Hanoi – co zobaczyć w mieście 5 milionów skuterów?

Hanoi – stolica Wietnamu, głośne, gwarne i szalone miasto. Miasto, które we mnie przez cały pobyt wzbudzało skrajne uczucia – od nienawiści do miłości i z powrotem. I tak 200 razy dziennie. Z ręką na sercu przyznaję, że nigdy żadne miasto na całym świecie nie emocjonowało mnie tak bardzo jak Hanoi.

Hanoi było moją bazą podczas zwiedzania północnego Wietnamu – spędziłam w nim 6 dni więc myślę, że zobaczyłam wszystko co chciałam, a nawet trochę więcej 😉 Zapraszam na mój przewodnik po Hanoi!

Na początek odpowiedź na często powtarzające się pytanie – ile dni spędzić w Hanoi? Czy da się zwiedzić Hanoi w jeden dzień? Każdy oczywiście ma inne oczekiwania ale moim zdaniem na Hanoi trzeba przeznaczyć co najmniej dwa dni. Mam tu na myśli zwiedzanie samego Hanoi, bez wyjazdów czy wycieczek poza miasto. Hanoi oferuje naprawdę mnóstwo atrakcji, do tego jest miastem pełnym przyjemnych knajpek i zwiedzanie go w jeden dzień skończy się bieganiem od atrakcji do atrakcji, bez żadnej przyjemności.

We wpisie dotyczącym jedzenia w Hanoi wspominałam już, że moje pierwsze wrażenie w Hanoi to było przerażenie 😉 Najważniejsza ciekawostka dotycząca Hanoi jest taka, że po mieście jeździ 5 milionów skuterów! Skutery są wszędzie – na ulicach, na chodnikach, w parkach i wszędzie tam gdzie wydawałoby się, że skuterem wjechać nie można. W Hanoi można 😉 No ale nie samym skuterami człowiek w Hanoi żyje więc pora na zachwyty – co zobaczyć w Hanoi?

Zwiedzanie Hanoi najlepiej zacząć od old town. Nie jest to typowa starówka a raczej stara dzielnica Hanoi – labirynt mniejszych i większych uliczek pełnych sklepików, restauracji i świątyń. Zgodnie z nazwą jest to najstarsza część Hanoi, której historia sięga XI wieku. Wówczas mieścił się tu pałac cesarza. Z czasem zamieszkiwali tu kupcy i rzemieślnicy, a ulice zostały podzielone ze względu na wykonywane usługi i sprzedawane towary.

Do dziś poszczególne ulice mają swoje specjalności i na starym mieście możena spacerować uliczką gdzie dominują sklepy z jedwabiem, uliczką gdzie sprzedaje się buty, wachlarze, zabawki, flagi, biżuterię czy lampiony. Najbardziej creepy z nich wszystkich jest uliczka gdzie można kupić urnę albo nagrobek 😉

Stare miasto Hanoi za dnia przytłacza zgiełkiem i hałasem – zdecydowanie zyskuje po zmroku. Jest odrobinę spokojniej, część sklepów się zamyka a otwierają się liczne restauracje, bary i puby. Jest bardzo kolorowo i klimatycznie.

Dong Xuan

Market Dong Xuan to kryty bazar, gdzie można kupić absolutnie wszystko – od produktów spożywczych po ubrania. Pracuje tu 3 tysiące osób! A kupuje pewnie dwa razy tyle. Targ w tym miejscu istnieje od XIX wieku, w latach 80-tych XX wieku całość poddano gruntownej modernizacji. Niestety wszystko zostało zniszczone w pożarze w 1994 roku. To co możemy odwiedzić dziś to odbudowana hala.

Przed halą znajduje się pomnik upamiętniający bitwę stoczoną tu w 1946 roku między Francuzami a organizacją Viet Minh.

Street Art Hanoi – Phung Hung

Z marketu warto zrobić sobie krótki spacer do ulicy Gam Cau. Tam znajduje się to co ja bardzo lubię i co też powinniście zobaczyć w Hanoi – murale. Na maps.me trzeba szukać public art for better space. Jest to jednocześnie nazwa projektu, w ramach którego powstały dzieła sztuki ulicznej. Projekt jest wietnamsko – koreański i powstał zaledwie 2 lata temu – w lutym 2018 roku, z okazji 25-lecia stosunków dyplomatycznych pomiędzy krajami.

Murali jest łącznie 19 – 10 stworzyli wietnamscy artyści, 8 koreańscy a jeden to wspólne dzieło wietnamsko-koreańskie. Już pomijając moją słabość do streetartu te murale są po prostu fantastyczne! Pięknie wykonane, niektóre w 3d. Jeśli szukacie idealnych instagramowych miejsc w Hanoi to zapiszcie sobie ten adres 🙂

Świątynia Literatury – Van Mieu

Zabytki Hanoi to przede wszystkich świątynie. W mieście jest ich ponad 1800! Świątynia Literatury uchodzi jednak za najpiękniejszą świątynię w Hanoi i jest jednocześnie pierwszym uniwersytetem w Wietnamie. Budowla została wzniesiona w 1070 roku dla uczczenia Konfucjusza i jest inspirowana konfucjańską świątynią z Qufu – miasta w Chinach, gdzie urodził się Konfucjusz. W 1076 roku otwarto tu pierwszy narodowy uniwersytet w Wietnamie. Nauczano tu literatury, etyki, polityki i administracji. Początkowo studiować mogli wyłącznie członkowie rodów szlacheckich ale już po kilku latach na uniwersytet mógł wstąpić każdy, niezależnie od pochodzenia. Niestety wciąż istniało kryterium płci – studiować mogli wyłącznie mężczyźni.

Teren świątyni składa się z pięciu dziedzińców połączonych trzema bramami. Liczba dziedzińców symbolizuje pięć elementów natury: wodę, ogień, ziemię, metal i drewno.

Na jednym z dziedzińców znajdują się stele z nazwiskami studentów, którzy zdali egzaminy. Stele umieszczono na grzbietach żółwi – zwierząt będących symbolem długowieczności i mądrości.

Świątynia Literatury to idealne połączenie architektury i przyrody, miejsce, które warto odwiedzić w Hanoi.

Hanoi – muzea

Przy deszczowej lub mniej atrakcyjnej pogodzie w Hanoi warto zwiedzać muzea.

Narodowe Muzeum Historii Wietnamu warto zobaczyć chociażby ze względu na budynek, w którym się mieści. Jest to pierwsza w Hanoi budowla będąca połączeniem stylu chińskiego z elementami francuskimi. W środku nie wolno robić zdjęć, za to muzeum otacza piękny park z rzeźbami – warto!

Wietnamskie Muzeum Kobiet jak sama nazwa wskazuje poświęcone jest kobietom – ich roli w społeczeństwie i kulturze wietnamskiej. Można tu zobaczyć tradycyjne stroje i biżuterię, a także portrety najważniejszych kobiet w historii Wietnamu. Można się także dowiedzieć z jakimi problemami borykają się współczesne Wietnamki.

Muzeum Więzienia Hoa Lo w Hanoi to kompleks wzniesiony przez Francuzów, gdzie początkowo osadzano przeciwników francuskiej dominacji w Wietnamie. W czasie wojny większość więźniów stanowili amerykańscy jeńcy, którzy ironicznie nazywali je Hanoi Hilton. Władze wietnamskie zapewniały, że więźniowie są tu dobrze traktowani ale wspomnienia osadzonych temu oczywiście przeczą. Po 1975 roku w Hoa Lo przetrzymywano przeciwników komunistycznego rządu.

Zwiedzając muzeum nie zapominajcie, że wszystkie opisy są wedle obowiązującej myśli propagandowej. Większość ekspozycji dotyczy czasów walki o niepodległość z Francją.

Co do nazwy Hanoi Hilton – obowiązuje ona do dziś. Mówiąc Hanoi Hilton każdy ma na myśli właśnie więzienie. Kiedy sieć Hilton zdecydowała o otwarciu hotelu w Hanoi w 1999 roku nazwała go Hilton Hanoi Opera, żeby uniknąć wszelkich złych skojarzeń.

Cena biletu wstępu do muzeum wynosi 30 000 VND.

Pho Sach – Book Street

Nieopodal muzeum-więzienia znajduje się ciekawa mała uliczka, na którą trafiłam zupełnym przypadkiem. Atrakcją tej uliczki w Hanoi są… księgarnie. Mała, wąska uliczka zamknięta dla ruchu kołowego (tak, w końcu!) otoczona jest z obu stron księgarniami. Jest to ukłon w stronę tradycji – jak już pisałam w części o starym mieście taka była w Hanoi tradycja – przy jednej ulicy sprzedawano jeden asortyment. Ta uliczka jest zupełnie nowoczesna ale puszcza oko do tradycji. Lubię! I polecam! W pobliżu znajduje się biblioteka miejska.

Jezioro Zwróconego Miecza

Z jeziorem Hoan Kiem (tak brzmi jego wietnamska nazwa) wiąże się legenda o rybaku Le Loi, który otrzymał magiczny miecz od żółwia żyjącego w jeziorze. Miecz uczynił rybaka niepokonanym w każdej walce. Wykorzystał go on w starciu z dynastią Ming dzięki czemu został królem. Le Loi udał się nad jezioro, by podziękować bogom za zwycięstwo, a wtedy z wody wyłonił się zloty żółw żądający zwrotu miecza. Miecz samoistnie wysunął się z pochwy, uniósł ku niebu i zamienił w nefrytowego smoka, który poszybował nad jeziorem. Rybak uznał żółwia za dobrego ducha jeziora i nakazał wybudowanie Wieży Żółwia (Thap Rua). Wieża uchodzi dziś za symbol Hanoi, jest niedostępna dla zwiedzających.

Na północnym krańcu jeziora wznosi się Nefrytowa Świątynia, do której można się dostać przez drewniany czerwony most – The Huc (Most Wschodzącego Słońca). Most najładniej wygląda po zmroku – gdy jest uroczo oświetlony. Na wyspę wchodzi się przez bramę ozdobioną znakami symbolizującymi szczęście i pomyślność. W światyni czci się La Dong Tan – bóstwo opiekuńcze chorych oraz Van Xuong De Quan – taoistycznego boga literatury.

W jednej z gablot świątyni znajduje się ciało 250-kilogramowego żółwia wyłowionego z jeziora w latach 60-tych.

Katedra św. Józefa – Nha tho Lon

Już na pierwszy rzut oka widać, że neogotycka katedra w Hanoi została zaprojektowana na wzór paryskiej katedry Notre Dame. Jest ona centrum kościoła katolickiego w Hanoi i siedzibą biskupa. Otwarto ją w 1886 roku, po zjednoczeniu Wietnamu w 1975 roku została zamknięta. Dziś znów jest dostępna dla wiernych. Św. Józef jest patronem Wietnamu.

Ulica z torami w Hanoi

Ulica z torami, ulica z pociągiem, właściwie nie wiem jak ją do końca nazwać. Nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najpopularniejszych i najbardziej instagramowych miejsc w Hanoi – wąska uliczka, przez której środek biegną tory kolejowe. Jesienią 2019 roku polskie portale obiegła łamiąca wiadomość, że największa atrakcja Hanoi została zamknięta dla turystów. Zaczął się płacz i panika gdzie tu teraz cykać sweet focie w Hanoi.

Uspokajam – ulica z torami nie jest zamknięta. Dostęp do niej został rzeczywiście ograniczony, pojawiły się tablice informujące o zagrożeniu, przy wejściu stoją strażnicy i nie wolno robić zdjęć na torach. Nie zmienia to jednak faktu, że działające przy uliczce kawiarnie i restauracje są otwarte i jeśli powiecie strażnikowi, że idzie na kawę/piwo/obiad do jednej z knajp to zostaniecie wpuszczeni. Jeśli chcecie sobie zrobić zdjęcie na torach to zapomnijcie o godzinnym pozowaniu – wchodzicie, robicie zdjęcie i schodzicie. Jeśli stoicie na torach dłużej to najpierw strażnicy gwiżdżą gwizdkiem a później wyprowadzają niesfornych delikwentów. Wszystko to jest podyktowane oczywiście względami bezpieczeństwa – częściowe ograniczenie dostępu do ulicy wynika z tego, że turyści dla zdjęć ryzykowali swoje (i przy okazji innych) bezpieczeństwo. Jak widzicie na rozkładzie pociągów jeżdżą one po tej uliczce wyłącznie rano i wieczorem (poza weekendami) więc za dnia strażnicy mogliby trochę przymknąć oko ale jest jak jest i trzeba się dostosować.

Nie ulega wątpliwości, że ulica z torami miejsce, które warto zobaczyć w Hanoi. Pewnie jeszcze większe wrażenie robi, gdy jedzie przez nią pociąg ale nawet jeśli pociągu nie ma to tory pośrodku ulicy są fenomenem na skalę światową i warto tu przyjść.

Dzielnica Francuska Hanoi

Oddalona o zaledwie kilkaset metrów od starej dzielnicy, a ma zupełnie inny charakter. Ze względów praktycznych – szersze ulice i chodniki dzięki czemu przez chwilę można odetchnąć – skutery nie jeżdżą niemalże po palcach u stóp. Jedno z niewielu miejsc w Hanoi gdzie można na chwilę odetchnąć i spacerować w miarę bezstresowo 😉

W dzielnicy francuskiej jest inna architektura i inny klimat. Jeśli szukacie w Hanoi eleganckich restauracji to wybierzcie się właśnie do dzielnicy francuskiej. Tu znajdują się najbardziej eleganckie hotele w mieście – Hilton Hanoi Opera i Hotel Legend Metropole Hanoi (dziś należący do sieci Sofitel).

Hotel Metropole Legend został wybudowany w 1901 roku i w czasie wojny służył jako schron. Na dole mieści się dziś popularne bistro we francuskim stylu.

W dzielnicy francuskiej znajduje się pomnik króla Ly Thai To, siedziba giełdy, pałac-rezydencja gubernatora Tonkinu, Opera Narodowa i siedziba wietnamskiego rządu.

Mauzoleum Ho Chi Minha

Mauzoleum znajduje się przy placu Ba Dinh gdzie 2 września 1945 roku prezydent Ho Chi Minh odczytał deklarację niepodległości Wietnamu.

W mauzoleum można zobaczyć zabalsamowane zwłoki Ho Chi Minha choć on sam w testamencie nakazał swoje ciało spalić, a prochy rozsypać. Komunistyczna władza postanowiła jednak umocnić kult prezydneta i wystawić zabalsamowane zwłoki na widok publiczny.

Do środka nie wolno wnosić żadnych plecaków ani toreb, nie wolno robić zdjęć, trzymać rąk w kieszeniach, rozmawiać i nawet na chwilę nie wolno się zatrzymywać. Na terenie całego kompleksu nie można żuć gumy. Obowiązuje również dress code – osoby w szortach i z odkrytymi ramionami nie są wpuszczane. Przed wejściem na teren mauzoleum przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa podobną do tej na lotnisku. Wietnamczycy odwiedzają grób ojca narodu przynajmniej raz w roku. System edukacyjny Wietnamu jest tak stworzony, że dzieci od pierwszych lat nauki są wychowywane w duchu kultu prezydenta Ho Chi Minha.

Wstęp do mauzoleum Ho Chi Minha jest bezpłatny, możliwy jest wyłącznie w godzinach 8.00-11.00 (ostatnie wejście o 10.15), zamknięte w poniedziałki i piątki. Od września do grudnia odbywa się konserwacja szczątków i mauzoleum jest zamknięte.

A co jeszcze można zobaczyć na terenie kompleksu? Dom Ho Chi Minha, w którym prezydent mieszkał w latach 1954 – 1969. Ponadto mieści się tu Pałac Prezydencki wybudowany w stylu francuskiej architektury kolonialnej, Muzeum Ho Chi Minha (w betonowym sowieckim budynku) i pagoda na jednej nóżce. Świątynia dedykowana jest Quan Am – bogini współczucia, damskiemu wcieleniu Buddy. Szczególnie popularna jest wśród bezdzietnych par, które modlą się tu o potomstwo. Świątynia ma wznosić się jak lotos nad powierzchnią wody.

Po drugiej stronie placu Ba Ding mieści się cesarska cytadela, budynek parlamentu a nieco dalej budynek centralnego komitetu.

Będąc na terenie mauzoleum można zajrzeć do Ogrodu Botanicznego. Nie jest to największa atrakcja Hanoi i nie ma wiele wspólnego z pięknymi ogrodami botanicznymi znanymi z Europy czy chociażby z Polski ale biorąc pod uwagę, że cena wstępu to 2 000 (czyli jakieś 40 groszy) to można wejść na chwilę. W parku rezydują pawie (niestety nie na wolności), jest jeziorko, a na niewielkim wzgórzu mieści się kolorowa świątynia.

Z ogrodu botanicznego można zrobić sobie spacer do trzech pięknych świątyń. Pierwsza z nich – Den Quan Thanh – położona jest naprzeciwko parku Vuon Hoa Ly. Świątynia poświęcona jest Tran Vu – jednemu z najpotężniejszych bogów taoizmu – mitycznemu strażnikowi i Władcy Czarnego Nieba. Według Wietnamczyków chroni on przed wojami i niebezpieczeństwem.

Wewnątrz świątyni znajduje się 4-metrowy posąg Tran Vu opartego o swój miecz, wokół którego wije się wąż – symbol potęgi. U jego stóp znajduje się zółw – symbol mądrości i wytrwałości.

Pagoda Tran Quoc

Jest to najstarsza pagoda i jeden z najstarszych zabytków Hanoi – pochodzi z VI wieku. Początkowo stała w innym miejscu, tu przeniesiono ją w XVII wieku. Brama wjazdowa do światyni jest jej najmłodszym elementem – pochodzi z 1815 roku. Najbardziej charakterystycznym elementem całego kompleksu jest 15 – metrowa wieża świątynna. Jej 11 kondygnacji ma przypominać płatki lotosu. Na każdym poziomie znajduje się posąg Amitabhy – Buddy Nieograniczonego Światła. Wieżę otaczają ceglane kapliczki w różnych kształtach. Wstęp jest bezpłatny. Jest to cały czas miejsce kultu, w mniejszym stopniu atrakcja turystyczna więc trzeba się odpowiednio zachowywać. Przed wejściem do świątyń trzeba zdjąć buty.

Przed wejściem do świątyni rozkładają się sprzedawcy sprzedający żywe żółwie inne zwierzątka. Smutny widok.

Den Thuy Trung Tien

I na koniec malutka świątynia położona po drugiej stronie ulicy. Niestety nie udało mi się o niej zbyt wiele dowiedzieć ale jest bardzo urocza więc myślę, że warto ją pokazać i odwiedzić podczas zwiedzania Hanoi.

Jezioro zachodnie

Wszystkie te świątynie znajdują się w sąsiedztwie największego jeziora w Hanoi – Jeziora Zachodniego (Ho Tay). Jezioro ma ok. 13 km długości. Dawniej otaczały je pałace królewskie i domy arystokracji. Dookoła wytyczona jest ścieżka rowerowa, a przy jego południowej stronie (uliczka Thuy Khue) znajdują się liczne restauracje rybne. Po jeziorze można pływać rowerami wodnymi.

Hanoi Water Puppet Theatre – Teatr Lalek

Wyjątkowa atrakcja Hanoi nie tylko dla dzieci. Historia teatrów lalkowych ma w Wietnamie ponad tysiąc lat. Tematem przewodnim przedstawień jest życie codzienne w Wietnamie ale często pojawiają się elementy fantastyczne – latające smoki czy tańczące jednorożce. Do tego muzyka na żywo – naprawdę fajne doświadczenie.

Przedstawienia w teatrze lalek odbywają się codziennie o godzinie 15.30, 17.00, 18.30, 20.00 i 21.15. Przedstawienie trwa ok. 50 minut. Najtańsze bilety kosztują 100 000 VND i w sezonie trzeba je kupować z wyprzedzeniem. Ja swój bilet kupiłam przez stronę internetową jeszcze będąc w Polsce.

Wychodzi na to, że Hanoi ma do zaoferowanie turyście całkiem sporo atrakcji 🙂 Mam nadzieję, że moja relacja pomoże Wam ułożyć własny plan zwiedzania Hanoi 🙂 A Hanoi to tak naprawdę dopiero wstęp do zwiedzania północy Wietnamu. Hanoi, Hanoi i co dalej? Na pewno zatoka Ha Long – największa atrakcja Wietnamu, tarasy ryżowe w Sa Pa czy nieco bliżej – perfumowa pagoda. Jest co zwiedzać w północnym Wietnamie!

Kulinarny przewodnik po Hanoi – co i gdzie zjeść w Hanoi?

O tym co warto zjeść i czego trzeba spróbować w Wietnamie pisałam TU. Najwięcej czasu podczas mojej podróży po północym Wietnamie spędziłam w Hanoi dlatego w tym osobnym wpisie chciałabym Wam przedstawić moje sprawdzone miejscówki na jedzenie w Hanoi. A w bonusie fajne miejsca na drinka i na kawę. Będzie i uliczne jedzenie i instagramowe miejscówki. Hanoi to prawdziwy raj dla foodies!

Po przylocie do Hanoi i zderzeniu ze zgiełkiem tego miasta ruszyłam na poszukiwania swojego pierwszego obiadu. Nie miałam zapisanych żadnych miejscówek, byłam głodna, zła i nieco przerażona tym miastem więc błąkałam się od budki do budki sama nie wiedząc co chcę zjeść. W pewnym momencie wiedziałam już, że muszę skapitulować i zjeść cokolwiek, bo sama ze sobą nie wytrzymam. Trafiłam do miejsca bez nazwy gdzie Pani smażyła makaron. Można było wziąć makaron z warzywami, z kurczakiem, z wołowiną lub z mięsem i warzywami. Zdecydowałam się na makaron z warzywami i wołowiną. I wiecie co? To było TAAAAAKIE dobre. Wcale nie dlatego, że uratowało mnie od śmierci głodowej. Budka totalnie niepozorna, w środku niezbyt przyjemnie ale jedzenie – wyśmienite. Budka znajduje się przy ulicy Hang Ruoi, przez ścianę z Banh mi Pho. Makaron kosztował 50 000 VND, czyli trochę ponad 2 USD.

Mimo najedzenia się i oddalenia widma śmierci głodowej pierwsze negatywne wrażenie Hanoi było zachowane. Przerażone hałasem i dzikim ruchem ulicznym uznałam, że tak całkiem trzeźwo to ja tego nie ogarnę 😉 Idąc ulicą Hang Duong i patrząc w górę zobaczyłam lampiony. Nie myśląc długo uznałam, że one mnie uratują 😉 Na drugim piętrze znajduje się mała restauracja z balkonem wychodzącym na ulicę – Old Town Restaurant & Pub. Cały ten pierdolnik z góry wyglądał jakoś przyjaźniej, a po wypiciu ginu z tonikiem uznałam, że nie zamknę się na 6 dni w hotelu i dam radę oswoić to miasto! Bardzo uroczy balkon z lampionami, super obsługa, drinki po 100 000 VND (jakieś 4 – 4,5 USD).

Druga restauracja i bar z lampionami w Hanoi to Lantern Restaurant przy 80 Phố Mã Mây. Ale ta jest zdecydowanie bardziej popularna i trudniej jest dostać stolik tak z marszu.

Gdzie warto zjeść w Hanoi symbol Wietnamu, czyli bahn mi? Dostać ją można na każdym kroku ale absolutnie genialne serwują w budce przy ulicy Hang Buom 14. Bagieta z kaczką i ichniejszy słodki sos chili – mistrzostwo świata.

Bun cha, czyli danie prezydenta Obamy warto w Hanoi zjeść w restauracji Thanh Hop przy ulicy Dinh Liet 12. Jest bardzo lokalnie ale dogadacie się po angielsku. Porcja bun cha kosztuje 50 000 VND.

Banh cuon, czyli naleśniki na parze z mięsem i grzybkami shiitake warto zjeść w Hanoi w Banh Cuon Nong przy ulicy Bao Khanh 14b. Jest to takie malutkie miejsce, które serwuje wyłącznie to jedno danie. Cena naleśników – 20 000 VND.

Sałatkę z suszoną wołowiną jadłam w Nom Long Vi Dung przy ulicy Ho Hoan Kiem 23. Bardzo mała restauracja (i przy najkrótszej ulicy w stolicy Wietnamu!) ale warta uwagi w Hanoi.

Na deser w Hanoi najlepiej wybrać się do Che Dung 95 Hang Bac Street, która znajduje sie dokładnie pod takim samym adresem. Ceny deserów od 15 000 do 35 000 VND.

Na egg coffe, czyli kawę z jajkiem w Hanoi trzeba się koniecznie wybrać do Cafe Giang przy ulicy Nguyễn Hữu Huân 39. Cena egg coffe to 30 000 VND.

W ogóle ta ulica nazywana jest ulicą kawiarni – jest ich tu kilkadziesiąt. Fajny wystrój ma Coffe Zone ale kawa smakowała mi tu najmniej ze wszystkich kawiarni.

Pomiędzy kawiarniami, pod numerem 72, znajduje się polecana restauracja Nha Hang Net Hue gdzie można zjeść pyszne nem lui. Rodzina pochodząca z Hue prowadzi w Hanoi restaurację z daniami z tamtego rejonu Wietnamu.

Craic Cafe serwuje świetną kawę kokosową na ciepło. Bardzo ciężko się tam porozumieć na angielsku ale nie można się poddawać 😉 Kawa jest tego warta!

Najlepsza kawa kokosowa na zimno w Hanoi serwowana jest w Eden Cafe tuż przy katedrze. W ogóle jest to chyba najfajniejsza, najpiękniejsza i najbardziej instagramowa kawiarnia w Hanoi. Jest kilka pięter, balkon i duży taras na samej górze. Widoki nieziemskie, dużo kolorów, na zewnątrz zielono – bajka. Obsługa słabo co prawda ogarnia, długo się czeka czy na zamówienie, czy na rachunek ale warto! Jedno z moich ulubionych miejsc w Hanoi. Cena kawy 39 000 VND. W menu zwróciły też moją uwagę ciekawe drinki – może kiedyś będę miała okazję wrócić do Hanoi i ich spróbować 🙂

Bardzo blisko stąd jest ulica Ly Quoc Su, przy której znajduje się kilka polecanych restauracji w Hanoi. Najsłynniejsza to Pho 10 serwująca tylko i wyłącznie zupę pho. Szukając informacji gdzie zjeść zupę pho w Hanoi natrafiłam właśnie na Pho 10. Poszłam i… odeszłam z kwitkiem. Miejsce jest baaaardzo turystyczne – przed wejściem stoi kolejka (serio!), a wewnątrz wyglądało to jak jakaś słaba stołówka. Nie wiem, moze i ta ich zupa jest pyszna – mnie wygląd tego miejsca nie przekonał i ostatecznie tam zupy pho nie spróbowałam.

Weszłam za to do restauracji Noodle & Roll po drugiej stronie ulicy i zjadłam przepyszne sajgonki z krabem. I ogromną ilością ziół! Ze wszystkich miejsc, w których jadłam w Hanoi to było najbardziej cywilizowane 😉

W jednej z bocznych uliczek odchodzących od Ly Quoc Su znajduje się restauracja Lac Family Restaurant. Tam spędziłam swój ostatni wieczór w Hanoi nad miską… sajgonek 😉 Tym razem w wersji tradycyjnej – z mielonym mięsem. Do tego piwo Hanoi. Po raz kolejny przepysznie i bardzo tę restaurację w Hanoi polecam.

Kolejne miejsce w Hanoi gdzie próbowałam sajgonek to Pho Bo Mau Dich. Miejsce jak się domyślacie słynie z zupy pho ale ja tego dnia miałam ją już dwukrotnie zaliczoną więc wjechały sajgonki. Bardzo dobre, porcja bardzo duża, pani właścicielka bardzo kontaktowa i sympatyczna. Natomiast jest to jedno z najdroższych miejsc gdzie jadłam w Hanoi. Za sajgonki i piwo zapłaciłam 110 000 VND (ok. 6 USD).

Natomiast muszę przyznać, że najlepsze sajgonki w Hanoi to serwuje restauracja Bun Cha Ta. To jest w ogóle ciekawe miejsce, bo przy wejściu trzeba zdjąć buty. Siada się przy takim długim wspólnym stoliku. W menu zaintrygowało mnie wine brandy. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Zamówiłam i okazało się, że dostałam kieliszek jakiegoś bardzo mocnego alkoholu. Nie wypiłam – spróbowałam, ciekawe. Jeśli pijacie mocne alkohole to warto spróbować. Same sajgonki SZTOS. Podano do nich zupę, makaron i jak zawsze ogrom ziół.

O zwiedzaniu Hanoi będzie kolejny post ale chyba każdy wie, że trzeba tam odwiedzić ulicę z torami kolejowymi 🙂 Dziś ulica oficjalnie jest zamknięta dla turystów ale można wejść do jednej z otaczających ją kawiarni. Oczywiście nie mogłam sobie tej przyjemności odpuścić i poszłam na piwo do Railway Cafe.

Oprócz tradycyjnego menu w Railway Cafe jest też rozkład jazdy z godzinami pociągów. Niestety one w większości jeżdżą teraz wczesnym rankiem lub wieczorem. Ja dotarłam na uliczkę w środku dnia. Planowałam wrócić o 19, żeby zobaczyć pociąg ale ostatecznie jednak nie wróciłam. Nawet jeśli nie zobaczycie pociągu to i tak warto się wybrać na kawę czy piwo do jednej z kawiarni czy restauracji. Ta uliczka to chyba fenomen na skalę światową.

W Hanoi, jak w każdym szanującym się azjatyckim mieście, jest też night market. Rozkłada się on w okolicach Dong Xuan Market i cóż… nie jest to najlepsze co zobaczycie w Hanoi 😉 Dominują tu stoiska z różnego rodzaju pierdołami – gadżetami, biżuterią, muzyką itp. Sekcja kulinarna jest dość uboga i szczerze mówiąc mało zachęcająca do konsumpcji. Ale, żeby nie było – Hanoi też ma swój nocny market z jedzeniem.

Na koniec jeszcze dwa BARDZO fajne miejsca na piwo lub na drinka w Hanoi. Pierwsze z nich to Avalon Lounge. Miejsce znajduje się tuż przy jeziorze, w budynku na 4. piętrze. Przy ładnej pogodzie widoki muszą być nieziemskie. Przy mgle też nie było źle 😉 Ale domyślam się, że może być lepiej. Jest to miejsce z wyższej półki, wystrój i ceny są zdecydowanie bardziej europejskie. Ale dla widoku polecam. Działa tu też restauracja, w której można zjeść, ja wybrałam się tylko na drinka. Kosztował 120 000 VND. Można płacić kartą.

Drugie miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem to Lost in Hongkong. Skusiły mnie kolorowe neony. Jak widzicie jest kolorowo i intensywnie. Po całym wieczorze spędzonym w takim miejscu pewnie bodźców by było za dużo ale godzinkę czy dwie można tu z wielką przyjemnością spędzić. Wg mnie najfajniejsze miejsce na drinka w Hanoi. Można też coś zjeść.

Jeśli szukacie czegoś z mniej zobowiązującą atmosferą to wybierzcie się na Beer Street. Tak nazywana jest w Hanoi ulica Ta Hien. Znajdują się tu dziesiątki barów gdzie za grosze można napić się piwa. Siedząc oczywiście na mini krzesełku przy mini stoliczku. Prawdziwy Wietnam!

I na sam koniec jeszcze jedno miejsce – Cafe Bach Thao – kawiarnia ogrodu botanicznego. Jeśli wybierzecie się w odwiedziny do wujaszka Ho i do ogrodu botanicznego to warto sobie zrobić przerwę w kawiarni Bach Thao. Obsługa jest kompletnie niezainteresowana gośćmi więc trzeba się pofatygować do środka, żeby złożyć zamówienie ale sama kawiarnia jest bardzo urocza. Dzbanek wietnamskiej herbatki kosztuje jakieś grosze.

Mam nadzieję, że mój kulinarny przewodnik po Hanoi ułatwi Wam wybór miejsc gdzie warto zjeść w Hanoi 🙂

Wietnam kulinarnie – co zjeść w Wietnamie?

Wietnam – kraj z bogatą tradycją kulinarną. Pełen smaków, kolorów i zapachów. Myśląc Wietnam wiele osób kojarzy sajgonki, część zupę pho. A poza tym? Co warto zjeść w Wietnamie i czego trzeba spróbować? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Wietnamie.

Kuchnia azjatycka to dla mnie przede wszystkim street food, czyli jedzenie uliczne. Jadąc do Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży nie wyobrażam sobie jadania w tradycyjnych restauracjach. Najlepsze jedzenie w Azji serwuje się w ulicznych budkach! Nie jest instagramowo ani fancy ale za to lokalnie, pysznie i tanio! Kuchnia wietnamska jest o tyle wyjątkowa, że wpływy azjatyckie mieszają się tu z wpływami francuskimi więc w Wietnamie mamy bagietki, wino (ryżowe), lody czy kawę z mlekiem.

Podstawowe produkty stosowane w kuchni wietnamskiej to ryż, makaron ryżowy i nuoc mam – fermentowany sos sojowy, którym doprawia się zdecydowaną większość dań.

Na początek symbol wietnamskiej kuchni – sajgonki, czyli spring rolls. Dostępne w wielu miejscach w Wietnamie. Te najbardziej tradycyjne to zawinięte w papier ryżowy mięso mielone, makaron ryżowy i grzybki. Wszystko połączone jajkiem i usmażone na głębokim oleju. Wegetarianie też nie będą w Wietnamie głodować – można dostać sajgonki z samym makaronem ryżowym i warzywami czy z owocami morza. Sajgonki najczęściej serwuje się z sosem nuoc cham oraz świeżymi ziołami. I to nie jest kilka listków jak u nas tylko cała micha mięty, kolendry, szałwii i innych ziół.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Wietnamu chyba z 10 lat nie jadłam sajgonek. A jak je dorwałam pierwszy raz w Hanoi i przypomniałam sobie jakie to pyszne to sajgonki jadałam codziennie!

Podobnie było z zupą pho. Jak raz spróbowałam – jadłam codziennie, zdarzało się nawet dwa razy dziennie. Pho to esencja Wietnamu, najbardziej tradycyjne danie. Zupa z mięsem i makaronem ryżowym gotowana jest co najmniej 24 godziny (a niektórzy się oburzają, że nasz rosołek trzeba 6 godzin gotować!) i doprawiana na różne sposoby – może być z anyżem, cynamonem i imbirem, a może być z dużą ilością kolendry. Sekret zupy pho polega na tym, że do zupy dodaje się tylko sparzone mięso (nie gotuje się go razem z zupą). W Wietnamie spotkacie dwa podstawowe rodzaje zupy pho – pho bo z wołowiną i pho ga z kurczakiem. Ponieważ ja drobiu praktycznie nie jadam to wersji kurczakowej nie próbowałam. Wersja z wołowiną – pyszności! Wietnamczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. I pomiędzy posiłkami. Wcale im się nie dziwię, zupa jest przepyszna. Najbardziej smakowała mi ta z ogromną ilością kolendry. Natomiast to jakie przyprawy sobie dodacie do dań w Wietnamie w dużej mierze zależy od Was samych – najczęściej podaje się je osobno i każdy doprawia sobie wg uznania.

To teraz te trochę mniej znane wietnamskie dania ale warte spróbowania podczas wakacji w Azji. Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie spróbowanie banh geo – jest to ryżowy naleśnik z warzywami lub mięsem i warzywami. Czasem posypany orzeszkami, podawany ze słodko-ostrym sosem i oczywiście ogromną ilością ziół.

Pewną wariacją na temat jest Banh cuon. Ryżowy naleśnik z fermentowanego ciasta przygotowywany na parze, podawany z wieprzowiną, warzywami, ziołami i grzybkami mun. Ani opis ani zdjęcia nie oddają złożoności jego smaku – ale zapewniam, że warto się skusić!

Kolejny wietnamski przysmak, który można dostać na każdym kroku za śmieszne pieniądze to banh mi – pszenno-ryżowa bagietka podawana z kurczakiem, wołowiną, kaczką (najlepsza!) czy w wersji wegetariańskiej z jajkiem. W całym Wietnamie jest tylko kilkanaście McDonaldsów – Wietnamczycy mówią, że to dlatego, że mają swój własny fast food – właśnie banh mi. Banh mi to nie tylko kanapka, to swego rodzaju symbol Wietnamu – znajdziecie ją na koszulkach, pocztówkach i innych pamiątkach. To idealny pomysł na śniadanie, II śniadanie czy szybką przekąskę podczas zwiedzania. Banh mi to jedna z pozostałości wpływów francuskich w Wietnamie.

Podobną szybką przekąską jest banh bao – bułeczki podobne trochę do chińskich dim sum przywiezione zresztą do Wietnamu przez imigrantów z Kantonu. W środku takiej buły może być mięso, warzywa albo gotowane jajko. Jedna z niewielu opcji dla wegetarian w Wietnamie.

Na północny Wietnamu bardzo popularna jest tradycyjna potrawa o nazwie bun cha. Jest to grillowana wieprzowina z makaronem ryżowym i ziołami. Tu przy okazji ciekawostka – w Hanoi często usłyszycie, że to Obama dish 😉 Wynika to z tego, że podczas wizyty w Hanoi prezydent Obama zjadł właśnie bun cha w jednej z tradycyjnych, rodzinnych restauracji. Smacznie ale mnie jakoś szczególnie nie porwało.

W Wietnamie nie występują aż tak powszechnie dziwne potrawy znane z innych krajów Azji. To co może być niespotykane dla nas to np. ślimaki. Najpopularniejsze są one na południu Wietnamu ale i na północy nie brakuje miejsc gdzie można ich spróbować. Swoją drogą polecam bardzo serial dokumentalny Netflixa o jakże pysznym tytule Street Food. Odcinek o Sajgonie jest poświęcony właśnie ślimakom. Ja przechodziłam kilkukrotnie, patrzyłam ale jednak się nie zdecydowałam. Próbowałam ślimaków kilka lat temu we Francji – traumy co prawda nie mam ale też nie zapamiętałam ich jako przysmak. Może następnym razem się odważę 😉

W Wietnamie można też oczywiście zjeść owoce morza – mi bardzo smakowały przegrzebki.

Co jeszcze należy spróbować w Wietnamie? Sałatkę z zielonej papai z suszoną wołowiną. Papaja kojarzy się nam jako słodki owoc i deser a nie składnik sałatek, natomiast w Wietnamie występuje aż 45 odmian papai! Od słodkich deserowych po te zielone wytrawne. Sałatka z papają nie jest skomplikowana – posiekana papaja, kawałki beef jerky i orzeszki. Ale jak zawsze w Azji to sosy i dodatki robią robotę. Nie pytajcie mnie z czego te sosy były, bo nie mam pojęcia ale dopiero po porządnym wymieszaniu wszystkiego sałatka rozwalała kubki smakowe. Petarda wietnamskiej kuchni!

Tradycyjna potrawa ze środka Wietnamu (Hue) to nem lui – szaszłyki z grillowanej wieprzowiny z trawą cytrynową. I ta trawa cytrynowa tu robi robotę! Z samym nem lui jest troszkę zabawy – dostaje się szaszłyki, trawę cytrynową, makaron ryżowy i papier ryżowy i samemu się to zawija w takie jakby sajgonki. Jest smak, jest zabawa, jest nowe doświadczenie. To też jedno z tych dań, którymi mnie Wietnam oczarował. Szukajcie koniecznie w Wietnamie!

Skoro już brzuszki napełnione to czas na deser. Wiele deserów w Wietnamie opartych jest na ryżu. Jeśli kochacie tajski mango sticky rice to w Wietnamie będziecie w siódmym niebie. No przynajmniej ja byłam 😉 Sticky rice barwiony jest groszkiem stąd najczęściej zobaczycie go w wersji zielonej. A najlepsze jest to, że podaje się go z lodami kokosowymi. Lody są obłędnie kremowe (na pewno dramatycznie tłuste :P) i idealnie pasują do lepkiego ryżu i dojrzałego mango. Pychota! Generalnie większość deserów w Wietnamie opartych jest na kokosie lub mleku kokosowym. Ja tak kocham mango sticky rice, że szczerze mówiąc nic innego nawet nie próbowałam…

Aaaa przepraszam. Są też budki z naleśnikami – do wyboru kilkadziesiąt różnych rodzajów nadzienia. Ja wzięłam lody o smaku herbaty matcha. Nie był to mój najlepszy deser w Wietnamie, zdecydowanie lepsze mango sticky rice 😉

Wietnam to też oczywiście bogactwo świeżych egzotycznych owoców. Na każdym kroku napotkacie buoi, czyli pomelo. Ponadto w Wietnamie można spróbować mango, duriana, jackfruita czy liczi.

Pisząc o przysmakach Wietnamu nie można pominąć kawy. Wietnam jest drugim na świecie (po Brazylii) producentem i eksporterem kawy. Kawa jest nieodłącznym elementem kuchni i kultury Wietnamu. Kawiarnie znajdują się na każdym kroku i dobra kawa w Wietnamie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie przywieźć kawę do domu to można ją dostać zarówno w supermarketach (ceny zaczynają się od 2 USD za 250g ziaren kawy) jak i w specjalistycznych sklepach. Tu cena kawy może wynosić nawet kilkadziesiąt USD za 100g, w zależności od rodzaju. W Wietnamie dostępna jest kawa kopi luwak znana wszystkim, którzy byli na Bali czy innych wyspach Indonezji.

To co widać na powyższym zdjęciu to kawa po wietnamsku, czyli kawa podawana w specjalnym zaparzaczu, koniecznie ze słodkim mlekiem skondensowanym! Tak jak za słodką kawą nie przepadam to za wietnamską kawą tęsknię. Wiem, że w Poznaniu czy innych polskich miastach też można się takiej kawy napić ale wiecie… to już nigdy nie jest to samo i nigdy nie smakuje tak jak na wakacjach.

W Wietnamie trzeba spróbować egg coffee, czyli… kawy z jajkiem 😉 Nie martwcie się – nie dostaniecie kubka kawy z zanurzonym w nim jajem na twardo 😉 Egg coffee to tak naprawdę deser kawowy – kawa z czymś w rodzaju kogla mogla. Żółtko ubija się z miodem i mlekiem skondensowanym, a następnie dodaje do czarnej kawy. Wszystko pięknie się unosi na naparze i trzeba sobie samemu wymieszać. Wiem, że to już nudne ale… pyszne to było! Jeśli nie lubicie kawy (to nie jedźcie do Wietnamu! :P) to można też spróbować gorącą czekoladę z jajkiem.

Drugi rodzaj kawowego deseru w Wietnamie to kawa kokosowa nazywana wietnamskim frappe. Jest to kawa na zimno z kruszonym lodem, kokosem i chipsami kokosowymi. Nie potrafię powiedzieć, która z tych kaw jest lepsza – obie genialne. Codziennie którąś piłam! A były takie dni, że wjechała i egg coffee, i coconut coffe 😉 Kawę kokosową możecie też wypić na ciepło – też raz próbowałam i też była… pyszna 😉 Naprawdę!

W Wietnamie uprawia się też herbatę więc jeśli nie przepadacie za kawą to możecie się napić herbaty. Miłośnicy piwa będą w siódmym niebie, bo w Wietnamie jest najtańsze piwo na świecie. Za równowartość kilkudziesięciu polskich groszy można wypić szklankę złotego płynu. Jeśli chodzi o piwa butelkowane to najpopularniejsze są dwa: Hanoi i Saigon. Ja fanką ani znawczynią piwa nie jestem, bardziej smakowało mi Hanoi, bo było delikatniejsze i miało mniej goryczki.

Jak już pisałam w TYM wpisie ceny jedzenia w Wietnamie są bardzo niskie – można się najeść i napić za równowartość 2 – 3 USD. Dla mnie kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym odkryciem i mimo iż kocham kuchnię tajską to chyba jednak wietnamska jest moim numerem 1 w Azji. Wietnam – chcę wrócić!

Zatoka Ha Long – jednodniowa wycieczka z Hanoi

Rozważając, którą część Wietnamu wybrać na wyjazd w lutym na początku kierowałam się pogodą – na południu jest wtedy lato więc lecę na południe. Ale później sobie pomyślałam – polecisz do Wietnamu i nie zobaczysz Ha Long? Serio? Więc mając już plan podróży po Wietnamie południowym ostatecznie kupiłam bilety do… Hanoi 🙂 Kobieca logika 😉

Zatoka to obszar 1500 kilometrów kwadratowych z 1969 wapiennymi wysepkami. Zatoka Ha Long znajduje się u ujścia rzeki Bach Dang do Morza Południowochińskiego. Ciekawostka – zatoka oddalona jest o zaledwie 380 km od Chin.

W 1962 roku zatokę uznano za park krajobrazowy, a w 1994 wpisano ją na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z kolei w 2011 zatoka Ha Long znalazła się na liście Nowych Cudów Natury.

Zwiedzanie zatoki Ha Long zaplanowałam na następny dzień po przylocie do Hanoi. Wiedziałam, że jeśli zaplanuję na którykolwiek kolejny to cały czas nie będę mogła się skupić na innych atrakcjach tylko będę myślała o czekającej mnie wyprawie na zatokę.

Wyjazd do Ha Long z Hanoi można zaplanować na jeden lub kilka dni. Ponieważ mój plan podróży po Wietnamie północnym był dość napięty zdecydowałam się na jednodniową wycieczkę. Jeszcze będąc w Polsce obejrzałam chyba dziesiątki ofert i ostatecznie zdecydowałam się na rejs statkiem Jade Sails. Sam statek był świetny i mogę go gorąco polecić – zresztą zobaczcie zdjęcia.

Decydując się na rejs po zatoce Ha Long można kupić sam rejs (wtedy dojazd do portu jest we własnym zakresie) lub można kupić rejs + transport z Hanoi. Transport może być krótszy i droższy lub dłuższy i tańszy. Krótszy przejazd z Hanoi (autostradą) trwa ok. 2 godzin w jedną stronę, dłuższy ponad 4 godziny. Transfer może być prywatny (samochód z kierowcą) lub łączony – busikiem lub autobusem z innymi turystami. Zwróćcie na to uwagę jeśli będziecie kupowali wycieczkę na miejscu, w Hanoi. Niektóre biura sprzedają wyjazd + rejs za 30 USD za osobę – wtedy przejazd jest długi (to aż 8 godzin w obie strony). Cena rejsu po Ha Long zależy też od klasy statku i od tego co jest wliczone w cenę (jedzenie itp.) Oraz oczywiście od tego ile czasu chcecie spędzić na statku.

Ja za swój rejs wraz z transferem z Hanoi (z odbiorem z hotelu) zapłaciłam niecałe 100 USD. W cenę wliczone były też posiłki (na zdjęciu wyżej), lekcja gotowania, na statku i w busiku było wifi. Bardzo polecam Jade Sails. Cała wycieczka z Hanoi trwała 14 godzin.

Same rejsy po Ha Long można zakupić wcześniej przez internet, w różnych biurach i hotelach w Hanoi oraz w samej miejscowości Ha Long.

Można również dostać się do Ha Long autobusem rejsowym z dworca Luong Yen w Hanoi. Przejazd z Hanoi do Ha Long trwa ok. 3 godzin autobusem.

Pogoda w zatoce Ha Long – kiedy jechać?

Zacznijmy od pytania kiedy najlepiej wybrać się do Ha Long? Latem (lipiec – sierpień) trwa pora deszczowa, jesienią (wrzesień – listopad) teren zatoki nawiedzają cyklony i burze tropikalne, zimy bywają mgliste. Za najlepszy czas na odwiedzenie Ha Long uchodzą październik i marzec-kwiecień. Na szczęście wody zatoki całym rokiem są bardzo spokojne – wapienne skały i wyspy są naturalnym katalizatorem prądów morskich. Nawet dla mnie – nie lubiącej rejsów – dzień na statku w zatoce Ha Long był bardzo spokojny i bardzo przyjemny. W czasach zmian klimatycznych trudno powiedzieć kiedy jest najlepiej, a kiedy najgorzej. Dużo zależy od szczęścia. Luty to też high season a pogoda jak widzicie na zdjęciach była taka sobie. Było ciepło, momentami przebijało się słońce ale ogólnie bez szału.

Jak powstała zatoka Ha Long?

Vinh Ha Long znaczy tyle co Zatoka Lądującego Smoka. Nazwa pochodzi od legendy o smoku, który przybył na pomoc armii wietnamskiej podczas walki z wrogiem (mówi się o armii mongolskiej). Wydobywające się z jego paszczy klejnoty zamieniły się w wyspy, które stworzyły naturalną ochronę przeciw nieprzyjaciołom.

A bardziej naukowo, mniej bajkowo? 😉 Zatoka Ha Long powstała przez zalanie istniejącego tu wapiennego płaskowyżu. Wapienne podłoże sprzyjało powstawaniu licznych jaskiń – podczas rejsu po zatoce Ha Long można zobaczyć Hang Dau Go – Jaskinię Drewnianych Kołków. Popularna jest także grota Sung Sot – Jaskinia Niespodzianek.

Ha Long – atrakcje

Walory przyrodnicze zatoki Ha Long obejmują 6 różnych ekosystemów – m. in. mangrowy, jaskiniowy, lagunowy czy ekosystem raf koralowych. Występuje tu aż 499 gatunków roślin charakterystycznych dla gleb wapiennych i 1847 gatunków zwierząt! Park narodowy jest miejscem bytowania 14 endemicznych gatunków flory i 60 endemicznych gatunków fauny.

Jedna z atrakcji Ha Long to jej największa wyspa – Cat Ba – Wyspa Kobiet. Położona jest w południowo-zachodniej części zatoki, a jej nazwa pochodzi od trzech kobiet z dynastii Tran, które miały zginąć w tutejszych wodach. Na ich cześć na wyspie wzniesiono trzy świątynie.

Zwiedzanie zatoki Ha Long obejmuje też możliwość wycieczki kajakiem. Można zobaczyć wysepki z bliska lub podpłynąć do pływającego targu.

W zależności od rodzaju wybranego statku podczas rejsu po zatoce Ha Long dostępne są różne atrakcje – można robić zakupy na pływającym targu, można pływać łódką w jaskiniach czy po mniejszych zatoczkach. Podczas dłuższych rejsów atrakcją jest też nocleg na statku w zatoce.

Ha Long – czy warto?

Czy warto było w lutym zdecydować się na zimniejszą część Wietnamu tylko po to, żeby zobaczyć zatokę Ha Long? Chiński poeta Xiao San pisał: Jeśli nie odwiedziłeś zatoki Ha Long, to nie byłeś jeszcze w Wietnamie.

Moim zdaniem wakacje w Wietnamie północnym nie mogą się odbyć bez wizyty w Ha Long. Jest to jedna z największych atrakcji całego Wietnamu (a kraj to duży i atrakcji ma mnóstwo). Przepiękne miejsce, którego uroku nie oddadzą żadne zdjęcia. Jak patrzysz na to wszystko i uświadamiasz sobie, że to wszystko stworzyła wyłącznie natura to naprawdę odbiera mowę. Podczas kilkugodzinnego rejsu siedziałam i się gapiłam i nie nudziło mnie to ani przez chwilę. Ha Long to prawdziwy cud świata – zachwyca i odbiera mowę. Magiczne i piękne miejsce, absolutnie warte odwiedzenia podczas wizyty w Wietnamie.

Wietnam na własną rękę – koszt, wiza, komunikacja – informacje praktyczne

Co warto wiedzieć przed wyjazdem do Wietnamu? Jak samodzielnie zorganizować wakacje w Wietnamie? Zapraszam po sporą dawkę informacji praktycznych o tym pięknym kraju dalekiej Azji.

Jak się dostać z Polski do Wietnamu?

Wietnam leży ponad 8 tysięcy kilometrów od Polski. W sezonie zimowym dostępne są loty czarterowe z Warszawy do Hi Chi Mihn (Sajgon). Jeśli chcecie podróżować latem lub do innego miasta niż Ho Chi Min to zostaje wyłącznie lot z przesiadką (jedną lub kilkoma). Loty do Wietnamu oferuje większość operujących w Europie linii lotniczych. Ja leciałam Qatar Airways z przesiadką w Doha. Lot do Dohy trwa 5 – 6 godzin, z Dohy do Hanoi 8 godzin.

Hanoi – dojazd z lotniska

Lotnisko w Hanoi oddalone jest ok. 30 km od centrum miasta. Dojazd z lotniska do centrum Hanoi zapewnia autobus 86 (tzw. Bus Express), który łączy terminal 1 i 2 z dworcem głównym w Hanoi. Czas przejazdu to ok. 60 – 70 minut. Autobus ma kilka przystanków przy starym mieście w Hanoi.

Cena biletu na autobus 86 to 35 tys. dongów (ok. 1,5 USD). Bilet można kupić w autobusie – nie u kierowcy, a u osoby, która zajmuje się sprzedażą biletów. Zazwyczaj są to młode osoby mówiące po angielsku, które powiedzą Wam gdzie należy wysiąść, by dostać się do swojego hotelu. Płatność za bilet możliwa jest wyłącznie gotówką. Autobus 86 kursuje co 15 – 20 minut.

Autobus 86 w Hanoi jest klimatyzowany i bardzo wygodny. Na pokładzie dostępne jest wifi. Przystanek autobusu przy terminalu 2 (międzynarodowym) znajduje się po lewej stronie od wyjścia z hali przylotów. Po wyjściu z lotniska trzeba przejść przez pasy, a następnie iść w lewo. Przystanek jest dobrze oznakowany.

Jeśli chcecie dojechać do centrum Hanoi z lotniska taksówką to zarezerwujcie sobie transport wcześniej – najlepiej przez hotel. Wietnamscy taksówkarze niestety słyną z nieuczciwości i oszukiwania turystów. Mój hotel oferował mi taksówkę za 20 USD w jedną stronę i z tego co wiem jest to normalna opłata za przejazd z lotniska w Hanoi do centrum miasta.

Hanoi – komunikacja miejska

Komunikacja miejska w Hanoi jest dobrze rozwinięta – po mieście jeżdżą autobusy, na przystankach są rozkłady jazdy. Ceny biletów są niskie – koszt jednego przyjazdu to 7 000 VND, czyli nieco ponad 1 zł.

Popularną formą transportu po mieście dla turystów są riksze rowerowe – można je złapać przy wszystkich większych atrakcjach turystycznych.

Tradycyjnie w Azji będę odradzać taksówki – duże prawdopodobieństwo kombinowania i oszukiwania natomiast podobnie jak w Malezji w Wietnamie działa grab (odpowiednik ubera) – zamawiacie samochód przez aplikację znając cenę za kurs z góry. Płatność może być dokonana kartą lub gotówką.

Wietnam – pogoda i klimat

Najważniejsze pytanie przy dalekich wyjazdach – kiedy najlepiej lecieć do Wietnamu? Wietnam można odwiedzać przez cały rok ale należy wziąć pod uwagę, że w różnych częściach kraju będzie inna pogoda. Na północy Wietnamu klimat jest chłodniejszy. Lato trwa tam od maja do października, zimą temperatury spadają nawet do 0 stopni w nocy. Prawda jest taka, że północ Wietnamu można odwiedzać całym rokiem ale lecąc zimą trzeba zabrać też cieplejsze ubrania. Podczas mojego pobytu na początku lutego były 2 dni z temperaturą 13 stopni (w dzień), w pozostałe dni było powyżej 20.

Południe Wietnamu najlepiej odwiedzać od listopada do kwietnia – wtedy jest gorąco i sucho. W pozostałych miesiącach potrafi padać non stop i ulice zamieniają się w rwące potoki.

Kiedy lecieć do Wietnamu jeśli podczas jednej podróży chce się zobaczyć północ i południe? Najlepiej od grudnia do lutego – na południu będzie wtedy gorąco i sucho, a na północy przyjemnie chłodniej. Niemniej sezon turystyczny w Wietnamie trwa cały rok.

Wietnam – gdzie lecieć?

Wietnam oferuje mnóstwo atrakcji i nie sposób zwiedzić całego kraju w tydzień czy dwa. Trzeba się na coś zdecydować. Ja początkowo byłam zdecydowana na południe Wietnamu – głównie ze względu na pogodę – chciałam mieć lato w lutym. Już miałam nawet znalezione hotele w Ho Chi Mihn i zaplanowaną trasę zwiedzania. Ale tuż przed kupnem biletów uznałam, że nie mogę lecieć do Wietnamu i nie zobaczyć zatoki Ha Long. I ostatecznie kupiłam jednak bilety do Hanoi. I absolutnie nie żałuję – samo Hanoi uchodzi za jedno z najciekawszych miast na świecie i zdecydowanie warto tam spędzić kilka dni. Wietnam natomiast mnie na tyle zauroczył, że na pewno kiedyś tam wrócę, żeby zobaczyć resztę kraju.

Wietnam – wiza i przepisy wjazdowe

Żeby dostać się do Wietnamu niezbędny jest paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od daty zakończenia podróży i wiza.

Najprostsza droga uzyskania wizy do Wietnamu to wypełnienie wniosku o e-wizę (wiza online). Należy wejść na stronę, wypełnić wniosek o wizę, dołączyć zdjęcie oraz skan paszportu. Wniosek zawiera typowe rubryki, czyli dane paszportowe, data urodzenia itp. Jedyne nietypowe pytanie dotyczy religii. Natomiast na samej wizie tej rubryki nie ma więc możecie tam wpisać cokolwiek.

E-wiza do Wietnamu jest ważna 30 dni, umożliwia jednokrotny wjazd na teren kraju i nie można jej przedłużyć. Koszt takiej wizy do Wietnamu to 25 USD. Czas oczekiwania na wizę do Wietnamu wynosi teoretycznie 3 dni ale ja otrzymałam ją dopiero po 9 dniach więc lepiej załatwić wszelkie formalności odpowiednio wcześniej przed wyjazdem. Wylatując do Wietnamu należy mieć wydrukowaną wizę ze sobą, jest ona sprawdzana przy odprawie na lotnisku wylotowym. E-wiza ważna jest także przy przekraczaniu granicy wietnamskiej drogą lądową.

Druga możliwość otrzymania wizy do Wietnamu to tzw. wiza on arrival, którą można otrzymać na lotnisku lub na granicy. Jest ona ważna 90 dni i umożliwia wielokrotne przekraczanie granicy – koszt takiej wizy to 50 USD. Uwaga, do otrzymania wizy na lotnisku lub na granicy w Wietnamie niezbędna jest promesa wizowa, czyli dokument wystawiany przez Wydział Imigracji Socjalistycznej Republiki Wietnamu, który można otrzymać od lokalnego biura podróży lub innego pośrednika. Aplikując o wizę na lotnisku trzeba mieć ze sobą dwa zdjęcia. Formalności wizowe na lotnisku mogą w takim przypadku trwać nawet 3 godziny dlatego najlepiej zaplanować wyjazd do Wietnamu z odpowiednim wyprzedzeniem i wystąpić o wizę elektroniczną. Moja kontrola paszportowa z wydrukowaną e-wizą trwała jakieś 30 sekund.

Uwaga – obecnie (luty 2020) w związku z epidemią koronawirusa wizy nie są wydawane osobom, które w ciągu ostatnich 14 dni przebywały w Chinach.

Wietnam – waluta, ceny

Oficjalna waluta Wietnamu to dong (VND). Przelicznik wietnamskiej waluty prezentuje się następująco: 1000 VND=0,17zł.

Bankomaty w Wietnamie są powszechnie dostępne, jeśli chcecie pobrać pieniądze bez prowizji to szukajcie bankomatów Military Bank. Wszędzie tam gdzie można płacić kartą Revolut działał bez problemu. Płatności kartą w Wietnamie są możliwe w hotelach, sklepach i lepszych restauracjach. Stołując się w ulicznych budkach i garkuchniach trzeba oczywiście mieć gotówkę.

Pieniądze w Wietnamie można wymieniać w kantorach, bankach, sklepach i agencjach turystycznych. Podobno czasem do wymiany wymagany jest paszport, ode mnie go nikt nie chciał. W Hanoi najlepiej wymieniać pieniądze na lotnisku – kurs jest lepszy niż w mieście. Jak we wszystkich krajach Azji korzystniej jest wymieniać w Wietnamie dolary niż euro. Natomiast banknoty euro jak najbardziej też wymienicie. Kupując dolary przed wyjazdem do Wietnamu pamiętajcie, że kantory skupują nowe, niezniszczone banknoty.

A jakie są ceny w Wietnamie? Niskie. Na szczęście 😉 Wietnam to jeden z najtańszych do podróżowania krajów na świecie. Ceny jedzenia są bardzo niskie – chyba nie zdarzyło mi się zapłacić za obiad (z napojem) więcej niż 10 000 VND (4USD). W Wietnamie są też oczywiście eleganckie restauracje stworzone wyłącznie dla turystów ale po to się jedzie do Azji, żeby jeść streetfood i pić piwo za mniej niż 0,5 USD. Ceny drinków w fajnych barach z widokiem zazwyczaj wynoszą równowartość
3 – 4 USD. W restauracjach do rachunku dolicza się 5 – 10% wartości za obsługę, w innych miejscach w Wietnamie napiwki są w gestii turystów. Wietnam to biedny kraj, ludzie zarabiają niewiele więc zostawianie 5 – 10% napiwku jest mile widziane i doceniane. Ale miejscowi nie domagają się bezczelnie napiwków jak to ma miejsce w niektórych krajach.

W Wietnamie można też zrobić tanie zakupy. Nie mówię tu o podróbkach, których jest całe mnóstwo ale o różnych wyrobach lepszej i gorszej jakości. Trudno podać jakieś konkretne ceny produktów w Wietnamie, bo trzeba się tu targować. Wielokrotnie pisałam, że tego nie znoszę, na szczęście w Wietnamie szło bardzo gładko – pytasz o cenę, sprzedawca rzuca X, dziękujesz, odchodzisz i już krzyczy połowę. Tak to i ja mogłam zakupy robić 😉

Tak jak w Tajlandii i innych azjatyckich krajach w Wietnamie znajduje się mnóstwo miejsc oferujących masaże. Cena masażu stóp zazwyczaj wynosi 120 000 VND (5 USD), całego ciała – 150 000 (6,5 USD).

Wietnam – internet

Wbrew temu co się niektórym wydaje Wietnam to nie jest dziki kraj i internet jest powszechnie dostępny. Jest we wszystkich hotelach i lepszych kawiarniach/restauracjach a także w autobusach. Można też bez problemu kupić lokalną kartę SIM.

Wietnam – zdrowie, szczepienia, zagrożenia

Żadne szczepienia nie są obowiązkowe przed wyjazdem do Wietnamu niemniej jak w każdym innym egzotycznym kraju lepiej mieć za sobą szczepienia przeciwko WZW A i B, durowi brzusznemu, tężcowi i błonicy.

Turyści mogą się leczyć w Wietnamie zazwyczaj w prywatnych placówkach (publiczne muszą mieć specjalne zezwolenie na leczenie obcokrajowców) – konsultacja lekarska to koszt od 50 USD w górę dlatego przed wyjazdem do Wietnamu trzeba zakupić odpowiednie ubezpieczenie.

Apteki są powszechnie dostępne w Wietnamie, wiele z nich działa całą dobę, wiele leków dostępnych jest bez recepty.

W Wietnamie występuje malaria ale głównie w regionach Ca Ma i Bac Lieu. Zachorowania w innych miejscach zdarzają się sporadycznie. Dużo większym zagrożeniem w Wietnamie jest denga – co roku do szpitali trafia kilkaset tysięcy osób z jej powodu. Zarówno denga jak i malaria to choroby przenoszone przez komary dlatego w Wietnamie należy stosować repelenty typu mugga.

Mój wyjazd do Wietnamu przypadł na czas największej paniki wywołanej przez koronawirus. I po powrocie mogę powiedzieć jedno – panika jest nieuzasadniona. Owszem, sporo ludzi nosi maseczki ale koronawirus nie jest głównym tematem rozmów w Wietnamie. W Hanoi jest niestety smog oraz duże zanieczyszczenie powietrza i spora część osób nosi maseczki właśnie z tego powodu. Ja nie nosiłam. Jedyne na co zwracałam uwagę to częstsze niż zwykle mycie i dezynfekowanie rąk. Przed wyjazdem do Wietnamu warto sprawdzić ostrzeżenia na stronie MSZ. Sprawdzania zaleceń GIS nie polecam, bo nawet przed moim wyjazdem nie zalecali oni wyjazdu do całej Azji Południowo-Wschodniej mimo iż jak wiadomo w krajach takich jak Tajlandia czy Malezja, gdzie temperatury są bardzo wysokie, wirus nie ma szans się rozprzestrzeniać. Warto zachować rozsądek ale nie ma powodów do paniki (przynajmniej w chwili obecnej).

Nie miałam też w Wietnamie żadnych problemów żołądkowych mimo jedzenia w miejscach, które w Polsce sanepid zamknąłby w trybie natychmiastowym 😀 Jeśli macie wrażliwe żołądki to warto przez pierwsze dni pobytu w Wietnamie unikać surowych warzyw i owoców a kilkanaście dni przed wyjazdem i przez cały wyjazd brać probiotyk. Jakieś leki przeciwbiegunkowe na wszelki wypadek oczywiście trzeba zabrać.

I jeszcze jedno ostrzeżenie na koniec – w Wietnamie jest mnóstwo tanich ulicznych fryzjerów, salonów kosmetycznych czy salonów tatuażu. Jeśli chcecie korzystać w Wietnamie z takich usług (podczas jakiejś dłuższej podróży) to wybierzcie sprawdzone miejsce i raczej nie na ulicy. Szacuje się, że aż 1% mieszkańców Wietnamu jest zakażonych wirusem HIV i większość z nich nawet o tym nie wie.

Wietnam – co zabrać?

Nie ma nic specjalnego co trzeba spakować przed wyjazdem do Wietnamu. W razie potrzeby wszystko można kupić na miejscu, często taniej niż w Polsce. Gniazdka w Wietnamie nie wymagają stosowania przejściówek więc adaptery można zostawić w domu.

Na pewno warto wziąć kremy z filtrem, preparaty na komary i nakrycie głowy.

Wietnam – ciekawostki, obyczaje

Co jeszcze warto wiedzieć, żeby bezproblemowo podróżować po Wietnamie?

Główna religia w Wietnamie to buddyzm choć według ostatnich badań większość mieszkańców deklaruje, że… nie wierzy w nic. Dzisiejsza religia w Wietnamie to połączenie wyznań buddyzmu, taoizmu oraz kultu przodków i duchów.

Ludzie w Wietnamie są otwarci i gościnni ale nie spoufalają się zbytnio.

Spożywanie alkoholu w miejscach publicznych jest w Wietnamie dopuszczalne, na starym mieście w Hanoi spokojnie można sobie kupić piwko i z nim spacerować.

Narkotyki są obecnie ogromnym problemem w Wietnamie. Przez kraj przebiega szlak transportu heroiny i innych narkotyków. Zdarzają się sytuacje gdy dilerzy szukają mniej lub bardziej bezpośrednio chętnych do nielegalnego przewozu narkotyków dlatego nie należy się nigdy zgadzać na przewożenie czegokolwiek dla obcej osoby. Chodzi o sytuację gdy ktoś prosi o zabranie paczki dla mamy/cioci/narzeczonego. Posiadanie narkotyków w Wietnamie może się skończyć karą dożywotniego więzienia!

Wietnam – co kupić, co przywieźć?

Jest coś co każdy powinien z Wietnamu przywieźć – kawa. Wietnam jest drugim co do wielkości producentem i eksporterem kawy na świecie a wciąż wiele osób jest zaskoczonych słysząc kawa z Wietnamu. O rodzajach kawy napiszę więcej we wpisie poświęconym kulinariom Wietnamu, teraz wspomnę tylko, że wybór i ceny kawy w Wietnamie są bardzo zróżnicowane. W markecie można kupić kawę za ok. 2 USD za 200g ziaren, w specjalistycznych sklepach cena kawy sięga nawet 50 USD za 100g.

Poza kawą w Wietnamie uprawia się też herbatę – najpopularniejsza jest zielona z jaśminem lub lotosem. Moim zdaniem kawa i herbata to najlepsze pamiątki z Wietnamu.

Poza tym na północy Wietnamu można kupić perły, które są hodowane w tym rejonie. Duży jest też wybór produktów z jedwabiu ale ja szczerze mówiąc nie miałam zaufania do tych wszystkich ulicznych sprzedawców. Jeśli znacie się na tkaninach i umiecie rozpoznać prawdziwy jedwab to pewnie warto.

Wiele osób przywozi z Wietnamu tradycyjny wietnamski kapelusz.

Wietnam – bezpieczeństwo

Zwiedzałam na własną rękę tylko Wietnam północny więc nie chcę się wypowiadać na temat całego kraju ale w Wietnamie czułam się bardzo bezpiecznie! Od lat czytałam o tym jak to Wietnamczycy oszukują turystów na każdym kroku, jak trzeba uważać i mieć oczy dookoła głowy. Nie wiem skąd takie teorie ale ja zwiedzając Wietnam sama nawet przez chwilę nie czułam się zagrożona. Nikt mnie nie próbował oszukać, nie byłam świadkiem żadnej przestępczości (podobno często zdarzają się kradzieże) – wszyscy byli mili i uśmiechnięci. A podobno ten północny Wietnam jest gorszy od południowego… Z perspektywy czasu myślę, że taka opinia, która się ciągnie za Wietnamem jest bardzo krzywdząca dla Wietnamczyków. Turystyka jest ważną gałęzią wietnamskiej gospodarki i turystów naprawdę traktuje się w Wietnamie dobrze. Nie twierdzę, że nikt nigdy nikogo nie oszukał ani nie okradł ale nie wydaje mi się, żeby takich sytuacji było więcej niż w jakimkolwiek innym miejscu w Azji.

Największe zagrożenie w Wietnamie to ruch uliczny. Hanoi to miasto, w którym jest 5 milionów skuterów, które jeżdżą nie bacząc na światła, przepisy ani ludzi. Jeżdżą po ulicach, chodnikach, a nawet parkach! Przejście przez ulicę w Hanoi to wręcz sport ekstremalny 😀 Ruch jest tak duży, że nie ma co liczyć na to, że ulica będzie choć przez chwilę pusta albo że ktoś Was przepuści na pasach. Trzeba po prostu wejść na ulicę i rozglądając się w każdą stronę powoli przejść. Szybko się wyćwiczycie, gwarantuję 😀

Wietnam – czy warto?

Mimo iż widziałam tylko północną część Wietnamu to zdecydowanie uważam, że warto ten kraj odwiedzić. Urocze miasta, cudowna przyroda, uśmiechnięci ludzie, pyszne jedzenie (będzie mu poświęcony cały kolejny wpis), niskie koszty podróży. Dla mnie póki co Wietnam jest krajem nr 1 w Azji – podobał mi się bardziej niż Tajlandia, Indonezja czy Sri Lanka. No dobra, może o to pierwsze miejsce walczyć z Kambodżą 😉 Ale jest super i bardzo chętnie kiedyś do Wietnamu wrócę.

Zwiedzanie Kuala Lumpur – co zobaczyć w Kuala Lumpur?

Kuala Lumpur oznacza dosłownie błotne ujście. Miasto leży bowiem u ujścia dwóch rzek – Kelang i Gombak. Kuala Lumpur przez mieszkańców nazywane skrótowo KL jest miastem pełnym sprzeczności – nowoczesne drapacze chmur sąsiadują tu z rozsypującymi się tradycyjnymi domami, a eleganckie restauracje mieszają się z ulicznymi garkuchniami. Łączy się tu kultura chińska, malajska i indyjska. Czy ten chaos może zachwycić? Co zwiedzić w Kuala Lumpur, żeby doświadczyć tej różnorodności? Zapraszam na moją relację z Kuala Lumpur.

Na początek od razu napiszę, że spędziłam w Kuala Lumpur 4 dni i w planach miałam zwiedzanie większej ilości miejsc ale upał, wilgotność i panująca duchota szybko zweryfikowały moje plany. Przynajmniej połowę tego czasu spędziłam na hotelowym basenie – inaczej się po prostu nie dało. Jeśli się zastanawiacie na ile dni zaplanować pobyt w Kuala Lumpur i co tam robić to naprawdę weźcie pod uwagę odpoczynek na hotelowym basenie 😉

Petronas Towers

Jedna z największych atrakcji Kuala Lumpur i jednocześnie symbol miasta to 88-piętrowe Petronas Towers. Otwarto je w 1999 roku i do 2004 były najwyższym budynkiem na świecie (ich wysokość to 452 metry). Dziś ustąpiły miejsca dubajskiej Burj Khalifa ale Petronas Towers to wciąż najwyższy bliźniaczy budynek na świecie. Wewnątrz mieszczą się liczne biurowce (m. in. Microsoft). Wieże można było zobaczyć w wielu filmach, kręcono tu m. in. Osaczonych czy Przygody Jackie Chana.

Na 42 piętrze Petronas Towers, a właście na moście łączącym obie wieże, znajduje się punkt widokowy (Skybridge). Cena biletu wynosi 84 RM, bilety na taras widokowy należy kupować z wyprzedzeniem poprzez stronę internetową.

Na parterze Petronas Towers mieści się centrum handlowe Suria KLCC – to jedno z najbardziej ekskluzywnych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Zresztą już po jednym dniu w KL można stwierdzić, że to miasto jest wypełnione centrami handlowymi. Nie dość, że znajdują się niemalże jedno przy drugim to są ogromne. Poza sklepami w centrach handlowych znajdują się liczne punkty usługowe, kawiarnie i restauracje. Skąd taka popularność centrów handlowych w Kuala Lumpur? Otóż taka to ciekawostka, że w Malezji kompletnie nie przyjął się rynek zakupów online. Malezyjczycy uwielbiają kupować stacjonarnie i spędzać czas w centrach handlowych. Ja w Polsce i generalnie w Europie centra handlowe omijam szerokim łukiem ale przyznam szczerze, że w KL zaglądałam do każdego, które mijałam. Co jest takiego niezwykłego w malezyjskich centrach handlowych? Klimatyzacja 😀 W tym upale nawet półgodzinna przerwa na kawę w centrum handlowym przywracała mnie do żywych 😉 A poza tym moja wizyta miała miejsce w czasie Chińskiego Nowego Roku i centra handlowe były naprawdę fantastycznie udekorowane. Chociażby dlatego warto było dla nich zaglądać.

Najdroższe i najbardziej ekskluzywne marki można znaleźć w centrum handlowym Pavillion. Ono też było chyba najokazalej ozdobione z okazji Chińskiego Nowego Roku.

KLCC Park

Powróćmy jednak do zwiedzania Kuala Lumpur. Przy wieżach Petronas rozciąga się miejski park – KLCC Park. Jest to duży, czysty, bezpieczny i zadbany teren. Oaza zieleni otoczona drapaczami chmur. Bardzo przyjemnie miejsce i gdyby nie upał to pewnie można by tam spędzić cały dzień.

W parku znajduje się plac zabaw dla dzieci i basen, jest też wodospad.

W parku znajduje się kilka oznaczonych punktów, z których można zrobić najlepsze zdjęcia wież Petronas.

Wieża telewizyjna Menara KL i Warisan Merdeka

Drugi wysoki i charakterystyczny budynek Kuala Lumpur to wieża telewizyjna – Menara KL. Wieża wybudowana w 1995 roku ma 421 metrów wysokości i znajduje się na niej najwyżej usytuowany taras widokowy w Kuala Lumpur i obracająca się restauracja z widokiem na miasto. Cena biletu na wewnętrzny taras widokowy wieży telewizyjnej w Kuala Lumpur to 49 RM, koszt biletu na taras zewnętrzny to 99 RM. Nie byłam więc nie powiem czy warto.

Nowy najwyższy budynek w Kuala Lumpur to Warisan Merdeka – w 2020 roku wciąż w budowie. Jego wysokość to 682 metry. Bardzo dobrze widać go ze stacji metra Pasar Seni.

Atrakcje Kuala Lumpur – Chinatown

Wizyta w Kuala Lumpur byłaby niepełna bez odwiedzin w Chinatown.

Zwiedzanie tej dzielnicy Kuala Lumpur można zacząć od Pasar Seni – niebieskiego budynku kryjącego wewnątrz wielki bazar. Można tu kupić liczne pamiątki i tradycyjne malezyjskie wyroby. Sam budynek istnieje od 1888 roku i dawniej pełnił rolę hali targowej gdzie sprzedawano produkty spożywcze. Dla mnie to najlepsze miejsce na zakupy w Kuala Lumpur, bo nie trzeba się targować – towary mają stałe, racjonalne ceny.

Sercem Chinatown jest ulica Petaling Street (Jalan Petaling). Są tu setki straganów gdzie można kupić elektronikę, podróbki torebek i ubrań. Zatłoczone, głośne i dla mnie męczące miejsce.

Chinatown to też zagłębie streetartu w Kuala Lumpur. Murale są w większości zaniedbane i zniszczone ale dla mnie i tak była to wielka przyjemność.

W Chinatown mieści się też Pasar Karat – bardzo specyficznie miejsce. Jest to pchli targ ale nie taki zwykły jaki znacie z innych miast na świecie. Ten targ rozkłada się o 2 w nocy i koło 5 zazwyczaj nie ma już po nim śladu. Dlaczego tak? Sprzedaje się tu rzeczy… kradzione. Jeśli podczas wizyty w Kuala Lumpur ukradną Wam (odpukać!!!) telefon czy aparat no to cóż… jest duże prawdopodobieństwo, że na tym targu ktoś będzie próbował go opchnąć.

Ciekawe miejsca w Kuala Lumpur – Little India

W Kuala Lumpur warto się też wybrać do Little India będącej częścią dzielnicy Brickfield. To najbardziej kolorowe miejsce w Kuala Lumpur! Dzielnica znajduje się w pobliżu stacji KL Sentral.

Symbolem Little India są kolorowe łuki zdobiące główną ulicę i kwiaty namalowane na chodnikach i na jezdni. Nie brakuje tu także kolorowych fontann i rzeźb.

W Little India można kupić indyjskie produkty (biżuterię, kosmetyki, przyprawy, ubrania) a także zjeść w jednej z licznych knajpek. Serwuje się tu dania kuchni hinduskiej – głównie curry na milion sposobów. Tu znajdują się najtańsze restauracje w Kuala Lumpur.

Jedna z małych uliczek Little India zyskała przydomek Floral Street. Kwiaciarze przez cały dzień tworzą tu girlandy z jaśminów i storczyków. Kolorowe, pachnące i urocze miejsce!

W Little India znajduje się też aśram Swami Wiwekananda – indyjskiego mistrz duchowego. Pierwszą szkołę otwarto w 1914 roku. Jego celem było zapewnienie edukacji jak największej liczbie dzieci.

W dzielnicy Brickfield znajduje się też ośrodek dla niewidomych. Spacerując tą dzielnicą zobaczycie dziesiątki osób z białymi laskami. Chodniki i ulice w tej dzielnicy są specjalnie przystosowane dla niewidomych. Przy głównej ulicy znajdują się dziesiątki salonów masażu gdzie pracują właśnie osoby niewidome.

W Brickfields znajduje się też największy w KL muzułmański cmentarz.

Poza główną kolorową ulicą dzielnica Brickfields nie uchodzi za zbyt bezpieczną. Znajdują się tu liczne mieszkania socjalne, dzielnica zamieszkiwana jest przez najbiedniejszych ludzi, dla których często niestety biały turysta=bogaty. Więc uważajcie tu na siebie.

Meczet Masjid Jamek

W Kuala Lumpur warto zwiedzić najstarszy meczet w mieście – Masjid Jamek. Wybudowano go w 1909 roku, jest połączeniem stylu mauretańskiego, indosaraceńskiego i mongolskiego. Do czasu powstania meczetu narodowego (Masjid Negara) był najważniejszym meczetem w Kuala Lumpur. Wstęp do meczetu jest bezpłatny, przy wejściu trzeba się zarejestrować (wpisać imię i nazwisko oraz kraj do specjalnej książki). Zwiedzanie możliwe jest codziennie oprócz piątków. Przy wejściu możliwe jest bezpłatne wypożyczenie abai lub chusty do nakrycia głowy.

Z meczetu najlepiej dojść do rzeki i tam przejść mostkiem na plac Niepodległości i do dzielnicy kolonialnej.

Plac Niepodległości

Zwiedzanie Kuala Lumpur trzeba zaplanować tak, żeby na kilka godzin wybrać się plac Niepodległości i w jego okolice. Historycznie jest to najważniejsze miejsce w mieście – przy Merdeka Square 31.08.1957 roku oficjalnie ogłoszono niepodległość Malezji. Na placu stoi 95-metrowy maszt z ogromną flagą Malezji.

Tuż przy fladze znajduje się fontanna królowej Wiktorii z 1904 roku. Dzieło w stylu art nouveau przywieziono z Anglii, żeby upamiętnić jubileusz królowej Wiktorii i oddać hołd imperium brytyjskiemu.

Wokół placu znajdują się liczne budynki użyteczności publicznej – m. in. główna biblioteka w Kuala Lumpur, katedra św. Marii czy budynek dawnej drukarni.

Naprzeciwko placu znajduje się budynek Sultan Abdul Samad nazwany tak na cześć sułtana panującego w czasach powstania budynku. Początkowo mieścił się w nim Sąd Najwyższy, a dziś jest siedzibą Ministerstwa Informacji, Komunikacji i Kultury Malezji. Podobno jest to jeden z najczęściej fotografowanych budynków Kuala Lumpur. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest przepiękny. Zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć w Kuala Lumpur!

W Kuala Lumpur warto zwiedzić też znajdującą się nieopodal Galerię Miejską – KL City Gallery. Mieści się ona w kamienicy z 1889 roku. Wystawa przybliża historię Kuala Lumpur, a na I piętrze znajduje się makieta miasta gdzie co 5 minut odbywają się pokazy światło i dźwięk. Pierwsze piętro to też idealny insta spot 😉 Jest tu kilka murali 3D prezentujących symbole Kuala Lumpur. Cena biletu wstępu do galerii to 10 RM z czego 5 RM dostaje się w formie bonu do wydania w sklepiku z pamiątkami lub kawiarni. Warto!

Stąd najlepiej wybrać się do Lebuh Pasar Besar. To najstarsze miejsce w Kuala Lumpur, odpowiednik europejskiego rynku starego miasta. Znajduje się w miejscu gdzie wybudowano pierwszy most w Kuala Lumpur. Dziesiątki lat temu kwitł tu handel opium i hazard. W 1885 roku miejsce zmieniło swój charakter i dziś jest areną spacerów mieszkańców i turystów. Pośrodku znajduje się okazała Wieża Zegarowa z 1937 roku wybudowana jako upamiętnienie koronacji króla Jerzego VI.

Po drodze z Galerii Miejskiej do Lebuh Pasar Besar znajduje się instalacja z metalu i bawełnianych nici – The Dome of Disapperance. Całość ma sugerować coś delikatnego i ulotnego podobnie jak nieustannie zmieniające się Kuala Lumpur. Za nią w tle widać meczet.

Zupełnie inne oblicze Kuala Lumpur można dostrzec w dzielnicy Bukit Bintang. To najnowocześniejsza część Kuala Lumpur pełna wieżowców, ekskluzywnych hoteli i centrów handlowych. Z tego bardzo nowoczesnego miejsca w kilka minut można przejść do ulicy Jalan Alor – pełnej ulicznych straganów i barów. Przedłużeniem Jalan Alor jest ulica Changkat – centrum nocnego życia Kuala Lumpur. Tu znajdują się liczne bary, kluby, puby, dyskoteki i inne przybytki rozrywki.

Malezja – co zjeść? + kulinarny przewodnik po Kuala Lumpur

Współczesna kuchnia malezyjska jest połączeniem wpływów malajskich, chińskich, hinduskich i kultury Pernakan (potomków chińskich imigrantów). O ile kuchnia chińska, tajska czy wietnamska są znane w Europie to o malezyjskiej wiadomo mniej. W takim razie co zjeść w Malezji? Czego spróbować i czego szukać na lokalnych targach? Zapraszam na mój przewodnik po kuchni malajskiej i restauracjach w Kuala Lumpur.

Jak już pisałam w poprzednich wpisach ceny jedzenia w Malezji są niskie. Można się dobrze najeść za równowartość 3 – 4 USD. Nie mówię tu oczywiście o wypasionych restauracjach (których też w Kuala Lumpur nie brakuje) ale o zwykłych restauracjach w centrach handlowych i budkach ze street foodem.

Sztandarowe danie kuchni malezyjskiej to laksa – ostra zupa z kurczakiem. występuje w wielu wersjach. W Kuala Lumpur popularna jest laksa lemak – z dodatkiem curry – w innych regionach kraju mówią, że to nie laksa 😉 Można spotkać też laksa sarawak – z krewetkami i wiele innych odmian. Laksę jada się na śniadanie, obiad i kolację. W kuchni malezyjskiej stosuje się sporo chili więc jeśli jesteście nieprzyzwyczajeni do ostrych smaków to proście zawsze o łagodniejszą wersję dań.

Drugie tradycyjne typowe malezyjskie danie, które można napotkać niemal wszędzie to roti kaya – tosty z dżemem kokosowym. Często serwowane z ugotowanym jajkiem. To zdecydowanie jedno z najpopularniejszych śniadań w Malezji.

Kays jest też częstym nadzieniem to popularnych w Malezji bułeczek na parze – też warto spróbować.

Słodkie śniadania w Malezji to też popularne kuih ketayap – zielone naleśniczki z dżemem kokosowym. Baaardzo słodkie!

Jeśli chodzi o wytrawne śniadania to w Malezji najczęściej jada się nasi lemak – ryż gotowany na mleku kokosowym ze smażoną rybą lub kurczakiem, do tego gotowane jajko i sambal – pasta na bazie chili. Czasem dodaje się świeżego ogórka. Całość zawsze podaje się zawiniętą w liściu bananowca. Jest to typowe jedzenie w Malezji i chociaż raz warto spróbować.

Jak już jesteśmy przy dodatkach to w Malezji często stosuje się gotowe pasty i sosy zamiast pojedynczych przypraw. Bardzo popularna jest belacan – fermentowana pasta z krewetek, a także rempah – pasta z szalotki, czosnku, chili, trawy cytrynowej, imbiru i galangi.

Co jeszcze warto zjeść w Malezji? Na pewno często można napotkać znane z Indonezji i innych azjatyckich krajów satay – szaszłyki z mięsa drobiowego przygotowywane z masłem orzechowym.

W Malezji warto zjeść i spróbować wszystkie możliwe owoce – papaje, jackfruity, mango, pomelo, liczi, rambutany czy guawy. I oczywiście króla owoców – duriana. Durian jest w Malezji wszechobecny nie tylko w postaci świeżego owocu ale też owoców suszonych, lodów, deserów, ciastek czy durianowej kawy i herbaty. Ja duriana kocham i jadłam absolutnie codziennie! Pamiętajcie tylko, żeby duriana zjeść tam gdzie go kupujecie, bo zarówno przewożenie go komunikacją miejską jak i wnoszenie do hoteli jest karalne. I to niemało, po 500 RM.

Jeśli chodzi o napoje w Malezji to wszystkie one są niesamowicie słodkie. Do kawy i herbaty standardowo dodaje się cukier albo mleko skondensowane. Kawa z mlekiem skondensowanym to kopi – jeśli zamówicie ją w jakiejś budce na ulicy to zobaczycie w jaki specjalny sposób jest przygotowywana. I tu niestety smutna konkluzja – w Malezji wszystkie napoje podaje się w plastiku. W plastikowych woreczkach, z plastikowymi słomkami i jeszcze z plastikową zawieszką na skuter. Niestety świadomość ekologiczna jest tam jeszcze mało rozwinięta.

Rozważania o tym co zjeść w Malezji nie mogą obyć się bez napisania o deserach. Nawet jednego deseru w Malezji nie zjadłam do końca. Wszystko jest tam jakieś 5 razy słodsze niż gdziekolwiek indziej. Wcale mnie nie dziwi, że w Malezji jest najwyższy odsetek diabetyków w całej Azji. No ale od jednych wakacji nikt cukrzycy nie dostanie 😉 Zatem co słodkiego warto zjeść w Malezji?

Numer jeden to cendol – najpopularniejszy malezyjski deser składający się z kruszonego lodu, mleka kokosowego, cukru palmowego, fasoli i ryżowo-groszkowych żelków. Czasem dodaje się do niego owoce (np. duriana). Pyszny ale dramatycznie słodki! Niemniej jeśli miałabym wskazać co trzeba w Malezji spróbować to powiem: cendol. Koniecznie. Potrafi kosztować 3 RM, a potrafi 25 RM. Zależy gdzie i zależy z jakimi dodatkami.

Dużo jest w Malezji takich ulicznych stoisk gdzie smażą różne ciasteczka / kuleczki z przeróżnymi dodatkami. Fajne, smaczne, tanie ale wszędzie cukier w ilościach zatrważających. Nie wiem czy to widać na zdjęciu ale ciasteczko z orzeszkami miało tyle cukru, że aż trzeszczał w zębach. No ale na wakacjach w Malezji spróbować trzeba 😉

W Malezji warto też spróbować deseru jedynego w swoim rodzaju Durian Lava Cake – ciastka na ciepło ze słodkim nadzieniem z duriana. Idealnie pasowałaby do niego mocna gorzka kawa ale niestety przez tydzień pobytu w KL serwowałam ją sobie sama w pokoju hotelowym 😉

Fajne są też takie ciastka, nie ciastka, trudno powiedzieć co to jest. Takie kulki z mąki ryżowej na zimno z nadzieniem z duriana.

No dobra. Wiemy już co zjeść i czego spróbować w Malezji to teraz pytanie gdzie to wszystko znaleźć. Gdzie zjeść w Kuala Lumpur? Ja w Azji kocham takie hipsterskie miejsca jak to ze zdjęcia powyżej 😉

Zachęcam do jedzenia śniadań w Kuala Lumpur poza hotelem. Hotelowe jedzenie mimo iż często zawiera lokalne produkty to nigdy nie jest TO. Śniadania w restauracjach czy czy ulicznych budkach w Kuala Lumpur to koszt 2 – 6 RM. Kawa 1 -2 RM. Naprawdę niewiele a zawsze można poczuć się jak mieszkaniec KL 😉 Ja najczęściej jadałam w budkach w dzielnicy Little India lub w małych retauracjach przy centrum handlowym NU Sentral – dobre tosty z kaya serwują w PappaRich (można płacić kartą).

W związku z tym, że mój hotel był tuż przy NU Sentral to zdążyłam tam przetestować kilka restauracji. Poniżej te, które polecam odwiedzić podczas zwiedzania Kuala Lumpur.

Dolly Dim Sum – tu trafiłam na swój pierwszy obiad w KL i tu zakończyłam swoją kulinarną przygodę z Malezją. Restauracja serwuje chińskie pierożki dim sum. Z mięsem, z krewetkami, co kto lubi. Jest też spory wybór chińskich herbat i deserów. Za 2 rodzaje pierożków i herbatę płaciłam zazwyczaj ok. 20 RM. Można płacić kartą.

Taka ciekawostka – jeśli wybieracie się do restauracji w Kuala Lumpur to dostaniecie menu i karteczkę z ołówkiem gdzie zaznaczacie wybrane pozycje. Wybieracie, zaznaczacie i przekazujecie kelnerowi. Z zamówieniem otrzymujecie rachunek, który reguluje się w kasie przy wyjściu z restauracji (nie płaci się bezpośrednio kelnerowi).

W centrum działa też tajska knajpa Mr Tuk Tuk. Jako wielka fanka mango sticky rice i pad thaia nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Zdecydowałam się właśnie na te dwa moje ulubione tajskie dania. Były przepyszne – zwłaszcza mngo sticky rice. Porcja pad thaia spokojnie na 2 osoby. Płatność tylko gotówką.

Na poziomie -1 działa koreańska kawiarnia Hanbing serwująca koreańskie desery – wyglądały obłędnie ale porcja była tak ogromna, że ja po zjedzeniu połowym bym się przez pół dnia nie ruszyła! Jednak przyszłam tam na śniadanie i zdecydowałam się na tosty. Do wyboru różne różniste – z serem, z tuńczykiem, na ostro… Jeśli już znudzą się Wam typowo malezyjskie śniadania to polecam dla urozmaicenia śniadanie koreańskie w Kuala Lumpur 😉 Można płacić kartą.

I kontynuując kulinarną podróż przez Azję w Nu Sentral są też dwie restauracje japońskie sieci Zanmai. Jedna serwuje makarony, druga sushi. Ponieważ jestem pastożercą to zdecydowałam się na makaron z krewetkami i sosem orzechowym. Ale to było dobre!!! Jeden z moich najlepszych posiłków w Kuala Lumpur. A najlepsze jest to, że za makaron i herbatę zapłaciłam 16 RM. Można płacić kartą.

Na lody warto wybrać się do Baskin-Robbins. Porcje są duże ale lody są w Malezji drogie – cena za kulkę to kilka, a nawet kilkanaście RM.

Mekką wszystkich malezyjskich foodies jest ulica Jalan Alor. Działa przy niej kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset barów ze street foodem i można tu zjeść i kupić absolutnie wszystko. Są stoiska z kawą i herbatą, z deserami, z owocami. Są sklepy z durianem i suszonymi owocami. Są restauracje serwujące mięso, ryby (jak widać można najpierw spojrzeć w oczy rybie, którą chce się zjeść). Ulica funkcjonuje przez 24 godziny na dobę, większość barów otwiera się po godzinie 17 ale niezależnie czy przyjdziecie tu w środku dnia czy w środku nocy to zawsze coś można tu zjeść.

Swego rodzaju food court z hinduskim jedzeniem znajduje się przy Jalan Stensen Sentral – jeden poziom parkingu zamieniono tu na skupisko budek z jedzeniem prosto z Indii. Ceny jedzenia są tu bardzo niskie – porządna porcja curry z ryżem i warzywami to koszt 5 – 8 RM. Warto tu też spróbować maślanki i herbaty z hibiskusem. Maślanka okazuje się być popularnym napojem w Malezji – serwuje się ją najczęściej z dodatkiem kolendry. Hibiskus natomiast jest narodowym kwiatem Malezji i poza rolą dekoracyjną jest też składnikiem dań i napojów. Bardzo polecam hibiskusową herbatkę – smakuje zupełnie inaczej niż polskie herbatki z dodatkiem tego owoców. Taki mocny napar z dużą ilością lodu idealnie łagodzi ostrość hinduskich dań i orzeźwia w upalny dzień. Tu przy okazji ważna informacja praktyczna – w Malezji można bez obaw pić napoje z lodem. Cały lód jest produkowany fabrycznie, nie ma obaw żadnych zanieczyszczeń czy zakażeń.

Jak już spróbujecie dań malajskich i hinduskich to koniecznie trzeba zjeść coś chińskiego w Chinatown. Jeden z najpopularniejszych i najsłynniejszych lokali w Chinatown to Koon Kee słynący z pysznej wieprzowiny. Tak, tak, w kraju muzułmańskim bez problemu można zjeść prosiaczka. Wieprzowina jest mięciutka, soczysta i pyszna, makaron genialny a pierożki – do dziś mi ślinka cieknie jak o nich myślę. To obowiązkowe miejsce na posiłek w Kuala Lumpur. Chciałam nie widzieć biegających dookoła szczurów ale niestety wzrok mam dobry 😉 Więc co wrażliwsi niech może jednak jadają w centrach handlowych 😉

Chińskie jedzenie w Kuala Lumpur serwuje też chiński food court w podziemiach centrum handlowego Lot 10. Jest to miejsce bardzo popularne wśród Malezyjczyków, mniej wśród turystów. Ale ja bardzo bardzo polecam. Wybór jedzenia ogromny, knajpek jest co najmniej kilkanaście, sama długo chodziłam nie mogąc się zdecydować co wybrać. Ostatecznie padło na makaron z pok choi i wywar z pulpetami wołowymi. Mistrzostwo świata! Cały ten obiad kosztował mnie 12 RM. Ten food court to jedno z niewielu miejsc w Kuala Lumpur gdzie do obiadu można się napić piwa (cena małego piwa – od 15 RM).

Na 6 piętrze tego samego centrum handlowego znajduje się japoński food court. Są też japońskie delikatesy gdzie można zakupić całą masę produktów z kraju kwitnącej wiśni czy kawiarnia gdzie można się napić oryginalnej japońskiej matchy – na zimno lub na ciepło.

W piątki po południu – od 15 – rozkłada się night market Pasar Malam w pobliżu stacji metra Bangsar. Nocny market w Kuala Lumpur oficjalnie działa od 15 do 23 ale prawda jest taka, że większość budek otwiera się dopiero o 17.30 więc wcześniej nie ma sensu tam jechać. Nie będę ukrywać, że mnie to miejsce trochę rozczarowało – jest to dobry pomysł na zrobienie zakupów – można kupić ryby, owoce, warzywa czy indyjskie przyprawy ale jeśli liczycie na wyżerkę to tak jak ja będziecie rozczarowani.

No i na koniec jeszcze o tym co warto kupić w supermarkecie w Malezji. Przy dworcu i centrum handlowym Nu Sentral mniejszych i większych marketów było kilka. To co się rzuca w oczy to ogromny wybór napojów w lodówkach – wszystko niestety słodzone. Kupiłam mały kartonik soku z mango, który bez rozcieńczenia (i to mocnego) był niepijalny i puszkę napoju z daktyli. Napój daktylowy co prawda importowany z Tajlandii, też słodki ale to coś co warto spróbować w Azji.

W Malezji bardzo popularne są puddingi z galaretką kokosową – tzw. nata de coco. Są w kilku smakach – mango, liczi, kokosowe itp.

Ze słodyczy w Malezji wpadły mi w oko czekolady – z zieloną herbatą i z durianem. Kupiłam na prezent więc nie wiem czy warto ale spytam obdarowanych jak im smakowało 😉

Malezja na własną rękę – informacje praktyczne

Praktyczne porady przed wyjazdem do Malezji. Co trzeba wiedzieć zanim poleci się tego egzotycznego kraju?

Malezja – jak się dostać z Polski?

Póki co nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Malezji, trzeba lecieć przynajmniej z jedną przesiadką. Loty do Kuala Lumpur oferują praktycznie wszystkie większe linie lotnicze więc można lecieć przez Paryż, Amsterdam, Dubaj czy Dohę. Ja leciałam właśnie przez Katar. Lot do Dohy trwa ok. 5 – 6 godzin, z Dohy do Kuala Lumpur 7 godzin.

Malezja – wiza, przepisy wjazdowe

Jeśli pobyt w Malezji jest krótszy niż 90 dni to wiza nie jest konieczna, do wjazdu wystarczy paszport ważny minimum 6 miesięcy. Nie wypełnia się żadnych deklaracji celnych, po prostu podajemy paszport, dostajemy pieczątkę i tyle. Cała procedura trwa kilkadziesiąt sekund.

Malezja – waluta i ceny

Waluta obowiązująca w Malezji to ringgit (RM), który dzieli się na 100 senów. Banknoty są plastikowe. Monet używa się dużo rzadziej ale też będziecie mieli z nimi do czynienia. Przelicznik malezyjskiej waluty do złotówki wynosi prawie 1:1 więc w uproszczeniu można przyjąć, że jeśli coś kosztuje 10 RM to jest to 10 zł.

Pieniądze w Malezji najlepiej wymieniać w kantorach, które oferują lepsze kursy niż banki. Kilka kantorów znajduje się w centrum handlowym NU Sentral połączonym z główną stacją kolejową Kuala Lumpur KL Sentral. W kantorach można wymieniać dolary, euro, funty i większość walut azjatyckich krajów. Do Malezji lepiej zabrać dolary niż euro – kurs wymiany jest korzystniejszy.

Bankomaty także są na każdym kroku – na samej stacji KL Sentral jest ich kilkanaście. Bez problemu wypłacają pieniądze z polskich kart. W centrach handlowych, hotelach i wielu sklepach można w Malezji płacić kartą. Revolut działał bez problemu. Gotówka jest niezbędna w mniejszych restauracjach, na targach i w budkach ze street-foodem.

Czy Malezja jest droga? Jakie są ceny w Malezji? Jak większość krajów Azji południowo – wschodniej Malezja nie rujnuje portfela. Ceny zdecydowanej większości produktów są niższe niż w Europie. Jedzenie w budkach na ulicy to zazwyczaj wydatek 2 – 3 USD za posiłek. Drożej jest w restauracjach – tu przekrój jest spory ale w takich restauracjach w centrach handlowych za posiłek trzeba zapłacić 4 – 5 USD. Ceny w sklepach w Malezji są niższe niż w Polsce.

A co jest drogie w Malezji? Alkohol. Ze względu na to, że Malezja to kraj muzułmański i religia ogranicza dostęp do alkoholu, a podatek od alkoholu jest tu jednym z najwyższych na świecie to jego ceny są bardzo wysokie. Najtańszy alkohol w Malezji można kupić w sklepach Family Mart – 15 – 20 zł za piwo 😀 W większości restauracji (przynajmniej tych, w których ja jadałam) alkoholu się w ogóle nie podaje. Wyjątkiem jest food court centrum handlowego Lot 10 gdzie też można kupić piwo za równowartość kilkunastu złotych.

W Kuala Lumpur jest sporo barów i restauracji na dachach wieżowców. Ceny alkoholu w takich miejscach to zazwyczaj 40 – 50 RM za piwo i powyżej 50 RM za drinka. Wakacje w Malezji sprzyjają abstynencji 😉 Jeśli jednak nie wyobrażacie sobie wakacji bez alkoholu to dobra wiadomość jest taka, że przepisy celne zezwalają na wwóz do Malezji 1 litra alkoholu.

Malezja – pogoda, klimat, kiedy jechać?

No właśnie, kiedy najlepiej jechać do Malezji? Generalnie wschodnie wybrzeże najlepiej zwiedzać od od marca do września, zachodnie od października do marca.

Średnia temperatura w Kuala Lumpur przez cały rok wynosi 32 stopnie, zmienia się tylko wilgotność. W okresie od listopada do marca jest ona najniższa więc nasza zima to najlepszy czas na odwiedzenie Kuala Lumpur.

Malezja leży w strefie aktywnej sejsmicznie – zdarzają się trzęsienia ziemi. Od października do lutego występuje zagrożenie cyklonami tropikalnymi i tajfunami.

Podczas mojego pobytu (luty) było bardzo gorąco – 34 – 36 stopni. Wilgotność bardzo wysoka, od rana do 14 – 15 świeciło słońce, po południu się chmurzyło a wieczorem (19 – 20) lało. Codziennie.

Kuala Lumpur – dojazd z lotniska

Międzynarodowe lotnisko KLIA1 i KLIA2 jest oddalone od centrum Kuala Lumpur o 50 km. KLIA2 obsługuje loty krajowe i tanie linie lotnicze (głównie AirAsia), KLIA to terminal międzynarodowy.

Dojazd z lotniska do centrum Kuala Lumopur zapewnia pociąg KLIAExpress. Czas dojazdu do dworca KL Sentral to 28 minut. Cena biletu to 55 RM w jedną stronę lub 90 RM w 2 strony. Bilety można kupić wcześniej przez internet (bilet powrotny jest ważny przez miesiąc) lub na lotnisku – są punkty gdzie można je kupić, są automaty.

Dojazd KL Express na lotnisko jest świetny jeśli lecicie dalej z Kuala Lumpur liniami Malaysia Airlines, Malindo lub Cathay Dragon. Wtedy można odprawić się na dworcu KL Sentral, tam nadać bagaż i na lotnisko jechać tylko z bagażem podręcznym. Ta opcja jest dostępna dla osób posiadających bilet na KL Express. Odprawa na dworcu możliwa jest najpóźniej 2 godziny przed planowaną godziną wylotu. Ja leciałam z KL do Hanoi liniami Malaysia Airlines i skorzystałam z opcji odprawy na dworcu – polecam!

Tańszy ale dłuższy sposób transportu z lotniska do centrum Kuala Lumpu zapewniają autobusy. Można nimi dojechać do dworca KL Sentral, do dworca Bandar Tasik Selan oraz do Chinatown. Cena biletu na autobus to 12 – 15 RM.

Kuala Lumpur – komunikacja miejska, jak się poruszać po mieście?

Transport w Kuala Lumpur zapewnia komunikacja miejska (metro i autobusy) oraz taksówki i grab.

Taksówki nie są polecanym sposobem poruszania się po Kuala Lumpur – podobnie jak w wielu innych krajach taksówkarze naciągają turystów i nawet krótka przejażdżka może się skończyć awanturą. Sposobem na uniknięcie problemów z taksówkami jest skorzystanie z tzw. prepaid taxi – jest to możliwe na lotnisku i na dworcach oraz przy atrakcjach turystycznych. W specjalnym miejscu zamawiają dla Was taksówkę, za którą płacicie z góry i nie musicie się martwić, że ktoś Was naciągnie/oszuka.

W Kuala Lumpur podobnie jak w wielu innych krajach Azji południowo-wschodniej funkcjonuje Grab. Jest to aplikacja działająca dokładnie na tej samej zasadzie co Uber. Zamawiacie kierowcę pod wskazany adres, cena kursu jest znana z góry, płatność możliwa jest kartą lub gotówką. Żeby korzystać z graba trzeba mieć oczywiście internet – można zakupić lokalną kartę SIM za kilkanaście ringgitów, internet jest też dostępny w zdecydowanej większości hoteli i knajpek.

W obrębie Kuala Lumpur kursują linie metra – LRT, MRT, ERL i monorail. Pociągi jeżdżą często, są nowoczesne, wygodne i bardzo dobrze oznakowane (stacje również, naprawdę ciężko by się było zgubić). Uwaga – w wagonach jest bardzo zimno. Klimatyzacja rozkręcona maksymalnie.

Bilety na metro w Kuala Lumpur można kupić w budkach oraz automatach na stacjach. Jednorazowy przejazd wiąże się z zakupem żetonu – przy wejściu żeton trzeba zeskanować, przy wyjściu wrzucić do środka.

Warto kupić kartę MyRapid, którą można doładować dowolną kwotą i korzystać na pojedyncze przejazdy (będzie wtedy taniej niż kupując żetony) lub można załadować na nią KL Travel Pass – bilet na 1 lub 3 dni. Bilet 1-dniowy na transport w Kuala Lumpur kosztuje 10 RM, 3 – dniowy 25 RM. Do tego trzeba doliczyć koszt karty – 10 RM.

Między największymi atrakcjami turystycznymi kursują darmowe autobusy GoKL. Są one kolorowe i z daleka rzucają się w oczy. Są klimatyzowane i wygodne. Z założenia miały być darmowym transportem dla turystów, w praktyce korzysta z nich wielu mieszkańców dlatego często są bardzo zatłoczone w godzinach szczytu.

Kuala Lumpur – gdzie spać?

Baza hotelowa w Kuala Lumpur jest naprawdę ogromna. Są tanie hostele dla backpackerów, są hotele wszystkich sieci znanych z Europy. Fajną opcją, którą polecam rozważyć są hotele z basenem na dachu. Ja zdecydowałam się właśnie na taki – z basenem na 30. piętrze. Gdzie spać w Kuala Lumpur? Ja spałam w dzielnicy Little India, w okolicach dworca kolejowego KL Sentral. Wybór lokalizacji wynikał głównie z tego, że dość wcześnie miałam lot powrotny i nie chciałoby mi się bladym świtem jechać na dworzec ale finalnie bardzo sobie tę lokalizację chwaliłam. Bliskość dworca to jedno, w okolicach mnóstwo knajp, barów i sklepików. Przystanki wszystkich linii komunikacji miejskiej w zasięgu kilkuminutowego spaceru a do tego cisza i spokój.

Pamiętajcie, że w Malezji nie wolno wnosić durianów do hotelu! Za załamanie tego zakazu grozi kara 500 RM! I nie liczcie na to, że wniesiecie duriana niepostrzeżenie – jego naprawdę czuć z daleka 😀 Durianów nie wolno też przewozić komunikacją miejską w Kuala Lumpur – tu kara jest podobna.

Malezja – zdrowie, szczepienia, zagrożenia

W Kuala Lumpur i w całej Malezji przez cały rok występuje denga oraz malaria. Są to choroby rzadko występujące ale bardzo groźne. W Malezji trzeba się chronić przed komarami. Ja szczerze mówiąc widziałam jednego komara przez cały swój pobyt w Malezji ale jeśli będziecie widzieli ich więcej albo będziecie w Malezji w czasie gdy będzie więcej padało to używajcie preparatów typu mugga.

Przed wyjazdem do Malezji nie są obowiązkowe żadne szczepienia. Wyjątek stanowi sytuacja, jeśli w ciągu 6 miesięcy poprzedzających wyjazd do Malezji było się w kraju gdzie występuje żółta ferba – wtedy trzeba przedstawić żółtą książeczkę.

Zalecane szczepienia przed wyjazdem do Malezji to szczepienia przeciwko WZW typu A i B, błonicy, tężcowi, polio i durowi brzusznemu.

W Malezji nie zaleca się picia wody z kranu. Do mycia zębów też zaleca się wodę butelkowaną lub przegotowaną.

Jeśli macie wrażliwe żołądki to warto zabrać do Malezji środki przeciwbiegunkowe i preparaty z elektrolitami (Orsalit itp.) – przy biegunce w takich temperaturach łatwo się odwodnić. Ja jadałam w budkach z jedzeniem ulicznym, zęby myłam w wodzie kranowej i przez cały pobyt nie było mi absolutnie nic więc nie popadajmy w paranoję. Trzeba uważać, myć często ręce itp. ale też bez przesady.

Przed wyjazdem do Malezji koniecznie trzeba kupić ubezpieczenie obejmujące koszty leczenia.

Malezja – strój

Ubiór w Malezji jest o tyle istotny, że to kraj muzułmański. Zatem jak się ubierać w Malezji? Skromnie. Zakryte ramiona oraz kolana i będzie w porządku. Nie musi to być strój zakrywający nas od stóp do głów ale szorty i dekolty raczej zostawmy sobie na hotelowy basen a zwiedzając Malezję odziejmy się nieco bardziej. Od turystek nie wymaga się zakrywania włosów. Wyjątkiem są oczywiście meczety ale tam są dostępne (bezpłatnie) chusty do zakrycia włosów.

Malezja – bezpieczeństwo

Wszędzie czytałam, że Malezja jest bezpieczna ale ponieważ pojechałam tam zupełnie sama, a jest to kraj muzułmański to miałam trochę obaw. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Malezja i Kuala Lumpur to naprawdę bezpieczne miejsca. Trzeba zachować rozsądek (a gdzie nie trzeba?) ale to nie jest tak, że trzeba się mieć cały czas na baczności. Czytałam o kradzieżach i ostrzeżenia, żeby w Malezji nie nosić ze sobą dokumentów. Tak też zrobiłam – paszport i większą część pieniędzy zostawiłam w hotelowym sejfie ale przez cały swój pobyt nie czułam się ani trochę zagrożona, nie byłam świadkiem żadnych kradzieży ani żadnych innych przestępstw. Nie mówię, że macie teraz jechać i szpanować drogimi telefonami czy aparatami ale też nie ma co przesadzać. Moim zdaniem Rzym czy Barcelona są bardziej niebezpieczne niż Kuala Lumpur.

To na co na pewno trzeba uważać w Malezji to ruch drogowy. Kuala Lumpur to nie jest miasto dla pieszych. Już pierwszego dnia usłyszałam, że pasy i sygnalizację drogową mam traktować jak dekorację a nie jak wyznacznik czegokolwiek 😉 I z tym się muszę zgodzić. W kwestii przepisów ruchu drogowego w Malezji panuje pełna dowolność – z pieszymi się nikt nie liczy więc pod tym względem trzeba na siebie bardzo uważać.

Teoretycznie Malezja jest państwem zagrożonym terroryzmem ale w dzisiejszych czasach to chyba 95% świata jest więc…

Czy w Malezji jest bezpiecznie? Z perspektywy, która kobiety, która podróżowała tam sama przez tydzień jest bezpiecznie. Ludzie są bardzo przyjaźni, nie jest tak, że na każdym kroku ktoś próbuje nas oszukać.

Malezja – co kupić, co przywieźć z Malezji?

Malezja i Kuala Lumpur to raj dla zakupoholików 😉 W KL są dziesiątki jeśli nie setki centrów handlowych. Wynika to z tego, że Malezyjczycy wciąż nie przekonali się do zakupów online. Ja zakupów nienawidzę ale malezyjskie centra handlowe odwiedzałam codziennie. Dlaczego? Po pierwsze są klimatyzowane – w nieziemskim upale nie raz ratowały życie. Po drugie byłam w Malezji w okresie świętowania Chińskiego Nowego Roku i dekoracje w centrach handlowych urastały w tym czasie do rangi dzieł sztuki. A po trzecie większość centrów handlowych ma naprawdę fajne food courty z mnóstwem dobrego (i taniego) jedzenia. I z klimatyzacją!

Ale do rzeczy. Co kupić w Malezji i co przywieźć z wakacji? O kulinariach półwyspu malajskiego będę dopiero pisać ale pewnie część z Was wie, że królem owoców jest tam durian. Są w Malezji sklepy gdzie możecie kupić suszony durian, kawę z durianem, herbatę z durianem, czekoladę z durianem i wszystko co jesteście sobie w stanie wyobrazić.

Malezja jest dużym producentem herbaty. Ja herbatę uwielbiam więc nie mogłam odpuścić takiej okazji i kilka gatunków przywiozłam. Popularnym producentem herbat jest firma BOH. W Malezji uprawia się głównie czarną herbatę.

Z pamiątek kulinarnych – z Malezji warto przywieźć słoiczek kaya (dżemu kokosowego) i słoiczek słodkiej pasty chili Hainanese.

Pamiątki z Malezji to mogą być fajne wyroby typu plecione torebki, jedwabne szale i przede wszystkim wyroby z batiku.

Pamiątki w Kuala Lumpur najlepiej kupować w Central Market – jest ogromny wybór i sensowne ceny. Najtaniej jest w bocznych alejkach.

Malezja – co zabrać?

W Malezji są brytyjskie gniazdka więc należy zabrać ze sobą adapter. Jeśli nie weźmiecie to można go wypożyczyć w hotelowej recepcji lub kupić za jakieś 3 RM.

Do Malezji trzeba zabrać kremy z wysokim filtrem (wodoodporne, bo niewodoodporne w tej wilgotności spłyną momentalnie) i preparat na komary.

Warto zabrać podstawowe leki – coś na przeziębienie (35 stopni na zewnątrz i 16 wewnątrz to prosta droga przynajmniej do bólu gardła), na biegunkę, elektrolity, coś na ugryzienia komarów.

Malezja – obyczaje i ciekawostki

Na (już prawie) koniec kilka ciekawostek i informacji, które mogą ułatwić podróżowanie po Malezji. W Malezji nie należy się przytulać ani całować w miejscach publicznych – jest to naruszenie zasad moralnych.

Zwracanie podeszw stóp w czyimś kierunku uznawane jest za brak szacunku. Podobnie dotykanie kogoś po głowie.

Za jeden z najbardziej obraźliwych gestów w Malezji uznaje się pokazywanie kogoś palcem wskazującym.

Malezja – czy warto?

Nie spodziewałam się wiele po Malezji a kraj mnie na tyle zauroczył, że bardzo bym chciała wrócić. Malezja jest stosunkowo spokojna (jak na Azję oczywiście), ludzie są otwarci i pomocni, bez problemu można się porozumieć po angielsku, jest pyszne jedzenie, zwiedzanie nie rujnuje budżetu. Mogłabym tak chyba jeszcze długo 😉 Warto! Malezja jest super! 😉

Co zwiedzić w Libanie – Jeita Grotto – największa atrakcja kraju cedrów

Największa atrakcja kraju i jedna z największych atrakcji całego Bliskiego Wschodu. Niestety nie wolno tam robić zdjęć i nie liczcie, że przemycicie telefon czy aparat. Przed wejściem są szafki gdzie trzeba zostawić plecaki, torby, aparaty i telefony. Jeśli wnosicie ze sobą chociażby małą torebkę to będzie ona sprawdzana przez pracowników. W samych jaskiniach też jest sporo pracowników, którzy pilnują, żeby przypadkiem zdjęć nie robić. Z jednej strony wiadomo, że szkoda, bo chciałoby się te piękne miejsca uwiecznić. Ale z drugiej tam jest tak pięknie, że gdyby można robić zdjęcia to cykałoby się fotkę za fotką. A tak – idziecie do cudownych, magicznych jaskiń i możecie podziwiać je bez żadnych rozpraszaczy. Zdjęcia wnętrz jaskini zawarte w tym wpisie pochodzą z oficjalnej strony internetowej jaskiń.

Jaskinie znajdują się w dolinie Psiej Rzeki, Nahr al-Kalb, około 18 kilometrów od Bejrutu. Część dolna została odkryta przez Amerykanów w 1836 roku, grotę górną odkryto dopiero w 1958 roku. Dokonała tego grupa speleologów libańskich, amerykańskich i francuskich. W 1969 roku groty udostępniono zwiedzającym. Podczas wojny domowej jaskinie służyły jako… przechowalnia amunicji.

Groty zostały głoszone do Listy Nowych 7 Cudów Natury, dostały się do finałowej 28ki ale niestety przepadły w głosowaniu. Libańczycy twierdzą, że to dlatego, że niewiele osób wie o ich istnieniu.

Jest to absolutnie najpiękniejsze miejsce jakie widziałam w Libanie, a myślę, że i jedno z najpiękniejszych jakie widziałam w ogóle. Zachwycające, zapierające dech w piersiach i po raz kolejny utwierdzające w przekonaniu, że najpiękniejsze miejsca to te stworzone przez naturę.

Górna Grota

Do górnej groty wjeżdża się kolejką (jest wliczona w cenę biletu). Następnie po zostawieniu rzeczy w szafce wchodzi się do jaskini. Trasa liczy ok. 750 metrów, trzeba trochę wejść po schodach ale nie jest to w żaden sposób męczący spacer. Jest to tylko część udostępniona dla zwiedzających, cała długość górnej groty liczy ponad 2000 metrów. W grocie jest chłodno ale nie można powiedzieć, że zimno więc bluzy nie musicie zabierać. Bywa ślisko więc lepiej miejcie porządne buty (na pewno nie klapki). Samo wnętrze jaskini jest ogromne i przestronne, nie trzeba się nigdzie przeciskać ani schylać więc nawet ja mimo mojej klaustrofobii spędziłam tam czas bardzo przyjemnie. Podczas spaceru można podziwiać różnego rodzaju formacje skalne – stalagmity, stalaktyty, kolumny, grzyby, kutyny i draperie skalne.

Część górnej groty udostępniona dla zwiedzających podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich to tzw. Biała Komnata – nazwa pochodzi od białych nacieków tworzonych przez kalcyty. W tej grocie znajdują się najbardziej okazałe formacje skalne z największym na świecie stalaktytem włącznie (mierzy 8,2 metra). Druga to Komnata Czerwona – od koloru tlenku żelaza. Trzecia grota nie ma żadnej nazwy ani przypisanego jej koloru ale jest największa ze wszystkich, jej wysokość dochodzi do 120 metrów.

Dolna Grota

Po wyjściu z Górnej Groty czeka nas przesiadka do ciuchci, która zwozi turystów do groty dolnej położonej 60 metrów pod grotą górną. Tam z kolei wsiadamy na łódkę i płyniemy w około 20-minutowy rejs, na około 500 metrów po jaskiniowym jeziorku zwanym Ciemnym Jeziorem.

W dolnej grocie znajduje się tzw. jaskinia Thompsona z ogromnymi stalagmitami jak np. obelisk Orła. Pozostałe sale nazwano Pantheonem, Wielkim Chaosem i Shangri-La.

Uwaga, jeśli chcecie odwiedzić obie groty (a warto, bo są zupełnie różne) to wybierzcie się do Libanu późną wiosną, latem lub jesienią. W okresie zimowym dolna grota jest zamknięta ze względu na zbyt wysoki poziom wody.

Groty odwiedza ok. 280 tysięcy turystów rocznie, są najpopularniejszą atrakcją Libanu.

Zwiedzanie Libanu – Sydon, Tyr i Kana

Sydon to trzecie co do wielkości miasto Libanu, oddalone od Bejrutu o 40 kilometrów, malowniczo położone pomiędzy uprawami cytrusów i bananów. W czasach starożytnych było jednym z ważniejszych portowych miast fenickich. Na przestrzeni lat miasto było wielokrotnie najeżdżane i niszczone. W VII wieku miasto zostało podbite przez Arabów.

W porcie do dziś wznosi się zamek krzyżowców. Został wybudowany w XIII wieku w miejscu dawnej fenickiej świątyni poświęconej Melkartowi – fenickiemu odpowiednikowi Herkulesa. Zamek znajduje się na wysepce połączonej z lądem kamienną groblą. Budowla została zniszczona przez Mameluków chcących chronić region przed powrotem krzyżowców ale odbudowano ją w XVII wieku.

Dziś nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania ale z zamku rozciągają się piękne widoki na morze i na miasto więc warto tam wejść na kilkanaście minut.

Niewątpliwą atrakcją miasteczka jest też arabski souq – wąskie alejki kryjące wiele tradycyjnych zakładów, sklepików, piekarni, cukierni itp przenoszą w czasie. Może nie aż do średniowiecza ale wiele, wiele lat wstecz. Mam wrażenie, że to zupełnie nieturystyczne miejsce, takie do podglądania normalnego życia Libańczyków.

Kolejną atrakcją Sydonu jest odrestaurowany karawanseraj Khan al-Franj. Na co dzień wiele się tam nie dzieje, natomiast podczas ramadanu jest centrum kulturalnym miasta. To bardzo ładne i przyjemne miejsce, w dodatku położone tuż przy souqu więc zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Świątynia Eszmuna

Niedaleko Sydonu znajduje się stanowisko archeologiczne – świątynia Eszmuna, patrona Sydonu. Wśród ruin dobrze zachowany jest tron królowej Astarte otoczony przez dwa sfinksy. Ponadto znajdują się tu pozostałości willi z czasów rzymskich i bizantyjskiego kościoła z licznymi mozaikami. Sama świątynia została zbudowana w VII wieku p.n.e. Wstęp jest bezpłatny. Tuż obok stanowiska archeologicznego jest ogromna plantacja bananowców. Moim zdaniem nie jest to must-see, możecie to miejsce pominąć planując wycieczkę do Libanu.

Tyr – miasto Fenicjan

Tyr to portowe miasto fenickie, w dawnych czasach jedno z najbogatszych na całym półwyspie arabskim. Fenicjanie zajmowali się eksportem szkła, ceramiki i barwników (purpury) do wszystkich krajów basenu Morza Śródziemnego. W czasach świetności Tyr zamieszkiwało 300 tysięcy ludzi.

Ruiny wpisane w 1984 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO to jedna z pierwszych fenickich metropolii. Prawdopodobnie tu wynaleziono purpurowy barwnik, który był główną gałęzią handlową Tyru.

Archeologiczne pozostałości pochodzą z czasów fenickich, bizantyjskich i rzymskich. Podczas zwiedzania stanowiska archeologicznego można zobaczyć pozostałości katedry, termy, nekropolię z różnego rodzaju sarkofagami, drogę rzymską przechodzącą przez monumentalną bramę, największy na świecie i najlepiej zachowany hipodrom (ten rzymski mógł pomieścić więcej widzów ale rozmiarowo największy był hipodrom w Tyrze), 20-metrowy łuk triumfalny z czasów Hadriana i budynek widowiskowy. Latem wszystko tonie w zieleni i w kwiatach więc mimo upału jest tu bardzo przyjemnie. Zwłaszcza, że teren jest naprawdę spory, a turystów można policzyć na palcach jednej ręki. Można spokojnie chodzić, oglądać, robić zdjęcia, przysiąść w cieniu.

Bilet wstępu kosztuje 6000 (4USD).

Kana

10 kilometrów od Tyru i zaledwie 12 km od granicy z Izraelem znajduje się ciekawa miejscowość – Kana (Qana).

Jeśli nazwa kojarzy Wam się z Kaną Galilejską to może się okazać, że całkiem słusznie. Libańczycy twierdzą, że to właśnie w ich Kanie Jezus dokonał przemiany wody w wino. Nie w Izraelu (też są różne domyślne lokalizacje), a właśnie w Libanie. Cóż… Prawda jest zapewne taka, że żadnej przemiany wody w wino nigdzie nie było ale Libańczycy tak głośno krzyczą o tym, że to w ich Kanie z bardzo prostego powodu – chcą przyciągnąć do kraju pielgrzymów i kolejnych turystów. Chcą, żeby zamiast do Izraela przyjeżdżali do nich. Wszystkie chwyty dozwolone? 😉

Zwiedzania w Kanie dużo nie ma, są skały z wykutymi postaciami niby pary młodej, na której weselu miało dojść do cudu i jest kapliczka wykuta w skale. Kapliczka pochodzi prawdopodobnie jeszcze z czasów rzymskich. Biorąc pod uwagę niewielką odległość od Tyru na chwilę warto tu podjechać.

Już przy wejściu zobaczycie ciekawe zjawisko – białe chusteczki na drzewkach oliwnych. Zawiązują je turyści z Indii, którzy traktują je jako swego rodzaju talizmany.

Uwaga, jeśli planujecie przyjechać do Kany to sprawdźcie wcześniej ostrzeżenia lokalnych władz. Ze względu na bliskość Izraela i bardzo napiętą sytuację polityczną w tej części kraju czasem wjazd do Kany nie będzie możliwy. Zresztą w 2006 roku doszło tu do masakry – zginęło 28 osób podczas nalotów izraelskich.

Po drodze do Kany będziecie mijali checkpointy z flagami Hezbollahu. Nie ukrywam, że to było jedyne miejsce w Libanie gdzie nie czułam się do końca pewnie. Może nie niebezpiecznie ale z pewnością człowiek w takim miejscu ma oczy dookoła głowy. Uwaga, żeby Wam czasem nie przyszło do głowy robić zdjęć tym checkpointom czy żołnierzom. Jest to absolutnie zakazane i słyszałam, że nikt się z niesfornymi turystami nie patyczkuje. Robisz zdjęcia – w najlepszym wypadku tracisz kartę pamięci, w najgorszym cały aparat/telefon.