Wakacje w Afryce – co trzeba wiedzieć przed wyjazdem, co zobaczyć w Kenii?

Kenia – afrykański kraj, który w przeciwieństwie do Zanzibaru nie kojarzy się z białymi plażami tylko z dzikimi zwierzętami. Czy słusznie?

Jak się dostać z Polski do Kenii?

Kenia jest popularnym celem wakacyjnym Polaków i najłatwiej dostać się tam samolotem czarterowym z jednym z biur podróży. Raz oferują one przeloty szerokokadłubowcami (co jest i wygodniejsze, i szybsze), raz mniejszymi samolotami, które muszą wykonać po drodze międzylądowanie. Na chwilę obecną loty dostępne są z Warszawy i Katowic.

Poza czarterami mamy oczywiście do dyspozycji praktycznie wszystkie linie tradycyjne, które z jedną lub częściej dwoma przesiadkami zabiorą nas do stolicy Kenii Nairobi lub do Mombasy będącej idealnym punktem wypadowym do zwiedzania wybrzeża.

Dojazd z lotniska w Mombasie na wybrzeże trwa niestety długo a wszystko za sprawą konieczności przeprawy promowej pomiędzy wyspą a stałym lądem. Sama przeprawa przez zatokę Kilindini to tylko 500 metrów ale promy kursują rzadko i czasem trzeba czekać na niego kilkadziesiąt minut. Od lat w planach jest wybudowanie mostu ale cały czas brakuje środków. Chyba za mało turystów przyjeżdża do Kenii. Okazuje się, że nawet tak krótka przeprawa może być niebezpieczna – w 1994 zatonął przepełniony prom, zginęły 272 osoby.

Najlepsza pogoda – kiedy lecieć do Kenii?

Najlepszy czas na odpoczynek na wybrzeżu to pora sucha od grudnia do końca lutego. W tym czasie też ja byłam w Kenii. Od kwietnia do czerwca panuje apogeum pory deszczowej. Czas od lipca do końca listopada to okres zmiennej pogody – dni słoneczne będą się przeplatały z deszczowymi. Często jest tak, że pada tylko wieczorami i w nocy. W zwiedzaniu i odpoczynku to może nie przeszkadza ale wybierając czas podróży pamiętajcie, że pora deszczowa to zdecydowanie większa ilość komarów! Ja w lutym widziałam tylko jednego i to ostatniego wieczora.

Wiza i przepisy wjazdowe

Podróżując do Kenii musimy posiadać paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od chwili przekroczenia granicy z Kenią. Dla mnie to oczywista oczywistość ale muszę to napisać, bo wielokrotnie spotykam się z nieprawidłowym rozumowaniem 6-miesięcznej ważności paszportu. Chodzi o datę ważności (wygaśnięcia) paszportu a nie jego wydania. Więc możecie wyrobić paszport tuż przed podróżą, niekoniecznie pół roku wcześniej. Niezbędne są 2 wolne strony na wizę.

Wizę można bez problemu otrzymać na lotnisku po przylocie uiszczając opłatę 50 USD.

Przylatując do Kenii warto pamiętać, że do kraju można wwieźć tylko 1 butelkę alkoholu, 1 flakon perfum i 200 sztuk papierosów. Nie wolno wwozić narkotyków, pornografii, nasion, roślin, surowego mięsa, broni i materiałów wybuchowych.

Z Kenii nie wolno wywozić wyrobów z kości słoniowej, muszli, koralowców ani skór dzikich zwierząt.

Jedzenie – co zjeść w Kenii?

Podstawą mojego wyżywienia były owoce – przede wszystkim mango i marakuje, a także owoce morza. Kenia położona jest nad oceanem więc ryb i owoców morza serwuje się tu bardzo dużo. Mięsożercy też nie będą zawiedzeni – bardzo popularnym daniem jest nyama choma, czyli pieczone na wolnym ogniu mięso wołowe, baranie lub kozie. Jada się także drób. Kenijskie wybrzeże to rejon muzułmański więc nie podaje się tu wieprzowiny. W kuchni dużo jest wpływów hinduskich i arabskich.

Kenia – plaże

O plażach na Zanzibarze każdy słyszał – że jest ich dużo, że piaszczyste, że szerokie, że czyste, że piękne. A o plażach w Kenii ktoś słyszał? Ja przed wyjazdem niekoniecznie. I rzeczywiście na Zanzibarze jest dużo pięknych plaż ale w Kenii jest jedna, która powiedzmy sobie szczerze rozwala system. Diani Beach jest nie tylko najpiękniejszą plażą w Kenii ale jedną z najpiękniejszych w całej Afryce, a nawet na świecie. Rok rocznie załapuje się do rankingu 50 najpiękniejszych plaż na świecie, zanzibarskich plaż tam nie ma. Mój hotel znajdował się właśnie nad tą plażą i jeśli zastanawiacie się gdzie spędzić swój urlop to słuszna odpowiedź jest tylko jedna – w hotelu znajdującym się przy Diani Beach. Wybór noclegów jest tu spory, są budżetowe hotele, są luksusowe resorty, każdy znajdzie coś dla siebie.

Piasek na Diani Beach jest biały i miękki jak mąka, woda lazurowa i ciepła. Do tego mnóstwo palm i mamy widok jak z pocztówki. Pamiętajcie tylko, że w oceanie są jeżowce – do wody trzeba wchodzić w specjalnych butach.

Kenia – bezpieczeństwo

Do Kenii wybrałam się sama. Jeśli też jesteście kobietą podróżującą w pojedynkę i zastanawiacie się czy Kenia to dobry kierunek na samotną wyprawę to moja odpowiedź brzmi – NIE. Nie czułam się w Kenii bezpiecznie, unikałam samotnych spacerów po plaży czy chociażby do sklepu. O wyjściu poza hotel po zmroku nawet nie myślałam.

Na plażach jest mnóstwo beach boysów – lokalnych mieszkańców sprzedających wycieczki, pamiątki itp. A najczęściej po prostu naciągających turystów. O ile ci z Zanzibaru byli przyjaźni i niegroźni to ci kenijscy już niestety byli mało przyjemni. A historie o tym, że mamusia chora, że ich żona z dziećmi zostawiła i inne tego typu to oczywiście norma. Na szczęście po wakacjach na Dominikanie już wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Sam fakt, że teren hotelu jest strzeżony przez kilku ochroniarzy z pałkami a czasem bronią chyba najlepiej świadczy o tym, że trzeba po prostu uważać. Podobnie podczas zwiedzania czy nawet przejazdów samochodami z otwartymi oknami – kradzieże są plagą w Kenii i trzeba się pilnować. Jest to biedny kraj chociaż oczywiście nic nie tłumaczy przestępczości.

Nie chciałabym siać paniki, że Kenia jest niebezpieczna i zamiast tam lecieć lepiej zostać w domu ale trzeba zachować daleko posuniętą czujność, nie spoufalać się z lokalsami, pilnować dokumentów i pieniędzy a przede wszystkim jechać tam większą grupą, na samotne wakacje jest wiele bezpieczniejszych kierunków.

W Kenii istnieje zagrożenie atakami terrorystycznymi, kraj pogrążony jest w wewnętrznych konfliktach. Ale nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach każde miejsce na świecie jest zagrożone atakami.

I jeszcze jedno zagrożenie, które dla wielu osób jest atrakcją – małpy. Mieszkają na terenie hoteli, wskakują na balkony – jak ich nie zamkniecie to i do pokoju wskoczą. Małpy są urocze i fajnie na nie patrzeć z daleka ale przenoszą wściekliznę! Nie zapominajcie o tym gdy chcecie je pogłaskać czy zrobić sobie z nimi zdjęcie.

Aha, zapomniałabym o kokosach. Jest ich dużo, mogą ważyć od 1 do 4 kg i czasem lubią sobie spaść z palmy. Pechowo 150 razy w roku trafiają w ludzi pozbawiając ich tym samym życia. Można się śmiać ale zagrożenie jest, hotele ostrzegają.

Kenia – szczepienia, malaria

Kefia jest regionem malarycznym ale ryzyko zakażenia w porze suchej jest minimalne. Niemniej trzeba stosować repelenty, wszystkie hotele są wyposażone w moskitiery. Każdy sam musi zdecydować czy stosować leki przeciwmalaryczne, ja nigdy tego nie robiłam i z dużą doza prawdopodobieństwa robić nie będę. Mugga, ewentualnie Mugga Strong i moskitiera – to mój zestaw ratunkowy.

Jeśli chodzi o szczepienia to zalecany jest ten sam zestaw co do każdego egzotycznego kraju – WZW, dur brzuszny, tyfus, polio, tężec. Taki zestaw, który każda podróżująca osoba powinna sobie raz na 10 lat odświeżyć. Szczepienie przeciwko żółtej febrze tylko jeśli podróżujemy z kraju, w którym ta choroba występuje.

Opieka zdrowotna dla turystów jest na wysokim poziomie. Pamiętajcie o ubezpieczeniu przed wyjazdem.

Waluta, ceny w Kenii

Walutą obowiązującą w Kenii jest szyling kenijski. 100 KES=3,7zł (marzec 2019). Do Kenii najlepiej zabrać dolary amerykańskie, nowe, niezniszczone. Za wycieczki i safari bez problemu można płacić w USD, jeśli chce się wybrać do lokalnego marketu czy na targ to konieczne będą szylingi. Pieniądze można wymienić na lotnisku albo w hotelach. W większych marketach i sklepach można płacić kartą. Ceny w markecie na wybrzeżu są bardzo zbliżone do polskich. Jeśli chodzi o zakupy na lokalnych targach i straganach to trzeba się targować – od waszych umiejętności i cierpliwości zależy ile za co zapłacicie, początkowe ceny są oczywiście bardzo zawyżone.

Safari w Kenii

Główny cel mojego wyjazdu do tego kraju i przeżycie jedyne w swoim rodzaju nawet jeśli już wcześniej jakiegoś safari doświadczyliście. Spotkanie z grupą słoni przechodzących przez drogę czy widok lwów pożerających zebrę na śniadanie to widoki, które zostają w głowie do końca życia.

Jadąc na safari mówi się o tzw. wielkiej piątce – słoniu, bawole, nosorożcu, lamparcie i lwie. Ja byłam na safari dwukrotnie i nigdy nie udało mi się zobaczyć całej piątki w ciągu jednego dnia. W RPA zabrakło bawołu, w Kenii nosorożca. Co ciekawe, za najtrudniejsze do wytropienia uchodzą lamparty, a ja widziałam je podczas obu swoich przygód. Poza wielką piątką w Kenii można także podglądać zebry, hipopotamy, antylopy, gazele, żyrafy, hieny, szakal, guźce (taka świnia z Afryki), gepardy i małpy.

Oferta safari jest ogromna. Najlepiej kupować wycieczki w hotelu, będzie trochę drożej niż u beach boysów ale zdecydowanie bezpieczniej. Do wyboru mamy safari jedno-, dwu- a nawet kilkudniowe. Ja początkowo planowałam wybrać się na jednodniowe ale ostatecznie pojechałam na 2-dniowe. Odległość z wybrzeża do parków narodowych jest spora, drogi w Kenii kiepskie i jadąc na jeden dzień wrócicie wykończeni. Poza tym najciekawsze i najbogatsze w doświadczenia było safari poranne (przed 6 rano), do tego nocleg był na sawannie, gdzie z okna można było podglądać zwierzęta.

Safari rozpoczęło się w parku Tsavo. Jest to jeden z największych Parków Narodowych Afryki ponad 23 tys. km kwadratowych sawanny i niesamowitych lasów akacjowych. Zajmuje 4% powierzchni kraju. Jest podzielony na część wschodnią (Tsavo East, 13,7 tys. km kwadratowych) i zachodnią (Tsavo West, 9 tys. km)

Nocleg podczas dwudniowego safari miał miejsce w Sarova Salt Lick Game Lodge. Spędzenie nocy w tym hotelu to przyjemność sama w sobie. Znajduje się na terenie parku narodowego Tsavo i nie dość, że jest idealną bazą wypadową na nocne i poranne safari to śpimy tu iście po królewsku – w 5-gwiazdkowych pokojach. A z okien podziwiamy dzikie zwierzęta. Kosmos. Nocleg w takim miejscu powinien być na liście marzeń każdego podróżnika.

2-dniowa wyprawa to tak naprawdę kilka niezależnych od siebie safari w kilku parkach. Najciekawsze było to poranna – raz, że było najwięcej zwierząt, dwa, że wschód słońca nad sawanną to czysta magia. No i czerwone słonie – od tego wyjazdu moja miłość totalna. Słonie są oczywiście normalne a ich czerwony kolor bierze się od tarzania się w czerwonej ziemi. Nocne safari podobało mi się najmniej – było mało zwierząt, dużo samochodów, kierowcy się wzajemnie nawoływali, nie było tej magii co za dnia.

Ogromnym problemem w parku Tsavo jest kłusownictwo. Ale to niestety problem większości parków narodowych w Afryce. W latach 80tych liczba słoni w parku zmniejszyła się z 46 tysięcy do zaledwie 5 tysięcy! Niemal całkowicie wytrzebiona została populacja czarnego nosorożca (z 8 tysięcy zostało ich tylko 100, większość z nich przebywa w obszarze chronionym). Park jest także chronieniem dla niespełna 100 sztuk antylop Huntera – gatunku skrajnie zagrożonego wyginięciem. W północnej części paru nie odbywają się safari ze względu na duże ryzyko spotkania uzbrojonych band kłusowników.

Jak się ubrać na safari? Lekko, wygodnie, a najlepiej założyć coś czego nie będzie Wam szkoda później wyrzucić. Safari odbywa się w odkrytym samochodzie, kurzy się czerwona ziemia, ubrania przechodzą tym czerwonym pyłem. Koniecznie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne – raz żeby chronić się przed słońcem, a dwa – też chronią oczy przed pyłem.

Ile to kosztuje? Dwudniowe safari wraz z noclegiem i wyżywieniem to koszt od 250 USD w górę. Ja zapłaciłam 270 USD.

Co kupić, co przywieźć z Kenii?

Jeśli lubicie afrykańską sztukę to figurki Masajów, obrazy z kenijskimi krajobrazami. Oferta rękodzieła jest naprawdę duża. Z moich ulubionych praktycznych pamiątek – kawa i herbata. Kenijska kawa raczej nikogo dziwi ale o tym, że w Kenii uprawia się herbatę nie każdy słyszał. Okazuje się, że równikowy klimat, wulkaniczne gleby i monsunowe deszcze na zachodzie kraju tworzą idealne warunki do uprawy herbaty. Uprawa herbaty na dużą skalę jest spadkiem po panowaniu brytyjskim. Pierwsze plantacje powstały w 1918 roku więc stosunkowo niedawno. Kenia produkuje obecnie ponad 430 milionów ton herbaty (głównie czarnej) rocznie. Jest też jedynym producentem uprawianej na wysokości 1500-2000 m.n.p.m. fioletowej herbaty o dużej zawartości polifenoli.

Kenia czy Zanzibar?

Nie da się uniknąć tego pytania – dwa kraje położone blisko siebie, oba łatwo dostępne z Polski, na wakacje w jednym i drugim wydacie podobne pieniądze. Mimo przepięknych plaż i beztroskiej atmosfery na Zanzibarze moja odpowiedź brzmi – Kenia. Safari jest tak fantastycznym przeżyciem, że da się ścierpieć to, że czas spędza się na terenie hotelu a nie na plaży i wieczory spędza się w hotelowym barze a nie na mieście. Weźcie kogoś ze sobą i jedźcie podglądać dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Mimo iż nie było to moje pierwsze safari to zrobiło na mnie ogromne wrażenie i gorąco je polecam.

la Gomera – atrakcje jednej z najmniejszych wysp Kanaryjskich

La Gomera – maleńka wyspa oddalona o zaledwie 30 km od Teneryfy. Z największej wyspy archipelagu wysp Kanaryjskich można dostać się na nią promem. Gomera jest popularnym celem jednodniowych wycieczek z Teneryfy, ja jednak nie lubię takich szybkich jednodniowych wypadów. Owszem, Gomera jest malutka i spokojnie można ją objechać w jeden dzień ale ja zdecydowałam się wybrać tam na tygodniowe wakacje.

Gomera często jest nazywana wyspą Kolumba ze względu na trzy wizyty odkrywcy Ameryki. Po raz pierwszy Kolumb dotarł na Gomerę w 1492 roku skąd 6 września wyruszył do Ameryki. Na pamiątkę tego jakże ważnego wydarzenia 6 września na wyspie organizowane są Fiestas Colombinas.

Valle Gran Rey

Dolina Wielkiego Króla Guanczów z jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie. Tu znajdował się mój hotel, tu spędziłam najwięcej czasu dlatego od tego miejsca zacznę swoją opowieść o Gomerze.

Zanim dotarłam tam ja, dolinę wybrał na swoją siedzibę król Guanczów, najpotężniejszy z władców. Ale to nie jest tak, że ja sobie wybrałam to miejsce, bo miałam z czego wybierać. Turystyka na Gomerze nie jest tak rozwinięta jak na sąsiedniej Teneryfie czy pozostałych dużych wyspach archipelagu (chciałoby się krzyknąć na szczęście!), wszelkie hotele, apartamenty i atrakcje turystyczne znajdują się właśnie w tym rejonie, a dokładnie w jednej z nadmorskich miejscowości położonych w dolinie – la Calera, la Paya, la Puntilla, Las Vueltas i Borbalan.

Jedyną, niepowtarzalną i największą atrakcją doliny są nieziemskie widoki. Najlepiej podziwiać dolinę z góry. Do wyboru mamy kilka punktów – Mirador del Santo, Mirador del Palmajero i Mirador Cesar Manrique. Ten ostatni z pewnością nasunie skojarzenia z Lanzarote i słusznie. Ten punkt widokowy to ostatnie dzieło artysty, z którego podobno on sam był najbardziej zadowolony i uznał go za swoje najlepsze dzieło.

W dolinie znajduje się kilka piaszczystych (czarnych) plaż – Playa de la Calera i Playa de La Puntilla uchodzą za najlepsze na wyspie. Atlantyk bywa wzburzony więc trzeba uważać jeśli chce się kąpać w oceanie. Wyjątkiem jest mała zatoczka z plażą Charco del Conde zwana baby beach – tu praktycznie nie ma fal (jednak Podsiadło miał rację :D).

Park Narodowy Garajonay

Las wawrzynowo-cedrowy wpisany na listę UNESCO to bez wątpienia największa atrakcja Gomery. Ja dotarłam na wyspę późno wieczorem, przejazd taksówką do hotelu trwał ponad 1,5 godziny. Droga prowadziła właśnie przez ten las. Innego wyboru zresztą nie ma, na wyspie jest aż jedna droga. Droga to jednak za dużo powiedziane – to jest plątanina zakrętów. Mój kierowca nie mówił po angielsku, ja nie mówię po hiszpańsku ale podczas tego przejazdu nauczyłam się jednego słowa, którego nie zapomnę do końca życia. La Curva – zakręt. Tylu zakrętów nie pokonałam przez całe swoje życie a noc i otoczenie lasu wawrzynowego spowodowało, że czułam się jakbym była bohaterką horroru klasy B. Nie przesadzam, to była zdecydowanie najgorsza podróż mojego życia. Nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam choroby lokomocyjnej ale na Gomerze nawet mnie ścięło z nóg. Pierwsze spotkanie z największą atrakcją wyspy przebiegło więc w nieco dramatycznych okolicznościach ale nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym lesie. Za dnia wygląda wręcz baśniowo, nie ma w nim nic strasznego. Pamiętajcie tylko, że w lesie jest sporo chłodniej niż w pozostałych częściach wyspy więc zakryte buty i bluza obowiązkowo.

Park zajmuje ponad 10% obszaru wyspy i słynie z największego na świecie lasu wawrzynowego – laurasilva. Ta formacja w trzeciorzędzie pokrywała niemal całą Europę. Wraz z nadejściem epoki lodowcowej lasy zanikły. Przetrwały właśnie na Gomerze dzięki odpowiednim warunkom klimatycznym – umiarkowanej temperaturze, obfitym opadom i dużej wilgotności powietrza.

Park Narodowy założono w tym miejscu w 1981 roku, a już w 1986 wpisano go na listę UNESCO.

W obrębie parku znajduje się mnóstwo szlaków pieszych o różnym stopniu trudności. Każdy znajdzie coś dla siebie, warto to zrobić!

Na terenie parku także znajduje się sporo punktów widokowych. Z Mirador del Rejo widać Hermiguę, z Mirador del Bailadero trzy wielkie skały wulkaniczne a z Mirador Cumbre de Tajaque rozciąga się panorama wulkanicznych kalder Benchijuga. Co jeden widok to piękniejszy.

Na północnych obrzeżach parku, w lesie, biją zaczarowane źródła Chorros de Epina. Według legendy ten kto się z nich napije, spotka miłość swojego życia.

Agulo

Wioska białych domów skąd rozpościera się piękny widok na sąsiednią Teneryfę z górującym nad nią wulkanem Teide. Położone bardzo malowniczo (mam wrażenie, że będę to pisać o każdym miejscu na Gomerze), zabudowane typowymi kanaryjskimi domkami.

Będąc w Agulo trzeba koniecznie pojechać na punkt widokowy Mirador Abrante. Stamtąd najlepiej podziwiać znajdujące się w dole wybrzeże Gomery i wyłaniającą się naprzeciwko Teneryfę z jej wulkanem.

Hermigua

Żyzna zielona dolina będąca zagłębiem winnic (tak, na Gomerze robi się świetne wino!) oraz upraw bananowców. Widoki są po prostu nieziemskie, na szczęście po drodze nie brakuje punktów widokowych gdzie można się zatrzymać i podziwiać te piękne krajobrazy.

Dolina Vallehermoso

Kolejne miejsce jakby żywcem wyjęte z pocztówek. Strome zielone stoki obsadzone palmami i bananowcami poprzetykane białymi kanaryjskimi domkami. Nazwa oznacza dosłownie Piękną Dolinę. Nie jest ani trochę przesadzona.

San Sebastian de la Gomera

Na koniec stolica wyspy. Zaledwie 6,5-tysięczne miasteczko z dwoma placami – Plaza de Americas i Plaza de la Constitucion. Przez miasteczko prowadzi deptak Calle Real otoczony kamienicami w typowo kanaryjskim stylu. Przy deptaku znajduje się także Casa-Museo Colon – dom, w którym miał nocować Kolumb podczas swojego pobytu na wyspie. Nieco dalej mamy Iglesia de la Asuncion – kościół, w którym Kolumb miał się modlić przed wyprawą do Ameryki. Malutkie ale bardzo urokliwe miasteczko zafiksowane na punkcie Kolumba.

Gomera – ciekawostki

Pewnie sporo z Was słyszało o El silbo Gomero – języku gwizdów charakterystycznego dla tej właśnie wyspy. Brzmi jak śpiew ptaków (naprawdę!) a służy mieszkańcom do porozumiewania się na dużych odległościach. Gwizdy słychać podobno na dystansie 10 kilometrów! Tradycja języka gwizdów pochodzi z czasów przedhiszpańskich. Zesłani na wyspę członkowie plemion północnoafrykańskich porozumiewali się gwizdami, ponieważ Rzymianie obcinali im języki i gwizdy była dla nich jedyną możliwością kontaktu między sobą. Tradycja silbo jest kultywowana do dziś, od 2001 roku naucza się go w szkole a język jest wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

Gomera jest miejscem rozgrywania się najsłynniejszego kanaryjskiego romansu. Jej bohaterami są gomerska księżniczka Gara i młodzieniec z Teneryfy – Jonay. Chłopak wiedziony ciekawością postanowił przepłynąć wpław z Teneryfy na Gomerę. Księżniczka znalazła go wycieńczonego na brzegu, a po kilku dniach młodzi zakochali się w sobie. Nie spodobało się to ojcu dziewczyny i postanowił wygnać chłopaka z wyspy. Kochankowie postanowili ukryć się w górach i pod osłoną nocy dotarli na najwyższy szczyt wyspy. Tam gałąź przebiła serca obojga kochanków łącząc ich ze sobą na zawsze a najwyższy szczyt wyspy nazwano od ich imion Garajonay.

Czy warto spędzić na Gomerze aż tydzień?

Jak już wspominałam wyspa jest naprawdę malutka i da się zaliczyć jej główne punkty w jeden dzień tylko po co? Będąc na wyspie dłużej można ją poczuć i posmakować, można spokojnie skorzystać z uroków natury, można robić sobie trekkingi po parku (tras starczyłoby na miesiąc, nie tylko na tydzień, szlaków jest 650km!), można zwiedzać doliny. Do tego można codziennie jeść świeżo zerwane banany i mango popijając je gomerskim winem.

Kontakt z mieszkańcami jest utrudniony jeśli nie mówicie po hiszpańsku. Po angielsku mówią właściwie tylko pracownicy hoteli i niektórzy młodsi mieszkańcy wyspy (choć operują raczej podstawowymi zwrotami). Prędzej dogadacie się… po niemiecku. Na Gomerze, tak jak i na innych hiszpańskim wyspach (nie tylko Kanaryjskich) dominują turyści z Niemiec i lokalesi wolą się uczyć niemieckiego niż angielskiego.

Gomera to nie jest wyspa dla wszystkich. Jest tu cicho, spokojnie, hoteliki są malutkie, nie ma wielkich molochów oferujących wakacje all-inclusive. Nie ma dyskotek, promenad z milionem suwenirów i naganiaczy w restauracjach. Dla mnie to ogromny plus ale wiem, że są osoby, dla których takie wakacje byłby najgorszymi wakacjami w życiu 😀


Zakopane na weekend – co robić w zimowej stolicy Polski?

Zakopane – zimowa stolica Polski i najwyżej położone miasto w Polsce, do którego całym rokiem ściągają tłumy turystów z całego kraju. I zza granicy też. Moja poprzednia wizyta w Zakopanem miała miejsce w 2009 roku, po prawie 10 latach uznałam, że pora wrócić i zobaczyć co się w Zakopanem zmieniło przez ten czas.

Krupówki

Krupówki to Najsłynniejszy deptak w Zakopanem, zaryzykuję stwierdzenie, że najsłynniejszy w całej Polsce. Krupówki są jarmarczne, przaśne i mało góralskie ale od czego innego można zacząć zwiedzanie Zakopanego? 🙂 Czy nam się podobają czy nie, to są one sercem miasta. Krupówki stanowią centrum Zakopanego, wokół nich znajdują się sklepy (również z pamiątkami), stoiska z oscypkami, kawiarnie i restauracje. Wszystko zatłoczone mimo iż moja wizyta była już po feriach, czyli po szczycie sezonu zimowego. Wzdłuż ulicy płynie Foluszowy Potok.

Na co warto zwrócić uwagę spacerując po Krupówkach?

Jednym z najwyższych budynków przy ulicy jest Kościół Najświętszej Rodziny z widoczną z daleka zieloną wieżą. Jednym z projektantów świątyni był Stanisław Witkiewicz.

Pod adresem Krupówki 29 znajduje się Fashion Street. Jest to bardzo stylowy pawilon handlowy. 43 sklepy zostały umieszczone w zaprojektowanej na styl zakopiański 120-metrowej alei. Warto się tędy przejść nawet jeśli nie macie zamiaru nic kupować.

Odbijając od Krupówek w ulicę generała Galicy dotrzecie do jedynego placu w mieście – placu Niepodległości. Latem jest miejscem imprez plenerowych, zimą niewiele się tam dzieje. Przy placu znajduje się pomnik Grunwaldzki postawiony w 500-lecie bitwy pod Grunwaldem.

Idąc z Krupówek w ulicę Zaruskiego, a następnie Ormana dotrzemy do willi Atma – drewnianego domu z gankiem i werandą, w którym mieści się Muzeum Karola Szymanowskiego. Kompozytor mieszkał i tworzył w tej willi w latach 1930 – 1936. Willa została wzniesiona w 1893 roku. Atma znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej.

Przy ulicy Krupówki 63, w podwórku, znajduje się bardzo stylowa kawiarnia Cafe Piano. Nie spotkacie tu wielu turystów (miejsce jest nieco ukryte), za to spotkacie wielu miejscowych artystów. Fajne miejsce gdzie można się schować gdy w Zakopanem pada deszcz,

Na rogu Piłsudskiego i Krupówek znajduje się oczko wodne wraz z ławeczką Tygodnika Podhalańskiego. Nad oczkiem przerzucono drewniany mostek, który jest oblegany przez wszystkich amatorów selfie z Krupówkami i Giewontem w tle.

Tuż obok oczka, przy ulicy Krupówki 40, znajduje się Góralski Browar. Jest to jedno z najmłodszych miejsc na mapie Zakopanego. Szczerze mówiąc zupełnie nie byłam do niego przekonana ale wszędobylskie reklamy spowodowały, że postanowiłam odwiedzić to miejsce. Browar znajduje się na ostatnim piętrze centrum handlowego Krupówki 40. Restauracja i kawiarnia zajmują całe piętro. I są to bardzo stylowo urządzone lokale, póki co wszystko lśni nowością, nawet toalety robią wrażenie. Ryzykowne ale bardzo udane połączenie tradycji góralskiej z nowoczesną architekturą. Góralski Browar ma bardzo fajne menu – potrawy i lokalne, i uniwersalne. Najedzą się tu amatorzy próbowania nowych smaków jak i dzieci gustujące wyłącznie we frytkach 😉 Jedzenie jest nazwane jednak zawsze po góralsku za co duży plus. Obsługa bez zarzutu. Ceny w restauracji Góralski Browar jak na Zakopane bardzo rozsądne, takie jak w każdym większym mieście. Opinie Góralski Browar ma dobre i wcale mnie to nie dziwi. Ciekawostka – można tu kupić ichniejsze lokalne piwo! Latem jak znalazł, zimą się jednak nie skusiłam.

Jak już zjecie to koniecznie wyjdźcie na taras widokowy – widoki na Tatry zapierają dech w piersiach. Trafiłam tam w niedzielę niehandlową więc nawet nie raziło mnie to, że lokal znajduje się w centrum handlowym.

Przy Krupówkach znajduje się także pomnik Władysława Zamoyskiego – społecznika, twórcy m.in. Szkoły Domowej Pracy Kobiet założonej w Kórniku ale później przeniesionej do Zakopanego. Dzięki niemu Morskie Oko włączono do ziem polskich a także zbudowano linię kolejową w Zakopanem. Ważna postać dla miasta.

Przy Krupówkach znajduje się kilka punktów sklepów/kawiarni Góralskie Praliny. Jeśli chce spróbować czekoladki o smaku oscypka lub bryndzy to polecam. Cena jednej czekoladki to 4zł, wrażenia bezcenne 😀

Jedną z ulic prostopadłych do Krupówek jest ulica Kościuszki, przy której siedzibę ma m.in. Urząd Miasta Zakopane z pomnikiem doktora Andrzeja Chamca, Kino Giewont, a także banki, sklepy i hotele. Przy tej ulicy znajduje się też park Równia Krupowa, gdzie stoi drewniany napis Zakopane (bardzo instagramowe miejsce) i drewniana rzeźba góralki i górala. Bardzo fajne miejsca, które warto zobaczyć.

Idąc dalej ulicą Kościuszki w kierunku dworca PKP dotrzecie do hotelu Stamary. Budynek jest bardzo okazały, ma duże balkony, łukowato zakończone okna i pomalowany jest w radosne, pastelowe kolory. Hotel otwarto w 1905 roku i od tego momentu aż do wybuchu I wojny światowej był najbardziej luksusowym i eleganckim hotelem w Zakopanem odwiedzanym przez wybitne osobistości tamtych czasów.

Skręcając z ulicy Kościuszki w Sienkiewicza, a następnie Chałubińskiego możemy zobaczyć po drodze liczne wille. Jedne odrestaurowane i przerobione na hotele, inne sypiące się i poniszczone. Warto zwrócić uwagę na willę Rialto (Chałubińskiego 3A) wzniesioną w latach 1897-1898, zaprojektowaną przez Witkiewicza dla Teresy Zagórskiej. W 1898 roku mieściło się tu pierwsze w Galicji sanatorium przeciwgruźlicze.

Przy tej ulicy znajduje się też pensjonat Palace będący niegdyś siedzibą gestapo. Mieści się dziś w nim Muzeum Walki i Męczeństwa Palace.

Ulicą równoległą jest Zamoyskiego, przy której znajduje się m.in. Willa Oksza będąca siedzibą Galerii Sztuki XX wieku (oddział Muzeum Tatrzańskiego). Niestety podczas mojego pobytu również zamknięta. Willa Oksza jest trzecim dziełem Stanisława Witkiewicza zbudowanym w latach 1895-1896. Nazwa willi pochodzi od herbu Heleny – żony hrabiego Marcina Nałęcza – Kęszyckiego, który w 1899 kupił willę.

Przy ul. Zmoyskiego mieści się także okazały kościół św. Krzyża.

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku (Cmentarz Zasłużonych)

Cmentarz Zasłużonych w Zakopanem zlokalizowany jest bardzo blisko Krupówek i dolnej stacji kolejki na Gubałówkę. Wielokrotnie chciałam go odwiedzić ale jakoś zawsze brakowało czasu lub sposobności. Uwielbiam książki o górach i himalaizmie, czytam chyba wszystkie, które ukazują się w Polsce i niestety temat tego cmentarza pojawia się w większości z nich. Zabytkowy cmentarz jest miejscem spoczynku zasłużonych mieszkańców Podhala a niektóre groby są prawdziwymi dziełami sztuki. Jest to ważny zabytek i atrakcja Zakopanego, którą warto zwiedzić.

Tym razem od wizyty na cmentarzu zaczęłam swoją wizytę w Zakopanem. Brzmi dziwnie, wiem 😉 Wstęp na cmentarz i zlokalizowanego obok niego kościółka Matki Boskiej Częstochowskiej kosztuje 3zł.

Nekropolia powstała w połowie XIX wieku na ziemi nad Cichą Wodą i Białym Potokiem podarowanej przez Jana Pęksę. Na terenie cmentarza znajduje się ok. 250 mogił, m.in. Kornela Makuszyńskiego, małżeństwa Marusarzów, Kazimierza Przerwy-Tetmajera czy Stanisława Witkiewicza.

Znajduje się tu także symboliczny grób Macieja Berbeki, który zginął 6 marca 2013 roku na Broad Peaku. Drewniany pomnik wykonali uczniowie Liceum Plastycznego. Symbolicznych grobów ludzi, którzy nie wrócili z gór jest na tym cmentarzu więcej.

Każdy plan zwiedzania Zakopanego, czy to w jeden dzień, czy w trzy czy w tydzień, powinien uwzględniać cmentarz na Pęksowym Brzyzku.

Wychodząc z cmentarza warto zajrzeć do karczmy u Wnuka (Kościeliska 8), w której mieści się jedna z najstarszych restauracji w mieście. Willa została wybudowana między 1850 a 1870 rokiem.

Przy Kościeliskiej 12 mieści się zabytkowa zagroda rodziny Gąsieniców – Nawsiów zbudowana przed 1850 rokiem.

Jeszcze nieco dalej znajduje się willa Koliba będąca siedzibą Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Niestety podczas mojej wizyty wyglądała dokładnie tak jak na powyższym zdjęciu, czyli całkowicie zasłonięta rusztowaniami. Remont in progress.

Wielka Krokiew

Odbijając z Krupówek przy oczku wodnym w ulicę Piłsudskiego dotrzemy do skoczni narciarskich z Wielką Krokwią na czele. To chyba najbardziej znana atrakcja Zakopanego. Na skocznię można wjechać wyciągiem ale ja już kiedyś widziałam Hollmenkollen z góry i wystarczy mi tego atrakcji. Naprawdę podziwiam odwagę skoczków narciarskich mimo iż nie jestem fanką tego sportu.

Otoczenie Wielkiej Krokwi to najbardziej jarmarczne miejsce w Zakopanem. Wpadłam na chwilę, zrobiłam parę zdjęć i szybko się ewakuowałam.

Jaszczurówka

Jaszczurówka to dzielnica położona ok. 2 km od centrum Zakopanego. Latem bardzo zielona ale też gęsto zabudowana. Nazwa pochodzi od żyjących tu kiedyś salamander plamistych zwanych przez górali jaszczurami. Jej największą atrakcją jest Kaplica Najświętszego Serca Jezusa. Zaprojektowana przez Witkiewicza, wybudowana w 1906 roku z drewna świerkowego bez użycia chociażby jednego gwoździa. Niestety kiedy poszłam zobaczyć kaplicę trwało akurat nabożeństwo więc nie widziałam jej w środku. Zrobiłam sobie tylko spacer dookoła, po schodkach weszłam na taras otoczony arkadowymi podcieniami. Nad wejściem można zobaczyć figurę Chrystusa Frasobliwego. Jaszczurówka zimą wygląda bardzo malowniczo. Z centrum można tu dojechać samochodem ale ja polecam zrobić sobie spacer – jest tylko bardzo krótki odcinek drogi bez chodnika.

Willa pod Jedlami

Dom pod Jedlami (Droga na Kozieniec 1, po drodze z Jaszczurówki do Krupówek) to jeden z największych zabytków architektury drewnianej w Polsce. Willa nazywana perłą stylu zakopiańskiego należy do rodziny Pawlikowskich a zaprojektował ją nie kto inny jak Stanisław Witkiewicz.

Zakopane – atrakcje dla dzieci

W Zakopanem są dwie wyjątkowe atrakcje dla dzieci – Domek do Góry Nogami i Śnieżny Labirynt.

Domek do góry nogami znajduje się w samym centrum, tuż przy Krupówkach. Istnieje od 2010 roku. Wszystko jest w nim do góry nogami, chodzi się jakby po suficie. Zdecydowanie atrakcja nie dla mnie ale dla dzieciaków pewnie frajda.

Śnieżny Labirynt i Śnieżny Zamek Snowlandia znajdują się tuż przy Wielkiej Krokwi. Są to dokładnie takie miejsca jak wskazują na to nazwy. Labirynt jest stworzony ze śnieżnych ścian, zamek ma 16-metrowe wieże.

Zakopane – co jeszcze?

Będąc dłużej w Zakopanem warto wjechać kolejką na Gubałówkę i/lub na Kasprowy Wierch. Ja po pierwsze już tam byłam kilka lat temu a po drugie trafiłam do Zakopanego w okresie silnych wichur. Już na dole bardzo nieprzyjemnie wiało, podejrzewam, że na górze było tylko gorzej.

Warto też wybrać się do Morskiego Oka. Ja tej atrakcji również już miałam okazję doświadczyć wcześniej. Jeśli jesteście pierwszy raz w Zakopanem to koniecznie musicie się tam wybrać, można zrobić sobie dłuższą pieszą wycieczkę lub opcja dla leniwych – dojechać busikiem z dworca PKP.

Zakopane – czy warto?

Raz na 10 lat na pewno warto odwiedzić Zakopane, częściej nie czuję potrzeby 😉 Zakopane jest zatłoczone, jest skomercjalizowane choć są tu też piękne wille, perełki architektoniczne a odejście nawet kilkaset metrów od Krupówek da nam szansę obcowania z zakopiańską architekturą w otoczeniu Tatr bez towarzystwa zupełnie nikogo. Więc poza Krupówkami da się oddychać w tym mieście 😉 W Zakopanem są piękne miejsca z widokiem na Tatry, można też stąd wyruszyć w góry. Są atrakcje dla dorosłych, dla dzieci, dla aktywnych i dla leniwych. Niemniej w Polsce jest mnóstwo bardziej urokliwych miejsc, do których będę wracać częściej niż raz na 10 lat.

Wielki Mur Chiński – jednodniowa wycieczka z Pekinu

O Pekinie jeszcze napiszę ale pisanie o tym kraju chcę zacząć od jego największej atrakcji – Wielkiego Muru. To był główny cel mojego pierwszego wyjazdu do Chin. Z Pekinu można bez większego problemu dojechać do jednego z sześciu punktów zwiedzania muru. Do najpopularniejszego – oddalonego o 70 km Badaling – autobus 877 odjeżdża z Quianmen.

Nazwę Wielki Chiński Mur wprowadzili Brytyjczycy w XIX wieku, dla Chińczyków to wciąż Wànli Chángchéng, czyli Mur 10 Tysięcy Li. 10 tysięcy to dla Chińczyków odpowiednik nieskończoności, Li to jednostka miary.

Zabytek od 1987 roku znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, a w 2007 roku wpisano go na listę 7 Nowych Cudów Świata (o których pisałam przy okazji Rio de Janeiro i tamtejszej rzeźby Chrystusa). O znaczeniu muru niech świadczy chociażby to, że jego wizerunek znajduje się na wizie, którą musi posiadać każdy wybierający się do Państwa Środka turysta. Mur odwiedza rocznie około 100 milionów turystów!

2400-kilometrowy mur ciągnie się przez pięć prowincji – od Shanhaiguan nad Morzem Żółtym aż do pustyni Gobi. Na murze, co 100 metrów, znajdują się strategicznie rozstawione wieże. Gdy zbliżał się nieprzyjaciel na wieżach w nocy palono ogień, a w dzień wypuszczano dym dzięki czemu sygnał alarmowy błyskawicznie rozprzestrzeniał się w całym kraju. Prawda jest taka, że mur nigdy nie pełnił funkcji obronnej – był wykorzystywany do transportu ludzi i sprzętu, a także przekazywania informacji. Jak to pięknie ujęła Joanna Chyłka: Miał zatrzymać obcych, ale koniec końców sprawił, że ludzie ciągną do Chin jak muchy do gówna, żeby go zobaczyć. Wspominałam już kiedyś, że Joanna jest moją ulubioną bohaterką literacką? 😉 A gdyby istniała naprawdę byłaby moją najlepszą przyjaciółką 😉

Historia muru sięga V wieku przed naszą erą ale dzisiejsze pozostałości pochodzą z czasów dynastii Ming.

Wielki Mur Chiński to zabytek okazały i piękny ale nie zapominajmy, że okupiony krwią żołnierzy i chłopów z całego kraju, którzy zmarli z wycieńczenia i głodu. Mówi się nawet o murze, że to najdłuższy na świecie cmentarz, a przy jego budowie życie mogło stracić nawet milion ludzi. Legenda głosi, że za nieposłuszeństwo podczas budowy wmurowywano do niego ludzi żywcem ale prawda jest taka, że już ówcześni inżynierowie wiedzieli, że rozkładające się zwłoki mogłyby osłabić konstrukcję budowli.

Po wyjściu z autobusu w Badaling czeka nas krótki spacer do samego muru ale budowla bardzo szybko pojawia się na horyzoncie. Mur opada i wznosi się wśród otaczających go gór. Miałam szczęście, ze podczas mojej wizyty nie było smogu i widoczność była bardzo dobra. Pamiętajcie jednak, że na murze, ze względu na górskie otoczenie i położenie 1000 metrów nad poziomem morza, jest o kilka stopni chłodniej niż w Pekinie, do tego często wieje przeszywający wiatr. Badaling jest jednym z najpopularniejszych miejsc, do którego docierają turyści – zarówno ci zagraniczni, jak i chińscy. Długość muru w tym regionie wynosi 4,8 km, ufortyfikowany jest 19 wieżami.

Spacer po murze to jeden wielki zachwyt. Czasem jest stromo, często tłoczno, często Chińczycy chcą sobie z nami robić zdjęcie – w końcu biały człowiek bez skośnych oczu to dla wielu z nich egzotyka i nowość. Na taki spacer trzeba sobie zarezerwować co najmniej 2-3 godziny.

Mimo tego tłumu turystów i mimo dramatu stojącego za budową muru muszę przyznać, że jest to jedno z moich top 10 miejsc, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Mówię o absolutnie wszystkich miejscach w jakich byłam, na całym świecie. Wejście na mur, obserwowanie tej budowli w otoczeniu pięknych gór – zapiera dech w piersiach i nie ma w tym ani krzty przesady. Na liście nowych cudów świata znalazł się nieprzypadkowo. Bardzo chciałam to miejsce zobaczyć, było to jedno z moich pierwszych spełnionych podróżniczych marzeń i do dziś jak myślę o tym spacerze (a raczej wspinaczce) to zachwycam się swoimi myślami 😉

A dla żądnych większych wrażeń i zmęczenia – na murze rokrocznie odbywa się maraton – Great Wall of China Marathon.

W okolicy muru znajduje się oczywiście parking, jest sporo budek ze street foodem także jeśli się zmęczycie wchodzeniem na mur to można się posilić przed drogą powrotną do Pekinu, która trwa około godziny. Wejście na ten odcinek muru możliwe jest w godzinach 6.30 – 18.00

Baku – co warto zobaczyć w stolicy Azerbejdżanu ?

Baku – Miasto Wiatru, stolica Azerbejdżanu i największe miasto kraju. Jednocześnie największy i najstarszy port Morza Kaspijskiego. Znajduje się na półwyspie Apszerońskim i jest najniżej położoną stolicą na świecie – 28 metrów poniżej poziomu morza. 25% populacji Azerbejdżanu, 2 miliony ludzi, mieszka w stolicy. Zabudowa miasta była w dużej mierze projektowana przez polskich architektów – Józefa Płoszko (zaprojektował m. in. pałac Muchtarowa), Kazimierza Skórewicza, Józefa Gosławskiego (zaprojektował budynek Dumy Państwowej) czy Eugeniusza Skibińskiego. Pierwszy wodociąg w Baku także zaprojektował Polak – Stefan Skrzywan. Polaków w historii Azerbejdżanu jest więcej. Witold Zglenicki nazywany jest ojcem nafty bakijskiej, bo dokonał odkryć wielu roponośnych terenów a także opracował sposób wydobycia ropy z dna morskiego. Jego prace kontynuował Paweł Potocki, który zbudował pierwsze szyby naftowe na morzu. Mieszkańcy Azerbejdżanu cenią Polaków.

Baku to nowoczesne i kosmopolityczne miasto znajdujące się geograficznie jak i kulturowo pomiędzy Europą a Azją. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy po dniu spędzonym w Baku – taki Dubaj dla ubogich. Trochę to niesprawiedliwe z tymi ubogimi ale nie da się ukryć, że Baku wzoruje się na najpopularniejszym mieście Zjednoczonych Emiratów Arabskich. I wszystko można o Baku powiedzieć ale na pewno nie to, że jest biednym miastem. Petrodolary (i gazodolary, bo miasto wzbogaciło się na wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego) wydaje się tu strumieniami i to jest jeden z tych krajów na świecie gdzie różnice między stolicą a resztą kraju są naprawdę ogromne. W Baku znajdują się butiki tak luksusowych marek, że niejedna europejska metropolia mogłaby o takich tylko pomarzyć.

Rozdarcie europejsko-azjatyckie widać już po krótkim spacerze po mieście. Z jednej strony mnóstwo malutkich tradycyjnych sklepów czy herbaciarni, z drugiej światowe sieciówki. Takie pomieszanie z poplątaniem ale urocze. Często takie połączenia rażą i nie pasują do siebie ale w Baku osiągnięto w tym jakąś harmonię.

Stare Miasto Icheri Sheher – Miasto Wewnętrzne

Położone jest na niewielkim wzgórzu, otoczone murami obronnymi. Jest połączeniem wpływów islamu szyickiego, kultury tureckiej, perskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i żydowskiej. Na jego terenie znajdują się wszystkie ważniejsze zabytki. Jest plątaniną wąskich uliczek (wiecie, sporo podróżuję i mam niezłą orientację w terenie ale w Baku udało mi się zgubić, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy), do której od zachodu przylega tzw. Zewnętrzne Miasto – Bajir Sheher.

Kompleks pałacu szachów Szyrwanu

Jedna z najważniejszych atrakcji miasta. Siedziba szacha Kalilullaha wybudowana po przeniesieniu rezydencji szacha z Samahi.

Głównym budynkiem kompleksu jest pałac z 1411 roku. Do głównego budynku przylega diwanchane – pawilon z 1482 roku otoczony z trzech stron galerią. W czasach szacha Kalilullaha I działał w nim sąd. Oskarżonego przyprowadzano przed oblicze szacha specjalnym korytarzem, a w sali rozpraw wystawała z podłogi tylko jego głowa. Kiedy szach wydawał wyrok skazujący kat od razu ją ścinał a ciało obsuwało się korytarzem wykutym w skale prosto do morza.

Mauzoleum Szachów Szyrwanu to prostokątny budynek przykryty sześciokątną kopułą ozdobioną wieloramiennymi gwiazdami.

Na dolnym dziedzińcu kompleksu znajduje się pałacowy meczet z oddzielnymi pomieszczeniami modlitewnymi dla kobiet i dla mężczyzn. Jego ozdobą jest 22-metrowy minaret.

Na najniższym tarasie znajdują się XVII-wieczne łaźnie składające się z 26 pomieszczeń. Odkryto je dopiero w 1939 roku, gdyż były całkowicie przysypane ziemią.

W południowej części zabudowań mieści się Mauzoleum Sejjida Jahji Bakuwiego znane jako Mauzoleum Derwisza.

Baszta Dziewicza Qız Qalası

Jeden z symboli miasta, od 2000 roku jest wpisana na listę UNESCO, od 2003 do 2009 roku na liście Dziedzictwa Zagrożonego dlatego, że krótko po wpisaniu na pierwszą listę została uszkodzona przez trzęsienie ziemi a nikt w Azerbejdżanie się szczególnie nie przejął, żeby ją odnowić i zabezpieczyć przed kolejnymi uszkodzeniami. W końcu jednak włodarze miasta poszli po rozum do głowy, zadbali o starówkę, i obiekt zniknął z listy zagrożonych.

Wieża znajduje się na obrzeżach starego miasta, tuż przy nadmorskim bulwarze. Do dziś nie wiadomo jakie funkcje pełniła 28-metrowa wieża i dlaczego właściwie ją zbudowano. Jedna z teorii mówi o tym, że była świątynią wyznawców świętego ognia (zoroastryzmu), a może nawet wieżą umarłych. Samo słowa dziewicza w języku azerskim oznacza też niedostępna co może tłumaczyć obronny charakter budowli.

Niedaleko wieży znajduje się meczet Baba Kukli Bakuvi z VII wieku, ruiny bazaru oraz hammamu.

Spacerując ulicą Gulla dotrzemy do dwóch karawanserai. Ponieważ nie byłam jeszcze w Azji Środkowej (a bardzo bym chciała) to właśnie karawanseraje zrobiły na mnie największe wrażenie podczas zwiedzania starego miasta w Baku. Niektóre karawanseraje w Azji Środkowej obecnie służą za hotele i mam nadzieję, że będę miała kiedyś możliwość spędzić noc w jednym z nich.

Muzeum Historii Azerbejdżanu

Największe muzeum w kraju i jedno z największych w całym regionie. Mieści się w zabytkowej XIX-wiecznej willi azerskiego magnata naftowego Hacı Zeynalabdina Tağıyeva zaprojektowanej przez polskiego architekta – Józefa Gosławskiego. Ekspozycja muzeum liczy 35 sal i przedstawia historię kraju od czasów paleolitu do współczesności. Gdyby chcieć prześledzić wszystko dokładnie trzeba by tam spędzić cały dzień ale polecam Wam zajrzeć chociaż na godzinkę. Muzeum jest naprawdę ciekawie urządzone, jest tam mnóstwo ciekawych eksponatów. I niestety dzieci ze szkolnych wycieczek.

Flame Towers – Ogniste Wieże

Symbol miasta, trzy nowoczesne 190, 160 i 140-metrowe wieżowce wybudowane w latach 2008-2011, które szczególnie imponująco wyglądają po zmroku. Kształt i nazwa nawiązują do ognia, z którym wiąże się historia kraju. Od ponad 500 lat ogień nieprzerwanie pali się w Yanar Dag. Będę o tym miejscu jeszcze pisać. Baku w swej historii wytworzyło kult ognia, który zainspirował kształt wież. Budynki są symbolem połączonej przeszłości i przyszłości kraju. Kształt nawiązuje do wspomnianego uwielbienia ognia i reprezentuje siłę oraz wieczność.

Plac Fontann

Czasem spotkacie się z nazwą park fontann – chodzi o to samo miejsce. Dziś jedno z najpopularniejszych miejsc spotkań mieszkańców miasta, dawniej ulubione miejsce organizowania demonstracji antycarskich. Otoczone zielenią, pełne knajpek, sklepików i straganów z pamiątkami. Oaza zieleni w środku miasta.

Deptak nad Morzem Kaspijskim – bulwar NafciarzyBardzo przyjemnie miejsce, i za dnia, i wieczorem. Mam wrażenie, że żyje całą dobę. Spacerując wzdłuż Morza Kaspijskiego możemy obserwować m.in. Dom Sowietów, budowlę poświęconą pamięci 26 Komisarzy zamordowanych w czasach sowieckich, Bibliotekę Narodową czy Teatr Opery i Baletu.

Jeśli chodzi o przyjemne miejsca gdzie można odpocząć od zgiełku miasta to warto też wspomnieć o terenie centrum konferencyjno-koncertowego Gajdar Alijev Saraj. Położone na terenie ogromnego parku, bardzo dobrze utrzymane i przyjemne. Na terenie parku znajduje się popularny wśród turystów pomnik z napisem I love Baku.

Nocne życie Baku

Miałam szczęście zwiedzać Baku z rodowitą mieszkanką tego miasta. Dzięki niej nie tylko poznałam najważniejsze zabytki i historię miasta ale miałam tez okazję doświadczyć życia nocnego. Baku żyje 24 godziny na dobę i to nie tylko w weekendy. Azerbejdżan jest krajem islamskim ale podejście do religii jest tu bardzo luźne. Młodzi ludzie ubierają się na modłę europejską, kobiety nie zakrywają nawet włosów, nie wspominając o noszeniu abai. Restauracje i bary w obrębie starego miasta wieczorami pękają w szwach. Nie brakuje tu klubów czy dyskotek. Warto tego doświadczyć!

Erywań – atrakcje stolicy Armenii

Erywań – stolica i największe miasto Armenii położone w dolinie rzeki Hrazdan, na stokach małego Kaukazu. Nad miastem góruje oddalony o 32 km szczyt Ararat (obecnie znajdujący się na terenie Turcji). Ararat to święta góra Ormian, symbol Armenii wyeksponowany w jej godle, obecny w literaturze i sztuce. Nazwa góry pochodzi od Ary – boga śmierci i odrodzenia. Nazwa ta ma związek ze zmianami wyglądu góry w okresie zimy (gry wszystko zamiera) i wiosny (gdy się odradza).

Erywań często nazywa się różowym miastem. Jest to związane z kolorem elewacji większości budynków w centrum. Podstawowym budulcem w stolicy Armenii jest bowiem różowa skała wulkaniczna – tuf.

Miasto od wieków miało strategiczne położenie na szlaku handlowym między Indiami a Europą co z jednej strony umożliwiało rozwój handlu i bogacenie się miasta ale z drugiej było przyczyną licznych najazdów imperium Ottomańskiego, Perskiego i Rosyjskiego. Erywań położony jest także w rejonie aktywnym sejsmicznie i trzęsienia ziemi wielokrotnie prowadziły do zniszczeń.

Centrum miasta jest stosunkowo niewielkie, jego oś tworzą ulice Tigran Mets Poghota i Hyusisayin Poghota. Co warto zobaczyć w Erywaniu?

Plac Republiki

Najważniejszy plac miasta. Otoczony budynkami rządowymi zbudowanymi w sowieckim stylu, z różowego tufu, jakżeby inaczej. Na placu mieszczą się też tańczące fontanny. Spektakl woda, światło, dźwięk jest bardzo popularny zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców. Odbywa się codziennie od 21 do 24.

Swoją siedzibę ma tu też Narodowe Muzeum Historii, a kilka pięter nad nim Ormiańska Galeria Narodowa.

Drugi ważny plac to plac Wolności (dawniej zwany placem Teatralnym) z Ormiańskim Akademickim Teatrem Opery i Baletu

Katedra ormiańska św. Grzegorza Oświeciciela

Jeden z najważniejszych ormiańskich kościołów. Zbudowany z okazji 1700-lecia wprowadzenia chrześcijaństwa w Armenii (która jest pierwszym krajem na świecie, który przyjął tę religię). Grzegorz Oświeciciel był apostołem Armenii i głową kościoła ormiańskiego, dziś jest patronem kraju.

Katedra położona jest na wzgórzu Chandidżana i jest największym ormiańskim kościołem na świecie. Jest stosunkowo nową świątynią, wybudowaną w latach 1997 – 2001.

Właściwie jest to kompleks trzech świątyń – głównej katedry (z 1700 miejscami siedzącymi symbolizującymi 1700 lat chrześcijaństwa w Armenii), kaplicy pw. królowej Aszchen i kaplicy pw. króla Tiridatesa III. Para królewska przyjęła chrześcijaństwo z rąk Grzegorza i uczyniła je religią państwową.

Pomnik ludobójstwa Ormian Cicernakaberd (Twierdza Jaskółki)

W Armenii nie da się zapomnieć o trudnej historii tego kraju. Na wzgórzu
Cicernakaberd wybudowano pomnik upamiętniający ludobójstwo Ormian. W latach 1915 -1917 Turcy wymordowali 1,5 miliona ludzi. Turcja wciąż nie chce przyznać się do zbrodni przez co stosunki między obydwoma krajami są cały czas napięte. Przy pomniku płonie wieczny ogień, a pod nim znajduje się muzeum.

To właśnie tu 24 kwietnia każdego roku odbywają się uroczystości ku pamięci ofiar tej przerażającej zbrodni.

Pomnik składa się z trzech elementów – 44-metrowego obelisku, 12 pochylonych pylonów otaczających wieczny ogień oraz 100-metrowej ściany pamięci z wypisanymi nazwami miejscowości, z których pochodziły ofiary zbrodni.

Do pomnika prowadzi parkowa aleja obsadzona świerkami upamiętniającymi ofiary masakry. Każde drzewo podpisane jest tabliczką z nazwiskiem fundatora. Są to głównie głowy państw.

Fabryka koniaku Ararat

Można koniak lubić, można nie lubić, ale będąc w Erywaniu trzeba do fabryki zajrzeć. Podczas krótkiej wycieczki z przewodnikiem dowiemy się jak produkuje się najsłynniejszy armeński trunek, zobaczymy beczki z leżakującym alkoholem (wszak im koniak dojrzalszy tym cenniejszy i smaczniejszy). Każda znana osoba, która odwiedza Erywań i fabrykę otrzymuje swoją beczkę. Na koniec oczywiście czeka nas degustacja, podczas której próbujemy 3- i 10-letniego Araratu oraz 20-letniego Nairi. I last but not least – zakupy 😉

Ulica Abowiana – najważniejsza aleja miejska

Tu można zrobić zakupy, zjeść obiad i podejrzeć jak żyją młodzi mieszkańcy miasta. Abowian to coś więcej niż tylko ruchliwa ulica, to żywe muzeum epok, miejsce spotkań mieszkańców miasta. Ulica początkowo prowadziła od Norku do twierdzy erewańskiej na brzegu rzeki Hrazdan. Ulica od zawsze była najbardziej elegancka, wzdłuż niej (i w przylegających do niej uliczkach) mieszkali najbogatsi i najbardziej wpływowi Erywańczycy. Przy ulicy zawsze znajdowały się najdroższe i najbardziej eleganckie sklepy w mieście. Architektonicznie ulica jest pomieszaniem elegancki budynków w stylu art nouveau z lekkimi neoklasycznymi domami, pomiędzy którymi pozostało jeszcze kilka prostych budowli w sowieckim stylu.

Pod numerem 15 znajduje się kościół św. Katogike, najstarsza ocalała świątynia w mieście.

Bazar GUM

Idealne miejsce do zakupu lokalnych przysmaków, w tym symbolu Armenii – suszonych moreli. Niektórzy wolą nalewkę morelową 😉 Każdy znajdzie coś dla siebie. Ilość warzyw i owoców przyprawia o zawroty głowy. Są też wędliny i sery. Wszystkiego można spróbować a potem kupować i jeść 😉 Jak już część z Was wie najczęściej przywożę jadalne pamiątki z podróży tak więc na bazarku zaopatrzyłam się całkiem nie najgorzej 😉

Muzeum Siergieja Parajanowa

Jedno z najstarszych i najciekawszych muzeów w mieście. Urządzone w niedoszłym ostatnim domu sowieckiego reżysera znanego głównie z filmu Barwy granatu. Erywań uznała Parajanowa za swojego i wybudował mu dom nad rzeką Hrazdan. Reżyser nie dożył niestety zakończenia budowy i nigdy w domu nie zamieszkał .

W domu zorganizowano muzeum z serią nietypowych portretów jego przyjaciół (wśród nich portret Daniela Olbrychskiego). Niestety w środku nie można robić zdjęć.

Wychodząc z muzeum warto zwrócić uwagę na stadion Hrazdan – miejsce częściowego symbolicznego pojednania Ormian i Turków. Obiekt przebudowany w 2008 roku był miejscem nieznacznej poprawy stosunków między obu krajami. Rozegrano na nim mecz między reprezentacjami obu krajów, a na trybunach zasiedli obaj prezydenci.

Instytut Matenadaran

Duma większości Ormian, jedna z największych bibliotek manoskryptów na świecie. Przed wejściem stoi pomnik Mesropa Masztoca – duchownego i twórcy ormiańskiego alfabetu. Alfabet pierwotnie składał się z 36 znaków. Masztoc już za życia cieszył się uznaniem i szacunkiem, a po śmierci został jednym w ormiańskich świętych.

Budynek muzeum zabezpieczony jest podwójnymi stalowymi drzwiami i pełni także funkcję schronu dla kolekcji na wypadek nuklearnej zagłady.

Sala wystawowa jest tylko jedna, pozostałe pomieszczenia to magazyn ponad 17 tysięcy (!) manuskryptów. Wśród eksponatów warto zwrócić uwagę na XVII-wieczny list w języku polskim oraz podręcznik do geometrii w języku arabskim.

Życie nocne Erywania

Erywań to nowoczesne miasto mimo iż architektonicznie wciąż tkwi w czasach sowieckich. Podczas naszego pobytu w Erywaniu odbywał się festiwal wina. Dwa razy nas nie trzeba było namawiać na odwiedzenie go 😉 Idea festiwalu była taka, że płaciło się za kieliszek (dostawało się do niego specjalne etui do zawieszenia na szyi) a następnie można było degustować różne wina. Było mnóstwo ludzi (głównie młodych), było uliczne jedzenie, była muzyka. Ormianie, jak wszyscy pozostali mieszkańcy Kaukazu, umieją się bawić a wino leje się strumieniami. Była to doskonała okazja do poznania życia mieszkańców, które nie różni się znacząco od życia mieszkańców innych metropolii w innych częściach świata.

Książki o Armenii

Książek o Armenii nie ma na polskim rynku tyle co o Gruzji, a te które są traktują raczej o trudnej historii tego kraju. Zdecydowanie polecam reportaż Armenia. Karawany śmierci. Książka trudna ale obrazująca tragiczne doświadczenia narodu ormiańskiego. Drugi reportaż to książka Grzegorza Górnego Armenia. Między rajem a piekłem. Traktuje i o historii, i o współczesności.

Nieco lżejszą pozycją jest już wspominana przeze mnie przy okazji wpisu o Tbilisi Pestki winorośli i trzy jabłka.

Erywań – czy warto?

Zdecydowanie. Jest wciąż miastem mało popularnym wśród turystów stąd nie jest tak zatłoczony jak inne metropolie Europy czy Azji, jest łatwo dostępny z Polski (LOT oferuje bezpośrednie przeloty kilka razy w tygodniu), nie jest drogo, jedzenie jest pyszne, ludzie są gościnni i otwarci, a samo miasto piękne i oferujące wiele atrakcji. Oczywiście Erywań to też doskonała baza wypadowa do poznawania innych części Armenii ale o tym już w kolejnych wpisach. Póki co polujcie na tanie bilety i lećcie, nie będzie żałować.

Weekend w Tbilisi – atrakcje stolicy Gruzji

Gruzja długo chodziła mi po głowie. Jeszcze parę lat temu miejsce, którego nikt nie rozważał w kontekście wakacyjnego wyjazdu, od jakiegoś czasu jeden z najpopularniejszych kierunków wyjazdowych Polaków. Nie oszukujmy się, Tbilisi i reszta kraju to dwa różne światy ale zacznijmy blogowanie o Gruzji właśnie od stolicy. Zresztą tam wylądowałam i od Tbilisi zaczęła się moja gruzińska przygoda. Reszta Gruzji się pisze i pojawi się niebawem. Bo Gruzja to jedno z dwóch miejsc na świecie gdzie nie tylko mi się bardzo podobało i spędziłam fantastyczny czas ale też miejsce, gdzie zostawiłam kawałek serca. I jestem więcej niż pewna, że kiedyś tam wrócę. Za chwilę miną 2 lata od mojego pobytu na Kaukazie, chyba sięgnęłam po zdjęcia pierwszy raz od tamtej pory i ciepłe uczucia względem tego kawałka świata odżyły. Zapraszam Was na pierwszą z wielu części mojej opowieści o Kaukazie. Mam nadzieję, że tych, którzy nie byli zachęcę do zaplanowania choćby krótkiego wyjazdu w tamten rejon świata.

Tbilisi, stolica Gruzji, to miasto świątyń – kościołów, cerkwi, meczetów i synagog. Ale też stolica zabawy podlewanej gruzińskim winem. Miasto jest mieszanką kultur i religii. Widać to w architekturze, kuchni i… ludziach.

Stare miasto

Od czegoś trzeba zacząć zwiedzanie stolicy, starówka to dobry pomysł. Są tu szerokie, odnowione ulice wypełnione sklepikami i restauracjami ale są też wąskie przejścia gdzie czas się zatrzymał. Jedne i drugie mają swój urok. Na co zwrócić uwagę poza błądzeniem w labiryncie ulic i uliczek?

Waszą uwagę na pewno zwróci bajkowa wieża zegarowa. To poza symbolem miasta i hitem instagrama siedziba teatru marionetek Reza Gabriadze.

Pomnik Tamady – gruzińskiego mistrza ceremonii. Rzeźba przedstawia mężczyznę trzymającego w dłoni puchar z rogu, z którego tradycyjnie pije się gruziński trunek.

Pomnik Matka Gruzja – Kartlis Deda

20-metrowy aluminiowy posąg kobiety mieszczący się na szczycie góry Sololaki. Powstał w 1958 roku, z okazji 1500-lecia miasta. Jest symbolem Tbilisi. Kobieta patrzy ze wzgórza na miasto, w lewej ręce trzyma pialę – puchar wina (którym wita przyjaciół – ktoś jeszcze ma wątpliwości jakie znaczenie w Gruzji ma ten trunek?), w prawej miecz, którym odstrasza wrogów. Jest to doskonała metafora charakteru Gruzinów.

Twierdza Narikala

Narikala oznacza dosłownie mniejszy zamek. Jest to kompleks obiektów z różnych epok, który góruje nad starówką stolicy Gruzji. Są to właściwie ruiny i pozostałości pierwotnej konstrukcji. Ufortyfikowane mury zostały wybudowane w VI wieku przez Persów, a kolejne w VIII w. przez Arabów.

Na terenie twierdzy znajduje się cerkiew św. Mikołaja odbudowana w 1990 roku.

Z twierdzy rozciąga się piękny widok na dolne miasto a z drugiej strony na ogród botaniczny założony w mieście w 1845 roku.

Do pomnika Matki Gruzji i do twierdzy można dostać się z parku Rikhe, gdzie ma swoją dolną stację kolejka gondolowa. Ze wzgórza można podziwiać rozległą panoramę miasta.

Świątynia Metechi -cerkiew pw. Matki Bożej Metechskiej

Jak już napisałam na początku, Tbilisi to miasto świątyń więc teraz krótki przegląd tych najważniejszych. XIII-wieczna prawosławna świątynia Metechi położona jest na wzniesieniu nad rzeką Kurą. W środku znajduje się m.in. grobowiec męczennicy Zuzanny, która została uwięziona gdy odmówiła porzucenia religii chrześcijańskiej. Świątynia była wielokrotnie niszczona i odbudowywana.

Przed świątynią znajduje się pomnik konny króla Wachtanga Gorgaselego – jednocześnie świętego Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Uważany jest za założyciela Tbilisi. Przeniósł tu stolicę państwa (z Mcchety).

Sobór św. Trójcy

Największa cerkiew nie tylko w Tbilisi i Gruzji ale na całym Kaukazie, druga na świecie (po soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie). Położona na wzgórzu św. Eliasza siedziba gruzińskiego Patriarchy.

Uroczysta konsekracja miała miejsce w 2004 roku, wnętrze ma zupełnie współczesne natomiast bryła jest wiernym odwzorowaniem stylu starogruzińskiego.

Katedra Sioni

Miejsce gdzie przez wieki koncentrowało się życie religijne miasta. Cerkiew jest przez wielu Gruzinów uważana za najpiękniejszą w mieście. To właśnie tu znajduje się krzyż świętej Nino uważany za najcenniejszą relikwię gruzińskiego kościoła. Legenda mówi, że św. Nino robiła ten krzyż sama z gałązek winogron przeplatanych swoimi włosami. Dzięki misyjnej działalności św. Nino Gruzja w 337 roku przyjęła chrześcijaństwo, jako drugi kraj na świecie (po sąsiedniej Armenii).

Katedra wielokrotnie była burzona i odbudowywana, przetrwała najazdy Mongołów, Persów i Bizantyjczyków. Jest symbolem wiary i wytrwałości gruzińskiego narodu. Mówi się, że dopóki istnieje ta świątynia, będzie istnieć naród gruziński.

Bazylika Anchiskhati

Najstarsza cerkiew w mieście datowana na VI wiek. Nazwę wzięła od ikony, która sama się napisała. Świątynia jest niewielka, surowa i cicha. Obraz Chrystusa Nie Ludzką Ręką Uczynionego został z niej przeniesiony do Muzeum Narodowego


Abanotubani i łaźnie siarkowe

Najstarsze łaźnie w mieście, które pojawiły się w mieście za panowania perskiego (w VI wieku) Schowane w ziemi i przykryte kopułkami. Bywalcami łaźni byli m.in. Aleksander Puszkin, Aleksander Dumas (ojciec) i Michaił Lermontow.

Tbilisi to polsku Cieplice. Nazwa ta pochodzi właśnie od ciepłych siarkowych źródeł. Abanotubani, czyli dzielnica, w której znajdują się banie to najstarsza dzielnica w mieście licząca ok. 1500 lat. Łaźni było kiedyś w Tbilisi więcej, niektóre źródła mówią o tym, że było ich aż 68. Łaźnie, poza funkcją leczniczą i higieniczną, odgrywały także rolę społeczną – były miejscem spotkań i robienia interesów czy sposobem na spędzanie wolnego czasu. Skojarzenia z rzymskimi łaźniami nieuniknione 🙂

Aleja Rustawelego

Główna arteria miasta ciągnąca się między placem Wolności a placem Rewolucji Róż. Nosi imię XII-wiecznego gruzińskiego poety Szota Rustawelego, który jest na tyle ważną postacią historii i kultury, że jego imię nosi także lotnisko w Tbilisi, Instytut Teatralny w Tbilisi i Teatr Dramatyczny Gruzji. Rustaweli jest autorem gruzińskiej narodowej epopei – Rycerza w tygrysiej skórze. No taki ichniejszy Mickiewicz 😉

Spacerując wzdłuż alei możemy podziwiać m.in. budynek Parlamentu, Państwowy Teatr Akademicki, Operę im. Paliaszwiliego, Filharmonię, Galerię Malarstwa, Pałac Młodzieży, Gruzińskie Muzeum Narodowe czy kościół Kaszweti św. Jerzego (patrona Gruzji). To na tej ulicy w 2007 i w 2011 roku odbywały się protesty antyrządowe.

Jeśli macie chwilę czasu to polecam zajrzeć do Muzeum Narodowego, a tam zwrócić uwagę na wystawę Złoto Kolchidy – mnóstwo małych arcydzieł sztuki jubilerskiej, diademy wysadzane szlachetnymi kamieniami a także kielichy i puchary pochodzące z legendarnej Kolchidy.

Wzdłuż ulicy znajduje się też sporo knajpek i sklepów, często ukrytych w podwórkach. Zachęcam do zaglądania w te podwórka, można się natknąć na naprawdę interesujące miejsca.

Zamykający (bądź otwierający, jak kto woli) ulicę plac Wolności zmieniał kilkukrotnie swoją nazwę. Najpierw był placem Erywańskim, potem placem Lenina (jego posąg też na placu był, do 1991 roku), aż w końcu zyskał obowiązującą do dziś nazwę placu Wolności. Centralnym punktem placu jest kolumna z pomnikiem św. Jerzego zabijającego smoka. Plac był miejscem zgromadzeń podczas rewolucji róż w 2003 roku. Przy placu wolności znajduje się także miejski ratusz.

Most Pokoju

Oddany do użytku w 2010 roku, przez mieszkańców zwany pieszczotliwie Podpaską. I trudno tego skojarzenia uniknąć, zwłaszcza patrząc na most z góry. 150-metrowa kładka ze stali i szkła służy wyłącznie pieszym.

Rejs po rzece Kura

Bardzo fajnie odkrywa się miasto z perspektywy rzeki. W Tbilisi działają pływające restauracje. Możecie wybrać się w taki rejs połączony z tradycyjną suprą. Dla mnie był to ostatni akcent pobytu w mieście i bardzo polecam taki krótki rejs w promieniach zachodzącego słońca.

Książki o Gruzji

Moje myślenie o Gruzji zaczęło kiełkować w 2011 roku, po przeczytaniu pierwszego wydania książki państwa Mellerów Gaumardżos. Opowieści z Gruzji. Są oni miłośnikami Kaukazu i z pewnością mają swój ogromny udział w zarażaniu Polaków miłością do Gruzji. Niedawno ukazało się wznowienie pozycji, które z przyjemnością przeczytałam po raz drugi, tym razem już z perspektywy osoby zakochanej w Gruzji.

Co jeszcze warto przeczytać przed wyjazdem na Kaukaz? Na pewno książki Wojciecha Góreckiego – Abchazja, Planeta Kaukaz i Toast za przodków. Ukazały się w serii reportaży wydawnictwa Czarne co samo w sobie powinno być dobrą rekomendacją.

Bardzo fajnie o Gruzinach i meandrach gruzińskiej duszy pisze Maciej Jastrzębski w książce Klątwa gruzińskiego tortu. Jeszcze ciekawiej pisze o Rosji ale to już temat na inna notkę 😉

W ciekawą podróż nie tylko po Gruzji ale też Armenii zabiera Marcin Sawicki w książce Pestki winorośli i trzy jabłka.Bardziej rozrywkową naturę kraju poznacie sięgając po książkę Pijany martwym Gruzinem Witolda Gapika.

Jeśli chcecie odkryć Gruzję przez pryzmat jej genialnej kuchni to warto sięgnąć po Gruziński smak Radka Polaka i Vaho Babunashvilego. A gruzińska kuchnia to temat, któremu poświęcę cały osobny wpis. Nieodłączny element gruzińskiej kultury i gościnności. Coś za czymś tęsknię mimo iż w Polsce knajp gruzińskich jest bez liku. Wiele z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie ale to jednak nie jest to co w Gruzji. A może to po prostu nie ta atmosfera?


Gdzie zjeść śniadanie w Poznaniu?

Było śniadanie w Warszawie to pora na Poznań gdzie też nie brakuje smakowitych miejscówek.

Uno (dawniej Uno Espresso) – Bolesława Prusa 4/2, Jeżyce

Miejsce, o którym słyszałam i czytałam dużo dobrego ale to niestety nie jest gwarancja, że miejsce rzeczywiście jest warte uwagi. Ale Uno jest warte zainteresowania. Kiedyś była to kawiarnia gdzie serwowano wyłącznie kawę (i nazywało się nie bez powodu Uno Espresso). Później lokal przeszedł metamorfozę, z nazwy zniknęło Espresso a w menu pojawiło się jedzenie. Bardzo smaczne jedzenie. Omlet z kozim serem – mistrzostwo świata. Zresztą popatrzcie jak to wszystko wygląda. A smakuje jeszcze lepiej! Do tego wyborna kawa i spory wybór herbat. Pyszności.

Święty – Kraszewskiego 12, Jeżyce

Numer jeden na Jeżycach a chyba nawet w całym Poznaniu. Stosunkowa nowa miejscówka na mapie miasta, która od pierwszego spróbowania podbiła moje podniebienie (i serce przy okazji, w końcu przez żołądek do serca;) ). Ogromnym plusem tego miejsca jest to, że sami wypiekają pieczywo, ciasta i przegenialne cynamonowe buły. Wszystko jest świeże, pachnące i absolutnie przepyszne. Spróbujcie ichniejszej pasty z makreli – mojego faworyta. Do tego bardzo przyjemnie urządzone wnętrze i sympatyczna obsługa. Wpadam na śniadania ale też często tylko po cynamonową bułę na wynos 😉 Odwiedźcie koniecznie!

Bajgle Króla Jana – Kraszewskiego 15, Jeżyce

Nadal jesteśmy na Jeżycach (co ja poradzę, że to od jakiegoś czasu zagłębie fantastycznych knajp, a za moich studenckich czasów to tylko bary mleczne można tam było znaleźć), po sąsiedzku ze Świętym. Miejscówka, która istnieje na Jeżycach dużo dłużej ale ja dotarłam do niej dopiero niedawno – Bajgle Króla Jana. Jak sama nazwa wskazuje w menu dominują bajgle. Wypiekane na miejscu. Każdy kto był w Nowym Jorku wie, że tam jest to kultowe śniadanie. Ja się z Nowym Jorkiem nie pokochałam (jeszcze, bo mam zamiar dać mu drugą szansę) ale podczas pierwszej wizyty w Bajglach Króla Jana zdecydowałam się na klasyczny bajgiel, po nowojorsku – z serkiem Philadephia i wędzonym łososiem, w bułce z sezamem. Jeżycom daleko do NYC ale bajgiel był przepyszny i naprawdę duży, ledwo go w siebie zmieściłam. Świeżutki i chrupiący. Sam lokal jest malutki ale zazwyczaj udaje się znaleźć jakiejś miejsce, to raczej miejscówka na szybkie śniadanie a nie na dłuższe przesiadywanie.

Oda – Wawrzyniaka 21, Jeżyce

Już zazdrościcie mieszkańcom Jeżyc? Ja też 😉 Miejsce, obok którego przechodziłam wielokrotnie i zawsze myślałam – kiedyś muszę tu przyjść. I w końcu przyszła pewna słoneczna niedziela, która skończyła się II śniadaniem w wydaniu norweskim. Bo Oda to restauracja norweska. Urządzona w skandynawskim stylu i serwująca norweskie dania. A co można zjeść na śniadanie w Norwegii? Śniadanie Wikinga 😀 Śniadanie z deserem i kawa lub herbatą kosztuje tylko 21 zł. Opcja ekonomiczna a smaczna i duża. W menu napotkacie nazwy, które zapewne nic Wam nie powiedzą ale obsługa wszystko wyjaśni 😉 Spróbujcie gravlax – peklowanego łososia. Jest tu dodatkiem i do jajecznicy, i do pizzy. Bardzo fajne miejsce i przede wszystkim serwujące coś innego, wyjątkowego, niespotykanego w innych knajpach.

Wapiarnia – Wyspiańskiego 26 (City Park), Grunwald

Oddalamy się nieco od Jeżyc ale nie tak znowu bardzo. City Park to zagłębie wielu naprawdę genialnych restauracji, choć w większości drogich. Wapiarnia jest jedną z tych tańszych a naprawdę wartych polecenia.

Na początek jeden mały minus – w środku jest głośno (muzyka) a same stoliki są średnio wygodne, żeby przy nich jeść. Jeśli idziecie na kawę lub piwo to ok, jeśli chcecie zjeść to nie będzie zbyt wygodnie. Na szczęście nasza wizyta była latem gdy były dostępne miejsca na zewnątrz – raz że było cicho, dwa – wygodnie.

Do jedzenia pięknie wyglądające kanapki i tosty (iście instagramowe), do tego napoje podawane w naprawdę fajnych dzbanuszkach. Są też płatki Kellog’s. Jedzenie smaczne, do śniadania napój gratis. Świetna lokalizacja – w samym sercu miasta. Latem będę wracać częściej.

Bo Poznań – Kościuszki 84, centrum

Miejscówka, która dorobiła się już miana kultowej. Jakoś długo nie mogłam tm dotrzeć ale kiedy w końcu się udało zrozumiałam skąd te zachwyty. Z zewnątrz miejsce zupełnie niepozorne, znajdujące się naprzeciwko Zamku Cesarskiego. Po wejściu do lokalu rzuca się w oczy industrialne wnętrze ale urządzone bardzo przyjemnie. Wybór śniadań naprawdę spory, ceny przystępne, porcje duże. Łosoś na bułeczkach drożdżowych z jajkami po benedyktyńsku i sosem holenderskim – mistrzostwo świata. Do tego spory wybór różnych sezonowych herbat a śniadania serwuje się tu cały dzień. Jak ktoś ma potrzebę to i o 18 może zjeść jajecznicę 😉 I popić ją winem, bo też jest.

Petit Paris Sołacz- aleja Wielkopolska 40a, Sołacz

Długo zastanawiałam się czy umieszczać to miejsce w rankingu, bo jednak mam do niego trochę zarzutów ale jest to tak piękna miejscówka, w tak uroczym miejscu (Park Sołacki), że w związku z tym iż idzie wiosna i ciepłe poranki to podejrzewam, że będę tam wracać.

Miejscówka w stylu paryskiego bistro. Jedzenie jest tu dobre aczkolwiek nie genialne. Da się najeść ale kulinarnych orgazmów się nie spodziewajcie. Twarożek prowansalski jest po prostu twarożkiem z rzodkiewką, pankejki są pankejkami i tyle. Największym minusem tego miejsca (co potwierdza sporo moich znajomych) jest mało ogarnięta obsługa. Czas oczekiwania na przyjęcie zamówienia jak i później na jedzenie jest naprawdę długi. Gdyby chodziło tylko o jedzenie to od razu bym to miejsce pominęła ale w tak pięknym miejscu jak Park Sołacki nie ma dużej konkurencji i wiosną naprawdę przyjemnie będzie usiąść na zewnątrz, w otoczeniu zieleni, popijając espresso albo wino, i skubiąc bagietkę. Ech, chyba się rozmarzyłam. Wiosno, gdzie jesteś?

Weranda Caffe – Świętosławska 10, okolice rynku

Werand w Poznaniu jest kilka (ba, nawet Warszawa już ma swoją – w Koszykach) ale ta jest chyba moją ulubioną. Najcichsza i najspokojniejsza a jedzenie tak samo wyśmienite jak w pozostałych Werandach. Jak to ostatnio powiedziała moja koleżanka Jak nie wiesz gdzie iść zjeść to idź do Werandy. I taka jest prawda, swego czasu 80% moich wyjść na jedzenie do miasta kończyło się w którejś z Werand.

Ale do rzeczy. Poza fantastycznymi wnętrzami (dekoracje w każdym z lokali to sezonowe dzieła sztuki, naprawdę przyjemnie się tam spędza czas) w Werandzie dostaniemy przepyszne jedzenie. I to nie tylko to śniadaniowe (ich sałatki to już legenda). Porcje są naprawdę duże, jedzenie nie dość, że bardzo smaczne to pięknie podane. Ceny nie należą do najniższych ale z Werandy naprawdę trudno wyjść nienajedzonym i niezadowolonym.


Islandia na weekend – co warto zobaczyć w dwa dni?

Na 2 dni na Islandię? Bez sensu. Takich komentarzy usłyszałam sporo po tym jak pochwaliłam się co poniektórym, że wybieram się na tę piękną wyspę 😉

Czemu tak krótko? Islandii nie było w moich planach na 2018 rok a nie oszukujmy się, to nie jest budżetowy kierunek. Jednak gdy zobaczyłam bilety za nieco ponad 200zł w 2 strony (z Poznania więc bez żadnych dojazdów i transferów) to uznałam, że tak – lecę. Czy warto lecieć na Islandię na tak krótko? Pewnie, że chciałoby się na dłużej ale odpowiem pytaniem na pytanie: Lepiej siedzieć w domu? Nie, lepiej zobaczyć chociaż kawałek Islandii. A lotów z Poznania do Reykjaviku już nie ma (Wizz latał całe pół roku z POZ) więc wstrzeliłam się idealnie. Bo gdybym miała lecieć na tak krótko z Warszawy czy Wrocławia to chyba jednak by mi się nie chciało.

Myślę, że jak na tak krótki okres to zobaczyłam całkiem sporo. Spałam mało, wróciłam zmęczona (i zmarznięta) ale w Islandii się zakochałam. I wiem, że prędzej czy później tam wrócę. Co mnie tak urzekło?

Reykjavik – najbardziej na północ wysunięta stolica świata

Może stopniujmy napięcie 😉 Na początek miasto, później zachwycająca przyroda. Nie oszukujmy się, na wyspie, która ma tak wiele do zaoferowania, miasto nie jest największą atrakcją. Ale jest najlepszą bazą wypadową do poznawania reszty kraju, jest miejscem gdzie najłatwiej znajdziemy nocleg i zrobimy zakupy. Moje zwiedzanie Reykjaviku było mocno okrojone, bo wieczór, który miałam zaplanowany na odkrywanie miasta spędziłam w Poznaniu – samolot miał 3 godziny opóźnienia…

Co warto zobaczyć w Reykjaviku? Na pewno symbol miasta -73-metrowy kościół Hallgrímskirkja będący drugim najwyższym budynkiem na wyspie (po 77-metrowym wieżowcu Smáratorg 3 znajdującym się w mieście Kópavogur). Kościół nosi imię islandzkiego poety i duchownego Hallgrimura Peturssona. Świątynię wybudowano w latach 1945 – 1986. Przed kościołem znajduje się pomnik wikinga, odkrywcy Ameryki, założyciela Islandii – Leifa Erikssona. Jego imię nosi także port lotniczy Islandii.

Laugarvegur to główna arteria handlowa miasta zabudowana kolorowymi domkami prowadząca do starego miasta z głównym placem Austurvollur.

Rejkjavik jako miasto położone nad zatoką jest oczywiście miastem portowym. Znajdują się tam dwa porty – port handlowy oraz tzw. stary port, z którego ruszają rejsy wycieczkowe

Golden Circle – Złoty Krąg

Najpopularniejsza, 300-kilometrowa, trasa turystyczna południowo-zachodniej Islandii. Nie można być na wyspie i nie zobaczyć jej największej atrakcji. Do Złotego kręgu zalicza się Park Narodowy Pingvellir, dolinę Haukadalur z gejzerami Geysir i Strokkur oraz wodospad Gullfoss na rzece Hvita.

Nazwa Złotego Kręgu pochodzi od Gullffoss, czyli Złotego wodospadu. Składa się on z dwóch kaskad, przez które w każdej sekundzie przepływa 400 metrów sześciennych wody. Wokół wodospadu znajduje się trasa spacerowa z tarasami widokowymi. Ogromne kaskady wody otoczone są charakterystycznymi dla Islandii czarno-zielonymi terenami, często nad wodą pojawiają się tęcze – kosmos. Myślę, że to najpiękniejszy wodospad w Europie.

Park Narodowy Pingvellir to miejsce styku płyt tektonicznych – euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak się można domyślić, aktywność sejsmiczna i wulkaniczna jest tu duża. Park narodowy utworzony tu w 1928 roku wpisano w 2004 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

To właśnie tutaj w 930 roku po raz pierwszy zebrał się islandzki parlament Althing, który uważany jest za najstarszą tego typu instytucję w Europie. Jedną z atrakcji parku jest wąwóz Almannagjá.

Islandia jest krainą wodospadów stąd i tu nie może brakować wody (jakby jeszcze mało padało). Oxararfoss, bo tak nazywa się tutejszy wodospad, nie jest tak imponujący (i znany) jak inne islandzkie wodospady.

Dolina Haukadalur, czyli teren geotermalny to ścieżka prowadząca do dwóch gejzerów – the Great Geysir i Strokkur. Na terenie parku znajdują się także mniejsz eźrodła geotermalne – Smiður i Litli-Strokkur.

Wielki gejzer wybucha 2-3 razy dziennie, niestety nie udało mi się tego zobaczyć. Za to Strokkur eksploduje co kilka minut wyrzucając słup wody o średnicy 3 metrów na wysokość 30 metrów. Nie trzeba mieć wielkiego szczęścia, żeby zobaczyć go w akcji. Warto wejść na niewielkie wzgórze znajdujące się nieco nad areną gejzerów i podziwiać je z wysokości. Uwaga – jest bardzo ślisko.

Reynisfjara – Czarna plaża Islandii

Nie jest czarna tylko z nazwy. Ona naprawdę jest cała czarniutka. Spacer wzdłuż morza prowadzi do bazaltowych skał Reynisdrangar. Według legendy są to zaklęte w skały trolle.

Na plaży niemiłosiernie wieje, znikąd przychodzą ogromne fale stąd wszędzie są ostrzeżenia, żeby nie wspinać się na skały, bo jest to zwyczajnie niebezpieczne. Nie ma roku, żeby fale kogoś nie porwały. Śmiertelnych wypadków jest kilka rocznie. Niestety podczas mojej wizyty również nie brakowało osób żądnych adrenaliny tudzież ładniejszych fotek i na skałach było mnóstwo ludzi. Jak widziałam takich z dziećmi na rękach to naprawdę myślę, że poziom ludzkiej głupoty jest nieskończony.

Plaża pochodzenia wulkanicznego otoczona jest bazaltowymi formacjami skalnymi zwanymi Gardar. Wszyscy mówią, że wyglądają jak kościelne organy i trzeba przyznać, że to pierwsze skojarzenie jakie przychodzi na myśl po wejściu na plażę. Bazaltowe formacje są częścią góry Reynisfjall, gdzie żyją ptaki będące symbolem Islandii – maskonury (puffins). Niestety ja nie miałam szczęścia ich zobaczyć, w okolicy plaży szalały tylko dwie zbłąkane owieczki.

Bazaltowe formacje tworzą też małą jaskinię Hálsanefshellir.

Vik

Miasteczko położone w okolicy Reynisfjary. Właściwie to mieścina, nie miasto, wg różnych źródeł zamieszkuje ją od 300 do 400 osób. Dobra baza wypadowa do odkrywania okolicznych cudów przyrody. Miejsce gdzie poza uroczym kościółkiem położonym na wzgórzu jest porządny sklep i restauracja.

Vik znajduje się na półwyspie Dyrhólaey. Znajduje się tu kolejna na wyspie czarna plaża. Nie tak popularna ani nie tak okazała jak Reynisfjara ale też fajna. Szkoda, że podczas mojego pobytu była spowita mgłą. W okolicy znajduje się stadnina koni i na plaży często można zobaczyć te właśnie zwierzęta. Do tego tuż za plażą rozciągają się zielone tereny w lipcu ozdobione kwitnącymi łubinami. Krajobraz jak z bajki.

Wodospad Seljalandsfoss

60-metrowy wodospad ze ścieżką prowadzącą dookoła. Dzięki temu można niejako wejść w środek wodospadu. Niesamowite uczucie.

Nie warto ograniczać się tylko do niego, warto przespacerować się ok. 300 metrów dalej – tam jest taka mała jaskinia z jeszcze jednym małym wodospadem Gljúfrabúi. Trzeba przejść po kamieniach praktycznie znajdujących się pod wodą (niektórzy robili to bez butów, brrr) – będziecie mokrzy i zmarznięci ale warto. Takie rzeczy tylko na Islandii.

Skalholt kościółek

Skalholt to miejscowość, która była siedzibą pierwszego biskupstwa Islandii. Warto zobaczyć tu Núverandi Dómkirkja – czyli kościółek. Piękne okna z witrażami zostały podarowane Islandczykom przez Duńczyków.

Samo miasteczko przez lata było stolicą kulturalną i polityczną Islandii oraz siedzibą biskupstwa. Rezydowało tu 31 biskupów katolickich i 12 protestanckich.

Wodospad Skofagoss

Przepiękny majestatyczny wodospad w okolicy miasteczka Skogar. Jest wysoki na 62 metry i szeroki na 25. Wzdłuż wodospadu są schody, po których można wejść na sam szczyt i podziwiać kaskadę wody z góry.

Islandia to kraina legend i mitów, stąd i Skofagoss ma swoją historię. Legenda mówi, że jeden z pierwszych Wikingów mieszkających w okolicy ukrył za wodospadem skrzynię wypełnioną złotem. Skrzynia została po latach odnaleziona przez mieszkańców ale przy próbie jej otwarcia oderwał się pierścień z jej boku a sama skrzynia przepadła na wieki. Pierścień do dziś znajduje się w lokalnym muzeum.

Lodowiec Sólheimajökull

Piszę o nim na końcu a właściwie to od niego zaczęłam odkrywanie Islandii. Jest to spektakularny jęzor lodu, który spływa z Myrdasjökull, czwartego co do wielkości lodowca Islandii. Ze względu na ocieplenie klimatu lodowiec kurczy się z roku na rok więc lećcie czym prędzej na Islandię!

Islandia – ciekawostki

Co warto wiedzieć przed wyjazdem na Islandię? Latem nie zachodzi tam słońce. Dotarłam do Reykjaviku grubo po północy a było cały czas jasno. Niestety taka sytuacja ma też drugą stronę – zimą jest przez całą dobę ciemno.

Polacy stanowią główną mniejszość narodową na Islandii. Pójdziecie do sklepu, knajpy czy gdziekolwiek – wszędzie usłyszycie język polski. A kierowcy na Islandii to mam wrażenie sami Polacy 😉

Na Islandii za wszystko zapłacicie kartą – nawet za toaletę. Walutą obowiązującą w tym kraju jest korona islandzka, ja nie wymieniłam nawet złotówki (tudzież euro czy innego dolara). Z wszystko wszędzie można płacić bezgotówkowo.

Symbolem Islandii jest przepiękny ptak wodny – maskonur – niestety nie miałam okazji zobaczyć na żywo. Może następnym razem maskonurki będą dla mnie bardziej łaskawe? Przez ludy północne puffiny uważane są za pośmiertną postać rybaków i marynarzy, którzy zginęli na morzu.

Czy warto było lecieć na Islandię na 2 dni?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Zakochałam się w Islandii, polecam ją każdemu i jestem przekonana, że kiedyś tam wrócę. I jak sami widzicie nawet podczas krótkiego wyjazdu można zobaczyć całkiem sporo.

Londyn w jeden dzień – informacje praktyczne jak zorganizować krótką wycieczkę

Jednodniówka w Londynie krok po kroku. Noclegi w stolicy Wielkiej Brytanii do tanich nie należą, na szczęście z większości miast można polecieć na 1 dzień. Czy warto? Ja byłam już na kilkunastu takich jednodniówkach i cały czas planuję kolejne 😉 To chyba najlepsza odpowiedź. Jak sobie zaplanować wyjazd do Londynu na 1 dzień?

Londyn – jak się dostać z Polski?

Jeśli chcemy wybrać się do Londynu na jeden dzień to lecimy oczywiście samolotem. Linie WizzaAir oferują loty na lotnisko Luton (LTN), od 39zł w jedną stronę, Ryanair lata do Londynu Stansed (STN), ceny podobne, LOT i British Airways zabiorą nas z Warszawy do Londynu Heathrow (LHR), a LOT od niedawna także na lotnisko London City (LCY). Najtaniej wyjdzie oczywiście podróż Wizzair lub Ryanair. Z Poznania latam Wizzairem, jednodniówki na chwilę obecną możliwe są w środy i niedziele, niestety wszystko wskazuje na to, że wraz z letnim rozkładem lotów (od końca marca) już takiej opcji nie będzie w ogóle 🙁

London Luton – dojazd z lotniska

Lotnisko Luton znajduje się około 50 km od centrum Londynu . Dojazd do centrum miasta (Vicotria’s Station, Beker Street, Paddington Station, Marble Arch), a także na inne lotniska (Gatwick, Heathrow) zapewnia autobusowy przewoźnik National Express. Przystani znajdują się tuż przy wyjściu z terminala. Bilety kupowane z wyprzedzeniem na stronie internetowej zaczynają się od 5 GBP w jedną stronę. 16GBP kosztuje bilet kupowany na lotnisku. I teraz ważna uwaga. Bilet kupuje się na określoną godzinę, teoretycznie można jechać godzinę przed i godzinę po tej godzinie z zastrzeżeniem, że w autobusie są wolne miejsca. Jak to wygląda w praktyce? Na lotnisku nikt godzin nie sprawdza więc można kupować najtańsze bilety. W drodze powrotnej zależy na jakiego pracownika się trafi ale w większości autobusy są zapełnione już na pierwszym przystanku i trzeba jechać o tej godzinie na którą ma się bilet. Ruszając z Londynu na lotnisko wsiadajcie na pierwszej stacji danej trasy, czyli jeśli chodzi o tę najpopularniejszą A1 to na dworcu Victoria. Autobus często już tam się zapełnia i jeśli macie bilet na daną godzinę z Marble Arch czy Baker Street to może się okazać, że autobus nawet nie zatrzyma się na przystanku, bo jest już zapełniony. Wyjazd z Londynu zaplanujcie 4 godziny przed planowaną godziną odlotu, miasto jest zakorkowane (nawet w niedzielę), na lotnisku też są kolejki do kontroli bezpieczeństwa. Autobusy kursują co 10-30 minut.

Jeśli zastanawiacie się ile czasu potrzebujecie od wylądowania do odjazdu autobusu to jeśli podróżujecie z bagażem podręcznym to wystarczy zazwyczaj 30 minut. Trochę czasu zajmuje przejście przez terminal, kilka-kilkanaście minut na kontrolę dokumentów (pod warunkiem, że jest to paszport) i można ruszać do miasta. Przejazd z lotniska do stacji Victoria trwa zazwyczaj ok. 1,5 godziny.

Londyn – paszport czy dowód?

Póki co jesteśmy w przededniu Brexitu i do Londynu można wjechać posiadając ważny paszport lub dowód osobisty. Wielka Brytania nie należy do strefy Schengen stąd po przylocie czeka nas kontrola dokumentów. I gorąco polecam zabranie paszportu biometrycznego, kolejki do kontroli paszportowej są dużo krótsze niż do kontroli dowodu. Podchodzicie do stanowiska, stajecie w odpowiednim miejscu, skanujecie stronę ze zdjęciem i gotowe.

Poruszanie się po Londynie

Mimo iż Londyn to ogromne miasto to do wielu miejsc można dotrzeć pieszo, ja wielokrotnie podczas jednodniówek korzystałam wyłącznie z własnych nóg. Ale jeśli ktoś nie lubi chodzić to do wyboru mamy w Londynie dobrze rozbudowaną sieć komunikacji miejskiej – przede wszystkim metro (zwane the Tube), słynne czerwone piętrowe autobusy oraz taksówki – black cabs. Najefektywniejszym i najszybszym sposobem przemieszczania jest metro. W godzinach szczytu naprawdę kosmicznie zatłoczone – i to nie tylko wagony ale też całe stacje. Londyńskie metro to aż 11 linii. Możemy zakupić bilety jednorazowe papierowe (drogie, bilet jednoprzejazdowy na pierwszą strefę kosztuje 4,9 GBP) lub zaopatrzyć się w Oyster Card, którą następnie doładowujemy. Jeśli planujecie dużo się poruszać po mieście to najsensowniej będzie zakupić bilet dobowy za 13,1 GBP ważny na autobusy i metro.

Taksówki są dosyć drogie. Opłata za przejechanie 1 mili to 6-9,5 GBP, 2 mili 9,2-14,6 GBP, 4 – 16 do 23 GBP. Do tego dochodzi 2 GBP opłaty za zamówienie taksówki telefonicznie lub online. Ceny są wyższe po godzinie 20 oraz w weekendy. dokładny cennik znajdziecie TU.

Londyn – co i gdzie zjeść

Tradycyjne brytyjskie jedzenie nie jest ani smaczne, ani lekkie, zupełnie nie w moim guście. Na szczęście Londyn oferuje bogactwo kuchni z całego świata. Raz trzeba oczywiście spróbować flagowego dania brytyjskiego – fish & chips, najlepiej tradycyjnie zawiniętego w gazetę. Ale później można szaleć 😉 Ja zazwyczaj jadam w Chinatown. Wybór chińskich restauracji przyprawia o zawrót głowy a kaczka po pekińsku jest tu prawie tak smaczna jak w stolicy Państwa Środka.

Poza tym warto zjeść na którymś z marketów. Jednym z najpopularniejszych jest Borough Market w okolicy London Bridge. Poza tym wiele miejsc ma tzw. food courty gdzie na środku macie stoliki a dookoła knajpy z przeróżnego rodzaju jedzeniem To jest świetna opcja jeśli podróżujecie w grupie, a każdy lubi jeść co innego. Fajnym tego typu miejscem jest np. Covent Garden.

Na kawę i ciacho warto wstąpić do Dominique Ansel Bakery – kawiarni we francuskim stylu, znajdującej się tuż przy dworcu Victoria. Zawsze pięknie sezonowo przyozdobionej, w przesympatyczną obsługą. A, i jak już tam będziecie to nie zapomnijcie iść do toalety. Niestety nie zrobiłam zdjęcia ale zapewniam Was, że warto 😉

O 17 trzeba obowiązkowo wypić 5 o’clock 😉

W Londynie dostępne są wszelkie możliwe sieciówki, bary szybkiej obsługi, wykwintne restauracje oferujące dania z całego świata. Gwarantuję, że bez problemu znajdziecie coś dla siebie. Jedyny problem jaki możecie napotkać to nadmiar propozycji i trudność z wyborem tylko jednego miejsca. Ja byłam w Londynie wiele razy i chyba jeszcze nie zdarzyło mi się jeść dwa razy w tym samym miejscu.

Darmowe atrakcje Londynu

Londyn jest drogi, nie da się ukryć. Ale na szczęście oferuje też wiele bezpłatnych atrakcji, które opiszę w kolejnych notkach o tym mieście a póki co ich lista. Za darmo wejdziemy m.in. do British Museum, Muzeum Londynu (Museum of London), Galerii Narodowej (National Gallery, tuż przy Trafalgar Square), Galerii Portretu (National Portrait Gallery), Tate Gallery, Muzeum Historii Naturalnej czy Muzeum Victorii i Alberta. Bezpłatne są wejścia na stałe wystawy, za obejrzenie wystaw czasowych w większości trzeba już zapłacić ale to i tak ogrom miejsc, które możemy zwiedzać zdecydowanie dłużej niż jeden dzień. Nic nie kosztuje zajrzenie do Harrodsa a schody egipskie robią naprawdę ogromne wrażenie. Za darmo wejdziemy także na stację Paddington i zrobimy sobie zdjęcie z najsłynniejszym londyńskim Misiem (kocham!). Nic nie kosztuje też wjazd do Sky Garden ale trzeba się wcześniej zarejestrować i pobrać bezpłatny bilet. Nic nie kosztuje oglądanie zmiany warty pod Buckingham Palace. Uroczysta zmiana warty odbywa się w poniedziałki, środy, piątki i niedziele o godzinie 11.00. Jeśli chcecie mieć dobry widok to przyjdźcie co najmniej pół godziny wcześniej. Poza tym oczywiście możemy spacerować po mieście oglądając najsłynniejsze londyńskie budynki i atrakcje, możemy spędzać czas w niezliczonej ilości parków (Londyn to bardzo zielone miasto). Za darmo można też spacerować po Chinatown i West Endzie a także fotografować się ze słynnymi czerwonymi budkami telefonicznymi 😉

Londyn – kiedy lecieć?

Każda pora jest dobra na wizytę w Londynie. Lato – bo jest chłodniej niż u nas (choć też niestety są wtedy tłumy turystów), zimą – bo jest cieplej niż u nas (śnieg to na wyspach rzadkość). Do tego Londyn cudownie się zmienia w zależności od tego w jakim czasie jesteśmy. Przed świętami jest udekorowany milionami światełek, przed Walentynkami sklepy i restauracje zamieniają się w różowo-serduszkowe wystawy, przed Halloween z każdego miejsca atakować nas będą dynie i różne straszne stwory. W chiński Nowy Rok całe miasto będzie ozdobione lampionami i chińskimi dekoracjami. Warto zobaczyć Londyn o każdej porze roku

Czy warto lecieć do Londynu na 1 dzień?

Kocham Londyn. Bez żadnej przesady jest to jedno z moich ukochanych miejsc w Europie, mogę tam wracać bez końca. Kocham klimat tego miasta, mimo iż byłam tam już kilkanaście razy to zawsze odkrywam coś nowego a lista miejsc, których jeszcze nie widziałam jest całkiem długa. Co jakiś czas na blogu będą się pojawiały propozycje moich 1-dniowych spacerów po Londynie. Będzie taki z największymi i najpopularniejszymi miejscami, będzie Londyn śladem modnych miejsc z instagrama, Londyn śladami Misia Paddingtona ale będą też takie spacery z Londynem, którego byście się nie spodziewali. Obym tylko odnalazła wszystkie zdjęcia. Stay tuned 😉

A wracając do pytania – lepiej lecieć do Londynu na jeden dzień niż siedzieć w domu, prawda? 😉