Arcachon i wydmy Dune du Pilat w jeden dzień z Bordeaux

Podczas naszego wyjazdu do Akwitanii jeden dzień przyszło nam spędzić w nadmorskiej miejscowości Arcachon. Pogoda niestety nie dopisała (było chłodno, pochmurno i przelotnie padało). Niemniej miasteczko bardzo nam się podobało.

Arcachon – co zobaczyć?

Miasteczko położone jest nad zatoką będącą częścią Oceanu Atlantyckiego i jest typowym nadmorskim kurortem. Wzdłuż oceanu ciągnie się deptak otoczony kawiarniami i restauracjami, jest też kilka sklepików (w większości zamkniętych). Nad morzem ustawiono też młyńskie koło i karuzelę. Francuzi chyba wyjątkowo lubują się w tego typu atrakcjach.

Odchodząc od morza warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek otoczonych pastelowymi willami. Zabudowa miasteczka jest naprawdę obłędna. Mimo iż wille w większości wyglądają na opuszczone to stanowią piękny krajobraz. Naprawdę jak z bajki. Każda ma swoją nazwę i na każdej widnieje rok budowy. Większość pochodzi z początku XX wieku.

Arcachon słynie z hodowli ostryg. Pod miastem znajdują się liczne farmy, a ostrygi, których możecie spróbować w Bordeaux czy innych miejscach w regionie pochodzą właśnie z Arcachon.

W okresie wczesnej wiosny miasto robiło wrażenie sennego ale bardzo przyjemnie się tam spacerowało i spędzało czas. Nie traktujcie Arcachon wyłącznie jako bazy wypadowej do wydmy Pilat, koniecznie zróbcie sobie spacer wąskimi uliczkami!

Dune du Pilat – największa wydma w Europie

Plaża Dune du Pilat w 2016 roku znalazła się w rankingu 20 najpiękniejszych plaż świata brytyjskiego dziennika The Guardian. Położona jest dokładnie w miejscowości La Teste-de-Buch, nieopodal Arcachon, 60 km od Bordeaux.

Sama wydma jest największą wydmą w Europie – pod względem wysokości (110-115 metrów i ciągle rośnie) oraz objętości piasku. Ze względu na czynniki meteorologiczne, hydrologiczne i klimatyczne wydma przesuwa się o 1 do 5 metrów rocznie. Ma ona długość 2900 metrów, szerokość 616 metrów i objętość 55 milionów metrów sześciennych piasku.

Wbrew temu co się powszechnie uważa (i co np. pisze Wikipedia a za nią powielają wszystkie blogi) nazwa nie pochodzi od Piłata a od słowa Pilot oznaczającego kopiec. Sąsiadująca z Teste-de-Buche miejscowość Pyla owszem, wzięła swą nazwę od biblijnego Piłata, ale wydma już nie.

Wydma otoczona jest lasami i lazurowym morzem (nawet w pochmurny dzień kolor robił wrażenie).

Wstęp na wydmę jest bezpłatny. Autobusy z miasteczka jeżdżą tak, że na zwiedzanie można przeznaczyć godzinę lub 2,5 godziny. Obawiałam się, że godzina to będzie za mało a 2,5 za dużo. Okazuje się, że spokojnie można wyrobić się w godzinę. I to bez pośpiechu i biegania po wydmie. Dojście od przystanku do wejścia na wydmę zajmuje kilka minut, potem trzeba wdrapać się po ponad 250 schodach i już jesteśmy na wydmie. Można spokojnie po niej pochodzić, posiedzieć, podziwiać widoki i wrócić (wysypując z butów kilogram piasku). Mi się jeszcze udało wciągnąć lody w drodze powrotnej 😉 Przy wydmie znajduje się kilka sklepów z pamiątkami i barów. Jest też toaleta.

Cała wydma wraz z otaczającymi ją lasami (6800 hektarów) jest pod ścisłą ochroną, a od 1930 roku jest pomnikiem przyrody.

Zrobiła na nas ogromne wrażenie mimo kilku wycieczek szkolnych (banda rozwrzeszczanych dzieciaków to nie jest idealny towarzysz podróży ale cóż). Spacerując kawałek dalej od zejścia ze schodów można mieć spory kawałek piasku dla siebie. I ciszę, spokój oraz genialne widoki będące połączeniem piasku, wody i zieleni lasów. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Francji, nie tylko w Akwitanii.

Saint-Emilion w jeden dzień z Bordeaux

Saint-Emilion to średniowieczna osada słynąca z uprawy winorośli i produkcji wina. Miasteczko i otaczające je winnice zostały wpisane w 1999 roku na listę UNESCO. O tym jak dostać się z Bordeaux do Saint Emilion pisałam TU. Miasteczko leży zaledwie 35 km od Bordeaux. Rocznie odwiedza je ponad milion turystów z całego świata. Na szczęście większość z nich w okresie letnim i jesiennym (podczas zbiorów winogron). Podczas naszej kwietniowej wizyty było luźno i spokojnie.

Nazwa miasteczka pochodzi od imienia mnicha Emiliana przybyłego z Bretanii w VIII wieku. Założył tu swoją pustelnię. Sławę zyskał dzięki licznym uzdrowieniom, których dokonywał. Grota, w której mieszkał stała się miejscem kultu i licznych pielgrzymek. Na pamiątkę tych cudów jedna z grot została zamieniona w kościół monolityczny wykuty w skale.

Place du Clocher

Zwiedzanie miasteczka najlepiej rozpocząć od Place du Clocher. Tu znajduje się centrum informacji turystycznej gdzie można uzyskać mapki, informacje o chateaux (zamkach-winnicach) czy wypożyczyć rower. Nasz wstępny plan zakładał wypożyczenie tego środka transportu ale cena 18 EUR nad trochę odstraszyła. W każdym razie i miasteczko, i otaczające je winnice da się bez problemu odwiedzić pieszo. Jadąc do Saint-Emilion załóżcie porządne buty, brukowane uliczki co chwilę prowadzą to w dół, to w górę i łatwo się poślizgnąć.

Z placu rozciąga się piękna panorama dolnej części miasteczka.

Eglise Collegiale

Jeden z głównych kościołów miasta, położony tuż przy punkcie informacji turystycznej. Właściwie informacja turystyczna znajduje się w dawnym refektarzu kościelnym.

Ogromna budowla to XII-wieczny kompleks romańskiej świątyni i licznych krużganków. Jest to jeden z największych kościołów w całym regionie Żyrondy. Jest miejscem licznych koncertów i wydarzeń kulturalnych.

Między krużgankami znajduje się piękny ogród, który ma symbolizować biblijny Eden. Same krużganki są kolorowe i pięknie udekorowane. Dekoracje datuje się na XIII i XIV wiek. W kościele są pochowane wszystkie osoby ważne dla społeczności Saint-Emilion.

Kościół monolityczny

Wykuty w skale kościół monolityczny znajduje się w dolnej części miasteczka, tak jakby pod kościołem Eglise Collegiale. To tu miała znajdować się grota mnicha Emiliana. Budynek przypomina podziemną katedrę, datuje się go na XII i XIII wiek. Kościół został zniszczony w XVI wieku, odbudowano go dopiero w XX wieku. Przy kościele znajduje się chyba największy plac w mieście z kilkoma restauracjami i sklepami z winem. Do kościoła należy 68-metrowa dzwonnica. Kościół można zwiedzać tylko podczas zorganizowanych wycieczek z przewodnikiem.

Market Hall

Znajduje się tuż obok placu z kościołem monolitycznym. Arkadowa konstrukcja pamięta czasy średniowiecza, latem jest miejscem gdzie turyści uciekają przed słońcem, wczesną wiosną raczej leniwym zaułkiem, z którego można podziwiać plac. Znajduje się tu kilka sklepików. W XVIII wieku hala była miejscem zgromadzeń rady miejskiej.

Wieża Króla

XIII-wieczny zabytek, który królewski jest tylko z nazwy, bo nikt nie wie kto i dla kogo go wybudował. Wieża ma 32 metry wysokości, prawdopodobnie pełniła na samym początku swojego istnienia rolę ratusza. Dziś miejscem, w którym ogłasza się oficjalne rozpoczęcie winobrania (we wrześniu) i gdzie ogłasza się ranking nowych win (w czerwcu).

Na wieżę można wejść, trzeba pokonać 118 stopni i zapłacić 2 EUR.

Lavoirs

Nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć. Myjnia? 😉 Kształt całego Saint-Emilion powstał wskutek wody obmywającej skały i tworzącej naturalne jaskinie. To miejsce to źródło naturalnej wody gdzie dawniej kobiety po prostu robiły pranie. Przy okazji było miejscem spotkań i wymiany ploteczek. Dziś jest miejscem spotkań turystów przed wyruszeniem do górnej części miasteczka.

Cloitre des Cordeliers

Klasztor z podziemnymi piwniczkami na wino, który został opuszczony podczas Rewolucji Francuskiej. Do dziś produkuje się tu tradycyjną metodą podobno legendarne już wino musujące. Niestety podczas naszego pobytu w remoncie, nie pozwolono nam wejść. Ukradkiem udało mi się pstryknąć jedno zdjęcie 😉

Porte Brunet

Brama miejska, którą miniecie opuszczając miasteczko i udając się w stronę hektarów winorośli.

Jest pozostałością dawnych miejskich fortyfikacji, pełniła bardziej rolę ceremonialną niż obronną – miała pokazywać siłę i bogactwo miasta wszystkim, którzy do niego wjeżdżali. Była też miejscem poboru opłat za wstęp do centrum. Była jedną z sześciu tego typu bram okalających miasto. Jako jedyna się zachowała, pozostałe zostały zniszczone podczas wojen religijnych w XVI wieku.

Winnice Saint-Emilion

Nie oszukujmy się, do Saint Emilion nikt nie jedzie, żeby zwiedzać kościoły czy spacerować wąskimi uliczkami miasta. Żeby była jasność – miasteczko jest przeurocze i spędzony tam dzień uważam za bardzo miły ale głównym punktem wizyty w Saint-Emilion są winnice. Wszystkie winnice regionu Bordeaux, nie tylko w Saint-Emilion, słyną z tego, że są niewielkich rozmiarów i że nie organizuje się tam wycieczek dla kilkudziesięciu osób. Winnice zwiedza się we własnym zakresie.

Na terenie miasta znajduje się kilka piwnic (cave du vin), które można zwiedzać bezpłatnie. Same pola winorośli i chateaux znajdują się w odległości 1-1,5 kilometra od centrum miasteczka. Już w drodze ze stacji kolejowej do miasta mijamy kilka winnic. Zwiedzanie czasem jest bezpłatne, w większości miejsc kosztuje 5 – 10 EUR, najdroższe zdaje się 15 EUR. W cenie najczęściej jest też degustacja.

Nam udało się zwiedzić tylko kilka piwnic w mieście (bardzo polecam!) i pospacerować wzdłuż pól winorośli. Podczas naszego pobytu odbywała się prezentacja młodych win i wszystkie chateaux były opanowane przez profesjonalnych sommelierów.

Saint-Emilion – czy warto?

Powiem tak – jest to miejsce, które obowiązkowo musicie odwiedzić podczas pobytu w Bordeaux. Z nowoczesnej metropolii w godzinę przeniesiecie do czasów średniowiecza, odwiedzicie dziesiątki przeuroczych sklepików (nie tylko z winem) i spróbujecie najlepszego bordeaux na świecie. My się poważnie zastanawiamy czy na emeryturze nie przenieść się tam na stałe i nie mieć małej winnicy 😉 Na własne potrzeby 😉

Bordeaux – zwiedzanie stolicy Akwitanii

Akwitania to zielony region południowo-zachodniej Francji. Stolicą regionu jest Bordeaux będące siedzibą światowej społeczności wina.

Całe XVIII-wieczne centrum miasta zostało w 2007 roku wpisane na listę UNESCO (jako drugie we Francji). Leży ono na wschodnim brzegu rzeki Garonny (z polska Żyrondy) i przybiera kształt un croissant de lune – półksiężyca. Potocznie Francuzi nazywają je Porte de la Lune.

Złoty Trójkąt

Serce miasta stanowi Złoty Trójkąt – Triangle d’Or – ciągnący się od placu Gambetta (podczas naszego pobytu w remoncie), przez Place de la Comedie do placu Tourny.

Place Gambetta w XIX wieku stanowił ścisłe centrum miasta. Pod numerem 10 znajduje się kamień milowy wyznaczający centrum (obecnie nie do odnalezienia gdyż plac jest zastawiony żurawiami i otoczony murem, nie ma do niego wstępu). Podczas Rewolucji Francuskiej na tym placu znajdowała się miejska gilotyna.

Place de la Comedie uchodzi za najbardziej atrakcyjny i luksusowy plac w mieście. Znajduje się przy nim XVIII-wieczny Grand Theatre – Teatr Wielki – a naprzeciwko niego Grand Hotel de Bordeaux (obecnie pod szyldem Intercontinental, z restauracją Gordona Ramsaya na parterze). W okolicy znajduje się też wieża zegarowa, a za nią jedno z popularnych miejsc – kolorowa karuzela w paryskim stylu. Trzeba przyznać, że miejsce jest bardzo szykowne i piękne choć nie przytłaczające.

Spacerując Rue Mautrec z place de la Comedie dotrzemy do mniejszego ale bardzo uroczego Place Du Chapelet z XVII-wiecznym barokowym kościołem, pięknym budynkiem Theatre Francais (obecnie działa tu kino) i oczywiście licznymi knajpkami.

Quincones

Ważnym punktem miasta jest też Esplande de Quinconces z pomnikiem żyrondystów – wpływowych lokalnych polityków deputowanych do Zgromadzenia Rewolucyjnego w 1789r., obalonych przez Robespierra. 

Kolumna za statuą wolności na szczycie mierzy 43 metry. Po obu stronach kolumny znajdują się bogato rzeźbione fontanny (na początku kwietnia niedziałające). Jedna z nich symbolizuje triumf republiki, druga triumf Concordii.

Sam plac Quinconces jest największym placem w całej Francji, a wg niektórych źródeł nawet największym placem w Europie. Sprawia jednak wrażenie zaniedbanego. Często odbywają się tu różne targi, koncerty i inne wydarzenia kulturalne.

Przy placu stoją dwie ogromne kolumny ozdobione dziobami statków upamiętniające zwycięstwa w bitwach morskich. Na ich szczytach stoją postaci Handlu i Nawigacji. Przy placu znajdują się też marmurowe pomniki francuskich myślicieli – Montaigne i Montesquieu.

Przy Quinconces znajduje się biuro informacji turystycznej (można wpaść po mapki, jest też sklepik z pamiątkami a takich w Bordeaux wiele nie ma), tu przecinają się linie tramwajowe i autobusowe więc stąd najłatwiej dostać się do każdego innego miejsca w mieście, taki punkt przesiadkowy.

Jardin Public – Ogród Miejski

Z placu warto się przespacerować do miejskiego ogrodu – Jardin Public. Zbudowano go w 1746 roku. Jest bardzo zadbany, dobrze utrzymany. Spotkacie tu mnóstwo spacerowiczów, biegaczy i wszystkich chcących odetchnąć od miejskiego zgiełku. Latem jest popularnym miejscem pikników.

Ruiny rzymskiego amfiteatru

Z ogrodu niedaleko już do rzymskich ruin – Palais Gallien. Są to pozostałości amfiteatru z początków II wieku będącego przykładem świetności Imperium Rzymskiego w tamtych czasach.

Bordeaux – gdzie na zakupy?

Koniecznie na główny deptak miasta – Rue Sante Catherine. Francuzi twierdzą, że to najdłuższa zamknięta dla ruchu kołowego zakupowa ulica w Europie. Otoczona sklepikami we francuskim stylu i znanymi sieciówkami, z przerwami na małe kafejki i bistra. Bardzo przyjemna choć bardzo zatłoczona. Zaczyna się przy Place de la Comedie a kończy przy Cours Victor Hugo.

Krótszych choć nie mniej przyjemnych uliczek zakupowych jest w Bordeaux więcej. Najważniejsze to Rue Notre Dame (z licznymi antykwariatami), Rue Porte Dijeaux (z herbaciarniami i cukierniami) i Meriadeck – tu znajduje się duży supermarket i sklepy sieciowe. Nam najbardziej przypadła do gustu uliczka Rue Saint-James. Wszystkie znajdujące się przy niej sklepiki są bardzo stylowe, wystawy urządzone jak dzieła sztuki a sama uliczka jest cicha, spokojna i niezatłoczona. Polecam też przysiąść na chwilę w znajdującym się przy niej Vintage Bar – również stylowe miejsce, pasujące do klimatu ulicy.

Place de la Bourse – Plac Giełdy

Najbardziej pocztówkowym i charakterystycznym punktem miasta jest elegancki Place de la Bourse. To w tym miejscu naruszone zostały średniowieczne mury (w 1749 roku) i rozpoczęła się era rozkwitu miasta. Plac ma kształt podkowy i powierzchnię 3,5 tysiąca metrów kwadratowych.

W okresie letnim przed placem znajduje się tzw. Miroir d’Eau – Lustro Wodne. Jest to największa tego typu atrakcja na świecie, powstała w 2006 roku, uwielbiana przez dorosłych i przez dzieci. Niestety w kwietniu nie była jeszcze dostępna.

Nazwa placu pochodzi od znajdującego się przy nim budynku giełdy – XVIII-wiecznego gmachu, który stał się źródłem inspiracji dla architektów z całego świata.

Na samym środku placu znajduje się fontanna Trzech Gracji z 1860 roku – tradycyjne miejsce spotkań mieszkańców miasta i turystów.

Place du Parlament

Tuż obok Place de la Bourse znajduje się Place du Parlament – mniejszy plac otoczony XVIII-wiecznymi fasadami, z fontanną pośrodku. Na fasadach i fontannach miejskich można dostrzec rzeźbione głowy tzw. maskarony. W całym mieście naliczono ich ponad 3 tysiące!

Nieopodal znajduje się Place de la Republique, a nieco dalej Place de la Victoire – miejsce pełne studentów otoczone kawiarniami, restauracjami i barami. Jeszcze nieco dalej znajduje się Place Saint Pierre z Gallo-romańską bramą. Spacerując po starym mieście dojdziecie do wniosku, że miasto placami i placykami stoi. Przy każdym z nich znajduje się kilka knajpek, kawiarni, małe sklepiki. Każdy plac tworzy małą społeczność.

Bramy miejskie

Bramy to pozostałości średniowiecznych obwarowań, zachowały się w całości lub we fragmentach – Porte Dijeaux, Porte Cailhau i Porte de Bourgogne (ta ostatnia w kształcie łuku triumfalnego).

Grosse Cloche de Bordeaux

Każde szanujące się miasto musi mieć swoją grubą wieżę. Tak jest i w Bordeaux. Jest to XIII-wieczna dzwonnica, jedna z niewielu zachowanych średniowiecznych pozostałości. Koniecznie zajrzyjcie do środka! Od niej odchodzi urocza uliczka Saint-Jean, o której wspominałam wcześniej.

Bordeaux – kościoły

Nie jestem fanką kościołów i jeśli miałabym zapłacić choćby złamane euro za zwiedzanie któregokolwiek to na pewno bym ich nie zwiedziła. Ale że kościoły w Bordeaux są otwarte dla zwiedzających i zwiedzanie jest bezpłatne to do kilku udało nam się wejść. Zwłaszcza, że świątynie znajdują się blisko innych atrakcji miasta.

Cathedral St-Andre (katedra św. Andrzeja) to świątynia mogąca się poszczycić wspaniałymi witrażami i smukłymi bliźniaczymi wieżami. Świątynia była konsekrowana w 1096 roku ale pierwszy kościół stał w tym miejscu już w III wieku. Znajduje się na placu Pey-Berland, tuż przy ratuszu miejskim (Hotel de Ville) i została w 1998 roku wpisana na listę UNESCO. Twórcy katedry wzorowali się na paryskiej bazylice Notre-Dame.

Front katedry jest bogato zdobiony, wchodząc do świątyni przez Porte Royale możemy zobaczyć dekoracyjne rzeźby ze scenami Sądu Ostatecznego, Zmartwychwstania i postaciami XIII-wiecznych apostołów.

Katedra znajduje się na szlaku do Santago de Compostella i jest jednym z przystanków dla pielgrzymów udających się do Hiszpanii.

Tuż przy katedrze znajduje się dzwonnica (Tour Pey-Berland), na którą można wejść (wstęp 6 EUR). Podobno widoki z góry są niesamowite. My dotarliśmy tam wieczorem po całym dniu chodzenia po mieście i zaledwie 4 godzinach snu poprzedniej nocy więc mimo szczerych chęci zabrakło nam sił, żeby wejść na górę po 231 schodach.

Ratusz miejski sąsiadujący z katedrą znajduje się w budynku będącym dawną siedzibą arcybiskupstwa. Niestety podczas naszej wizyty cały teren był zamknięty (niedziela).

Notre-Dame du Chapelet to kościół znajdujący się w małej uliczce nieopodal Grand Theatre. Został wybudowany między 1684 a 1707 rokiem. W tym kościele odbył się pogrzeb mieszkającego w Bordeaux malarza Francisco Goyi.

Bazylika św. Michała (Saint-Michel) to kolejna gotycka świątynia, której wieża góruje nad miastem. Znajduje się przy placu o tej samej nazwie. Została zbudowana między XIV a XVI wiekiem, a jej charakterystycznym punktem jest ogromna dzwonnica Fleche de Saint-Michel. Na placu przed katedrą we wtorki, czwartki, piątki i niedziele odbywa się pchli targ.

Bordeaux – street art

Bardzo lubię sztukę ulicy a Bordeaux uchodzi za francuską stolicę street artu. W ogóle mam wrażenie, że to miasto z jednej strony dostojne i eleganckie ale z drugiej to właśnie tu króluje graffiti, tu jest mnóstwo skate-parków, jest tak alternatywnie.

Zagłębiem street artu jest wspominane już przeze mnie w poprzednim wpisie centrum Darwin. Ale na dzieła sztuki ulicy natkniecie się w wielu różnych zakątkach miasta, rozglądajcie się uważnie.

Zdjęcie powyżej przedstawia mural tuż obok naszego hotelu zrobiony pierwszego dnia pobytu. Następnego dnia został zamalowany, a jeszcze kolejnego pojawiło się w tym miejscu nowe dzieło (nie wiem jakim cudem nie zrobiłam zdjęcia). Jak widać sztuka ulicy w Bordeaux naprawdę żyje.

Bordeaux – bulwary

Wzdłuż rzeki stworzono szerokie bulwary gdzie w weekend pełno jest spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy i troszkę turystów 😉 Jest też kilka kawiarni i knajpek gdzie można wypić kawę czy coś przekąsić. W piękny słoneczny dzień idealne miejsce na spędzenie kilku leniwych godzin.

Bordeaux – niedzielny targ Marche des Quais

Nad rzeką, przy Quai de Chartrons, w niedzielne poranki rozkłada się targ, gdzie można zakupić lokalne świeże ryby i owoce morza, owoce i warzywa, sery, pieczywo i oczywiście wino. Można też coś zjeść i wypić kawę. To było nasze pierwsze, jakże pozytywne, spotkanie z Bordeaux. W tym samym miejscu w czwartki odbywa się targ produktów organicznych.

Bordeaux – la Cite du Vin

Położone nieco dalej od centrum Miasto Wina, dojazd tramwajem B, przystanek nazywa się Cite du Vin. Muzeum multimedialne, biblioteka, miejsce wystaw, pokazów i seminariów w jednym. Kompleks został otwarty w 2016 roku a jego budowa pochłonęła ponad 80 milionów euro! Pewnie stąd koszt biletu wstępu to aż 20 EUR. Muzeum szczyci się też przeszklonym tarasem widokowym na ostatnim piętrze.

Nam udało się zobaczyć budynek tylko z zewnątrz, na zwiedzanie zabrakło czasu. Zresztą moim zdaniem będąc w Akwitanii lepiej zwiedzić prawdziwą winnicę, a nie sztucznie urządzone muzeum. Pewnie gdyby było więcej czasu to i Cite Du Vin by się udało zobaczyć ale niestety ta atrakcja zostaje na kolejny raz.

Pont de Pierre – symbol miasta

Kamienny, niemal 500-metrowy most, to pierwsza przeprawa wybudowana za czasów Napoleona. Często nazywany jest właśnie mostem Napoleona.

Most liczy 17 łuków – po jednym na każdą literę imienia cesarza – Napoleon Bonaparte. Łuki są niskie przez co pod mostem przepływają niemal wyłącznie statki turystyczne. W 2004 roku pogłębiono dno, żeby pod mostem mogły przepływać statki transportujące części do największego samolotu pasażerskiego świata – Airbusa A380.

Most dostępny jest zarówno dla pieszych, jak i dla samochodów. Przejeżdża przez niego tramwaj linii A.

le Pont Jacques Chaban Delmas – Nouveau Pont

Ogromny most unoszony wertykalnie (największa tego typu konstrukcja w Europie), który umożliwia wpłynięcie do portu ogromnych statków. Znajduje się tuż przy Cite du Vin. Otwarto go w 2013 roku.

Po drugiej stronie rzeki

Nie da się ukryć, że druga część miasta jest dużo mniej atrakcyjna. Tuż za mostem St Pierre znajduje się Place Stalingrad z rzeźbą lwa i wspomniany już przeze mnie w poprzednim wpisie Darwin Eco – System.

Wzdłuż rzeki ciągnie się też bardzo przyjemny park – Parc aux Angeliques. Zielona przestrzeń ze ścieżką dla pieszych, ścieżką rowerową i trawnikami pełnymi piknikowiczów. Po tej stronie rzeki nie ma bulwarów i wydaje mi się, że park jest takim ich odpowiednikiem. Również bardzo przyjemne miejsce i w ciepły, słoneczny dzień polecam się nim przespacerować.

Bordeaux i Akwitania na weekend – informacje praktyczne

Pierwszy wiosenny weekend przyszło nam spędzić w Akwitanii. Rejonie jak się okazało zupełnie zapomnianym przez turystów. Pierwsze symptomy tego znalazłam po tym jak zakupiłam gruby, piękny przewodnik po Francji. Było tam mnóstwo miejsc ale Akwitanii nie. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że turyści pomijają Bordeaux ale tak właśnie jest, zwłaszcza przed sezonem. Ma to oczywiście głównie plusy – jest cicho, spokojnie, restauracje serwują genialne jedzenie a nie papki dla turystów. Dla tych co nie mówią po francusku problemem będzie komunikacja – prawie nikt nie mówi po angielsku, zdecydowana większość knajp ma menu tylko po francusku, nawet opisy przy atrakcjach turystycznych są tylko po francusku. A jeśli są po angielsku to w wersji mocno skróconej, np. 8 linijek po francusku a po angielsku dwie 😀

Jak się dostać z Polski do Akwitanii?

Najprościej – samolotem na lotnisko w Bordeaux-Merignac (BOD). W sezonie letnim WizzAir oferuje loty z Warszawy (lotnisko Chopina), a Ryanair z Krakowa. Mieszkańcy zachodniej Polski mogą też skorzystać z lotów EasyJet z Berlina. Kupując bilety z wyprzedzeniem można je złapać w naprawdę korzystnej cenie (nasze kosztowały 140zł RT).

Bordeaux – dojazd z lotniska

Lotnisko położone jest w miejscowości Merignac, około 12 kilometrów od centrum Bordeaux. Dojazd do miasta zapewnia shuttle bus, który jedzie bezpośrednio na stację kolejową (Gare St Jean), dojazd zajmuje ok. 30 minut, bilet kosztuje 8 EUR w jedną stronę.

Tańszą opcją jest dojazd autobusem miejskim nr 1 za 1,7 EUR. Autobus jedzie na ten sam dworzec kolejowy ale po drodze ma mnóstwo przystanków i dojazd zajmuje prawie godzinę. Plus jest taki, że ma też kilka przystanków w okolicach centrum miasta (place Gambetta) gdzie można przesiąść się na tramwaj. Bilet do kupienia w automacie przy przystanku (można wybrać język angielski).

Samoloty WizzAir przylatują na terminal Billi. Trudno go właściwie nazwać terminalem, to raczej wielka buda udająca lotnisko. Chociaż po przeczytaniu opinii w internecie i tak byłam pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się czegoś jeszcze gorszego. Generalnie jest tam jeden sklep, jedna knajpa i kilka toalet. Nie przyjeżdżajcie dużo wcześniej przed odlotem, bo nie ma tam kompletnie co robić.

Wychodząc z terminala i idąc w stronę hali A i B najpierw będzie przystanek shuttle busa (tego za 8 EUR), jeśli chcecie jechać autobusem nr 1 to musicie iść jeszcze dalej prosto wzdłuż terminala. Autobusy jeżdżą co ok. 10 minut.

Na lotnisku jest też oczywiście postój taksówek, działa też Uber.

Bordeaux – komunikacja miejska

Za pomocą trzech linii tramwajowych (A, B i C) dojedziecie praktycznie w każdy zakątek miasta, uzupełnieniem komunikacji tramwajowej są autobusy.

Bilet jednorazowy (ważny godzinę od skasowania, a raczej zeskanowania) kosztuje 1,7 EUR. Można też zakupić bilet 2-przejazdowy za 3,1 EUR i bilet 10-przejazdowy za 13,2 EUR. Z biletu 10-przejazdowego mogą korzystać 2 osoby, trzeba go po prostu 2 razy zeskanować przy wsiadaniu do autobusu/tramwaju. Jest też bilet 24-godzinny za 4,7 EUR oraz bilet 7-dniowy za 9,9 EUR. Tego ostatniego niestety nie można zakupić w automatach na przystankach. Biletomatów jest dużo, nie zdarzyło nam się spotkać żadnego niedziałającego, przyjmują płatności gotówką i kartą.

Mimo iż samo centrum Bordeaux jest dość zwarte to miasto jest jednak duże, sporo atrakcji jest oddalonych od ścisłego centrum więc ciężko poruszać się wyłącznie pieszo. W mieście jest też sporo rowerów miejskich, które działają na podobnej zasadzie jak w polskich miastach. Minus jest taki, że nie ma właściwie żadnej infrastruktury – ścieżek rowerowych. Rowerzyści jeżdżą po chodnikach, a odważniejsi po ulicy. Z tego względu rower w Bordeaux jest średnio praktycznym środkiem transportu. Wypożyczenie roweru miejskiego to koszt 1,7 EUR za 24 godziny. Podczas wypożyczenia pobierany jest depozyt z karty kredytowej- 200 EUR. Po pierwszym wypożyczeniu otrzymuje się kod ważny przez 24 godziny na nielimitowaną ilość wypożyczeń.

Akwitania pociągami

Bordeaux jest piękne i oferuje sporo atrakcji ale w 2 dni spokojnie można je zwiedzić. Będąc w Akwitanii dłużej zdecydowanie warto wyruszyć poza miasto. Nasz wybór padł na Saint-Emilion i Arcachon wraz z Dune du Pilat. Najprościej dostać się tam oczywiście wypożyczonym samochodem. Ale zwiedzanie regionu winiarskiego i wypożyczenie samochodu oznacza, że ktoś musi zrezygnować z degustacji najsłynniejszego francuskiego trunku dlatego po spojrzeniu na ofertę francuskich kolei SNSF zapadła szybka decyzja – Akwitanię zwiedzamy pociągiem. Ze stacji Gare St Jean (tej samej, gdzie docierają autobusy z lotniska) dojedziemy do każdego zakątka Francji. Kursują stąd zarówno pociągi regionalne jak i TGV.

Dworzec kolejowy w Bordeaux jest spory więc na stację trzeba przyjść odpowiednio wcześniej. Bilety można kupić w kasach lub w biletomatach (tu sporo było niedziałających). Za bilety można płacić gotówką i kartą. Bilet do Arcachon kosztuje 11,5 EUR w jedną stronę, bilet do Saint-Emilion 9,5 EUR. Do Saint-Emilion (które musicie odwiedzić będąc w Akwitanii i o którym jeszcze napiszę) jedzie się z przesiadką w Libourne. Uwaga, w Saint Emilion nie ma możliwości zakupu biletu na stacji kolejowej – trzeba kupić bilet powrotny wcześniej w Bordeaux lub poprzez stronę internetową. Francuskie pociągi są czyste, punktualne, jeżdżą często (co 30-60 minut).

Jeśli chodzi o nadmorską miejscowość Arcachon to po sezonie jest ona głównie bazą wypadową do Dune de Pilat – największej wydmy w Europie. Z dworca kolejowego odjeżdża tam autobus nr 1, kursy w okresie jesienno-zimowo-wiosennym są co ok. 1,5-2 godziny (aktualny rozkład znajduje się na dworcu), bilet kosztuje 1 EUR (zakup u kierowcy, gotówką). Autobus zatrzymuje się bardzo blisko wydmy (jest to przystanek końcowy, nazywa się Dune de Pilat, naprawdę trudno go przegapić). Droga do wydmy z przystanku jest bardzo dobrze oznakowana.

Akwitania – co zjeść?

Jak już wspomniałam na początku – Bordeaux nie jest popularnym miejscem wśród turystów i raczej ciężko tu wpaść na restaurację będącą turystyczną pułapką. W każdym odwiedzonym przez nas miejscu jedzenie było absolutnie genialne, porcje duże ale ceny niestety są dosyć wysokie. Za obiad dla 2 osób z winem i deserem trzeba się liczyć z wydatkiem 40-60 EUR. Są też oczywiście tańsze bary, są europejskie sieciówki i jeśli macie ograniczony budżet to da się znaleźć coś tańszego. Ale nie da się ukryć, że we Francji życie toczy się wokół jedzenia i w restauracyjnych ogródkach celebruje się posiłki. W Akwitanii spróbujecie wszystkich francuskich specjalności – quiche, żabich udek, owoców morza (Arcachon to jedna wielka hodowla ostryg), foie gras (polecam próbować w St-Emilion, tam są małe rodzinne przedsiębiorstwa produkujące ten niehumanitarny ale przepyszny francuski specjał), naleśników, zupy cebulowej czy deserów – tarte tatin, creme brulee i makaroników.

Praktycznie wszystkie miejsca, gdzie jedliśmy mogę z czystym sumieniem polecić. W Bordeaux koniecznie zajrzyjcie do l’Embarcadere przy Rue de Serpolet. Restauracja specjalizuje się w owocach morza, które są naprawdę genialne, a podane w sposób mistrzowski. Porcje są ogromne, jedzenie pyszne, obsługa nawet mówi po angielsku.

Miejsce z najlepszym wg mnie jedzeniem w Bordeaux to Edouard przy Place du Parlament. Tu możecie spróbować żabich udek (10 EUR), genialnej zupy cebulowej (7 EUR), pieczonego sera camembert, który w Akwitanii najczęściej podaje się z chipsami z bekonu. Desery też mają rewelacyjne – creme brulee i mus czekoladowy – mistrzostwo świata. Wszystko z widokiem na plac Parlamentu, bardzo blisko Place de la Bourse.

Będąc w Bordeaux trzeba spróbować makaroników z Bordeaux i canele de Bordeuax. Makaroniki różnią się od tych znanych z innych rejonów Francji tym, że nie są przekładane i nie są kolorowe. Są to takie jakby połówki znanych powszechnie makaroników. Niepozorne i skromne ale pyszne.

Symbolem miasta są babeczki o cylindrycznym kształcie canele de Bordeaux. Tradycyjnie ich kształt nazywa się kolumną dorycką bez podstawy. Piecze się je w regionie już od XV wieku, prawdopodobnie wymyśliły je zakonnice. Składają się z mąki, żółtek, mleka, masła, wanilii, rumu i cukru. Smakują jak zimny budyń cynamonowy otoczony twardą skorupką. Nam szczerze mówiąc nie przypadły do gustu.

Jedne i drugie ciasteczka kupicie w cukierni Baillardran. Jest to lokalna sieciówka, której sklepiki znajdują się w wielu punktach miasta, od dworca kolejowego począwszy na uliczkach starego miasta skończywszy. Są to charakterystyczne sklepy z czerwonym wystrojem i mnóstwem pyszności.


Francuskie desery najlepiej popić kawą po francusku, czyli czarną kawą z solidną porcją francuskiego rumu i bitą śmietaną. W końcu nie samym winem człowiek w Akwitanii żyje 😉

Hala Darwin Eco-System

Będąc w Bordeaux nie można pominąć hali Darwin Ecosysteme znajdującej się po prawej stronie rzeki. Dojazd tramwajem A do przystanku Stalingrad, potem kilkunastominutowy spacer wzdłuż rzeki lub kilka przystanków autobusem 46.

Jest to dawna jednostka wojskowa o powierzchni ponad 20 tysięcy metrów kwadratowych przerobiona na miejsce kulturalno-gastronomiczno-sportowe. Mamy tu skatepark (w ogóle skateparków jest w Bordeaux i całej Akwitanii mnóstwo), street art (całe centrum jest areną dla artystów), salon masażu, sklep ze zdrową żywnością i wiele punktów gastronomicznych (w tym największą we Francji restaurację z organicznym jedzeniem). Wszystko w post-industrialnym klimacie, otoczone kolorowym graffiti, do tego położone bardzo blisko rzeki i parku. Będąc w Bordeaux absolutnie musicie to miejsce odwiedzić.

W okresie wakacyjnym (czerwiec – wrzesień) przestrzeń działa od wtorku do niedzieli od 12 do 14:30 i od 19 do 22:30, w pozostałych miesiącach tylko od czwartku do niedzieli, w tych samych godzinach. W ogóle weźcie pod uwagę, że w Bordeaux i całym regionie ciężko jest cokolwiek zjeść między 15 a 19, bo zdecydowana większość knajp jest wtedy zamknięta na głucho, a nawet jeśli działają to mogą Wam zaserwować kawę, wino, ewentualnie deser, bo kuchnia działa tylko w porze lunchu (12-14, czasem 15) i kolacji (19-22).

Bordeaux – wino

Lubię wino i chyba każdy kto mnie obserwuje na instagramie o tym wie 😉 Ale chyba nie tylko mnie nazwa Bordeaux kojarzy się jednoznacznie – z winem właśnie. Wina z Bordeaux wraz z tymi z Burgundii i Szampanii stanowią świętą trójcę francuskiej sztuki uprawy winorośli i produkcji wina.

W Bordeaux produkuje się głównie wina czerwone, doskonałe Cabernet Sauvignon na lewym brzegu. Producenci z prawego brzegu specjalizują się w białych winach szczepów merlot i cabernet-franc.

Wino leje się w Bordeaux strumieniami, nawet kilkudniowy pobyt to okazja do spróbowania wielu różnych trunków. Cena lampki wina w restauracji zaczyna się od 4 EUR. Warto też przywieźć kilka butelek do domu, ceny w winnicach są dużo bardziej przystępne niż w Polsce, a wina naprawdę wyśmienite. Z nami przyleciało do Polski 12 butelek 😀 Tylko dlatego, że więcej nie zmieściło się do walizki kabinowej 😀 (poznańska oszczędność – wylot wyłącznie z bagażem podręcznym, powrót z tą samą walizką nadaną jako bagaż rejestrowany :D). Pisząc dla Was ten wpis popijam sobie czerwone bordeaux rocznik 2012 😉

Bordeaux – pogoda

Bordeaux i Akwitania leżą w obszarze klimatu morskiego. Zimy są tu łagodne a lata ciepłe choć nie upalne. Lecąc wiosną lub jesienią z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że będzie cieplej niż w Polsce. Od kwietnia do października średnie temperatury przekraczają 18 stopni. To idealny czas na zwiedzanie tego regionu Francji. Jeśli chcecie zobaczyć jak się zbiera winogrona i przerabia je na wino to najlepszym momentem wyjazdu do Akwitanii będzie druga połowa września.

Bordeaux – ceny

Nie da się ukryć, że w Bordeaux jest drogo. Noclegi są drogie (nasz bardzo skromny hotel kosztował 150 EUR za 3 noce). Jedzenie też do tanich nie należy (podstawowe zakupy w markecie – bagietka, masło, ser to koszt ok. 10 EUR), ceny w restauracjach to też ok. 6-8 EUR za przystawkę, dania główne od 10-15 EUR, desery od 6 EUR w górę. Piszę o zwykłych restauracjach w obrębie starego miasta, nie o żadnych ekskluzywnych miejscach. Magnesy – 4 EUR.

Stosunkowo tanie jest wino, bo całkiem porządne Bordeaux z 2012-2015 roku można kupić za 10 EUR w winnicach. Nie brakuje oczywiście win po 1500 EUR za butelkę ale mówimy o winie dla przeciętnego zjadacza chleba 😉

Bordeaux – bezpieczeństwo

To była właściwie nasza jedyna obawa przed wyjazdem. We Francji cały czas obowiązuje jeden z najwyższych alertów terrorystycznych, wszyscy pamiętamy co się tam co kilka miesięcy wydarza. Na szczęście Bordeaux i cały region sprawiają wrażenie bardzo spokojnych i bezpiecznych. Nie działo się nic niepokojącego, liczba imigrantów jest tu dużo mniejsza niż w innych regionach Francji. Jedyna dzielnica gdzie czuje się mniej europejsko to okolice bazyliki św. Michała. Tam więcej jest imigrantów niż Francuzów, knajpy są na modłę turecką i afrykańską (i przesiadują tam wyłącznie mężczyźni). Za dnia absolutnie nie ma się czego obawiać i spokojnie można tę okolicę odwiedzić, wieczorem pewnie czułabym się tam nieswojo. Generalnie poziom bezpieczeństwa w Bordeaux nas pozytywnie zaskoczył, nie ma się czego obawiać.

Bordeaux – czy warto?

Zdecydowanie tak. Miasto Bordeaux jest eleganckie i piękne. W niewielkiej odległości możemy podziwiać średniowieczne Saint-Emilion i sprawdzać jak powstaje jedno z najbardziej znanych win na świecie. Oddalając się od miasta w drugą stronę docieramy do oceanu i cudownych nadmorskich miejscowości w największą wydmą w Europie. Tyle różnorodnych atrakcji w zaledwie 3 dni, gorąco polecam Wam zorganizowanie sobie podobnego weekendu! A o tym co zobaczyć w samym Bordeaux, Saint-Emilion i Arcachon przeczytacie na blogu już wkrótce.

EDIT: Wszystko już jest. Po informacje o tym co warto zobaczyć w Bordeaux zapraszam TU, po informacje o zwiedzaniu Saint-Emilion TU, a po zwiedzanie Arcachon i wydm Dune du Pilat TU.

Alzacja – co zjeść?

Alzacja to Francja więc oferuje bogactwo kuchni francuskiej. Ale nie tylko, region położony jest blisko Niemiec i wpływy niemieckie widoczne są także w kuchni.

Jednym z najsłynniejszych alzackich dań jest choucroute. Danie jednogarnkowe na bazie kiszonej kapusty i mięsa, co najmniej 3 rodzajów, często 5. Podawane najczęściej z ziemniakami i śmietaną. Często  dodaje się do niego flaczki i podroby. Przyznaję, że danie wyglądało tak ciężko, że nie zdecydowałam się go spróbować. Zwłaszcza, że porcje też wszędzie wyglądały na ogromne, a ja byłam na tym wyjeździe sama. Za porcję tego dania trzeba zapłacić w restauracji ok. 20 EUR ale myślę, że taką porcją spokojnie najedzą się 2 osoby.

Bretzel – chyba najpopularniejsza alzacka przekąska, precle są wszędzie, są też dedykowane wyłącznie im sklepy i stoiska.

Francja to muszą być też sery. Ser Munster produkowany w alzackiej dolinie o tej samej nazwie. Smak ma intensywny i bardzo charakterystyczny, jest częstym dodatkiem do tarte flambee.

Tarte flambee to danie, które zjecie w naprawdę każdej alzackiej knajpie (a przynajmniej tej szanującej się). Jest to cienki (cieniutki!) placek z drożdżowego ciasta, pieczony na kamieniu. Tradycyjnie posmarowany jest śmietaną i posypany boczkiem oraz cebulą. To wersja najbardziej tradycyjna. Istnieje kilka wariacji placka – dodatkiem może być ser (często Munster), pieczarki czy wędzony łosoś. Najczęściej podawany bez sztućców. Moja wersja była z serem, i oczywiście lampką alzackiego wina (tu riesling).

Tarte flambee występuje też w wersji na słodko ale taką można spotkać w niewielu restauracjach. Nie próbowałam wersji słodkiej.

Alzackie wina

Próbowanie alzackich win stanowi nieodłączony element wizyty w tym regionie Francji. Winogrona porastają ogromną część Alzacji. Produkuje się tu głównie wina szczepów pinot (blanc, gris i noir), riesling, muscatgewurtztraminer. Alzackie wina są delikatne i łagodne w smaku, takie codzienne. Ciekawostka – w większości restauracji wino podaje się w charakterystycznych dla tego regionu kieliszkach na zielonych nóżkach. Taki alzacki kieliszek ma pojemność 120ml. Lampka wina w restauracji to koszt 2,5 – 5 EUR. W zależności od szczepu i oczywiście klasy restauracji.

Najsłynniejsza chyba francuska przekąska – croque monsieur. Tost z serem i szynką. Występuje także wersja croque madame – dodatkowo z jajkiem na wierzchu.

Wizyta we Francji nie może się obyć bez słodkości. Tarte tatin to odwrócona tarta, ciasto z jabłkami. Moja była pyszna ale zdecydowanie za słodka, myślę, że raczej przez sos, którym była polana.

Alzackie ciasteczka – kokosanki sprzedawane w wielu piekarniach. Tutaj w wersji pistacjowej. Pierwszy kęs – ciastko jak ciastko. Z każdym kolejnym (kęsem, nie ciastkiem) dochodziłam do wniosku, że jednak pistacjowa kokosanka to prawdziwe mistrzostwo świata. Polecam spróbowanie tych ciastek w Maison Alsacienne de Biscuiterie – jest kilka punktów w mieście.

I na koniec mój pierwszy posiłek w Alzacji. Mało alzacki ale bardzo francuski. Galette, czyli gryczany naleśnik. Danie pochodzi z Bretanii ale naleśniki z mąki gryczanej zjecie w wielu miejscach we Francji. Mój był z serem i szynką dojrzewającą, przepyszny. Zjedzony w przepięknie urządzonym Bistro Gourmand w samym centrum miasta.

Mam wrażenie, ze w Alzacji życie toczy się wokół jedzenia. Trudno nie wrócić stamtąd z dodatkowymi kilogramami 😉 zresztą popatrzcie tylko na te witryny.

W Colmar warto też odwiedzić halę targową w okolicy małej Wenecji (rue des Ecoles 13). Kupimy tam lokalne produkty, wypijemy lampkę alzackiego wina albo zjemy tartę flambee.

Alzacja – co zobaczyć?

Alzacja – mały ale chyba najbardziej uroczy region Francji. Odkąd wpadłam gdzieś przypadkiem na relację z tego miejsca zdecydowałam, że przy najbliższej okazji muszę się tam wybrać. I jak to u mnie – na okazję nie trzeba było długo czekać 😉 Wizzairowe -20% na wszystkie loty w pewien czerwcowy  dzień i bilety na sierpniowy weekend kupione.

Alzacja – jak się dostać z Polski?

Najprościej – lecieć z Warszawy, Berlina lub Wrocławia do Bazylei (Euroairport BSL) i stamtąd pociągiem lub flixbusem. Po wylądowaniu w Bazylei udajemy się do szwajcarskiego wyjścia, wsiadamy w autobus nr 50 do dworca Basel SBB (bilet 4,7 CHF, zakup w automacie na przystanku, można płacić kartą, czas dojazdu ok. 20 minut). Tam wsiadamy w pociąg do Colmar (są to pociągi jadące w kierunku Strasbourga), podróż trwa około 40 minut, bilet kosztuje 14 EUR, pociągi jeżdżą co godzinę. Uwaga, biletu nie kupimy w automatach na dworcu w Bazylei gdyż one sprzedają tylko bilety na koleje szwajcarskie, a do Colmar jeżdżą pociągi francuskie (SNCF). Bilety kupuje się w punkcie obsługi pasażerów na parterze dworca.Zanim wsiądziecie do pociągu polecam spacer po Bazylei. Ja byłam w tym szwajcarskim mieście już drugi raz więc wybrałam się tylko na chwilę ale warto wykorzystać taką okazję na spacer po mieście, zwłaszcza, że dworzec położony jest bardzo blisko centrum.

Do Colmar można dostać się także pociągiem z Paryża.

Z lotniska BSL jeździ też flixbus bezpośrednio do Colmar, niestety tylko 2 razy dziennie i godziny zupełnie nie zgrywały się z moim lotem z Warszawy.

Colmar – co zobaczyć?

W końcu docieram do Colmar. To chyba najsłynniejsze, a z pewnością najbardziej popularne alzackie miasteczko. Już pokonując drogę z dworca do hotelu widzę, że turystów jest bardzo dużo, w restauracjach i kawiarniach trudno o wolny stolik. Co przyciąga do tego małego miasteczka rzesze ludzi? Piękne, kolorowe domki udekorowane kwiatami, małe sklepiki, restauracje i kawiarnie w pięknej estetyce. Miasto stworzone jest do spacerów przerywanych przysiadaniem na kawę/wino/ciacho/obiad w malutkich lokalach. W Colmar jest mnóstwo cukierni, sklepików z lokalnymi produktami, herbaciarni.

Wśród pięknych kamienic wyróżnia się Maison Pfister, w którym na parterze urządzono sklep z winem.

Statua Wolności w Colmar

Spacerując po mieście co i rusz widziałam na chodnikach tabliczki z symbolem Statuy Wolności. Szybki research i wszystko jasne – w Colmar urodził się w 1834 roku Frédéric Auguste Bartholdi – architekt, który zaprojektował słynną amerykańską Statuę. W Colmar od 1922 roku znajduje się także muzeum poświęcone życiu oraz twórczości artysty urządzone w jego rodzinnym domu.

W okolicy lotniska w Colmar (tak, jest tam malutkie lotnisko) znajduje się także replika Statuy Wolności w wersji mini.

Mała Wenecja

Każde miasto, które ma choćby dwa przecinające się kanały tworzy swoją Małą Wenecję. Nie inaczej jest  w kolorowym Colmar. 5-minutowy spacer z centrum i jesteśmy w jeszcze bardziej bajkowym miejscu – plątaninie wąskich uliczek i kanałów. Nad kanałami tarasy restauracji (niektóre naprawdę malutkie, liczące zaledwie 2-3 stoliczki), na mostach tłumy turystów pozujących do zdjęć. Mimo popularności muszę przyznać, że miejsce jest naprawdę przeurocze i w słoneczny dzień można tam siedzieć i spacerować godzinami. W okolicy znajduje się hala targowa, gdzie można kupić lokalne produkty jak również zjeść tarte flambee czy wypić kawę.

Organizowane są również rejsy po kanałach kilkunastoosobowymi łódkami, koszt takiego rejsu to 6 EUR.

Eguisheim – dojazd z Colmar

Drugie miasteczko, które znajduje się zaledwie 6km od Colmar to Eguisheim.  Można dojechać do niego  autobusem linii 208 ale uwaga, latem są tylko dwa kursy dziennie – jeden o 12.20, drugi o 17.20. Częściej jeżdżą w roku szkolnym. Przystanek znajduje się tuż przy punkcie informacji turystycznej (Place des Unterlinden), tam też udzielą informacji o aktualnym rozkładzie. Autobus jedzie około 30 minut, bilet w jedną  stronę kosztuje 2,7 EUR, powrotny 5 EUR. Do Eguisheim można także dojechać taksówką, koszt ok. 15 – 20 EUR. Najlepiej zamawiać ją przez biuro informacji turystycznej, w obu miasteczkach. W Colmar można także wypożyczyć rower i w ten sposób dojechać do Eguisheim co nie stanowi problemu ale problemem jest niestety to, że po Eguisheim trudno się rowerem poruszać.

Eguisheim – spacer

Colmar mi się bardzo podobało ale Eguisheim to był zachwyt absolutny. Jeszcze węższe uliczki, jeszcze więcej kwiatów, jeszcze bardziej kolorowo, jeszcze piękniejsze szyldy i wystawy sklepowe. A przy tym jednak mniej ludzi i większy spokój.

Eguisheim zachwyca nie tylko mnie, zostało wybrane jednym z najładniejszych miasteczek Francji, o czym informują tablice przy wejściu do miasta.

Wychodząc poza ścisłe centrum miasta dochodzimy od razu do winnic. Egusiheim leży na Szlaku Alzackich Win (Route des Vins d’Alsace) i  pola winogron rosną tuż za miastem.

W Eguisheim, podobnie jak w Colmar, będziemy mijali rzemieślnicze sklepiki (żadnej chińszczyzny, tu naprawdę można kupić cudeńka), restauracje, kawiarnie i mnóstwo sklepów z winem (wszędzie możliwa degustacja).

W Eguisheim urodził się Bruno Egisheim – Dagsburg, znany jako papież Leon IX. W mieście znajduje się jego pomnik, a także hotel Hostellerie du Pape.

Czym jeszcze wyróżnia się miasteczko? Bocianami! I to nie tylko tymi pluszowymi czy nadrukowanymi na koszulkach i innych pamiątkach. Spacerując po mieście co chwilę słyszymy klekotanie. Gniazda są na budynkach, kościołach, wieżach. I jest ich naprawdę dużo. Bo bocian to symbol Alzacji, wiedzieliście? To nie jest nasze polskie narodowe dobro 😉 A przynajmniej nie tylko nasze.

Niestety mój wyjazd trwał na tyle krótko, że zobaczyłam tylko  Colmar, Eguisheim i Strasbourg. Pewnie można by więcej w 3 dni ale te miasteczka są stworzone do powolnego smakowania a nie do tego, żeby wpaść, zrobić zdjęcia i jechać dalej. Na następny raz zostały zatem inne alzackie perełki – Kayserberg, Hunawihr, Riquewihr i Ribeauville. Następny raz będzie w jakąś zimę, bo Alzacja zimowo – przedświąteczna jest podobno równie urocza jak ta letnia, pełna kwiatów.

Strasbourg – 1 dzień w stolicy Alzacji

Strasbourg to największe miasto Alzacji. Miasto, jak i cały region, znajdują się w pobliżu pogranicza niemiecko – szwajcarskiego stąd odnajdziemy tu wiele wpływów niemieckich, zwłaszcza w architekturze. I w kuchni 😉 Ale o tym w kolejnym wpisie.

Strasbourg to miasto, które wielu Europejczykom kojarzy się z Parlamentem Europejskim i Radą Europy. Obie te instytucje mają swoje siedziby właśnie w stolicy Alzacji.

Dzielnica „europejska” znajduje się w północnej części miasta. W odległości 15-minutowego spaceru od zabytkowego centrum. Jest bardzo zielona, spokojna i raczej rzadko uczęszczana, przynajmniej w sierpniu. Tuż obok instytucji europejskich znajduje się największy park miejski – Parc de l’Orangerie, który jest miejscem wypoczynku i relaksu mieszkańców oraz turystów.

Strasbourg – co zobaczyć?

Zabytkowe stare miasto od 1988 roku jest wpisane na listę UNESCO. W centrum znajduje się kilka placów, na czele z placem katedralnym, place de la Republique i placem Klebera. Między nimi znajduje się plątanina mniejszych i większych uliczek a perełką starego miasta jest la Petite France – dzielnica położona nad kanałami. Ale po kolei.

Katedra Notre Dame należy do najsłynniejszych zabytków Strasbourga. Wieżę gotyckiej budowli widać z każdego punktu miasta. Katedra jest naprawdę potężna, z zewnątrz robi niesamowite wrażenie. W środku – jak to katedra gotycka – jest surowo i dosyć skromnie. Wejście jest bezpłatne,  trzeba odstać swoje w kolejce, bo przed wejściem jest prowizoryczna kontrolna bezpieczeństwa. Można też wejść na platformę widokową – koszt 5 EUR.

La Petite France

Najbardziej urokliwe miejsce stolicy Alzacji. Charakterystyczne domki z XVI i XVII wieku położone wzdłuż kanałów, do tego mnóstwo kwiatów, restauracje pełne turystów. Tu kwitnie życie Strasbourga. Jest pięknie i uroczo, pewnie bym się Małą Francją zachwyciła gdybym wcześniej nie widziała Colmar i Eguisheim 😉

Strasbourg – dojazd

Nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Strasbourga. Możemy lecieć z przesiadką w Paryżu lub Brukseli ale będzie to bardzo droga opcja. Najlepiej lecieć do Bazylei  (lotnisko BSL Basel Freiburg Mulhouse) i stamtąd dojechać pociągiem (ok. 25 EUR) lub flixbusem (od 7 EUR). Ja jechałam pociągiem z Colmar, bilet kupiłam kilka dni przed wyjazdem za 13 EUR. Alzackie pociągi są szybkie, punktualne, klimatyzowane, czyste. Zdecydowanie polecam tę opcję.

Strasbourg – czy warto?

Strasbourg to całkiem przyjemne miasto. Myślę, że gdybym odwróciła kolejność swojej podróży i najpierw zobaczyła Strasbourg, a dopiero potem Colmar i Eguisheim, to Strasbourg zrobiłby na mnie większe wrażenie. A tak – ładny i przyjemny ale to małe miasteczka są prawdziwymi  perłami Alzacji. Niemniej jeśli będziecie w okolicy to wstąpcie do Strasbourga, poświęćcie mu 1 dzień, nie pożałujecie.