Florencja – zwiedzanie stolicy Toskanii

Florencja to miasto artystów, malarzy, architektów i poetów ale też bankierów i książąt. Kolebka światowego renesansu. Stolica najbardziej malowniczego regionu kraju – Toskanii. O miasteczkach i mieścinach Toskanii jeszcze napiszę, dzisiejszy wpis potraktujcie jako wstęp. Florencja była stolicą Włoch w latach 1865 – 1971, a samo miasto zostało założone przez Etrusków już w 82 roku p.n.e. Zabytkowe centrum rozciąga się po dwóch stronach rzeki Arno i jest bardzo rozległe.

Piazza del Duomo – Plac Katedralny

Główny plac w centrum miasta niemal w całości zajmuje katedra (duomo). Tuż obok stoi dzwonnica (kampanila) i baptysterium.

Katedra Santa Maria del Fiore (Matki Boskiej Kwietnej) jest symbolem miasta i przedmiotem dumy mieszkańców. Kopuła bazyliki góruje nad miastem sprawiając, że jest ona widoczna praktycznie z każdego miejsca w obrębie centrum miasta.

Budowa tej gotyckiej świątyni rozpoczęła się w 1296 roku, konsekrowano ją dopiero w 1436 roku. A prace wykończeniowe ciągnęły się jeszcze latami. Neogotycka fasada powstała dopiero w latach 1871 – 1887. Kampanila powstawała w latach 1334-1359, ma 85 metrów wysokości. Jej elewacje są pokryte wielobarwną geometryczną dekoracją typową dla średniowiecznej architektury toskańskiej oraz XIV- i XV-wiecznymi posągami i płaskorzeźbami. To co widzimy dziś to kopie, oryginały są przechowywane w muzeum katedralnym.

Baptysterium to ośmioboczna budowla z XI wieku. Najistotniejszymi punktami baptysterium są trzy pary brązowych drzwi z XIV i XV wieku. Każde z dwóch skrzydeł pokryte jest czternastoma płaskorzeźbami przedstawiającymi życie św. Jana Chrzciciela. Kopuła baptysterium jest pokryta XIII-wiecznymi mozaikami przedstawiającymi wydarzenia ze Starego Testamentu, sceny z życia Jana Chrzciciela i Sąd Ostateczny.

Wewnątrz uwagę przyciąga witraż przedstawiający Wniebowzięcie Maryi oraz wzorzysta marmurowa posadzka. Wnętrze kopuły wypełniają freski Giorgia Vasariego i Federica Zuccariego przedstawiające Sąd Ostateczny.

Największą atrakcją katedry jest taras widokowy pod szczytem kopuły pozwalający spojrzeć na miasto z wysokości ponad 90 metrów. Widoki są nieziemskie, stamtąd pochodzą wszystkie moje najpiękniejsze zdjęcia Florencji ale jeśli macie klaustrofobię to odpuśćcie sobie. Wejście jest po naprawdę wąskiej klatce schodowej, w pewnym momencie krzyżują się drogi wchodzących i schodzących, nie ma przestrzeni, nie ma czym oddychać. Ja weszłam ale bardzo dużo stresu mnie to kosztowało. Z Florencji pojechałam do Sieny i tam już wspinaczkę na kampanilę sobie odpuściłam. Widoki widokami ale trzeba znać swoje ograniczenia. Bilet wstępu kosztuje 7 EUR.

Na tyłach bazyliki mieści się Museo dell’Opera del Duomo – Muzeum Katedralne. Ekspozycję stanowią fragmenty przeniesione z katedry, baptysterium i dzwonnicy. Tu można zobaczyć Pietę Michała Anioła. Bilet wstępu kosztuje również 7 EUR.

Piazza della Signora

Centralnym punktem placu jest Palazzo Vecchio – ufortyfikowany gmach z przełomu XIII i XIV wieku, niegdyś siedziba władz miejskich. Wokół pałacu znajdują się pomniki księcia Kosmy I, Fontanna Neptuna, kopia Dawida Michała Anioła oraz figura Herkules i Kakus. Większość pałacowych wnętrz datuje się na XVI wiek.

Tu także znajdziemy Galerię Uffizi – jedną z najlepszych galerii malarstwa na świecie. Znajdziemy tu obrazy pędzla Rafaela, Durera, Tycjana czy Rubensa. Wstęp do galerii kosztuje 9,5 EUR.

Przy placu znajduje się także Muzeum Gucci. Historia tego słynnego na cały świat domu mody zaczęła się właśnie we Florencji. Muzeum urządzono w zabytkowych wnętrzach Palazzo della Mercanzia. Ja odwiedziłam muzeum w 2014 roku kiedy było ono rzeczywiście tylko muzeum domu mody Gucci. W 2018 roku miejsce przeszło jednak metamorfozę i pod nazwą Gucci Garden Galleria funkcjonuje jako interaktywne muzeum, sklep, restauracja i galeria w jednym. Kolejny powód, by wrócić do Florencji! Jak tylko będzie okazja – z przyjemnością.

Poza muzeum Gucci miłośnicy mody mogą odwiedzić jeszcze Museo Salvatore Ferragamo znajdujące się nieopodal muzeum Gucci.

Galerii jest we Florencji całe mnóstwo. Nie można nie wspomnieć o Galleria dell’Accademia należącej do florenckiej Akademii Sztuk Pięknych – najstarszej uczelni artystycznej w Europie. Słynie ona z dzieł Michała Anioła z Dawidem na czele. Bilet wstępu 6,5 EUR.

Piazza della Republica

Kolejny plac w mieście dający początek wielkiej zakupowej arterii w butikami włoskich i światowych domów mody. Na placu znajduje się charakterystyczna karuzela i mnóstwo restauracji.

Bazylika San Lorenzo

Każdy kto był we Włoszech wie, że każde miasto Italii kościołami stoi. Nie inaczej jest we Florencji gdzie świątynie nie kończą się na katedrze. Drugą ważną świątynią jest znajdująca się zaledwie 200 metrów od katedry bazylika św. Wawrzyńca. Pierwsza świątynia powstała w tym miejscu już w 393 roku. Wstęp kosztuje 4,5 EUR.

Bazylika Santa Croce

I jeszcze jedna świątynia. Bazylika pod wezwaniem św. Krzyża – drugi co do wielkości kościół w mieście, najważniejsza nekropolia sławnych mieszkańców Florencji. Przed wejściem stoi pomnik Dantego, w środku znajdują się grobowce m.in. Michała Anioła, Machaivellego czy Galileusza.

W kościele przechowywana jest część Krzyża Świętego – najcenniejszej relikwii chrześcijaństwa. Wstęp 6 EUR. Można zbankrutować odwiedzając same kościoły 😀

Palazzo Medici-Riccardi

Pałac znajduje się u zbiegu Via de’Gori i Via Cavour. Został zbudowany dla króla Kosmy Starego w latach 1441 – 1452. Wewnątrz można zwiedzać kaplicę Trzech Króli ze zbiorowym portretem rodu Medyceuszy.

Palazzo Strozzi

Największy renesansowy pałac we Florencji zbudowany przez miejscowego krezusa – Filippo Strozziego, który chciał dorównać Medyceuszom i na budowę wydał niemal cały swój majątek. Budowa trwała w latach 1489 – 1536.

Bargello

Kolejny charakterystyczny punkt na mapie miasta. Średniowieczny pałac zwieńczony wysoką wieżą, w którym niegdyś urzędowały władze miejskie. Obecnie służy jako muzeum, w którym możemy zobaczyć m.in. Madonnę z Dzieciątkiem Michała Anioła. To największe i najważniejsze muzeum rzeźby we Florencji. Bilet wstępu kosztuje 4 EUR.

Ponte Vecchio – Most Złotników

Nieopodal galerii Uffizi znajduje się najstarszy most we Florencji zwany też mostem Złotników. Przechodząc na drugą stronę rzeki Arno miniemy dziesiątki sklepów jubilerskich. Ceny przyprawiają o zawrót głowy ale chętnych na zakupy nie brakuje. Trzeba przyznać, że dzieła sztuki jubilerskiej są piękne i nietuzinkowe. Zanim zaczęto tu handel złotem na moście można było kupić mięso i ryby. Złotnicy zaczęli się pojawiać na moście pod koniec XVI wieku decyzją księcia Ferdynanda I Medyceusza.

Sam most powstał w XIV wieku na miejsce istniejącej tu wcześniej drewnianej przeprawy. Obecny most jest czwartą konstrukcją w tym samym miejscu.

Na moście znajduje się popiersie Benvenuto Celliniego – rzeźbiarza i złotnika florenckiego.

Po drugiej stronie rzeki Arno

Po przejściu przez most dotrzemy do drugiej części miasta, nieco mniej zatłoczonej. Znajduje się tu m.in. kościół Santa Felicita, Palazzo Pitti (ogromne muzeum i galeria), kościół Santo Spirito i Piazzale Michelangelo skąd rozpościera się piękny widok na drugą stronę miasta.

Kalabria – co zobaczyć, zwiedzanie Kalabrii

TU możecie przeczytać o praktycznych aspektach podróży na południe Włoch a teraz pora na zwiedzanie Kalabrii. Pisarz Guido Piovene powiedział kiedyś, że Kalabrię stworzył jakiś kapryśny bóg, który najpierw wymyślił różne światy, a potem zaczął się nimi bawić, potłukł je i wymieszał ze sobą. I taka właśnie jest Kalabria – mieszanka różnych światów. Zapraszam na wycieczkę!

Scilla – zwiedzanie

Swoją przygodę z Kalabrią zaczęłyśmy od Scilli. Scilla to miasteczko położone nad Morzem Tyrreńskim, u ujścia Cieśniny Mesyńskiej. Wybrzeże, przy którym leży nazywa się często Costa Viola – Fioletowym Wybrzeżem. Latem pewnie zatłoczone i głośne, w listopadzie spokojne, sielskie i anielskie. Głównym punktem orientacyjnym widocznym z każdego miejsca jest zamek – Castello de Ruffo.

Za opłatą 2 EUR można wejść na teren zamku. W środku znajduje się zaledwie jedna wystawa, do tego niezbyt interesująca, ale warto zapłacić te 2 EUR, żeby móc dostać się na kilka tarasów i punktów widokowych skąd można podziwiać wyspy Liparyjskie a nawet nie tak bardzo odległe wybrzeże Sycylii. Wchodząc do zamku warto zwrócić uwagę na pięknie zdobione drzwi z wapienia z Syrakuzów. Zamek był niegdyś zakonem Bazylianów, a fortyfikacyjny charakter nadał mu książę Ruffo w celu ochrony wybrzeża przed atakami piratów. Następnie, w 1543 roku, został zamieniony w pałac baronów.

Na terenie zamku znajduje się też mała latarnia morska, zbudowana w 1885 roku. Była ona oznakowaniem wejścia do cieśniny Messyńskiej.

Według legendy ze wzgórza zamkowego miała napadać na statki mitologiczna nimfa Scylla. opisywana przez Homera. Stąd też nazwa miasteczka.

Dolna część miasteczka to Chianalea – dawna osada rybacka. Jest to właściwie jedna ulica ciągnąca się wzdłuż wybrzeża, wokół której koncentruje się życie. No właśnie – zapewne koncentruje się latem, bo w listopadzie miałyśmy tę uliczkę praktycznie tylko dla siebie. Rzeczywiście jest wokół niej mnóstwo restauracji serwujących ryby  i owoce morza ale większość jest niestety pozamykanych. A te, które są otwarte możecie mieć właściwie do własnej dyspozycji. My odwiedziłyśmy dwie restauracje. W jednaj poza nami była grupka amerykańskich turystów, która pouczała obsługę jak się robi sałatkę caprese (sic!) a w drugiej byłyśmy tylko my. I obsługa.

Poniżej skały, na której znajduje się zamek, ciągnie się Marina Grande z plażą miejską. O dziwo, wcale nie taka pusta jakby się mogło wydawać. Mimo listopada w kalendarzu nie brakowało osób, które korzystały z uroków listopadowego słońca, a nawet śmiałków, którzy kąpali się w lazurowej wodzie. Wzdłuż plaży także znajduje się trochę restauracji, kawiarni, barów i lodziarni ale 90% z nich jest po sezonie zamkniętych.

W Scilli można wyróżnić jeszcze jedną część miasteczka – San Giorgio – położoną u góry – z placem ratuszowym i uliczkami, gdzie nawet w sezonie toczy się normalne życie. Z placu ratuszowego rozciąga się fantastyczna panorama miasta, doskonale widać zamek, plaże i morze. Wieczorem można stąd obserwować magiczny spektakl jakim jest zachód słońca. Plac ratuszowy jest miejscem, gdzie za dnia odbywa się targ (ci co śledzą moje instastories widzieli jak Włosi umieją celebrować nawet najzwyklejsze momenty dnia), wieczorem jest tradycyjnym miejscem spotkań mieszkańców, zwłaszcza grupek starszych panów. Na placu najdziemy też rzeźbę Scylli i pomnik ryby-szpady (miecznika, najpopularniejszej ryby w tutejszych restauracjach) przypominający o tradycyjnym zajęciu rybaków z miasteczka.

Przy placu ratuszowym znajduje się kawiarnia (gdzie po zamówieniu americano zaserwowano nam drinka na bazie campari więc pamiętajcie, że jeśli chcecie wypić kawę to trzeba zamówić cafe americano, a nie po prostu americano :D), sklepik tabachi, gdzie można zakupić pamiątki oraz bilety na pociąg (w Scilli nie da się kupić biletu na stacji kolejowej!), a w odległości kilkuset metrów od placu są dwa supermarkety gdzie można zaopatrzyć się we włoskie przysmaki. Tu też znajdował się nasz b&b.

Pomiędzy zabudowaniami górnej części miasta i Chianalea wznosi się charakterystyczny średniowieczny kościół Immacolata.

Tropea – perła Kalabrii

Po przeuroczym dniu i wieczorze w Scilli następnego dnia ruszyłyśmy do najpopularniejszego miasteczka w tej części Włoch – Tropei. Tropea nie bez powodu nazywana jest perłą Kalabrii. Legenda mówi, że miasto założył Herkules, który trafił tu wracając z Hiszpanii.

Stare miasto położona na klifie otoczone jest intensywnie turkusowym morzem i każde zrobione tu zdjęcie jest niczym pocztówka. W Tropei znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż w Kalabrii – Spiaggia della Rotonda, długa na 4km i szeroka na 50m, przez skały naturalnie podzielona na mniejsze odcinki. Tu również nie brakowało plażowiczów.

Charakterystycznym punktem miasta jest skała, na której mieści się sanktuarium benedyktyńskie Santa Maria dell’Isola. W sezonie wstęp na skałę i do kościoła kosztuje 2 EUR. Po sezonie wstęp jest bezpłatny, można wejść na górę i podziwiać widoki, ale sanktuarium i otaczający je ogród pozostają zamknięte.

Stare miasto to plątanina uliczek, placów i punktów widokowych. Sercem miasteczka jest Piazza Ercole z pomnikiem filozofa Pasquale Galluppiego i XVIII-wiecznym pałacem.

Główny deptak Tropei, Corso Vittorio Emanuele, otoczony sklepikami, kawiarniami i restauracjami, prowadzi do tarasu widokowego, z którego rozpościera się widok na morze i skałę z sanktuarium. Takich tarasów jest w miasteczku więcej, z każdego widoki są pocztówkowe, zwłaszcza w czasie zachodu słońca.

Z tarasu można zejść na dół, zrobić sobie spacer wzdłuż morza, i dotrzeć do portu, pełnego tradycyjnych łódek, jak i nowoczesnych jachtów. Tuż obok znajduje się malutka plaża.

Pizzo – dolce vita w czystej postaci

Ostatnim miasteczkiem, do którego dotarłyśmy było Pizzo. Najmniej popularne, pomijane przez większość przewodników ale zachwyciło nas totalnie. Przede wszystkim byłyśmy tam w niedzielę – słoneczną i ciepłą. Knajpy i kawiarnie były pełne mieszkańców pijących kawę, miałyśmy okazję zaobserwować (i doświadczyć!) prawdziwe włoskie dolce vita.

Po spacerze ze stacji kolejowej – wzdłuż wybrzeża – dotarłyśmy do dolnej części miasteczka. Tam przerwa na pierwszą tego dnia kawę i aperol 😉 Siedząc w kawiarni (i czekając na zamówienie w nieskończoność, tu przecież nikomu się nie spieszy), podziwiałyśmy turkusowe morze i podglądałyśmy jak Włosi spędzają niedzielę.

Wspinając się do górnego miasta dotrzemy go głównego placu – Piazza Repubblica. Gwarne miejsce, pełne kawiarenek i restauracji, w niedzielę odbywał się tam targ z lokalnymi produktami, obok dzieci grały w piłkę.

Nad miastem góruje XV-wieczny aragoński zamek – Castello Murata. Niestety podczas naszego pobytu zamknięty, nie wiem czy dlatego, że była niedziela, czy dlatego, że po sezonie.

Górne miasto to plątanina wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamienicami, z suszącym się praniem i wyglądającymi z balkonów mieszkańcami. Trochę przypomina klimatem Neapol ale to jednak coś innego. Spacer tymi uliczkami był prawdziwą przyjemnością. Schodząc w dół dociera się też do tarasu widokowego, z którego można podziwiać mały port i oczywiście turkusowe morze.

W drodze powrotnej na stację kolejową mogłyśmy podziwiać magiczny zachód słońca. Było to nasze pożegnanie i z Pizzo, i z Kalabrią. Do następnego!

Kalabria – informacje praktyczne

Listopadowy weekend w Kalabrii był doskonałym pomysłem. Poniżej trochę praktycznych informacji jak sobie taki wyjazd zorganizować. Informacje o tym co warto zobaczyć w Kalabrii znajdują się TU.

Kalabria – jak dolecieć z Polski?

Loty do Lamezii Terme (SUF) oferują linie WizzAir z Warszawy oraz Ryanair z Krakowa. Lot trwa nieco ponad 2 godziny. W sezonie letnim do Lamezii polecicie także samolotami czarterowanymi przez biura podróży. Takie loty dostępne są m.in. z Katowic, Poznania czy Warszawy. Ale biorąc pod uwagę listopadowe 25 stopni nie wiem czy chciałabym spędzić wakacje w Kalabrii w lipcu czy sierpniu. My leciałyśmy Wizzairem z Warszawy, wylot w piątek, powrót w poniedziałek, idealnie.

Lamezia Terme – dojazd z lotniska

Jest banalnie prosty. Stacja Lamezia Centrale, do której kursuje autobus, położona jest zaledwie 2 km od lotniska. Bilet na autobus kosztuje 1,5 EUR, do kupienia u kierowcy. Jesteśmy na południu Włoch więc coś takiego jak rozkład jazdy nie funkcjonuje. Jak autobus jest to jest i pojedzie, jak nie ma to trzeba poczekać, kiedyś przyjedzie 😉 Ze stacji Lamezia Centrale można pojechać pociągiem do Tropei, Pizzo czy Scilli, która była naszym pierwszym celem podróży.

Samo lotnisko jest małe, skromne, są tam dwa sklepy na krzyż, brakuje miejsc siedzących dla wszystkich (nie chcę sobie wyobrażać jaki ścisk panuje tam w sezonie). Kontrola bezpieczeństwa jest prowizoryczna, przeniesiecie wszystko co na innych lotniskach by zabrano. Czyli butelka wody, słoik pesto czy mozzarella w zalewie przemycą się bez problemu.

Kalabria – pogoda

Początek listopada, na termometrze 25 stopni, przez 4 dni  pełne słońce, czasem zabłąka się jakaś mała chmurka. Śmiało można nosić letnie ubrania. Ranki i wieczory są dosyć chłodne ale w ciągu dnia nie brakowało osób, które plażowały a nawet kąpały się w morzu. Lato w Kalabrii jest bardzo upalne, temperatury sięgające 40 stopni nie są tu rzadkością. Wiosna i jesień to idealny czas na odwiedzenie obcasa włoskiego buta.

Kalabria – poruszanie się po regionie

Opcja najprostsza – wynajęcie auta. Wypożyczalnie znajdują się także na lotnisku. My zdecydowałyśmy się na pociąg. Ze stacji Lamezia Terme wyruszyłyśmy do Scilli. Pociąg jedzie godzinę, bilet kosztuje 7,4 EUR. Ze Scilli następnego dnia pojechałyśmy do Tropei (4,8 EUR, podróż trwa 1,5 godziny gdyż trzeba się przesiąść w Rosarno). Kolejnego dnia z Tropei pojechałyśmy do Pizzo (0,5 godziny, 2,6 EUR, a z Pizzo wróciłyśmy do Lamezii Terme (20 minut, 2,4 EUR). Należy pamiętać, że poza stacją Lamezia Terme Centrale nie kupimy biletów na stacjach kolejowych. Trzeba szukać kiosków w mieście (tabachi). Tam można zakupić bilety także na kolejne dni. Jak już pisałam przy okazji jeziora Como sami musimy sprawdzić rozkład jazdy gdyż dostaniemy tylko bilet ważny na konkretną destynację przez określoną ilość czasu od skasowania. Wszystkie bilety należy skasować, i te kupione w kasie, i w automacie, i te z kiosku. Poza sezonem pociągów jest niewiele ale da się tak zaplanować wycieczkę, żeby dojechać pociągiem w każde interesujące nas miejsce. Wszystkie pociągi, którymi jeździłyśmy były praktycznie puste. Stacje znajdują się bardzo blisko centrów miast. Wyjątkiem jest Pizzo – tam stacja znajduje się ok. 1,5 km od centrum ale droga wiedzie wzdłuż morza więc jest to bardzo przyjemny spacer.

Kalabria – hotele

We Włoszech królują b&b, tak jest też w Kalabrii. W Scilli spałyśmy w Da Santina i mogę to miejsce z czystym sumieniem polecić. Alessandra odbierze Was z dworca i zaopiekuje się w każdym możliwym aspekcie. Apartament jest doskonale usytuowany, przestronny, blisko jest market. W Tropei nasz wybór padł na Tropea Luxury & Charm, apartamenty oddalone ok. kilometra od centrum miasta ale blisko stacji kolejowej. Przepięknie urządzone i bardzo komfortowe. Apartament w Lamezii był średnio trafiony dlatego o nim pisać nie będę 😉

Kalabria – co zjeść?

Jedzenie we Włoszech to czysta poezja. Kuchnia kalabryjska jest w gruncie rzeczy prosta (to wciąż najbiedniejszy region Włoch) ale w swej prostocie wyśmienita.

Symbolem regionu jest słodka czerwona cebula z Tropei. Można dostać ją w każdym sklepie i jest składnikiem większości dań serwowanych w regionie.

Symbolem Kalabrii jest nduja, czyli pikantna wieprzowa kiełbasa. Ma miękką konsystencję w związku z czym znajduje zastosowanie jako smarowidło do pieczywa czy składnik sosu do makaronu. Swój ostry smak zawdzięcza kalabryjskim papryczkom peperoncino. Te również znajdziemy na każdym kroku – są swoistym symbolem regionu.

Jeśli makaron to w Kalabrii wyłącznie fileja – specyficzne ruloniki najczęściej w różnych kolorach (uwaga, czerwone są barrrdzo ostre). Jeśli chcecie spróbować makaronu fileja a nie wybieracie się w najbliższym czasie do Kalabrii to możecie go upolować podczas włoskiego tygodnia w Lidlu. Zdarzyło mi się go kupić kilka tygodni przed wyjazdem nie mając pojęcia, że to kalabryjski przysmak.

Bardzo ciekawym makaronem są wstążki aromatyzowane kalabryjską bergamotką, czyli najpopularniejszym cytrusem w regionie. Makaron jest tak aromatyczny, że najlepiej smakuje po prostu polany oliwą.

Jako dodatek do makaronu warto wybrać rybę. Makaron z miecznikiem i bakłażanem, który jadłam w Tropei to chyba jedno z najlepszych dań jakie kiedykolwiek miałam okazję kosztować.

We Włoszech mamy ogromny wybór serów. W okolicach Crotone produkuje się pecorino będący doskonałym dodatkiem do makaronu. Poza tym zajadałyśmy najpyszniejszą na świecie burratą. Ser ten pochodzi co prawda z Apulii ale w Kalabrii jest dostępny w każdym sklepie. Burrata posmarowana pesto pistacjowym – moje najlepsze wspomnienie z Kalabrii 😉

I na deser… najsłynniejszy deser Kalabrii – tartufo di Pizzo. Kula lodowa w różnych smakach kryjąca różne zaskakujące dodatki w środku. Ja zdecydowałam się na wersję limonkową i szczerze mówiąc mnie nie powaliła. Z włoskich deserów wybieram burratę 😉

Poza tym każde danie polewamy obficie kalabryjską oliwą i popijamy kalabryjskim winem tudzież Aperol Spiritz. A na deser dodajemy espresso. Dolce vita.

Kalabria – co przywieźć?

Właściwie można by skopiować powyższy akapit 😉 Ja przywiozłam z Kalabrii 4 opakowania makaronu, słoik czerwonej cebulki w zalewie (kupiony na lotnisku) i słoik kremu pistacjowego. Niestety podróżowanie wyłącznie z bagażem podręcznym stanowi pewne ograniczenie. A na lotnisku zbyt dużego wyboru nie ma, do tego ceny są bardzo wysokie, nawet porównując z innymi portami lotniczymi. Wniosek jest prosty – trzeba częściej latać do Włoch i  korzystać z kulinarnych dobrodziejstw tego kraju.

Kalabria po sezonie – czy warto?

Nie byłam przekonana czy listopad to dobra pora na wizytę w Kalabrii ale ostatecznie doszłam do wniosku, że nawet jeśli pogoda nie dopisze to kuchnia wszystko wynagrodzi. Tymczasem jak już wspominałam pogoda była wyśmienita. Nawet jeśli nie traficie na 25 stopni w listopadzie to prawdopodobieństwo, że temperatura będzie wyższa niż w tym samym czasie w Polsce jest bardzo bardzo duże. Dni słonecznych jest w Kalabrii ponad 300 rocznie. Latem Kalabria jest nieziemsko upalna, miasteczka są pełne turystów a ceny horrendalne. W listopadzie zarezerwujecie świetne noclegi za 25 EUR za noc, w restauracjach nie musicie się martwić o rezerwacje (ba, często będziecie jedynymi gośćmi), będzie cicho i spokojnie.

Jeśli planujecie wypad do Kalabrii, bo chcecie popłynąć w rejs po wyspach liparyjskich to niestety musicie zdążyć do końca września. W listopadzie te rejsy już się nie odbywają. I nie ma się co dziwić, bo poza Tropeą w Kalabrii praktycznie nie widać już wtedy turystów.

No i jeszcze jeden mały minus listopadowej podróży – słońce zachodzi naprawdę wcześnie, dzień jest po prostu krótki. Ale dzięki temu mamy więcej czasu na podziwianie miasteczek w wersji nocnej – wszystkie są dobrze i ładnie oświetlone. Choć oczywiście chciałoby się korzystać dłużej ze słonecznej aury.

Kalabria – bezpieczeństwo

Mafia kalabryjska – wiadomo, każdy słyszał. Nie wiem czy jeszcze istnieje, czy nie ale jedno jest pewne – podobnie jak na Sycylii turysta nie musi nią sobie zaprzątać głowy. A tak poważnie – Kalabria jest najbiedniejszym regionem Włoch i nie uchodzi za specjalnie bezpieczną. My poruszałyśmy się głównie w turystycznych rejonach, czyli Scilli, Tropei, Pizzo i Lamezii Terme. Było zupełnie spokojnie i bezpiecznie, nawet przez chwilę nie czułyśmy się w jakikolwiek sposób zagrożone. Wprost przeciwnie – ludzie byli niezwykle ciepli i otwarci. W wielu miejscach byłyśmy jedynymi turystkami, wszyscy nas zagadywali (po włosku, bo jednak angielskim w tym regionie Włoch włada niewiele osób). W Pizzo zostawiłyśmy walizki w restauracji dogadując się z właścicielką za pomocą translatora google 😉

Jedyne miejsce gdzie nie czułyśmy się do końca pewnie to Rosarno. Miałyśmy tam godzinną przesiadkę, którą chciałyśmy wykorzystać na krótki spacer po mieście ale po wyjściu z dworca jednak zrezygnowałyśmy z tego pomysłu i zostałyśmy w dworcowej kawiarni, gdzie wypiłyśmy kawę i pyszny sok z kalabryjskich pomarańczy.

Jezioro Como – atrakcje i zwiedzanie

Włoskie Jezioro Como (Lago di Como) uchodzi na jedno z najpiękniejszych w Europie, a nawet na świecie. Nic dziwnego, że swoje posiadłości mają nad jego brzegami milionerzy i celebryci, a w jednej z willi kręcono sceny do filmu z Jamesem Bondem – Casino Royale.

Jezioro leży w Lombardii, północnym rejonie kraju. Jest bardzo duże, trzecie co di wielkości w kraju (po jeziorze Garda i Maggiore), ma powierzchnię 146 km², długość 51 km a szerokość do 4,5 km. Jego największym atutem jest piękne położenie i otaczające je szczyty Alp.

Nad jeziorem znajduje się kilkanaście większych miejscowości ale bez wątpienia 3 najbardziej znane, uchodzące za perełki Como, to Bellagio, Menaggio i Varenna.

Varenna – atrakcje


Miejsce, od którego zaczęłam swoją przygodę z Como i chyba miejsce, które najbardziej mi się podobało. Varenna to niewielka miejscowość, malowniczo położona, latem pełna kwiatów. Życie koncentruje się wzdłuż brzegu jeziora. Znajdziemy tam mnóstwo knajpek ze stolikami na zewnątrz, małych lodziarni (polecam la Passerella – chyba jedne z najlepszych lodów jakie w życiu jadłam) i sklepików.

Ruszając na spacer z portu w kierunku willi Monastero wchodzimy na ścieżkę zwaną la Greenway dei Patriarchi, prowadzi ona wzdłuż brzegu jeziora aż do Fiumelatte. Spacerując nią docieramy do wspomnianej już willi Monastero.

Jezioro Como – wille

Nad jeziorem Como znajduje się ponad sto zabytkowych willi otoczonych pięknymi ogrodami. Były one rezydencjami wielkich tego świata – polityków, kardynałów, pisarzy, artystów, projektantów mody (Versace) . Wakacje nad jeziorem Como spędzał między innymi Winston Churchill (w Villa Le Rose w Moltrasio). Część z nich do dziś jest z rękach celebrytów, m.in. George Clooney jest od 2002 roku właścicielem willi Oleandra i villi del Balbianello.

Dzisiaj część willi jest zamienionych na muzea, które można zwiedzać. Jednak największą atrakcją wszystkich willi są otaczające je ogrody, które nie dość, że same w sobie są piękne i doskonale utrzymane, to otacza je bajkowa sceneria jeziora i alpejskie szczyty.

W Varennie znajduje się Villa Monastero. Wstęp do ogrodów i urządzonego w willi muzeum kosztuje 8 EUR, do samych ogrodów 5 EUR. Jest to miejsce, które trzeba koniecznie zobaczyć będąc w Varennie. Ogrody są naprawdę przepiękne, można spacerować godzinami. Do tego na terenie parku znajduje się restauracja gdzie możemy usiąść i z filiżanką kawy kontemplować otoczenie.

Bellagio

Bellagio zrobiło na mnie wrażenie najbardziej ekskluzywnego, wręcz snobistycznego miejsca nad jeziorem Como. Wszędzie kelnerzy w białych koszulach, atmosfera bardzo elegancka, żeby nie powiedzieć sztywna. Życie toczy się w okolicy nabrzeża (gdzie niestety straszy kilka wielkich hoteli) oraz w wąskich uliczkach pnących się do góry. Spacerując po Bellagio zdecydowanie można się zmęczyć. Będąc w górnej części miasteczka warto zrobić sobie spacer do Punta di Spartivento – punktu widokowego skąd rozpościera się piękna panorama jeziora z Varenną w tle. W okolicy znajduje się park z ławeczkami i drzewami dającymi cień (nad Como w sierpniu jest bardzo gorąco) oraz restauracja la Punta.

Villa Melzi

Za jedną z największych atrakcji Bellagio uchodzi willa Melzi. Należała niegdyś do Francesco Melzi – prezydenta Włoch z czasów Napoleona. Aktualnie właścicielem jest Count Gallarati Scotti. Bilet kosztuje 6,5 EUR, można również kupić wejściówkę upoważniającą do wstępu przez 2 dni za 8 EUR. Uwaga, płatność możliwa jest wyłącznie gotówką.

Oprócz egzotycznej roślinności w parku natkniemy się na egipskie rzeźby, rzymskie pomniki i neoklasyczną kaplicę.

Wzdłuż ogrodu biegnie jedna główna ścieżka, wokół której możemy podziwiać staw japoński i rośliny z całego globu. Warto jednak zapuścić się w boczne rejony i wspiąć się na wyższą część ogrodu gdzie nie tylko roślinność będzie inna ale też będziemy mogli spojrzeć na ogród jak i na jezioro z nieco wyższej perspektywy. Ogród jest bardzo ładny, bardzo dobrze utrzymany ale jednak ten w willi Monastero podobał mi się bardziej.

Menaggio

Miasto leżące niemal naprzeciwko Varenny, przeprawa promowa trwa około 10 minut. Centralnym punktem miasta jest piazza Garibaldi, wokół którego znajduje się mnóstwo restauracji, sklepów i hoteli. Tuż obok placu swój początek ma promenada wysadzana palmami. I ta promenada to chyba najprzyjemniejsze miejsce w całym miasteczku. Tuż przy niej znajdują się drewniane pomosty gdzie można wynająć łódkę czy motorówkę. Nie uwiodło mnie to miejsce, owszem, jest przyjemne na popołudniowy spacer ale nie chciałabym zatrzymać się tam na dłużej. Z Menaggio ruszyłam busem C10 do Como.

Como

Największe miasto nad jeziorem Como nie ma tego uroku co opisane wyżej mniejsze miejscowości. Jest stolicą prowincji o tej samej nazwie. Głównym zabytkiem miasta jest ogromna katedra.

W mieście urodził się Alessandro Volta – wynalazca prototypu baterii.

Z Como można się wybrać kolejką linową do miasteczka Brunate. Ja z tej atrakcji nie skorzystałam, bo miałam już zaplanowaną wycieczkę z Argegno do Pigry, by stamtąd podziwiać jak jezioro wygląda z góry.

Como jest dobrym  miejscem na zakup pamiątek – wybór jest największy, a ceny niższe niż w innych miejscowościach nad jeziorem.

Lecco

Lecco to ostatnia miejscowość nad jeziorem Como, którą odwiedziłam. Podobnie jak Como jest to duże miasto i nie należy do najbardziej interesujących miejsc wokół jeziora. Z dworca kolejowego trzeba zrobić sobie około 500-metrowy spacer do brzegu jeziora. Nabrzeże jest ładnie zagospodarowane, jest tam sporo ławek i trasa rowerowa. Centralnym punktem miasta wydaje się być kościelna dzwonnica – Campanile di San Nicolo. Miasto jest oczywiście przyjemne, otoczone Alpami ale po wcześniejszym zobaczeniu mniejszych miasteczek nie robi już takiego wrażenia. W Lecco jest mnóstwo sklepów, kilka ulic jest wyłącznie shoppingowych więc jeśli chcecie uzupełnić garderobę czy kosmetyczkę to zajrzyjcie. Myślę, że spokojnie można pominąć Lecco zwiedzając jezioro Como.

Argegno i Pigra

I na koniec (prawie koniec) prawdziwa perełka – mój absolutny numer 1 jeśli chodzi o miejscówki nad Como. Maleńka (choć urocza) miejscowość Argegno, gdzie poza jednym placem i marną plażą prawie nic nie ma. Za to można się stamtąd dostać do położonej 850 metrów nad poziomem morza Pigry. Argegno znajduje się na wysokości 200 metrów, 650 metrów elektryczna kolejka (funicolare) pokonuje w 5 minut. Sama miejscowość Pigra jest mało interesująca i zupełnie nieciekawa z turystycznego punktu widzenia. Za to po wyjściu z kolejki trzeba skierować się w prawo, do punktu widokowego Belvedere de Pigra. Ścieżka ma około 800 metrów, biegnie przez las ale jest bardzo dobrze oznakowana, raczej ciężko by się było zgubić. Widoki są absolutnie nieziemskie, a na górze panuje cisza i  spokój, razem ze mną wagonikiem jechały jeszcze 3 osoby, a w drodze do punktu widokowego i z powrotem minęłam może z 10 osób. Piękne widoki bez tłumu turystów – gorąco polecam. Patrząc na tłumy czekające na kolejkę do Brunate z Como zdecydowanie polecam tę opcję. Jedyny minus jest taki, że z centrum miasteczka (znaczy z przystanku autobusowego) do dolnej stacji kolejki trzeba iść wzdłuż drogi, przy której nie ma chodnika ani nawet porządnego pobocza. Ale trasa nie jest długa (około 400 metrów, a samochodów nie jeździ nie wiadomo ile). Bilet w 2 strony kosztuje 4,5 EUR, kolejka jeździ co 30 minut.

Plaże nad jeziorem Como

Wbrew pozorom niełatwo o plaże nad jeziorem Como, a już na pewno nie o plaże piaszczyste. Te jeśli są, to sztucznie usypane. Jedna z takich plaż znajdowała się w miejscowości, w której spałam – Lido di Bellano. Jest to sztuczna plaża z dostępem do jeziora, a także basenem, kawiarnia i restauracja w jednym. Całodzienny wstęp (i leżak) kosztuje 11 EUR.

Naturalne plaże nad jeziorem to plaże kamieniste, znajdują się m.in. w Maggiore, Argegno i wielu innych miejscach. Niektóre posiadają infrastrukturę taką jak leżaki i bar, inne są zupełnie dzikie.

Jezioro Como – czy warto?

Zdecydowanie i bez zastanowienia – warto. To naprawdę piękne miejsce. Jezioro jest ogromne, otoczone majestatycznymi szczytami Alp i pełne urokliwych miejscowości. Kwintesencja włoskiego dolce vita. Nieważne czy na jedne dzień z Mediolanu, czy na weekend, czy na tydzień – warto.

Jezioro Como – podstawowe informacje

Decyzja zapada – na długi sierpniowy weekend (15 – 18.08) jadę nad jezioro Como. Po kilkudniowym pobycie nad Gardą 3 lata temu uznałam, że trzeba samem sprawdzić, które ładniejsze.

Jak się dostać z Polski nad jezioro Como?

Samolotem do Bergamo (Wizzair i Ryanair z każdego większego miasta, bilety od 39zł OW), z Bergamo wynajętym autem lub pociągiem.

Jak dojechać nad jezioro Como z Bergamo?

Z lotniska trzeba się udać do miasta Bergamo, na stację kolejową (przystanek Bergamo Stazione). Bilet kosztuje 2,3 EUR i jest ważny 90 minut, autobus do stacji jedzie ok. 15 – 20 minut. Z Bergamo nie ma bezpośredniego pociągu do miejscowości Bellano, w której będę rezydować. Najszybsza opcja to dojazd do Lecco i tam przesiadka na kolejny pociąg. Taka podróż dwoma pociągami regionalnymi kosztuje 5,5 EUR, bilet jest ważny 6 godzin. Moja podróż zajęła niecałe 1,5 godziny. Można też jechać przez Monzę ale wtedy podróż trwa zdecydowanie dłużej, bo jedzie się trochę dookoła.

Ważne – musicie wiedzieć jakimi pociągami jechać. Kupując bilet dostaniecie takie coś:

Czyli dostajecie bilet na podróż w punktu A do punktu B ważny określoną ilość czasu. Najłatwiej znaleźć odpowiadające nam pociągi na stronie trenitalia.com lub w aplikacji trenord. Uwaga, taki bilet trzeba skasować na peronie, przed wejściem do pociągu. I dobrze, żebyście nie poszli moim śladem i przy okazji nie zepsuli kasownika 😉 Plusem tego, że bilet jest ważny 6 godzin jest to, że podczas podróży na tym bilecie możecie np. wysiąść, zrobić sobie spacer po danej miejscowości i wsiąść do następnego pociągu. Ja tak zrobiłam w drodze powrotnej na lotnisko – wysiadłam w Lecco i wsiadłam do pociągu, który odjeżdżał 1,5 godziny później.

Jezioro Como – noclegi

Jezioro Como uchodzi na najpiękniejsze we Włoszech, a nawet jedno z najpiękniejszych na świecie. Nie należy się zatem dziwić, że latem jest tłoczno a ceny noclegów szaleją. Mam wrażenie, że jezioro Como jest ulubionym miejscem Włochów na spędzanie rodzinnych wakacji.

Przekopywanie internetu i bookingu powoduje, że decyduję się na miejscowość Bellano. Nie Bellagio, tylko Bellano.

Nad jeziorem Como mamy dwa duże miasta – Como i Lecco oraz trzy miejscowości uchodzące za perełki – Varennę, Bellagio i Menaggio. W tych trzech jest oczywiście najdrożej, choć też z pewnością najbardziej urokliwie. Miejscowość Bellano, którą wybrałam dzieli od Varenny zaledwie 4-minutowa podróż pociągiem (za 1,4 EUR, składy kursują co 30-60 minut). Z perspektywy czasu przyznaję, że jest to idealna baza wypadowa na zwiedzanie jeziora. Pociągiem dojedziemy wszędzie, Varenna jest o rzut beretem, ceny są bardzo przyzwoite a sama miejscowość jest cicha i spokojna. Jest też mała plaża.

Jak się poruszać wzdłuż jeziora Como?

Wzdłuż prawej odnogi jeziora kursują pociągi Trenord – z Lecco na południu do Colico na północy. Od lat jestem wielką fanką włoskich pociągów (w Polsce nie znoszę nimi podróżować) i bardzo polecam ten sposób transportu nad jeziorem Como. Pociągi jeżdżą często, co 30 – 60 minut, są punktualne i docierają do każdej wartej zainteresowania miejscowości. Bilety od 1,4 do 4 EUR. Do kupienia na dworcach (automaty, kawiarnie, sklepiki) oraz u konduktora. U konduktora cena jest taka sama jak poza pociągiem. Bilet kupiony poza pociągiem trzeba skasować na peronie.

Wzdłuż lewej odnogi jeziora kursują autobusy ASF Autolinee srl. Również mogę je z czystym sumieniem polecić. Też jeżdżą punktualnie, trochę rzadziej niż pociągi, bo większość linii kursuje raz na godzinę. Autobusy są nowoczesne, wygodne i klimatyzowane. Autobus linii C10 łączy Varennę z Como, podróż na całej trasie trwa ok. 70 minut, bilet kosztuje 4,1 EUR. Bilety kupimy w budce na dworcu w Como a na pozostałych przystankach w tabachi. Można również kupić bilet u kierowcy ale wtedy zapłacimy o  1,3 EUR więcej.

Nieodłącznym elementem komunikacja po jeziorze są promy. Te najpopularniejsze łączą Menaggio, Varennę i Bellagio ale promy pływają także do Como, Lecco i innych mniejszych miejscowości po drodze. Promy okazały się najbardziej zawodnym środkiem transportu podczas mojego pobytu. Praktycznie nigdy nie dopływały na czas. Korzystałam z nich wyłącznie, żeby dostać się na drugą stronę jeziora – płynęłam z Varenny i Menaggio (stamtąd dalej autobusem zwiedzałam lewą odnogę jeziora) oraz z Varenny do Bellagio i z powrotem. Bilet na jedną kilkunastominutową przejażdżkę kosztuje 4,5 EUR, powrotny 9,6 EUR. Jest też bilet całodniowy, na centralną część jeziora, czyli pomiędzy Varenną, Menaggio i Bellagio kosztuje 15 EUR. Największym minusem promu okazało się to, że ostatni prom z Menaggio do Varenny płynie w okolicy godziny 20. Z Bellagio można wrócić trochę później, koło 21. Bilety do kupienia w budkach przy nabrzeżu, można płacić kartą.

Bergamo – czy warto?

Czasy gdy Bergamo było tylko bramą do Mediolanu już na szczęście dawno minęły.

Lotnisko Bergamo Orio al Serio (BGY) ma połączenia z większością dużych miast w Polsce, lata tam zarówno WizzAir jak i Ryanair, ceny biletów zaczynają się od 39zł OW. Z Bergamo bądź Mediolanu dostaniemy się pociągiem praktycznie w każdy zakątek Włoch, natomiast warto też poświęcić trochę czasu na samo Bergamo.

Długi sierpniowy weekend postanowiłam spędzić nad jeziorem Como. Przyleciałam do Bergamo o 8.15, pociąg nad jezioro ruszał o 12.12. Czyli miałam 4 godziny na ponowną wizytę w Bergamo. I wiecie co jest w takich powrotach najfajniejsze? Że zawsze odkryje się coś nowego, na coś inaczej się spojrzy, coś się inaczej odbierze.

Po kolei. Ruszamy do Bergamo. Po wyjściu z hali przylotów kierujemy się na prawo, do informacji turystycznej, gdzie kupujemy bilet na autobus. Do miasta kursuje autobus nr 1, kursy co 20 minut. Bilet jednorazowy kosztuje 2,3 EUR, bilet 24-godzinny 5 EUR. Warto kupić ten drugi jeśli chcemy skorzystać z kolejki (funicular) prowadzącej do górnej części miasta (Citta alta). Kolejka wchodzi w skład komunikacji miejskiej i obowiązują na nią bilety komunikacji miejskiej. Wychodzę z terminala, jest 8.40, na tablicy informacja, że autobus odjeżdża o 9.00. Tymczasem po 3  minutach podjeżdża bus, ludzie wsiadają i ruszamy. To by było na tyle jeśli chodzi o włoskie rozkłady jazdy 🙂

Jadę autobusem do stacji kolejki, tam wsiadam do wagonika i wysiadam w górnym mieście. Autobus z lotniska też dojeżdża do Citta Alta, nie trzeba się przesiadać ale przejazd kolejką jest szybszy i fajniejszy 😉

Na górze wita mnie wymarłe miasto. Jest 9 rano, dzień wolny od pracy, Włosi jeszcze się budzą, turyści nie zdążyli dojechać. Większość sklepów i restauracji zamknięta, na szczęście jakieś bary serwują kawę dla tych, co od 4 rano byli w podróży. Trafiłam do baru, który serwował sycylijski streetfood. Skoro Sycylia to do kawy musi być cannolo siciliano . Do wyboru wersja mała za 1,5 EUR lub duża za 3 EUR. Oczywiście wzięłam dużą. Rurki były świeżo wypieczone, pani napełniła ją kremem na bazie ricotty i posypała pistacjami (do wyboru były jeszcze wiśnie i czekolada). Była pyszna ale niestety nie aż tak dobra jak te, które jadłam na Sycylii.

Po kawie i słodkościach ruszyłam dalej w miasto. Uliczki zapełniały się z każdą minutą i po godzinie 10 miasto zaczęło żyć.

Po odwiedzeniu starych kątów, zajrzeniu w parę nowych zaułków i obejściu górnej części miasta zaczęłam się kierować z powrotem do kolejki. I tu zauważyłam po raz pierwszy (a byłam w Bergamo chyba piąty raz), że przy stacji górnej kolejki jest restauracja z tarasem. Uznałam, że jeszcze jedna kawa nikomu nie zaszkodzi, przecież jestem na nogach od 4 rano, no i jestem w kraju, w którym kawa jest swego rodzaju sacrum. Chwila czekania na wolny stolik i można rozkoszować się widokiem.

Widoki naprawdę przednie. Widać całe dolne miasto, kolejkę jak i lądujące oraz startujące samoloty. Mogłabym tam siedzieć godzinami.

Kawa niestety nie była najlepsza (wzięłam americano, może espresso mają lepsze) ale widoki rekompensowały wszystko. Niemniej ten widok był wart więcej niż zapłacone 2 EUR (1,9 dokładnie).

Po 2 kwadransach uznałam, że koniec tego dobrego i trzeba jeszcze poszwendać się po dolnym mieście. Wsiadłam w kolejkę, potem w autobus i oto byłam w sercu dolnego miasta. Ponieważ było święto, to zarówno na górze, jak i na dole, życie koncentrowało się wokół kościołów.

Krótki spacer po placach dolnego miasta i kierunek Stazione skąd o 12.12 ruszyłam do ostatecznego celu mojej podróży – nad jezioro Como. Z Bergamo do Lecco i stamtąd do mojej bazy na 4 sierpniowe dni, czyli miejscowości Bellano.

Oczywiście mój spacer wyglądał tak tylko dlatego, że Bergamo znam już dość dobrze. Zwiedzałam tamtejsze muzea i kościoły podczas poprzednich wizyt stąd teraz tylko spacer i poczucie klimatu miasta, wczucie się we włoską atmosferę. Jeśli wybieracie się do Bergamo po raz pierwszy pewnie wasza wizyta będzie wyglądała inaczej.