Jeita Grotto – największa atrakcja Libanu

Największa atrakcja kraju i jedna z największych atrakcji całego Bliskiego Wschodu. Niestety nie wolno tam robić zdjęć i nie liczcie, że przemycicie telefon czy aparat. Przed wejściem są szafki gdzie trzeba zostawić plecaki, torby, aparaty i telefony. Jeśli wnosicie ze sobą chociażby małą torebkę to będzie ona sprawdzana przez pracowników. W samych jaskiniach też jest sporo pracowników, którzy pilnują, żeby przypadkiem zdjęć nie robić. Z jednej strony wiadomo, że szkoda, bo chciałoby się te piękne miejsca uwiecznić. Ale z drugiej tam jest tak pięknie, że gdyby można robić zdjęcia to cykałoby się fotkę za fotką. A tak – idziecie do cudownych, magicznych jaskiń i możecie podziwiać je bez żadnych rozpraszaczy. Zdjęcia wnętrz jaskini zawarte w tym wpisie pochodzą z oficjalnej strony internetowej jaskiń.

Jaskinie znajdują się w dolinie Psiej Rzeki, Nahr al-Kalb, około 18 kilometrów od Bejrutu. Część dolna została odkryta przez Amerykanów w 1836 roku, grotę górną odkryto dopiero w 1958 roku. Dokonała tego grupa speleologów libańskich, amerykańskich i francuskich. W 1969 roku groty udostępniono zwiedzającym. Podczas wojny domowej jaskinie służyły jako… przechowalnia amunicji.

Groty zostały głoszone do Listy Nowych 7 Cudów Natury, dostały się do finałowej 28ki ale niestety przepadły w głosowaniu. Libańczycy twierdzą, że to dlatego, że niewiele osób wie o ich istnieniu.

Jest to absolutnie najpiękniejsze miejsce jakie widziałam w Libanie, a myślę, że i jedno z najpiękniejszych jakie widziałam w ogóle. Zachwycające, zapierające dech w piersiach i po raz kolejny utwierdzające w przekonaniu, że najpiękniejsze miejsca to te stworzone przez naturę.

Górna Grota

Do górnej groty wjeżdża się kolejką (jest wliczona w cenę biletu). Następnie po zostawieniu rzeczy w szafce wchodzi się do jaskini. Trasa liczy ok. 750 metrów, trzeba trochę wejść po schodach ale nie jest to w żaden sposób męczący spacer. Jest to tylko część udostępniona dla zwiedzających, cała długość górnej groty liczy ponad 2000 metrów. W grocie jest chłodno ale nie można powiedzieć, że zimno więc bluzy nie musicie zabierać. Bywa ślisko więc lepiej miejcie porządne buty (na pewno nie klapki). Samo wnętrze jaskini jest ogromne i przestronne, nie trzeba się nigdzie przeciskać ani schylać więc nawet ja mimo mojej klaustrofobii spędziłam tam czas bardzo przyjemnie. Podczas spaceru można podziwiać różnego rodzaju formacje skalne – stalagmity, stalaktyty, kolumny, grzyby, kutyny i draperie skalne.

Część górnej groty udostępniona dla zwiedzających podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich to tzw. Biała Komnata – nazwa pochodzi od białych nacieków tworzonych przez kalcyty. W tej grocie znajdują się najbardziej okazałe formacje skalne z największym na świecie stalaktytem włącznie (mierzy 8,2 metra). Druga to Komnata Czerwona – od koloru tlenku żelaza. Trzecia grota nie ma żadnej nazwy ani przypisanego jej koloru ale jest największa ze wszystkich, jej wysokość dochodzi do 120 metrów.

Dolna Grota

Po wyjściu z Górnej Groty czeka nas przesiadka do ciuchci, która zwozi turystów do groty dolnej położonej 60 metrów pod grotą górną. Tam z kolei wsiadamy na łódkę i płyniemy w około 20-minutowy rejs, na około 500 metrów po jaskiniowym jeziorku zwanym Ciemnym Jeziorem.

W dolnej grocie znajduje się tzw. jaskinia Thompsona z ogromnymi stalagmitami jak np. obelisk Orła. Pozostałe sale nazwano Pantheonem, Wielkim Chaosem i Shangri-La.

Uwaga, jeśli chcecie odwiedzić obie groty (a warto, bo są zupełnie różne) to wybierzcie się do Libanu późną wiosną, latem lub jesienią. W okresie zimowym dolna grota jest zamknięta ze względu na zbyt wysoki poziom wody.

Groty odwiedza ok. 280 tysięcy turystów rocznie, są najpopularniejszą atrakcją Libanu.

Sydon, Tyr i Kana – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Sydon to trzecie co do wielkości miasto Libanu, oddalone od Bejrutu o 40 kilometrów, malowniczo położone pomiędzy uprawami cytrusów i bananów. W czasach starożytnych było jednym z ważniejszych portowych miast fenickich. Na przestrzeni lat miasto było wielokrotnie najeżdżane i niszczone. W VII wieku miasto zostało podbite przez Arabów.

W porcie do dziś wznosi się zamek krzyżowców. Został wybudowany w XIII wieku w miejscu dawnej fenickiej świątyni poświęconej Melkartowi – fenickiemu odpowiednikowi Herkulesa. Zamek znajduje się na wysepce połączonej z lądem kamienną groblą. Budowla została zniszczona przez Mameluków chcących chronić region przed powrotem krzyżowców ale odbudowano ją w XVII wieku.

Dziś nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania ale z zamku rozciągają się piękne widoki na morze i na miasto więc warto tam wejść na kilkanaście minut.

Niewątpliwą atrakcją miasteczka jest też arabski souq – wąskie alejki kryjące wiele tradycyjnych zakładów, sklepików, piekarni, cukierni itp przenoszą w czasie. Może nie aż do średniowiecza ale wiele, wiele lat wstecz. Mam wrażenie, że to zupełnie nieturystyczne miejsce, takie do podglądania normalnego życia Libańczyków.

Kolejną atrakcją Sydonu jest odrestaurowany karawanseraj Khan al-Franj. Na co dzień wiele się tam nie dzieje, natomiast podczas ramadanu jest centrum kulturalnym miasta. To bardzo ładne i przyjemne miejsce, w dodatku położone tuż przy souqu więc zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Świątynia Eszmuna

Niedaleko Sydonu znajduje się stanowisko archeologiczne – świątynia Eszmuna, patrona Sydonu. Wśród ruin dobrze zachowany jest tron królowej Astarte otoczony przez dwa sfinksy. Ponadto znajdują się tu pozostałości willi z czasów rzymskich i bizantyjskiego kościoła z licznymi mozaikami. Sama świątynia została zbudowana w VII wieku p.n.e. Wstęp jest bezpłatny. Tuż obok stanowiska archeologicznego jest ogromna plantacja bananowców. Moim zdaniem nie jest to must-see, możecie to miejsce pominąć planując wycieczkę do Libanu.

Tyr – miasto Fenicjan

Tyr to portowe miasto fenickie, w dawnych czasach jedno z najbogatszych na całym półwyspie arabskim. Fenicjanie zajmowali się eksportem szkła, ceramiki i barwników (purpury) do wszystkich krajów basenu Morza Śródziemnego. W czasach świetności Tyr zamieszkiwało 300 tysięcy ludzi.

Ruiny wpisane w 1984 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO to jedna z pierwszych fenickich metropolii. Prawdopodobnie tu wynaleziono purpurowy barwnik, który był główną gałęzią handlową Tyru.

Archeologiczne pozostałości pochodzą z czasów fenickich, bizantyjskich i rzymskich. Podczas zwiedzania stanowiska archeologicznego można zobaczyć pozostałości katedry, termy, nekropolię z różnego rodzaju sarkofagami, drogę rzymską przechodzącą przez monumentalną bramę, największy na świecie i najlepiej zachowany hipodrom (ten rzymski mógł pomieścić więcej widzów ale rozmiarowo największy był hipodrom w Tyrze), 20-metrowy łuk triumfalny z czasów Hadriana i budynek widowiskowy. Latem wszystko tonie w zieleni i w kwiatach więc mimo upału jest tu bardzo przyjemnie. Zwłaszcza, że teren jest naprawdę spory, a turystów można policzyć na palcach jednej ręki. Można spokojnie chodzić, oglądać, robić zdjęcia, przysiąść w cieniu.

Bilet wstępu kosztuje 6000 (4USD).

Kana

10 kilometrów od Tyru i zaledwie 12 km od granicy z Izraelem znajduje się ciekawa miejscowość – Kana (Qana).

Jeśli nazwa kojarzy Wam się z Kaną Galilejską to może się okazać, że całkiem słusznie. Libańczycy twierdzą, że to właśnie w ich Kanie Jezus dokonał przemiany wody w wino. Nie w Izraelu (też są różne domyślne lokalizacje), a właśnie w Libanie. Cóż… Prawda jest zapewne taka, że żadnej przemiany wody w wino nigdzie nie było ale Libańczycy tak głośno krzyczą o tym, że to w ich Kanie z bardzo prostego powodu – chcą przyciągnąć do kraju pielgrzymów i kolejnych turystów. Chcą, żeby zamiast do Izraela przyjeżdżali do nich. Wszystkie chwyty dozwolone? 😉

Zwiedzania w Kanie dużo nie ma, są skały z wykutymi postaciami niby pary młodej, na której weselu miało dojść do cudu i jest kapliczka wykuta w skale. Kapliczka pochodzi prawdopodobnie jeszcze z czasów rzymskich. Biorąc pod uwagę niewielką odległość od Tyru na chwilę warto tu podjechać.

Już przy wejściu zobaczycie ciekawe zjawisko – białe chusteczki na drzewkach oliwnych. Zawiązują je turyści z Indii, którzy traktują je jako swego rodzaju talizmany.

Uwaga, jeśli planujecie przyjechać do Kany to sprawdźcie wcześniej ostrzeżenia lokalnych władz. Ze względu na bliskość Izraela i bardzo napiętą sytuację polityczną w tej części kraju czasem wjazd do Kany nie będzie możliwy. Zresztą w 2006 roku doszło tu do masakry – zginęło 28 osób podczas nalotów izraelskich.

Po drodze do Kany będziecie mijali checkpointy z flagami Hezbollahu. Nie ukrywam, że to było jedyne miejsce w Libanie gdzie nie czułam się do końca pewnie. Może nie niebezpiecznie ale z pewnością człowiek w takim miejscu ma oczy dookoła głowy. Uwaga, żeby Wam czasem nie przyszło do głowy robić zdjęć tym checkpointom czy żołnierzom. Jest to absolutnie zakazane i słyszałam, że nikt się z niesfornymi turystami nie patyczkuje. Robisz zdjęcia – w najlepszym wypadku tracisz kartę pamięci, w najgorszym cały aparat/telefon.

Dżunija, Harissa, Byblos i Annaja – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Dziś chciałam Wam zaproponować kolejny pomysł na jednodniową wycieczkę po Libanie z Bejrutu. Tym razem turystyczna miejscowość Dżunija niejako połączona z sanktuarium w Harissie, a także jedno z moich ulubionych miast Libanu – Bylos oraz swoista religijna stolica kraju – Annaja z grobem najważniejszego libańskiego świętego. Gotowi? To lecimy!

Dżunija

Miasto położone 15 km od Bejrutu. Słynie z najpiękniejszego wybrzeża w kraju. Jest ważnym ośrodkiem turystyczno-wypoczynkowym i centrum rozrywki. Tu mieści się najsłynniejsze kasyno w kraju – Cassino du Liban.

Atrakcją Dżuniji jest też kolejka gondolowa łącząca miasto ze wzgórzem w Harissie, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej. Jakby nie patrzeć kolejka łączy sacrum z profanum 😉 Tak gwoli ścisłości to podróż jest dwuetapowa – pierwszy to wspomniana gondolka, a potem przesiadamy się w wagonik. Widoki z jednego i z drugiego nieziemskie.

Harissa – Sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej

Miasto jest ważnym celem pielgrzymek i ośrodkiem kultu maryjnego. Na wzgórzu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest biały posąg Najświętszej Marii Panny. Na posąg można wejść i bardzo Wam to polecam, bo widoki z samej góry są naprawdę przepiękne. Jest co prawda dosyć wąsko i ciężko się minąć z inną osobą (a to popularne miejsce i turystów tudzież pielgrzymów jest sporo) ale warto. Uwaga, żeby wejść na posąg i w ogóle na teren sanktuarium trzeba mieć zakryte kolana i ramiona. Ja miałam szorty i cofnięto mnie już w drodze ze sklepiku z pamiątkami (!). Na szczęście w plecaku miałam chustę i mogłam wejść na górę nie gorsząc nikogo 😉

Obok sanktuarium mieści się współczesna, monumentalna katedra maronicka – jej kopuła wznosi się 62 m nad ziemią i jest widoczna już z dołu. Niestety była zamknięta ale że jest przeszklona to można było zajrzeć do środka.

Sanktuarium w 1997 roku odwiedził Jan Paweł II i na pamiątkę tego wydarzenia postawiono jego pomnik.

Byblos (Jbail) – perełka Libanu

Byblos – cudowne, magiczne, przepiękne miejsce na mapie Libanu. Położone 40 kilometrów od Bejrutu, zamieszkane nieprzerwanie od ponad 7 tysięcy lat uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Aż nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Pełne kolorowych knajpek (takich wiecie, z dekoracjami prosto na instagrama), z soukiem z ogromnym wyborem pamiątek, górującym nad miastem zamkiem, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i z cudownym portem.

W pobliżu portu, znajduje się rozległe stanowisko archeologiczne – najważniejsza atrakcja miasta. Antyczne ruiny, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, świadczą o obecności całego przekroju cywilizacji, od czasów neolitu po średniowiecze.

Zamek krzyżowców został zbudowany w 1104 roku. Jak większość libańskich zabytków był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. W XIX wieku przejęli go tureccy żołnierze i pełnił rolę militarną. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków miasta.

Po wejściu na zamek przez most i bramę docieramy do małej salki muzealnej. Znajdziemy tu wystawę przybliżającą alfabet fenicki, który dał początek naszemu współczesnemu alfabetowi. Po zapoznaniu się z wystawą warto wejść na wszystkie po kolei punkty widokowe. Wiadomo, że im wyżej tym piękniejsze krajobrazy. Widać miasto, port, wybrzeże. Tu zrobicie naprawdę świetne zdjęcia. Moja wizyta na zamku była dosyć krótka z prozaicznego powodu – byłam strasznie głodna. A najpierw musiałam pójść na zamek, żeby mi go nie zamknęli, dopiero potem poszłam jeść. Ale właściwie poza tym punktami widokowymi to aż tak wiele do zwiedzania tam nie ma.

Po wyjściu z zamku koniecznie trzeba skierować się w lewą stronę i dojść do starego portu. Cumują tu łódki, przechadzają się turyści, właściciele zapraszają do restauracji na świeżą rybkę.

No i na koniec trzeba zagubić się w labiryncie wąskich uliczek souqu. Tu można coś zjeść, wypić, potargować się w sklepach. I napawać oczy tymi wszystkimi pięknymi dekoracjami. Prawda, że Byblos jest niebywale urocze?

Annaja i św. Szarbel

To jest miejsce, którego w ogóle nie brałam pod uwagę planując zwiedzanie Libanu. Ale od wielu miejscowych usłyszałam, że jeśli chcę chociaż spróbować zrozumieć Liban i Libańczyków to muszę to miejsce odwiedzić. No skoro muszę to jadę.

Annaja położona jest zaledwie 9 km od Byblos więc nie jest to jakaś wielka wyprawa. Znajduje się tu maronicki monastyr z relikwiami św. Szarbela.

Św. Szarbel (Charbel) to jeden z najważniejszych jeśli nie najważniejszy święty Libanu. Duchowny maronicki, mnich i pustelnik. Youssef Antoun Makhlouf, bo tak się nazywał, urodził się 8 maja 1828 roku w Bekaakafra (północny Liban) w maronickiej rodzinie. W 1851 roku wstąpił do zakonu gdzie przyjął imię Szarbel. 23 lata spędził w pustelni oddając swe życie Bogu, zmarł 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko – nad jego grobem pojawiła się jasna poświata utrzymująca się wiele tygodni. Spowodowało to, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. W związku z tymi wydarzeniami kilka miesięcy po pogrzebie dokonano ekshumacji ciała pustelnika. Okazało się, że przez te miesiące ciało pustelnika w ogóle się nie zmieniło i sączyła się z niego substancja uznana za relikwię. To spowodowało, że szybko rozwinął się kult pustelnika, pojawiły się cudowne uzdrowienia i rzesze pielgrzymów. Początkowo tylko z Bliskiego Wschodu, później z niemal całego świata. Co ciekawe, w 1950 roku dokonano kolejnej ekshumacji, i stwierdzono to samo co podczas poprzedniej! W 1966 roku dokonano kolejnej ekshumacji i tym razem stwierdzono, że ciało zostało już rozłożone i pozostał z niego tylko szkielet.

9 października 1977 roku Szarbel został kanonizowany przez papieża Pawła VI.

Czy trzeba to miejsce odwiedzić będąc w Libanie? Moim zdaniem NIE. Można ale ja nie odnalazłam tam nic głębszego. Takie sanktuarium jakich tysiące na świecie. Wymyślimy historyjkę i będziemy robić na tym biznes, no niestety ale takie odnoszę wrażenie. Może nie jest to biznes na taką skalę jak w Fatimie czy Medjugorie ale… dajmy im trochę czasu. Myślę, że za 10 lat będzie. Już dziś masowo sprzedaje się jakieś olejki i inne cudowności. Za dolara od sztuki. Ja oczywiście nie kupiłam, to do zdjęcia pożyczyłam od przemiłych francuskich turystów.

W jednym z pomieszczeń znajdują się podziękowania za cuda i uzdrowienia oraz swoista mapa z flagami krajów, z których przychodzą listy z dowodami uzdrowień. Cóż za zaskoczenie, że ilość listów z Polski jest… na drugim miejscu.

Natomiast odchodząc od sfery sacrum, której może ja po prostu nie rozumiem i nie czuję, w okolicy monastyru jest kilka sklepików z naturalnymi produktami robionymi przez mnichów. Ja kupiłam dwa sery, które okazały się być naprawdę genialne. Są też oliwy, soki, słodycze. Spory wybór naprawdę fajnych produktów. Więc jednak ta godzina przeznaczona na wizytę u Szabrela aż tak stracona nie była 😉

Liban – Dajr al-Kamar i zamek Bajt ad-Din – wycieczka z Bejrutu

Jeśli chcecie zobaczyć jakieś fajne miejsca w niedalekiej odległości od Bejrutu to polecam zrobienie sobie wycieczki do Dajr al-Kamar (Deir el Qamar) i do pałacu  Bajt ad-Dine (Beiteddine).

Dajr al-Kamar – co zobaczyć?

Dajr al-Kamar to mała ale przeurocza miejscowość w górach Szuf zwana miastem emirów. Szczególny rozkwit Dajr al-Kamar nastąpił w okresie panowania druzyjskiego emira Fachr ad-Dina II, którego pałac można podziwiać do dnia dzisiejszego.

Główny plac z meczetem Emira Fakhreddine Maana wybudowano w 1943 roku. Meczet służy wyłącznie celom religijnym, nie można go zwiedzać.

Tuż obok placu znajduje się souk z pamiątkami, kilka restauracji, kawiarenek i sklepików.

Warto wejść na górę (schodami po lewej stronie stojąc przodem do souqu) i przespacerować się górą. Warto zajrzeń do siedziby Institute Francais i podziwiać architekturę zabudowań. Znajduje się ona na terenie dawnego souqu gdzie handlowano jedwabiem i biżuterią.

Na dole warto zajrzeć do siedziby ratusza. Przy wejściu stoją panowie z ochrony ale o nic nie pytają i nikogo nie zatrzymują, można wejść bez problemu. Ratusz mieści się w dawnym pałacu Youssefa Chehaba. Wybudowano go w XVIII wieku a jego wejścia strzegą dwa posągi lwów symbolizujące sprawiedliwość.

Po wyjściu z ratusza warto przejść się wąskimi brukowanymi uliczkami aż do XVII-wiecznej katedry Matki Boskiej Różańcowej. Sama katera może niekoniecznie robi wrażenie ale uliczki porośnięte bugenwillami tworzą idealne kadry do zdjęć.

Bajt ad-Din (Beiteddine)

Miasto położone 45 kilometrów od Bejrutu, którego główną atrakcją jest zespół pałacowy emira Beszira Szihaba II wybudowany w latach 1788 – 1818. Pałac zaprojektowali włoscy architekci, a wykonali go syryjscy rzemieślnicy. Łączy on tradycyjną architekturę arabską z wpływami europejskimi i orientalnymi.

Po przymusowej emigracji emira Beszira II w 1840 roku pałac był siedzibą władz tureckich i francuskich, aż do uzyskania w 1934 roku statusu zabytku narodowego. Od 1943 jest letnią rezydencją prezydenta Libanu. Część niezajmowana przez prezydenta jest udostępniona zwiedzającym. Kompleks dosyć mocno ucierpiał w wojnie domowej ale został odbudowany.

Po przekroczeniu głównej bramy docieramy na dziedziniec o wymiarach 107 na 45 metrów. Po prawej stronie znajduje się Al-Madafa – dwupiętrowe skrzydło, w którym przyjmowano gości.

W centralnej części znajdują się dawne biura – pokoje z rzeźbionym i malowanym drewnem cedrowym ozdobionym arabską kaligrafią, antyczne meble, inkrustowany marmur i piękne mozaiki.

Na drugim końcu dziedzińca znajdują się prywatne apartamenty Dar el Harim o bogato dekorowanych fasadach. Ponadto znajdują się tu dwa haremy – dolny i górny oraz kuchnia.

Na terenie pałacu jest też oczywiście hammam – bez niego nie budowano żadnej rezydencji w tamtych czasach w tym rejonie świata.

Pałac otoczony jest tarasowymi ogrodami i sadami, których nie można pominąć zwiedzając rezydencje. Ogrody są doskonale utrzymane, zadbane i w letni dzień bardzo przyjemnie spędza się tam czas.

Schodząc na tarasy trzeba przejść przez dawne stajnie, w których znajduje się obecnie wyjątkowa kolekcja bizantyjskich mozaik z V i VI wieku. Znalezione w Jiyyeh, 30 km na południe od Bejrutu, zostały sprowadzone przez Walida Jumblatta do Beit ed-Dine w 1982 roku.

Bilet wstępu kosztuje 10000LL.

Bejrut – zwiedzanie stolicy Libanu

Bejrut – miasto pełne sprzeczności. Piękne, odnowione centrum z Place Etoile zachwyca bardziej niż niejedna europejska metropolia. Przy promenadzie Corniche zobaczycie więcej luksusowych samochodów niż w Dubaju i Dosze razem wziętych. Eleganckie restauracje i bary na dachach mogą zawstydzić i Londyn, i Singapur. Ale to tylko jedno oblicze Bejrutu. Poza odnowionymi budynkami w centrum zobaczycie też starsze, ze śladami po kulach z bombardowań podczas wojny domowej (1975-1999). Nowoczesne wieżowce sąsiadują ze starymi, rozpadającymi się blokowiskami. Eleganccy, wystylizowani Libańczycy mieszają się z uchodźcami palestyńskimi i syryjskimi. W odległości kilkuset metrów od siebie stoi meczet, świątynia ormiańska, kościół maronicki, kościół grekokatolicki i prawosławny. Muzułmanie mieszają się z chrześcijanami, nie ma podziałów. Wszyscy żyją w zgodzie, tolerancji i akceptacji. Teoretycznie wszystko piękne i godne podziwu. Ale nawet ci tolerancyjni Libańczycy zaczynają się powoli buntować przeciwko napływowi uchodźców. Zapraszam Was do fascynującego Libanu. Kraju, w którym spędziłam zaledwie kilka dni i którego nie zrozumiałam, bo w takim krótkim czasie się nie da. Ale to kraj, o którym nie da się przestać myśleć jeszcze długo po powrocie.

Liban to jedyny kraj na świecie, gdzie równowagę polityczno-religijną gwarantuje konstytucja. Prezydentem może być wyłącznie chrześcijanin maronita, premierem muzułmanin sunnita, a przewodniczącym parlamentu muzułmanin szyita. I nikt się przeciwko temu nie buntuje. W Bejrucie jest mnóstwo mieszanych rodzin, nie ma dzielnic muzułmańskich czy chrześcijańskich, w szkole też nie ma podziału dzieci ze względu na religię. Wszyscy żyją obok siebie bez żadnych napięć.

Sam Bejrut bardzo przypomina mi Belgrad. Może nie architektonicznie, bo jednak centrum Bejrutu jest niebywale eleganckie i szykowne ale budynki ze śladami po kulach, wszechobecne ślady niedawno zakończonej wojny a przede wszystkim ludzie i ich podejście do życia. I w Belgradzie, i w Bejrucie żyje się tu i teraz, niczego nie odkłada się na później, dba się o relacje. Bardzo żałuję, że gdzieś mi przepadły zdjęcia z Belgradu (mam tylko pojedyncze w telefonie) i nie mogę Wam o tym fascynującym mieście napisać. Może to po prostu znak, że trzeba tam jeszcze raz lecieć? 😉

Ale wróćmy do Bejrutu, zapraszam na spacer po największych atrakcjach miasta.

Place d’Etoile

Główny plac miasta wzorowany na paryskim placu o tej samej nazwie. W centralnym punkcie znajduje się wieża zegarowa ufundowana przez Michela Abeda. Przy placu znajduje się także wybudowany w 1932 roku budynek parlamentu.

Przez lata plac był ekonomicznym i finansowym centrum Bejrutu, w latach 70-tych stał się zakorkowanym rondem. Jak całe centrum został zniszczony podczas wojny i odbudowany w latach 90-tych. Po rekonstrukcji plac zamknięto dla ruchu kołowego.

To co Was zaskoczy (a przynajmniej mnie zaskoczyło) to pustki – na ulicach, w knajpach i sklepach. Odbudowane po wojnie centrum to miejska kość niezgody. Większość terenów została sprywatyzowana przez spółkę należącą do rodziny byłego premiera Rafika al-Haririego. Bejrutczycy się przeciwko temu buntują i w ramach protestu nie bywają w centrum, a czas spędzają w okolicach promenady Corniche.

Z placu Etoile warto się przespacerować na souk. Nawet jeśli nie chcecie nic kupować. Przed wejściem na targ (choć to raczej centrum handlowe, a nie souk znany z innych krajów arabskich) stoi wielki napis I Love Beirut. Takie najbardziej instagramowe miejsce w mieście 😉 O dziwo wcale nie oblegane jak w innych tego typu miejscach na świecie. Ale to zapewne dlatego, że dla mieszkańców, którzy mijają go co chwilę to żadna atrakcja, a turystów w Libanie zbyt wielu nie ma.

Po drodze warto zajrzeć do małego meczetu Emira Munzira, który mieści się w miejscu, gdzie kiedyś był kościół katolicki. Kościół przebudowano, dobudowano minaret i dziś stoi tam meczet. Wstęp jest bezpłatny.

Meczet Al-Omami

Po drugiej stronie placu wznosi się największy meczet w Bejrucie. 48-metrowa kopuła i 65-metrowe minarety widoczne są z wielu punktów miasta. Niebieska kopuła była inspirowana meczetami otomańskimi, a sama budowla powstała na wzór meczetu Sultan Ahmed w Stambule.

Meczet otwarto w 2008 roku. Został zbudowany ze środków polityka i multimilionera Rafika al-Haririego, który jednak nie doczekał otwarcia, bo w 2005 roku zginął w zamachu bombowym. Jego grób znajduje się na małym cmentarzu nieopodal meczetu.

Żeby wejść do meczetu trzeba oczywiście być odpowiednio ubranym. Kobiety muszą mieć zakryte ręce, nogi i włosy. Trzeba oczywiście zdjąć buty. I moja dobra rada – weźcie ze sobą skarpetki. Nawet jeśli chodzicie w sandałach to spakujcie sobie do plecaka, żeby założyć przed wejściem do meczetu. Smrodek spoconych stóp jest mocno wyczuwalny i tak na całkiem gołe stopy to bym wejścia ani do tego, ani do innego meczetu nie polecała. Co by nie przywieźć z wakacji jakiejś niespodzianki. Przed wejściem do meczetu można wypożyczyć abaję (bezpłatnie).

Sam meczet jest ogromny, wnętrze jest w stanie pomieścić 3700 wiernych. Jest oddzielna część do modlitwy dla mężczyzn i dla kobiet, zwiedzać można obie.

Nieco stoi brudny szkielet Beirut Dome czyli kopuły tudzież jajka (nawet na mojej mapie był oznaczony jako Egg Building). Kiedyś mieściło się tam kino i centrum handlowe, dziś to szara skorupa z powykręcanymi prętami zbrojeniowymi.

W bliskiej odległości znajduje się też dawny teatr. W chwili obecnej jest zniszczony i opuszczony, lada moment ma się zacząć jego remont. Plotki głoszą, że ma być zamieniony w centrum handlowe…

Maronicka katedra św. Jerzego

Chrześcijanie mieszkający na terenie Libanu to w zdecydowanej większości maronici. Wyznanie bardzo wpływa na codzienne życie Libańczyków. Dla maronitów najważniejsza jest rodzina i wszyscy Libańczycy należący do tego wyznania dążą do tego, by ich dzieciom żyło się jak najlepiej. Rodzice, mający najczęściej dwójkę dzieci, zaharowują się na 2-3 etatach po to, by zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą edukację (ta jest w Libanie bardzo droga ale też Libańczycy uchodzą na najlepiej wykształconą nację na całym Bliskim Wschodzie).

Maronicka katedra świętego Jerzego to kolejny symbol miasta. Wybudowana pod koniec XIX wieku katedra nawiązuje do stylu neoklasycystycznego, wnętrze wykonane jest w większości z marmuru. Inspiracją dla jej budowy była rzymska bazylika Santa Maria Maggiore. Budowla jest świeżo odrestaurowana po wojennej zawierusze. Kościół jest siedzibą archidiecezji maronickiej.

Ruiny łaźni rzymskich

Jak sama nazwa wskazuje są to już tylko pozostałości więc trzeba mieć bujną wyobraźnię, żeby sobie uzmysłowić jak mogło to wszystko wyglądać tysiące lat temu. W ogóle Liban to kraj dla ludzi z bogatą wyobraźnią. Tych ruin wszelakich jest tam mnóstwo (będę o nich oczywiście pisać w kolejnych postach) i często trzeba naprawdę odpalić szare komórki, żeby zobaczyć coś więcej niż po prostu kupę kamieni.

Za czasów rzymskich znajdowały się tu cztery duże kompleksy basenowe i liczne małe łaźnie. To jednak powodowało wzrost zużycia wody w mieście i Rzymianie zdecydowali się na budowę akweduktu zasilanego przez rzekę Bejrut znajdującą się około 10 kilometrów za miastem. Stworzono też całą sieć dystrybucji wody do każdego z basenów.

Ogród Wybaczenia

Znajduje się w okolicy placu Męczenników. Otoczony jest przez opisane wyżej świątynie różnych wyznań. Jest to miejsce, którego nie było w planie zagospodarowania Bejrutu. Założenie było takie, że miało to być miejsce spokoju, refleksji, zrozumienia i tolerancji. W 1998 roku projekt Gustafsona Portera połączył różne aspekty libańskiego dziedzictwa i różnorodnych krajobrazów, które podkreślają narodową jedność. Wejście na teren ogrodu to symboliczne wkroczenie w przeszłość miasta.

Katedra grekokatolicka św. Elie

Trzynawowa bizantyjska katedra została wybudowana pod koniec XVIII wieku, następnie kilkukrotnie była przebudowywana. Została zniszczona podczas wybuchu bomby w czasie wojny domowej (1975 – 1990) i w latach 90tych odbudowana stąd sprawia wrażenie zupełnie nowej.

Ortodoksyjny kościół św. Jerzego

Grecki kościół ortodoksyjny został wybudowany w XIV wieku. Funkcjonował wtedy jako konwent św. Jerzego – był to kościół, siedziba biskupa i księży, szpital, szkoła, biblioteka i pierwsza drukarnia w Bejrucie. Po raz pierwszy katedra została zniszczona w 1759 roku w trzęsieniu ziemi, odbudowano ją w 1767 ale jeszcze w tym samym roku uległa ponownemu zniszczeniu. Po raz kolejny odbudowano ją w 1772 roku, a na początku XX wieku ją powiększono. Jak większość zabytków Bejrutu tak i ona ucierpiała wskutek wojny domowej. Po remoncie otwarto ją ponownie w kwietniu 2003 roku. Rosyjscy i greccy artyści odnowili malowidła i dodali nowe. Podczas prac archeologicznych odkryto pozostałości wcześniejszej świątyni.

Plac Męczenników

Plac z pomnikiem powieszonych tu przez Turków podczas I Wojny Światowej. Na pomniku też są widoczne ślady po kulach, podczas wojny stał na linii frontu. Plac stoi pośrodku ruchliwej ulicy w centrum miasta.

Ulica Al Hamra i dzielnica Al-Aszrafijja

Z pewnością słyszeliście, że w latach 50 i 60-tych XX wieku Bejrut nazywano Paryżem Bliskiego Wschodu. Ze względu na liczne zniszczenia powojenne to powiedzenie jest już nieaktualne, miasto straciło swój dawny blask ale śladów francuskiej stolicy można szukać w dzielnicy Al-Aszrafijja. Powiedziałabym, że to taki bejrucki Montmartre. Dużo tu galerii sztuki, sklepików młodych twórców, alternatywnych restauracji i kawiarni oraz sporo streetartu. Bardzo, bardzo, bardzo przyjemne miejsce i polecam Wam tak zaplanować spacer po Bejrucie, żeby tam dotrzeć chociaż na 2 godzinki. Najlepiej wieczorem, bo wtedy dzielnica ożywa.

Najciekawsza część dzielnicy to pas pomiędzy ulicami Sursock i Gouraud. Przy ulicy Sursock zobaczycie wiele rezydencji należących do najbardziej prominentnej rodziny w kraju. Większość pałaców pochodzi z XVIII i XIX wieku. Przy ulicy zobaczycie także budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Muzeum Sursocków. Niestety muzeum jest czynne tylko do 18, ja byłam tam już przed 19 i pocałowałam klamkę. Można zobaczyć tu oryginalne XIX-wieczne wnętrza, kolekcję sztuki i pamiątki po rodzinie Sursocków. Ale sam budynek muzeum też jest przepiękny i warto go zobaczyć chociaż z zewnątrz. Większość pałaców jest dziś rezydencjami bogatych Bejrutczyków, są chronione i nie ma możliwości wejścia do środka, ani nawet na teren posesji. Pozostaje spacerowanie i ewentualnie robienie zdjęć przez płot 😉

Spacerując ulicą Sursocków skręćcie za kawiarnią e Cafe na schodki św. Mikołaja. Wokół nich koncentruje się życie artystyczne dzielnicy. A na dole, przy ulicy Gouraud znajdziecie całe mnóstwo barów i restauracji. Tu toczy się życie nocne Bejrutu.

Co ciekawe, w okresie wojny domowej dzielnica była bastionem prawicowych milicji.

Corniche

Ciągnąca się przez 7 kilometrów promenada to rewers bejruckich ulic – o każdej porze dnia i nocy życie toczy się tu niespiesznie. Tu umawiają się zakochani, tu spacerują całe rodziny, tu starsi panowie piją kawę, młodzi mężczyźni palą sziszę, młode dziewczyny tańczą. I wreszcie tu prędzej czy później dociera każdy turysta. Promenada otoczona jest palmami, znajduje się tu sporo kafejek i restauracji. To najlepsze miejsce, żeby podejrzeć jak żyją Libańczycy.

Gołębie Skały – Roches de Raouche

Na samym końcu symbol Bejrutu choć tak naprawdę pierwsze miejsce, które odwiedziłam zwiedzając miasto. Są to dwie 60-metrowe (!) wapienne skały pochodzące z czasów prehistorycznych. Lonely Planet pisze, że to najbardziej instagramowe miejsce w Bejrucie. Jak dla mnie to nr 2, nr 1 to jednak napis I love Beirut 😉 Lokalesi mówią, że jeśli nie masz fotki przy Gołębich Skałach to znaczy, że nie byłeś w Bejrucie 😉

A skąd w ogóle nazwa? Wyjaśnienie jest dosyć banalne – po prostu na skałach kiedyś lubiły gromadzić się gołębie. Teraz ich tam nie ma, przynajmniej ja nie widziałam ani jednego. Bejrutczycy nazywają je Skałami Bejruckimi. Jako Gołębie Skały występują właściwie tylko w przewodnikach turystycznych.

Bejrut – czy warto?

Absolutnie tak. Miasto jest zupełnie inne od europejskich metropolii, pełne zabytków i ciekawych miejsc. Warto pospacerować Corniche, warto wypić kawę na starym mieście, zwiedzić wszystkie świątynie. Zdecydowanie nie można pominąć Bejrutu zwiedzając Liban. Ja jestem tym miastem oczarowana i mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

Liban – wszystko co musisz wiedzieć przed wyjazdem

Liban – kraj leżący na Bliskim Wschodzie, tuż obok Izraela a jednak dużo mniej popularny od swojego sąsiada. Czy warto odwiedzić Liban? Co trzeba wiedzieć zanim kupi się bilety do Bejrutu? Zapraszam po wszystkie niezbędne informacje praktyczne na temat Libanu. Zwiedzanie jak zawsze będzie w osobnych postach.

Jak się dostać z Polski do Libanu?

Ze względu na to, że Liban graniczy tylko z Syrią i Izraelem (w Syrii trwa wojna a przejścia graniczne z Izraelem nie funkcjonują) to pozostaje droga lotnicza. W Libanie znajduje się jedno lotnisko międzynarodowe i jednocześnie jedyne lotnisko cywilne – w Bejrucie (BEY).

Od czerwca 2019 LOT przywrócił po kilkuletniej przerwie bezpośrednie loty z Warszawy do Bejrutu. Wg strony przewoźnika ceny zaczynają się od 900 zł RT, niestety przeglądając kalendarz niskich cen nie trafiłam na taką. Loty bezpośrednie są ale bardzo drogie. Taniej jest lecieć z przesiadką z Stambule, Moskwie, Pradze, Frankfurcie czy Atenach. Ponieważ ja kupowałam bilety z zaledwie 3-tygodniowym wyprzedzeniem, to jedyne sensowne ceny oferował rosyjski Aeroflot. Jeśli kupujecie bilety z większym wyprzedzeniem to zwróćcie uwagę na greckie linie Aegean, często oferują naprawdę dobre ceny na lot z przesiadką w Atenach.

Ja leciałam z Warszawy z przesiadką w Moskwie i jak już ci, którzy obserwują mnie na instagramie wiedzą – nie byłam najszczęśliwsza z tego powodu. Była to moja pierwsza podróż Aeroflotem. Punkt pierwszy – odprawa. Dzień przed wylotem próbowałam zrobić odprawę online, niestety wyskakiwał mi jakiś błąd i nie było takiej możliwości więc trzeba było odprawić się na lotnisku. Na lotnisku Chopina w Warszawie w kolejce do odprawy stoją prawie sami Azjaci. Linia oferuje tanie loty do Azji z przesiadką w Moskwie, nie ma w tym nic dziwnego. Ale już to, że każdy z nich podchodząc do okienka (były otwarte 3) blokował kolejkę, bo musiał się przepakowywać, było na początku dziwne, a z każdą kolejną osobą bardziej irytujące. Co ciekawe w drodze powrotnej w Bejrucie odprawiali się prawie sami Rosjanie i była dokładnie taka sama sytuacja! Jeśli lecicie Aeroflotem to przybądźcie na lotnisko najpóźniej 2 godziny przed lotem, bo inaczej nie zdążycie. Same linie robią bardzo dobre wrażenie – mają nowoczesne samoloty, na nocne loty dali kocyk, karmią nawet podczas niespełna 2-godzinnego lotu z Warszawy do Moskwy. Tylko te biedne stewardesy w pomarańczowych uniformach – jak dla mnie niczym wyjęte z Orange is the new black 😀

Drugi duży minus – zgubili mój bagaż. Na szczęście w drodze powrotnej ale doleciał do Polski z ponad 2-dniowym opóźnieniem. Okazało się, że bagaż przyleciał z Bejrutu do Moskwy ale z Moskwy zamiast do Warszawy to… odesłano go z powrotem do Bejrutu. I tak sobie przez 2 dni krążył między Libanem, Rosją a Polską aż w końcu dotarł do Poznania, w nienaruszonym stanie na szczęście.

Mimo iż na pierwszy rzut oka nie można liniom Aeroflot nic zarzucić to nie wydaje mi się, żebym jeszcze kiedykolwiek dobrowolnie z nimi podróżowała.

Bejrut – lotnisko

Lotnisko jest bardzo duże, obsługuje ponad 7 milionów pasażerów rocznie. Po wylądowaniu trzeba przejść kontrolę paszportową. I tu się zaczęły moje libańskie przygody. Stoję sobie grzecznie w kolejce, kontrola idzie dosyć sprawnie, nadchodzi moja kolej. Daję paszport – kilka standardowych pytań, a skąd, a po co, a czy pierwszy raz w Libanie. Na wszystko zgodnie z prawdą odpowiadam po czym pani celniczka mnie pyta czy Polacy potrzebują wizę do Libanu. Więc grzecznie odpowiadam, że wg mojej wiedzy to nie. Ale pani nie wie więc zabiera mi paszport i każde mi iść za sobą. Zaprowadza mnie do jakiegoś kantorka gdzie siedzi dwóch innych celników, daje im mój paszport i wychodzi. Panowie są bardzo sympatyczni i znowu zaczynają całą procedurę – a skąd, a po co, a czy pierwszy raz, a czy kogoś tu znam, a gdzie będę spać. Na wszystko odpowiadam a panowie zabierają mój paszport i wychodzą zostawiając mnie samą i mówiąc jedynie Please wait. I ja tak sobie siedzę, co chwilę ktoś przychodzi, wychodzi, na wszystkie moje pytania o co w ogóle chodzi jest tylko jedna odpowiedź: Please wait. Na tym bezsensowym siedzeniu minęły mi prawie 3 godziny (!). W końcu przyszedł pan z moim paszportem – pokazał mi, że mam pieczątkę ale żebym się nie nudziła to jeszcze raz mnie przemaglował z tego co już mówiłam. Ostatecznie wyprowadzono mnie z tego lotniska już jakimś bocznym przejściem z pominięciem tej całej kontroli paszportowej ale do hotelu dotarłam po 5 rano. Kosztowało mnie to dużo stresu przez to, że zupełnie nie wiedziałam o co chodzi.

Jak się okazało przy wylocie, to nie był koniec moich libańskich przygód. Po zeskanowaniu mojego paszportu celnik od razu zapytał mnie czemu miałam problem z wjazdem do Libanu. I się zaczęło całe maglowanie od nowa… Na szczęście tym razem po kilkunastu minutach byłam wolna. Ale powiem szczerze, że w tym momencie zestresowałam się dużo bardziej. Bo jakby mnie do Libanu nie wpuścili to jakoś bym przeżyła ale jakby mnie nie chcieli wypuścić to już bardzo niefajnie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Lotnisko Bejrut – Cedar Business lounge

Kiedyś postanowiłam opisywać lotniskowe saloniki, później o tym zupełnie zapomniałam ale wracam do realizacji tego pomysłu. Saloników biznesowych na bejruckim lotnisku jest mnóstwo. Nie wiedząc który wybrać poszłam do tego, który miałam najbliżej. Padło na Cedar. To chyba największy salonik w jakim kiedykolwiek byłam. Składa się z kilku części, są miejsca z krzesłami, fotelami, kanapami, każdy znajdzie coś dla siebie. Są gniazdka przy każdym miejscu, wi-fi śmiga bez zarzutu. Jedzenie zarówno na ciepło jak i na zimno, spory wybór słodyczy, alkoholi. Obsługa sprzątająca biega co chwilę. Uwaga – klimatyzacja rozkręcona na maxa, jest bardzo zimno.

Liban – wiza, paszport i przepisy wjazdowe

Bezpłatną wizę otrzymuje się na lotnisku. Tak, jest to wiza. W formie pieczątki do paszportu ale to wiza, 30-dniowa. Paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od zakończenia wyjazdu i nie może zawierać żadnych śladów pobytu w Izraelu. Pieczątki z lotniska w Tel Avivie czy jakiegokolwiek przejścia lądowego (jordańsko-izraelskiego itp.). Nie liczcie na szczęście. Wg strony MSZ nawet hebrajska klawiatura w telefonie czy napis na koszulce może spowodować odmowę wjazdu. Paszporty są sprawdzane bardzo dokładnie i ślad pobytu w Izraelu spowoduje cofnięcie Was do miejsca, z którego przylecieliście. To zresztą jest powód, dla którego tak późno dotarłam do Libanu. Kraj ten marzył mi się od dawna ale miałam w starym paszporcie pieczątkę z Izraela. Jak w końcu wymieniłam dokument to pierwsze co zrobiłam to kupiłam bilety do Bejrutu 🙂

Liban – pogoda, kiedy jechać?

Jeśli chcecie zwiedzać to najlepiej wiosną lub jesienią. Ja byłam na początku lipca i było bardzo ciepło – około 30 stopni. Dla mnie to jeszcze akceptowalna temperatura aczkolwiek po całym dniu spędzonym na słońcu odczuwa się większe zmęczenie. Liban jest krajem górzystym i zimy są tu dosyć ostre – mroźne i śnieżne. Więc jeśli celem Waszego wyjazdu nie jest jazda na nartach (a warunki i infrastruktura są w Libanie wyśmienite!) to zimą omijajcie Liban. Wiosną i jesienią temperatury będą umiarkowane i idealne do zwiedzania.

Liban – ceny i waluta

Walutą jest funt libański (LBP). Przelicznik wynosi 1 USD=1500 LBP (stan na lipiec 2019). Pieniądze można wymieniać w kantorach ale nie trzeba, ponieważ dolary są powszechnie akceptowane, często ceny podawane są i w dolarach, i w funtach. Płacąc w dolarach możecie otrzymać resztę w funtach libańskich więc raczej ostatniego dnia przed wyjazdem nie wyskakujcie ze stówą 😉 Euro w wielu miejscach nie chcą przyjmować, natomiast w kantorach wymienicie je bez problemu.

Przed wyjazdem nasłuchałam i naczytałam się jaki to Liban jest drogi. Owszem, dosyć drogie są noclegi oraz transport (ze względu na to, że nie ma komunikacji publicznej) ale jedzenie i pamiątki, czyli to co turystę interesuje najbardziej drogie nie jest. Woda 0,5l kosztuje 500 LBP, kawa 500-1000 LBP, falafel w budce na ulicy 2000-5000 LBP (w zależności od miejsca i od dodatków), małe piwo w sklepie 1000 LBP, butelka wina od 9000 LBP, magnesy 3000 LBP.

Bejrut – dojazd z lotniska do miasta

Teoretycznie podobno jest jakiś bus, który dojeżdża na lotnisko ale nie testowałam tej opcji więc się nie wypowiem. Zresztą wszędzie piszą, że lotnisko leży w niebezpiecznej dzielnicy Bejrutu więc lepiej opuścić je jak najszybciej.

Najprościej jest jechać do miasta taksówką, ja przyleciałam do Bejrutu w środku nocy więc nawet nie szukałam żadnych busów. Taksówkę można zamówić już przed wylotem, np. TU. Są też różne korporacje, które mają swoje aplikacje i łatwo możecie taksówkę zamówić czy to z lotniska czy dowolnego punktu w mieście. Pod warunkiem, że oczywiście złapiecie internet 😉 Oczywiście większość taksówek to nowoczesne, czyste, klimatyzowane samochody, nie takie jak te na zdjęciu powyżej 😉

Bejrut – komunikacja miejska i komunikacja publiczna w Libanie

Teoretycznie istnieje, w praktyce ciężko się tymi busikami poruszać. Ja po pierwsze nie ogarnęłam jak to do końca funkcjonuje a po drugie byłam w Libanie tak krótko (3 pełne dni), że szkoda mi było czasu na siedzenie na przystankach i czekanie czy busy przyjadą czy nie.

Jedyna sensowna opcja zwiedzania jeśli macie mało czasu to wynajęcie samochodu albo taksówki z kierowcą. W Bejrucie działają wszystkie sieciowe wypożyczalnie samochodów (nie tylko sieciowe, lokalne też jak widać). Cena za wypożyczenie w zależności od klasy auta wynosi 40-50 USD za dzień. Zazwyczaj jest limit kilometrowy (400-500) ale Liban jest tak małym krajem, że nie stanowi to ograniczenia. Jeśli chcecie wyjechać poza Bejrut (a trzeba!) to wypożyczenie auta jest dobrym pomysłem natomiast po mieście raczej polecam poruszać się taksówkami. Libańscy kierowcy jeżdżą z ułańską fantazją. Poza miastem nie jest to tak odczuwalne jak właśnie w centrum. Koszt wynajęcia taksówki na cały dzień to ok. 100 USD, tu dużo zależy od waszych zdolności negocjacyjnych. Wiadomo, że jak na więcej dni to da się wytargować lepszą cenę.

W Bejrucie funkcjonują też znane w innych miast Europy i świata autobusy hop on hop off. Bilet dobowy kosztuje 30 USD (taniej jeśli kupujecie wcześniej przez stronę internetową) a bus rzeczywiście dociera do wszystkich największych atrakcji miasta.

Liban – zdrowie, szczepienia

Nie ma obowiązku wykonywania żadnych szczepień. Warto na pewno zaczepić się na WZW typu A, zwłaszcza jeśli tak jak ja jesteście miłośnikami street-foodu.

Kraje Bliskiego Wschodu to jednak jest już trochę egzotyka więc osoby z wrażliwymi żołądkami muszą uważać na surowe warzywa i owoce. Woda z kranu nie nadaje się do picia, trzeba kupować butelkowaną.

Przed wyjazdem do Libanu nie zapomnijcie kupić dobrego ubezpieczenia obejmującego kraje Bliskiego Wschodu. Opieka zdrowotna jest tam bardzo droga.

Liban – co zjeść?

W Libanie jedzenie to temat rzeka. Ilość przysmaków przyprawia o zawrót głowy i w 3 dni nie ma możliwości spróbowania nawet połowy tego co ten kraj oferuje. Ale spróbujmy przyjrzeć się najpopularniejszym libańskim przysmakom.

Bezsprzeczny nr 1 – hummus czyli popularna także nad Wisłą pasta z ciecierzycy. Podawana jako przystawka ale w Libanie porcje są takie, że miseczka hummusu z libańskim chlebkiem wystarcza za cały posiłek. Raczej nie spotkacie tak popularnych u nas hummusów z dodatkami. W Libanie serwuje się hummus klasyczny, najczęściej polany libańską oliwą.

Labneh – ser robiony na bazie jogurtu. Dość słony, u mnie w hotelu codziennie był serwowany na śniadanie.

Moutabal – u nas znany raczej pod nazwą Baba Ganoush – pasta z bakłażana z dodatkiem tahiny i czosnku, często posypana natką pietruszki lub ziarenkami granatu. Również podawana jako przystawka.

Warak Inab – coś w rodzaju gołąbków tylko zawijanych w liście winogron. Mała przekąska znana wielu z Was z Grecji.

Jebneh Baladieh – libański biały ser, trochę podobny do mozzarelli. Słony.

Zaatar – mieszanka przypraw (tymianku, majeranku, oregano) i sezamu. Bardzo popularny dodatek do dań w Libanie.

Kibbeh Nayeh – tatar z jagnięciny.

Sałatka Fattouch – często nazywana po prostu sałatką libańską. Składa się z sałaty i grzanek z dużą ilością mięty i natki pietruszki, obficie polana oliwą z oliwek.

Tabbouleh – sałatka z kaszy bulgur z pomidorami, ogórkiem, papryką, cebulą i czosnkiem. Również podawana z miętą i pietruszką, czasem posypywana orzeszkami poniowymi.

Rikakat. Znacie bałkański burek? To coś bardzo podobnego. Rulonik z ciasta francuskiego ze słonym serem w środku.

Sambousik z kolei przypomina samosy – smażone pierożki z mięsem w środku.

Kibbeh Krass – popularny streetfood. Smażone kulki z wołowiny, jagnięciny lub mięsa wielbłądziego z cynamonem , goździkami i gałką muszkatołową.

Falafel – znane i u nas kulki z ciecierzycy smażone na oleju. To właśnie w Libanie jadłam najsmaczniejsze w swoim życiu. Kocham falafel!

Manoushi – kolejny streetfoodowy klasyk. Placek pieczony na specjalnym piecu. Do wyboru z zaatarem, serem lub mieszanką jednego i drugiego. Pierwsza rzecz jakiej spróbowałam w Libanie i w której się zakochałam. Często nazywa się go libańską pizzą. Te wszystkie przysmaki kupowane w budkach przy ulicy kosztują od 2 do 4 USD.

Jak już zjecie danie główne to trzeba zjeść deser. Desery libańskie są dokładnie takie jak w innych krajach Bliskiego Wschodu – malutkie i niebywale słodkie. Wejście do jakiejkolwiek cukierni przyprawia o zawrót głowy. Ciasteczek i czekoladek jest kilkadziesiąt rodzajów. Mi bardzo smakowały ciasteczka z miętą i pistacjami, nawet przywiozłam je do Polski (tak, błąkały się w bagażu 3 dni :D). Są też deserki w rodzaju loukhoum znane z Turcji czy Grecji, do kupienia również na lotnisku.

Liban – alkohol

Liban to kraj arabski ale bardzo liberalny więc alkohol zakupicie bez większego problemu. Wyjątek to miejscowości gdzie dominują muzułmanie, np. Sydon – tam z alkoholem jest problem i w sklepach, i w knajpach.

W Libanie trzeba spróbować lokalnego piwa – dwa najpopularniejsze to Beirut i Almaza. W Libanie produkuje się też wino, które ciężko dostać w Polsce. To znaczy może nie tak ciężko ale jest bardzo drogie. W mojej zaginionej walizce podróżowały trzy butelki, które na szczęście też dotarły w stanie nienaruszonym. W Libanie można kupić wino białe i czerwone jednak kraj słynie przede wszystkim z tego drugiego. Więc jeśli macie ograniczony bagaż i musicie ograniczyć się do jednej butelki to rekomenduję zakup wina czerwonego. Winorośle uprawia się w dolinie Bekaa.

W Libanie popularny jest też arak – anyżkowy aperitif. Ja szczerze mówiąc za nim nie przepadam, a w Libanie wielokrotnie mnie nim częstowano.

Liban – co kupić, co przywieźć?

Jak już wspomniałam ja przywiozłam wino i libańskie słodycze. Można też kupić libańską oliwę. Ja akurat mam w tym roku zapas z Kos i Tunezji więc już nie kupowałam. Poza tym Liban słynie z wyrobów z drewna cedrowego.

Liban – co zabrać?

Liban to naprawdę cywilizowany kraj i wszystko czego zapomnicie z domu możecie kupić na miejscu. Niepotrzebne są przejściówki do prądu – gniazdka są takie jak w Polsce.

Jeśli chcecie jeść w ulicznych budkach to weźcie nawilżane chusteczki albo żel do dezynfekcji rąk, bo jednak poziom czystości i higieny (zwłaszcza w miastach muzułmańskich) pozostawia tam wiele do życzenia.

Liban – strój

To zależy od miejsc, które chcecie zwiedzać. Liban jest generalnie bardzo tolerancyjnym i liberalnym krajem ale są miejsca gdzie trzeba się ubrać stosownie.

W Bejrucie możecie nosić się jak w Europie. Wyjątkiem są świątynie – przy zwiedzaniu czy to kościołów, czy meczetów kobiety muszą mieć zakryte kolana i ramiona, w meczetach także włosy. Większość świątyń ma wypożyczalnie strojów przed wejściem.

W miastach gdzie dominują muzułmanie raczej niewskazane są szorty i dekolty ale jakaś spódnica do kolan i t-shirt wystarczą. Nie trzeba zakrywać włosów.

Liban – bezpieczeństwo

Liban to kraj, w którym wojna zakończyła się zaledwie 20 lat temu. W mieście napotkacie mnóstwo jej śladów. Bliski Wschód to taki rejon świata, gdzie nieustannie coś się dzieje i napięcie jest większe niż gdziekolwiek indziej. Liban sąsiaduje z Syrią gdzie cały czas toczą się działania wojenne. W Libanie przebywają obecnie 3 miliony uchodźców syryjskich i palestyńskich.

Czy to spacerując po Bejrucie, czy wyjeżdżając w dalsze regiony kraju, wszędzie zobaczycie dziesiątki żołnierzy z długą bronią. Dla tych co byli w Izraelu nic nowego, tam wygląda to podobnie. Libańczycy powtarzają, że oni nie są po to, żeby się ich bać ale żeby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo.

Ja osobiście nawet przez chwilę nie czułam się w Libanie zagrożona. Oczywiście, że na początku widok żołnierzy z bronią napawał mnie lekkim niepokojem ale ich jest tak dużo, że naprawdę po godzinie można przywyknąć. Poruszałam się wyłącznie po centrach miast i w obrębie atrakcji turystycznych, nie jeździłam na żadne przedmieścia ani nieciekawe miejsca. Z zachowaniem zdrowego rozsądku nic Wam się w Libanie nie powinno stać. Tzw. pospolita przestępczość, czyli kradzieże, rozboje itp. jest w Libanie na niskim poziomie. Wiadomo, że na soukach trzeba zwracać uwagę na torbę czy plecak ale pod tym względem uważam, że jest dużo spokojniej niż w Barcelonie, Rzymie czy wielu innych europejskich miastach.

Większość ambasad europejskich krajów odradza podróżowanie do południowej części Bejrutu ze względu na ryzyko ataków rakietowych i wybuchów samochodów-pułapek.

Uwaga piesi. Podobnie jak Doha, Bejrut to nie jest miasto dla ludzi poruszających się na nogach. Przejść dla pieszych praktycznie nie ma, trzeba przebiegać między samochodami. Ruch jest ogromny, a kierowcy szaleni. Uważajcie bardzo.

Jeśli nie chcecie mieć problemów z organami bezpieczeństwa to nie zabierajcie dronów. Teoretycznie nie są one zakazane ale cytując ostrzeżenie MSZ nie są mile widziane.

Liban – czy warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Mimo wszystkich przygód, które mnie spotkały uważam, że to przepiękny i bardzo ciekawy kraj z otwartymi ludźmi i przepysznym jedzeniem. Do tego trzeba dodać, że to kraj nietknięty masową turystyką – a takich miejsc jest dziś coraz mniej. Ja się Libanem zachwyciłam i bardzo Wam polecam ten kierunek.

A opis największych atrakcji kraju już za kilka dni – mam nadzieję, że te wpisy ostatecznie przekonają Was, że warto wpisać Liban na swoją Listę Marzeń.

Bodrum w jeden dzień z Kos

Po objechaniu wyspy Kos samochodem, relaksie na wysepkach Kalymnos, Pserimos i Plati, przedostatniego dnia naszych wakacji wybieramy się w rejs do Turcji, a konkretnie do Bodrum.

Bodrum z Kos – jak to zorganizować?

Bilety musicie zakupić z co najmniej 2-dniowym wyprzedzeniem podając imię, nazwisko oraz numer paszportu. My zrobiliśmy to w lokalnym biurze podróży. Za bilety z miasta Kos do Bodrum oraz transfer z naszego hotelu do miasta Kos zapłaciliśmy 30 EUR osoby. Cena ta obejmuje również opłatę portową w Bodrum (5 EUR).

W mieście Kos musicie być co najmniej 30 minut przed wypłynięciem statku. Najlepiej być godzinę wcześniej, bo kontrola paszportowa raz idzie wolniej, raz szybciej. Nasza przed wypłynięciem poszła całkiem sprawnie ale jak wróciliśmy to staliśmy chyba z godzinę. Przypłynęły na raz trzy promy a były otwarte tylko dwa okienka. Generalnie taka jednodniowa wycieczka oznacza 4 kontrole paszportowe – w Grecji przed wypłynięciem, w Turcji po przypłynięciu i przed wypłynięciem oraz w Grecji po powrocie. No niestety ale podróżuje się między Europą, a Azją. Nie dostaje się pieczątki do paszportu.

Bodrum z Kos – informacje praktyczne

Rej trwa ok. 75 minut w jedną stronę. Wszędzie mówili, że 40 minut ale płynęliśmy dobrze ponad godzinę. I w jedną, i w drugą stronę. Jest pokład dolny gdzie można się schować przed słońcem ale jeśli chcecie się poopalać po drodze – wejdźcie na górę. Na statku można kupić napoje, można też wnieść swoje (w drodze powrotnej wszyscy pili zakupione na duty free piwo za 1 EUR 😉 ). W ogóle ceny na duty free w Bodrum są bardzo korzystne więc jeśli potrzebujecie coś z oferty tego typu sklepów to warto przyjść wcześniej i zrobić sobie zakupy.

Dla bojących się statków – nie buja aż tak bardzo, przynajmniej my mieliśmy spokojne morze. Tak, że nawet ja miałam z tego rejsu trochę przyjemności i mogłam się poopalać bez stresu:D

W Bodrum można płacić w euro, nie trzeba wymieniać pieniędzy na liry tureckie. Takich jednodniowych turystów jest w Turcji sporo i pierwszy Turek w kawiarni, w której zapytałam o możliwości płatności EUR powiedział money is money. I wszędzie się tego trzymają 😉 W większości restauracji i sklepów zapłacicie kartą (nawet za małe zakupy, np. samą wodę), na bazarach wyłącznie gotówką.

Bodrum – co warto zobaczyć?

Po dopłynięciu do portu nazywanego tureckim Saint Tropez robimy sobie przystanek na kawę (po turecku, a jakże) i podziwianie setek jeśli nie tysięcy jachtów. Naprawdę widok mariny w Bodrum robi wrażenie. Ja co prawda w Saint Tropez nie byłam ale marina w Bodrum zrobiła na mnie większe wrażenie niż ta w Dubaju.

Tuż przy porcie znajduje się zamek i meczet Mustafy Paszy. Podczas naszej wizyty zamek jest w remoncie co widać na załączonych zdjęciach.

Turcja to oczywiście bazary – zadaszone i bardzo przyjemne ale ja nie lubię tego ciągłego zaczepiania i nachalności tamtejszych sprzedawców więc zrobiliśmy szybki spacer wzdłuż kilku głównych zakupowych ulic nabywając jakieś suweniry i trochę tureckich słodkości.

Jakie pamiątki warto przywieźć z Turcji? Na pewno coś z symbolem kraju – okiem proroka, na które natkniecie się w Turcji na każdym kroku. Jaka jest symbolika oka proroka? Chroni przed złymi spojrzeniami. I generalnie przynosi szczęście noszącej je osobie. Jeśli macie gdzie powiesić to pomyślcie o mozaikowych lampach. Sklepy z zawieszonymi lampkami u sufitu to jedne z najbardziej instagramowych miejsc w Turcji 😉 Ale też w innych krajach Bliskiego Wschodu, pokazywałam je Wam np. pisząc o Katarze.

W Turcji warto kupić chałwę, loukoum i baklavę – typowe tureckie słodycze. Wszystkie z nich występują w kilkunastu wersjach smakowych. Dla miłośników shishy – fajki w przeróżnych rozmiarach i kolorach. Dla miłośników ceramiki – zestawy do podawania herbaty. Jest też oczywiście biżuteria ale ja nie ufam złotu w takich krajach.

Ponieważ podczas naszej wycieczki było nieziemsko gorąco (temperaturę potęgowała wysoka w Turcji wilgotność) to zdecydowaliśmy się wybrać na plażę. Plaże w Bodrum są publiczne i dostępne niemalże z deptaka. Ale nie są one piaszczyste tylko kamieniste. Na plażach są leżaki należące do znajdujących się przy nich restauracji i jeśli zamówicie coś do jedzenia czy do picia to możecie z nich korzystać.

My przy okazji leżakowania i kąpieli w obłędnie przejrzystej wodzie (pięknej choć zimnej) zdecydowaliśmy się na lunch. A jak Turcja to oczywiście kebab. Weszliśmy w sumie do dość przypadkowej knajpy ale jedzony tam kebab był najlepszy w moim życiu. Po prostu poezja. Czekaliśmy na niego co prawda ponad 40 minut ale warto było. Do tego tureckie piwko Efes. W końcu jeść i pić trzeba lokalnie.

Po odpoczynku od upału i napełnieniu żołądków ruszamy w drugą stronę mariny. Promenada prowadząca wzdłuż nabrzeża jest świetnym miejscem na spacer. Z jednej strony woda, z drugiej zieleń, po drodze jakieś pomniki i fontanny. Bardzo ładnie, czysto, przyjemnie.

Promenada prowadzi do Marina Shopping Center. Nie jest to jednak centrum handlowe jakie znamy z Europy. Jest tylko częściowo zabudowane, wszystkie kawiarenki mają ogródki wychodzące na marinę. Aż żałowałam, że trzeba wracać na statek zamiast siedzieć i podziwiać widoki.

Niestety kilka godzin w Bodrum mija bardzo szybko i trzeba wracać. Tuż przed wejściem na statek robimy jeszcze szybką przerwę na turecką herbatę podawaną w tradycyjnej szklaneczce-tulipanie w kafejce tuż przy porcie.

Herbatka kosztuje jakieś śmieszne pieniądze (nawet nie 0,5 EUR) – jest mocna i pyszna. Tak posileni idziemy do odprawy paszportowej, kupujemy po jeszcze jednym Efesie w sklepie duty-free i wsiadamy na statek skąd z małym opóźnieniem (ogromny ruch w porcie!) wyruszamy w rejs powrotny do Grecji.

Czy warto wybrać się na jeden dzień do Turcji z Kos?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Nie jest daleko, a macie okazję w trakcie jednych wakacji doświadczyć dwóch zupełnie różnych światów.

Turcja różni się od Grecji pod każdym względem. Inna jest architektura, inna kultura, inna mentalność, inne jedzenie. Zupełnie inny świat. Dla mnie też było to nowe doświadczenie mimo iż byłam już wcześniej w Turcji (ale akurat nie w Bodrum). Bodrum jednak nie ma nic wspólnego z Antalyą, Alanyą czy innymi kurortami. Tu jest bardzo elegancko, wręcz nieco snobistycznie. I powiem Wam szczerze, że Bodrum tak nam się spodobało, że jestem pewna, że prędzej czy później tam wrócimy na dłużej!

Katar – zwiedzanie Dohy podczas przesiadki

Katar i Doha to dla wielu podróżujących zaledwie lotnisko przesiadkowe. A miasto prężnie się rozwija (wszak w Katarze odbędzie się Mundial w 2022 roku) i choć jest dużo skromniejszą wersją Dubaju to zdecydowanie warto tak zaplanować loty, żeby spędzić w stolicy Kataru chociaż kilka godzin. Nasze zwiedzanie przypadło przy okazji lotu na Seszele.

Doha – dojazd z lotniska do miasta

Jeśli macie ograniczony czas to najszybciej jest skorzystać z taksówek. Postój oficjalnych taksówek znajduje się przy hali przylotów. Są taksówki, są osoby nimi zarządzające, wszystko idzie szybko i sprawnie. Za dojazd do centrum zapłacicie ok. 15 – 20 USD, w taksówce można płacić rialami katarskimi lub dolarami, nie można płacić kartą. Jeśli nie macie odliczonej kwoty to kierowca wyda Wam resztę w walucie katarskiej. Na lotnisku znajduje się oczywiście kantor (uwaga, pobiera prowizję za wymianę) i są też bankomaty – jeden tuż przy postoju taksówek. Zarówno na lotnisku jak i w mieście bez problemu złapiecie taksówkę o każdej porze dnia i nocy. Piszę o tym, bo przed wyjazdem gdzieś wyczytałam jakoby w Dosze brakowało taksówek i powrót na lotnisko może być problematyczny. Otóż problemu żadnego nie ma, bez stresu.

Jeśli macie więcej czasu to można też skorzystać z autobusów, z lotniska do centrum jadą autobusy 737, 747 i 777. Bilety do kupienia u kierowcy, płatność wyłącznie gotówką ale trwają prace nad dołączeniem płatności kartą i prawdopodobnie jeszcze w tym roku będzie to możliwe.

Doha – wiza i przepisy wjazdowe

Od 2017 roku wiza do Kataru nie jest potrzebna. Chcąc zachęcić turystów do odwiedzania kraju Katar zniósł wizy dla obywateli 80 krajów, w tym Polski. Konieczny jest tylko paszport i bilet powrotny lub bilet na dalszą część podróży (sprawdzano to przy kontroli paszportowej). Polacy mogą jednorazowo przebywać na terytorium Kataru do 90 dni. Możecie wyjść i zwiedzać miasto podczas przesiadki jeśli czas Waszego tranzytu wynosi 5 godzin lub więcej. Jeśli kolejny lot macie w czasie krótszym niż 5 godzin to z dużą dozą prawdopodobieństwa celnicy nie pozwolą Wam opuścić lotniska.

Doha – czas

Czas przesunięty jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie zapomnijcie przestawić zegarków jeśli nie macie dużo czasu na przesiadkę.

Doha – pogoda i kiedy jechać

Katar leży na półwyspie Arabskim. Idealny czas do odwiedzenia tego rejonu świata to okres naszej jesieni i zimy (od października do marca). W letnich miesiącach upały mogą być nie do wytrzymania. Tak też zapowiadała się nasza wizyta pod koniec kwietnia ale zamiast zapowiadanych 38 stopni było 28 i dosyć silny wiatr więc ja się cieszyłam, że miałam bluzę, zwłaszcza wieczorem. Ale generalnie temperatury oscylujące wokół 40 stopni nie są niczym dziwnym w okresie od maja do września.

Doha – lotnisko

Lotnisko Hamad International (DOH) to jedyne międzynarodowe lotnisko w Katarze i obecnie jedno z największych i najlepszych lotnisk świata, otwarte zaledwie 5 lat temu, 30.04.2014 roku. Z Dohy polecicie praktycznie w każdy zakątek świata.

Samo lotnisko jest bardzo duże, między poszczególnymi jego częściami kursuje kolejka – takie jakby metro jak na załączonym obrazku. Są tu wszystkie możliwe sklepy (nawet oddział Harrodsa), kawiarnie, restauracje, są pokoje tzw. strefy ciszy gdzie są leżanki i można się przespać w oczekiwaniu na lot. Są też dystrybutory z wodą więc jeśli macie swoją butelkę to nie trzeba kupować wody tylko można ją sobie uzupełnić, dystrybutory w większości znajdują się w okolicach toalet.

Lotnisko jest ogromne ale dobrze oznakowane, jeśli nie podróżujecie po raz pierwszy to raczej ciężko się będzie zgubić.

Symbolem lotniska jest ogromny Miś – dzieło szwajcarskiego artysty Ursa Fischera. Miś ma 7 (!) metrów i waży ok. 18-20 ton. Do Dohy przyleciał z Nowego Jorku gdzie został zakupiony przez katarską rodzinę królewską na licytacji za bagatela 6,8 miliona USD. Kto bogatemu zabroni 😀

Doha – waluta i ceny

Walutą Kataru jest rial katarski (QAR). Kurs wynosi ok. 3,6 QAR za 1 USD (stan na kwiecień 2019) stąd przeliczając katarskie ceny na złotówki można przyjąć w zaokrągleniu, że jest to 1:1.

Ceny wbrew temu czego można by się spodziewać nie są kosmiczne. Powiedziałabym, że są bardzo zbliżone do polskich. Kawa kosztuje 5-10 QAR, rachunek w restauracji wyniósł nas 40 QAR za 2 osoby (z napojami), magnesy kosztują 10 QAR. Robiąc jakiekolwiek zakupy na bazarze pamiętajcie, że trzeba się targować. W restauracjach można płacić kartą.

Drogie są lody. Podobnie jak w Dubaju mrożony deser kosztuje krocie, zapłaciłam 30 QAR za sporą co prawda porcję lodów ale jednak. Lodożercy w Katarze i Emiratach mogą zbankrutować 😉

Doha – alkohol

Do Kataru nie można wwozić alkoholu więc jeśli wybieracie się na zwiedzanie miasta to nie kupujcie alkoholu na lotnisku wylotowym.

Doha – strój

Katar to kraj muzułmański. Nowoczesny i tradycyjny jednocześnie. Odnoszę wrażenie, że daleko mu do liberalnego podejścia Dubaju więc pamiętajcie o tym, żeby się za bardzo nie rozbierać. Ramiona i kolana muszą być zakryte obowiązkowo. Nikt nie wymaga od turystek zakrywania włosów.

Doha – bezpieczeństwo

Podobnie jak Dubaj – jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Spokojnie, czysto, nikt nikogo nie zaczepia. Możecie zwiedzać Dohę o każdej porze dnia i nocy.

Jedyne na co trzeba uważać to… przejścia dla pieszych. A raczej ich brak. Doha to zdecydowanie nie jest miasto dla piechurów. Przejść jest mało i nie mają priorytetu. Jeśli zapali się czerwone światło to będziecie stać 10 – 15 minut, nie żartuję. Ja myślałam, że wyjdę z siebie. A jak się zapali zielone to trzeba biec, bo pasów do przejścia jest kilka a światło po chwili znów zmienia się na czerwone. A ruch samochodowy jest taki, że możecie zapomnieć o przebiegnięciu między autami. Są jakieś przejścia podziemne ale to nie tak jak u nas, że się wchodzi i wychodzi tylko trzeba zjechać windą 7 pięter pod ziemię. Sory, nie dla mnie takie atrakcje, już wolałam stać na przejściu jak kretynka 15 minut.

Doha – co zobaczyć?

Souq Waquif – chyba największa atrakcja Dohy, na pewno najpopularniejsza. Jest to wielki targ ze sklepami, sklepikami, restauracjami i kawiarniami. Tu dociera każdy turysta, tu spotykają się miejscowi. Działa w godzinach 7.30-12.30 i 15.30-22.00. Życie zaczyna się tu toczyć po 19, wcześniej jest nieco sennie i spokojnie, kiedy wieczorem przybywają miejscowi robi się bardziej gwarno i kolorowo.

Targ podzielony jest na części – jest strefa z pamiątkami, z restauracjami, z ubraniami, z dywanami, z rękodziełem, z daktylami, z przyprawami, z biżuterią czy ze zwierzętami. Jest tu też stadnina koni, szpital dla sokołów czy centrum sztuki. Warto przeznaczyć na wizytę co najmniej 2 godziny, pobłądzić w wąskich uliczkach, zrobić sobie przerwę na arabską kawę lub miętową herbatę. Można spróbować kuchni irańskiej, marokańskiej, egipskiej i wielu wielu innych z rejonu Bliskiego Wschodu.

Na terenie souqu znajduje się kilka bankomatów.

Dhow Harbour – nabrzeże pełne tradycyjnych arabskich łodzi.

The Pearl Monument – pomnik wielkiej perły wraz z fontanną. Obowiązkowe miejsce na foteczkę! W tle arabskie łodzie dhow i dzielnica biznesowa – cała esencja Dohy. Poławianie pereł i handel nimi jest wciąż ważną gałęzią katarskiej gospodarki stąd taki a nie inny symbol.

Aleja Corniche – promenada w kształcie podkowy ciągnąca się przez 7 kilometrów oferująca widok na biznesową dzielnicę wieżowców West Bay. Największe wrażenie robi nocą, gdy wszystkie budynki są efektywnie podświetlone. Ładnie prezentuje się też w promieniach zachodzącego słońca. Aleja jest miejscem spacerów, uprawiania sportów i łowienia ryb. Tu świętuje się Katarski Dzień Narodowy i Narodowy Dzień Sportu.

Muzeum Sztuki Islamskiej ze zbiorami ceramiki i biżuterii. Otwarte do 19, my nie zaglądamy do środka choć jest blisko. Sam budynek jest piękny i robi ogromne wrażenie.

Wielki Meczet – meczet znajdujący się w sąsiedztwie souq Waquif.

Amiri Diwan – budynek rządowy nieopodal meczetu. Administracyjne centrum miasta. Uchodzi za symboliczne centrum całego kraju. Budynek pięknie prezentuje się nocą gdy jest oświetlony. Otoczony jest ogrodem z fontannami i wodospadami.

Doha – czy warto?

Na kilkugodzinną przesiadkę zdecydowanie tak. Chętnie zostałabym w mieście na dłużej, żeby poznać je lepiej ale mam nieodparte wrażenie, że po 3 dniach nie byłoby już tam co robić. Skojarzeń z Dubajem nie da się uniknąć – oba miasta to jedne z największych metropolii półwyspu Arabskiego. I Dubaj można lubić, można nie lubić ale trudno się tam nudzić. Doha nie oferuje tylu atrakcji, zdecydowanie dominuje tu tradycja, do której nowoczesność jest tylko dodatkiem. Mam nadzieję, że przy okazji jakiegoś kolejnego wyjazdu będzie możliwość zobaczenia katarskiej pustyni i innych atrakcji poza miastem. Ale jeśli zastanawiacie się czy kupić sobie lot z dłuższą przesiadką umożliwiającą zwiedzanie Dohy to ja taką opcję serdecznie polecam.

Izrael – Morze Martwe i Masada

Izrael to jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Kraj mały ale piękny i bardzo różnorodny. Pisanie o nim postanowiłam zacząć od miejsca, którego absolutnie nie można pominąć zwiedzając Izrael – Morza Martwego. Leży ono co prawda na pograniczu Izraela, Palestyny i Jordanii ale najczęściej odwiedza się je po stronie izraelskiej. Masadę i Morze Martwe można odwiedzić podczas jednodniowego wypadu z Jerozolimy.

Morze Martwe tak naprawdę… nie jest morzem. Jest dużym jak na warunki Bliskiego Wschodu jeziorem bezodpływowym. Granica lustra wody wyznacza najniższy punkt na całym globie. Tafla wody znajduje się na głębokości 423 metrów poniżej poziomu morza i cały czas się obniża. Oprócz tego, że się obniża to też się zmniejsza (ze względu na większe parowanie związane ze zmianami klimatu). Przez ostatnie 40 lat jego powierzchnia zmalała o 30%. Jakiś czas temu pojawiła się idea odsalania wody pobranej z Morza Czerwonego i uzupełniania nią wody w Morzu Martwym.

Morze Martwe składa się z dwóch (północnej i południowej) części rozdzielonych półwyspem Halaszon. Półwysep należy do Jordanii, nie do Izraela.

Zasolenie Morza Martwego wynosi aż 34% (dla porównania – zasolenie Bałtyku to ok. 7 promili). W takim zasoleniu nie przeżyje żaden organizm stąd zgodnie z nazwą morze jest martwe.

Według legendy na dnie Morza Martwego leżą ruiny Sodomy i Gomory.

Kąpiel w Morzu Martwym to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Woda jest ciepła, słona i tłusta. Zapewne każdy z Was widział zdjęcia ludzi leżących na wodzie i czytających gazetę. To naprawdę nie są fotomontaże 😉 Można się tak odprężyć przez chwilę, bo jednak kąpiel bez pluskania to średnia przyjemność, do tego nad morzem jest duszno, słońce praży a uczucie bycia wysmarowanym olejem na dłuższą metę też męczy.

Woda jest bardzo słona przez to trzeba uważać, żeby nie chlapnąć sobie w oczy. Jeśli macie na skórze jakieś rany lub skaleczenia to sobie odpuśćcie, bo zasolona woda wyżre wasze rany i spowoduje bardzo nieprzyjemne odczucia.

Masada – zwiedzanie

Masada to najbardziej znana miejscowość nad Morzem Martwym. Znajduje się na skraju pustyni Judejskiej. Twierdza była ostatnim punktem oporu Żydów podczas wojen z Rzymianami oraz miejscem, w którym dobiegły kresu dzieje starożytnego Izraela. Dziś jest jednym z najważniejszych żydowskich symboli narodowych. Walka do ostatecznego zwycięstwa, nawet za cenę samozagłady, jest podstawową zasadą izraelskiej armii. Rekruci Sił Obronnych Izraela właśnie tu składali wojskową przysięgę.

Twierdza otoczona jest stromymi zboczami sięgającymi ponad 410 metrów nad poziom Morza Martwego.

Ruiny Masady odkryto w 1842 roku. W latach 60tych XX wieku archeolodzy odkryli pozostałości pałaców Heroda, łaźni rzymskiej i żydowskiej oraz najstarszej w całej Palestynie synagogi. Nie znaleziono jednak żadnych pozostałości ciał samobójców dlatego kwestia tragedii Masady do dziś nie jest do końca jasna.

Początki twierdzy sięgają czasów Machabeuszy. W 40 r. p. n. e. schronił się w niej król Herod uciekający przed Partami. Za jego czasów wybudowano wokół twierdzy nowe mury i wieże, a także zbiorniki na wodę i liczne magazyny. Od 6 roku p. n. e. Masada pełniła funkcję rzymskiej straży granicznej.

Przełomowym wydarzeniem w historii Masady było przejęcie twierdzy przez zelotów, którzy stworzyli tu swoją siedzibę i stąd atakowali Jerozolimę. Podczas ataku Rzymian, którego nie mieli szansy odeprzeć dowódca zelotów zaproponował zbiorowe samobójstwo. Fanatyczni obrońcy najpierw zabili swoje żony i dzieci, a następnie 10 wylosowanych zabiło całą resztę. Ci z kolei zostali zgładzeni przez jedno wybranego, który na końcu popełnił samobójstwo. Miało w ten sposób zginąć 960 osób.

W późniejszym czasie w twierdzy urządzono rzymski posterunek, później przebywali tu bizantyjscy mnisi wygnani przez Arabów. Od VII wieku Masada była opuszczona.

Na górę można wjechać kolejką linową, której trasa biegnie obok stromej Wężowej Ścieżki. W czerwcowym, 40-stopniowym upale jest to jedyna słuszna droga dostania się na szczyt. Dla odważnych i wytrwałych jest też piesza ścieżka.

Masada znajduje się na liście UNESCO i jest jednym z największych stanowisk archeologicznych w kraju. To co nie zachowało się w dobrym stanie zostało zrekonstruowane. Spacerując po terenie Masady możemy zobaczyć pałac króla Heroda, łaźnie, wieże strażnicze i magazyny.

Jordania – Petra i Wadi Rum

Zupełnie nie planowałam wyjazdu do Jordanii, nie miałam jej na liście marzeń ale przy okazji wyjazdu do Izraela pojawił się pomysł kilkudniowego wypadu do Jordanii. Wszak Izrael jest krajem drogim, a Jordania nie. Mam na myśli ceny noclegów, jedzenia itp. bo bilet wstępu do Petry może zrujnować niejeden budżet 😉

Petra – największa atrakcja Jordanii

Petra to jedno z najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc nie tylko w Jordanii, ale na całym Bliskim Wschodzie. Znajduje się ona na liście UNESCO oraz wśród 7 Nowych Cudów Świata. Do popkultury przeniknęła po zagraniu w hollywódzkim filmie Przygody Indiany Jonesa.

Petra, czyli Różowe Miasto to tajemnicza siedziba Nabatejczyków ukryta w górach, po której ślad zaginął na setki lat. W szczytowym okresie rozwoju plemienia w Petrze mieszkało ponad 30 tysięcy osób. Patrząc na dzisiejsze pozostałości trudno to sobie wyobrazić. Niegdyś Petra słynęła z precyzyjnie wykonanych, wykutych w skalanych ścianach grobowców o niespotykanych rozmiarach. Petra jest mieszanką sztuki mezopotamskiej, egipskiej, asyryjskiej, greckiej i rzymskiej.

W XIX wieku Petrę odkrył na nowo szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt, pierwsza ekipa archeologów pojawiła się tu w 1929 roku.

Zwiedzanie Petry

Najpierw docieramy do Visitors Center gdzie kupujemy bilety – jednodniowy to koszt 50 dinarów (ok. 280zł), dwudniowy – 55, 3-dniowy – 60. Przy zakupie biletu potrzebny jest paszport, nie zapomnijcie go zabrać z hotelu! Za bilety można płacić kartą. Jest drogo ale gwarantuję, że nie będzie żałować ani jednego wydanego dinara.

Po zakupie biletu i wejściu na teren Petry trzeba przejść wzdłuż suchego koryta Wadi Musa. Po kilkuset metrach dochodzimy do wykutych w skale pionowych sześcianów przypominających wieże. Nie do końca wiadomo jaką pełniły rolę. Podejrzewa się, że były albo grobowcami, albo ołtarzami poświęconymi Duszarowi – głównemu bóstwu nabatejskiemu. Po drugiej stronie stoi wykuty w skale monumentalny grób zwany Grobowcem Obelisków. Odzwierciedla on harmonię połączenia sztuki nabatejskiej z egipską. Jest otoczony kamiennymi siedzeniami.

Idąc dalej dochodzimy do zakrętu, zza którego wyłania się najbardziej znany obrazek – grobowiec zwany Skarbcem Faraona (Al-Khazna Firun). Według legendy w czterometrowej urnie wieńczącej fasadę ukryto skarb jednego z faraonów. Oczywiście nie brakowało śmiałków, którzy próbowali dostać się do urny i ukrytego w niej złota. Skarbiec datuje się na I wiek naszej ery i jest on przykładem najbardziej charakterystycznego typu grobu – prostego pomieszczenia wykutego w skale poprzedzonego bogato zdobioną fasadą. Forma skarbca przypomina portyk świątyni z sześcioma kolumnami i trójkątnym tympanonem w dolnej kondygnacji.

Przed skarbcem zawsze są tłumy turystów, a także beduini oferujący przejażdżki na wielbłądach. Mimo tłoku i gwaru (oraz 40 stopni na termometrze) miejsce robi ogromne wrażenie.

Ruszając spod skarbca przechodzimy jeszcze kawałek wąwozu mijając po drodze rząd skromniejszych grobowców. Następnie docieramy do schodów prowadzących na Wyżynę Ofiarną. Była to wykuta w czerwonej skale widownia antycznego teatru. Obok ciągną się rzędy kilkudziesięciu grobowców zwane Ulicami Fasadowymi. Po minięciu teatru trzeba skręcić w lewo – tam znajduje się otwarta przestrzeń gdzie niegdyś stały główne budowle Petry.

Na terenie Petry znajduje się sporo stoisk z pamiątkami, jedno z nich prowadzi pochodząca z Nowej Zelandii Marguerite van Geldermalsen – autorka książki Żona beduina. Poza pamiątkami na stoisku można też nabyć książkę (w języku angielskim). Marguerite przyjechała do Petry jako turystka. Bliski Wschód miał być początkiem jej podróży dookoła świata ale zamiast lecieć dalej do Syrii została w Jordanii gdzie poznała swojego męża, urodziła mu trójkę dzieci i przeszła na islam. Po śmierci męża opuściła Petrę ale po kilku latach wróciła. Jej książka powstała, by opisać tradycyjne beduińskie życie, którego jak twierdzą sami beduini już nie ma.

Jak już jesteśmy przy książkach to warto też wspomnieć Agathę Christie i jej Rendez-vous ze śmiercią. Ruiny Petry są miejscem rozgrywania się wydarzeń tego kryminału.

Mała Petra

Siq Al Barid, czyli Mała Petra to przedmieścia tej właściwej Petry. Dużo osób pomija to miejsce twierdząc, że nic piękniejszego niż Petra i tak w Jordanii nie zobaczą. Trochę racji w tym jest, bo duża Petra zachwyca ale ja polecam Wam też znaleźć trochę czasu na Małą Petrę. Przede wszystkim jest mniej zatłoczona, a też piękna. Do tego wstęp do niej jest bezpłatny.

Jaka była rola Małej Petry? Prawdopodobnie zatrzymywali się tu kupcy wędrujący między Europą a Azją.

Dziś w Małej Petrze można oglądać groty mieszkalne, grobowce i pozostałości świątyń. Pomiędzy tymi atrakcjami spacerujemy kanionami, przez wiele z nich w ogóle nie dociera słońce. Cudowna ochłoda w czerwcowy skwar.

Na końcu kanionu napotkacie tabliczkę informującą o najpiękniejszym widoku na świecie. Gdyby im wierzyć to okazałoby się, że wszystko co na naszym globie najpiękniejsze znajduje się właśnie w Jordanii. Widok jest, owszem, przyjemny ale nie przesadzajmy 😉

Wadi Rum (Wadi Ramm)

Wadi Rum to obszar pustynny rozciągający się na południu kraju. Płaski kolorowy piasek poprzetykany jest masywami skalnymi. Piasek przyjmuje kolory od białego, przez różowy i pomarańczowy, aż do czerni. Cały teren pustyni – 720 kilometrów kwadratowych – znajduje się pod ochroną.

Wadi Rum była na przestrzeni lat zamieszkiwana przez różne kultury, w tym także znaną z Petry kulturę nabatejską.

Na terenie pustyni znajduje się też najwyższy szczyt Jordanii – Dżabal Umm ad Dami (1840 m. n . p. m.).

Pustynię warto zwiedzać ze znającymi ją najlepiej beduinami. Oni pokazują największe atrakcje tego miejsca.

Co warto zobaczyć na Wadi Rum? Na pewno Siedem Filarów Mądrości – siedem skalnych kolumn, które można obejść. Warto przespacerować się malowniczymi kanionami i zobaczyć sadzawkę zwaną źródłem Lawrenca. Podobno korzystali z niej arabscy powstańcy podczas I wojny światowej, którzy przygotowywali się do zajęcia Akaby okupowanej przez Turków.

Na pustyni można spędzić noc w obozowisku beduinów. Jeśli przyjeżdżacie na pustynię na krócej to koniecznie po południu, żeby móc podziwiać jeden z najbardziej magicznych zachodów słońca. Wejdźcie na którąś ze skał (można legalnie) i patrzcie w bezkres piasku i zmieniających się kolorów nieba. Magia w czystej postaci.

Wadi Rum wielokrotnie była planem zdjęciowym. Mogliście widzieć ją m.in. w Gwiezdnych wojnach, Marsjaninie (gdzie zagrała Marsa!), Prometeuszu, Czerwonej Planecie czy starszym Lawrence’u z Arabii.

Wadi Rum zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie, czułam się na niej jak w Australii, a nie na Bliskim Wschodzie. Bezkres piachu, ogromne skały, zmieniające się kolory – zachwyt totalny. Nie potrafię powiedzieć, czy większe wrażenie zrobiła na mnie Petra czy Wadi Rum. Jedno jest pewne – jeśli wybieracie się do Jordanii to musicie oba te miejsca zobaczyć!