Rejs po 3 wyspach z Kos – Kalymnos, Plati, Pserimos

Jeśli lubicie spędzać czas na morzu (ja nienawidzę ale cóż, lubię odkrywać nowe miejsca i czasem trzeba się przemóc) to podczas wakacji na Kos rozważcie rejs na wyspę poławiaczy gąbek – Kalymnos lub całodniowy rejs między wyspami Kalymnos, Plati i Pserimos. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję i bardzo ją Wam polecam!

Kalymnos

Rejs rozpoczyna się w porcie Mastichari skąd nasz piracki statek rusza w około 45-minutowy rejs na wyspę Kalymnos. Wyspiarze przez stulecia zajmowali się połowem gąbek morskich. Do dziś w miasteczku Kalymnos (znanym też jako Pothia) znajduje się wiele manufaktur gdzie można dowiedzieć się co nieco o połowie jak i zakupić gąbki. Kalymnos jest jednym z ostatnich miejsc na świecie gdzie zawód poławiacza gąbek jest wciąż kultywowany.

Miasteczko Pothia jest malutkie, nieco senne, zachowało swój tradycyjny charakter i nam się bardzo ale to bardzo podobało. Chętnie zostałabym tam na dłużej. Przy deptaku w okolicy portu ciągną się kawiarenki i tawerny. W miasteczku warto zobaczyć Muzeum Morskie, kościół Przemienienia Pańskiego, pałac Vouvalisa czy Muzeum Archeologiczne. Ale ja przede wszystkim polecam zgubić się w wąskich uliczkach i to najlepiej tych oddalonych od portu i głównej alejki. Doświadczycie tam prawdziwego greckiego życia, z dala od masowej turystyki i codziennego pędu. Ja byłam zachwycona i bardzo bym chciała kiedyś na Kalymnos wrócić ale na dłużej.

Wyspa poza tym, że słynie z gąbek znana jest wszystkim wspinaczom. W 1997 roku wyznaczono na wyspie 47 tras wspinaczkowych, a od 1999 roku na wyspę zaczęli przybywać wspinacze z całej Europy. Wspinaczka jest tu możliwa przez cały rok dzięki korzystnym warunkom klimatycznym.

Nadmorska wieś Masouri słynąca z imponujących skał uważana jest za wspinaczkowy raj. W miejscowości Scalia poza skalistymi zboczami znajduje się też jaskinia.

Nazwa Kalymnos oznacza dobre porty i według Iliady to stąd wyspiarze wysyłali okręty pod Troję.

Plati

Po zobaczeniu przeuroczej Kalymnos ruszamy dalej – na bezludną wyspę Plati. Wyspa jest bezludna choć znajduje się na niej jeden dom. Zamieszkiwała go para grecko-włoska ale po rozwodzie (no cóż, życie) obydwoje zdecydowali się opuścić wyspę. Dziś na wyspie spotkacie wojsko, które tu stacjonuje i stąd rusza na patrolowanie wód wokół wyspy Kos.

Ponadto na wyspie znajduje się malutki kościółek. Typowa grecka świątynia – białe mury i błękitna kopuła. To wszystko na małym wzniesieniu górujące nad błękitnym morzem. Pocztówka bez filtra.

Przy kościółku znajdują się dwie plaże. Jedna z łatwym zejściem gdzie ruszają wszyscy pasażerowie statku i druga wydawałoby się niedostępna. Ale da się na nią wejść bez większego problemu. Jedyne utrudnienie jest takie, że trzeba przejść przez morze (ciepłe i przyjemne) po śliskich kamieniach. Więc jeśli się zdecydujecie to uważajcie na tych kamieniach. Najlepiej zabierzcie buty do wody. Kamienie są obrośnięte roślinnością i naprawdę ciężko utrzymać na nich równowagę. Ale dla posiadania plaży wyłącznie dla siebie warto się tam przedostać.

Pserimos

Ostatni przystanek na trasie naszego rejsu. Wyspa oddalona od Plati o zaledwie 500 metrów. Tu naprawdę nie ma nic do zwiedzania ale to kolejna możliwość zobaczenia Grecji niekomercyjnej. Przy porcie jest oczywiście kilka straganów z pamiątkami i tawern ale odejdźcie trochę od tej pierwszej linii brzegowej i odetchnijcie głęboko. To Grecja. Biedna i nie tak pocztówkowa ale prawdziwa.

Na Pserimos decydujemy się na plażowanie i kąpiel w morzu. I ta kąpiel to przeżycie doprawdy dziwne. W zatoce mieszają się różne prądy. Wchodząc do morza będziecie co chwilę czuć napływającą to ciepłą, to zimną wodę. Stoicie sobie – ciepło, przejdziecie 20 cm dalej – zimno. I tak w kółko. Ciekawe doświadczenie choć nie wiem czy chciałabym je powtórzyć. Termoreceptory szaleją 😀

Czy warto wybrać się na taki rejs?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Kosztował nas 30 EUR od osoby (łącznie z transferem z hotelu do portu i z powrotem oraz z wyżywieniem) a był to cudowny dzień spędzony na morzu (nawet nie bujało za bardzo) i na przepięknych wyspach. Jeśli wybieracie się na Kos to BARDZO polecam Wam taką atrakcję.

Wyspa Kos – zwiedzanie

Jak już wspominałam we wpisie gdzie macie wszystkie niezbędna informacje jak zorganizować sobie wakacje w Grecji, na Kos wynajęliśmy samochód i tak zwiedzaliśmy wyspę. Poniżej wszystkie must-see tej całkiem sporej greckiej wyspy.

Miasto Kos – atrakcje

Stolica, główny port i tak naprawdę jedyne miasto na wyspie. Uwaga, wjeżdżając do miasta musicie zostawić auto na jednym z parkingów w okolicy Casa Romana, gdyż bliżej centrum i portu nie ma parkingu z prawdziwego zdarzenia, są tylko jakieś pojedyncze miejsca parkingowe, zazwyczaj zajęte.

Ponieważ auto zostawiamy właśnie na tym parkingu to zwiedzanie miasta Kos zaczynamy od Plateia Diagora – małego placyku położonego po drugiej stronie ulicy. Dojście jest schodkami, na końcu których zobaczycie minaret – pozostałość po meczecie. Na przeuroczym placyku, który jest po drugiej stronie minaretu, robimy sobie przerwę na kawę. Przysiadamy w tradycyjnej tawernie i podziwiamy kolorową zabudowę ozdobioną cudowną roślinnością. Właśnie za takie miejsca kocham Grecję!

Po podniesieniu poziomu kofeiny we krwi ruszamy dalej. Uliczką Teologou ruszamy w kierunku ruin i pozostałości z czasów rzymskich – gimnazjonu, łaźni i antycznego stadionu. Ja szczerze mówiąc nie mam tak bujnej wyobraźni, żeby w kupie kamieni zobaczyć to co było tam tysiące lat temu więc robimy parę zdjęć i kierujemy się w stronę portu.

Spacerujemy chwilę wzdłuż łódek i jachtów mając świadomość, że do portu w Kos za kilka dni wrócimy, by popłynąć do Bodrum.

Z portu ruszamy więc w kierunku głównego placu miasta ale z bardzo ważnym przystankiem po drodze 😀 Ten przystanek to najbardziej instagramowe miejsce w mieście a chyba nawet na całej wyspie. Mowa o The Fish House Taverna przy ulicy Martiou St Kos Harbour 25. Na pewno nie przegapicie tego miejsca, bo zawsze stoi tam kolejka osób czekających na to, żeby zrobić sobie zdjęć w bajkowej scenerii. Są wymalowane na biało schody, niebieskie dzbany, różowe kwiaty, kolorowe krzesełka. Wszystko spójne, piękne, nic tylko robić zdjęcia i wrzucać na insta 😉 Tudzież na bloga 😉

Po tej fotopauzie ruszamy dalej w kierunku placu Eleftherias – jednego z głównych i największych placów w mieście. Stoi przy nim meczet Defterdar przykuwający uwagę czerwonymi kopułami i wieżyczką wysokiego minaretu. W meczecie znajduje się mauzeoleum Hadżiego Paszy – słynnego XVIII-wiecznego dowódcy wojsk tureckich. Meczet otwiera się tylko w piątki, gdy muzułmańskie rodziny (jest ich na Kos około 50) mogą się tu modlić, a turyści mogą zajrzeć do środka.

W południowej stronie placu znajduje się kryty bazar. Warto tam zajrzeć, popatrzeć, przejść się ale zdecydowanie nie polecam robienia tu zakupów. Ceny są średnio 30% wyższe niż w innych miejscach. Te same produkty kupicie w innych sklepach zarówno w mieście, jak i w innych miejscowościach na wyspie a za sporo mniejsze pieniądze. To niestety taka typowa pułapka turystyczna. Wejście do hali jest cudownie oplecione bugenwillami.

Nieopodal targu znajduje się cerkiew Agia Paraskevi – świętej mniszki kościoła prawosławnego. Jest to najważniejsza cerkiew w całym mieście. Wewnątrz znajdują się bizantyjskie obrazy. Niestety podczas naszego pobytu cerkiew była w remoncie. Uległa ona poważnym zniszczeniom podczas trzęsienia ziemi w 2007 roku.

Z placu kierujemy się ku agorze. Jest to ogromny teren, agora w mieście Kos miała wymiary 300 na 80 metrów i była jedną z największych w czasach starożytnych. Na terenie agory znajdują się pozostałości świątyni Afrodyty, świątyni Dionizosa, mozaiki, ruiny bazyliki czy pozostałości średniowiecznych murów oraz hellenistycznych wałów obronnych. Wstęp na teren agory jest bezpłatny.

Spacerując wzdłuż agory w kierunku portu warto też zwrócić uwagę na kolorowy budynek hotelu Gelsomino. Dzielnica, w której się znajduje nazywana jest dzielnicą włoską. Hotel powstał w 1929 roku i zaprojektował go Rodolfo Petracco. A w dzielnicy włoskiej poza hotelem znajdziemy też siedzibę gubernatora, bastion Schlegelholz, ratusz i budynek sądu.

W tej okolicy znajduje się też zamek rycerzy św. Jana stojący na cyplu. Jest o jednocześnie naturalna zasłona chroniąca miasto przed wiatrem, dawniej była twierdzą chroniącą wybrzeże. W 1933 roku zamek został zdobyty przez Niemców i stał się obozem jenieckim dla żołnierzy włoskich i angielskich. Kiedyś zamek nazywano Nerantzia od gaju pomarańczowego, który go wtedy otaczał. Fortecę opasują dwa kręgi grubych murów, a na jej teren prowadzi most przerzucony nad dawną fosą. Obecnie pod mostem ciągnie się Aleja Palmowa.

Przy agorze znajduje się też plac Platanou z najstarszym platanem w mieście zwanym platanem Hipokratesa, który ma ponad 500 lat. Konary drzewa podtrzymywane są przez metalowe rusztowanie. Mieszkańcy Kos uważają, że drzewo zostało zasadzone przez samego Hipokratesa, który w jego cieniu przyjmował pacjentów. Wg legend pod tym samym drzewem nauczał też apostoł Paweł.

W sąsiedztwie placu znajduje się meczet z loggią zwany świątynią Gazi Hassana, który zbudował go w 1876 roku prawdopodobnie w miejscu bizantyjskiej świątyni. Obok meczetu znajduje się fontanna, a jego kopuła wsparta jest na 7 filarach. Drewno użyte do budowy dachu meczetu pochodziło z… wraku szwedzkiego statku.

I na koniec tuż przed powrotem na parking zaglądamy do Casa Romana. Są to pozostałości świątyni patrycjuszowskiej z III wieku. Niestety jak wszystkie ruiny – mnie nie przekonują i nie widzę tam rezydencji tylko kupę kamieni, no sorry.

Tłocznia oliwy

W miejscowości Zipari znajduje się mała fabryka oliwy. Ja w tłoczni oliwy byłam już nie raz stąd byłam tą atrakcją średnio zainteresowana ale przy fabryce znajduje się sklepik. A dobrej oliwy nigdy za dużo. Sami widzicie, że sklep jest bardzo stylowo urządzony, można skosztować oliwy i oliwek oraz oczywiście zrobić zakupy. Oliwa jest tu rzeczywiście tańsza niż w innych miejscach na wyspie (nawet w marketach) więc polecam zrobić sobie przystanek na mały shopping. Poza oliwą i produktami spożywczymi kupicie tu też kosmetyki na bazie oliwy z oliwek i przeróżne zestawy prezentowe.

Kapliczki i kościoły

Jakimikolwiek drogami będziecie podróżować po Kos miniecie dziesiątki przeuroczych białych kościółków z niebieskimi kopułami. Taki typowy grecki obrazek. Warto się przy którejś zatrzymać na zdjęcia.

Mastichari

Spokojny kurort i centrum rybołówstwa. Znajduje się tu też niewielki port, z którego wypływają promy i statki wycieczkowe na wysepkę Kalymnos.

Przy porcie znajduje się rondo z posągiem Posejdona.

Mastichari może poszczycić się piękną, czystą, szeroką plażą. Jest tu sporo leżaków i centrum sportów wodnych. Przy plaży działa też sporo tawern i barów a bardziej w głąb miasteczka znajdziecie kilka sklepików z pamiątkami i marketów.

Przy tej plaży można oglądać przepiękne zachody słońca.

Tigaki

Dosyć spokojny kurort. Większy niż Mastichari ale daleko mu do Kardameny. Tigaki to właściwie jedna ulica prowadząca do plaży pełna kolorowo urządzonych tawern, barów i restauracji oraz sklepików z pamiątkami. Wszystko jest tu bardzo gustownie urządzone i przyjemne. Plaża jak dla mnie za bardzo zastawiona leżakami i nie tak ładna jak ta w Mastichari.

Słone jeziorko Alikes

Znajduje się pomiędzy kurotami Tigaki i Marmari. Właściwie są to słone bagna wykorzystywane kiedyś do odparowywania soli z wody morskiej. Główną atrakcją jeziorka są brodzące w nim nieraz flamingi. My niestety nie mieliśmy przyjemności ich spotkać. Flamingi można spotkać w czerwcu i lipcu więc my byliśmy chyba trochę za wcześniej 😉 Przy jeziorku znajduje się kilka parkingów z różnych stron. My jechaliśmy od strony Tigaki, zostawiliśmy samochód nieopodal hotelu Oasis skąd do jeziorka prowadzi króciutka ścieżka.

Asklepiejon – świątynia Asklepiosa

To najlepiej zachowany z 300 greckich Asklepiejonów, jedno z największych osiągnięć architektonicznych okresu hellenistycznego. Asklepiejony były świątyniami Asklepiosa. Bilet wstępu do ruin (bo to tylko ruiny, nie oszukujmy się) kosztuje 8 EUR więc zrezygnowaliśmy z wejścia. Natomiast jak wejdziecie na polankę po lewej stronie jeszcze przed wejściem na teren Asklepiejonu to jest tam taki płot, przez który wszystko widać. Zdjęcia może jakoś szałowo nie wychodzą ale zobaczyć można wszystko.

Termy – gorące źródła Embros Therma

Jadąc z miasta Kos trzeba kierować się ku Agios Fokas. Tam warto zrobić foto-pauzę przy latarni morskiej.

Same termy znajdują się ok. 10 kilometrów od miasta Kos, droga prowadzi przez góry więc widoki po drodze są przepiękne. Sporo osób pokonuje tę trasę rowerami.

Same termy są małe i nie oszukujmy się – śmierdzące. Ale bardzo Wam polecam wizytę w tym miejscu, żeby pooglądać czarne plaże (nie aż tak czarne jak na Islandii ale jednak), wystające z morza składy i generalnie przyjemną Therma Beach. Same źródła zostały odkryte w 1934 roku,

Zaparkować trzeba przy głównej drodze – jest tam dobrze oznakowany parking i mała restauracja przy nim. Następnie trzeba schodzić w dół mijając plaże i skały aż docieramy do miejsca docelowego, czyli źródełek z wodą o temperaturze 45 – 50 stopni. W wodzie można się kąpać, ponieważ miesza się ona z chłodną wodą morską. Pamiętajcie jednak, żeby przed kąpielą zdjąć biżuterię i może nie zakładać swojego najlepszego stroju plażowego, bo raz, że będzie śmierdział, a dwa, że może się zniszczyć. My tylko sobie na źródełka popatrzyliśmy, nie mieliśmy ochoty na kąpiel 😉

Woda w źródełku jest bogata w minerały i podobno ma właściwości lecznicze, szczególnie zalecana jest na dolegliwości reumatyczne. Nie twierdzę, że to nie prawda ale nie oszukujmy się – po jednej kąpieli nikogo nie uzdrowi 😉

Pyli

Maleńkie i spokojne miasteczko położone około 15 km od miasta Kos. Tu żyje się spokojnie, raczej nie spotkacie tu turystów. Wg greckiej mitologii mieszkańcy Pyli udzielili schronienia Heraklesowi.

Miejscowość słynie z tradycyjnych kamiennych domostw otaczających centralny plac miasta.

Około 300 metrów od tego placu znajduje się grobowiec Harmylosa – starożytnego władcy wyspy. Warto też zobaczyć stare źródło wypływające z kamiennej studni w uroczym zacienionym zakątku. Cudownie można się tam schłodzić w upalny dzień.

Warto też zobaczyć lokalny kościół.

Antimachia

Miejscowość leży ok. 4 km od Mastichari. Wg mitologii tutaj Herakles miał się wdać w bójkę z pasterzem Antagorasem.

Najważniejszymi zabytkami miejscowości są tradycyjny Dom Antimachia i Milos tou Papa – stary, tradycyjny wiatrak.

Kardamena

Kolejny kurort, tym razem naprawdę spory, z naprawdę dużym i dobrze zaopatrzonym supermarketem.

Kardamena uchodzi za największą imprezownię Kos – w szczycie sezonu jest tu głośno i tłoczono ale w maju było całkiem przyjemnie.

W Kardamenie jest spory port, jest mnóstwo sklepików, kawiarni, restauracji i barów.

Paradise Beach

Rzekomo najpiękniejsza plaża na wyspie. Jak już pisałam wcześniej – Kos to nie jest wyspa dla miłośników pięknych plaż.

Do Paradise Beach trzeba zjechać z góry. Po drodze znajduje się miejsce, gdzie można się zatrzymać i popatrzeć na plażę z góry.

Po zjechaniu do samej plaży czar pryska – piasek jest szary (jak na większości plaż na Kos). Woda co prawda przejrzysta i czysta ale wszystko zawalone leżakami, budkami z jedzeniem i wszystkim innym czego zachodnioeuropejscy turyści potrzebują do szczęścia 😉 Spędziliśmy tam chwilę, zrobiliśmy zdjęcia i uciekliśmy.

Plaka – Pawi Las

W lesie niedaleko miejscowości Plaka żyje sobie stado pawi, a także koty i żółwie. Tych ostatnich niestety nie mieliśmy przyjemności spotkać. Pawie są niejakim symbolem Kos – zobaczycie je w hotelach (w postaci rzeźb), na magnesikach i pocztówkach. Nie do końca wiadomo skąd się wzięły na wyspie, jedna z legend mówi, że sprowadził je tam sam Aleksander Wielki. W starożytności pawie uważano za ptaki królewskie.

Zia – zachód słońca

Zia to jedno z moich ulubionych miejsc na Kos. Górska wioska, która słynie z zachodów słońca. Naczytałam się, że po godzinie 18 do maleńkiej wioski ciągną dziesiątki autokarów, by zostawić tam turystów i wczesnym wieczorem po nich wrócić. Przyznam, że trochę mnie to przeraziło, ja za tłumami nie przepadam. Na szczęście w maju tłumów nie było. Owszem, było trochę ludzi, ale spokojnie dało się znaleźć miejsce w restauracji i zrobić zakupy.

Zia to świetne miejsce na zakup pamiątek – stragany ciągną się jeden przy drugim, wybór wszystkiego jest ogromny, a ceny najniższe na całej wyspie.

Jeśli chodzi o oglądanie zachodu słońca to polecam restaurację Sunset Balcony. Idąc wzdłuż głównej uliczki miasta w pewnym momencie trzeba pójść w prawo, do góry. Jak będziecie szli od parkingu do macie jedną uliczkę, która w pewnym momencie skręca w lewo. Zamiast iść w lewo to idźcie w prawo, wzdłuż straganów z pamiątkami. W pewnym momencie zaczną się schody. Miniecie kilka barów i restauracji i na końcu dotrzecie do tawerny Sunset Balcony. Jest ona najwyżej położoną restauracją w miasteczku, funkcjonuje od 33 lat i oferuje najpiękniejszy widok na zachodzące słońce. Jedzenie jest tu nieco droższe niż w pozostałych tawernach (ale też nie jakieś szalenie drogie, za 3 napoje i jakieś tzatziki zapłaciliśmy 10 EUR) ale ten widok jest tego wart.

Przy restauracji znajduje się kościół Agios Georgios – bizantyjska budowla, do której warto zajrzeć.

Sama wioska jest przeurocza. Nie brakuje tu kolorowo urządzonych restauracji, tawern i barów. Ludzie są niesamowicie otwarci i przyjaźni. No i te widoki – nie tylko podczas zachodu słońca. Z wioski macie widok na całą okolicę, na góry i na morze Egejskie. Jest pocztówkowo, pięknie i bardzo przyjemnie.

No i last but not least – dojazd. Droga wiedzie wśród gajów oliwnych, czasem drogę zablokuje Wam stado kóz. Bajka.

Agios Dimitrios

Wioska znajdująca się w okolicy Zia. Wsród opustoszałych uliczek (poza nami naprawdę nie było tam żywej duszy) znajduje się kościół Agios Dimitrios wzniesiony na pozostałościach starej bazyliki chrześcijańskiej. Kościół wieńczy imponująca dzwonnica.

Wyspa Kos – informacje praktyczne

Kos – wyspa leżąca na Morzu Egejskim, nieopodal wybrzeża Turcji. Wchodzi w skład archipelagu Dodekanez, który z kolei należy do Sporadów Południowych. Powierzchnia wyspy wynosi 290 kilometrów kwadratowych.

Kos – jak się dostać z Polski?

Najszybciej, najłatwiej i najtaniej jest kupić wakacje w biurze podróży. Ceny wakacji na Kos nie są wygórowane a biorąc pod uwagę, że z Polski nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych innych niż czarterowe to wybór pakietu lot+hotel+transfer wydaje się najrozsądniejszą opcją. Bezpośredni przelot z Polski trwa ok. 2,5 godziny.

Można oczywiście kombinować dolot do Aten i z Aten greckimi liniami na Kos ale koszt takich lotów przewyższy koszt całych wakacji kupionych u touroperatora.

Kos leży zaledwie 5 kilometrów od tureckiego miasta Bodrum więc można też kombinować z lotem do tego tureckiego miasta, a następnie promem na Kos (przeprawa trwa nieco ponad godzinę).

Kos – dojazd z lotniska

Nasze wakacje były wyjazdem z biurem podróży więc transfer zapewniało biuro. Jeśli lecicie na własną rękę to możecie skorzystać z taksówek, wynająć auto lub skorzystać z komunikacji publicznej KTEL. Przed terminalem znajduje się przystanek, z którego ruszają autobusy do miasta Kos, Kefalos, Mastichari i Kardameny. Cena pojedynczego biletu wynosi od 2 do 4,4 EUR.

Jeszcze kilka słów o lotnisku na Kos (KGS). Nie przesadzę jeśli powiem, że to najgorsze lotnisko na jakim w życiu byłam. Przede wszystkim jest mikroskopijnie małe i nieprzystosowane do obsługiwania takiej ilości połączeń jakie obsługuje. Kolejka do odprawy ciągnie się na zewnątrz terminalu (!!!) więc nie zapomnijcie zabrać zapasu wody wybierając się na lotnisko. Punktów check-in jest dosłownie kilka, pasażerowie są stopniowo wpuszczani na teren lotniska. Po odprawie musicie sami zanieść swój bagaż do prześwietlenia (to akurat procedura znana z wielu greckich lotnisk), a następnie udać się do kontroli bezpieczeństwa. Tam czekają aż 2 (!!!) stanowiska. Po przejściu kontroli znajdujecie się w strefie, która jest w stanie pomieścić pasażerów 2 samolotów (już w maju na Kos samolotów było kilka na godzinę więc możecie wyobrazić sobie co tam się dzieje). Nie ma miejsca, jest jeden sklep wolnocłowy i jedna kawiarnia. Klimatyzacja rozkręcona na maksa więc weźcie bluzę albo nawet kurtkę. Ale z tego co czytałam w zeszłym roku jeszcze tej klimatyzacji nie było i nawet nie chcę myśleć co tam się musiało dziać. Jeśli spędzacie na tym lotnisku 2 godziny przed odlotem samolotu to oczywiście da się przeżyć ale w przypadku jakiegoś opóźnienia gdy trzeba by tam spędzić kilka godzin – dramat.

Kos – hotele, gdzie się zatrzymać?

Od razu mówię, że Kos nie jest wyspą dla miłośników pięknych plaż. Jeśli liczycie na szeroki biały piasek i turkusowe morze to od razu rozważcie wakacje na Korfu, Krecie czy innym Zakynthosie ale Kos sobie odpuśćcie.

Najsłynniejsze kurorty na Kos to Kardamena, Mastichari, Lambi, miasto Kos, Kamari i Tigaki. My stacjonowaliśmy w Mastichari – bardzo spokojna miejscówka, plaże niezastawione leżakami co do milimetra jak to jest np. na Paradise Beach. Nie jest to typowy kurort z knajpami dudniącymi muzyką i sklepem na sklepie. Owszem, jest kilka tawern, barów, parę sklepików. Ja wolę takie miejsca i gdyby miała wrócić na Kos to wybrałam ponownie Mastichari.

Dobre wrażenie zrobiła na mnie miejscowość Tigaki – jest już większa i bardziej gwarna niż Mastichari ale cały czas w akceptowalnych granicach. Plaża taka sobie ale z leżakami, sporo bardzo przyjemnych tawern i knajpek, mnóstwo sklepów.

Kardamena to zdecydowanie jeden z największych kurortów na wyspie. Też jest tu mnóstwo sklepików z mydłem i powidłem, jest porządny supermarket, są knajpy i restauracje. W maju było jeszcze dość spokojnie ale myślę, że wakacje w sezonie byłyby już tam dla mnie męczące.

Kamari to wybrzeże słynące z najpiękniejszych plaż na wyspie – Paradise Beach, Agios Stefanos Bay i Camel Beach. Nas szczerze mówiąc zupełnie nie przekonały te miejsca.

Jeśli chcecie być w centrum wyspiarskich wydarzeń to najlepiej stacjonować w mieście Kos (jest tu mnóstwo hoteli położonych nad zatoką) lub będącej jego przedłużeniem Lambi. Myślę, że to druga dobra miejscówka na spędzenie wakacji na Kos. Zwłaszcza jeśli chcielibyście zwiedzać wyspę komunikacją publiczną – wszystkie autobusy wyruszają z miasta Kos.

Kos – komunikacja po wyspie

Są autobusy firmy KTEL, które łączą wszystkie najważniejsze punkty na wyspie ale po pierwsze jeżdżą rzadko (czasem tylko 2 razy dziennie!), a po drugie jeżdżą wolno i dookoła więc takie podróżowanie zajmuje bardzo dużo czasu.

My decydujemy się na wynajęcie auta. Koszt wynajęcia samochodu wynosi 40 EUR za dzień (z pełnym ubezpieczeniem), przy wynajęciu od 3 dni ceny za dzień są niższe. Za benzynę zapłaciliśmy 17 EUR a przejechaliśmy prawie całą wyspę. Litr benzyny na Kos kosztuje 1,7 – 1,8 EUR. Auto wynajęliśmy w hotelu, można było też wynająć od rezydentki ale za to samo auto musielibyśmy zapłacić 77 EUR za dzień 😀

Weźcie pod uwagę, że wyspa jest naprawdę spora i górzysta więc nie zwiedzicie jej całej w ciągu 1 dnia. Jeśli chcecie zobaczyć wszystko na spokojnie to weźcie auto na 2 dni, my mieliśmy na jeden i musiałam okrajać nasz program zwiedzania.

Kos – bezpieczeństwo

Kilka lat temu głośno było o problemie z uchodźcami na Kos. Nie wiem jak było wtedy ale teraz jest zupełnie bezpiecznie i spokojnie. Zjechaliśmy wyspę prawie całą i rzeczywiście wysoko w górach w jakiejś wsi jest obóz dla uchodźców ale my się tam nie zatrzymywaliśmy (zresztą w okolicy nic nie ma do zwiedzania) i nie stanowi to żadnego zagrożenia. W kurortach czy mieście Kos jest zupełnie bezpiecznie, nie ma się czego obawiać.

To na co musicie uważać lecąc na Kos to… komary. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak pocięta przez tych krwiopijców jak po pierwszej nocy na Kos! Komary pojawiają się wieczorami i są w pokojach, na plaży, absolutnie wszędzie. Na szczęście na wyspie można kupić preparaty na ukąszenia i zapobiegające ukąszeniom. Ale żeby nie być po pierwszej nocy w kropki (jak ja) – dobrze radzę weźcie jakiś spray i śpijcie przy zamkniętych oknach. Ja dostałam pokój z widokiem na morze i chciałam spać przy szumie fal. Miałam zatem szum fal i bzyczenie komarów 😀

Kos – co kupić, co przywieźć?

Jak zawsze z Grecji – oliwę z oliwek. Na Kos jest jedna tłocznia oliwy, którą można zwiedzić i gdzie można kupić oliwę (a wcześniej jej spróbować). Oliw jest kilka i warto wybrać, która nam najbardziej odpowiada. Oliwę kupicie też w sklepach i marketach w innych punktach wyspy ale jednak w nieco wyższych cenach. W sklepie firmowym litr oliwy extra virgin kosztuje 6,5 EUR. Są też różne mini oliwy i zestawy prezentowe. Każdy coś znajdzie dla siebie.

Poza tym z Kos warto przywieźć miód tymiankowy i dżem z pomidorów.

Kos – co zjeść?

Kos to Grecja więc mamy kuchnię grecką ze wszystkimi jej flagowymi daniami. Zjecie musakę, sałatkę grecką, ser feta, faszerowane papryki a to wszystko polane przepyszną oliwą. Jeśli chodzi o desery to dla mnie w Grecji istnieje tylko jeden – grecki jogurt z miodem. Jadłam codziennie. Dla miłośników słodyczy słodkich do granic możliwości – baklava. Kiedyś uwielbiałam, teraz nie jestem w stanie przełknąć.

Kos – na własną rękę czy z biurem podróży?

Jak już wspominałam ciężko będzie zorganizować lot, hotel i transfery w cenie niższej niż biura podróży oferują gotowe pakiety dlatego myślę, że prościej będzie z biurem. Zwłaszcza, że na Kos polecicie czarterem praktycznie z każdego większego miasta w Polsce.

Natomiast jeśli chodzi o organizację czasu na miejscu to jak najbardziej na własną rękę. Pisałam o cenie wynajmu samochodu – 77 EUR u rezydentki versus 40 EUR w hotelu (mówimy o takim samym samochodzie z takim samym pakietem świadczeń). Podobnie wycieczki – to co u rezydentki kosztowało 50 EUR w hotelowej recepcji lub w jednym z lokalnych biur podróży można było kupić za 25-30 EUR. Różnica ogromna. Ja rozumiem, że biuro podróży nie jest instytucją charytatywną ale z cenami wycieczek naprawdę przesadzają. Rozumiem 10-15% więcej niż w biurze lokalnym ale aż tyle? Zwłaszcza, że to są te same wycieczki organizowane przez te same biura lokalne, do których polskie biuro czasem doda polskojęzycznego przewodnika, a czasem tylko pośredniczy w sprzedaży. Biura chyba zauważyły spadek zainteresowania wycieczkami więc niektóre z nich już oferują możliwość zakupu wycieczek fakultatywnych przed wyjazdem, przy rezerwacji wakacji. Żebyś ogarnięty człowieku nie zdążył wyjść na miasto i zobaczyć, że to co biuro oferuje Ci za kwotę X, możesz kupić za 0,4 czy 0,5x. A jak już kupisz w Polsce to przecież potem się nie wycofasz jak znajdziesz taniej na miejscu.

Kos – czy warto?

Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie miałam Kos na liście miejsc do zobaczenia. I w sumie zastanawiam się czemu padło właśnie na Kos… Chyba ze względu na możliwość zobaczenia kilku fajnych wysepek w okolicy.

W każdym razie wyspa Kos mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie obfituje w piękne plaże ale ma sporo do zaoferowania. Miasto Kos jest prawdziwą perełką. Nas chyba najbardziej zachwyciły regiony górskie ale to jeszcze będę wszystko opisywać. Do tego przecudowna wyspa Kalymnos, którą można (a nawet trzeba!) odwiedzić przy okazji wakacji na Kos. Jeśli rozważacie wakacje na Kos to ja polecam tę wyspę z całego serca.

Skopelos – przewodnik

Skopelos – druga największa wyspa archipelagu Sporadów sąsiadująca ze Skiathos od wschodu. Jest prawie dwa razy większa od Skiathos (95 km²) ale zamieszkuje ją mniejsza populacja.

Skopelos – jak się dostać?

Na Skopelos nie ma lotniska. Były kiedyś plany jego budowy ale sprzeciw wyrazili sami mieszkańcy wyspy, którzy chcą zachować jej tradycyjny charakter. Na wyspę można dotrzeć wyłącznie drogą morską.

Krajobrazy Skiathos i Skopelos  są bardzo zbliżone – obie wyspy mają skaliste wybrzeża, otoczakowe plaże (jest ich mniej niż na Skiathos!) i cudownie zielone lasy sosnowe i gaje oliwne. To co wyróżnia Skopelos to sady śliwkowe.

Śliwki to ważny element gospodarki Skopelos. Spotkacie się z nimi już w pierwsze knajpie, do której wejdziecie. W menu restauracji na Skopelos jest wiele dań z dodatkiem śliwek, nawet tam gdzie byście się ich nie spodziewali. Ja jadłam grillowaną ośmiornicę, do której dodatkiem był sos z cebuli, śliwek i czerwonego wina. Pyszności!

Na Skopelos można kupić suszone śliwki i zabrać do domu. Ja tak zrobiłam i muszę przyznać, że smakują one zupełnie inaczej niż te polskie, kalifornijskie czy wszystkie inne jakie kiedykolwiek jadłam. Są przede wszystkim suszone naturalnie dzięki czemu mają inną strukturę. Uwaga, śliwki suszone są w całości – z pestką. Za 500-gramowe opakowanie zapłaciłam 5 EUR.

Na Skopelos tworzone jest przepyszne rzemieślnicze piwo Spira – zdecydowanie polecam spróbować zwłaszcza jeśli nie należycie do smakoszy wszechobecnego na obu wyspach Mythosa.

Miasto Skopelos

Stolica wyspy i największe miasto, które mogliście widzieć w filmie Mamma Mia. Sercem miasta, podobnie jak w Skiathos, jest port. Cumują tu zarówno małe prywatne łódki jak i dopływają statki wycieczkowe oraz promy ze Skiathos i z kontynentu. Wzdłuż portu ciągnie się promenada, przy której jest oczywiście mnóstwo tawern i restauracji a także sklepików z pamiątkami. Ceny bardzo zbliżone do tych na Skiathos.

W mieście Skopelos znajdują się ruiny weneckiej twierdzy, z których rozpościera się piękny widok na port i liczne kościółki z białymi kopułami. Na szczycie twierdzy znajduje się mała kawiarnia gdzie można usiąść i  podziwiać bezkres turkusowego Morza Egejskiego.

Agios Ioannis sto Kastri – kapliczka z filmu Mamma Mia!

To miejsce sławę zyskało dopiero po „zagraniu” w filmie. Wcześniej nie było ani specjalnie często odwiedzane przez turystów, ani nie odbywały się tam śluby. Oczywiście w filmie „zagrał” sam klif. Kapliczka jest maleńka i nie zmieściłaby się w niej nawet 1/4 gości, którzy brali udział w filmowym ślubie.

Co by nie mówić – samo położenie kapliczki jest przeurocze. Klif jest naprawdę piękny, otoczony turkusowym morzem. Warto wspiąć się ponad setką schodów by podziwiać z góry piękne widoki.

Jak się dostać do Agios Ioannis? Najprościej podczas rejsu statkiem dookoła Skopelos. Statek dobija do plaży tuż przy klifie skąd robimy sobie spacer  (a raczej małą wspinaczkę). Po drodze są dwa bary, gdzie można coś przekąsić albo wypić. Do Agios Ioannis można także dostać się autobusem (za 12 EUR) lub pieszo (godzina marszu) z miasteczka Glossa. Jeśli wynajmujecie auto na Skopelos to do klifu można także podjechać samochodem, tuż przy klifie znajduje się parking.

Skopelos – plaże

Plaż jest mniej niż na Skiathos ale wyglądają bardzo podobnie. Wiele z nich jest otoczakowych, a nie piaszczystych. Większość jest dzikich i pozbawionych plażowych udogodnień.

Jest oczywiście kilka większych plaż, np. Panormos gdzie jest pełna infrastruktura, bar, tawerna i dostępność sportów wodnych.

Za dwie najlepsze plaże na wyspie  uchodzą sąsiadujące ze sobą Milia i Kastani. Ta ostatnia również służyła za scenografię filmu Mamma Mia. Plaża otoczona jest klifami i sosnowym lasem. Niewielki skrawek lewej części plaży (patrząc w stronę morza) przeznaczony jest dla naturystów.

Skiathos czy Skopelos?

Jeśli macie ochotę spędzić wakacje na Sporadach to pewnie zastanawiacie się, którą wyspę wybrać. Obie są piękne, obie spokojne i warte polecenia. Ja jednak rekomenduję Skiathos – łatwiej się po niej poruszać, ma więcej plaż a i miasto Skiathos oferuje więcej atrakcji niż równie piękne miasto Skopelos. Do tego przylatujecie na wyspę i po godzinie jesteście w hotelu. Jeśli decydujecie się na Skopelos to czeka Was jeszcze przeprawa promowa, a promów jest zaledwie kilka w ciągu dnia. To istotne, bo dokładnie rok temu postanowiłam wybrać się na kanaryjską Gomerę, mój samolot przyleciał na Teneryfę o 11, nie zdążyłam na prom o 12, a kolejny był dopiero o 20… Do tego jeszcze miał opóźnienie i ostatecznie wypłynęłam z Teneryfy o 21.30… Stracony cały dzień wakacji.

Kiedy jechać?

Sezon trwa właściwie od kwietnia do października, najwięcej turystów jest w lipcu i sierpniu. My byłyśmy na początku września – pogoda cały czas była letnia (27 – 28 stopni) a turystów już jednak trochę mniej niż w pełni sezonu. Myślę, że maj, czerwiec i wrzesień to najlepsze miesiące na odwiedzenie tych pięknych wysp.

Skiathos – zwiedzanie

Przed wylotem na Skiathos moje rozmowy ze znajomymi wyglądały mniej  więcej tak:

-a teraz gdzie lecisz?

-na Skiathos

-a gdzie to jest?

No właśnie, gdzie to jest? Część osób kojarzyła, że może Grecja, ale już powiedzieć coś więcej to niekoniecznie. Skiathos to wyspa należąca do archipelagu Sporadów. Sporady z greckiego znaczy „rozsiane”. 73 wyspy i wysepki (zamieszkane jest tylko 9 z nich) rozsiane na Morzu Egejskim tworzą ten archipelag, o którym do 2007 roku mało kto słyszał. W 2007 roku na wyspach (głównie Skopelos i Skiathos) pojawiła się ekipa filmowa z samego Hollywood, by nakręcić kasowy (zarobił 151 mln USD!) musical Mamma Mia. W 2018 roku premierę miał sequel – Mamma Mia! Here we go again. Dzięki produkcjom o dwóch małych wysepkach usłyszał niemal cały świat, zaczęli pojawiać się turyści ale (na szczęście!) nadal niewielu. Wyspy nie są ofiarami masowej turystyki, nadal jest na nich cicho i spokojnie, nie ma gigantycznych hoteli all inclusive ani imprez do rana. Mamma Mia także nie jest motywem przewodnim życia na wyspie, Abba nie leci z każdego głośnika 😉 Jedyne ślady filmu jakie napotkałyśmy na wyspie to Open Air Cinema gdzie trzy razy w tygodniu organizowane są seanse pierwszej części filmu pod gołym niebem (bilet 12 EUR, nie cieszyły się ogromnym zainteresowaniem). Kino znajduje się przy głównej ulicy Skiathos Town. Poza tym była jedna lodziarnia Mamma Mia i rejsy na Skopelos śladami Mamma Mia. Tak więc film nie atakuje nas z każdej strony czego się trochę obawiałam, zwłaszcza, że leciałyśmy na wyspę kilka tygodni po premierze drugiej części musicalu.

Skiathos – jak się dostać z Polski?

Najprościej, najszybciej i najtaniej lotem czarterowym z biurem podróży. Aktualnie (2018r.) wyjazdy na Skiathos oferują dwa biura podróży, loty dostępne są z Warszawy i z Katowic. Lot wraz z pobytem w 2-gwiazdkowym hotelu bez wyżywienia kosztuje od 1300zł za osobę. Lot na wyspę trwa ok. 2 godzin.

Można również polecieć z Polski do Aten (Ryanair z każdego większego miasta) i stamtąd na Skiathos samolotem (Aegean i Olympic Airlines, ceny wysokie, lot trwa kilkanaście minut). Na Skiathos można się także dostać promem ale nie ma połączenia z Aten. Ze stolicy Grecji trzeba jechać autobusem do Agios Konstantinos i tam przesiąść się na prom, przeprawa trwa ok. 1,5 godziny. Promy na Skiathos kursują także z miasta Volos (rejs stąd trwa 2,5 godziny).

Skiathos – dojazd z lotniska

Lotnisko położone jest zaledwie 800 metrów od miasta Skiathos ale nie ma przy nim przystanku autobusowego. Z bagażami najlepiej wziąć taksówkę, postój znajduje się na lotnisku. Wiele hoteli oferuje transport z lotniska dla swoich gości. Samoloty startują i lądują tuż nad miastem dlatego też Skiathos  nazywa się często europejskim Sint Maarten. Tuż przy pasie startowym znajduje się miejsce dla plane spotterów, można tam dojść w kilkanaście minut z nowego portu. Samoloty tuż nad głową robią wrażenie ale z perspektywy osoby, która odwiedziła Sin Maarten – szału nie ma. Pewnie głównie dlatego, że na karaibskim lotnisku startują i lądują większe maszyny.

Skiathos – hotele

Jak już wspomniałam wyspa nie jest zabudowana molochami, większość hoteli to raczej skromne studia, często prowadzone przez całe rodziny. Hotele zlokalizowane są w południowej części wyspy, wzdłuż wybrzeża.

My wybrałyśmy Lake Studio. Hotel położony jest na południowo-zachodnim krańcu wyspy, przy uchodzącej za najpiękniejszą plaży Koukounaries oraz jak nazwa wskazuje, przy jeziorze. Jest skromny ale czysty, zadbany, spokojny. W pokoju jest balkon z suszarką do ubrań, aneks kuchenny, lodówka, wszystko czego potrzebuje się na wakacjach. Ręczniki i pościel były zmieniane co 3 dni. Bardzo blisko znajduje się supermarket i kilka tawern, przystanek autobusowy znajduje się zaledwie 50 metrów od hotelu. Jest to o tyle ważne, że jest to trzeci przystanek na trasie autobusu dzięki czemu można liczyć na miejsce siedzące na trasie do Skiathos Town.

Skiathos – autobusy

Skiathos ma aż jedną linię autobusową, która biegnie wzdłuż południowego brzegu wyspy, od Koukonaries (przystanek nr 27) do Skiathos Town (przystanek 0 przy Nowym Porcie, funkcjonuje tylko do godziny 19.00, po 19 autobusy ruszają z przystanku nr 1, najwygodniej wsiadać i wysiadać na przystanku nr 4 Acropolis skąd mamy jakieś 100-200 metrów do głównej ulicy miasta Papadiamandi). Bilety kupujemy w autobusie. Jest specjalna osoba, która zajmuje się ich sprzedażą. Ceny biletów od 0,8 EUR do 2 EUR. Nie wiem niestety jaka dokładnie jest taryfa, my jeździłyśmy praktycznie na całej trasie, koszt takiej wycieczki to 2 EUR, czas przejazdu na całej trasie to około 30 minut. Nie ma żadnych biletów dobowych, tygodniowych itp. Autobusy jeżdżą co 12-15 minut (niestety nie zawsze punktualnie ale chyba nie zdarzyło nam się czekać dłużej niż 20 minut, a jeździłyśmy sporo). Ostatni autobus z miasta Skiathos rusza o 1 w nocy, z Koukonaries o 1:30. Pierwszy kurs ze Skiathos jest o 7 rano, z Koukounaries o 7:30. Autobusy są zatłoczone. Jeżdżą nimi głównie turyści ale też sporo miejscowych.

Skiathos – wynajęcie auta

Czy na Skiathos warto wynająć samochód? Moim zdaniem absolutnie nie. O ile własny samochód zazwyczaj ułatwia zwiedzanie a często dotarcie do miejsc, których bez samochodu nie da się odwiedzić, to w przypadku Skiathos raczej się on nie sprawdzi. Na wyspie działają oczywiście wypożyczalnie i taka możliwość istnieje ale dlaczego moim zdaniem nie warto? Wszystkie atrakcje Skiathos znajdują się na południowym wybrzeżu wyspy (gdzie dojeżdża autobus) albo na północnym, dostępnym  wyłącznie od strony morza. Autobus jest tani i dojeżdża wszędzie, północ wyspy można zwiedzić podczas jednodniowego rejsu.

Skiathos Town

Jedyne miasto na wyspie, mieści też stary i nowy port.

Charakterystycznym punktem miasta jest położony na wzgórzu kościół Agios Nikolaos z wieżą zegarową.

W Nowym Porcie cumują prywatne jachty i łódeczki. W Starym  z kolei znajdziemy większe statki wycieczkowe. Najpopularniejsze rejsy to te dookoła wyspy Skiathos i Skopelos. Można także wybrać się na Alonissos i na plażowanie na mniejszych, nawet tych niezamieszkanych wysepkach Sporadów. My zdecydowałyśmy się na dwa rejsy statkiem Poseidon, jeden dookoła Skiathos, drugi dookoła Skopelos. Za dwa rejsy zapłaciłyśmy 30 EUR od osoby. Statek był całkiem spory dzięki czemu nie bujało aż tak bardzo niż mniejszymi jednostkami, miał dwa pokłady i bar. Na górnym pokładzie można było się opalać przez cały dzień.

Wzdłuż Starego Portu ciągnie się promenada z restauracjami i barami.
W większości z nich jest happy hour na koktajle codziennie między 16/18-21/22 (w zależności od lokalu). Za drinki zapłacimy wtedy 5-6 EUR. Szczególnie polecam Rock’n’Roll bar, miejsce wybrane w 2004 najlepszym barem Europy. Wszystkie knajpy w starym porcie są świetnie urządzone i bardzo miło spędza się tam czas.

W wąskich uliczkach miasta znajduje się mnóstwo tawern, barów, restauracji, sklepów z pamiątkami czy biżuterią.

Skiathos – atrakcje

Warto wybrać się do Kastro – dawnej stolicy wyspy, z której dziś zostały tylko ruiny (a właściwie to ruiny kilku kościołów i jednego meczetu). Kastro znajduje się na północy wyspy, najłatwiej dostać się do niego od strony morza. Plaża Kastro znajdowała się na trasie naszego rejsu dookoła Skiathos. Z plaży czeka nas około 30-minutowy spacer (a raczej wspinaczka) do ruin miasteczka. Warto i  ze względu na ruiny miasteczka, i na przepiękne widoki po drodze. Kastro powstało około 1360 roku. Miasto zostało zbudowane na wzgórzu, żeby zapewnić mieszkańcom ochronę przed najazdami piratów. Funkcję stolicy pełniło do 1829 roku kiedy to mieszkańcy przenieśli się do dzisiejszego miasta Skiathos. 20 kościołów i około 500 domów zostało wtedy zupełnie opuszczonych.

Skiathos – plaże

Skiathos mimo niewielkich rozmiarów (49,9 km²) może poszczycić się ponad 60 plażami. Za najpiękniejszą uchodzi położona na południowym wschodzie Koukounaries Beach Plaża Szyszkowa. Piasek jest drobny i złoty a plaża otoczona jest sosnowym lasem. Plaża ma pełną infrastrukturę – prysznice, bary, leżaki (8 EUR za wynajęcie 2 leżaków na cały dzień), centrum sportów wodnych. Jeśli mam być szczera to mnie ona nie zachwyciła ani trochę. Jest przede wszystkim zatłoczona i …brudna.

Tuż obok znajduje się Banana Beach. Sprzed wejścia na plażę Koukounaries kursuje bezpłatny busik do Banana Beach. Odległość nie jest duża ale trzeba się wspinać pod górę więc busik jest całkiem dobrą opcją. Plaża Banana również ma leżaki (ale mniej przez co robi lepsze wrażenie) i bary. Mniejsza i przyjemniejsza. Odrobinę dalej znajduje się Small Banana Beach – mała plaża dla nudystów, również wyposażona w leżaki i knajpę.

Kolejna jest Agia Eleni, do której można dotrzeć z Banana Beach klifem nad plażami. Jeśli macie dobre buty to gorąco polecam taki spacer – widoki z góry są nieziemskie. Można do niej także dojść/dojechać od strony głównej drogi na wyspie. Agia Eleni to kolejne zagłębie sportów wodnych. Ta wyspa uchodzi także za miejsce, gdzie są najpiękniejsze zachody słońca na wyspie.
Są dwa Sunset Bary, warto zasiąść w jednym z nich i z lampką wina oglądać spektakl odgrywany przez naturę.

I na koniec wisienka (truskawka? 😉 ) na torcie – Lalaria Beach. Najczęściej fotografowana plaża na Skiathos, znajdująca się w północnej części wyspy i dostępna wyłącznie  od strony morza. Prom na Lalarię ze Skiathos Town to koszt 15 EUR w dwie strony (czas dopłynięcia 45 minut). Drogo. Plaża była pierwszym przystankiem naszego rejsu dookoła Skiathos. I miałyśmy to ogromne szczęście, że nasz Poseidon dopłynął do plaży jako pierwszy i mogłyśmy ją zobaczyć zupełnie pustą, bez żadnego turysty. Na Lalarii nie ma leżaków, pryszniców, ani żadnego baru. Nie ma absolutnie nic poza tym co stworzyła natura.

Plaża jest kamienista (właściwie są to białe otoczaki), bielusieńka, a woda intensywnie turkusowa. Do tego kamienna brama skalna i mamy widok jak z najpiękniejszej pocztówki. Nie można być na Skiathos i nie popłynąć na Lalarię. Must-see!

Jest oczywiście mnóstwo innych większych i mniejszych plaż, praktycznie w każdym miejscu wybrzeża. Większość plaż jest malutkich, pozbawionych leżaków, pryszniców i innych udogodnień.

Skiathos – ciekawostki

Na Skiathos powstała współczesna, niebiesko-biała grecka flaga. Została zaprojektowana w klasztorze Evangelistrias w 1807 roku. Według greckiej tradycji biały kolor jest symbolem wolności, a błękit ma chronić przed złem. Krzyż symbolizuje chrześcijaństwo – religię dominującą w Grecji.

Wyspa została zbombardowana przez hitlerowców podczas II wojny światowej, ale szybko została odbudowana.

Skiathos – co zjeść?

Na Skiathos mamy do czynienia z kuchnią grecką najwyższej jakości. Przez to, że wyspa nie jest jakoś wybitnie turystyczna to nie mamy tu znanych z innych, popularniejszych wysp, turystycznych pułapek, gdzie serwuje się jedzenie kiepskiej jakości. Jadałyśmy w różnych miejscach i wszędzie było przepysznie.

Pierwszym miejscem, do którego trafiłyśmy była knajpa Under the Pine Tree położona tuż obok naszego hotelu. Później wracałyśmy do niej jeszcze kilka razy, bo jedzenie jest tam naprawdę wyjątkowe. Uwaga, porcje są ogromne. Danie główne to porcja dla 2 osób. Tam jadłyśmy najlepsze tzatziki (a jadłyśmy gdzieś praktycznie codziennie). Do tego ogromne sałatki, duży wybór souvlaki i pyszne wino. Polecam spróbować retsiny – wina aromatyzowanego z dodatkiem żywicy alepskiej. W knajpie zamiast kieliszków dostaniecie do niej małe szklaneczki. Tak pijają retsinę Grecy.

W mieście Skiathos polecamy restaurację El Greco i ich danie kurczaka el Greco z serem halloumi i sosem musztardowym. Porcja ogromna! Do tego mają smaczne owoce morza.

Czego trzeba spróbować na Skiathos? Ryb, owoców morza, serów (feta, halloumi i wielu innych mniej popularnych, których nazw nawet nie pamiętam), tzatziki, souvlaki, najlepszej na świecie oliwy a także zbieranych tu orzeszków piniowych.

Skiathos – co kupić, co przywieźć?

Odpowiedź na to pytanie można połączyć z poprzednim akapitem. Wyrosłam już z przywożenia z wakacji pamiątek typu durnostojki. Najlepsze pamiątki to te kulinarne. Z Grecji zawsze przywożę oliwę i tym razem było dokładnie tak samo. Poza tym wino (butelka retsiny też przyjechała), orzeszki piniowe i przyprawy. Słynnym greckim alkoholem jest Metaxa – greckie słońce zamknięte w butelce. Najczęściej serwowana z tonikiem i plastrem pomarańczy lub z sokiem z granatów. Ale metaxę można już bez problemu kupić w Polsce. W Grecji produkuje się też świetny miód – ze Skiathos warto przywieźć ten leśny, smakuje wyśmienicie choć smak jest bardzo charakterystyczny – spróbujcie najpierw czy Wam odpowiada.

Jeśli chcecie przywieźć coś bardziej trwałego to w Skiathos Town są sklepy z wyrobami z drewna oliwkowego – naprawdę piękne. Poza tym jak wszędzie – magnesy, pocztówki, koszulki, maskotki, biżuteria. Co kto lubi.

Skiathos – czy warto?

To oczywiście zależy czego oczekujecie od wakacji. Jeśli ciszy, spokoju
i obcowania z naturą – to zdecydowanie warto. Jeśli wakacje lubicie spędzać w miejscach, które oferują mnóstwo atrakcji, gdzie dużo się dzieje, gdzie trwa jedna wielka impreza a w hotelach zabawiają Was animatorzy – to zdecydowanie poszukajcie innego kierunku. Ja jestem Skiathos zachwycona i były to jedne z moich najfajniejszych wakacji.

Ateny w 1 dzień

Ateny były miejscem mojej przesiadki w drodze na Mykonos. Przyleciałam do stolicy Grecji o 11, lot na wyspę miałam o 20:30, coś trzeba było z całym dniem zrobić.

Ateny – dojazd z lotniska

Lotnisko Athens Eleftherios Venizelos (ATH) położone jest 35km od centrum  miasta. Najszybszym sposobem dojazdu do miasta jest metro (linia nr 3), które kursuje co 30 minut. Bilet w jedną stronę kosztuje 10 EUR, bilet powrotny 18 EUR (ważny 48 godzin). Bilety można kupić w automatach lub w  budkach przy wejściu na stację. Dostępne są także bilety 3-dniowe za 22 EUR, które zdecydowanie warto kupić jeśli zostajemy w Atenach dłużej niż ja podczas przesiadki. Podróż do centrum, czyli do stacji Syntagma lub Monastiraki trwa ok. 40 minut. Bilet jest ważny 90 minut od skasowania. Dojście do metra z terminalu jest bardzo dobrze oznakowane.

Tańszą ale dłuższą opcją jest dojazd autobusem linii X95. Dojedziemy nim do placu Syntagma w około 60 – 70 minut (w zależności od sytuacji na drodze), za bilet zapłacimy 6 EUR w jedną stronę. Tym autobusem jechałam chyba 3 lata temu  kiedy Grecy w ramach strajku postanowili wyłączyć metro z użytku. Oczywiście metro jest szybsze i wygodniejsze. Wagony są klimatyzowane. Jeśli przylatujemy do Aten w nocy to do centrum możemy dostać się wyłącznie autobusem lub taksówką, metro jeździ do godziny 23.

Nie była to moja pierwsza wizyta w Atenach stąd nie zwiedzałam Akropolu ani innych zabytków tylko poświęciłam dwa przesiadkowe dni na włóczenie się po mieście, odwiedzenie paru ulubionych miejsc i odkryciu czegoś nowego.

Niestety pogoda była niesprzyjająca długim spacerom, były 34 stopnie i palące słońce. Patrzyłam z podziwem i współczuciem jednocześnie na tych wszystkich, którzy zdecydowali się wejść na Akropol w taką pogodę. Dobrze, że ja miałam tę atrakcję „zaliczoną” kilka lat wcześniej w bardziej sprzyjającej aurze.

Ateny zawsze mnie zaskakują. Jeśli mam być szczera to nie przepadam za tym miastem ale z każdą kolejną wizytą bardziej je oswajam. Tym razem moim odkryciem okazała się dzielnica Psiri, alternatywa dla zepsutej już komercją Plaki. Psiri to dzielnica, która do niedawna uchodziła za szemraną ale od kilku lat jest zagłębiem restauracji, knajpek i małych sklepików. Położona tuż obok placu Monastiraki wciąż jest jednak miejscem gdzie spotkacie więcej miejscowych niż turystów. Knajpek i restauracji jest mnóstwo ale w wielu z nich próżno szukać menu po angielsku. Właśnie takich  miejsc szukam podczas swoich wojaży toteż Psiri bardzo przypadła mi do gustu. Ma niepowtarzalny klimat i nieoczekiwany urok. Są miejsca takie jak Little Kook – kawiarnia, która zajmuje niemalże pół ulicy i straszy bajkowymi dekoracjami. Jest tak słodko, że aż bałam się wejść do środka. Natomiast pozostałe restauracje zaskakują wyłącznie pozytywnie – uroczymi wnętrzami i pięknymi ogródkami.

Ateny – gdzie zjeść?

Pierwszego dnia, przed wylotem na Mykonos trafiłam do zupełnie niepozornej tawerny Aspro Alogo pomiędzy Syntagmą a Monastiraki. Miejsce rodzinne, właściciel nie mówiący wiele po angielsku osobiście zajmuje się każdym gościem. Jedzenie genialne, chyba jadłam tam najlepszą musakę w życiu. Do tego gratis dostaje się deser i dwa szoty jakichś lokalnych sznapsów na koniec.

Mój drugi pobyt w Atenach, już po powrocie z Mykonos, a przed wylotem z Poznania to poszukiwanie Couleur Locale. Knajpy, o której przeczytałam w internecie i  która słynie z pięknego tarasu z widokiem na Akropol. Miejsce jest ukryte, wejście znajduje się pomiędzy pewną kawiarnią a antykwariatem. Tu również turystów nie spotkacie, praktycznie wszystkie stoliki na tarasie były zajęte a jedyny język jaki słyszałam to grecki. Można siedzieć i siedzieć, gapić się na Akropol ale warto też coś zjeść. Nie spodziewajcie się tradycyjnej kuchni greckiej, prędzej zjecie tu pizzę czy kanapkę. Ja zdecydowałam się na bajgla z łososiem i… dżemem z greckich pomarańczy. Genialne połączenie, które od tego czasu stosuję też we własnej kuchni. Dla spragnionych krajowych trunków – patrzcie na jakiej bazie robią tam drinki 😉 Ja zostałam tylko przy świeżo wyciskanym soku z pomarańczy.

W Atenach warto też zjeść tradycyjne pączusie Loukmades. W lokalu w centrum miasta (Aiolou 21) możecie wybrać nadzienie i posypkę. Prawdziwa rozpusta ale zdecydowanie warto zgrzeszyć.

Ateny – gdzie spać?

Baza hotelowa jest oczywiście ogromna od tanich hosteli poprzez szeroką gamę 2,3* hoteli aż po te luksusowe. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja tym razem spałam w hotelu Athinaikon. Tani, idealny na jedną noc. Jest czysto, jest klimatyzacja i przede wszystkim lokalizacja – tuż przy dzielnicy Psiri, 10 minut od placu Monastiraki (i stacji metra). Wcześniej zdarzało mi się spać przy Placu Omonia i też mogę tę lokalizację polecić.

Ateny – bezpieczeństwo

Temat, którego trudno uniknąć. Szukając hotelu na jedną noc w Atenach spotkałam się z informacjami, że miejsce, które wybrałam nie należy do bezpiecznych, że są tam bezdomni i imigranci. Po powrocie mogę napisać, że dzielnica jest jak najbardziej bezpieczna a bezdomni i imigranci są w Atenach w absolutnie każdym miejscu. Widziałam bezdomnego z całym dobytkiem śpiącego pod 5-gwiazdkowym hotelem w centrum miasta… Okolice Omonii też nie cieszą się najlepszą sławą ale spałam tam 3 noce podczas jednego z poprzednich pobytów w Atenach i za dnia jest tak jak w każdym innym miejscu miasta. Wszędzie trzeba zachować ostrożność ale nie popadajmy w paranoję, Ateny są miastem bezpiecznym dla turystów.

Mykonos – czy warto?

Mykonos – wyspa przedstawiana jako raj na ziemi, chwalona i uwielbiana przez blogerów i celebrytów wszelkiej maści. Na zdjęciach wyglądająca jako prawdziwe cudeńko. Czy tak jest w rzeczywistości?

Nic dziwnego, że oglądając zdjęcia i czytając zachwyty tych, którzy z wyspy wrócili też zapragnęłam tam pojechać. Wcześniej odwiedziłam już kilkanaście innych greckich wysp, w tym równie (a może i bardziej) znaną Santorini i wszystkie ale to absolutnie wszystkie mi się podobały i na każdej spędziłam rajskie wakacje.

Na wyspie spędziłam 5 dni, czy z perspektywy czasu uważam, że warto się wybrać na Mykonos? W 99% przypadków, gdy padnie pytanie czy warto się wybrać w jakieś miejsce, to niezależnie od tego czy mi się podobało, czy nie to powiem, że warto. Żeby  zobaczyć, poczuć i wyrobić sobie własne zdanie. Ale Mykonos będzie chyba tym 1%. Nie byłam w życiu w bardziej przereklamowanym miejscu. I tak już pisałam wcześniej Mykonos Town jest piękne, to cała atmosfera tej wyspy mi nie odpowiadała. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Mykonos to nie jest Grecja. To jakiś skrawek Grecji zagarnięty przez imprezowiczów i celebrytów gdzie nie spotka Was grecka otwartość i gościnność, gdzie nie będziecie się czuli jak w domu. To nawet nie chodzi o to, że jest luksusowo, bo oczywiście nie wszędzie jest. Ale coś mi w tym miejscu nie pasowało, coś co nie do końca umiem  nazwać.

Grecja ma do zaoferowania znacznie ciekawsze miejsca niż Mykonos więc jeśli celem Waszych wakacji nie jest lans i imprezowanie do świtu to moim zdaniem znajdziecie ciekawszą wyspę na spędzenie wakacji. I przy okazji tańszą, bo Mykonos jest drogie. I nie warte tych wszystkich wydanych euro.

Może inaczej wyspa prezentuje się przed sezonem i po sezonie, gdy nie ma aż tylu turystów i głośne kluby są pozamykane, nie wiem, nie chcę sprawdzać. Bardzo chętnie wrócę na Santorini, na Kretę, Korfu czy Kefalonię. Oraz oczywiście z przyjemnością odwiedzę te wyspy, na których jeszcze nie byłam. Ale na Mykonos mnie więcej nie zobaczą.

 

Co zobaczyć na Mykonos?

No właśnie, pierwotny tytuł wpisu brzmiał co zwiedzać na Mykonos ale zwiedzać nie bardzo jest co, więc piszę co można na wyspie zobaczyć.

Przede wszystkim – wyjątkowe i niepowtarzalne Mykonos Town. Moim zdaniem jedyne miejsce, dla którego warto w ogóle rozważyć wakacje na tej wyspie.

Mykonos Town wygląda dokładnie tak jak na pocztówkach i instagramowych zdjęciach. Plątanina niebiesko-białych uliczek, malutkie sklepiki, kawiarenki. Do tego oplatające budynki różowe bugenwille i kwiaty w doniczkach na każdych schodach. Jest jak w bajce mimo tłumu turystów przez całą dobę. Bo Mykonos Town żyje 24 godziny na dobę. Od świtu, gdy do miasta przybywają kolejne wycieczkowce z setkami, jak nie tysiącami turystów jednodniowych, do późnej nocy gdy na ulicach spotkamy tłumy imprezowiczów. Z tego powodu wiele restauracji  i barów jest czynnych całą dobę bądź z krótką 2-3 godzinną przerwą.

W malutkim Mykonos Town mamy ponad 60 (!) kościołów. Chcąc nie chcąc mijamy je co chwilę, a sytuacja gdy rozglądając się dookoła widzimy 5 krzyży nie jest rzadkością.

Najsłynniejszym kościółkiem jest bielutki Panagia Paraportani. Chodzą plotki, że to najczęściej fotografowany budynek na wyspie. Tak naprawdę składa się on z pięciu świątyń, które powstawały na przestrzeni 200 lat. Kościół znajduje się tuż przy restauracji Kastro’s.

Jest to jednocześnie początek tzw. Małej Wenecji. Miejsca, gdzie budynki stoją w morzu. Są to dawne domy greckich kapitanów, aktualnie przerobione na bary i restauracje. Z Małej Wenecji pięknie wyglądają zachody słońca stąd w porze wczesnowieczornej trudno znaleźć jakiś wolny stolik. Ceny jak się można domyślać, wysokie.

Z Małej Wenecji można podziwiać symbol Mykonos, czyli wiatraki Kato Myli. Pochodzą z XVI wieku i dziś są już tylko atrakcją turystyczną.

Mykonos – plaże

Mykonos słynie także z pięknych plaż. Z tym pięknem bym polemizowała, bo plaże nie są jakieś wybitne. Są piaszczyste, dobrze utrzymane i niestety zatłoczone oraz głośne.

Najsłynniejsze plaże na Mykonos to Paradise, Super Paradise, Psarou, Paraga, Ornos, Agia Anna. Do większości z nich dojedziemy bez problemu busem z dworca Fabrika w Mykonos Town (bilet 1,8 EUR w jedną stronę). Jest też dużo malutkich plaż bez plażowej infrastruktury ale często te plaże są bardziej kamieniste niż piaszczyste.

W Mykonos Town mamy plażę Yialos, malutką ale strzeżoną. Nie ma na niej leżaków ale są tłumy ludzi 🙂 Znajduje się tuż przy porcie, w pobliżu jest kilka tawern i piekarnia.

Tuż za Mykonos Town, idąc wzdłuż brzegu za wiatrakami, po 10 minutach dojdziemy do plaży Megali Ammos. Niezbyt dobrze utrzymanej ale większej niż te w samym mieście. Do tego na plaży znajduje się tawerna Joanna’s Niko’s, która zapewnia swoim klientom bezpłatne leżaki. Są takie sobie ale bezpłatny leżak na Mykonos to naprawdę rzadkość. Ceny w knajpie są średnie, za obiad zapłacimy około 15 EUR, kawa na zimno kosztuje 3 EUR, piwo 4 EUR. Po drodze na Megali Ammos mijamy naprawdę malutkie plaże Agios Charalabos i Alefkantra. Na każdej ktoś się opala i ktoś się kąpie.

Na południowym zachodzie wyspy znajduje się plaża Ornos, a naprzeciwko niej plaża Korfos będąca rajem dla kitesurferów. Na Korfos nie ma leżaków ani barów, za to wieje naprawdę mocno, jest szkółka kitesurferska. Na plaży Ornos mamy leżaki, kluby, tawerny i bary. Cena za wynajęcie leżaka i parasola na cały dzień – 10 EUR.

Ornos to z kolei  w pełni przygotowana dla turysty plaża. Mamy leżaki (sięgające niemalże do samej  wody), bary, restauracje i tawerny.

Paradise Beach to mekka dla imprezowiczów. Muzyka gra przez całą dobę a regularna impreza z DJem zaczyna się już od 15. Za wynajęcie leżaka zapłacimy tu od 5 do 7 EUR plus dodatkowe 5 EUR za parasol. Po wejściu na plażę należy kierować się na prawo, tam jest taniej. Niestety o 11 wszystkie leżaki są już zazwyczaj zajęte i trzeba kierować się tam gdzie jest (trochę) drożej. Po prawej stronie jest też skrawek plaży pozbawiony leżaków, gdzie można się rozłożyć ze swoim ręcznikiem.

Warto też zajrzeć do 180 Sunset Baru.

Wyspa jest malutka więc „atrakcji” też niewiele. Dla mnie 5 dni na Mykonos było aż nadto, 3 by spokojnie wystarczyły. Ale pewnie dla imprezowiczów to i tydzień na wyspie będzie mało więc co kto lubi.

PS. Mykonos rywalizuje z Ibizą o miano najbardziej imprezowej wyspy w Europie. Jeśli zastanawiacie się, którą wyspę wybrać na wakacje to moim zdaniem Ibizę.

Co i gdzie zjeść na Mykonos?

Podróże bez jedzenia lokalnych specjałów się nie liczą. Podróżowanie to też jedzenie.

Kuchnia wyspy nie różni się znacząco od raczej znanej i popularnej kuchni greckiej. Mamy tu grecką sałatkę (zawsze z jednym dużym kawałkiem sera feta) skropioną solidną porcją oliwy z oliwek, mamy wszelkiego rodzaju ryby i owoce morza a dla mięsożerców souvlaki w wersji drobiowej i wieprzowej. Na Cykladach występuje obfitość przeróżnych serów, głównie z owczego i koziego mleka. Generalnie sery bardzo lubię ale wszystkie, których próbowałam na Mykonos były bardzo ale to bardzo słone.

Z deserów – nie brakuje lodziarni ani naleśnikarni. Te mamy na każdym kroku w Mykonos Town. Szczególnie polecam lody I Scream, porcja 150g (2 smaki) kosztuje 4EUR, 250g 5,5 EUR. Do wyboru zawsze kilkanaście smaków. Lody kremowe, wyraziste, obłędne. Miejsce znajduje się bardzo blisko dworca autobusowego Fabrika.

Słynnym greckim deserem, który dostaniemy także na Mykonos jest baklava. Bardzo słodka ale pyszna, idealnie komponuje się z mocną, gorzką kawą. Szczególnie polecam baklavę z malutkiej piekarni Gioras Wood Bakery. Jest pyszna i naładowana mieszanką orzechów (włoskie, laskowe i pistacje). Całkiem niezłe baklavy  mają też w piekarniach przy nowym porcie i przy dworcu autobusowym Fabrika. Ceny w zależności od wielkości od 2 do 5 EUR za kawałek. Ale taki kawałek za 5 EUR to zasłodzi spokojnie 2 osoby.

Kawę wypijecie oczywiście wszędzie ale szczególnie polecam tę w Kastro’s. przede wszystkim ze względu na to, że będziecie ją pili mając nieziemskie widoki na wiatraki i morze a do tego smakuje ona naprawdę wybornie, zwłaszcza Amaretto Coffee (7EUR).

Gdzie jeść i ile to kosztuje?

Na Mykonos jak już wiecie jest drogo ale to nie znaczy, że brakuje miejsc gdzie można zjeść za przyzwoite pieniądze. Ja lunche jadałam zazwyczaj na plażach lub w ich okolicach (koszt – sałatka grecka 8 – 9 EUR, souvlaki 5 – 8 EUR, owoce morza 12 – 15 EUR).

W mieście Mykonos znajduje się wiele miejsc gdzie zjecie za mniej niż 10 EUR a to moim zdaniem normalna, europejska cena. Oczywiście znacznie więcej jest miejsc, gdzie  obiad będzie kosztował 50 EUR ale z tanim jedzeniem nie ma większego problemu.

Co polecam?

Dla mięsożerców sieciówka Souvlaki Story – są w 3 lokalizacjach w mieście Mykonos, szczególnie polecam tortillę Mykonos z ich autorskim sosem oraz serem halloumi. Do tego wyluzowana, sympatyczna obsługa co nie jest niestety normą na Mykonos. Warto.

Jest knajpka Yummy gdzie zjecie kanapki i naleśniki w bardzo rozsądnych cenach.

Generalnie wiadomo – im bliżej morza tym drożej ale płaci się niekoniecznie za lepsze jedzenie, a za widoki. Warto pobłądzić w bocznych uliczkach i odkryć mniej uczęszczane miejsca.

Ceny w sklepach

Są normalne, europejskie. Za 3-pak greckiego jogurtu (200g) zapłaciłam 2 EUR, za małe opakowanie greckiego miodu 1,5 EUR. Przy okazji już wiecie jaki był mój ulubiony deser podczas tego wyjazdu – grecki jogurt z miodem.

0,5 l coli kosztuje około 1 EUR, podobnie piwo.  0,5l wody kosztuje 0,5EUR (to akurat stała cena w Grecji, poza Santorini gdzie sobie życzą 1 EUR).

180 Sunset Bar Mykonos

Zachody słońca na Mykonos są naprawdę magiczne.

Zarówno te oglądane z portu, Małej Wenecji czy spod wiatraków. Jednak najbardziej spektakularnie zachód słońca wygląda znad miasta. Na zamku (Castle Panigirakis) stworzono 180 Sunset Bar. Miejsce, o którym najłatwiej dowiedzieć się z mediów społecznościowych. Tak też było w moim przypadku – przeglądając przed wyjazdem zdjęcia z tagiem #mykonos na instagramie trafiałam co jakiś czas na zdjęcia z tego właśnie baru. Uznałam, że trzeba się tam wybrać.

Bar jak już wspomniałam znajduje się na wzgórzu nad miastem Mykonos. Najłatwiej dostać się tam pieszo, z Małej Wenecji czeka nas około 15-minutowa wędrówka w górę. Można też dojechać autem/skuterem, przy barze jest parking ale droga jest wąska i jej przepustowość w okolicach godziny 19 pozostawia wiele do życzenia.

Bar otwiera się o godzinie 19 i bardzo szybko zapełnia się turystami. Mając tego świadomość wyruszyłam z miasta przed godziną 19, żeby dotrzeć tuż po otwarciu i zająć sobie miejsce z dobrym widokiem. I tu spotkała mnie pierwsza nieprzyjemna niespodzianka. Usiadłam sobie przy małym stoliczku tuż przy krawędzi z najlepszym widokiem. Niestety chcąc złożyć zamówienie usłyszałam od kelnerki, że te miejsca są tylko dla osób w parach. Jako osoba, która przyszła do baru w pojedynkę mogę sobie usiąść na schodach… Na schodach są co prawda poduszki ale na dłuższe posiedzenie jest to opcja mało komfortowa. No ale cóż, wyjścia nie było więc wylądowałam na poduszkach na schodach.

Ceny w barze nie należą do najniższych ale też jak na Mykonos nie są jakieś specjalnie horrendalne (w pewnym barze na plaży drinki kosztują od 40 EUR wzwyż). Za lampkę wina zapłacimy 10 EUR, za kolorowe drinki od 13 do 20 EUR. Mamy do wyboru zarówno klasyczne koktajle, które wypijemy w barach na całym świecie jak i kilka autorskich kompozycji. Ja zdecydowałam się wybrać coś z tej drugiej grupy. Drink nazywał się Guitartist, był na bazie tequili i grejpfruta. To czarne na szklance to oczywiście sól. Był smaczny i dosyć mocny. Kosztował 16 EUR. Plus napiwek. Niestety płacąc kartą jesteśmy zmuszeni do pozostawienia napiwku, możemy wybrać czy chcemy dać 5, 10 czy 15% ale nie da się tej opcji pominąć. Trochę słabe, zwłaszcza, że obsługa jest mocno zblazowana i nie zawsze sympatyczna.

W barze można też zjeść (bruschetty, burgery, sałatki itp), niestety jak się siedzi na schodach to jest to raczej niemożliwe stąd moja wizyta w barze była skrócona do jednego drinka, wieczór postanowiłam kontynuować w wąskich uliczkach miasta Mykonos.

Towarzystwo w barze jest bardzo wymieszane, miks narodowo-kulturowy, jedni wystrojeni jakby szli na bal u królowej angielskiej, inni w strojach kąpielowych prosto z plaży.

Czy warto wybrać się do Sunset Bar Mykonos?

Jak widać na zdjęciach zachód słońca wygląda z jego perspektywy naprawdę imponująco. Miejsce jest fajnie zagospodarowane, całość umila naprawdę świetna muzyka. Ceny jak na Mykonos są przyzwoite. Moim zdaniem będąc na Mykonos raz warto się tam wybrać. Nie chciałabym spędzać tam każdego swojego wieczoru na wyspie ale jednorazowo warto zrobić sobie małą wycieczkę. Polecam pieszą wędrówkę, naprawdę nie jest męcząca choć trzeba się trochę wspinać. Trzeba wziąć pod uwagę, że to jedno z najpopularniejszych miejsc na Mykonos i już po 19 będzie tam tłum ludzi więc warto przyjść wcześniej. Obsługa jest jaka jest (właśnie zajrzałam na tripadvisora i widzę, że to nie tylko moje wrażenie), ceny są jakie są ale ten zachód słońca jest naprawdę piękny.