Jeita Grotto – największa atrakcja Libanu

Największa atrakcja kraju i jedna z największych atrakcji całego Bliskiego Wschodu. Niestety nie wolno tam robić zdjęć i nie liczcie, że przemycicie telefon czy aparat. Przed wejściem są szafki gdzie trzeba zostawić plecaki, torby, aparaty i telefony. Jeśli wnosicie ze sobą chociażby małą torebkę to będzie ona sprawdzana przez pracowników. W samych jaskiniach też jest sporo pracowników, którzy pilnują, żeby przypadkiem zdjęć nie robić. Z jednej strony wiadomo, że szkoda, bo chciałoby się te piękne miejsca uwiecznić. Ale z drugiej tam jest tak pięknie, że gdyby można robić zdjęcia to cykałoby się fotkę za fotką. A tak – idziecie do cudownych, magicznych jaskiń i możecie podziwiać je bez żadnych rozpraszaczy. Zdjęcia wnętrz jaskini zawarte w tym wpisie pochodzą z oficjalnej strony internetowej jaskiń.

Jaskinie znajdują się w dolinie Psiej Rzeki, Nahr al-Kalb, około 18 kilometrów od Bejrutu. Część dolna została odkryta przez Amerykanów w 1836 roku, grotę górną odkryto dopiero w 1958 roku. Dokonała tego grupa speleologów libańskich, amerykańskich i francuskich. W 1969 roku groty udostępniono zwiedzającym. Podczas wojny domowej jaskinie służyły jako… przechowalnia amunicji.

Groty zostały głoszone do Listy Nowych 7 Cudów Natury, dostały się do finałowej 28ki ale niestety przepadły w głosowaniu. Libańczycy twierdzą, że to dlatego, że niewiele osób wie o ich istnieniu.

Jest to absolutnie najpiękniejsze miejsce jakie widziałam w Libanie, a myślę, że i jedno z najpiękniejszych jakie widziałam w ogóle. Zachwycające, zapierające dech w piersiach i po raz kolejny utwierdzające w przekonaniu, że najpiękniejsze miejsca to te stworzone przez naturę.

Górna Grota

Do górnej groty wjeżdża się kolejką (jest wliczona w cenę biletu). Następnie po zostawieniu rzeczy w szafce wchodzi się do jaskini. Trasa liczy ok. 750 metrów, trzeba trochę wejść po schodach ale nie jest to w żaden sposób męczący spacer. Jest to tylko część udostępniona dla zwiedzających, cała długość górnej groty liczy ponad 2000 metrów. W grocie jest chłodno ale nie można powiedzieć, że zimno więc bluzy nie musicie zabierać. Bywa ślisko więc lepiej miejcie porządne buty (na pewno nie klapki). Samo wnętrze jaskini jest ogromne i przestronne, nie trzeba się nigdzie przeciskać ani schylać więc nawet ja mimo mojej klaustrofobii spędziłam tam czas bardzo przyjemnie. Podczas spaceru można podziwiać różnego rodzaju formacje skalne – stalagmity, stalaktyty, kolumny, grzyby, kutyny i draperie skalne.

Część górnej groty udostępniona dla zwiedzających podzielona jest na trzy części. Pierwsza z nich to tzw. Biała Komnata – nazwa pochodzi od białych nacieków tworzonych przez kalcyty. W tej grocie znajdują się najbardziej okazałe formacje skalne z największym na świecie stalaktytem włącznie (mierzy 8,2 metra). Druga to Komnata Czerwona – od koloru tlenku żelaza. Trzecia grota nie ma żadnej nazwy ani przypisanego jej koloru ale jest największa ze wszystkich, jej wysokość dochodzi do 120 metrów.

Dolna Grota

Po wyjściu z Górnej Groty czeka nas przesiadka do ciuchci, która zwozi turystów do groty dolnej położonej 60 metrów pod grotą górną. Tam z kolei wsiadamy na łódkę i płyniemy w około 20-minutowy rejs, na około 500 metrów po jaskiniowym jeziorku zwanym Ciemnym Jeziorem.

W dolnej grocie znajduje się tzw. jaskinia Thompsona z ogromnymi stalagmitami jak np. obelisk Orła. Pozostałe sale nazwano Pantheonem, Wielkim Chaosem i Shangri-La.

Uwaga, jeśli chcecie odwiedzić obie groty (a warto, bo są zupełnie różne) to wybierzcie się do Libanu późną wiosną, latem lub jesienią. W okresie zimowym dolna grota jest zamknięta ze względu na zbyt wysoki poziom wody.

Groty odwiedza ok. 280 tysięcy turystów rocznie, są najpopularniejszą atrakcją Libanu.

Sydon, Tyr i Kana – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Sydon to trzecie co do wielkości miasto Libanu, oddalone od Bejrutu o 40 kilometrów, malowniczo położone pomiędzy uprawami cytrusów i bananów. W czasach starożytnych było jednym z ważniejszych portowych miast fenickich. Na przestrzeni lat miasto było wielokrotnie najeżdżane i niszczone. W VII wieku miasto zostało podbite przez Arabów.

W porcie do dziś wznosi się zamek krzyżowców. Został wybudowany w XIII wieku w miejscu dawnej fenickiej świątyni poświęconej Melkartowi – fenickiemu odpowiednikowi Herkulesa. Zamek znajduje się na wysepce połączonej z lądem kamienną groblą. Budowla została zniszczona przez Mameluków chcących chronić region przed powrotem krzyżowców ale odbudowano ją w XVII wieku.

Dziś nie ma tam zbyt wiele do zwiedzania ale z zamku rozciągają się piękne widoki na morze i na miasto więc warto tam wejść na kilkanaście minut.

Niewątpliwą atrakcją miasteczka jest też arabski souq – wąskie alejki kryjące wiele tradycyjnych zakładów, sklepików, piekarni, cukierni itp przenoszą w czasie. Może nie aż do średniowiecza ale wiele, wiele lat wstecz. Mam wrażenie, że to zupełnie nieturystyczne miejsce, takie do podglądania normalnego życia Libańczyków.

Kolejną atrakcją Sydonu jest odrestaurowany karawanseraj Khan al-Franj. Na co dzień wiele się tam nie dzieje, natomiast podczas ramadanu jest centrum kulturalnym miasta. To bardzo ładne i przyjemne miejsce, w dodatku położone tuż przy souqu więc zdecydowanie warto tam zajrzeć.

Świątynia Eszmuna

Niedaleko Sydonu znajduje się stanowisko archeologiczne – świątynia Eszmuna, patrona Sydonu. Wśród ruin dobrze zachowany jest tron królowej Astarte otoczony przez dwa sfinksy. Ponadto znajdują się tu pozostałości willi z czasów rzymskich i bizantyjskiego kościoła z licznymi mozaikami. Sama świątynia została zbudowana w VII wieku p.n.e. Wstęp jest bezpłatny. Tuż obok stanowiska archeologicznego jest ogromna plantacja bananowców. Moim zdaniem nie jest to must-see, możecie to miejsce pominąć planując wycieczkę do Libanu.

Tyr – miasto Fenicjan

Tyr to portowe miasto fenickie, w dawnych czasach jedno z najbogatszych na całym półwyspie arabskim. Fenicjanie zajmowali się eksportem szkła, ceramiki i barwników (purpury) do wszystkich krajów basenu Morza Śródziemnego. W czasach świetności Tyr zamieszkiwało 300 tysięcy ludzi.

Ruiny wpisane w 1984 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO to jedna z pierwszych fenickich metropolii. Prawdopodobnie tu wynaleziono purpurowy barwnik, który był główną gałęzią handlową Tyru.

Archeologiczne pozostałości pochodzą z czasów fenickich, bizantyjskich i rzymskich. Podczas zwiedzania stanowiska archeologicznego można zobaczyć pozostałości katedry, termy, nekropolię z różnego rodzaju sarkofagami, drogę rzymską przechodzącą przez monumentalną bramę, największy na świecie i najlepiej zachowany hipodrom (ten rzymski mógł pomieścić więcej widzów ale rozmiarowo największy był hipodrom w Tyrze), 20-metrowy łuk triumfalny z czasów Hadriana i budynek widowiskowy. Latem wszystko tonie w zieleni i w kwiatach więc mimo upału jest tu bardzo przyjemnie. Zwłaszcza, że teren jest naprawdę spory, a turystów można policzyć na palcach jednej ręki. Można spokojnie chodzić, oglądać, robić zdjęcia, przysiąść w cieniu.

Bilet wstępu kosztuje 6000 (4USD).

Kana

10 kilometrów od Tyru i zaledwie 12 km od granicy z Izraelem znajduje się ciekawa miejscowość – Kana (Qana).

Jeśli nazwa kojarzy Wam się z Kaną Galilejską to może się okazać, że całkiem słusznie. Libańczycy twierdzą, że to właśnie w ich Kanie Jezus dokonał przemiany wody w wino. Nie w Izraelu (też są różne domyślne lokalizacje), a właśnie w Libanie. Cóż… Prawda jest zapewne taka, że żadnej przemiany wody w wino nigdzie nie było ale Libańczycy tak głośno krzyczą o tym, że to w ich Kanie z bardzo prostego powodu – chcą przyciągnąć do kraju pielgrzymów i kolejnych turystów. Chcą, żeby zamiast do Izraela przyjeżdżali do nich. Wszystkie chwyty dozwolone? 😉

Zwiedzania w Kanie dużo nie ma, są skały z wykutymi postaciami niby pary młodej, na której weselu miało dojść do cudu i jest kapliczka wykuta w skale. Kapliczka pochodzi prawdopodobnie jeszcze z czasów rzymskich. Biorąc pod uwagę niewielką odległość od Tyru na chwilę warto tu podjechać.

Już przy wejściu zobaczycie ciekawe zjawisko – białe chusteczki na drzewkach oliwnych. Zawiązują je turyści z Indii, którzy traktują je jako swego rodzaju talizmany.

Uwaga, jeśli planujecie przyjechać do Kany to sprawdźcie wcześniej ostrzeżenia lokalnych władz. Ze względu na bliskość Izraela i bardzo napiętą sytuację polityczną w tej części kraju czasem wjazd do Kany nie będzie możliwy. Zresztą w 2006 roku doszło tu do masakry – zginęło 28 osób podczas nalotów izraelskich.

Po drodze do Kany będziecie mijali checkpointy z flagami Hezbollahu. Nie ukrywam, że to było jedyne miejsce w Libanie gdzie nie czułam się do końca pewnie. Może nie niebezpiecznie ale z pewnością człowiek w takim miejscu ma oczy dookoła głowy. Uwaga, żeby Wam czasem nie przyszło do głowy robić zdjęć tym checkpointom czy żołnierzom. Jest to absolutnie zakazane i słyszałam, że nikt się z niesfornymi turystami nie patyczkuje. Robisz zdjęcia – w najlepszym wypadku tracisz kartę pamięci, w najgorszym cały aparat/telefon.

Dżunija, Harissa, Byblos i Annaja – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Dziś chciałam Wam zaproponować kolejny pomysł na jednodniową wycieczkę po Libanie z Bejrutu. Tym razem turystyczna miejscowość Dżunija niejako połączona z sanktuarium w Harissie, a także jedno z moich ulubionych miast Libanu – Bylos oraz swoista religijna stolica kraju – Annaja z grobem najważniejszego libańskiego świętego. Gotowi? To lecimy!

Dżunija

Miasto położone 15 km od Bejrutu. Słynie z najpiękniejszego wybrzeża w kraju. Jest ważnym ośrodkiem turystyczno-wypoczynkowym i centrum rozrywki. Tu mieści się najsłynniejsze kasyno w kraju – Cassino du Liban.

Atrakcją Dżuniji jest też kolejka gondolowa łącząca miasto ze wzgórzem w Harissie, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej. Jakby nie patrzeć kolejka łączy sacrum z profanum 😉 Tak gwoli ścisłości to podróż jest dwuetapowa – pierwszy to wspomniana gondolka, a potem przesiadamy się w wagonik. Widoki z jednego i z drugiego nieziemskie.

Harissa – Sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej

Miasto jest ważnym celem pielgrzymek i ośrodkiem kultu maryjnego. Na wzgórzu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest biały posąg Najświętszej Marii Panny. Na posąg można wejść i bardzo Wam to polecam, bo widoki z samej góry są naprawdę przepiękne. Jest co prawda dosyć wąsko i ciężko się minąć z inną osobą (a to popularne miejsce i turystów tudzież pielgrzymów jest sporo) ale warto. Uwaga, żeby wejść na posąg i w ogóle na teren sanktuarium trzeba mieć zakryte kolana i ramiona. Ja miałam szorty i cofnięto mnie już w drodze ze sklepiku z pamiątkami (!). Na szczęście w plecaku miałam chustę i mogłam wejść na górę nie gorsząc nikogo 😉

Obok sanktuarium mieści się współczesna, monumentalna katedra maronicka – jej kopuła wznosi się 62 m nad ziemią i jest widoczna już z dołu. Niestety była zamknięta ale że jest przeszklona to można było zajrzeć do środka.

Sanktuarium w 1997 roku odwiedził Jan Paweł II i na pamiątkę tego wydarzenia postawiono jego pomnik.

Byblos (Jbail) – perełka Libanu

Byblos – cudowne, magiczne, przepiękne miejsce na mapie Libanu. Położone 40 kilometrów od Bejrutu, zamieszkane nieprzerwanie od ponad 7 tysięcy lat uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Aż nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Pełne kolorowych knajpek (takich wiecie, z dekoracjami prosto na instagrama), z soukiem z ogromnym wyborem pamiątek, górującym nad miastem zamkiem, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i z cudownym portem.

W pobliżu portu, znajduje się rozległe stanowisko archeologiczne – najważniejsza atrakcja miasta. Antyczne ruiny, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, świadczą o obecności całego przekroju cywilizacji, od czasów neolitu po średniowiecze.

Zamek krzyżowców został zbudowany w 1104 roku. Jak większość libańskich zabytków był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. W XIX wieku przejęli go tureccy żołnierze i pełnił rolę militarną. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków miasta.

Po wejściu na zamek przez most i bramę docieramy do małej salki muzealnej. Znajdziemy tu wystawę przybliżającą alfabet fenicki, który dał początek naszemu współczesnemu alfabetowi. Po zapoznaniu się z wystawą warto wejść na wszystkie po kolei punkty widokowe. Wiadomo, że im wyżej tym piękniejsze krajobrazy. Widać miasto, port, wybrzeże. Tu zrobicie naprawdę świetne zdjęcia. Moja wizyta na zamku była dosyć krótka z prozaicznego powodu – byłam strasznie głodna. A najpierw musiałam pójść na zamek, żeby mi go nie zamknęli, dopiero potem poszłam jeść. Ale właściwie poza tym punktami widokowymi to aż tak wiele do zwiedzania tam nie ma.

Po wyjściu z zamku koniecznie trzeba skierować się w lewą stronę i dojść do starego portu. Cumują tu łódki, przechadzają się turyści, właściciele zapraszają do restauracji na świeżą rybkę.

No i na koniec trzeba zagubić się w labiryncie wąskich uliczek souqu. Tu można coś zjeść, wypić, potargować się w sklepach. I napawać oczy tymi wszystkimi pięknymi dekoracjami. Prawda, że Byblos jest niebywale urocze?

Annaja i św. Szarbel

To jest miejsce, którego w ogóle nie brałam pod uwagę planując zwiedzanie Libanu. Ale od wielu miejscowych usłyszałam, że jeśli chcę chociaż spróbować zrozumieć Liban i Libańczyków to muszę to miejsce odwiedzić. No skoro muszę to jadę.

Annaja położona jest zaledwie 9 km od Byblos więc nie jest to jakaś wielka wyprawa. Znajduje się tu maronicki monastyr z relikwiami św. Szarbela.

Św. Szarbel (Charbel) to jeden z najważniejszych jeśli nie najważniejszy święty Libanu. Duchowny maronicki, mnich i pustelnik. Youssef Antoun Makhlouf, bo tak się nazywał, urodził się 8 maja 1828 roku w Bekaakafra (północny Liban) w maronickiej rodzinie. W 1851 roku wstąpił do zakonu gdzie przyjął imię Szarbel. 23 lata spędził w pustelni oddając swe życie Bogu, zmarł 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko – nad jego grobem pojawiła się jasna poświata utrzymująca się wiele tygodni. Spowodowało to, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. W związku z tymi wydarzeniami kilka miesięcy po pogrzebie dokonano ekshumacji ciała pustelnika. Okazało się, że przez te miesiące ciało pustelnika w ogóle się nie zmieniło i sączyła się z niego substancja uznana za relikwię. To spowodowało, że szybko rozwinął się kult pustelnika, pojawiły się cudowne uzdrowienia i rzesze pielgrzymów. Początkowo tylko z Bliskiego Wschodu, później z niemal całego świata. Co ciekawe, w 1950 roku dokonano kolejnej ekshumacji, i stwierdzono to samo co podczas poprzedniej! W 1966 roku dokonano kolejnej ekshumacji i tym razem stwierdzono, że ciało zostało już rozłożone i pozostał z niego tylko szkielet.

9 października 1977 roku Szarbel został kanonizowany przez papieża Pawła VI.

Czy trzeba to miejsce odwiedzić będąc w Libanie? Moim zdaniem NIE. Można ale ja nie odnalazłam tam nic głębszego. Takie sanktuarium jakich tysiące na świecie. Wymyślimy historyjkę i będziemy robić na tym biznes, no niestety ale takie odnoszę wrażenie. Może nie jest to biznes na taką skalę jak w Fatimie czy Medjugorie ale… dajmy im trochę czasu. Myślę, że za 10 lat będzie. Już dziś masowo sprzedaje się jakieś olejki i inne cudowności. Za dolara od sztuki. Ja oczywiście nie kupiłam, to do zdjęcia pożyczyłam od przemiłych francuskich turystów.

W jednym z pomieszczeń znajdują się podziękowania za cuda i uzdrowienia oraz swoista mapa z flagami krajów, z których przychodzą listy z dowodami uzdrowień. Cóż za zaskoczenie, że ilość listów z Polski jest… na drugim miejscu.

Natomiast odchodząc od sfery sacrum, której może ja po prostu nie rozumiem i nie czuję, w okolicy monastyru jest kilka sklepików z naturalnymi produktami robionymi przez mnichów. Ja kupiłam dwa sery, które okazały się być naprawdę genialne. Są też oliwy, soki, słodycze. Spory wybór naprawdę fajnych produktów. Więc jednak ta godzina przeznaczona na wizytę u Szabrela aż tak stracona nie była 😉

Liban – Dajr al-Kamar i zamek Bajt ad-Din – wycieczka z Bejrutu

Jeśli chcecie zobaczyć jakieś fajne miejsca w niedalekiej odległości od Bejrutu to polecam zrobienie sobie wycieczki do Dajr al-Kamar (Deir el Qamar) i do pałacu  Bajt ad-Dine (Beiteddine).

Dajr al-Kamar – co zobaczyć?

Dajr al-Kamar to mała ale przeurocza miejscowość w górach Szuf zwana miastem emirów. Szczególny rozkwit Dajr al-Kamar nastąpił w okresie panowania druzyjskiego emira Fachr ad-Dina II, którego pałac można podziwiać do dnia dzisiejszego.

Główny plac z meczetem Emira Fakhreddine Maana wybudowano w 1943 roku. Meczet służy wyłącznie celom religijnym, nie można go zwiedzać.

Tuż obok placu znajduje się souk z pamiątkami, kilka restauracji, kawiarenek i sklepików.

Warto wejść na górę (schodami po lewej stronie stojąc przodem do souqu) i przespacerować się górą. Warto zajrzeń do siedziby Institute Francais i podziwiać architekturę zabudowań. Znajduje się ona na terenie dawnego souqu gdzie handlowano jedwabiem i biżuterią.

Na dole warto zajrzeć do siedziby ratusza. Przy wejściu stoją panowie z ochrony ale o nic nie pytają i nikogo nie zatrzymują, można wejść bez problemu. Ratusz mieści się w dawnym pałacu Youssefa Chehaba. Wybudowano go w XVIII wieku a jego wejścia strzegą dwa posągi lwów symbolizujące sprawiedliwość.

Po wyjściu z ratusza warto przejść się wąskimi brukowanymi uliczkami aż do XVII-wiecznej katedry Matki Boskiej Różańcowej. Sama katera może niekoniecznie robi wrażenie ale uliczki porośnięte bugenwillami tworzą idealne kadry do zdjęć.

Bajt ad-Din (Beiteddine)

Miasto położone 45 kilometrów od Bejrutu, którego główną atrakcją jest zespół pałacowy emira Beszira Szihaba II wybudowany w latach 1788 – 1818. Pałac zaprojektowali włoscy architekci, a wykonali go syryjscy rzemieślnicy. Łączy on tradycyjną architekturę arabską z wpływami europejskimi i orientalnymi.

Po przymusowej emigracji emira Beszira II w 1840 roku pałac był siedzibą władz tureckich i francuskich, aż do uzyskania w 1934 roku statusu zabytku narodowego. Od 1943 jest letnią rezydencją prezydenta Libanu. Część niezajmowana przez prezydenta jest udostępniona zwiedzającym. Kompleks dosyć mocno ucierpiał w wojnie domowej ale został odbudowany.

Po przekroczeniu głównej bramy docieramy na dziedziniec o wymiarach 107 na 45 metrów. Po prawej stronie znajduje się Al-Madafa – dwupiętrowe skrzydło, w którym przyjmowano gości.

W centralnej części znajdują się dawne biura – pokoje z rzeźbionym i malowanym drewnem cedrowym ozdobionym arabską kaligrafią, antyczne meble, inkrustowany marmur i piękne mozaiki.

Na drugim końcu dziedzińca znajdują się prywatne apartamenty Dar el Harim o bogato dekorowanych fasadach. Ponadto znajdują się tu dwa haremy – dolny i górny oraz kuchnia.

Na terenie pałacu jest też oczywiście hammam – bez niego nie budowano żadnej rezydencji w tamtych czasach w tym rejonie świata.

Pałac otoczony jest tarasowymi ogrodami i sadami, których nie można pominąć zwiedzając rezydencje. Ogrody są doskonale utrzymane, zadbane i w letni dzień bardzo przyjemnie spędza się tam czas.

Schodząc na tarasy trzeba przejść przez dawne stajnie, w których znajduje się obecnie wyjątkowa kolekcja bizantyjskich mozaik z V i VI wieku. Znalezione w Jiyyeh, 30 km na południe od Bejrutu, zostały sprowadzone przez Walida Jumblatta do Beit ed-Dine w 1982 roku.

Bilet wstępu kosztuje 10000LL.

Bejrut – zwiedzanie stolicy Libanu

Bejrut – miasto pełne sprzeczności. Piękne, odnowione centrum z Place Etoile zachwyca bardziej niż niejedna europejska metropolia. Przy promenadzie Corniche zobaczycie więcej luksusowych samochodów niż w Dubaju i Dosze razem wziętych. Eleganckie restauracje i bary na dachach mogą zawstydzić i Londyn, i Singapur. Ale to tylko jedno oblicze Bejrutu. Poza odnowionymi budynkami w centrum zobaczycie też starsze, ze śladami po kulach z bombardowań podczas wojny domowej (1975-1999). Nowoczesne wieżowce sąsiadują ze starymi, rozpadającymi się blokowiskami. Eleganccy, wystylizowani Libańczycy mieszają się z uchodźcami palestyńskimi i syryjskimi. W odległości kilkuset metrów od siebie stoi meczet, świątynia ormiańska, kościół maronicki, kościół grekokatolicki i prawosławny. Muzułmanie mieszają się z chrześcijanami, nie ma podziałów. Wszyscy żyją w zgodzie, tolerancji i akceptacji. Teoretycznie wszystko piękne i godne podziwu. Ale nawet ci tolerancyjni Libańczycy zaczynają się powoli buntować przeciwko napływowi uchodźców. Zapraszam Was do fascynującego Libanu. Kraju, w którym spędziłam zaledwie kilka dni i którego nie zrozumiałam, bo w takim krótkim czasie się nie da. Ale to kraj, o którym nie da się przestać myśleć jeszcze długo po powrocie.

Liban to jedyny kraj na świecie, gdzie równowagę polityczno-religijną gwarantuje konstytucja. Prezydentem może być wyłącznie chrześcijanin maronita, premierem muzułmanin sunnita, a przewodniczącym parlamentu muzułmanin szyita. I nikt się przeciwko temu nie buntuje. W Bejrucie jest mnóstwo mieszanych rodzin, nie ma dzielnic muzułmańskich czy chrześcijańskich, w szkole też nie ma podziału dzieci ze względu na religię. Wszyscy żyją obok siebie bez żadnych napięć.

Sam Bejrut bardzo przypomina mi Belgrad. Może nie architektonicznie, bo jednak centrum Bejrutu jest niebywale eleganckie i szykowne ale budynki ze śladami po kulach, wszechobecne ślady niedawno zakończonej wojny a przede wszystkim ludzie i ich podejście do życia. I w Belgradzie, i w Bejrucie żyje się tu i teraz, niczego nie odkłada się na później, dba się o relacje. Bardzo żałuję, że gdzieś mi przepadły zdjęcia z Belgradu (mam tylko pojedyncze w telefonie) i nie mogę Wam o tym fascynującym mieście napisać. Może to po prostu znak, że trzeba tam jeszcze raz lecieć? 😉

Ale wróćmy do Bejrutu, zapraszam na spacer po największych atrakcjach miasta.

Place d’Etoile

Główny plac miasta wzorowany na paryskim placu o tej samej nazwie. W centralnym punkcie znajduje się wieża zegarowa ufundowana przez Michela Abeda. Przy placu znajduje się także wybudowany w 1932 roku budynek parlamentu.

Przez lata plac był ekonomicznym i finansowym centrum Bejrutu, w latach 70-tych stał się zakorkowanym rondem. Jak całe centrum został zniszczony podczas wojny i odbudowany w latach 90-tych. Po rekonstrukcji plac zamknięto dla ruchu kołowego.

To co Was zaskoczy (a przynajmniej mnie zaskoczyło) to pustki – na ulicach, w knajpach i sklepach. Odbudowane po wojnie centrum to miejska kość niezgody. Większość terenów została sprywatyzowana przez spółkę należącą do rodziny byłego premiera Rafika al-Haririego. Bejrutczycy się przeciwko temu buntują i w ramach protestu nie bywają w centrum, a czas spędzają w okolicach promenady Corniche.

Z placu Etoile warto się przespacerować na souk. Nawet jeśli nie chcecie nic kupować. Przed wejściem na targ (choć to raczej centrum handlowe, a nie souk znany z innych krajów arabskich) stoi wielki napis I Love Beirut. Takie najbardziej instagramowe miejsce w mieście 😉 O dziwo wcale nie oblegane jak w innych tego typu miejscach na świecie. Ale to zapewne dlatego, że dla mieszkańców, którzy mijają go co chwilę to żadna atrakcja, a turystów w Libanie zbyt wielu nie ma.

Po drodze warto zajrzeć do małego meczetu Emira Munzira, który mieści się w miejscu, gdzie kiedyś był kościół katolicki. Kościół przebudowano, dobudowano minaret i dziś stoi tam meczet. Wstęp jest bezpłatny.

Meczet Al-Omami

Po drugiej stronie placu wznosi się największy meczet w Bejrucie. 48-metrowa kopuła i 65-metrowe minarety widoczne są z wielu punktów miasta. Niebieska kopuła była inspirowana meczetami otomańskimi, a sama budowla powstała na wzór meczetu Sultan Ahmed w Stambule.

Meczet otwarto w 2008 roku. Został zbudowany ze środków polityka i multimilionera Rafika al-Haririego, który jednak nie doczekał otwarcia, bo w 2005 roku zginął w zamachu bombowym. Jego grób znajduje się na małym cmentarzu nieopodal meczetu.

Żeby wejść do meczetu trzeba oczywiście być odpowiednio ubranym. Kobiety muszą mieć zakryte ręce, nogi i włosy. Trzeba oczywiście zdjąć buty. I moja dobra rada – weźcie ze sobą skarpetki. Nawet jeśli chodzicie w sandałach to spakujcie sobie do plecaka, żeby założyć przed wejściem do meczetu. Smrodek spoconych stóp jest mocno wyczuwalny i tak na całkiem gołe stopy to bym wejścia ani do tego, ani do innego meczetu nie polecała. Co by nie przywieźć z wakacji jakiejś niespodzianki. Przed wejściem do meczetu można wypożyczyć abaję (bezpłatnie).

Sam meczet jest ogromny, wnętrze jest w stanie pomieścić 3700 wiernych. Jest oddzielna część do modlitwy dla mężczyzn i dla kobiet, zwiedzać można obie.

Nieco stoi brudny szkielet Beirut Dome czyli kopuły tudzież jajka (nawet na mojej mapie był oznaczony jako Egg Building). Kiedyś mieściło się tam kino i centrum handlowe, dziś to szara skorupa z powykręcanymi prętami zbrojeniowymi.

W bliskiej odległości znajduje się też dawny teatr. W chwili obecnej jest zniszczony i opuszczony, lada moment ma się zacząć jego remont. Plotki głoszą, że ma być zamieniony w centrum handlowe…

Maronicka katedra św. Jerzego

Chrześcijanie mieszkający na terenie Libanu to w zdecydowanej większości maronici. Wyznanie bardzo wpływa na codzienne życie Libańczyków. Dla maronitów najważniejsza jest rodzina i wszyscy Libańczycy należący do tego wyznania dążą do tego, by ich dzieciom żyło się jak najlepiej. Rodzice, mający najczęściej dwójkę dzieci, zaharowują się na 2-3 etatach po to, by zapewnić swoim dzieciom jak najlepszą edukację (ta jest w Libanie bardzo droga ale też Libańczycy uchodzą na najlepiej wykształconą nację na całym Bliskim Wschodzie).

Maronicka katedra świętego Jerzego to kolejny symbol miasta. Wybudowana pod koniec XIX wieku katedra nawiązuje do stylu neoklasycystycznego, wnętrze wykonane jest w większości z marmuru. Inspiracją dla jej budowy była rzymska bazylika Santa Maria Maggiore. Budowla jest świeżo odrestaurowana po wojennej zawierusze. Kościół jest siedzibą archidiecezji maronickiej.

Ruiny łaźni rzymskich

Jak sama nazwa wskazuje są to już tylko pozostałości więc trzeba mieć bujną wyobraźnię, żeby sobie uzmysłowić jak mogło to wszystko wyglądać tysiące lat temu. W ogóle Liban to kraj dla ludzi z bogatą wyobraźnią. Tych ruin wszelakich jest tam mnóstwo (będę o nich oczywiście pisać w kolejnych postach) i często trzeba naprawdę odpalić szare komórki, żeby zobaczyć coś więcej niż po prostu kupę kamieni.

Za czasów rzymskich znajdowały się tu cztery duże kompleksy basenowe i liczne małe łaźnie. To jednak powodowało wzrost zużycia wody w mieście i Rzymianie zdecydowali się na budowę akweduktu zasilanego przez rzekę Bejrut znajdującą się około 10 kilometrów za miastem. Stworzono też całą sieć dystrybucji wody do każdego z basenów.

Ogród Wybaczenia

Znajduje się w okolicy placu Męczenników. Otoczony jest przez opisane wyżej świątynie różnych wyznań. Jest to miejsce, którego nie było w planie zagospodarowania Bejrutu. Założenie było takie, że miało to być miejsce spokoju, refleksji, zrozumienia i tolerancji. W 1998 roku projekt Gustafsona Portera połączył różne aspekty libańskiego dziedzictwa i różnorodnych krajobrazów, które podkreślają narodową jedność. Wejście na teren ogrodu to symboliczne wkroczenie w przeszłość miasta.

Katedra grekokatolicka św. Elie

Trzynawowa bizantyjska katedra została wybudowana pod koniec XVIII wieku, następnie kilkukrotnie była przebudowywana. Została zniszczona podczas wybuchu bomby w czasie wojny domowej (1975 – 1990) i w latach 90tych odbudowana stąd sprawia wrażenie zupełnie nowej.

Ortodoksyjny kościół św. Jerzego

Grecki kościół ortodoksyjny został wybudowany w XIV wieku. Funkcjonował wtedy jako konwent św. Jerzego – był to kościół, siedziba biskupa i księży, szpital, szkoła, biblioteka i pierwsza drukarnia w Bejrucie. Po raz pierwszy katedra została zniszczona w 1759 roku w trzęsieniu ziemi, odbudowano ją w 1767 ale jeszcze w tym samym roku uległa ponownemu zniszczeniu. Po raz kolejny odbudowano ją w 1772 roku, a na początku XX wieku ją powiększono. Jak większość zabytków Bejrutu tak i ona ucierpiała wskutek wojny domowej. Po remoncie otwarto ją ponownie w kwietniu 2003 roku. Rosyjscy i greccy artyści odnowili malowidła i dodali nowe. Podczas prac archeologicznych odkryto pozostałości wcześniejszej świątyni.

Plac Męczenników

Plac z pomnikiem powieszonych tu przez Turków podczas I Wojny Światowej. Na pomniku też są widoczne ślady po kulach, podczas wojny stał na linii frontu. Plac stoi pośrodku ruchliwej ulicy w centrum miasta.

Ulica Al Hamra i dzielnica Al-Aszrafijja

Z pewnością słyszeliście, że w latach 50 i 60-tych XX wieku Bejrut nazywano Paryżem Bliskiego Wschodu. Ze względu na liczne zniszczenia powojenne to powiedzenie jest już nieaktualne, miasto straciło swój dawny blask ale śladów francuskiej stolicy można szukać w dzielnicy Al-Aszrafijja. Powiedziałabym, że to taki bejrucki Montmartre. Dużo tu galerii sztuki, sklepików młodych twórców, alternatywnych restauracji i kawiarni oraz sporo streetartu. Bardzo, bardzo, bardzo przyjemne miejsce i polecam Wam tak zaplanować spacer po Bejrucie, żeby tam dotrzeć chociaż na 2 godzinki. Najlepiej wieczorem, bo wtedy dzielnica ożywa.

Najciekawsza część dzielnicy to pas pomiędzy ulicami Sursock i Gouraud. Przy ulicy Sursock zobaczycie wiele rezydencji należących do najbardziej prominentnej rodziny w kraju. Większość pałaców pochodzi z XVIII i XIX wieku. Przy ulicy zobaczycie także budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Muzeum Sursocków. Niestety muzeum jest czynne tylko do 18, ja byłam tam już przed 19 i pocałowałam klamkę. Można zobaczyć tu oryginalne XIX-wieczne wnętrza, kolekcję sztuki i pamiątki po rodzinie Sursocków. Ale sam budynek muzeum też jest przepiękny i warto go zobaczyć chociaż z zewnątrz. Większość pałaców jest dziś rezydencjami bogatych Bejrutczyków, są chronione i nie ma możliwości wejścia do środka, ani nawet na teren posesji. Pozostaje spacerowanie i ewentualnie robienie zdjęć przez płot 😉

Spacerując ulicą Sursocków skręćcie za kawiarnią e Cafe na schodki św. Mikołaja. Wokół nich koncentruje się życie artystyczne dzielnicy. A na dole, przy ulicy Gouraud znajdziecie całe mnóstwo barów i restauracji. Tu toczy się życie nocne Bejrutu.

Co ciekawe, w okresie wojny domowej dzielnica była bastionem prawicowych milicji.

Corniche

Ciągnąca się przez 7 kilometrów promenada to rewers bejruckich ulic – o każdej porze dnia i nocy życie toczy się tu niespiesznie. Tu umawiają się zakochani, tu spacerują całe rodziny, tu starsi panowie piją kawę, młodzi mężczyźni palą sziszę, młode dziewczyny tańczą. I wreszcie tu prędzej czy później dociera każdy turysta. Promenada otoczona jest palmami, znajduje się tu sporo kafejek i restauracji. To najlepsze miejsce, żeby podejrzeć jak żyją Libańczycy.

Gołębie Skały – Roches de Raouche

Na samym końcu symbol Bejrutu choć tak naprawdę pierwsze miejsce, które odwiedziłam zwiedzając miasto. Są to dwie 60-metrowe (!) wapienne skały pochodzące z czasów prehistorycznych. Lonely Planet pisze, że to najbardziej instagramowe miejsce w Bejrucie. Jak dla mnie to nr 2, nr 1 to jednak napis I love Beirut 😉 Lokalesi mówią, że jeśli nie masz fotki przy Gołębich Skałach to znaczy, że nie byłeś w Bejrucie 😉

A skąd w ogóle nazwa? Wyjaśnienie jest dosyć banalne – po prostu na skałach kiedyś lubiły gromadzić się gołębie. Teraz ich tam nie ma, przynajmniej ja nie widziałam ani jednego. Bejrutczycy nazywają je Skałami Bejruckimi. Jako Gołębie Skały występują właściwie tylko w przewodnikach turystycznych.

Bejrut – czy warto?

Absolutnie tak. Miasto jest zupełnie inne od europejskich metropolii, pełne zabytków i ciekawych miejsc. Warto pospacerować Corniche, warto wypić kawę na starym mieście, zwiedzić wszystkie świątynie. Zdecydowanie nie można pominąć Bejrutu zwiedzając Liban. Ja jestem tym miastem oczarowana i mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę.

Liban – wszystko co musisz wiedzieć przed wyjazdem

Liban – kraj leżący na Bliskim Wschodzie, tuż obok Izraela a jednak dużo mniej popularny od swojego sąsiada. Czy warto odwiedzić Liban? Co trzeba wiedzieć zanim kupi się bilety do Bejrutu? Zapraszam po wszystkie niezbędne informacje praktyczne na temat Libanu. Zwiedzanie jak zawsze będzie w osobnych postach.

Jak się dostać z Polski do Libanu?

Ze względu na to, że Liban graniczy tylko z Syrią i Izraelem (w Syrii trwa wojna a przejścia graniczne z Izraelem nie funkcjonują) to pozostaje droga lotnicza. W Libanie znajduje się jedno lotnisko międzynarodowe i jednocześnie jedyne lotnisko cywilne – w Bejrucie (BEY).

Od czerwca 2019 LOT przywrócił po kilkuletniej przerwie bezpośrednie loty z Warszawy do Bejrutu. Wg strony przewoźnika ceny zaczynają się od 900 zł RT, niestety przeglądając kalendarz niskich cen nie trafiłam na taką. Loty bezpośrednie są ale bardzo drogie. Taniej jest lecieć z przesiadką z Stambule, Moskwie, Pradze, Frankfurcie czy Atenach. Ponieważ ja kupowałam bilety z zaledwie 3-tygodniowym wyprzedzeniem, to jedyne sensowne ceny oferował rosyjski Aeroflot. Jeśli kupujecie bilety z większym wyprzedzeniem to zwróćcie uwagę na greckie linie Aegean, często oferują naprawdę dobre ceny na lot z przesiadką w Atenach.

Ja leciałam z Warszawy z przesiadką w Moskwie i jak już ci, którzy obserwują mnie na instagramie wiedzą – nie byłam najszczęśliwsza z tego powodu. Była to moja pierwsza podróż Aeroflotem. Punkt pierwszy – odprawa. Dzień przed wylotem próbowałam zrobić odprawę online, niestety wyskakiwał mi jakiś błąd i nie było takiej możliwości więc trzeba było odprawić się na lotnisku. Na lotnisku Chopina w Warszawie w kolejce do odprawy stoją prawie sami Azjaci. Linia oferuje tanie loty do Azji z przesiadką w Moskwie, nie ma w tym nic dziwnego. Ale już to, że każdy z nich podchodząc do okienka (były otwarte 3) blokował kolejkę, bo musiał się przepakowywać, było na początku dziwne, a z każdą kolejną osobą bardziej irytujące. Co ciekawe w drodze powrotnej w Bejrucie odprawiali się prawie sami Rosjanie i była dokładnie taka sama sytuacja! Jeśli lecicie Aeroflotem to przybądźcie na lotnisko najpóźniej 2 godziny przed lotem, bo inaczej nie zdążycie. Same linie robią bardzo dobre wrażenie – mają nowoczesne samoloty, na nocne loty dali kocyk, karmią nawet podczas niespełna 2-godzinnego lotu z Warszawy do Moskwy. Tylko te biedne stewardesy w pomarańczowych uniformach – jak dla mnie niczym wyjęte z Orange is the new black 😀

Drugi duży minus – zgubili mój bagaż. Na szczęście w drodze powrotnej ale doleciał do Polski z ponad 2-dniowym opóźnieniem. Okazało się, że bagaż przyleciał z Bejrutu do Moskwy ale z Moskwy zamiast do Warszawy to… odesłano go z powrotem do Bejrutu. I tak sobie przez 2 dni krążył między Libanem, Rosją a Polską aż w końcu dotarł do Poznania, w nienaruszonym stanie na szczęście.

Mimo iż na pierwszy rzut oka nie można liniom Aeroflot nic zarzucić to nie wydaje mi się, żebym jeszcze kiedykolwiek dobrowolnie z nimi podróżowała.

Bejrut – lotnisko

Lotnisko jest bardzo duże, obsługuje ponad 7 milionów pasażerów rocznie. Po wylądowaniu trzeba przejść kontrolę paszportową. I tu się zaczęły moje libańskie przygody. Stoję sobie grzecznie w kolejce, kontrola idzie dosyć sprawnie, nadchodzi moja kolej. Daję paszport – kilka standardowych pytań, a skąd, a po co, a czy pierwszy raz w Libanie. Na wszystko zgodnie z prawdą odpowiadam po czym pani celniczka mnie pyta czy Polacy potrzebują wizę do Libanu. Więc grzecznie odpowiadam, że wg mojej wiedzy to nie. Ale pani nie wie więc zabiera mi paszport i każde mi iść za sobą. Zaprowadza mnie do jakiegoś kantorka gdzie siedzi dwóch innych celników, daje im mój paszport i wychodzi. Panowie są bardzo sympatyczni i znowu zaczynają całą procedurę – a skąd, a po co, a czy pierwszy raz, a czy kogoś tu znam, a gdzie będę spać. Na wszystko odpowiadam a panowie zabierają mój paszport i wychodzą zostawiając mnie samą i mówiąc jedynie Please wait. I ja tak sobie siedzę, co chwilę ktoś przychodzi, wychodzi, na wszystkie moje pytania o co w ogóle chodzi jest tylko jedna odpowiedź: Please wait. Na tym bezsensowym siedzeniu minęły mi prawie 3 godziny (!). W końcu przyszedł pan z moim paszportem – pokazał mi, że mam pieczątkę ale żebym się nie nudziła to jeszcze raz mnie przemaglował z tego co już mówiłam. Ostatecznie wyprowadzono mnie z tego lotniska już jakimś bocznym przejściem z pominięciem tej całej kontroli paszportowej ale do hotelu dotarłam po 5 rano. Kosztowało mnie to dużo stresu przez to, że zupełnie nie wiedziałam o co chodzi.

Jak się okazało przy wylocie, to nie był koniec moich libańskich przygód. Po zeskanowaniu mojego paszportu celnik od razu zapytał mnie czemu miałam problem z wjazdem do Libanu. I się zaczęło całe maglowanie od nowa… Na szczęście tym razem po kilkunastu minutach byłam wolna. Ale powiem szczerze, że w tym momencie zestresowałam się dużo bardziej. Bo jakby mnie do Libanu nie wpuścili to jakoś bym przeżyła ale jakby mnie nie chcieli wypuścić to już bardzo niefajnie. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Lotnisko Bejrut – Cedar Business lounge

Kiedyś postanowiłam opisywać lotniskowe saloniki, później o tym zupełnie zapomniałam ale wracam do realizacji tego pomysłu. Saloników biznesowych na bejruckim lotnisku jest mnóstwo. Nie wiedząc który wybrać poszłam do tego, który miałam najbliżej. Padło na Cedar. To chyba największy salonik w jakim kiedykolwiek byłam. Składa się z kilku części, są miejsca z krzesłami, fotelami, kanapami, każdy znajdzie coś dla siebie. Są gniazdka przy każdym miejscu, wi-fi śmiga bez zarzutu. Jedzenie zarówno na ciepło jak i na zimno, spory wybór słodyczy, alkoholi. Obsługa sprzątająca biega co chwilę. Uwaga – klimatyzacja rozkręcona na maxa, jest bardzo zimno.

Liban – wiza, paszport i przepisy wjazdowe

Bezpłatną wizę otrzymuje się na lotnisku. Tak, jest to wiza. W formie pieczątki do paszportu ale to wiza, 30-dniowa. Paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od zakończenia wyjazdu i nie może zawierać żadnych śladów pobytu w Izraelu. Pieczątki z lotniska w Tel Avivie czy jakiegokolwiek przejścia lądowego (jordańsko-izraelskiego itp.). Nie liczcie na szczęście. Wg strony MSZ nawet hebrajska klawiatura w telefonie czy napis na koszulce może spowodować odmowę wjazdu. Paszporty są sprawdzane bardzo dokładnie i ślad pobytu w Izraelu spowoduje cofnięcie Was do miejsca, z którego przylecieliście. To zresztą jest powód, dla którego tak późno dotarłam do Libanu. Kraj ten marzył mi się od dawna ale miałam w starym paszporcie pieczątkę z Izraela. Jak w końcu wymieniłam dokument to pierwsze co zrobiłam to kupiłam bilety do Bejrutu 🙂

Liban – pogoda, kiedy jechać?

Jeśli chcecie zwiedzać to najlepiej wiosną lub jesienią. Ja byłam na początku lipca i było bardzo ciepło – około 30 stopni. Dla mnie to jeszcze akceptowalna temperatura aczkolwiek po całym dniu spędzonym na słońcu odczuwa się większe zmęczenie. Liban jest krajem górzystym i zimy są tu dosyć ostre – mroźne i śnieżne. Więc jeśli celem Waszego wyjazdu nie jest jazda na nartach (a warunki i infrastruktura są w Libanie wyśmienite!) to zimą omijajcie Liban. Wiosną i jesienią temperatury będą umiarkowane i idealne do zwiedzania.

Liban – ceny i waluta

Walutą jest funt libański (LBP). Przelicznik wynosi 1 USD=1500 LBP (stan na lipiec 2019). Pieniądze można wymieniać w kantorach ale nie trzeba, ponieważ dolary są powszechnie akceptowane, często ceny podawane są i w dolarach, i w funtach. Płacąc w dolarach możecie otrzymać resztę w funtach libańskich więc raczej ostatniego dnia przed wyjazdem nie wyskakujcie ze stówą 😉 Euro w wielu miejscach nie chcą przyjmować, natomiast w kantorach wymienicie je bez problemu.

Przed wyjazdem nasłuchałam i naczytałam się jaki to Liban jest drogi. Owszem, dosyć drogie są noclegi oraz transport (ze względu na to, że nie ma komunikacji publicznej) ale jedzenie i pamiątki, czyli to co turystę interesuje najbardziej drogie nie jest. Woda 0,5l kosztuje 500 LBP, kawa 500-1000 LBP, falafel w budce na ulicy 2000-5000 LBP (w zależności od miejsca i od dodatków), małe piwo w sklepie 1000 LBP, butelka wina od 9000 LBP, magnesy 3000 LBP.

Bejrut – dojazd z lotniska do miasta

Teoretycznie podobno jest jakiś bus, który dojeżdża na lotnisko ale nie testowałam tej opcji więc się nie wypowiem. Zresztą wszędzie piszą, że lotnisko leży w niebezpiecznej dzielnicy Bejrutu więc lepiej opuścić je jak najszybciej.

Najprościej jest jechać do miasta taksówką, ja przyleciałam do Bejrutu w środku nocy więc nawet nie szukałam żadnych busów. Taksówkę można zamówić już przed wylotem, np. TU. Są też różne korporacje, które mają swoje aplikacje i łatwo możecie taksówkę zamówić czy to z lotniska czy dowolnego punktu w mieście. Pod warunkiem, że oczywiście złapiecie internet 😉 Oczywiście większość taksówek to nowoczesne, czyste, klimatyzowane samochody, nie takie jak te na zdjęciu powyżej 😉

Bejrut – komunikacja miejska i komunikacja publiczna w Libanie

Teoretycznie istnieje, w praktyce ciężko się tymi busikami poruszać. Ja po pierwsze nie ogarnęłam jak to do końca funkcjonuje a po drugie byłam w Libanie tak krótko (3 pełne dni), że szkoda mi było czasu na siedzenie na przystankach i czekanie czy busy przyjadą czy nie.

Jedyna sensowna opcja zwiedzania jeśli macie mało czasu to wynajęcie samochodu albo taksówki z kierowcą. W Bejrucie działają wszystkie sieciowe wypożyczalnie samochodów (nie tylko sieciowe, lokalne też jak widać). Cena za wypożyczenie w zależności od klasy auta wynosi 40-50 USD za dzień. Zazwyczaj jest limit kilometrowy (400-500) ale Liban jest tak małym krajem, że nie stanowi to ograniczenia. Jeśli chcecie wyjechać poza Bejrut (a trzeba!) to wypożyczenie auta jest dobrym pomysłem natomiast po mieście raczej polecam poruszać się taksówkami. Libańscy kierowcy jeżdżą z ułańską fantazją. Poza miastem nie jest to tak odczuwalne jak właśnie w centrum. Koszt wynajęcia taksówki na cały dzień to ok. 100 USD, tu dużo zależy od waszych zdolności negocjacyjnych. Wiadomo, że jak na więcej dni to da się wytargować lepszą cenę.

W Bejrucie funkcjonują też znane w innych miast Europy i świata autobusy hop on hop off. Bilet dobowy kosztuje 30 USD (taniej jeśli kupujecie wcześniej przez stronę internetową) a bus rzeczywiście dociera do wszystkich największych atrakcji miasta.

Liban – zdrowie, szczepienia

Nie ma obowiązku wykonywania żadnych szczepień. Warto na pewno zaczepić się na WZW typu A, zwłaszcza jeśli tak jak ja jesteście miłośnikami street-foodu.

Kraje Bliskiego Wschodu to jednak jest już trochę egzotyka więc osoby z wrażliwymi żołądkami muszą uważać na surowe warzywa i owoce. Woda z kranu nie nadaje się do picia, trzeba kupować butelkowaną.

Przed wyjazdem do Libanu nie zapomnijcie kupić dobrego ubezpieczenia obejmującego kraje Bliskiego Wschodu. Opieka zdrowotna jest tam bardzo droga.

Liban – co zjeść?

W Libanie jedzenie to temat rzeka. Ilość przysmaków przyprawia o zawrót głowy i w 3 dni nie ma możliwości spróbowania nawet połowy tego co ten kraj oferuje. Ale spróbujmy przyjrzeć się najpopularniejszym libańskim przysmakom.

Bezsprzeczny nr 1 – hummus czyli popularna także nad Wisłą pasta z ciecierzycy. Podawana jako przystawka ale w Libanie porcje są takie, że miseczka hummusu z libańskim chlebkiem wystarcza za cały posiłek. Raczej nie spotkacie tak popularnych u nas hummusów z dodatkami. W Libanie serwuje się hummus klasyczny, najczęściej polany libańską oliwą.

Labneh – ser robiony na bazie jogurtu. Dość słony, u mnie w hotelu codziennie był serwowany na śniadanie.

Moutabal – u nas znany raczej pod nazwą Baba Ganoush – pasta z bakłażana z dodatkiem tahiny i czosnku, często posypana natką pietruszki lub ziarenkami granatu. Również podawana jako przystawka.

Warak Inab – coś w rodzaju gołąbków tylko zawijanych w liście winogron. Mała przekąska znana wielu z Was z Grecji.

Jebneh Baladieh – libański biały ser, trochę podobny do mozzarelli. Słony.

Zaatar – mieszanka przypraw (tymianku, majeranku, oregano) i sezamu. Bardzo popularny dodatek do dań w Libanie.

Kibbeh Nayeh – tatar z jagnięciny.

Sałatka Fattouch – często nazywana po prostu sałatką libańską. Składa się z sałaty i grzanek z dużą ilością mięty i natki pietruszki, obficie polana oliwą z oliwek.

Tabbouleh – sałatka z kaszy bulgur z pomidorami, ogórkiem, papryką, cebulą i czosnkiem. Również podawana z miętą i pietruszką, czasem posypywana orzeszkami poniowymi.

Rikakat. Znacie bałkański burek? To coś bardzo podobnego. Rulonik z ciasta francuskiego ze słonym serem w środku.

Sambousik z kolei przypomina samosy – smażone pierożki z mięsem w środku.

Kibbeh Krass – popularny streetfood. Smażone kulki z wołowiny, jagnięciny lub mięsa wielbłądziego z cynamonem , goździkami i gałką muszkatołową.

Falafel – znane i u nas kulki z ciecierzycy smażone na oleju. To właśnie w Libanie jadłam najsmaczniejsze w swoim życiu. Kocham falafel!

Manoushi – kolejny streetfoodowy klasyk. Placek pieczony na specjalnym piecu. Do wyboru z zaatarem, serem lub mieszanką jednego i drugiego. Pierwsza rzecz jakiej spróbowałam w Libanie i w której się zakochałam. Często nazywa się go libańską pizzą. Te wszystkie przysmaki kupowane w budkach przy ulicy kosztują od 2 do 4 USD.

Jak już zjecie danie główne to trzeba zjeść deser. Desery libańskie są dokładnie takie jak w innych krajach Bliskiego Wschodu – malutkie i niebywale słodkie. Wejście do jakiejkolwiek cukierni przyprawia o zawrót głowy. Ciasteczek i czekoladek jest kilkadziesiąt rodzajów. Mi bardzo smakowały ciasteczka z miętą i pistacjami, nawet przywiozłam je do Polski (tak, błąkały się w bagażu 3 dni :D). Są też deserki w rodzaju loukhoum znane z Turcji czy Grecji, do kupienia również na lotnisku.

Liban – alkohol

Liban to kraj arabski ale bardzo liberalny więc alkohol zakupicie bez większego problemu. Wyjątek to miejscowości gdzie dominują muzułmanie, np. Sydon – tam z alkoholem jest problem i w sklepach, i w knajpach.

W Libanie trzeba spróbować lokalnego piwa – dwa najpopularniejsze to Beirut i Almaza. W Libanie produkuje się też wino, które ciężko dostać w Polsce. To znaczy może nie tak ciężko ale jest bardzo drogie. W mojej zaginionej walizce podróżowały trzy butelki, które na szczęście też dotarły w stanie nienaruszonym. W Libanie można kupić wino białe i czerwone jednak kraj słynie przede wszystkim z tego drugiego. Więc jeśli macie ograniczony bagaż i musicie ograniczyć się do jednej butelki to rekomenduję zakup wina czerwonego. Winorośle uprawia się w dolinie Bekaa.

W Libanie popularny jest też arak – anyżkowy aperitif. Ja szczerze mówiąc za nim nie przepadam, a w Libanie wielokrotnie mnie nim częstowano.

Liban – co kupić, co przywieźć?

Jak już wspomniałam ja przywiozłam wino i libańskie słodycze. Można też kupić libańską oliwę. Ja akurat mam w tym roku zapas z Kos i Tunezji więc już nie kupowałam. Poza tym Liban słynie z wyrobów z drewna cedrowego.

Liban – co zabrać?

Liban to naprawdę cywilizowany kraj i wszystko czego zapomnicie z domu możecie kupić na miejscu. Niepotrzebne są przejściówki do prądu – gniazdka są takie jak w Polsce.

Jeśli chcecie jeść w ulicznych budkach to weźcie nawilżane chusteczki albo żel do dezynfekcji rąk, bo jednak poziom czystości i higieny (zwłaszcza w miastach muzułmańskich) pozostawia tam wiele do życzenia.

Liban – strój

To zależy od miejsc, które chcecie zwiedzać. Liban jest generalnie bardzo tolerancyjnym i liberalnym krajem ale są miejsca gdzie trzeba się ubrać stosownie.

W Bejrucie możecie nosić się jak w Europie. Wyjątkiem są świątynie – przy zwiedzaniu czy to kościołów, czy meczetów kobiety muszą mieć zakryte kolana i ramiona, w meczetach także włosy. Większość świątyń ma wypożyczalnie strojów przed wejściem.

W miastach gdzie dominują muzułmanie raczej niewskazane są szorty i dekolty ale jakaś spódnica do kolan i t-shirt wystarczą. Nie trzeba zakrywać włosów.

Liban – bezpieczeństwo

Liban to kraj, w którym wojna zakończyła się zaledwie 20 lat temu. W mieście napotkacie mnóstwo jej śladów. Bliski Wschód to taki rejon świata, gdzie nieustannie coś się dzieje i napięcie jest większe niż gdziekolwiek indziej. Liban sąsiaduje z Syrią gdzie cały czas toczą się działania wojenne. W Libanie przebywają obecnie 3 miliony uchodźców syryjskich i palestyńskich.

Czy to spacerując po Bejrucie, czy wyjeżdżając w dalsze regiony kraju, wszędzie zobaczycie dziesiątki żołnierzy z długą bronią. Dla tych co byli w Izraelu nic nowego, tam wygląda to podobnie. Libańczycy powtarzają, że oni nie są po to, żeby się ich bać ale żeby zapewnić wszystkim bezpieczeństwo.

Ja osobiście nawet przez chwilę nie czułam się w Libanie zagrożona. Oczywiście, że na początku widok żołnierzy z bronią napawał mnie lekkim niepokojem ale ich jest tak dużo, że naprawdę po godzinie można przywyknąć. Poruszałam się wyłącznie po centrach miast i w obrębie atrakcji turystycznych, nie jeździłam na żadne przedmieścia ani nieciekawe miejsca. Z zachowaniem zdrowego rozsądku nic Wam się w Libanie nie powinno stać. Tzw. pospolita przestępczość, czyli kradzieże, rozboje itp. jest w Libanie na niskim poziomie. Wiadomo, że na soukach trzeba zwracać uwagę na torbę czy plecak ale pod tym względem uważam, że jest dużo spokojniej niż w Barcelonie, Rzymie czy wielu innych europejskich miastach.

Większość ambasad europejskich krajów odradza podróżowanie do południowej części Bejrutu ze względu na ryzyko ataków rakietowych i wybuchów samochodów-pułapek.

Uwaga piesi. Podobnie jak Doha, Bejrut to nie jest miasto dla ludzi poruszających się na nogach. Przejść dla pieszych praktycznie nie ma, trzeba przebiegać między samochodami. Ruch jest ogromny, a kierowcy szaleni. Uważajcie bardzo.

Jeśli nie chcecie mieć problemów z organami bezpieczeństwa to nie zabierajcie dronów. Teoretycznie nie są one zakazane ale cytując ostrzeżenie MSZ nie są mile widziane.

Liban – czy warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Mimo wszystkich przygód, które mnie spotkały uważam, że to przepiękny i bardzo ciekawy kraj z otwartymi ludźmi i przepysznym jedzeniem. Do tego trzeba dodać, że to kraj nietknięty masową turystyką – a takich miejsc jest dziś coraz mniej. Ja się Libanem zachwyciłam i bardzo Wam polecam ten kierunek.

A opis największych atrakcji kraju już za kilka dni – mam nadzieję, że te wpisy ostatecznie przekonają Was, że warto wpisać Liban na swoją Listę Marzeń.

Tunezja – Matmata i Gwiezdne Wojny

Wybierając się z Djerby na Saharę warto zobaczyć kilka miejsc po drodze.

Matmata

Matmata to wyjątkowe miejsce na mapie Tunezji. Krajobrazy są tu iście księżycowe a miejscowość zasłynęła tym, że w 1976 roku była planem filmowym dla hollywódzkiego hitu Gwiezdne Wojny.

Miejscowość słynie z tradycyjnych berberyjskich domostw wydrążonych pod ziemią. Pas kilkunastu takich berberyjskich domostw ciągnie się wzdłuż głównej drogi.

Domy jaskiniowe nazywa się też domami troglodytów. Nazwa pochodzi z języka greckiego trogle – dziura, dyein – wchodzić. Domy drążono w skałach ze względów praktycznych – utrzymuje się w nich stała temperatura niezależnie od warunków atmosferycznych. Tradycyjne berberyjskie domostwo składa się z wewnętrznego patio o promieniu co najmniej 10 metrów i wychodzących na nie pomieszczeń. Zawsze jest kuchnia, spiżarnia, sypialnia i kilka pokoi mieszkalnych.

Część takich jaskiniowych domków służy dziś za swego rodzaju muzea. Nie są one zamieszkane, a służą jako atrakcja turystyczna. Do takiego domku można wejść, obejrzeć, często jest się poczęstowanym miętową herbatką, chlebem tabuna, oliwą i miodem. Oliwę i miód można też zakupić. Za wejście na teren takiego domostwa nie jest pobierana opłata ale przy wyjściu można zostawić napiwek.

Mimo iż mam pełną świadomość, że to typowa atrakcja turystyczna to i tak uważam, że warto taki domek zobaczyć. Powchodzić do poszczególnych pomieszczeń, wyobrazić sobie jakby to było mieszkać w takiej jaskini. Można też wejść na skałę obok i spojrzeć na domek z góry.

Słynny dom Larsów, wujostwa Luke’a Skywalkera z Gwiezdnych wojen jest właśnie jednym z domów Matmaty.

Tamezret

To niewielka miejscowość położona 13 km od Matmaty. Tu również znajdują się domy jaskiniowe.

Miejscowość położona jest na wzgórzu i obfituje w sporą ilość kawiarni i restauracji z tarasami widokowymi oferującymi piękne panoramy okolicy. To właśnie z tej miejscowości pochodzą ciasteczka uszy gazeli, o których pisałam Wam przy okazji tunezyjskich kulinariów.

Tataouine

W Gwiezdnych wojnach miasteczko użyczyło swojego imienia pustynnej planecie Tatooine, na której rozpoczęła się historia najsłynniejszej filmowej sagi wszech czasów.

W filmowym domu Larsów działa dziś niewielki hotel Sidi Driss, w którym zachowały się nawet reszki znanych z Gwiezdnych Wojen dekoracji. Już przy wejściu atakuje nas wielki napis Star Wars. Wchodzimy do środka i kierujemy się w prawo, dochodzimy do dziedzińca, a potem w lewo do jednego z pomieszczeń. Jeśli jesteście wielkimi fanami filmu to uprzedzam – czeka Was rozczarowanie. To nie jest muzeum, to nie jest plan filmowy, to nie jest miejsce, które przyciąga tysiące turystów. To jest tylko pokoik z zawieszonymi zdjęciami.

Gdyby to było w Ameryce to nie pozostawiono by nawet tego hotelu samego sobie. Zrobiono by sklepik z pamiątkami, może jakąś interaktywną wystawę. A w Tunezji jest tylko parę niszczejących zdjęć. Piszę o tym nie dlatego, że jestem fanką Star Wars (wstyd się przyznać ale nie widziałam nawet jednej części, nawet urywka) ale w kontekście tej upadającej w Tunezji turystyki. Gdyby ktoś się za to wziął, uporządkował to, zrobił ten nieszczęsny sklepik i porządnie to wypromował (co w czasach social mediów nie byłoby ani trudne, ani kosztowne) to do tego miejsca pielgrzymowałyby tysiące fanów Gwiezdnych Wojen. A tak – zmarnowany potencjał. Szkoda.

Wycieczka na Saharę z Djerby

Z Dżerby można wybrać się na jedno- lub dwudniową wycieczkę na Saharę. Celem wyjazdu jest miasteczko Douz – pustynna stolica Tunezji na skraju Sahary, a dokładnie w jej części zwanej Wielkim Ergiem Wschodnim.

Douz – Wrota Sahary

W przeszłości miasto było ważnym miejscem postoju karawan przemierzających pustynię z północy na południe. Dziś jest centrum turystycznym i ważnym producentem daktyli. W grudniu odbywa się tu Międzynarodowy Festiwal Sahary.

Na skraju Sahary znajduje się kilka punktów skąd wyruszają wycieczki na pustynię. W większości z nich znajduje się jakiś sklepik, kawiarnia i wypożyczalnia tradycyjnych beduińskich strojów (za symboliczną kwotę 1 TND).

Na pustynię można wybrać się na wielbłądzie, bryczką lub jakimś pojazdem mechanicznym (quad lub buggy). Zazwyczaj to wyjście na pustynię trwa około godziny ale podczas mojej wizyty było nieziemsko gorąco (38 stopni w cieniu, którego na pustyni przecież nie ma) i na prośbę wszystkich uczestników wyjazdu zostało ono skrócone do niecałych 40 minut. Powiem szczerze, że mimo iż bezkres pustyni robi fantastyczne wrażenie to przez ten upał miałam ochotę na odwrót już po 15 minutach. Upał na pustyni jest naprawdę nie do zniesienia i jeśli wybieracie się do Tunezji latem, gdy temperatury sięgają 40 stopni to nie będziecie mieli zbyt wiele przyjemności z takiej wyprawy. Myślę, że zimą albo wiosną wrażenia byłyby dużo lepsze.

Uwaga, na pustyni spotkało mnie jedno mało przyjemne doświadczenie. Po tym jak grupa dociera na pustynię nagle pojawia się jakiś człowiek, który podjeżdża motorem i wręcza wszystkim po butelce jakiegoś napoju (jaki gazowany typu sprite). Otwiera szklaną butelkę, niemalże wkłada w rękę i nawet jeśli mówicie, że nie macie ochoty to on Wam ją wciska na siłę. Mówi, że to dla wszystkich z grupy za free tylko, żeby mu potem oddać butelkę. I jak te butelki zbiera to żąda opłaty 10TND za 0,2l butelkę napoju! Ja mówiłam, że nie chcę i nawet nie wypiłam tego co mi dał więc musiałam się z nim kłócić. Większość ludzi dla świętego spokoju mu zapłaciła. Uważam, że biura organizujące wycieczki powinny dążyć do tego, żeby tacy ludzie się na pustyni nie pojawiali, bo to bardzo psuje odbiór i samej wycieczki, i w ogóle kraju. W hotelu ostrzegano mnie, że na wycieczkach na Saharę pojawiają się ludzie z lisami pustynnymi, zachęcają do robienia sobie z nimi zdjęć i też każą sobie płacić. Tacy też się pojawili ale rzeczywiście jeśli się powiedziało, że nie jest się zainteresowanym to dawali spokój. Natomiast ten koleś z napojami był naprawdę bezczelny więc jeśli Wam się taka sytuacja przydarzy to zdecydowanie od takich ludzi nic nie przyjmujcie jeśli nie chcecie później płacić.

Sahara to największa pustynia świata, której obszar można porównać do terytorium całej Europy (!). Podczas takiej jednodniowej wycieczki nie zobaczy się oczywiście zbyt wiele ale połacie piachu ciągnące się po horyzont robią wrażenie nawet jeśli widziało się już w życiu kilka innych pustyń (np. tę w Dubaju czy jordańską Wadi Rum). Ja byłam na wycieczce jednodniowej, podczas dwudniowej nocuje się na Saharze! Myślę, że to też musi być świetne doświadczenie.

Oaza

Podczas wyjazdu na Saharę zazwyczaj odwiedza się też oazę. Oazę można poznać po… palmach. Podstawową rośliną są 25-metrowe palmy daktylowe. Poza tym w oazach zazwyczaj znajdują się drzewka oliwne, pomarańczowe oraz granatowce. Często spotyka się też bananowce i winorośle .

Wyjazd na Saharę – jak się przygotować?

Przede wszystkim zabierzcie wygodne, lekkie ubranie. Najlepiej z naturalnych materiałów, bo w syntetycznych się ugotujecie. Do tego wygodne buty – najlepiej sandały (nie klapki!) i duuuużo wody. Weźcie też jakieś mokre chusteczki albo coś do wytarcia, bo piasek będziecie mieli wszędzie. Żeby nie dostał się do oczu weźcie koniecznie przeciwsłoneczne okulary. I coś na głowę, ze słońcem na pustyni nie ma żartów. Krem z filtrem – koniecznie. I to wysokim. Latem wyłącznie SPF50 ma sens. I pamiętajcie, żeby był wodoodporny.

Róże pustyni – symbol Afryki

W sklepikach na skraju pustyni czy w okolicznych miejscowościach na pewno zobaczycie róże pustyni – jest to minerał, który kształtem przypomina właśnie różę, stąd nazwa. Jest to kryształ gipsu, który powstaje w wyniku odparowania silnie zmineralizowanych wód słonych jezior. W kryształkach uwięzione są ziarenka piasku stąd ich charakterystyczny kolor.

Jeśli chcecie mieć wyjątkową pamiątkę z wycieczki na pustynię to możecie zakupić sobie taką właśnie różę pustyni.

Sahara z Djerby – czy warto?

Jest to wycieczka całodniowa, Douz oddalone jest od Djerby o prawie 300 kilometrów ale jeśli nie byliście wcześniej w Tunezji to myślę, że warto poświęcić cały dzień na zobaczenie skrawka największej pustyni na świecie. Jeśli jesteście w Tunezji na dłużej to chyba fajnie by było wybrać się na taką dłuższą, 2-dniową wycieczkę, z noclegiem na pustyni. Jednodniowa wycieczka na Saharę kosztuje ok. 200-250zł, dwudniowa 350-450zł.

Djerba – zwiedzanie wyspy

Djerba, Jerba, Dżerba – jakkolwiek by tej nazwy nie zapisywać, chodzi o to samo miejsce. Djerba to największa wyspa u północnych wybrzeży Afryki o powierzchni ponad 500 kilometrów kwadratowych. Wyspa zamieszkana jest przez Arabów, Berberów i Żydów co tworzy jej specyficzny charakter.

Już za czasów rzymskich wyspę połączono z lądem za pomocą grobli zwanej do dziś groblą rzymską. Grobla poza tym, że jest drogą dojazdową z lądu na wyspę, zapewnia też dopływ wody z lądu na wyspę.

Houmt Souk – stolica wyspy

Zwiedzanie wyspy najlepiej zacząć od jej nieformalnej stolicy i największego miasta. Nazwa oznacza dokładnie sąsiedztwo targu. I to właśnie targ, czyli z arabskiego souk, już od czasów starożytnych był centralnym punktem miasta.

Stare miasto to plątanina wąskich uliczek gdzie znajdziemy mnóstwo sklepików i stylowych butikowych hoteli tzw. fonduków. Zaglądajcie w podwórka, możecie znaleźć takie perełki jak np. hotel Marhala – przerobiony na hotel dawny karawanseraj.

Przy avenue Abdelhamid el Kdhi mieście się Muzeum Tradycji i Kultury Djerby. Można tu zobaczyć m.in. kolekcję strojów regionalnych z różnych regionów Djerby, stroje i biżuterię ślubną oraz rekonstrukcję warsztatu garncarskiego. Bilet wstępu kosztuje 4 TND, zdecydowanie warto.

Borj el Kebir (Borj Ghazi Mustapha), znany też jako Twierdza Hiszpańska, to budowla obronna z 1432 roku. Nazwa pochodzi stąd, że broniący się tam w 1560 roku garnizon wojsk hiszpańskich nie zdołał odeprzeć ataku korsarzy, którzy zdobyli twierdzę i wycięli w pień obrońców, a z ich czaszek usypali kopiec przy brzegu morza. Jego średnica u postawy wynosiła ponad 10 metrów.

Z fortu rozpościera się piękny widok na morze i miasto. Spacerując dookoła zwróćcie uwagę na nowowybudowany amfiteatr.

Sercem miasta jest souk – labirynt wąskich uliczek z kilkoma niewielkimi placami. Klimat tego miejsca jest absolutnie bajkowy. Białe ściany udekorowane są kwiatami i kolorowymi muralami. Wąskie uliczki aż proszą się o zdjęcia. Dziesiątki zdjęć. A potem aż chce się usiąść w kafejce przy jednym z placów i z filiżanką kawy (w wersji letnie upalnej – szklanką zimnego piwa) podziwiać ten kolorowy labirynt. No a potem trzeba ruszyć na shopping – kupicie tu absolutnie wszystko czego potrzebujecie z Tunezji (TU napisałam co warto przywieźć) – magnesiki, biżuterię, ubrania, kosmetyki, oliwę, przyprawy. Absolutnie wszystko. Nawet dywan. Wybór jest spory, atmosfera dość luźna i spokojna, nie jest tak gwarno i nerwowo jak na innych arabskich soukach.

Jeśli będziecie w Houmt Suk rano (ja niestety byłam po południu) to zajrzyjcie koniecznie na targ rybny. Licytacja jaka się tu odbywa każdego ranka to już swego rodzaju legenda. Starsi panowie ubrani w białe galabije i z czerwonymi szesziami na głowach prowadzą licytacje świeżo złowionych ryb i ośmiornic.

W mieście znajdują się dwa meczety – Meczet Nieznajomych i Meczet Turków. Oba są dostępne wyłącznie dla muzułmanów. Jest też kościół katolicki, do którego można zajrzeć ale nie ma tam nic ciekawego.

I na koniec jeszcze jedno miejsce gdzie zawiózł nas kierowca. Generalnie to taka typowa tourist trap 😉 Ale nie żałuję, że tam trafiłam z jednego prostego powodu – ogród ze zdjęć powyżej.

Generalnie jest to atelier tunezyjskiego artysty Dar Jilani gdzie można zobaczyć jak on pracuje i zakupić jego wyroby. Już pomijając fakt, że te wyroby zupełnie nie w moim guście to jest to takie typowe miejsce gdzie przywozi się zorganizowane wycieczki. Więc jeśli tam traficie – czy to z wycieczką, czy Wasz taksówkarz zapewni Was, że to miejsce po prostu MUSICIE zobaczyć – nie wchodźcie do środka tylko idźcie do ogrodu. A ten jest obłędny. W czerwcu wszystko kwitło i żyło. Do tego gustownie udekorowane altanki i basen zachęcający do tego, żeby tam wskoczyć 😉 Przy atelier funkcjonuje mały hotel i szczerze mówiąc chętnie bym w tym hoteliku i ogrodzie została na dłużej.

Guellala – stolica garncarstwa i ceramiki

Guellala z języka berberyjskiego oznacza wyroby gliniane. I właśnie to zobaczycie w tym miasteczku. Jest to drugi co do wielkości ośrodek produkcji ceramiki w Tunezji. Pierwszy znajduje się w Nabeul na półwyspie Cap Bon (na kontynencie).

Wioska zamieszkana jest głównie przez Berberów i wciąż używa się tu języka berberyjskiego uważanego za najstarszy język w Afryce północnej. W ogóle Gellala jest najstarszą osadą na wyspie a piece używane tu do wypalania ceramiki często mają więcej niż tysiąc lat.

Cała główna ulica miasta wypełniona jest warsztatami ceramicznymi i sklepikami z dzbankami, garnkami, kubkami i innymi wyrobami. Większość warsztatów to instytucje działające od pokoleń. Często można tu zobaczyć na żywo jak powstają wyroby ceramiczne.

Erriadh (Ar-Rijad) – stolica street artu

O tej miejscowości nie przeczytacie w przewodnikach (przynajmniej w moim jej nie było) ale znajdziecie ją na instagramie 😉 Moi instagramowi followersi wiedzą już, że zakochałam się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i przepadłam absolutnie.

Miasto od 2014 roku jest stolicą tunezyjskiego streetartu, swego rodzaju muzeum na otwartym powietrzu i gospodarzem imprezy o wdzięcznej nazwie Djerbahood. Zainicjowali ją paryscy artyści skupieni na co dzień wokół galerii Itinerrance. To co możemy dziś podziwiać na ścianach budynków to ponad 150 dzieł artystów z 30 krajów świata, w tym Polski.

Jak wiecie ja kocham streetart więc nie mogłam sobie odpuścić wizyty w tym mieście. Było nieziemsko gorąco (to był ten dzień kiedy termometr wskazywał 38 stopni) więc to było raczej bieganie między uliczkami (cienia tam bardzo niewiele, mi się w pewnym momencie zagrzał telefon i musiałam się schować w jakimś barze, żeby go schłodzić) ale warto się było pomęczyć. Część murali jest już niestety dosyć zniszczona (jak powstają od 2014 roku tak sobie są na tych ścianach, nikt ich nie odnawia) ale i tak robią ogromne wrażenie. Myślę, że fajnie by było pochodzić tam na spokojnie (to może zimą) i pozgadywać skąd są poszczególne dzieła i co autor miał na myśli.

Są tam też oczywiście polskie akcenty. Jeden mural z arbuzami, którego nie udało mi się znaleźć oraz mural autorstwa Nespoon przedstawiający koronki (pochodzi z 2014 roku). Nie ukrywam, że wcześniej nie znałam NeSpoon ale jak teraz zaczęłam sobie czytać co ta dziewczyna tworzy to przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo – SZACUN. Zerknijcie na jej Facebooka tudzież instagrama. Ci, którzy śledzą mnie na instagramie widzieli już jej dzieła m.in. z Lublina i Wrocławia.

Erriadh to także wioska, którą znają Żydzi z całego świata. Po pierwsze znajduje się tu synagoga El-Ghriba (Al-Ghariba, la Ghriba, Cudzoziemka), a po drugie jest miejscem corocznych pielgrzymek Żydów z całej Afryki Północnej, a nawet reszty świata. Pielgrzymka odbywa się zawsze 33 dni po Wielkanocy. Na co dzień mała, senna wioska wygląda wtedy podobno jak plan hollywoodzkiego filmu – nie dość, że jest mnóstwo gości to ochrona jest w stanie najwyższej gotowości. Jest mnóstwo policji, wojska, ochrony cywilnej, nad miasteczkiem latają helikoptery. Wynika to po części z tego, że 11 kwietnia 2002 roku miał miejsce krwawy zamach – na teren synagogi wjechała ciężarówka wypełniona gazem, w wyniku czego zginęło 21 osób, w tym 14 niemieckich turystów.

W mojej opinii Erriadh jest to miejsce, które MUSICIE odwiedzić będąc na Djerbie.

Sporty wodne

Na Djerbie możecie spróbować różnych sportów wodnych w bardzo atrakcyjnych cenach (na pewno niższych niż w Europie). Możecie popływać skuterami wodnymi, na bananie i wszelkich innych ustrojstwach.

Ja zdecydowałam się w końcu spróbować parasailingu. Lekko od 3 lat już byłam prawie zdecydowana i jakoś zawsze brakowało mi odwagi 😀 Jeśli też byście chcieli a się boicie to absolutnie nie ma czego. Parasailing to 1% poziomu adrenaliny w porównaniu z paraglidingiem, którego spróbowałam w Rio de Janeiro. O ile paragliding był cudowny i wspaniały ale wiem, że nigdy więcej się na to nie zdecyduję to parasailing to jest totalny luz, oglądanie pięknych widoków, wszystko na spokojnie i bez stresu, żałuję, że nie wzięłam ze sobą telefonu tam na górę. Taka przyjemność w Tunezji kosztuje 50 TND.

Blue lagoon

Mam być szczera? Wyspa jest piękna ale to wyprawa na błękitną lagunę jest moim najlepszym wspomnieniem z Tunezji. Coś o czym nie miałam pojęcia, czego nie przeczytałam w żadnym przewodniku ani na żadnym blogu. Gdzieś ktoś powiedział, że z Zarzis (gdzie był mój hotel) można popłynąć do Twierdzy Skorpiona. Więc pewnego popołudnia idziemy na plażę do panów od sportów wodnych i pytamy. Do twierdzy owszem, można popłynąć ale oni by nam bardziej polecali blue lagoon. Nazwa i parę pokazanych przez nich zdjęć rozpala wyobraźnię więc po krótkich negocjacjach ustalamy cenę – 200 TND za 5 osób. Nie oszukujmy się – to za półdarmo. Tyle ma kosztować 2-godzinna wycieczka. Jest też opcja wycieczki 4-godzinnej za 300 TND za 5 osób. Generalnie fajnie by się było popluskać dłużej ale weźcie pod uwagę, że płyniecie w miejsce gdzie nie ma baru 😀 jedzenia ani żadnej infrastruktury, ani kawałka cienia a jest dobrze ponad 30 stopni. Myślę, że zimą czy wiosną fajniej by było na dłużej ale latem taka 2-godzinna wycieczka to dość.

Następnego dnia, o umówionej godzinie (jakoś koło 9) stawiamy się na plaży. Pakują nas do zdezelowanej (naprawdę, nie przesadzam) motorówki napędzanej lewym libańskim paliwem. Taka to rzeczywistość – na Djerbie nie ma stacji benzynowych, podróżując po wyspie napotkacie takie stoiska gdzie jest lewe paliwo z Libii w baniakach 5-litrowych. Libia oddalona jest zaledwie 90 km od Djerby i stamtąd pochodzi większość używanej na wyspie benzyny. Śmierdzi to nieziemsko ale przygoda to przygoda. Dla tych, którzy nie pamiętają – ja nienawidzę transportu morskiego. Jachty, łódki, promy, motorówki to coś co mnie tak stresuje, że najchętniej schowałabym się pod pokład. Ale jak się powiedziało A… 😉

Rozsiadamy się na motorówce, mi na szczęście przypadło miejsce z tyłu, a nie na dziobie. Na początku całkiem miło, fajnie i przyjemnie, bardziej dryfujemy niż płyniemy, nawet mi się podoba. Ale po chwili nasz kapitan odpala motór i pędzimy ile fabryka dała. Z jednej strony strach, z drugiej ekscytacja, sama nie wiem czy bardziej się boję czy bardziej mi się podoba 😀

Odpływamy naprawdę daleko od brzegu, fale są coraz większe (mimo iż generalnie morze było naprawdę spokojne), u mnie zdecydowanie strach dominuje nad ekscytacją. Na szczęście kapitan (to bardzo górnolotne określenie, mam nadzieję, że w ogóle miał jakiekolwiek papiery) zatrzymuje łajbę, czekamy na delfiny. Trochę się kręcimy, delfinów nie widać, podpływamy dalej. Ja już zwątpiłam ale rzeczywiście się pojawiają – najpierw jeden, potem drugi, ostatecznie jest małe stadko pięciu sztuk. Nie uwierzycie ale to pierwsze delfiny w moim życiu widziane tak w naturalnym środowisku. Ciężko uchwycić je na zdjęciu ale nakręciłam też filmik i mogliście go oglądać w insta stories.

No ale wracamy do meritum – po podglądaniu delfinów kierujemy się już do naszego miejsca docelowego, czyli błękitnej laguny. Powiem Wam, że miejsce jest nieziemskie i niezwykłe. Kolory wody i piasku jak z pocztówek, woda cieplutka, krystalicznie czysta a najlepsze w tym wszystkim jest to, że poza naszą 5-osobową ekipą nie było tam nikogo. Laguna Balos na Krecie też jest piękna ale wszyscy, którzy tam byli wiedzą, że nawet zrobienie zdjęcia bez innych osób w tle jest wręcz niemożliwe. A tu, w szczycie sezonu turystycznego, macie lagunę praktycznie do własnej dyspozycji. Jest pięknie, bosko i rajsko. Spacerujemy, robimy zdjęcia, kąpiemy się. I wracamy. Droga powrotna mija już bez większego stresu i po nieco ponad 2 godzinach od wypłynięcia wracamy do hotelu. Wszyscy zgodnie stwierdzamy, że było to najlepsze co przeżyliśmy w Tunezji. Najprawdziwszy raj. Takie tunezyjskie Malediwy 😉 To nie jest wycieczka, którą kupicie w biurze podróży czy hotelu. Najlepiej pójść na plażę do osób, które oferują sporty wodne i pytać o blue lagoon. Na pewno będą wiedzieli o co chodzi. Warte każdych pieniędzy a za 40 TND za osobę to się nawet nie ma co zastanawiać. Latem nie polecam dłuższej wersji, bo Was wymęczy ale w okresie gdy temperatury są niższe niż 25 stopni to myślę, że i pół dnia można tam spędzić!

Tunezja – atrakcje dla dzieci

Co poza tym można robić na Djerbie? Można popłynąć na wyspę Flamingów. Miałam to w planach ale okazało się, że w okresie letnim na wyspie flamingów nie ma. Żeby pokąpać się w towarzystwie różowych ptaków musicie lecieć do Tunezji w okresie zimowym. I ja kiedyś mam zamiar to zrobić, zawsze to bliżej niż na Arubę 😉

Na Djerbie dosyć popularny jest Djerba Explore Park – park tematyczny poświęcony kulturze arabskiej i ferma krokodyli. Właśnie te ostatnie stworzonka przyciągają do parku rodziny z dziećmi. Mnie to w ogóle nie kręci ale wiem, że to dosyć popularna atrakcja i jeśli lecicie na Djerbę z dziećmi to warto wziąć ją pod uwagę.

Djerba – wakacje w Tunezji – informacje praktyczne

Tunezja chodziła mi po głowie od paru ładnych lat ale najpierw były ważniejsze kierunki, potem sytuacja w Tunezji się zaogniała (jaśminowa rewolucja, arabska wiosna, potem następujące po sobie zamachy terrorystyczne). Ale od paru miesięcy przyglądałam się ofertom wyjazdów do Tunezji. Kusiło mnie, żeby polecieć w lutym ale jakoś tak wyszło, że w lutym siedziałam w domu. Niemniej w maju zdecydowałam, że będę polować na jakiegoś lasta w czerwcu. I tak też się stało, kilka dni przed wylotem zakupiłam wakacje all inclusive na tunezyjskiej wyspie Djerba, a właściwie w oazie Zarzis. W tym wpisie przedstawię Wam wszystkie praktyczne aspekty wyjazdu do Tunezji, takie wszystko co chcielibyście wiedzieć ale boicie się zapytać 😉 A o tym co warto zobaczyć na wyspie przeczytacie za kilka dni.

Djerba uchodzi za mityczną wyspę Lotofagów, na której towarzysze mitycznego Odyseusza zjedli liście i kwiaty lotosu co spowodowało, że nie chcieli wyruszyć w dalszą podróż. Po kilkudniowych wakacjach w tym miejscu wcale im się nie dziwię, jakbym nie musiała to też bym nie wracała 😉

Djerba – jak się dostać z Polski

Djerba to wyspa ale połączona z lądem tzw. groblą rzymską. Na wyspie znajduje się lotnisko oferujące połączenia czarterowe z kilkoma polskimi miastami. Na Djerbę polecicie m.in. z Poznania, Wrocławia, Warszawy czy Katowic. Z niektórych miast sezonowo (kwiecień – październik), z innych przez cały rok. Jeśli chodzi o połączenia regularne to najwięcej ma ich Djerba z Francją ale loty z Polski z przesiadką we Francji będą kosztowały więcej niż całe wakacje z lotem czarterowym. Lot na Djerbę trwa ok. 3 godzin.

Djerba – ceny i waluta

Walutą na wyspie jak i w całym kraju jest dinar tunezyjski (TND). 1 USD=2,9 TND, 1 EUR=3,4 TND (stan na czerwiec 2019). Pieniądze można wymienić na lotnisku lub w hotelu, kurs na terenie całego kraju jest jednakowy. Wymiana w banku możliwa jest wyłącznie za okazaniem paszportu, a generalnie nie zaleca się noszenia dokumentów ze sobą więc najlepiej i najspokojniej wymienić pieniądze w hotelu.

Na Djerbie są też bankomaty i można wyciągnąć gotówkę. Niestety często nie działają. W moim hotelu był bankomat ale działał tylko pierwszego dnia, podobnie było we wszystkich hotelach w okolicy. Kartą zapłacicie w bardzo niewielu miejscach więc lepiej mieć ze sobą gotówkę. Wymieniać można dolary, euro, funty i kilka innych walut, polskich złotówek niestety nie.

Tunezyjskiej waluty nie można wywozić z kraju stąd trzeba dobrze zaplanować ile wymienić. Teoretycznie na lotnisku można wymienić pieniądze z powrotem na dolary lub euro ale jest to dosyć czasochłonna procedura, do tego wymagane jest potwierdzenie wymiany z miejsca gdzie była ona dokonywana. Takiej wymiany dokonuje się w bankach na lotnisku.

W Tunezji, podobnie jak w wielu innych krajach Afryki północnej, oczekuje się napiwków. Wynika to trochę z mentalności ale w dużej mierze po prostu z bardzo niskich zarobków. Warto zostawić napiwek barmanowi czy personelowi sprzątającemu w hotelu. Uwaga, napiwki zostawiajcie w dinarach tunezyjskich albo w banknotach USD lub EUR. Nie zostawiajcie tym ludziom monet np. euro, bo im się to nijak nie przyda – banki im nie wymienią monet ani nic za to nie kupią.

Djerba – transport po wyspie

Komunikacja publiczna właściwie nie istnieje. Najwygodniejszym i najtańszym środkiem transportu są oficjalne żółte taksówki. Opłata początkowa wynosi 0,45 TND, opłata za kilometr ok. 1 TND. Drogo nie jest tylko to Afryka, kierowcy jeżdżą jak szaleni więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na jazdę pełną wrażeń.

Po godzinie 21 cena taksówek wzrasta o 50%!

Drugą opcją transportu jest wynajęcie samochodu – ceny ok. 30 USD za dzień. Jest też opcja wynajęcia samochodu z kierowcą za ok. 50 USD za dzień. Samochody najprościej wynająć od razu po przylocie na lotnisku lub poprzez recepcję hotelową.

Djerba – zdrowie, szczepienia

Bardzo poważnych tropikalnych chorób na Djerbie (jeszcze) nie ma ale biorąc pod uwagę, że komary malaryczne występują już w Europie to pewnie w Tunezji malaria stanie się problemem prędzej niż u nas ale póki co nic groźnego Wam w Tunezji nie grozi. Warto zaszczepić się na wszystkie standardowe choroby (WZW A, B, dur brzuszny, tężec, błonicę). Oficjalnie żadne szczepienia nie są wymagane.

Największym zagrożeniem jest tak naprawdę jedzenie. Łatwo w Tunezji złapać jakąś jelitówkę dlatego jeśli macie wrażliwe żołądki to unikajcie, zwłaszcza w pierwszych dniach, surowych warzyw i owoców. Ponadto nie należy pić wody z kranu. Szczerze mówiąc miała ona tak obrzydliwy smak, że ja nawet zęby myłam w mineralnej (ale nie jest to konieczne). Warto zawsze wspomagać się probiotykiem w trakcie wakacji w krajach Afryki północnej.

Trzeba też oczywiście uważać na słońce. W trakcie mojego pobytu temperatury dochodziły do 38 stopni (w cieniu!) i naprawdę łatwo się poparzyć, a nawet doznać słonecznego udaru. Trzeba chować się w cieniu między 12 a 15, pić dużo wody, nosić nakrycie głowy i smarować się kremami z filtrem. Jeśli zapomnicie kremów ze sobą to można je oczywiście kupić na miejscu, w całkiem znośnych cenach.

Unikajcie trzymania jedzenia w hotelowym pokoju (poza lodówką) czy nawet przy leżaku na basenie. Pozostawienie jakiegokolwiek jedzenia na dłużej niż kilkanaście minut powoduje pojawienie się ogromnej ilości mrówek.

Komarów podczas mojego pobytu nie zauważyłam. Nawet jednego! Taka miła odmiana po Kos.

Djerba – wiza i przepisy wjazdowe

Wiza do Tunezji nie jest wymagana. Potrzebny jest wyłącznie ważny paszport. Po wylądowaniu na Djerbie otrzymacie deklarację wjazdową do wypełnienia (standardowe rubryki jak wszędzie – dane, dane paszportowe, adres hotelu itp). Część tej karty otrzymacie z powrotem i trzeba ją zachować do wylotu. Jeśli ją zgubicie to bez obaw, na lotnisku można otrzymać nową i wypełnić ponownie. Kontrola paszportowa idzie sprawnie i szybko. Po jej przejściu, przed odbiorem bagażu rejestrowanego, skanowane są bagaże podręczne.

Przy zakwaterowaniu w hotelu otrzymacie kartę meldunkową do wypełnienia. Wymagane są podobne dane jak w deklaracji wjazdowej. Trochę tej papierologii jest.

Uwaga, od listopada 2018 roku Tunezja pobiera podatek turystyczny. Jego wysokość zależy od kategorii hotelu. W hotelach 2* zapłacicie 1 TND za noc, w hotelach 3* 2 TND za noc a w hotelach 4 *i 5 * – 3 TND za noc. Jest to opłata za osobę, nie tak jak w Grecji za pokój. Płaci się przy zameldowaniu lub tak jak w moim przypadku przy wymeldowaniu więc nie zapomnijcie zostawić sobie kilkunastu czy kilkudziesięciu dinarów na tę opłatę.

Djerba – lotnisko

Wyspa nie jest duża ale lotnisko daje radę. Jest nowoczesne, powiedziałabym, że nawet europejskie. A sklepu duty-free to może mu pozazdrościć niejedno lotnisko w Europie czy nawet Polsce. Życzyłabym sobie takiego sklepu (tak urządzonego i z takim asortymentem) chociażby w Poznaniu. Niestety lotnisko jest zupełnie puste. Powiedziałabym nawet, że to takie lotnisko-widmo. Duże i puste. Ilość samolotów lądujących na wyspie spadła w ostatnich dwóch latach aż pięciokrotnie.

Lotnisko jest w pełni klimatyzowane (a nie wszystkie są, pamiętam, że w Kenii myślałam, że padnę z gorąca stojąc w kolejce do odprawy). Odprawy, kontrole paszportowe i kontrola bezpieczeństwa idą szybko i sprawnie. Jak już wspomniałam jest porządny sklep wolnocłowy, są sklepiki z pamiątkami (ceny dużo wyższe niż poza lotniskiem) oraz kilka kawiarni i restauracji. Na lotnisku przyjmowane są płatności w euro, można też płaci kartą (za zakupy powyżej 5 EUR).

Djerba – pogoda, kiedy jechać

Tzw. wysoki sezon trwa od końca kwietnia do końca października. Podczas mojego pobytu (koniec czerwca) temperatury oscylowały wokół 30 stopni (poza dwoma dniami kiedy było 38!) ale od osób spotkanych w hotelu wiem, że tydzień wcześniej było bardzo zimno i wieczorami trzeba było chodzić w kurtkach! W zeszłym roku cały czerwiec był na Djerbie zimny, z kolei zima była wyjątkowo ciepła… W dzisiejszych czasach chyba trzeba liczyć po prostu na szczęście. Generalnie i Djerba, i Tunezja są kierunkami całorocznymi.

Jeśli jest 30 stopni to jest bardzo przyjemnie, bo powietrze w Tunezji jest suche więc to było dużo przyjemniejsze 30 stopni niż to 30 na Seszelach. Dało się zwiedzać, opalać i kąpać. Na Djerbie dosyć mocno wieje więc mimo wysokich temperatur jest przyjemnie.

Djerba – alkohol

Tunezja to kraj muzułmański stąd dostęp do alkoholu nie jest tak łatwy jak w Europie. Alkohol dostępny jest wyłącznie w wybranych sklepach, można go kupić od soboty do czwartku. W piątki te sklepy nie funkcjonują. W hotelach i strefach turystycznych alkohol dostępny jest przez cały tydzień.

Djerba – hotele

Baza hotelowa na wyspie Djerba i w oazie Zarzis jest dobrze rozbudowana. Wybierając hotel na swój pobyt weźcie pod uwagę, że w tej chwili ze względów bezpieczeństwa hotele są tak jakby trochę odcięte od świata. Są pozamykane i od strony miasta i od strony plaży. Co nie znaczy oczywiście, że nie można z nich wychodzić, bo można bez żadnego problemu tylko trzeba przejść przez budkę ochrony. Ale nikt z zewnątrz niezauważony na teren hotelu nie wejdzie.

Wybierając hotel na wakacje w Tunezji weźcie pod uwagę, że ta klasyfikacja gwiazdkowa to taka afrykańska, a nie europejska. Stąd radzę brać pod uwagę wyłącznie hotele 4* i więcej. Bo te 4* to będzie takie nasze europejskie 3. Generalnie hotele na kontynencie (czyli na tunezyjskim wybrzeżu oraz w oazie Zarazis) uchodzą za lepsze i przede wszystkim czystsze niż hotele na samej wyspie dlatego ja zdecydowałam się spędzić wakacje właście w Oazie Zarzis i bardzo to miejsce polecam.

Jeśli chodzi o wyżywienie to myślę, że to warto brać pod uwagę wyłącznie all inclusive. Poza hotelem tak naprawdę ciężko jest coś znaleźć więc tak czy tak będziecie skazani na jedzenie w hotelowych restauracjach. A taniej wyjdzie kupić wakacje all inclusive niż z 1 czy 2 posiłkami a pozostałe dokupować.

Tunezja – co zjeść?

Pierwsze co mi się kojarzy z Tunezją to harissa. Przyprawa, a właściwie pasta na bazie ostrej papryki, wędzonej papryki, chili, papryki Baklouti, papryki serrano i innych ziół i przypraw (m.in. nasion kolendry, czosnku, mięty, szafranu czy kminku) oraz oliwy z oliwek. Pasta jest naprawdę ostra, w Tunezji podaje się ją do bardzo wielu dań – ryb, mięsa i warzyw, a nawet używa się jej do smarowania pieczywa. Jeśli chcecie jej spróbować to pamiętajcie, że wystarczy naprawdę odrobina, żeby podkręcić smak każdego dania. Jeśli przesadzicie z ilością to antidotum jest podobno spożycie dużej ilości oliwy, która niweluje ostry smak.

Typowym tunezyjskim daniem jest brik (zwany też brick lub Briq) – jest to trójkąt cienkiego ciasta wypełniony farszem (najczęściej warzywnym ale zdarza się też z dodatkiem ryby lub rzadziej mięsa) i koniecznie jajkiem. Całość smaży się w głębokim tłuszczu ale dobry brik to taki, gdzie ciasto jest zarumienione a żółtko jaja półpłynne. Ja jadłam bricka dwukrotnie, za pierwszym razem jajko było całkiem ścięte, za drugim takie jak być powinno. Nie jest to jakieś wybitnie smaczne dane ale to typowo tunezyjski przysmak więc warto go spróbować.

Jeśli lubicie sałatki to koniecznie musicie spróbować sałatki tunezyjskiej składającej się z ogórków, pomidorów, cebuli, tuńczyka, oliwek i kaparów. Podawana jest z oliwą z oliwek i często z bagietką.

W Tunezji jada się dużo kuskusu, podaje się go na podobną modłę jak marokański tadżin więc jeśli lubicie takie smaki to nie będziecie zawiedzeni.

Miłośnicy zup powinni szukać w restauracjach lablabi – zupy z ciecierzycy, harissy i oliwy, często z dodatkiem pokruszonej bułki. Bardziej przypomina gulasz niż znane nam zupy.

W Tunezji jada się bardzo dużo jajek. Najczęstszym daniem serwowanym w hotelach na śniadanie jest ojja, czyli jajecznica z dodatkiem pomidorów, papryki i natki pietruszki. Uwaga, smażona jest oliwie, nie na masełku.

Ze względu na specyfikę kraju wyznaniowego w Tunezji nie jada się wieprzowiny za to jest sporo drobiu i wołowiny. Na wyspie serwuje się też ryby – głównie tuńczyka i doradę ale też owoce morza – kalmary i krewetki. Tunezja słynie też z połowu ośmiornic i można ich spróbować w wielu restauracjach.

Dla miłośników słodkości są uszy gazeli – ciasteczka z kruchego ciasta z farszem z orzechów i suszonych owoców. Mimo iż słodkie to idealnie pasują to mocnej czarnej kawy.

Charakterystycznymi tunezyjski słodkościami są ciasteczka bsissa – smażone na głębokim tłuszczu, składające się z mąki, skórki pomarańczowej, ciecierzycy, migdałów i anyżu. Szczerze mówiąc czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam ale jeli będziecie mieli okazję to spróbujcie chociaż odrobinę.

Warto napić się kawy po tunezyjsku (smakuje i jest parzona podobnie jak ta po turecku) oraz zielonej herbaty z dodatkiem ziół i prażonych migdałów. Przeczytałam też, że w Tunezji serwuje się miętową herbatkę z orzeszkami pinii ale niestety nigdzie takiego napoju nie spotkałam.

Jeśli chodzi o lokalne alkohole to wybór nie jest duży ale na pewno warto skosztować dwóch – pastis, czyli lokalny aperitif oraz Boukha – lokalny bimber pędzony na figach. I muszę przyznać, że ten drugi smakuje naprawdę wyśmienicie. Zarówno solo jak i baza do drinków.

W upalny dzień idealnie sprawdza się lokalne piwo – Celtia. W Tunezji produkuje się tylko to jedno więc jeśli Wam nie posmakuje to pozostają jedynie piwa importowane. Celtia jest delikatna i łagodna, najważniejsze, że zimna 😉

Tunezja – co warto kupić i przywieźć?

Tunezja jest największym na świecie producentem oliwy z oliwek. Zwiedzając kraj (czy to kontynent czy wyspę) rzeczywiście zobaczycie tysiące drzewek oliwnych. Tunezyjska oliwa jest pyszna, delikatna i… tania. Litr oliwy extra virgin kupicie za równowartość ok. 20zł. Są oczywiście mniejsze i większe pojemności. Poza oliwą są też dostępne oliwki.

Z Tunezji warto też przywieźć kosmetyki – czarne mydło, oleje ze ślimaka, mydła z oliwy i mleka wielbłąda. Wszystko to kosztuje od kilku do kilkunastu dinarów, czyli dużo taniej niż w Europie. Ostateczna cena zależy oczywiście od Waszych zdolności negocjacyjnych. Powiem szczerze, że ja się nawet specjalnie nie targowałam. Ceny w Tunezji są bardzo niskie, turystów jak na lekarstwo, a ludzie muszą z czegoś żyć. Więc jeśli ktoś mi proponował olej czy mydło za 10 dinarów to naprawdę uważam, że to bardzo dobra cena.

Uwaga, nie kupujcie w Tunezji oleju arganowego. Jest tego sporo a z tym prawdziwym i dobrej jakości ma niewiele wspólnego. Po argan jedźcie do Maroka.

Dla smakoszy – z Tunezji przywozimy przyprawy – w tym najsłynniejszą i bardzo ostrą harissę, szafran czy kumin.

Są też wyroby z drewna oliwnego i mnóstwo ceramiki. Djerba to miejsce gdzie znajduje się mnóstwo zakładów garncarskich, w których tworzy się prawdziwe dzieła sztuki. Wybór jest naprawdę ogromny więc jeśli lubicie tego typu naczynia i dekoracje to z pustymi rękami z Tunezji nie wrócicie.

Poza tym jest sporo chust i ubrań w stylu północnoafrykańskim oraz biżuterii. Jeśli ktoś gustuje w tego typu suwenirach to wybór w Tunezji jest ogromny.

Djerba – bezpieczeństwo

Cała Tunezja z Djerbą włącznie to dosyć zapalny rejon świata. Ataki terrorystyczne pojawiają się w tym kraju już od wielu lat. Pierwszy poważny miał miejsce w 2002 roku, zginęło wtedy wielu niemieckich turystów i podobno od tamtej pory ilość Niemców w Tunezji drastycznie spadła. Nie wiem na ile to prawda ale rzeczywiście na wyspie dominują turyści z Francji, język niemiecki słychać niezmiernie rzadko.

Kolejne dwa ataki miały miejsce całkiem niedawno, w jednym z nich (w Tunisie) zginęli też polscy turyści. Od tamtej pory turystyka w całej Tunezji się załamała, ilość gości drastycznie spadła. Kraj jest bardzo biedny a turystyka stanowi ważną gałąź tamtejszej gospodarki. Powoli się ona odbudowuje ale wiele osób słysząc wakacje w Tunezji nadal mówi, że nie.

Ja nie ukrywam, że też się nieco stresowałam przed wylotem. Zwłaszcza, że to było moje trzecie podejście do Tunezji. Po raz pierwszy planowałam się tam wybrać 4 lata temu, miałam wylot zaplanowany miesiąc po atakach w Tunisie. Wtedy biuro podróży, w którym miałam wykupione wakacje umożliwiło zmianę kierunku wakacji. I rzeczywiście do Tunezji wtedy nie poleciałam chociaż wydawało się, że powtórka ataków w tym samym kraju jest wręcz niemożliwa. Niemożliwe się jednak stało kilka miesięcy później. Też myślałam wtedy o Tunezji ale ostatecznie zdecydowałam się lecieć na Azory. I będąc a Azorach przeczytałam informacje o tym, że w Tunezji doszło do zamachów…

Ale czas mija, od wielu osób słyszałam, że Tunezja jest piękna i ten kraj zasługuje na to, żeby turyści tu w końcu wrócili. Toteż i ja zdecydowałam się w końcu lecieć na Djerbę.

Generalnie nie czuje się na wyspie jakiegoś nadmiernego napięcia. Owszem, lotnisko jest obstawione i chronione z każdej strony. Każdy hotel też jest chroniony i zamknięty. Nie wpływa to żaden sposób na wypoczynek, zresztą w Kenii czy Egipcie jest podobnie. Fakt, że nie za bardzo jest gdzie wyjść poza hotel, bo niewiele się dzieje, jest trochę słaby zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja – kogo nosi i zawsze chce zobaczyć jak najwięcej. Ale przerabiałam to już w Kenii czy na Zanzibarze – tam też siedzisz wieczorami w hotelu, bo hotel jest po prostu pośrodku niczego.

W dniu mojego powrotu z Tunezji w Tunisie miały miejsce dwa ataki terrorystyczne, w których zginęło 2 tunezyjskich policjantów. Nie wiem jaki to miało wpływ na poczucie bezpieczeństwa na wyspie, bo ja o atakach dowiedziałam się już po wylądowaniu w Polsce.

Djerba – czy warto?

Jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa to pewnie jeśli miałabym jechać na jedne wakacje w roku to wybrałabym jakieś inne miejsce, bezpieczniejsze. Ale z drugiej strony czy coś takiego jak bezpieczne miejsce jeszcze istnieje? Zamachy terrorystyczne czy klęski żywiołowe mogą zdarzyć się wszędzie. W takich czasach żyjemy. Ja nie czułam się na Djerbie niebezpiecznie nawet przez chwilę.

Wyspa jest naprawdę piękna (choć brudna i zaśmiecona), ludzie nastawieni bardzo przyjaźnie, ceny niskie, turystów niewielu. Dla mnie to były naprawdę fantastyczne wakacje i szczerze mówiąc rozważam powrót do Tunezji zimą.

Tunezja potrzebuje w tej chwili turystów bardziej niż kiedykolwiek. Mimo wysokiego sezonu połowa hoteli na wyspie jest wciąż zamknięta ze względu na małe zainteresowanie, a te które działają rzadko są obłożone w 100%. W sezonie zimowym (od listopada do marca) funkcjonowało tylko nieco ponad 20% hoteli na wyspie. Turystyka jest podstawą gospodarki tunezyjskiej, brak turystów oznacza zapaść gospodarczą dla tego kraju. W Tunezji panuje bieda, średnie zarobki wahają się na poziomie 350 – 400 dinarów miesięcznie. Koszty życia są oczywiście niższe niż w Europie ale mimo wszystko są to bardzo małe pieniądze na przeżycie.