. Jednak jeśli przylatujecie z któregoś afrykańskiego kraju będącego rejonem występowania żółtej febry to musicie mieć szczepienie na tę chorobę poświadczone w książeczce szczepień. Jest to o tyle istotne, że czasem jakieś promocyjne loty z Europy są z przesiadką w którymś z afrykańskich krajów co później nieco komplikuje wjazd na Seszele.

Na wyspach nie ma żadnych specjalnych zagrożeń epidemiologicznych ale jest to kraj dla nas egzotyczny i warto zaszczepić się (odpowiednio wcześniej przed wyjazdem) na tężec/błonicę, WZW A i B, dur brzuszny. Zagrożenie malarią i dengą na wyspach nie występuje ale są komary więc zabierzcie repelent. O dziwno na Mahe i Praslin tych komarów prawie nie było, za to na la Digue było ich bardzo dużo. Uaktywniały się zdecydowanie wieczorami. Mi przez 2 tygodnie zeszło 1 opakowanie muggi. A wzięłam 4 😀 Więc też nie przesadzajcie z ilością.

Seszele – waluta, ceny

Walutą obowiązującą na Seszelach jest rupia seszelska – SCR. 1 EUR=15 SCR (stan na maj 2019). Na wyspach nie brakuje kantorów, wymieniać można EUR, USD (uwaga, tylko banknoty wydane po 2009 roku) i GBP. Kursy praktycznie wszędzie były takie same (na lotnisku i na wszystkich wyspach). W zdecydowanej większości miejsc można płacić kartą (minimalna wartość rachunku musi wynosić 100 SCR). Na wyspach jest też sporo bankomatów ale uwaga, po pierwsze część z nich obsługuje tylko karty VISA a po drugie bankomaty nie działają w święta państwowe (jakież było nasze zdziwienie gdy 1 maja – na Seszelach również Święto Pracy – żaden bankomat nie chciał nam wydać pieniędzy), a część nie działa także w niedziele.

Seszele – bezpieczeństwo

Generalnie jest bezpiecznie, tubylcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów ale trzeba zachować rozsądek. Najbezpieczniej jest na pewno na la Digue, tam nie ma się czego obawiać, rowerów nie trzeba przypinać (nikt tego nie robi), nikt ich nie ukradnie. Przy wypożyczeniu samochodu na Mahe i Praslin zwracano nam uwagę, żeby rzeczy chować do bagażnika, nie zostawiać nic na wierzchu.

Podróżując po Mahe i Praslin z pewnością napotkacie różne dziwne typy ludzi. W większości niegroźne ale czasem nieprzyjemne. Nam raz się zdarzyło, że nas ktoś zaczepił i chciał, żeby mu dać pieniądze na bilet, a przy wodospadach Sauzier była grupka mało przyjemnych wyrostków. Generalnie żadna nieprzyjemna czy niebezpieczna sytuacja nam się nie wydarzyła ale weźcie pod uwagę, że mnóstwo mieszkańców Seszeli ma problem z alkoholem a także, a może przede wszystkim, z narkotykami. Po pijanych i naćpanych ludziach nigdy nie wiadomo czego się spodziewać więc zachowajcie ostrożność. Niektóre mijane osoby wyglądały tak przerażająco, że nie chciałabym ich spotkać w ciemnej uliczce. Generalnie po zmroku nie zdarzało nam się wychodzić. Po pierwsze dlatego, że na Seszelach nic się nie dzieje, życie nocne nie istnieje a po drugie do tych miejsc zakwaterowania trzeba jakoś wrócić a ulice nie są oświetlone. Często trzeba wracać wzdłuż drogi bez chodnika czy nawet jakiegokolwiek pobocza.

Oglądając gdziekolwiek zachody słońca (magiczne i jedne z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam!) też weźcie pod uwagę, że słońce zachodzi ok. 18.15, do 18.30 jest piękna poświata ale o 18.45 jest już zupełnie ciemno i czarno.

Na Seszelach trzeba uważać przede wszystkim na… słońce. Wyspy są położone bardzo blisko równika i słońce operuje tu naprawdę silnie. Krem z filtrem co najmniej 30 to podstawa. Do tego czapka lub kapelusz i zapas wody, zawsze. Bo sklepu nie znajdziecie za każdym rogiem ani przy każdej plaży. A jeśli jakiś jest to po pierwsze nigdy nie wiadomo kiedy jest otwarty (tu sjesta rządzi się swoimi prawami), a po drugie te sklepy wyglądają tak jak na powyższym zdjęciu.

Przed wyjazdem zastanawiało nas czy na Seszelach są rekiny. Okazuje się, że zagrożenie nie jest duże ale raz na jakiś czas zdarzają się ataki. Ostatni miał miejsce 2 lata temu gdy na bardzo popularnej Anse Lazio (wyspa Praslin) łupem rekina padł 28-latek spędzający na wyspach podróż poślubną. Podobne przypadki na szczęście zdarzają się na wyspach rzadko ale zdarzają się.

Generalnie kąpiąc się w oceanie trzeba uważać. Przy wielu plażach widnieją ostrzeżenia o silnych falach i prądach. Wszystkie plaże na Seszelach są niestrzeżone, w większości bezludne, więc możecie liczyć tylko na siebie. Dodam z doświadczenia iż fale na niektórych plażach są naprawdę duże i silne.

Seszele – co zabrać?

Seszele to cywilizowany kraj i wszystko można kupić na miejscu. Jedyny problem jest taki, że ceny mogą być naprawdę wysokie. Nie zapomnijcie przede wszystkim o przejściówce do prądu – na Seszelach są brytyjskie wtyczki. Weźcie odpowiedni zapas kremów i olejków z filtrami – słońce operuje a ceny w lokalnych sklepach są BARDZO wysokie. Koniecznie jakiś preparat na komary – zwłaszcza jeśli wybieracie się na wyspę la Digue.

Seszele – co kupić, co przywieźć?

Ci, którzy czytają bloga od początku wiedzą, że nie jestem zwolenniczką durnostojek ani żadnej chińszczyzny. Najchętniej przywożę praktyczne (najlepiej kulinarne) pamiątki. Z Seszeli przyjechała ze mną butelka rumu Takamaka. Jeśli chcecie przywieźć małą (0,375l) to kupcie w sklepie, jeśli większą (1 litr) to najbardziej opłaca się kupić na lotnisku. Ponadto zakupiłam olej kokosowy (200ml za 150 SCR ale chyba trochę przepłaciłam, dałoby się kupić taniej). Na Seszelach uprawia się wanilię i inne przyprawy stąd warto przywieźć olejek waniliowy i sproszkowane przyprawy. Na Seszelach jest też fabryka herbaty i herbatę aromatyzowaną wanilią lub cynamonem też warto kupić. Fajną pamiątką (dla kobiety zawsze) jest biżuteria, o dziwo największy wybór i najniższe ceny są na lotnisku. Ja kupiłam bransoletkę z coco de mer.

Seszele – czy to raj na ziemi?

Wszystkim tak się właśnie Seszele kojarzą i niw ukrywam, że ja przed wyjazdem też myślałam, że to miejsce, do którego będę chciała wracać i wracać. Prawda jest taka, że każde, nawet najpiękniejsze miejsce, jest trawione przez swoje problemy i nie inaczej jest na Seszelach. Wyspy są naprawdę przepiękne i każdemu polecam zobaczenie ich ale mówienie o raju na ziemi to albo nadużycie albo nieświadomość.

To co rzuciło nam się w oczy już od pierwszego dnia to… śmieci. Wyspy (zwłaszcza Mahe) są zasypane butelkami, papierkami i innymi odpadami. Dojście na jakąkolwiek plażę wymaga przejścia przez chociażby niewielki kawałek dżungli, dżungli niestety tonącej w śmieciach. Z czego to wynika? Teoretycznie na wyspach jest program segregacji odpadów ale niestety Seszele to miejsce gdzie nie brakuje alkoholizmu i narkomanii. Jak opowiadał właściciel jednego z naszych guesthousów – na trzeźwo ludzie pilnują, żeby po sobie sprzątać. Ale po spożyciu czegokolwiek wszystkie śmieci zostają na plaży/w dżungli. Mieszkańcy Seszeli mają problem z alkoholem. Jak sami mówią – pijają herbatkę. Lokalnie pędzony alkohol, niskoprocentowy ale spożywany w nadmiernych ilościach powodujący uzależnienie i problemy znane chociażby u nas. Druga rzecz to narkotyki. W związku z tym, że na wyspach niewiele się uprawia i produkuje to praktycznie wszystkie produkty muszą być importowane z Azji, Europy lub Afryki. To niestety daje możliwość przemytu narkotyków, które są na wyspach problemem jeszcze większym niż alkohol. Uzależnionych ludzi jest naprawdę mnóstwo co powoduje, że na archipelagu brakuje rąk do pracy. Rozwiązaniem okazało się sprowadzanie pracowników z… Indii. Więc w sklepach czy za kierownicą autobusu spotkacie Hindusów. A lokalesi zajmują się piciem lub innymi wątpliwymi przyjemnościami. To jest ta ciemna strona raju, o której istnieniu większość turystów zdaje się nie mówić. Ale ktoś chcący podróżować świadomie nigdy nie powie, że Seszele to raj na ziemi. Poza alkoholizmem i narkomanią problemem wysp jest zwyczajna bieda. Średnia pensja wynosi 200 EUR a ceny w sklepach są takie jak w Europie zachodniej. Dla większości ludzi codzienne zakupy są problemem nie do przeskoczenia a kwestie takie jak zakup mieszkania czy domu są wręcz nierealne. Stąd większość Seszelczyków mieszka w wielopokoleniowych domach.

Seszele – którą wyspę wybrać?

Seszele to archipelag ponad 100 wysp i zobaczenie ich wszystkich podczas jednej podróży jest po prostu niemożliwe. Najpopularniejsze są te 3 odwiedzone przez nas – Mahe, Praslin i la Digue. Jeśli lecicie na Seszele na 2 tygodnie to spokojnie zdążycie zobaczyć wszystkie trzy. Jeśli wybieracie się na krócej to proponowałabym skupić się na Mahe – wyspa jest spora, większość turystów ucieka z niej od razu na Praslin lub na la Digue. Zwłaszcza na południu jest mnóstwo pięknych plaż, na których będziecie zupełnie sami. La Digue jest przeurocza ale niestety bardzo komercyjna. Na każdej plaży spotkacie mniej lub więcej turystów. Praslin podobała nam się najmniej. Sporo osób decyduje się spędzić wakacje wyłącznie na tej wyspie a naszym zdaniem pozbawia się tym samym możliwości zobaczenia tego co Seszele mają najpiękniejsze do zaoferowania. Praslin warto zobaczyć, nie mówię, że nie ale 2 dni tutaj w zupełności wystarczą.

Seszele na własną rękę – czy to skomplikowane?

Znacznie mniej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Dużym ułatwieniem podróży na własną rękę na Seszele jest to, że na wyspach angielski jest językiem urzędowym, mówią w tym języku absolutnie wszyscy więc bez problemu można się komunikować.

Myślę, że mając taki przewodnik jak to co Wam opisałam organizacja wyjazdu na Seszele nie będzie żadnym problemem 😉 Ja sama planując wyjazd korzystałam w przewodnika Pauliny Falkowskiej (nie polecam, mało praktycznych informacji no i brak zdjęć co powinno go zdyskwalifikować od samego początku) oraz z innych blogów. Chyba pierwszy raz aż w tak dużym stopniu opierałam się na informacjach i rekomendacjach z innych blogów i… mam nauczkę na przyszłość, żeby podchodzić do blogowych informacji z większym dystansem. Polecane restauracje okazywały się niewypałem a zachwalane plaże okazywały się nie istnieć lub istnieć pod inną nazwą 😉 Rozumiem, że każdemu zdarzają się błędy i literówki ale jeśli są namiętnie powtarzane to trudno mówić o pomyłce. Mam wrażenie, że niektórzy przeczytają o jakimś miejscu i powielają informacje na swoich blogach nie sprawdzając ich osobiście. Przepraszam za tę dygresję ale wracając do pewnych wpisów dziś, już z perspektywy osoby, która te Seszele zjechała i zeszła wzdłuż i wszerz, mam wrażenie, że niektórzy blogerzy odwiedzili najpopularniejsze plaże ale opisali wszystkie, łącznie z tymi, na których nie byli. Dając praktyczne wskazówki jak tam dotrzeć 😀 Trochę śmieszne, bardziej straszne i przykre.

Seszele czy Malediwy?

Właściwie nie wiem czemu porównuje się te dwa miejsca, bo są one zupełnie różne. Jedno i drugie piękne, jedno i drugie warte odwiedzenia. Z pewnością Seszele są bardziej różnorodne. Lecąc na Malediwy, nie oszukujmy się, większość jeśli nie cały czas będziecie spędzać na wyspie, na której znajduje się Wasz hotel. Wyprawa na inne wyspy to operacja długa, kosztowna i skomplikowana. Będąc na Seszelach dostęp do różnych plaż, parków i miejsc jest dużo łatwiejszy. Owszem, czasem trzeba się pomęczyć, ale generalnie jest dużo łatwiej coś zwiedzić niż na Malediwach. Z całego serca polecam oba te miejsca, w obu spędziłam jedne z najlepszych wakacji w swoim życiu. Jeśli nie byliście w żadnym z nich i zastanawiacie się które wybrać najpierw to moja odpowiedź brzmi Seszele. Jeśli zastanawiacie się gdzie taniej uda się zorganizować wakacje życia – to z pewnością Malediwy. Jeśli chodzi o takie kierunki wakacyjno-plażowe to są Seszele i jest reszta świata. Jeśli słyszeliście, że najpiękniejsze plaże są na Dominikanie czy na Zanzibarze to znaczy, że ktoś kto to mówi/pisze nie był na Seszelach 😀 Tylu pięknych plaż co przez te 2 tygodnie nie widziałam przez całe swoje życie i setki podróży. Serio, serio.

Ale… jeśli ja bym miała gdzieś wrócić to wolałabym na Malediwy. Na taki totalny chill, relaks i odcięcie od świata. No i klimat tam jest łagodniejszy co nie jest bez znaczenia. Bo Seszelskie upały w połączeniu z wilgotnością jednak dają w kość. Może trzeba było tu przed 30tką przylecieć 😛

EDIT: Wpisy o tym co zobaczyć na Seszelach już są gotowe. Wystarczy kliknąć 🙂

Plan i kosztorys 2-tygodniowej podróży dzień po dniu

Zwiedzanie wyspy Mahe

Zwiedzanie wyspy Praslin

Zwiedzanie wyspy la Digue

Wyspy Zielonego Przylądka – wyspa Sal

Wyspy Zielonego Przylądka były moim pierwszym spotkaniem z Afryką. Było to już parę ładnych lat temu, kiedy nie były jeszcze tak popularnym jaki dziś celem wakacyjnym.

Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde) to archipelag położony 450 km na zachód od wybrzeża Afryki rozsławiony na świecie przez pochodzącą z wysp Cesarię Evorę. Znana na całym świecie pieśniarka śpiewała głównie po kreolsku, czyli w języku wysp. Zmarła w 2011 roku artystka jest pochowana w swoim rodzinnym mieście Mindelo. Jeśli doczytacie ten wpis do końca i obejrzycie zdjęcia dojdziecie do wniosku, że wyspy zielone są wyłącznie z nazwy. Nic bardziej mylnego. Wyspa Sal rzeczywiście jest pustynna i wulkaniczna ale pozostałe wyspy archipelagu to bujna zieleń. Piszą się na bloga ale pojawią się pewnie dopiero za kilka miesięcy.

Sal to najpopularniejsza wśród turystów wyspa archipelagu. Tu znajduje się najwięcej hoteli, najpiękniejsze plaże o złotym piasku i turkusowy ocean. Sal jest wyspiarskim przedłużeniem Sahary, a ze względu na panujące tu warunki nazywa się ją afrykańskimi Hawajami. Ja na Hawajach (jeszcze) nie byłam więc póki co nie mogę powiedzieć ile ma to wspólnego z rzeczywistością. Wyspa na pewno jest rajem dla wszystkich wind- i kitesurferów, warunki do uprawiania tych sportów są na wyspie idealne.

Wyspa Sal – co zobaczyć?

Wyspa jest niewielka, ma powierzchnię 216 kilometrów kwadratowych, i spokojnie można ją zwiedzić w jeden dzień.

Jedną z największych i najbardziej rozpoznawalnych atrakcji wyspy, od której zresztą wzięła swoją nazwę, są saliny Pedra de Lume. Ulokowane w kraterze wygasłego wulkanu i świetnie zachowane stanowią unikatowe miejsce na mapie świata. Całe saliny, łącznie z korytarzem pod skałami powstałym w wyniku wybuchu wulkanu, są dziełem natury. Rola człowieka ograniczyła się wyłącznie do stworzenia systemu transportu soli. Saliny są zabytkiem dziedzictwa narodowego Cabo Verde, są przygotowywane do wpisania na listę dziedzictwa UNESCO.

Ogromne połacie soli w wulkanicznym kraterze to rzeczywiście widok jedyny w swoim rodzaju. Wydobycie soli sięgało tu milionów ton. Do lat 80-tych sól eksportowano głównie do Portugalii (wyspy przez wiele lat były pod panowaniem portugalskim).

Wody Pedra de Luma mają właściwości terapeutyczne, podczas zwiedzania salin jest możliwość kąpieli, po której można wziąć prysznic (za opłatą 1 EUR). Kąpiel jest dokładnie na tej samej zasadzie co w Morzu Martwym – można leżeć czytając gazetę. Ja szczerze mówiąc odpuściłam sobie kąpiel. To był jeden z pierwszych punktów zwiedzania wyspy, nie chciałam się kleić do końca dnia. Wstęp do Salin kosztuje 5 EUR. Będąc na Wyspach koniecznie trzeba to miejsce odwiedzić!

Santa Maria – największe miasto wyspy Sal

Największym ośrodkiem miejskim wyspy Sal jest Santa Maria założona w 1830 roku. Miejscowość tworzy tak naprawdę jeden plac, kilka ulic i kościołów. Życie lokalnej ludności koncentruje się przy plaży i na pomoście. W mieście jest kilka domków i sklepików. Teraz buduje się tam coraz więcej hoteli i atrakcji typowo turystycznych. Obawiam się, że za kilka lat będzie (a może już jest?) typowym kurortem znanym z innych regionów świata. Pomost przy plaży jest miejsce gdzie codziennie rybacy wypływają w ocean i wracają ze świeżymi rybami, które są pożywieniem i dla miejscowych, i dla turystów.

Buracona i Błękitne Okno

Zwiedzając wyspę nie można pominąć Buracony, zwanej pieszczotliwie wielką dziurą. Skalista zatoka zlokalizowana jest w dawnym kraterze. Turkusowa woda kontrastująca z czarnymi klifami – widok jak z kosmosu. To miejsce przywodzi na myśl Lanzarote – krajobrazy są bardzo zbliżone. W końcu obie wyspy powstały w wyniku wybuchu wulkanów.

Terra Boa – fatamorgana na pustyni

Jak już wspominałam na początku wyspa Sal to było moje pierwsze spotkanie z Afryką. Tu po raz pierwszy wybrałam się na pustynię, tu też po raz pierwszy doświadczyłam zjawiska fatamorgany. I co ciekawe mimo kilkudziesięciu kolejnych podróży i odwiedzonych krajów jest to jedyna fatamorgana jaką widziałam w swoim życiu. Trudno opisać wrażenia – to jest jedno z tych doświadczeń, które trzeba po prostu przeżyć. Coś tak absolutnie niewiarygodnego, że patrzysz w przestrzeń i nie wiesz czy to co widzisz istnieje naprawdę czy tylko w Twojej głowie. Magia! Jedno z najcudowniejszych podróżniczych doświadczeń.