la Gomera – wakacje na jednej z najmniejszych wysp Kanaryjskich

La Gomera – maleńka wyspa oddalona o zaledwie 30 km od Teneryfy. Z największej wyspy archipelagu wysp Kanaryjskich można dostać się na nią promem. Gomera jest popularnym celem jednodniowych wycieczek z Teneryfy, ja jednak nie lubię takich szybkich jednodniowych wypadów. Owszem, Gomera jest malutka i spokojnie można ją objechać w jeden dzień ale ja zdecydowałam się wybrać tam na tygodniowe wakacje.

Gomera często jest nazywana wyspą Kolumba ze względu na trzy wizyty odkrywcy Ameryki. Po raz pierwszy Kolumb dotarł na Gomerę w 1492 roku skąd 6 września wyruszył do Ameryki. Na pamiątkę tego jakże ważnego wydarzenia 6 września na wyspie organizowane są Fiestas Colombinas.

Valle Gran Rey

Dolina Wielkiego Króla Guanczów z jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie. Tu znajdował się mój hotel, tu spędziłam najwięcej czasu dlatego od tego miejsca zacznę swoją opowieść o Gomerze.

Zanim dotarłam tam ja, dolinę wybrał na swoją siedzibę król Guanczów, najpotężniejszy z władców. Ale to nie jest tak, że ja sobie wybrałam to miejsce, bo miałam z czego wybierać. Turystyka na Gomerze nie jest tak rozwinięta jak na sąsiedniej Teneryfie czy pozostałych dużych wyspach archipelagu (chciałoby się krzyknąć na szczęście!), wszelkie hotele, apartamenty i atrakcje turystyczne znajdują się właśnie w tym rejonie, a dokładnie w jednej z nadmorskich miejscowości położonych w dolinie – la Calera, la Paya, la Puntilla, Las Vueltas i Borbalan.

Jedyną, niepowtarzalną i największą atrakcją doliny są nieziemskie widoki. Najlepiej podziwiać dolinę z góry. Do wyboru mamy kilka punktów – Mirador del Santo, Mirador del Palmajero i Mirador Cesar Manrique. Ten ostatni z pewnością nasunie skojarzenia z Lanzarote i słusznie. Ten punkt widokowy to ostatnie dzieło artysty, z którego podobno on sam był najbardziej zadowolony i uznał go za swoje najlepsze dzieło.

W dolinie znajduje się kilka piaszczystych (czarnych) plaż – Playa de la Calera i Playa de La Puntilla uchodzą za najlepsze na wyspie. Atlantyk bywa wzburzony więc trzeba uważać jeśli chce się kąpać w oceanie. Wyjątkiem jest mała zatoczka z plażą Charco del Conde zwana baby beach – tu praktycznie nie ma fal (jednak Podsiadło miał rację :D).

Park Narodowy Garajonay

Las wawrzynowo-cedrowy wpisany na listę UNESCO to bez wątpienia największa atrakcja Gomery. Ja dotarłam na wyspę późno wieczorem, przejazd taksówką do hotelu trwał ponad 1,5 godziny. Droga prowadziła właśnie przez ten las. Innego wyboru zresztą nie ma, na wyspie jest aż jedna droga. Droga to jednak za dużo powiedziane – to jest plątanina zakrętów. Mój kierowca nie mówił po angielsku, ja nie mówię po hiszpańsku ale podczas tego przejazdu nauczyłam się jednego słowa, którego nie zapomnę do końca życia. La Curva – zakręt. Tylu zakrętów nie pokonałam przez całe swoje życie a noc i otoczenie lasu wawrzynowego spowodowało, że czułam się jakbym była bohaterką horroru klasy B. Nie przesadzam, to była zdecydowanie najgorsza podróż mojego życia. Nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam choroby lokomocyjnej ale na Gomerze nawet mnie ścięło z nóg. Pierwsze spotkanie z największą atrakcją wyspy przebiegło więc w nieco dramatycznych okolicznościach ale nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym lesie. Za dnia wygląda wręcz baśniowo, nie ma w nim nic strasznego. Pamiętajcie tylko, że w lesie jest sporo chłodniej niż w pozostałych częściach wyspy więc zakryte buty i bluza obowiązkowo.

Park zajmuje ponad 10% obszaru wyspy i słynie z największego na świecie lasu wawrzynowego – laurasilva. Ta formacja w trzeciorzędzie pokrywała niemal całą Europę. Wraz z nadejściem epoki lodowcowej lasy zanikły. Przetrwały właśnie na Gomerze dzięki odpowiednim warunkom klimatycznym – umiarkowanej temperaturze, obfitym opadom i dużej wilgotności powietrza.

Park Narodowy założono w tym miejscu w 1981 roku, a już w 1986 wpisano go na listę UNESCO.

W obrębie parku znajduje się mnóstwo szlaków pieszych o różnym stopniu trudności. Każdy znajdzie coś dla siebie, warto to zrobić!

Na terenie parku także znajduje się sporo punktów widokowych. Z Mirador del Rejo widać Hermiguę, z Mirador del Bailadero trzy wielkie skały wulkaniczne a z Mirador Cumbre de Tajaque rozciąga się panorama wulkanicznych kalder Benchijuga. Co jeden widok to piękniejszy.

Na północnych obrzeżach parku, w lesie, biją zaczarowane źródła Chorros de Epina. Według legendy ten kto się z nich napije, spotka miłość swojego życia.

Agulo

Wioska białych domów skąd rozpościera się piękny widok na sąsiednią Teneryfę z górującym nad nią wulkanem Teide. Położone bardzo malowniczo (mam wrażenie, że będę to pisać o każdym miejscu na Gomerze), zabudowane typowymi kanaryjskimi domkami.

Będąc w Agulo trzeba koniecznie pojechać na punkt widokowy Mirador Abrante. Stamtąd najlepiej podziwiać znajdujące się w dole wybrzeże Gomery i wyłaniającą się naprzeciwko Teneryfę z jej wulkanem.

Hermigua

Żyzna zielona dolina będąca zagłębiem winnic (tak, na Gomerze robi się świetne wino!) oraz upraw bananowców. Widoki są po prostu nieziemskie, na szczęście po drodze nie brakuje punktów widokowych gdzie można się zatrzymać i podziwiać te piękne krajobrazy.

Dolina Vallehermoso

Kolejne miejsce jakby żywcem wyjęte z pocztówek. Strome zielone stoki obsadzone palmami i bananowcami poprzetykane białymi kanaryjskimi domkami. Nazwa oznacza dosłownie Piękną Dolinę. Nie jest ani trochę przesadzona.

San Sebastian de la Gomera

Na koniec stolica wyspy. Zaledwie 6,5-tysięczne miasteczko z dwoma placami – Plaza de Americas i Plaza de la Constitucion. Przez miasteczko prowadzi deptak Calle Real otoczony kamienicami w typowo kanaryjskim stylu. Przy deptaku znajduje się także Casa-Museo Colon – dom, w którym miał nocować Kolumb podczas swojego pobytu na wyspie. Nieco dalej mamy Iglesia de la Asuncion – kościół, w którym Kolumb miał się modlić przed wyprawą do Ameryki. Malutkie ale bardzo urokliwe miasteczko zafiksowane na punkcie Kolumba.

Gomera – ciekawostki

Pewnie sporo z Was słyszało o El silbo Gomero – języku gwizdów charakterystycznego dla tej właśnie wyspy. Brzmi jak śpiew ptaków (naprawdę!) a służy mieszkańcom do porozumiewania się na dużych odległościach. Gwizdy słychać podobno na dystansie 10 kilometrów! Tradycja języka gwizdów pochodzi z czasów przedhiszpańskich. Zesłani na wyspę członkowie plemion północnoafrykańskich porozumiewali się gwizdami, ponieważ Rzymianie obcinali im języki i gwizdy była dla nich jedyną możliwością kontaktu między sobą. Tradycja silbo jest kultywowana do dziś, od 2001 roku naucza się go w szkole a język jest wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Gomera jest miejscem rozgrywania się najsłynniejszego kanaryjskiego romansu. Jej bohaterami są gomerska księżniczka Gara i młodzieniec z Teneryfy – Jonay. Chłopak wiedziony ciekawością postanowił przepłynąć wpław z Teneryfy na Gomerę. Księżniczka znalazła go wycieńczonego na brzegu, a po kilku dniach młodzi zakochali się w sobie. Nie spodobało się to ojcu dziewczyny i postanowił wygnać chłopaka z wyspy. Kochankowie postanowili ukryć się w górach i pod osłoną nocy dotarli na najwyższy szczyt wyspy. Tam gałąź przebiła serca obojga kochanków łącząc ich ze sobą na zawsze a najwyższy szczyt wyspy nazwano od ich imion Garajonay.

Czy warto spędzić na Gomerze aż tydzień?

Jak już wspominałam wyspa jest naprawdę malutka i da się zaliczyć jej główne punkty w jeden dzień tylko po co? Będąc na wyspie dłużej można ją poczuć i posmakować, można spokojnie skorzystać z uroków natury, można robić sobie trekkingi po parku (tras starczyłoby na miesiąc, nie tylko na tydzień, szlaków jest 650km!), można zwiedzać doliny. Do tego można codziennie jeść świeżo zerwane banany i mango popijając je gomerskim winem.

Kontakt z mieszkańcami jest utrudniony jeśli nie mówicie po hiszpańsku. Po angielsku mówią właściwie tylko pracownicy hoteli i niektórzy młodsi mieszkańcy wyspy (choć operują raczej podstawowymi zwrotami). Prędzej dogadacie się… po niemiecku. Na Gomerze, tak jak i na innych hiszpańskim wyspach (nie tylko Kanaryjskich) dominują turyści z Niemiec i lokalesi wolą się uczyć niemieckiego niż angielskiego.

Gomera to nie jest wyspa dla wszystkich. Jest tu cicho, spokojnie, hoteliki są malutkie, nie ma wielkich molochów oferujących wakacje all-inclusive. Nie ma dyskotek, promenad z milionem suwenirów i naganiaczy w restauracjach. Dla mnie to ogromny plus ale wiem, że są osoby, dla których takie wakacje byłby najgorszymi wakacjami w życiu 😀