Smiltyne – zwiedzanie

Będąc w Kłajpedzie koniecznie trzeba wybrać się na co najmniej kilka godzin do Smiltyne, osady położonej na Mierzei Kurońskiej. Przeprawa promowa (ze starego terminalu portowego) trwa zaledwie kilka minut.

Sandkrug

Po zajściu z promu wchodzi się praktycznie od razu na zalesioną wydmę. Dawniej była tu ostatnia stacja pocztowa Mierzei Kurońskiej.

Ścieżka zdrowia w Smiltyne

Szlak spacerowy powstały w 1989 roku mający na celu zachęcenie mieszkańców i turystów do aktywnego spędzania czasu.

Plaże w Smiltyne

Choć podczas mojego pobytu pogoda była mało plażowa to warto zajrzeć nad morze. Piasek jest tu bieluśki i mięciutki, same plaże długie i szerokie. Latem podobno oblegane przez turystów. Wcale mnie to nie dziwi.

Delfinarium

Po wyjściu z promu trzeba kierować się w prawo i dojść niemal do końca cypla. Nie jest to daleko – jakieś 2 km. Dla leniwców – jest opcja podjechania kolejką z samego promu pod samo delfinarium.

Delfinarium otwarto w 1994 roku i jak się można domyślać organizowane są tam przedstawienia „odgrywane” przez delfiny. Nigdy nie byłam zwolenniczką tego typu instytucji i nigdy w życiu w delfinarium nie byłam. Kilka lat temu przeczytałam artykuł o tym jak się tresuje delfiny i wiem, że moja noga w tego typu przybytku nigdy nie postanie. Ale jest to jednak z największych atrakcji Mierzei Kurońskiej więc chcąc nie chcąc muszę o niej wspomnieć.

Fort Nerii

Twierdza obronna, która również ucierpiała w II wojnie światowej. W twierdzy znajduje się obecnie ekspozycja historii żeglugi litewskiej. Muzeum prezentuje historię Litwy jako państwa morskiego. Znajduje się tuż obok delfinarium.

Albatros – pomnik ku czci poległych marynarzy i zaginionych statków

Pomnik, który ma przypominać o dramatycznych relacjach człowieka i morza. Albatrosy to wedługg legendy ptaki, w które wcielają się dusze marynarzy. Metalowy ptak wznosi się do lotu mając nadzieję, że zawsze będzie żył w sercach mieszkańców.

Etnograficzna Zagroda Rybacka

Założona w 1979 roku, zbudowana na wzór zagrody z okolic Sventoji. Składa się z budynków gospodarczych oraz mieszkalnych, które stanowią: chałupa, stodoła, łaźnia, piwnica, wędzarnia, słupy do suszenia sieci rybackich. Ta zagroda przedstawia życie zamożnego rybaka, który hodował bydło, uprawiał ziemię i oczywiście łowił ryby.

W niektórych chatkach urządzone są ekspozycje przedstawiające rybackie życie. Dookoła biegają owieczki. Jest sielsko i anielsko. Piękne miejsce!

Ekspozycja statków historycznych

Zdecydowanie jedno z najbardziej imponujących miejsc w Smiltyne. Można tu zobaczyć traweler Dubingiai, statek Kolyma, stalowy kuter PTB-7167 i Kurenas SuD.1. Statki te pływały zarówno po Bałtyku, Morzu Północnym, jak i Oceanie Atlantyckim.

XX-wieczne wille

Spacerując z promu ku Muzeum Morskiemu będziecie mijać stare wille. Zbudowane są z drewna lub muru pruskiego. Powstały dla ludzi, którzy zajmowali się urządzenia hydrotechnicznymi, ładowali i wyładowywali statki oraz dbali o mierzeję.

Kłajpeda – zwiedzanie

Kłajpeda – w dosłownym tłumaczeniu nisko położone miejsce – trzecie co do wielkości miasto Litwy i dziś jedyny port w kraju. Założone w 1252 roku, wielokrotnie doświadczane przez historię. Jedna z największych atrakcji kraju – miasto z bogatą historią, tradycjami, ciekawym życiem kulturalnym i wyjątkową architekturą niejednokrotnie przypominającą miasta Europy zachodniej. Zapraszam na spacer po Kłajpedzie.

Park Rzeźby

Jeśli przyjeżdżacie do Kłajpedy busem to zwiedzanie najlepiej zacząć od Parku Rzeźby, który znajduje się naprzeciwko dworca autobusowego. Park utworzono w miejscu dawnego cmentarza, gdzie mogło być pochowanych nawet 40 tysięcy mieszkańców miasta. Park powstał w 1977 roku i można tu znaleźć 117 rzeźb (!) o różnej tematyce, autorstwa 67 różnych litewskich artystów.

W parku trzeba koniecznie zajrzeć do rosyjskiego kościoła ortodoksyjnego. Jest malutki ale bardzo klimatyczny.

Aleja M. Mazvydasa

Kierując się z parku do centrum miasta najlepiej przejść Aleją Mazvydasa. Upamiętnia ona autora pierwszej litewskiej książki. Od 2008 roku ławki wzdłuż alei są ozdabiane rzeźbami. Najpopularniejsze to ławka-figurka dziewczynki z ptakiem, ławka-kot, ławka-klucz muzyczny, ławka-zegar słoneczny czy ławka-mieszkańcy Kłajpedy. Wszystkie rzeźby są autorstwa mieszkańców miasta.

Plac Lietuvininku aikste

Jeden z najpiękniejszych placów miasta zdobi pomnik wspomnianego wcześniej Martynasa Mazvydasa. Sam plac otoczony jest domami w stylu małej ojczyzny, w których dziś mieszczą się sklepy.

Plac Teatralny

Ścisłe centrum i jedno z najbardziej reprezentacyjnych miejsc w Kłajpedzie. Do połowy XX wieku na dzisiejszym placu odbywały się jarmarki. Nie wiem czy to wynik tradycji czy przypadek ale dziś na placu rozstawiają się stragany z pamiątkami i bursztynami.

Przy placu zgodnie z nazwą znajduje się budynek teatru – pierwszej tego typu profesjonalnej instytucji na Litwie. Na balkonie teatru swoje przemówienie wygłaszał Hitler gdy przyłączał Kłajpedę do III Rzeszy.

Na placu stoi m.in. pomnik Simona Dacha – poety urodzonego w Kłajpedzie oraz pomnik Anusi z Tharau – bohaterki jego najpopularniejszego wiersza. Pomnik Anusi usunięto podczas II wojny światowej, gdyż stała tyłem do Hitlera podczas jego przemówienia. Powróciła na plac w 1990 roku.

Przy placu teatralnym znajdują się różne restauracje i sklepiki. Całość wygląda naprawdę uroczo.

Nabrzeże

Z Placu Teatralnego najlepiej przejść na wybrzeże rzeki Dane. Już od XVI wieku było zabudowane magazynami. Dziś miejsce tętni życiem – pełno tu barów i restauracji.

Z nabrzeża najlepiej udać się do portu. Warto przejść przez Most Łańcuchowy – jedyny tego typu most na Litwie. Przeprawa przerzucona przez kanał zamkowy jest zabytkiem techniki. Most zbudowano w 1855 roku. Po obróceniu go przepływają pod nim statki.

Port

Posiada dwa równoległe mola. Południowe ma 1227 metrów, północne 1158. Ze starego portu wypływają promy do Smiltyne jak i statki wycieczkowe. Warto przyjść tu na spacer, podziwiać jachty (niektóre naprawdę imponujące) a także industrialną zabudowę. Nie brakuje tu hoteli ani restauracji. Jak w całym mieście tak i tu jest mnóstwo różnych rzeźb. Bardzo miłe miejsce na spędzenie kilku godzin.

Mamelburg – zamek

Na terenie portu znajduje się zamek, a właściwie jego pozostałości. Drewniana budowla została wzniesiona w 1252 roku przez krzyżaków inflanckich i była początkiem zabudowy południowego brzegu rzeki. Obecnie prowadzone są prace rekonstrukcyjne zamku.

Mur pruski

Konstrukcja muru pruskiego jest jednym z symboli miasta. Mur pruski to typ budowy gdy szkielet poziomych, pionowych i ułożonych pod kątem drewnianych belek jest wypełniony gliną i cegłami. Przy ulicy Aukstoji 3 można zobaczyć 16-metrowy magazyn – najwyższy i najstarszy budynek z muru pruskiego. Przechowywano tu przeznaczone na eksport siemię lniane.

Muzeum Historyczne Litwy

Spacerując uliczkami starego miasta warto zwrócić uwagę na muzeum, które mieści się w kamienicy kupieckiej z 1774 roku.

Kościół Ewangelicko-Luterański św. Jana

Zbudowany w 1706 roku, uważany był za najpiękniejszy kościół w Prusach Wschodnich. Ucierpiał w pożarze w 1854 roku ale został odbudowany. Następnie został zburzony po II wojnie światowej. W 2012 roku wmurowano kamień węgielny pod kolejną odbudowę kościoła.

Wzgórze Jana

Zaraz za kościołem rozciąga się wzgórze Jana – zachowany fragment fortyfikacji obronnej Kłajpedy. Niegdyś wały i bastiony otoczone fosami, dziś – miejsce rekreacji, spacerów i spotkań mieszkańców.

Statek Meridianas

Kolejny symbol miasta. Dawny żaglowiec szkoleniowy Szkoły Morskiej zbudowany w 1948 roku w Finlandii. Odnowiony w 2014 roku, dziś można go zwiedzać.

Przed statkiem znajdują się fragmenty autentycznych drewnianych części maszyny, które dziś zostały zamienione na metalowe (ze względów bezpieczeństwa i ze względu na łatwiejsze utrzymanie).

Rzeźba Kominiarza

Na budynku naprzeciwko statku znajduje się rzeźba Kominiarza. W ścianie budynku znajduje się guzik, który trzeba potrzeć, by przyniósł nam szczęście.

Garnuszek pełen pieniędzy

W budynku tuż obok działa kawiarnia. Wcześniej mieścił się tam pierwszy bank Kłajpedy. Dawną działalność budynku upamiętnia rzeźba garnuszka, z którego wysypują się monety.

Po drugiej stronie tego samego budynku znajduje się z kolei rzeźba króliczka.

Most Giełdowy

Łączy stare i nowe miasto. Niegdyś potężne źródło dochodu miasta – każdy przepływający statek musiał zapłacić za podniesienie mostu, a że był to jedyny most tranzytowy to miasto na finanse nie narzekało. Konstrukcja została zburzona podczas II wojny światowej, odbudowano ją w 2007 roku.

Łuk – Arka

Pomnik symbolizujący przyłączenie Kłajpedy do Litwy w 1923 roku. Znajduje się na nim cytat: Jesteśmy jednym narodem, jednym krajem, jedną Litwą.

Plac Atgimimo – Plac Odrodzenia

Powstał w czasach radzieckich. Początkowo stał tu pomnik Stalina, następnie Lenina. Przy placu dziś można zobaczyć modernistyczne budynki filharmonii i teatru muzycznego.

Ratusz miejski

Znajduje się przy Placu Odrodzenia. Budynek wybudowany pod koniec XVIII wieku, należał do znanego kupca duńskiego Lorcka. Funkcję ratusza pełni od 1846 roku gdy wykupił go magistrat miejski. Podczas wojny z Napoleonem (1807-1808) mieszkał tu król pruski Fryderyk Wilhelm III z żoną Luizą. Dziś pracuje tu prezydent Kłajpedy.

Rzeźba Smoka

Znajduje się na ścianie naprzeciwko wejścia do galerii Peda. Rzeźba jest uwiecznieniem legendy o pochodzeniu nazwy Kłajpeda. Legenda mówi o starożytnym plemieniu, które czciło słońce i ogień. Żyli oni wzdłuż rzeki Akmeny. Kiedy potrzebowali nowego miejsca do osiedlenia się wysłali swoich najodważniejszych ludzi – braci Jelenia i Wilka – żeby znaleźli dla społeczności nowe miejsce. Bracia ruszyli w podróż aż natrafili na piękne błękitne morze. Nie wiedzieli jednak jak się do niego dostać. Pierwszy z nich zatrzymał się nad brzegiem morza, drugi poszedł dalej, gdyż nie spodobał mu się wilgotny, grząski teren. Po pewnym czasie jeden z braci zaniepokojony długą nieobecnością drugiego zaczął go szukać ale znalazł tylko ślady pozostawione w błotnistym gruncie. Jeleń powrócił sam do plemienia i powiedział, ze znalazł nowe miejsce gdzie mogą się osiedlić. Jako upamiętnienie zaginionego Wilka nazwano je Utracony Ślad, czyli z litewska Klaipeda.

Pasaż Friedricha

Spacerując uliczkami starego miasta koniecznie musicie zajrzeć do pasażu Friedricha przy ulicy Tiltu. W XVII wieku było to miasto Freidricha. Miejsce upamiętnia króla Friedricha, którego widzimy przed wejściem – jest to rzeźba mężczyzny z wieńcem z liści dębu i splecione inicjały FR – Friedrich Rex (król Fredrich). Pasaż został odnowiony w 2006 roku i dziś mieści się tu kilka restauracji i kawiarni. Nawet jeśli tak jak ja dotrzecie tam tuż po obiedzie to chociaż się przespacerujcie i podziwiajcie to przeurocze miejsce.

Kłajpeda – Stare Miasto

Generalnie jak w każdym mieście w Europie czy na świecie najwięcej przyjemności daje niespieszne wędrowanie uliczkami starego miasta. Kłajpeda jest bardzo urocza mimo iż brukowane uliczki nie są zamknięte dla ruchu kołowego. Spacerujcie, podziwiajcie witryny, zaglądajcie w podwórka. Stare miasto jest przeurocze.

A jak się trochę zmęczycie to wejdźcie na gorącą czekoladę do sklepu z czekoladą naprzeciwko informacji turystycznej. To będzie grzech i rozpusta ale zapewniam, że warto 😉

Litewskie wybrzeże Bałtyku – Sventoji (Święta) – zwiedzanie

Sventoji, czyli po polsku Święta to miejscowość położona 12 kilometrów od Połągi. Miejscowość, którą koniecznie musicie odwiedzić podczas wakacji na litewskim wybrzeżu!

Głównym atutem letniska jest jego położenie – tuż przy ujściu rzeki Świętej do Bałtyku.

Święta to dawna osada rybacka, która z czasem zamieniła się w ważne miasto portowe. Czas prężnej działalności portowej przypadł na czasy XVI i XVII wieku kiedy to Święta konkurowała z portami w Kłajpedzie, Lipawie, Windawie i Rydze. Port został zniszczony w 1701 roku kiedy to szwedzka marynarka zasypała go piaskiem i kamieniami.

Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości Święta należała do Łotwy, Litwie została zwrócona w 1921 roku.

Niewątpliwym symbolem uzdrowiska jest rzeźba Córki Rybaka 4-metrowa rzeźba stanęła w okolicy portu w 1982 roku. Dzieło Zuzany Pranaityte przedstawia trzy długowłose dziewczęta wpatrujące się w morze i czekające na ojca wracającego z połowów.

Sventoji to nie jest miejsce obfitujące w zabytki ale w piękną, dziewiczą przyrodę. Ujście rzeki do morza tworzy naprawdę bajkowe i pocztówkowe krajobrazy. Na początku pomyślałam sobie, że szkoda, że tak wieje i jest zimno, bo pewnie w ciepły dzień byłoby tam dużo przyjemniej. Ale później uświadomiłam sobie, że w ciepły bezwietrzny dzień pewnie byłoby tam też mnóstwo turystów. A tak może nie miałam tego miejsca tylko dla siebie, bo jakieś pojedyncze osoby się przewijały ale generalnie była cisza, spokój i bezkres morza oraz złotego piasku. Naprawdę mimo iż wiatr niemalże urywał głowę to nie chciało się stamtąd odchodzić.

Z dworca autobusowego w Sventoji na plażę czeka Was spacer przez aleję zamkniętą dla ruchu samochodowego z ławeczkami i kwiatami.

Potem wzdłuż rzeki, przez wydmę można dojść do plaży. Są drewniane chodniczki więc pełna kultura, nie trzeba było w ten ziąb zdejmować butów. Uwaga, idąc przez wydmy na plaże spotkałam… małego liska. Wyglądał słodko ale to dzikie zwierzę więc uważajcie.

Po zobaczeniu pięknej plaży i morza polecam spacer po obu stronach rzeki. Są wybudowane ścieżki i mosty – można zrobić sobie naprawdę przyjemną wędrówkę. Im dalej od morza tym jest bardziej zielono. Sama nie wiem gdzie piękniej.

Nie ma możliwości, żeby być na litewskim wybrzeżu Bałtyku i nie pojechać do Świętej. To jest absolutnie najpiękniejsze i najwspanialsze miejsce jakie odwiedziłam podczas tego wyjazdu. Zresztą chyba wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Za takie niespodzianki i zaskoczenia kocham podróże!

Połąga – co zobaczyć?

Połąga – największy litewski kurort kupiony przez hrabiego Feliksa Tyszkiewicza w 1829 roku za 177 tysięcy srebrnych rubli. Dziś największy i najbardziej znany litewski kurort nad morzem Bałtyckim. W Połądze bywali m. in. Adam Mickiewicz, Stanisław Witkiewicz, Władysław Reymont (w Połądze napisał III tom Chłopów) czy Leon Wyczółkowski. Wszystkie informacje praktyczne o zorganizowaniu wakacji w Połądze są TU. A co warto zwiedzić w Połądze?

Ulica Basanaviciausa

Każdy turysta tu trafi. I to raczej prędzej niż później 😉 Długi deptak, w XIX wieku zwany aleją Tyszkiewiczów, jest sercem kurortu. Jonas Banasanacius odwiedził miasto w okresie międzywojennym. Mieszkańcy miasta chcąc uhonorować patriarchę narodu nadali głównemu bulwarowi miasta jego imię.

Wokół ulicy znajduje się mnóstwo autentycznych willi, w których mieszczą się obecnie restauracje, kawiarnie i sklepiki z pamiątkami. A to wszystko w otoczeniu zieleni i bujnej roślinności. Deptak prowadzi aż do molo.

Molo

Uchodzi za jeden z symboli miasta. Drewnianą konstrukcję zbudowali Tyszkiewiczowie. Pierwotne molo nie służyło jednak pieszym ale byłą przystanią dla statków, które transportowały do Kłajpedy produkowane przez nich cegły.

Molo, po którym obecnie można spacerować zostało wybudowane w 1998 roku. Ma 470 metrów, wstęp jest bezpłatny.

W okresie letnim z molo odpływa statek wycieczkowy. Rejsy odbywają się co 30 minut i trwają… 30 minut 😉 Niestety na początku września po żadnym statku nie było już śladu 😉

Rzeźba Jurate i Kastytis

Rzeźba znajduje się na skwerze tuż przy zejściu z molo. Również uchodzi za symbol kurortu i jest związana z miłosną historią. Wg legendy odważny rybak Kastytis zarzucił sieci do Bałtyku. Bogini Jurate wysłała swoje syreny, żeby ostrzegły Kastytisa przed zakłócaniem spokoju morza. Kastytis okazał się jednak niepowstrzymany. Jurate zafascynowała jego niefrasobliwość i postanowiła sama sprawdzić kto sprzeciwia się jej woli. Wynurzyła się z otchłani Bałtyku, zobaczyła Kastytisa i dopadła ich strzała Amora. Para zamieszkała w bursztynowym pałacu co nie spodobało się bogowi Perkunasowi. Postanowił więc jednym piorunem zniszczyć pałac. Kastytis został zabity a Jurate przywiązana do ściany w ruinach pałacu. Od tamtej pory morze wyrzuca bursztyny, które są łzami Jurate.

Plaża

Jak kurort to musi być plaża, nie ma innej możliwości. Plaże w Połądze są długie, szerokie, piaszczyste, bieluśkie i po prostu… piękne. Przy plażach są bary i restauracje, są boiska do siatkówki, są przebieralnie. Pełna infrastruktura. Nawet gdy pogoda jest wybitnie nieplażowa to na litewskich plażach spędza się czas wyśmienicie.

Na plażę warto oczywiście wrócić wieczorem, żeby zobaczyć zjawiskowy zachód słońca.

Pomnik Mewy

Na drugim końcu deptaka od 1980 roku znajduje się mała rzeźba mewy.

Park Rzeźb

Generalnie zwiedzając litewskie wybrzeże dojdziecie bardzo szybko do wniosku, że wszystkie miasteczka rzeźbami stoją. Mniejszych i większych posągów jest tu całe mnóstwo. Część porozrzucana pojedynczo po różnych punktach miasta, część zgrupowana w parkach takich jak ten. Niewielki park jest miejscem gdzie można znaleźć aż 28 różnych dzieł sztuki rzeźbiarskiej, w tym gigantyczne szachy. Rzeźby przekazało miastu Litewskie Muzeum Sztuk Pięknych.

W parku mieści się także strefa kulturalna I love Palanga. Latem odbywają się tu koncerty, pokazy filmowe, wydarzenia edukacyjne i artystyczne. Niestety na początku września nic już się tam nie działo.

Muzeum Uzdrowiska Palanga

Muzeum mieści się w oryginalnej XIX-wiecznej willi Anapilis (Inny Świat). Willa została wybudowana w stylu typowym dla litewskiego wybrzeża. Należała do Zofii Tyszkiewiczowej – matki hrabiego Feliksa. Stąd też przez długi czas willę nazywano po prostu Sofia. W mieście krążyły plotki, że Zofia wywoływała duchy, na strychu miała specjalny sekretny pokój z lustrem, przez co duchy nie mogły wrócić do swojego duchowego świata. Miejscowi twierdzą, że z willi dochodzą odgłosy hulającego wiatru i wolą się w jej okolice nie zapuszczać. Zofia Tyszkiewiczowa była słabego zdrowia, a odgłosy hulającego wiatru podobno pomagały jej się uspokoić.

Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny + wieża widokowa

Kościół projektu szwedzkiego architekta wybudowano w latach 1897 – 1907. Budowę w całości sfinansował hrabia Feliks Tyszkiewicz. Kościół jest jednym z najwyższych budynków w mieście i żadnego przechodnia nie pozostawi obojętnym.

W środku warto zwrócić uwagę na ambonę i trzy ołtarze zdobione płaskorzeźbami z francuskiego marmuru.

Wieża kościelna, właściwie dzwonnica, została udostępniona turystom. Wstęp jest bezpłatny, kościół znajduje się w samym centrum miasta i z tego względu powiem Wam, że warto tam wejść ale nie spodziewajcie się spektakularnych widoków. Po pierwsze popatrzeć można tylko przez szybę, a po drugie nie jest to na tyle imponująca wysokość (21 metrów), żeby rozpościerała się stamtąd jakaś nadzwyczajna panorama. Gdyby kiedyś wprowadzono opłaty za wejście na tę wieżę to wiedzcie, że moim zdaniem nie jest to warte ani 1 EUR. Ciekawsze już jest to, że można się z bliska przyjrzeć dzwonom oraz witrażom.

Aleja Sygnatariuszy

Znajduje się między kościołem a pocztą główną. Poczta stoi w miejscu dawnego gimnazjum, do którego uczęszczali przyszli sygnatariusze Aktu Niepodległości Litwy: Anatanas Smetom, Kazimieras Steponas Saulys, Jurgis Saulys i Arunas Sakalauskas.

Autorami alei oraz steli są profesorzy Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Pomnik generała Zemaitisa

Znajduje się w parku naprzeciwko kościoła. Pomnik odsłonięto w 2004 roku. Żołnierz antyradzieckiego ruchu oporu i przewodniczący Rady Ruchu Walki o Wolność Litwy urodził się w Połądze. W 2009 roku został pośmiertnie honorowym obywatelem miasta. Granitowy pomnik przedstawia litewski namiot partyzancki z posadzonym świerkiem.

Aleja Tyszkiewiczów i Kurhauz

Przestrzeń uosabia atmosferę przełomu XIX i XX wieku. Znajdują się tu dwie rzeźby Tyszkiewiczów- hrabiego Feliksa i hrabiny Antoniny Zofii Łąckiej-Tyszkiewiczowej – założycieli kurortu. Obie rzeźby są połączone pasem metalu wyłożonego płytkami układającym się w napis wygrawerowany po litewsku i po łacinie Deligas quem diligasWybierz kogo kochasz. To dewiza rodowa Tyszkiewiczów.

Ozdobą alei jest też rzeźbiona i grawerowana drewniana brama prowadząca na ulicę Kestucio. Jest to rekonstrukcja bramy pochodzącej z 1901 roku.

Aleja Tyszkiewiczów to też miejsce gdzie znajduje się budynek Kurhauz – wybudowany w 1877 roku był restauracją i pierwszym hotelem w kurorcie. Ponadto znajdowała się tam czytelnia, sala bilardowa i sala, w której odbywały się liczne wydarzenia kulturalne. Z biegiem czasu Kurhauz odgrywał coraz większą rolę w kulturalnym życiu miasta i stał się sercem rozwijającego się kurortu. Symbol Połągi spłonął w 2002 roku, odbudowano go 10 lat później. Dzięki licznym zachowanym materiałom udało się zrekonstruować gzymsy, dębowy parkiet i tapety.

Dziś często odbywają się tu koncerty ze względu na wyjątkową akustykę wewnątrz budynku.

Dom Sliupasa

Jest to rezydencja, w której mieszkał lekarz i działacz społeczny – Jonas Sliupas. W 1930 roku przeprowadził się na stałe do Połągi i w 1933 roku został pierwszym burmistrzem miasta.

Park Biruty

Największa atrakcja i duma miasta nazywana perłą Połągi. Park otwarty pod koniec XIX wieku uznawany jest za jeden z najpiękniejszych w całej Europie. O tym czy jest najpiękniejszy można by dyskutować, na pewno jednak jest jednym z najlepiej utrzymanych. Trawa przystrzyżona, ławeczki czyste, żadnego śmiecia.

Park cały czas się rozwija i z roku na rok jest coraz atrakcyjniejszy dla gości. Zaprojektował go francuski architekt krajobrazu, naczelny ogrodnik Paryża – Edouard Francois Andre – na terenie świętego gaju Biruty.

Zwiedzając park nie można pominąć owianego legendą Wzgórza Biruty – położonego 21 metrów nad poziomem morza. W czasach średniowiecza wzgórze było pogańskim miejscem kultu. Według legendy mieszkała tu kapłanka Biruta, która paliła święty ogień, a po śmierci została pochowana na wzgórzu. Dziś na wzgórzu znajduje się neogotycka kaplica. Niestety jest zamknięta i nie można do niej wejść ale można zajrzeć przez okno 😉

W okresie letnim w czwartki, piątki i soboty o 18.30 przy rotundzie odbywają się koncerty profesjonalnej orkiestry z Połągi zwane Nocnymi Serenadami.

Najbardziej okazałym budynkiem w parku jest neorenesansowy pałac z 1897 roku mieszczący Muzeum Bursztynu. Założone w 1963 jest jednym z najczęściej odwiedzanych muzeów na Litwie. Na parterze można zobaczyć wnętrza z czasów Tyszkiewiczów, na piętrze znajduje się wystawa poświęcona historii i produkcji bursztynu. Znajdują się tam także rzadkie okazy bursztynów jak np. Słoneczny Kamień – jeden z największych bursztynów na świecie. Pałac mocno ucierpiał w czasie wojny, odrestaurowano go w 1957 roku.

Do Pałacu wchodzi się schodami zdobionymi rzeźbami lwa i wazonami. W południowej części fasady pałacu znajduje się portyk kolumnowy i taras z balustradą. Stąd koniecznie trzeba zejść do rozarium i podziwiać dziesiątki odmian róż.

W parku znajduje się 9 rzeźb. Najsłynniejsza z nich to Egle królowa węży – dzieło R. Antinisa. Przy głównym wejściu do parku stoi pomnik architekta parku – E. Andre, w północnej części znajduje się rzeźba Strzelec.

Naprzeciwko pałacu Tyszkiewiczów trudno nie zauważyć figury Chrystusa Błogosławionego. Przywieziono ją do Połągi z Paryża. W 1948 roku uległa zniszczeniu, odtworzono ją w roku 1993.

W rozarium znajduje się rzeźba Rebeka przedstawiająca kobietę noszącą wodę.

W parkowo-rabatowej części znajduje się fontanna i cztery półtorametrowe rzeźby kobiet symbolizujące pory roku.

W południowozachodniej części parku znajduje się też kamień upamiętniający masakrę Żydów.

Wstęp do parku jest bezpłatny. Do parku można wejść z wielu stron, nawet prosto z plaży. I to przejście między parkiem, wydmami a plażą jest tu chyba najpiękniejsze.

Uzdrowisko

Kierując się z parku do promenady będziecie szli przez część uzdrowiskową kurortu. W otoczeniu zieleni znajdują się tu hotele (wiele naprawdę luksusowych) i wille.

Szczególnie warto zwrócić uwagę na willę Ramove gdzie w latach 1939-1940 przebywali internowani polscy oficerowie.

Fontanna Muzyczna

Jest to największa tańcząca fontanna na Litwie. Każdy kto widział fontanny w Barcelonie, Erywaniu, Dubaju czy chociażby Wrocławiu pewnie zastanawia się jak to możliwe. Ale nie zapominajmy, że Litwa to bardzo mały kraj.

Fontanna Muzyczna to znany z innych miejsc spektakl wody, światła i muzyki. Podczas mojego pobytu (po sezonie przypominam) działała tylko raz – w piątkowy wieczór. Była woda, było światło ale zabrakło muzyki. Więc nie dość, że to największa tańcząca fontanna na Litwie to jeszcze umie tańczyć bez muzyki 😀

Pajuris – Litewskie wybrzeże Bałtyku – informacje praktyczne

Połąga – wiele osób jak usłyszało gdzie się wybieram to zadawało nieśmiertelne pytanie: A gdzie to jest? myśląc, że wybieram się w jakieś egzotyczne i dalekie miejsce. Natomiast dla wszystkich, którzy tak jak ja z uporem maniaka śledzą promocje lotnicze narodowego przewoźnika LOT nazwa Połąga brzmi znajomo. Bilety do tego litewskiego kurortu bardzo często są w promocji (zwłaszcza poza sezonem). Ja nie ukrywam, że właśnie w ten sposób dowiedziałam się o istnieniu Połągi. Zobaczyłam nazwę w jednej z promocji, wygooglałam i zapisałam na listę miejsc do odwiedzenia. Litewskie wybrzeże ciągnie się przez 90 km więc wiedziałam, że nudzić się tu nie będę.

Połąga – jak się dostać z Polski?

Jak już napisałam we wstępie – najszybciej samolotem. Lot z Warszawy trwa godzinę, jest kilka rejsów tygodniowo. Bilety w promocji kosztują mniej niż 200 zł za bilet w 2 strony.

Można też dojechać samochodem, Połąga oddalona jest o 200 kilometrów od północno-wschodniej granicy Polski.

Połąga – pogoda, kiedy jechać?

Sezon nad litewskim Bałtykiem wygląda dokładnie tak samo jak nad polskim. Czyli w lipcu równie dobrze możecie trafić na 16 stopni, jak i na 30. Niemniej cała infrastruktura działa trochę inaczej niż w Polsce. Podczas mojego pobytu (na początku września) sporo knajp było już pozamykanych. Nie było oczywiście problemu ze znalezieniem miejsca na obiad ale mam wrażenie, że polskie wybrzeże żyje trochę dłużej niż litewskie. Jeśli chcecie skorzystać ze wszystkich atrakcji kurortu to najlepiej jedźcie tam w okresie od połowy czerwca do końca sierpnia. Na początku września było ok. 20 stopni, słońce na przemian z chmurami, na szczęście w ogóle nie padało ale za to niemiłosiernie wiało.

Połąga – dojazd z lotniska

Lotnisko oddalone jest o zaledwie 6 km od centrum miasta. Dojazd zapewnia busik nr 100, który zatrzymuje się przed terminalem. Bus kursuje do Kłajpedy zatrzymując się po drodze na dworcu autobusowym w Połądze. Bilet do Połągi kosztuje 1,4 EUR, do Kłajpedy 2,5 EUR. do kupienia u kierowcy, za gotówkę. Kursy busa są zsynchronizowane z przylotami. Bus odjeżdża ok. 40 minut po każdym planowym przylocie samolotu. Jeśli samolot jest opóźniony to bus czeka na pasażerów więc nie ma obawy, że przy opóźnionym samolocie zostaniecie bez transportu do miasta. Rozkład jazdy busa jest wyświetlony na tablicy w hali przylotów, przystanek też jest dobrze oznaczony. Zresztą to lotnisko jest tak małe, że ciężko się tam zgubić.

Poza busem 100 z i na lotnisko można dojechać autobusami nr 3 i 4. One nie wjeżdżają pod terminal ale przystanki są zlokalizowane naprzeciwko wejścia do budynku więc trzeba przejść raptem 50 metrów. Bus nr 3 w drodze na dworzec autobusowy w Połądze zatrzymuje się przy przystanku Centras w samym centrum Połągi więc jeśli macie hotel gdzieś w centru m to nie musicie jechać aż na dworzec autobusowy. Bilet na autobus 3 i 4 kosztuje 0,72 EUR, do kupienia u kierowcy.

Jest też oczywiście postój taksówek, za przejazd do miasta chcą 10-12 EUR, w nocy 15 EUR. W Połądze nie funkcjonuje Uber.

Samo lotnisko jest małe ale klimatyzowane, jest sklep wolnocłowy i kawiarnia. Uwaga, lotnisko nie obsługuje mobilnych kart pokładowych o czym nie wiedziałam. Przed wylotem jak zawsze próbowałam się odprawić online ale wyskakiwał mi komunikat, że dany odcinek podróży nie jest obsługiwany i żeby kontaktować się z agentem na lotnisku. Nieco (no dobra, nawet bardzo) mnie to zestresowało, sprawdzałam na stronie przewoźnika czy może lot nie został zmieniony albo odwołany. Ale przyczyna okazała się prozaiczna. Także podróżując z Połągi musicie odprawić się przy stanowisku check-in. Na szczęście kolejek ani do odprawy, ani do kontroli bezpieczeństwa nie ma.

Połąga – gdzie spać?

Wybór noclegów w Połądze jest ogromny, od rodzinnych guesthousów i pensjonatów po 5-gwiazdkowe luksusowe hotele SPA. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja za pokój w pensjonacie (duży, przestronny, z aneksem kuchennym, łazienką i balkonem) położonym tuż przy deptaku zapłaciłam 70 EUR za 3 noce. Poza sezonem co prawda ale to niska cena. W Polsce nad Bałtykiem nawet we wrześniu jest drożej.

Zwiedzanie litewskiego wybrzeża – baza wypadowa

Jeśli chcecie zwiedzić wybrzeże i zastanawiacie się gdzie spać to najrozsądniejsze są dwie opcje – Połąga i Kłajpeda. Te miasta mają najlepiej rozwiniętą komunikację, tu jest największa baza hotelowa i gastronomiczna.

Ja zdecydowałam się na Połągę z bardzo prostego powodu – jest bliżej lotniska i krótszy jest dojazd. Z perspektywy czasu myślę, że to była dobra decyzja – zobaczyłam wszystko co chciałam, z komunikacją nie było problemów. Kłajpeda jako większe i popularniejsze miasto jest też droższa (mam na myśli noclegi).

Litewskie wybrzeże – komunikacja i transport

Główne miasta i miasteczka regionu są dobrze skomunikowane. Ja podczas swojego 4-dniowego wyjazdu zwiedzałam Połągę, Kłajpedę, Sventoji i Smiltyne. Wszystko komunikacją publiczną, za niewielkie pieniądze.

Z Połągi do Sventoji kursują autobusy nr 3 i 4. Po drodze zatrzymują się przy lotnisku. Do 3-ki możecie wsiąść na przystanku Centras, do 4-ki najlepiej na dworcu. Przejazd trwa ok. 20 minut, w Sventoji najlepiej wysiąść na ostatnim lub przedostatnim przystanku skąd czeka Was ok. 10-minutowy spacer nad morze. Bilet 0,72 EUR.

Z Połągi do Kłajpedy kursują busy i marszrutki. Bus chyba nie ma żadnego numeru, ma po prostu napisane Palanga-Klaipeda-Palanga. Bilet kosztuje 1,3 EUR, zakup u kierowcy. Jeździ co 30 minut. Na dworcu jest profesjonalna organizacja ruchu – są stanowiska dedykowane busom do Kłajpedy i łatwo można je znaleźć. Przejazd trwa ok. 30 minut. Marszrutka kosztuje 1,4 EUR. Jedzie nieco szybciej, bo nie zatrzymuje się na tylu przystankach co autobus ale to marszrutka – mała i niezbyt wygodna. Ale na taką trasę w zupełności wystarczy. Marszrutki również kursują co pół godziny w 15-minutowym odstępie od autobusów więc generalnie co 15 minut coś między Połągą a Kłajpedą jeździ.

Smiltyne to miejscowość położona na cyplu i dostaniemy się tam promem z Kłajpedy, a dokładnie ze starego terminalu promowego. Przeprawa trwa całe 5 minut, promy odpływają co pół godziny. Bilet kupuje się w automacie (płatność kartą i gotówką), kosztuje 1 EUR (za podróż w 2 strony tego samego dnia).

Po litewskim wybrzeżu można też poruszać się rowerem. Turystyka rowerowa jest tu bardzo rozwinięta ale nie jest to tania przyjemność. Wypożyczenie roweru na godzinę kosztuje 3 EUR, na cały dzień 15 EUR. Pewnie gdyby pogoda była lepsza to bym się zdecydowała ale że podczas mojego pobytu niemiłosiernie wiało to korzystałam z tańszej opcji transportu – autobusów i własnych nóg.

Co i gdzie zjeść?

Ulubiony punkt programu musi być 😀 Kuchnia litewska nie należy do lekkich. Dużo tu mięsa, dań mącznych i śmietany (genialnej zresztą!). Nie będę udawała, że cierpiałam z tego powodu, bo ja uwielbiam wszystkie kluski i placki ziemniaczane. A że podczas mojego pobytu było zimno, a ja dużo chodziłam to uważam, że spalanie miałam takie, że mogłam się zajadać tymi wszystkimi smakołykami bez wyrzutów sumienia 😉 Na Litwie zjecie też oczywiście lżej. Generalnie każda restauracja, którą odwiedziłam miała dość bogate menu z niewielkim tylko wycinkiem pt. kuchnia litewska. Wszędzie serwują sałatki, typowe dania obiadowe, pizze i makarony. Ale jak wiecie ja wychodzę z założenia, że jeść trzeba lokalnie więc litewskich dań sobie nie żałowałam.

Mój pierwszy obiad na Litwie to restauracja… rosyjska. Połąga leży blisko obwodu Kaliningradzkiego i Rosjan jest tu całkiem sporo. Restauracja nazywa się Cagino i znajduje się przy ulicy J. Basanavičiausa – głównym deptaku miasta. Ja zdecydowałam się na moje ukochane pielmieni. Ilość masła i śmietany spowodowała, że jedząc je aż czułam jak zatykają mi się tętnice od cholesterolu 😀 Ale było przeprzepyszne. Bardzo Wam tę restaurację polecam. Obiad z herbatą kosztował 8 EUR.

Kolejne odwiedzone przeze mnie miejsce to restauracja de Cuba. Tak, tak, dobrze myślicie – to restauracja z akcentami kubańskimi. Nie ukrywam, że na obiad tutaj skusił mnie ich przecudowny ogródek. Jedzenie jest bardzo międzynarodowe ale jest też krótka część z ofertą kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na danie najbardziej litewskie z litewskich, czyli cepeliny. Niby dostaje się dwa ale ja po zjedzeniu jednego myślałam, że pęknę. Były przepyszne no ale to nie jest lekkie danie. Niemniej nie wyobrażam sobie jechać na Litwę i nie zjeść cepelinów. Restauracja jest dosyć droga, akurat dania litewskie są najtańsze z całej oferty. Za cepeliny i piwo (bezalkoholowe) zapłaciłam 7 EUR.

Zuvine – restauracja, na którą zwróciłam uwagę już podczas swojego pierwszego spaceru po Połądze. Przepiękny przeszklony budynek pełen książek położony tuż przy lesie. Sceneria bajkowa. Do tego przeuroczy ogródek ale na początku września było już dla mnie za chłodno na siedzenie na zewnątrz. Restauracja jest dosyć elegancka ale panuje tam swobodna atmosfera. W menu dominują ryby. Wszak jesteśmy nad morzem. Ja kocham śledzie więc po przejrzeniu menu nie miałam wątpliwości na co się zdecydować. Był marynowany śledź, z genialną śmietanką i przepysznym ciężkim, czarnym chlebem. Sama ryba dobrze wymoczona, nie za słona. Jeden z lepszych śledzi jakie jadłam w swoim życiu. Spróbujcie koniecznie! Jest dosyć drogo, przystawki kosztują 8-10 EUR, dania główne ok. 20 EUR, kawa i herbata 2-3 EUR.

Molinas Asotis – kolejna restauracja serwująca dania kuchni litewskiej. Tym razem wybór pada na placki ziemniaczane. Jest to właściwie jeden placek ale potężny. Do tego mięsny sos na bazie śmietany. No lekko po raz kolejny nie jest ale to było bardzo bardzo dobre. Obsługa taka sobie ale wszystko rekompensuje cudowny ogródek. Za placek i herbatę zapłaciłam 7 EUR.

Podczas swojej wizyty w Kłajpedzie wybrałam restaurację Memelio Katpedele. Jest pięknie położona na nabrzeżu i genialnie urządzona. W menu jest bardzo dużo pozycji dań litewskich i aż żałowałam, że nie mogę spróbować wszystkiego. Wybór padł na małe placuszki ziemniaczane. Porcja może nie wygląda na dużą ale ja się bardzo najadłam. Jako dodatek były ta nieziemsko pyszna, kremowa litewska śmietana. Pięknie miejsce z pysznym jedzeniem, warte rozważenia podczas wizyty w Kłajpedzie. Za placki i piwo zapłaciłam 7 EUR.

Gdzie zjeść śniadanie w Połądze?

Cafe Banduke – kolejene odwiedzone przeze mnie miejsce przy głównym deptaku. Kawiarnia serwuje śniadania już od 8 rano co w kurorcie takie oczywiste nie jest. Zdecydowałam się na grillowaną kanapkę z mozzarellą, pesto, prosciutto, pomidorkami i rukolą. Była ogromna i przepyszna. To było śniadanie, po którym można było spędzać dzień bardzo aktywnie. Do tego kawa słusznych rozmiarów. Całość za niecałe 7 EUR.

Fotocentras – przeurocza kawiarnia w fotograficznym stylu z pomnikiem aparatu fotograficznego przy wejściu. Oferta śniadaniowa nie jest duża ale jest i coś wytrawnego, i coś słodkiego. Nikt głodny nie wyjdzie. Ja zdecydowałam się na croissanta i kawę, za całość zapłaciłam niecałe 5 EUR. Czy na śniadanie, czy tylko na kawę ale musicie tu przyjść podczas wakacji w Połądze. Przeurocze miejsce!

A Petit – jedna z najpopularniejszych restauracji w mieście, znajduje się niemalże naprzeciwko Fotocentras. Taka mała restauracja w stylu francuskiego bistro. Jest kilka pozycji śniadaniowych. Ja wybrałam naleśniki z mascarpone i owocami. Do dziś mam ślinotok jak o nich myślę. Nie dość, że serek z owocami był genialny to naleśniki były usmażone na solidnej porcji masła (jestem uzależniona od masła!) i okraszone bułką tartą. No doskonałe. Moje najlepsze śniadanie na Litwie. Naleśniki z kawą kosztowały 6 EUR.

Litwa – co kupić, co przywieźć?

Spacerując po litewskich miasteczkach zobaczycie mnóstwo straganów z wyrobami z bursztynu. Są magnesiki z bursztynem i przede wszystkim ogromna ilość biżuterii. Ceny bardzo zróżnicowane – od 2-3 EUR do kilkudziesięciu. Ciężko się na coś nie skusić 😉 Ja uwielbiam bursztyny więc przyjechały ze mną nowe kolczyki 😉

Ponadto z Litwy warto przywieźć lokalny ser Dziuga – do kupienia w wielu miejscach.

Litewskie wybrzeże Bałtyku – czy warto?

Warto i to bardzo warto. Ja wróciłam zachwycona i zauroczona. Czym dokładnie to pokażę Wam w kolejnych wpisach, część osób widziała już przepiękne krajobrazy na instagramie. Jest pięknie, trochę dziko, nie ma tłumów i jest zdecydowanie taniej niż nad polskim Bałtykiem. Ja z pewnością będę tu wracała.

Rejs po 3 wyspach z Kos – Kalymnos, Plati, Pserimos

Jeśli lubicie spędzać czas na morzu (ja nienawidzę ale cóż, lubię odkrywać nowe miejsca i czasem trzeba się przemóc) to podczas wakacji na Kos rozważcie rejs na wyspę poławiaczy gąbek – Kalymnos lub całodniowy rejs między wyspami Kalymnos, Plati i Pserimos. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję i bardzo ją Wam polecam!

Kalymnos

Rejs rozpoczyna się w porcie Mastichari skąd nasz piracki statek rusza w około 45-minutowy rejs na wyspę Kalymnos. Wyspiarze przez stulecia zajmowali się połowem gąbek morskich. Do dziś w miasteczku Kalymnos (znanym też jako Pothia) znajduje się wiele manufaktur gdzie można dowiedzieć się co nieco o połowie jak i zakupić gąbki. Kalymnos jest jednym z ostatnich miejsc na świecie gdzie zawód poławiacza gąbek jest wciąż kultywowany.

Miasteczko Pothia jest malutkie, nieco senne, zachowało swój tradycyjny charakter i nam się bardzo ale to bardzo podobało. Chętnie zostałabym tam na dłużej. Przy deptaku w okolicy portu ciągną się kawiarenki i tawerny. W miasteczku warto zobaczyć Muzeum Morskie, kościół Przemienienia Pańskiego, pałac Vouvalisa czy Muzeum Archeologiczne. Ale ja przede wszystkim polecam zgubić się w wąskich uliczkach i to najlepiej tych oddalonych od portu i głównej alejki. Doświadczycie tam prawdziwego greckiego życia, z dala od masowej turystyki i codziennego pędu. Ja byłam zachwycona i bardzo bym chciała kiedyś na Kalymnos wrócić ale na dłużej.

Wyspa poza tym, że słynie z gąbek znana jest wszystkim wspinaczom. W 1997 roku wyznaczono na wyspie 47 tras wspinaczkowych, a od 1999 roku na wyspę zaczęli przybywać wspinacze z całej Europy. Wspinaczka jest tu możliwa przez cały rok dzięki korzystnym warunkom klimatycznym.

Nadmorska wieś Masouri słynąca z imponujących skał uważana jest za wspinaczkowy raj. W miejscowości Scalia poza skalistymi zboczami znajduje się też jaskinia.

Nazwa Kalymnos oznacza dobre porty i według Iliady to stąd wyspiarze wysyłali okręty pod Troję.

Plati

Po zobaczeniu przeuroczej Kalymnos ruszamy dalej – na bezludną wyspę Plati. Wyspa jest bezludna choć znajduje się na niej jeden dom. Zamieszkiwała go para grecko-włoska ale po rozwodzie (no cóż, życie) obydwoje zdecydowali się opuścić wyspę. Dziś na wyspie spotkacie wojsko, które tu stacjonuje i stąd rusza na patrolowanie wód wokół wyspy Kos.

Ponadto na wyspie znajduje się malutki kościółek. Typowa grecka świątynia – białe mury i błękitna kopuła. To wszystko na małym wzniesieniu górujące nad błękitnym morzem. Pocztówka bez filtra.

Przy kościółku znajdują się dwie plaże. Jedna z łatwym zejściem gdzie ruszają wszyscy pasażerowie statku i druga wydawałoby się niedostępna. Ale da się na nią wejść bez większego problemu. Jedyne utrudnienie jest takie, że trzeba przejść przez morze (ciepłe i przyjemne) po śliskich kamieniach. Więc jeśli się zdecydujecie to uważajcie na tych kamieniach. Najlepiej zabierzcie buty do wody. Kamienie są obrośnięte roślinnością i naprawdę ciężko utrzymać na nich równowagę. Ale dla posiadania plaży wyłącznie dla siebie warto się tam przedostać.

Pserimos

Ostatni przystanek na trasie naszego rejsu. Wyspa oddalona od Plati o zaledwie 500 metrów. Tu naprawdę nie ma nic do zwiedzania ale to kolejna możliwość zobaczenia Grecji niekomercyjnej. Przy porcie jest oczywiście kilka straganów z pamiątkami i tawern ale odejdźcie trochę od tej pierwszej linii brzegowej i odetchnijcie głęboko. To Grecja. Biedna i nie tak pocztówkowa ale prawdziwa.

Na Pserimos decydujemy się na plażowanie i kąpiel w morzu. I ta kąpiel to przeżycie doprawdy dziwne. W zatoce mieszają się różne prądy. Wchodząc do morza będziecie co chwilę czuć napływającą to ciepłą, to zimną wodę. Stoicie sobie – ciepło, przejdziecie 20 cm dalej – zimno. I tak w kółko. Ciekawe doświadczenie choć nie wiem czy chciałabym je powtórzyć. Termoreceptory szaleją 😀

Czy warto wybrać się na taki rejs?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Kosztował nas 30 EUR od osoby (łącznie z transferem z hotelu do portu i z powrotem oraz z wyżywieniem) a był to cudowny dzień spędzony na morzu (nawet nie bujało za bardzo) i na przepięknych wyspach. Jeśli wybieracie się na Kos to BARDZO polecam Wam taką atrakcję.

Wyspa Kos – zwiedzanie

Jak już wspominałam we wpisie gdzie macie wszystkie niezbędna informacje jak zorganizować sobie wakacje w Grecji, na Kos wynajęliśmy samochód i tak zwiedzaliśmy wyspę. Poniżej wszystkie must-see tej całkiem sporej greckiej wyspy.

Miasto Kos – atrakcje

Stolica, główny port i tak naprawdę jedyne miasto na wyspie. Uwaga, wjeżdżając do miasta musicie zostawić auto na jednym z parkingów w okolicy Casa Romana, gdyż bliżej centrum i portu nie ma parkingu z prawdziwego zdarzenia, są tylko jakieś pojedyncze miejsca parkingowe, zazwyczaj zajęte.

Ponieważ auto zostawiamy właśnie na tym parkingu to zwiedzanie miasta Kos zaczynamy od Plateia Diagora – małego placyku położonego po drugiej stronie ulicy. Dojście jest schodkami, na końcu których zobaczycie minaret – pozostałość po meczecie. Na przeuroczym placyku, który jest po drugiej stronie minaretu, robimy sobie przerwę na kawę. Przysiadamy w tradycyjnej tawernie i podziwiamy kolorową zabudowę ozdobioną cudowną roślinnością. Właśnie za takie miejsca kocham Grecję!

Po podniesieniu poziomu kofeiny we krwi ruszamy dalej. Uliczką Teologou ruszamy w kierunku ruin i pozostałości z czasów rzymskich – gimnazjonu, łaźni i antycznego stadionu. Ja szczerze mówiąc nie mam tak bujnej wyobraźni, żeby w kupie kamieni zobaczyć to co było tam tysiące lat temu więc robimy parę zdjęć i kierujemy się w stronę portu.

Spacerujemy chwilę wzdłuż łódek i jachtów mając świadomość, że do portu w Kos za kilka dni wrócimy, by popłynąć do Bodrum.

Z portu ruszamy więc w kierunku głównego placu miasta ale z bardzo ważnym przystankiem po drodze 😀 Ten przystanek to najbardziej instagramowe miejsce w mieście a chyba nawet na całej wyspie. Mowa o The Fish House Taverna przy ulicy Martiou St Kos Harbour 25. Na pewno nie przegapicie tego miejsca, bo zawsze stoi tam kolejka osób czekających na to, żeby zrobić sobie zdjęć w bajkowej scenerii. Są wymalowane na biało schody, niebieskie dzbany, różowe kwiaty, kolorowe krzesełka. Wszystko spójne, piękne, nic tylko robić zdjęcia i wrzucać na insta 😉 Tudzież na bloga 😉

Po tej fotopauzie ruszamy dalej w kierunku placu Eleftherias – jednego z głównych i największych placów w mieście. Stoi przy nim meczet Defterdar przykuwający uwagę czerwonymi kopułami i wieżyczką wysokiego minaretu. W meczecie znajduje się mauzeoleum Hadżiego Paszy – słynnego XVIII-wiecznego dowódcy wojsk tureckich. Meczet otwiera się tylko w piątki, gdy muzułmańskie rodziny (jest ich na Kos około 50) mogą się tu modlić, a turyści mogą zajrzeć do środka.

W południowej stronie placu znajduje się kryty bazar. Warto tam zajrzeć, popatrzeć, przejść się ale zdecydowanie nie polecam robienia tu zakupów. Ceny są średnio 30% wyższe niż w innych miejscach. Te same produkty kupicie w innych sklepach zarówno w mieście, jak i w innych miejscowościach na wyspie a za sporo mniejsze pieniądze. To niestety taka typowa pułapka turystyczna. Wejście do hali jest cudownie oplecione bugenwillami.

Nieopodal targu znajduje się cerkiew Agia Paraskevi – świętej mniszki kościoła prawosławnego. Jest to najważniejsza cerkiew w całym mieście. Wewnątrz znajdują się bizantyjskie obrazy. Niestety podczas naszego pobytu cerkiew była w remoncie. Uległa ona poważnym zniszczeniom podczas trzęsienia ziemi w 2007 roku.

Z placu kierujemy się ku agorze. Jest to ogromny teren, agora w mieście Kos miała wymiary 300 na 80 metrów i była jedną z największych w czasach starożytnych. Na terenie agory znajdują się pozostałości świątyni Afrodyty, świątyni Dionizosa, mozaiki, ruiny bazyliki czy pozostałości średniowiecznych murów oraz hellenistycznych wałów obronnych. Wstęp na teren agory jest bezpłatny.

Spacerując wzdłuż agory w kierunku portu warto też zwrócić uwagę na kolorowy budynek hotelu Gelsomino. Dzielnica, w której się znajduje nazywana jest dzielnicą włoską. Hotel powstał w 1929 roku i zaprojektował go Rodolfo Petracco. A w dzielnicy włoskiej poza hotelem znajdziemy też siedzibę gubernatora, bastion Schlegelholz, ratusz i budynek sądu.

W tej okolicy znajduje się też zamek rycerzy św. Jana stojący na cyplu. Jest o jednocześnie naturalna zasłona chroniąca miasto przed wiatrem, dawniej była twierdzą chroniącą wybrzeże. W 1933 roku zamek został zdobyty przez Niemców i stał się obozem jenieckim dla żołnierzy włoskich i angielskich. Kiedyś zamek nazywano Nerantzia od gaju pomarańczowego, który go wtedy otaczał. Fortecę opasują dwa kręgi grubych murów, a na jej teren prowadzi most przerzucony nad dawną fosą. Obecnie pod mostem ciągnie się Aleja Palmowa.

Przy agorze znajduje się też plac Platanou z najstarszym platanem w mieście zwanym platanem Hipokratesa, który ma ponad 500 lat. Konary drzewa podtrzymywane są przez metalowe rusztowanie. Mieszkańcy Kos uważają, że drzewo zostało zasadzone przez samego Hipokratesa, który w jego cieniu przyjmował pacjentów. Wg legend pod tym samym drzewem nauczał też apostoł Paweł.

W sąsiedztwie placu znajduje się meczet z loggią zwany świątynią Gazi Hassana, który zbudował go w 1876 roku prawdopodobnie w miejscu bizantyjskiej świątyni. Obok meczetu znajduje się fontanna, a jego kopuła wsparta jest na 7 filarach. Drewno użyte do budowy dachu meczetu pochodziło z… wraku szwedzkiego statku.

I na koniec tuż przed powrotem na parking zaglądamy do Casa Romana. Są to pozostałości świątyni patrycjuszowskiej z III wieku. Niestety jak wszystkie ruiny – mnie nie przekonują i nie widzę tam rezydencji tylko kupę kamieni, no sorry.

Tłocznia oliwy

W miejscowości Zipari znajduje się mała fabryka oliwy. Ja w tłoczni oliwy byłam już nie raz stąd byłam tą atrakcją średnio zainteresowana ale przy fabryce znajduje się sklepik. A dobrej oliwy nigdy za dużo. Sami widzicie, że sklep jest bardzo stylowo urządzony, można skosztować oliwy i oliwek oraz oczywiście zrobić zakupy. Oliwa jest tu rzeczywiście tańsza niż w innych miejscach na wyspie (nawet w marketach) więc polecam zrobić sobie przystanek na mały shopping. Poza oliwą i produktami spożywczymi kupicie tu też kosmetyki na bazie oliwy z oliwek i przeróżne zestawy prezentowe.

Kapliczki i kościoły

Jakimikolwiek drogami będziecie podróżować po Kos miniecie dziesiątki przeuroczych białych kościółków z niebieskimi kopułami. Taki typowy grecki obrazek. Warto się przy którejś zatrzymać na zdjęcia.

Mastichari

Spokojny kurort i centrum rybołówstwa. Znajduje się tu też niewielki port, z którego wypływają promy i statki wycieczkowe na wysepkę Kalymnos.

Przy porcie znajduje się rondo z posągiem Posejdona.

Mastichari może poszczycić się piękną, czystą, szeroką plażą. Jest tu sporo leżaków i centrum sportów wodnych. Przy plaży działa też sporo tawern i barów a bardziej w głąb miasteczka znajdziecie kilka sklepików z pamiątkami i marketów.

Przy tej plaży można oglądać przepiękne zachody słońca.

Tigaki

Dosyć spokojny kurort. Większy niż Mastichari ale daleko mu do Kardameny. Tigaki to właściwie jedna ulica prowadząca do plaży pełna kolorowo urządzonych tawern, barów i restauracji oraz sklepików z pamiątkami. Wszystko jest tu bardzo gustownie urządzone i przyjemne. Plaża jak dla mnie za bardzo zastawiona leżakami i nie tak ładna jak ta w Mastichari.

Słone jeziorko Alikes

Znajduje się pomiędzy kurotami Tigaki i Marmari. Właściwie są to słone bagna wykorzystywane kiedyś do odparowywania soli z wody morskiej. Główną atrakcją jeziorka są brodzące w nim nieraz flamingi. My niestety nie mieliśmy przyjemności ich spotkać. Flamingi można spotkać w czerwcu i lipcu więc my byliśmy chyba trochę za wcześniej 😉 Przy jeziorku znajduje się kilka parkingów z różnych stron. My jechaliśmy od strony Tigaki, zostawiliśmy samochód nieopodal hotelu Oasis skąd do jeziorka prowadzi króciutka ścieżka.

Asklepiejon – świątynia Asklepiosa

To najlepiej zachowany z 300 greckich Asklepiejonów, jedno z największych osiągnięć architektonicznych okresu hellenistycznego. Asklepiejony były świątyniami Asklepiosa. Bilet wstępu do ruin (bo to tylko ruiny, nie oszukujmy się) kosztuje 8 EUR więc zrezygnowaliśmy z wejścia. Natomiast jak wejdziecie na polankę po lewej stronie jeszcze przed wejściem na teren Asklepiejonu to jest tam taki płot, przez który wszystko widać. Zdjęcia może jakoś szałowo nie wychodzą ale zobaczyć można wszystko.

Termy – gorące źródła Embros Therma

Jadąc z miasta Kos trzeba kierować się ku Agios Fokas. Tam warto zrobić foto-pauzę przy latarni morskiej.

Same termy znajdują się ok. 10 kilometrów od miasta Kos, droga prowadzi przez góry więc widoki po drodze są przepiękne. Sporo osób pokonuje tę trasę rowerami.

Same termy są małe i nie oszukujmy się – śmierdzące. Ale bardzo Wam polecam wizytę w tym miejscu, żeby pooglądać czarne plaże (nie aż tak czarne jak na Islandii ale jednak), wystające z morza składy i generalnie przyjemną Therma Beach. Same źródła zostały odkryte w 1934 roku,

Zaparkować trzeba przy głównej drodze – jest tam dobrze oznakowany parking i mała restauracja przy nim. Następnie trzeba schodzić w dół mijając plaże i skały aż docieramy do miejsca docelowego, czyli źródełek z wodą o temperaturze 45 – 50 stopni. W wodzie można się kąpać, ponieważ miesza się ona z chłodną wodą morską. Pamiętajcie jednak, żeby przed kąpielą zdjąć biżuterię i może nie zakładać swojego najlepszego stroju plażowego, bo raz, że będzie śmierdział, a dwa, że może się zniszczyć. My tylko sobie na źródełka popatrzyliśmy, nie mieliśmy ochoty na kąpiel 😉

Woda w źródełku jest bogata w minerały i podobno ma właściwości lecznicze, szczególnie zalecana jest na dolegliwości reumatyczne. Nie twierdzę, że to nie prawda ale nie oszukujmy się – po jednej kąpieli nikogo nie uzdrowi 😉

Pyli

Maleńkie i spokojne miasteczko położone około 15 km od miasta Kos. Tu żyje się spokojnie, raczej nie spotkacie tu turystów. Wg greckiej mitologii mieszkańcy Pyli udzielili schronienia Heraklesowi.

Miejscowość słynie z tradycyjnych kamiennych domostw otaczających centralny plac miasta.

Około 300 metrów od tego placu znajduje się grobowiec Harmylosa – starożytnego władcy wyspy. Warto też zobaczyć stare źródło wypływające z kamiennej studni w uroczym zacienionym zakątku. Cudownie można się tam schłodzić w upalny dzień.

Warto też zobaczyć lokalny kościół.

Antimachia

Miejscowość leży ok. 4 km od Mastichari. Wg mitologii tutaj Herakles miał się wdać w bójkę z pasterzem Antagorasem.

Najważniejszymi zabytkami miejscowości są tradycyjny Dom Antimachia i Milos tou Papa – stary, tradycyjny wiatrak.

Kardamena

Kolejny kurort, tym razem naprawdę spory, z naprawdę dużym i dobrze zaopatrzonym supermarketem.

Kardamena uchodzi za największą imprezownię Kos – w szczycie sezonu jest tu głośno i tłoczono ale w maju było całkiem przyjemnie.

W Kardamenie jest spory port, jest mnóstwo sklepików, kawiarni, restauracji i barów.

Paradise Beach

Rzekomo najpiękniejsza plaża na wyspie. Jak już pisałam wcześniej – Kos to nie jest wyspa dla miłośników pięknych plaż.

Do Paradise Beach trzeba zjechać z góry. Po drodze znajduje się miejsce, gdzie można się zatrzymać i popatrzeć na plażę z góry.

Po zjechaniu do samej plaży czar pryska – piasek jest szary (jak na większości plaż na Kos). Woda co prawda przejrzysta i czysta ale wszystko zawalone leżakami, budkami z jedzeniem i wszystkim innym czego zachodnioeuropejscy turyści potrzebują do szczęścia 😉 Spędziliśmy tam chwilę, zrobiliśmy zdjęcia i uciekliśmy.

Plaka – Pawi Las

W lesie niedaleko miejscowości Plaka żyje sobie stado pawi, a także koty i żółwie. Tych ostatnich niestety nie mieliśmy przyjemności spotkać. Pawie są niejakim symbolem Kos – zobaczycie je w hotelach (w postaci rzeźb), na magnesikach i pocztówkach. Nie do końca wiadomo skąd się wzięły na wyspie, jedna z legend mówi, że sprowadził je tam sam Aleksander Wielki. W starożytności pawie uważano za ptaki królewskie.

Zia – zachód słońca

Zia to jedno z moich ulubionych miejsc na Kos. Górska wioska, która słynie z zachodów słońca. Naczytałam się, że po godzinie 18 do maleńkiej wioski ciągną dziesiątki autokarów, by zostawić tam turystów i wczesnym wieczorem po nich wrócić. Przyznam, że trochę mnie to przeraziło, ja za tłumami nie przepadam. Na szczęście w maju tłumów nie było. Owszem, było trochę ludzi, ale spokojnie dało się znaleźć miejsce w restauracji i zrobić zakupy.

Zia to świetne miejsce na zakup pamiątek – stragany ciągną się jeden przy drugim, wybór wszystkiego jest ogromny, a ceny najniższe na całej wyspie.

Jeśli chodzi o oglądanie zachodu słońca to polecam restaurację Sunset Balcony. Idąc wzdłuż głównej uliczki miasta w pewnym momencie trzeba pójść w prawo, do góry. Jak będziecie szli od parkingu do macie jedną uliczkę, która w pewnym momencie skręca w lewo. Zamiast iść w lewo to idźcie w prawo, wzdłuż straganów z pamiątkami. W pewnym momencie zaczną się schody. Miniecie kilka barów i restauracji i na końcu dotrzecie do tawerny Sunset Balcony. Jest ona najwyżej położoną restauracją w miasteczku, funkcjonuje od 33 lat i oferuje najpiękniejszy widok na zachodzące słońce. Jedzenie jest tu nieco droższe niż w pozostałych tawernach (ale też nie jakieś szalenie drogie, za 3 napoje i jakieś tzatziki zapłaciliśmy 10 EUR) ale ten widok jest tego wart.

Przy restauracji znajduje się kościół Agios Georgios – bizantyjska budowla, do której warto zajrzeć.

Sama wioska jest przeurocza. Nie brakuje tu kolorowo urządzonych restauracji, tawern i barów. Ludzie są niesamowicie otwarci i przyjaźni. No i te widoki – nie tylko podczas zachodu słońca. Z wioski macie widok na całą okolicę, na góry i na morze Egejskie. Jest pocztówkowo, pięknie i bardzo przyjemnie.

No i last but not least – dojazd. Droga wiedzie wśród gajów oliwnych, czasem drogę zablokuje Wam stado kóz. Bajka.

Agios Dimitrios

Wioska znajdująca się w okolicy Zia. Wsród opustoszałych uliczek (poza nami naprawdę nie było tam żywej duszy) znajduje się kościół Agios Dimitrios wzniesiony na pozostałościach starej bazyliki chrześcijańskiej. Kościół wieńczy imponująca dzwonnica.

Wyspa Kos – informacje praktyczne

Kos – wyspa leżąca na Morzu Egejskim, nieopodal wybrzeża Turcji. Wchodzi w skład archipelagu Dodekanez, który z kolei należy do Sporadów Południowych. Powierzchnia wyspy wynosi 290 kilometrów kwadratowych.

Kos – jak się dostać z Polski?

Najszybciej, najłatwiej i najtaniej jest kupić wakacje w biurze podróży. Ceny wakacji na Kos nie są wygórowane a biorąc pod uwagę, że z Polski nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych innych niż czarterowe to wybór pakietu lot+hotel+transfer wydaje się najrozsądniejszą opcją. Bezpośredni przelot z Polski trwa ok. 2,5 godziny.

Można oczywiście kombinować dolot do Aten i z Aten greckimi liniami na Kos ale koszt takich lotów przewyższy koszt całych wakacji kupionych u touroperatora.

Kos leży zaledwie 5 kilometrów od tureckiego miasta Bodrum więc można też kombinować z lotem do tego tureckiego miasta, a następnie promem na Kos (przeprawa trwa nieco ponad godzinę).

Kos – dojazd z lotniska

Nasze wakacje były wyjazdem z biurem podróży więc transfer zapewniało biuro. Jeśli lecicie na własną rękę to możecie skorzystać z taksówek, wynająć auto lub skorzystać z komunikacji publicznej KTEL. Przed terminalem znajduje się przystanek, z którego ruszają autobusy do miasta Kos, Kefalos, Mastichari i Kardameny. Cena pojedynczego biletu wynosi od 2 do 4,4 EUR.

Jeszcze kilka słów o lotnisku na Kos (KGS). Nie przesadzę jeśli powiem, że to najgorsze lotnisko na jakim w życiu byłam. Przede wszystkim jest mikroskopijnie małe i nieprzystosowane do obsługiwania takiej ilości połączeń jakie obsługuje. Kolejka do odprawy ciągnie się na zewnątrz terminalu (!!!) więc nie zapomnijcie zabrać zapasu wody wybierając się na lotnisko. Punktów check-in jest dosłownie kilka, pasażerowie są stopniowo wpuszczani na teren lotniska. Po odprawie musicie sami zanieść swój bagaż do prześwietlenia (to akurat procedura znana z wielu greckich lotnisk), a następnie udać się do kontroli bezpieczeństwa. Tam czekają aż 2 (!!!) stanowiska. Po przejściu kontroli znajdujecie się w strefie, która jest w stanie pomieścić pasażerów 2 samolotów (już w maju na Kos samolotów było kilka na godzinę więc możecie wyobrazić sobie co tam się dzieje). Nie ma miejsca, jest jeden sklep wolnocłowy i jedna kawiarnia. Klimatyzacja rozkręcona na maksa więc weźcie bluzę albo nawet kurtkę. Ale z tego co czytałam w zeszłym roku jeszcze tej klimatyzacji nie było i nawet nie chcę myśleć co tam się musiało dziać. Jeśli spędzacie na tym lotnisku 2 godziny przed odlotem samolotu to oczywiście da się przeżyć ale w przypadku jakiegoś opóźnienia gdy trzeba by tam spędzić kilka godzin – dramat.

Kos – hotele, gdzie się zatrzymać?

Od razu mówię, że Kos nie jest wyspą dla miłośników pięknych plaż. Jeśli liczycie na szeroki biały piasek i turkusowe morze to od razu rozważcie wakacje na Korfu, Krecie czy innym Zakynthosie ale Kos sobie odpuśćcie.

Najsłynniejsze kurorty na Kos to Kardamena, Mastichari, Lambi, miasto Kos, Kamari i Tigaki. My stacjonowaliśmy w Mastichari – bardzo spokojna miejscówka, plaże niezastawione leżakami co do milimetra jak to jest np. na Paradise Beach. Nie jest to typowy kurort z knajpami dudniącymi muzyką i sklepem na sklepie. Owszem, jest kilka tawern, barów, parę sklepików. Ja wolę takie miejsca i gdyby miała wrócić na Kos to wybrałam ponownie Mastichari.

Dobre wrażenie zrobiła na mnie miejscowość Tigaki – jest już większa i bardziej gwarna niż Mastichari ale cały czas w akceptowalnych granicach. Plaża taka sobie ale z leżakami, sporo bardzo przyjemnych tawern i knajpek, mnóstwo sklepów.

Kardamena to zdecydowanie jeden z największych kurortów na wyspie. Też jest tu mnóstwo sklepików z mydłem i powidłem, jest porządny supermarket, są knajpy i restauracje. W maju było jeszcze dość spokojnie ale myślę, że wakacje w sezonie byłyby już tam dla mnie męczące.

Kamari to wybrzeże słynące z najpiękniejszych plaż na wyspie – Paradise Beach, Agios Stefanos Bay i Camel Beach. Nas szczerze mówiąc zupełnie nie przekonały te miejsca.

Jeśli chcecie być w centrum wyspiarskich wydarzeń to najlepiej stacjonować w mieście Kos (jest tu mnóstwo hoteli położonych nad zatoką) lub będącej jego przedłużeniem Lambi. Myślę, że to druga dobra miejscówka na spędzenie wakacji na Kos. Zwłaszcza jeśli chcielibyście zwiedzać wyspę komunikacją publiczną – wszystkie autobusy wyruszają z miasta Kos.

Kos – komunikacja po wyspie

Są autobusy firmy KTEL, które łączą wszystkie najważniejsze punkty na wyspie ale po pierwsze jeżdżą rzadko (czasem tylko 2 razy dziennie!), a po drugie jeżdżą wolno i dookoła więc takie podróżowanie zajmuje bardzo dużo czasu.

My decydujemy się na wynajęcie auta. Koszt wynajęcia samochodu wynosi 40 EUR za dzień (z pełnym ubezpieczeniem), przy wynajęciu od 3 dni ceny za dzień są niższe. Za benzynę zapłaciliśmy 17 EUR a przejechaliśmy prawie całą wyspę. Litr benzyny na Kos kosztuje 1,7 – 1,8 EUR. Auto wynajęliśmy w hotelu, można było też wynająć od rezydentki ale za to samo auto musielibyśmy zapłacić 77 EUR za dzień 😀

Weźcie pod uwagę, że wyspa jest naprawdę spora i górzysta więc nie zwiedzicie jej całej w ciągu 1 dnia. Jeśli chcecie zobaczyć wszystko na spokojnie to weźcie auto na 2 dni, my mieliśmy na jeden i musiałam okrajać nasz program zwiedzania.

Kos – bezpieczeństwo

Kilka lat temu głośno było o problemie z uchodźcami na Kos. Nie wiem jak było wtedy ale teraz jest zupełnie bezpiecznie i spokojnie. Zjechaliśmy wyspę prawie całą i rzeczywiście wysoko w górach w jakiejś wsi jest obóz dla uchodźców ale my się tam nie zatrzymywaliśmy (zresztą w okolicy nic nie ma do zwiedzania) i nie stanowi to żadnego zagrożenia. W kurortach czy mieście Kos jest zupełnie bezpiecznie, nie ma się czego obawiać.

To na co musicie uważać lecąc na Kos to… komary. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak pocięta przez tych krwiopijców jak po pierwszej nocy na Kos! Komary pojawiają się wieczorami i są w pokojach, na plaży, absolutnie wszędzie. Na szczęście na wyspie można kupić preparaty na ukąszenia i zapobiegające ukąszeniom. Ale żeby nie być po pierwszej nocy w kropki (jak ja) – dobrze radzę weźcie jakiś spray i śpijcie przy zamkniętych oknach. Ja dostałam pokój z widokiem na morze i chciałam spać przy szumie fal. Miałam zatem szum fal i bzyczenie komarów 😀

Kos – co kupić, co przywieźć?

Jak zawsze z Grecji – oliwę z oliwek. Na Kos jest jedna tłocznia oliwy, którą można zwiedzić i gdzie można kupić oliwę (a wcześniej jej spróbować). Oliw jest kilka i warto wybrać, która nam najbardziej odpowiada. Oliwę kupicie też w sklepach i marketach w innych punktach wyspy ale jednak w nieco wyższych cenach. W sklepie firmowym litr oliwy extra virgin kosztuje 6,5 EUR. Są też różne mini oliwy i zestawy prezentowe. Każdy coś znajdzie dla siebie.

Poza tym z Kos warto przywieźć miód tymiankowy i dżem z pomidorów.

Kos – co zjeść?

Kos to Grecja więc mamy kuchnię grecką ze wszystkimi jej flagowymi daniami. Zjecie musakę, sałatkę grecką, ser feta, faszerowane papryki a to wszystko polane przepyszną oliwą. Jeśli chodzi o desery to dla mnie w Grecji istnieje tylko jeden – grecki jogurt z miodem. Jadłam codziennie. Dla miłośników słodyczy słodkich do granic możliwości – baklava. Kiedyś uwielbiałam, teraz nie jestem w stanie przełknąć.

Kos – na własną rękę czy z biurem podróży?

Jak już wspominałam ciężko będzie zorganizować lot, hotel i transfery w cenie niższej niż biura podróży oferują gotowe pakiety dlatego myślę, że prościej będzie z biurem. Zwłaszcza, że na Kos polecicie czarterem praktycznie z każdego większego miasta w Polsce.

Natomiast jeśli chodzi o organizację czasu na miejscu to jak najbardziej na własną rękę. Pisałam o cenie wynajmu samochodu – 77 EUR u rezydentki versus 40 EUR w hotelu (mówimy o takim samym samochodzie z takim samym pakietem świadczeń). Podobnie wycieczki – to co u rezydentki kosztowało 50 EUR w hotelowej recepcji lub w jednym z lokalnych biur podróży można było kupić za 25-30 EUR. Różnica ogromna. Ja rozumiem, że biuro podróży nie jest instytucją charytatywną ale z cenami wycieczek naprawdę przesadzają. Rozumiem 10-15% więcej niż w biurze lokalnym ale aż tyle? Zwłaszcza, że to są te same wycieczki organizowane przez te same biura lokalne, do których polskie biuro czasem doda polskojęzycznego przewodnika, a czasem tylko pośredniczy w sprzedaży. Biura chyba zauważyły spadek zainteresowania wycieczkami więc niektóre z nich już oferują możliwość zakupu wycieczek fakultatywnych przed wyjazdem, przy rezerwacji wakacji. Żebyś ogarnięty człowieku nie zdążył wyjść na miasto i zobaczyć, że to co biuro oferuje Ci za kwotę X, możesz kupić za 0,4 czy 0,5x. A jak już kupisz w Polsce to przecież potem się nie wycofasz jak znajdziesz taniej na miejscu.

Kos – czy warto?

Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie miałam Kos na liście miejsc do zobaczenia. I w sumie zastanawiam się czemu padło właśnie na Kos… Chyba ze względu na możliwość zobaczenia kilku fajnych wysepek w okolicy.

W każdym razie wyspa Kos mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie obfituje w piękne plaże ale ma sporo do zaoferowania. Miasto Kos jest prawdziwą perełką. Nas chyba najbardziej zachwyciły regiony górskie ale to jeszcze będę wszystko opisywać. Do tego przecudowna wyspa Kalymnos, którą można (a nawet trzeba!) odwiedzić przy okazji wakacji na Kos. Jeśli rozważacie wakacje na Kos to ja polecam tę wyspę z całego serca.

Lucerna – perełka Szwajcarii

Miasto, którego w ogóle nie było w moich planach. Zurych mimo iż piękny to nie oferuje tyle atrakcji, żeby spędzić tam całe 3 dni. po pierwszym dniu uznałam, że muszę się ruszyć gdzieś dalej. Szybkie spojrzenie na mapę i padło na Lucernę. Dojazd pociągiem z Zurychu zajmuje zaledwie godzinę. Szwajcarska kolej działa jak szwajcarski zegarek 😉 Bez zarzutu.

Okazuje się, że miastem zauroczone były takie sławy jak królowa Wiktoria, Goethe, Victor Hugo, Albert Einstein czy Lew Tołstoj. Ja już po pierwszych minutach spędzonych w mieście dołączyłam do tego grona. Miasto położone jest malowniczo nad Jeziorem Czterech Kantonów, u stóp Alp. Szwajcaria jak z pocztówki.

Lucerna to Miasto Świateł. Dla Paryża to tylko przydomek, dla Lucerny nazwa miasta. Nazwa wg legendy wzięła się stąd, że anioł w świetlistym obłoku wskazał mieszkańcom brzeg jeziora, na którym mieli zbudować kaplicę św. Mikołaja – patrona rybaków i żeglarzy.

Tuż przy wyjściu z dworca trafiamy na most, którym przechodzimy na drugą stronę rzeki i jesteśmy na starym mieście. Starówka znajduje się u ujścia rzeki Reuss do jeziora. Nad wodą mieszczą się hotele (nawet ja na Szwajcarię wyjątkowo drogie), restauracje i kawiarnie. Warto usiąść z lamką wina czy kawą i obserwować życie toczące się wokół wody.

Most Kapliczny (Klasztorny)

Symbolem miasta są mosty a najsłynniejszy z nich to 204-metrowy Kapellbrucke – most Kapliczny. Jest w całości zadaszony i w dawnych czasach stanowił część miejskich fortyfikacji. Nie łączy obu brzegów najkrótszą możliwą drogą, a jego kształt wynika z dostosowania kształtu konstrukcji do bagnistego podłoża.

Jest to najstarsza tego typu drewniana konstrukcja w Europie. Most jest symbolem miasta. Latem ozdobionymi kwiatami, zawsze pełen turystów pozujących do zdjęć. Bo być w Lucernie i nie mieć sweet foci na moście? No way 😉 przynajmniej dla tłumu azjatyckich turystów 😉

Do mostu przylega kamienna wieża (Wieża Wodna) na początku będąca elementem systemu obronnego miasta, następnie więzieniem, a obecnie mieści się w miej archiwum.

Sam most spłonął w 1333 roku, to po czym możemy spacerować dziś to rekonstrukcja z 1993 roku.

Spreuerbrucke – Młyński Most (Plewny)

Zbudowany kilkadziesiąt lat po Moście Klasztornym, w 1408 roku. Jest krótszy, też zadaszony. Zdecydowanie mniej popularny wśród turystów.

Lucerna – stare miasto

Starówka to renesansowy pałaca rodziny Am Rhynów, kaplica św. Piotra i Kornmarkt – ratusz miejski. Zbudowany w stylu włoskiego renesansu uznawany jest za jeden z najpiękniejszych budynków w całej Szwajacarii.

Na jednej ze ścian ratusza widać wzorce dawnych miar – stopy i łokcia.

Wąskie uliczki przy Weinmarktgasse są zamknięte dla ruchu kołowego.

Plac Weinmarkt

Weinmarkt to jeden z najpopularniejszych placów w mieście. Nazwa nie jest przypadkowa i dobrze Wam się kojarzy. Kiedyś handlowano tu winem, włoskim zresztą. Następnie plac pełnił rolę targu rybnego. Plac otaczają kolorowe kamieniczki, w ktorych urządzono głównie restauracje. Na placu rośnie lipa, pod którą kiedyś odbywały się sądy.

Hotel Gutsch

Ze starówki widać wznoszący się nad miastem bajkowy pałacyk. Tak na godzinie 1 na powyższym zdjęciu. To luksusowy, XIX-wieczny hotel Gutsch. Zatrzymywały się w nim takie sławy jak Sophia Loren, Charlie Chaplin czy Alfred Hitchcock. Odbyło się tu też wesele DJa Bobo – jednego z najsłynniejszych Szwajcarów. Obecnie hotel znajduje się w rękach rosyjskiego oligarchy – Aleksandra Lebiediewa.

Jezioro Czterech Kantonów

Podobnie jak w Zurychu, jezioro znajduje się nieopodal centrum miasta. Podczas mojego pobytu odbywał się tam festiwal kulinarny – było głośno, gwarno i… smacznie 😉 Widać, że tereny wokół jeziora żyją. Tu mieszkańcy spędzają weekendy, tu turyści szukają wytchnienia w upalne dni.

Lucerna – czy warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Dla mnie odwiedzenie Lucerny było zupełnie nieplanowane, a miasteczko mnie urzekło. Nie miałam pojęcia, że jest tak popularne i są w nim takie tłumy turystów. Rocznie Lucernę odwiedza ponad 5 milionów gości! Z tego powodu myślę, że lepiej wybrać się tam przed lub po sezonie, na pewno będzie spokojniej niż podczas moich lipcowych odwiedzin.

Lucerna to taka Szwajcaria w pigułce – jest piękne jezioro, kolorowa starówka, eleganckie sklepy i restauracje. To wszystko otoczone Alpami. Mój szwajcarski numer 1. Wydaje mi się, że Szwajcaria w ogóle nie jest popularnym kierunkiem podróży, a szkoda. Jest piękna, miasta są czyste, świetnie utrzymane, a przyroda jest tu po prostu nieziemska. Niestety wakacje w Szwajcarii do tanich nie należą, pewnie dlatego aż tak popularna nie jest. Ale ja gorąco polecam, nie tylko zimą na narty 😉

Zurych – weekend w największym mieście Szwajcarii

Zurych – największe miasto uchodzące za stolicę szwajcarskiej finansjery choć nie stolica kraju. Bogate i nudne. Tak mówią. Czy tak jest w rzeczywistości? W pewien gorący lipcowy weekend poleciałam to sprawdzić.

Szwajcarzy powtarzają legendę o tym, że kiedy Bóg tworzył świat Włochom dał piękną przyrodę i doskonałą kuchnię, Niemcom bogactwo i porządek, a Francuzom fantazję i sztukę. Na koniec postanowił stworzyć kraj, który będzie miał to wszystko i tak powstała Szwajcaria. Urocze? Urocze ale naprawdę trudno się z tym nie zgodzić. Złośliwi Niemcy ripostują Szwajcarów mówiąc, że dla równowagi ten mający wszystko kraj został obdarowanymi nudnymi ludźmi. Tu jednak bym polemizowała 😉

Zurich Hauptbahnhof

Niezależnie od tego czy przyjeżdżacie do miasta pociągiem lub busem czy przylatujecie samolotem to pierwsze miejsce jakie napotkacie to Dworzec Główny – Zurich Hauptbahnhof. Dworzec poza funkcjami typowymi dla takiego miejsca jest też przestrzenią sztuki. Podczas mojego pobytu znajdowała się tam taka instalacja jak na powyższym zdjęciu, przez długi czas dworzec zdobiła rzeźba kolorowego anioła w zaawansowanej ciąży zwisającego z sufitu. Dzieje się 😉

Bahnhofstrasse – główna ulica zakupowa Zurychu

Praktycznie naprzeciwko głównego wyjścia z dworca znajduje się Bahnhofstrasse – główna arteria zakupowa miasta, taka zuryska Piąta Aleja. Miesięczny czynsz należy tu do najwyższych w Europie. Jeśli chce zakupić torebkę od jednego z czołowych światowych projektantów albo nowego rolexa – to właśnie tu. Nawet jeśli nie chcecie nic kupić to i tak tu przyjdźcie. Sklepowe wystawy to mała galeria sztuki.

Przy Bahnhofstrasse 21 mieści się jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście – Sprungli. Jej sztandarowym produktem są ciasteczka Luxemburgeli (ciastka luksemburskie), których sprzedaje się pół tony dziennie! Ponadto możecie tu spróbować jednego (lub kilku) z ponad 40 rodzajów pralinek ze szwajcarskiej czekolady.

Paradeplatz

Spacerując ulicą w kierunku jeziora dojdziemy do Paradeplatz wokół którego swoje siedziby mają wszelkie możliwe banki. Miejska legenda głosi, że pod asfaltem, w dawnych kanałach ściekowych, znajdują się tajne skarbce.

Zurych – starówka

Skręcając w lewo dotrzemy do zuryskiej starówki. Sami mieszkańcy pieszczotliwie nazywają ją wioseczką. Nie ma tu żadnych okazałych budowli, za to jest sporo gotyckich kamienic. W wielu z nich działają dziś sklepy, restauracje i kluby. Co chwilę będziecie mijać jakąś fontannę – w Zurychu jest ich ponad 1000! Ważne latem – woda z każdej fontanny nadaje się do picia.

Spacerując po starym mieście warto zwrócić uwagę na Cabaret Voltaire – tę knajpę uważa się za miejsce narodzin dadaizmu – nurtu, który utorował drogę sztuce współczesnej. Idee dadaistów to absurd, odrzucenie wszelkich konwencji, nonsens i prymitywizm. Kawiarnia słynie z organizowanych tu awangardowych wystaw. A propos sztuki, to właśnie w Zurychu swoje pierwsze wystawy organizował Picasso (w budynku dzisiejszego Muzeum Sztuk Pięknych).

Zurych Operahouse

Opera w Zurychu to największa instytucja kulturalna kraju. Rocznie wystawia ponad 300 spektakli co czyni ją jedną z największych pod względem produkcji scen Europy. Budynek, w którym mieści się opera powstał w 1891 roku, został zaprojektowany przez architektów z Wiednia i niestety podczas mojego pobytu był w remoncie.

Plac Bellevue

Znajduje się praktycznie naprzeciwko opery, jest węzłem komunikacyjnym i miejscem spotkań. Otoczony zielenią i kamienicami z przełomu XIX i XX wieku, położony tuż przy brzegu jeziora. Bardzo eleganckie choć zatoczone miejsce.

Grossmunster – katedra

Właściwie to romański kościół protestancki, którego charakterystycznymi punktami są dwie strzeliste wieże, które Szwajcarzy (ktoś nadal twierdzi, że oni są nudni?) nazywają solniczką i pieprzniczką.

Lindenhof

Miejsce spotkań mieszkańców miasta. Stąd rozciąga się piękna panorama Zurychu. Wzgórze otoczone jest lipami skąd wzięła się nazwa.

Jezioro Zuryskie

Jezioro znajdujące się praktycznie w centrum miasta. Wygięte w kształt banana, otoczone parkami i szczytami Alp. O każdej porze pełne ludzi. Tu pracownicy korporacji spędzają przerwę na lunch, tu bawią się dzieci, tu turyści uciekają przed letnimi upałami. Cudowne miejsce. Jak ktoś chce odpocząć bardziej aktywnie – są rowerki wodne, można się wykazać. A potem zjeść coś w jednej z otaczających je restauracji.

Wg tripadvisora jezioro to zuryska atrakcja nr 1. Trudno się z tym nie zgodzić.

Wzdłuż dolnej części północnego brzegu jeziora rozciąga się słynny Złoty Brzeg. Ten region jest znany z niskich stawek podatków oraz wysokich cen nieruchomości – nic dziwnego, że mnóstwo tu budynkami i willi bardzo zamożnej części społeczeństwa. 

Co zjeść w Zurychu?

Nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła chociaż krótkiej wstawki kulinarnej 😉 Byłam w Zurychu w lipcu, było ponad 30 stopni i sama uważałam, że tłuste gorące sery to nie jest najodpowiedniejsze pożywienie ale… Być w Szwajcarii i nie zjeść raclette? 😉 Poczekałam do wieczora, kiedy temperatura spadła do rozsądnych wartości i przy starym mieście zjadłam pyszne, tłuste, tuczące raclette. Kawałki chleba i pikle w rozpływającym się serze – szwajcarska specjalność na każdą porę roku. Musicie!

A na deser koniecznie szwajcarska czekoladka. Albo tuzin czekoladek 😉 Wybór jest ogromny, zarówno w cukierniach jak i zwykłych marketach. Nawet znane u nas marki mają w Szwajcarii dużo bogatszą ofertę. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chyba, że ktoś nie lubi czekolady, podobno są tacy biedni ludzie 😀

Zurych – czy warto?

Zurych w ogóle nie jest nudny. Jest piękny, jest poukładany, czysty. Ale wiecie co pomyślałam po pierwszym dniu pobytu w mieście? To doskonałe miejsce do życia. Tu się nie pędzi jak w innych europejskich metropoliach, tu każdy ma czas, żeby skoczyć nad jezioro, na kawę, na lunch. Ludzie pracują ale nie żyją pracą. Chociaż wedle wszelkich rankingów koszty życia w Zurychu są najwyższe w Europie. Ale z drugiej strony średnia płaca w budżetówce wynosi 6 tysięcy franków. Więc źle się Szwajcarom z Zurychu nie powodzi 😉

Miasto jest stosunkowo niewielkie, nie ma tu wieżowców (najwyższa jest wieża kościelna). Cytując Kramera z Vabanku: Zurych, Alpy, tu się oddycha. Polecam Wam serdecznie taki oddech! Miasto jest na tyle małe, że spokojnie można je obejść w jeden dzień a zwiedzić w dwa stąd już po przylocie musiałam poszukać sobie atrakcji na pozostałe dni mojego pobytu. Padło na Liechtenstein i Lucernę. Pojawią się na blogu już niedługo, stay tuned 😉

W Zurychu odbywa się też jarmark bożonarodzeniowy a całe miasto jest wtedy oświetlone lampkami. Widoki jak z bajki, z pewnością wrócę kiedyś do Zurychu w okresie zimowym.