Djerba – wakacje w Tunezji – informacje praktyczne

Tunezja chodziła mi po głowie od paru ładnych lat ale najpierw były ważniejsze kierunki, potem sytuacja w Tunezji się zaogniała (jaśminowa rewolucja, arabska wiosna, potem następujące po sobie zamachy terrorystyczne). Ale od paru miesięcy przyglądałam się ofertom wyjazdów do Tunezji. Kusiło mnie, żeby polecieć w lutym ale jakoś tak wyszło, że w lutym siedziałam w domu. Niemniej w maju zdecydowałam, że będę polować na jakiegoś lasta w czerwcu. I tak też się stało, kilka dni przed wylotem zakupiłam wakacje all inclusive na tunezyjskiej wyspie Djerba, a właściwie w oazie Zarzis. W tym wpisie przedstawię Wam wszystkie praktyczne aspekty wyjazdu do Tunezji, takie wszystko co chcielibyście wiedzieć ale boicie się zapytać 😉 A o tym co warto zobaczyć na wyspie przeczytacie za kilka dni.

Djerba uchodzi za mityczną wyspę Lotofagów, na której towarzysze mitycznego Odyseusza zjedli liście i kwiaty lotosu co spowodowało, że nie chcieli wyruszyć w dalszą podróż. Po kilkudniowych wakacjach w tym miejscu wcale im się nie dziwię, jakbym nie musiała to też bym nie wracała 😉

Djerba – jak się dostać z Polski

Djerba to wyspa ale połączona z lądem tzw. groblą rzymską. Na wyspie znajduje się lotnisko oferujące połączenia czarterowe z kilkoma polskimi miastami. Na Djerbę polecicie m.in. z Poznania, Wrocławia, Warszawy czy Katowic. Z niektórych miast sezonowo (kwiecień – październik), z innych przez cały rok. Jeśli chodzi o połączenia regularne to najwięcej ma ich Djerba z Francją ale loty z Polski z przesiadką we Francji będą kosztowały więcej niż całe wakacje z lotem czarterowym. Lot na Djerbę trwa ok. 3 godzin.

Djerba – ceny i waluta

Walutą na wyspie jak i w całym kraju jest dinar tunezyjski (TND). 1 USD=2,9 TND, 1 EUR=3,4 TND (stan na czerwiec 2019). Pieniądze można wymienić na lotnisku lub w hotelu, kurs na terenie całego kraju jest jednakowy. Wymiana w banku możliwa jest wyłącznie za okazaniem paszportu, a generalnie nie zaleca się noszenia dokumentów ze sobą więc najlepiej i najspokojniej wymienić pieniądze w hotelu.

Na Djerbie są też bankomaty i można wyciągnąć gotówkę. Niestety często nie działają. W moim hotelu był bankomat ale działał tylko pierwszego dnia, podobnie było we wszystkich hotelach w okolicy. Kartą zapłacicie w bardzo niewielu miejscach więc lepiej mieć ze sobą gotówkę. Wymieniać można dolary, euro, funty i kilka innych walut, polskich złotówek niestety nie.

Tunezyjskiej waluty nie można wywozić z kraju stąd trzeba dobrze zaplanować ile wymienić. Teoretycznie na lotnisku można wymienić pieniądze z powrotem na dolary lub euro ale jest to dosyć czasochłonna procedura, do tego wymagane jest potwierdzenie wymiany z miejsca gdzie była ona dokonywana. Takiej wymiany dokonuje się w bankach na lotnisku.

W Tunezji, podobnie jak w wielu innych krajach Afryki północnej, oczekuje się napiwków. Wynika to trochę z mentalności ale w dużej mierze po prostu z bardzo niskich zarobków. Warto zostawić napiwek barmanowi czy personelowi sprzątającemu w hotelu. Uwaga, napiwki zostawiajcie w dinarach tunezyjskich albo w banknotach USD lub EUR. Nie zostawiajcie tym ludziom monet np. euro, bo im się to nijak nie przyda – banki im nie wymienią monet ani nic za to nie kupią.

Djerba – transport po wyspie

Komunikacja publiczna właściwie nie istnieje. Najwygodniejszym i najtańszym środkiem transportu są oficjalne żółte taksówki. Opłata początkowa wynosi 0,45 TND, opłata za kilometr ok. 1 TND. Drogo nie jest tylko to Afryka, kierowcy jeżdżą jak szaleni więc zapnijcie pasy i przygotujcie się na jazdę pełną wrażeń.

Po godzinie 21 cena taksówek wzrasta o 50%!

Drugą opcją transportu jest wynajęcie samochodu – ceny ok. 30 USD za dzień. Jest też opcja wynajęcia samochodu z kierowcą za ok. 50 USD za dzień. Samochody najprościej wynająć od razu po przylocie na lotnisku lub poprzez recepcję hotelową.

Djerba – zdrowie, szczepienia

Bardzo poważnych tropikalnych chorób na Djerbie (jeszcze) nie ma ale biorąc pod uwagę, że komary malaryczne występują już w Europie to pewnie w Tunezji malaria stanie się problemem prędzej niż u nas ale póki co nic groźnego Wam w Tunezji nie grozi. Warto zaszczepić się na wszystkie standardowe choroby (WZW A, B, dur brzuszny, tężec, błonicę). Oficjalnie żadne szczepienia nie są wymagane.

Największym zagrożeniem jest tak naprawdę jedzenie. Łatwo w Tunezji złapać jakąś jelitówkę dlatego jeśli macie wrażliwe żołądki to unikajcie, zwłaszcza w pierwszych dniach, surowych warzyw i owoców. Ponadto nie należy pić wody z kranu. Szczerze mówiąc miała ona tak obrzydliwy smak, że ja nawet zęby myłam w mineralnej (ale nie jest to konieczne). Warto zawsze wspomagać się probiotykiem w trakcie wakacji w krajach Afryki północnej.

Trzeba też oczywiście uważać na słońce. W trakcie mojego pobytu temperatury dochodziły do 38 stopni (w cieniu!) i naprawdę łatwo się poparzyć, a nawet doznać słonecznego udaru. Trzeba chować się w cieniu między 12 a 15, pić dużo wody, nosić nakrycie głowy i smarować się kremami z filtrem. Jeśli zapomnicie kremów ze sobą to można je oczywiście kupić na miejscu, w całkiem znośnych cenach.

Unikajcie trzymania jedzenia w hotelowym pokoju (poza lodówką) czy nawet przy leżaku na basenie. Pozostawienie jakiegokolwiek jedzenia na dłużej niż kilkanaście minut powoduje pojawienie się ogromnej ilości mrówek.

Komarów podczas mojego pobytu nie zauważyłam. Nawet jednego! Taka miła odmiana po Kos.

Djerba – wiza i przepisy wjazdowe

Wiza do Tunezji nie jest wymagana. Potrzebny jest wyłącznie ważny paszport. Po wylądowaniu na Djerbie otrzymacie deklarację wjazdową do wypełnienia (standardowe rubryki jak wszędzie – dane, dane paszportowe, adres hotelu itp). Część tej karty otrzymacie z powrotem i trzeba ją zachować do wylotu. Jeśli ją zgubicie to bez obaw, na lotnisku można otrzymać nową i wypełnić ponownie. Kontrola paszportowa idzie sprawnie i szybko. Po jej przejściu, przed odbiorem bagażu rejestrowanego, skanowane są bagaże podręczne.

Przy zakwaterowaniu w hotelu otrzymacie kartę meldunkową do wypełnienia. Wymagane są podobne dane jak w deklaracji wjazdowej. Trochę tej papierologii jest.

Uwaga, od listopada 2018 roku Tunezja pobiera podatek turystyczny. Jego wysokość zależy od kategorii hotelu. W hotelach 2* zapłacicie 1 TND za noc, w hotelach 3* 2 TND za noc a w hotelach 4 *i 5 * – 3 TND za noc. Jest to opłata za osobę, nie tak jak w Grecji za pokój. Płaci się przy zameldowaniu lub tak jak w moim przypadku przy wymeldowaniu więc nie zapomnijcie zostawić sobie kilkunastu czy kilkudziesięciu dinarów na tę opłatę.

Djerba – lotnisko

Wyspa nie jest duża ale lotnisko daje radę. Jest nowoczesne, powiedziałabym, że nawet europejskie. A sklepu duty-free to może mu pozazdrościć niejedno lotnisko w Europie czy nawet Polsce. Życzyłabym sobie takiego sklepu (tak urządzonego i z takim asortymentem) chociażby w Poznaniu. Niestety lotnisko jest zupełnie puste. Powiedziałabym nawet, że to takie lotnisko-widmo. Duże i puste. Ilość samolotów lądujących na wyspie spadła w ostatnich dwóch latach aż pięciokrotnie.

Lotnisko jest w pełni klimatyzowane (a nie wszystkie są, pamiętam, że w Kenii myślałam, że padnę z gorąca stojąc w kolejce do odprawy). Odprawy, kontrole paszportowe i kontrola bezpieczeństwa idą szybko i sprawnie. Jak już wspomniałam jest porządny sklep wolnocłowy, są sklepiki z pamiątkami (ceny dużo wyższe niż poza lotniskiem) oraz kilka kawiarni i restauracji. Na lotnisku przyjmowane są płatności w euro, można też płaci kartą (za zakupy powyżej 5 EUR).

Djerba – pogoda, kiedy jechać

Tzw. wysoki sezon trwa od końca kwietnia do końca października. Podczas mojego pobytu (koniec czerwca) temperatury oscylowały wokół 30 stopni (poza dwoma dniami kiedy było 38!) ale od osób spotkanych w hotelu wiem, że tydzień wcześniej było bardzo zimno i wieczorami trzeba było chodzić w kurtkach! W zeszłym roku cały czerwiec był na Djerbie zimny, z kolei zima była wyjątkowo ciepła… W dzisiejszych czasach chyba trzeba liczyć po prostu na szczęście. Generalnie i Djerba, i Tunezja są kierunkami całorocznymi.

Jeśli jest 30 stopni to jest bardzo przyjemnie, bo powietrze w Tunezji jest suche więc to było dużo przyjemniejsze 30 stopni niż to 30 na Seszelach. Dało się zwiedzać, opalać i kąpać. Na Djerbie dosyć mocno wieje więc mimo wysokich temperatur jest przyjemnie.

Djerba – alkohol

Tunezja to kraj muzułmański stąd dostęp do alkoholu nie jest tak łatwy jak w Europie. Alkohol dostępny jest wyłącznie w wybranych sklepach, można go kupić od soboty do czwartku. W piątki te sklepy nie funkcjonują. W hotelach i strefach turystycznych alkohol dostępny jest przez cały tydzień.

Djerba – hotele

Baza hotelowa na wyspie Djerba i w oazie Zarzis jest dobrze rozbudowana. Wybierając hotel na swój pobyt weźcie pod uwagę, że w tej chwili ze względów bezpieczeństwa hotele są tak jakby trochę odcięte od świata. Są pozamykane i od strony miasta i od strony plaży. Co nie znaczy oczywiście, że nie można z nich wychodzić, bo można bez żadnego problemu tylko trzeba przejść przez budkę ochrony. Ale nikt z zewnątrz niezauważony na teren hotelu nie wejdzie.

Wybierając hotel na wakacje w Tunezji weźcie pod uwagę, że ta klasyfikacja gwiazdkowa to taka afrykańska, a nie europejska. Stąd radzę brać pod uwagę wyłącznie hotele 4* i więcej. Bo te 4* to będzie takie nasze europejskie 3. Generalnie hotele na kontynencie (czyli na tunezyjskim wybrzeżu oraz w oazie Zarazis) uchodzą za lepsze i przede wszystkim czystsze niż hotele na samej wyspie dlatego ja zdecydowałam się spędzić wakacje właście w Oazie Zarzis i bardzo to miejsce polecam.

Jeśli chodzi o wyżywienie to myślę, że to warto brać pod uwagę wyłącznie all inclusive. Poza hotelem tak naprawdę ciężko jest coś znaleźć więc tak czy tak będziecie skazani na jedzenie w hotelowych restauracjach. A taniej wyjdzie kupić wakacje all inclusive niż z 1 czy 2 posiłkami a pozostałe dokupować.

Tunezja – co zjeść?

Pierwsze co mi się kojarzy z Tunezją to harissa. Przyprawa, a właściwie pasta na bazie ostrej papryki, wędzonej papryki, chili, papryki Baklouti, papryki serrano i innych ziół i przypraw (m.in. nasion kolendry, czosnku, mięty, szafranu czy kminku) oraz oliwy z oliwek. Pasta jest naprawdę ostra, w Tunezji podaje się ją do bardzo wielu dań – ryb, mięsa i warzyw, a nawet używa się jej do smarowania pieczywa. Jeśli chcecie jej spróbować to pamiętajcie, że wystarczy naprawdę odrobina, żeby podkręcić smak każdego dania. Jeśli przesadzicie z ilością to antidotum jest podobno spożycie dużej ilości oliwy, która niweluje ostry smak.

Typowym tunezyjskim daniem jest brik (zwany też brick lub Briq) – jest to trójkąt cienkiego ciasta wypełniony farszem (najczęściej warzywnym ale zdarza się też z dodatkiem ryby lub rzadziej mięsa) i koniecznie jajkiem. Całość smaży się w głębokim tłuszczu ale dobry brik to taki, gdzie ciasto jest zarumienione a żółtko jaja półpłynne. Ja jadłam bricka dwukrotnie, za pierwszym razem jajko było całkiem ścięte, za drugim takie jak być powinno. Nie jest to jakieś wybitnie smaczne dane ale to typowo tunezyjski przysmak więc warto go spróbować.

Jeśli lubicie sałatki to koniecznie musicie spróbować sałatki tunezyjskiej składającej się z ogórków, pomidorów, cebuli, tuńczyka, oliwek i kaparów. Podawana jest z oliwą z oliwek i często z bagietką.

W Tunezji jada się dużo kuskusu, podaje się go na podobną modłę jak marokański tadżin więc jeśli lubicie takie smaki to nie będziecie zawiedzeni.

Miłośnicy zup powinni szukać w restauracjach lablabi – zupy z ciecierzycy, harissy i oliwy, często z dodatkiem pokruszonej bułki. Bardziej przypomina gulasz niż znane nam zupy.

W Tunezji jada się bardzo dużo jajek. Najczęstszym daniem serwowanym w hotelach na śniadanie jest ojja, czyli jajecznica z dodatkiem pomidorów, papryki i natki pietruszki. Uwaga, smażona jest oliwie, nie na masełku.

Ze względu na specyfikę kraju wyznaniowego w Tunezji nie jada się wieprzowiny za to jest sporo drobiu i wołowiny. Na wyspie serwuje się też ryby – głównie tuńczyka i doradę ale też owoce morza – kalmary i krewetki. Tunezja słynie też z połowu ośmiornic i można ich spróbować w wielu restauracjach.

Dla miłośników słodkości są uszy gazeli – ciasteczka z kruchego ciasta z farszem z orzechów i suszonych owoców. Mimo iż słodkie to idealnie pasują to mocnej czarnej kawy.

Charakterystycznymi tunezyjski słodkościami są ciasteczka bsissa – smażone na głębokim tłuszczu, składające się z mąki, skórki pomarańczowej, ciecierzycy, migdałów i anyżu. Szczerze mówiąc czegoś tak ohydnego dawno nie jadłam ale jeli będziecie mieli okazję to spróbujcie chociaż odrobinę.

Warto napić się kawy po tunezyjsku (smakuje i jest parzona podobnie jak ta po turecku) oraz zielonej herbaty z dodatkiem ziół i prażonych migdałów. Przeczytałam też, że w Tunezji serwuje się miętową herbatkę z orzeszkami pinii ale niestety nigdzie takiego napoju nie spotkałam.

Jeśli chodzi o lokalne alkohole to wybór nie jest duży ale na pewno warto skosztować dwóch – pastis, czyli lokalny aperitif oraz Boukha – lokalny bimber pędzony na figach. I muszę przyznać, że ten drugi smakuje naprawdę wyśmienicie. Zarówno solo jak i baza do drinków.

W upalny dzień idealnie sprawdza się lokalne piwo – Celtia. W Tunezji produkuje się tylko to jedno więc jeśli Wam nie posmakuje to pozostają jedynie piwa importowane. Celtia jest delikatna i łagodna, najważniejsze, że zimna 😉

Tunezja – co warto kupić i przywieźć?

Tunezja jest największym na świecie producentem oliwy z oliwek. Zwiedzając kraj (czy to kontynent czy wyspę) rzeczywiście zobaczycie tysiące drzewek oliwnych. Tunezyjska oliwa jest pyszna, delikatna i… tania. Litr oliwy extra virgin kupicie za równowartość ok. 20zł. Są oczywiście mniejsze i większe pojemności. Poza oliwą są też dostępne oliwki.

Z Tunezji warto też przywieźć kosmetyki – czarne mydło, oleje ze ślimaka, mydła z oliwy i mleka wielbłąda. Wszystko to kosztuje od kilku do kilkunastu dinarów, czyli dużo taniej niż w Europie. Ostateczna cena zależy oczywiście od Waszych zdolności negocjacyjnych. Powiem szczerze, że ja się nawet specjalnie nie targowałam. Ceny w Tunezji są bardzo niskie, turystów jak na lekarstwo, a ludzie muszą z czegoś żyć. Więc jeśli ktoś mi proponował olej czy mydło za 10 dinarów to naprawdę uważam, że to bardzo dobra cena.

Uwaga, nie kupujcie w Tunezji oleju arganowego. Jest tego sporo a z tym prawdziwym i dobrej jakości ma niewiele wspólnego. Po argan jedźcie do Maroka.

Dla smakoszy – z Tunezji przywozimy przyprawy – w tym najsłynniejszą i bardzo ostrą harissę, szafran czy kumin.

Są też wyroby z drewna oliwnego i mnóstwo ceramiki. Djerba to miejsce gdzie znajduje się mnóstwo zakładów garncarskich, w których tworzy się prawdziwe dzieła sztuki. Wybór jest naprawdę ogromny więc jeśli lubicie tego typu naczynia i dekoracje to z pustymi rękami z Tunezji nie wrócicie.

Poza tym jest sporo chust i ubrań w stylu północnoafrykańskim oraz biżuterii. Jeśli ktoś gustuje w tego typu suwenirach to wybór w Tunezji jest ogromny.

Djerba – bezpieczeństwo

Cała Tunezja z Djerbą włącznie to dosyć zapalny rejon świata. Ataki terrorystyczne pojawiają się w tym kraju już od wielu lat. Pierwszy poważny miał miejsce w 2002 roku, zginęło wtedy wielu niemieckich turystów i podobno od tamtej pory ilość Niemców w Tunezji drastycznie spadła. Nie wiem na ile to prawda ale rzeczywiście na wyspie dominują turyści z Francji, język niemiecki słychać niezmiernie rzadko.

Kolejne dwa ataki miały miejsce całkiem niedawno, w jednym z nich (w Tunisie) zginęli też polscy turyści. Od tamtej pory turystyka w całej Tunezji się załamała, ilość gości drastycznie spadła. Kraj jest bardzo biedny a turystyka stanowi ważną gałąź tamtejszej gospodarki. Powoli się ona odbudowuje ale wiele osób słysząc wakacje w Tunezji nadal mówi, że nie.

Ja nie ukrywam, że też się nieco stresowałam przed wylotem. Zwłaszcza, że to było moje trzecie podejście do Tunezji. Po raz pierwszy planowałam się tam wybrać 4 lata temu, miałam wylot zaplanowany miesiąc po atakach w Tunisie. Wtedy biuro podróży, w którym miałam wykupione wakacje umożliwiło zmianę kierunku wakacji. I rzeczywiście do Tunezji wtedy nie poleciałam chociaż wydawało się, że powtórka ataków w tym samym kraju jest wręcz niemożliwa. Niemożliwe się jednak stało kilka miesięcy później. Też myślałam wtedy o Tunezji ale ostatecznie zdecydowałam się lecieć na Azory. I będąc a Azorach przeczytałam informacje o tym, że w Tunezji doszło do zamachów…

Ale czas mija, od wielu osób słyszałam, że Tunezja jest piękna i ten kraj zasługuje na to, żeby turyści tu w końcu wrócili. Toteż i ja zdecydowałam się w końcu lecieć na Djerbę.

Generalnie nie czuje się na wyspie jakiegoś nadmiernego napięcia. Owszem, lotnisko jest obstawione i chronione z każdej strony. Każdy hotel też jest chroniony i zamknięty. Nie wpływa to żaden sposób na wypoczynek, zresztą w Kenii czy Egipcie jest podobnie. Fakt, że nie za bardzo jest gdzie wyjść poza hotel, bo niewiele się dzieje, jest trochę słaby zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja – kogo nosi i zawsze chce zobaczyć jak najwięcej. Ale przerabiałam to już w Kenii czy na Zanzibarze – tam też siedzisz wieczorami w hotelu, bo hotel jest po prostu pośrodku niczego.

W dniu mojego powrotu z Tunezji w Tunisie miały miejsce dwa ataki terrorystyczne, w których zginęło 2 tunezyjskich policjantów. Nie wiem jaki to miało wpływ na poczucie bezpieczeństwa na wyspie, bo ja o atakach dowiedziałam się już po wylądowaniu w Polsce.

Djerba – czy warto?

Jeśli chodzi o kwestie bezpieczeństwa to pewnie jeśli miałabym jechać na jedne wakacje w roku to wybrałabym jakieś inne miejsce, bezpieczniejsze. Ale z drugiej strony czy coś takiego jak bezpieczne miejsce jeszcze istnieje? Zamachy terrorystyczne czy klęski żywiołowe mogą zdarzyć się wszędzie. W takich czasach żyjemy. Ja nie czułam się na Djerbie niebezpiecznie nawet przez chwilę.

Wyspa jest naprawdę piękna (choć brudna i zaśmiecona), ludzie nastawieni bardzo przyjaźnie, ceny niskie, turystów niewielu. Dla mnie to były naprawdę fantastyczne wakacje i szczerze mówiąc rozważam powrót do Tunezji zimą.

Tunezja potrzebuje w tej chwili turystów bardziej niż kiedykolwiek. Mimo wysokiego sezonu połowa hoteli na wyspie jest wciąż zamknięta ze względu na małe zainteresowanie, a te które działają rzadko są obłożone w 100%. W sezonie zimowym (od listopada do marca) funkcjonowało tylko nieco ponad 20% hoteli na wyspie. Turystyka jest podstawą gospodarki tunezyjskiej, brak turystów oznacza zapaść gospodarczą dla tego kraju. W Tunezji panuje bieda, średnie zarobki wahają się na poziomie 350 – 400 dinarów miesięcznie. Koszty życia są oczywiście niższe niż w Europie ale mimo wszystko są to bardzo małe pieniądze na przeżycie.

Seszele – plan i kosztorys 2-tygodniowego wyjazdu obejmujący 3 wyspy (Mahe, Praslin, la Digue)

Wszystkie informacje praktyczne znajdują się TU, w tym wpisie chciałabym przedstawić Wam plan naszego 2-tygodniowego wyjazdu. Co bym zmieniła z perspektywy czasu – na końcu.

Dzień 1

Wylot z Polski rano, zwiedzanie Dohy (10-godzinna przesiadka), nocny przelot na Seszele.

Dzień 2

Przylot na Mahe, przejazd do guesthousu le Triskell (z lotniska odebrał nas właściciel), zakwaterowanie, szybkie ogarnięcie po podróży, a następnie plażowanie. Najpierw Anse aux Pins gdzie znajdował się nasz guesthouse. Ale plaża okazała się mała stąd decyzja, by pojechać dalej. Padło na jedną z najsłynniejszych plaż na wyspie – Anse Takamaka. Pierwsze spotkanie z plażą otoczoną granitowymi skałami. Generalnie tego dnia był totalny chill i odpoczynek po podróży. Przy Anse Takamaka udało nam się po raz pierwszy (ale nie ostatni) zobaczyć Seszelskie żółwie. W drodze powrotnej do guesthousu szybkie zakupy a potem odsypianie podróży. Aha, tego dnia trzeba było zrobić rezerwację samochodu na dzień kolejny (w naszym przypadku było to po prostu wejście do przypadkowego hotelu i poproszenie w recepcji o rezerwację, nie było z tym najmniejszego problemu, następnego dnia o 9 rano czekało na nas nasze autko).

Dzień 3

Mamy samochód więc od rana ruszamy na objazd wyspy. Tego dnia padło na część północno-zachodnią. Pierwszy przystanek – stolica Victoria, następnie najsłynniejsza seszelska plaża Beau Vallon, później przejazd przez górzysty środek wyspy ze szczytami Mont Fleuri i Morne Blanc, twierdzą Venn’s Town i fabryką herbaty. W każdym z tych miejsc były krótkie przerwy z mniej lub bardziej męczącymi spacerami. To była najbardziej zielona część całego naszego wyjazdu na Seszele. Po wspinaniu się i podziwianiu seszelskiej przyrody dalej kierujemy się do Port Glaud gdzie zaczynają się najpiękniejsze plaże. Skręcamy też do wodospadu Sauzier Waterfall ale w porze suchej trudno nazwać go wodospadem. Po szybkim powrocie spod wodospadu kierujemy się ku plażom Grand Anse i Anse Barbarons. Tam robimy przerwę na kąpiel w oceanie i plażowanie. Następnie ruszamy ku Anse Louis, która nas zachwyca i gdzie też decydujemy się trochę zostać poleniuchować. Gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi ruszamy w stronę Anse Royale gdzie w Cafe Kreol jemy naszą najdroższą i najgorszą kolację na Seszelach. Wieczorem wracamy do guesthousu.

Dzień 4

Dalszy ciąg jeżdżenia samochodem po wyspie, tym razem w kierunku południowym. Dzień drugi to z założenia praktycznie same plaże stąd poranna ulewa trochę nas martwi. Na szczęście zanim zrobimy sobie pierwszy przystanek po deszczu nie ma śladu. Tego dnia odwiedzamy plaże Anse Parnel, Anse Forbans i Anse Marie Louise. Dwie ostatnie znajdują się przy hotelu DoubleTree by Hilton ale swobodnie można do nich przejść ścieżką obok hotelu. Obie plaże zrobiły na nas ogromne wrażenie. Następnie przejeżdżamy na drugą stronę wyspy ale nie jedziemy główną drogą prowadzącą do Anse Takmaka tylko odbijamy w lewo w Intendance Road prowadzącą do najpiękniejszych wg mnie plaż na wyspie – Anse Bazarca i Petite Police. Już sama droga prowadząca od pewnego momentu przez gaj bananowy jest nieziemsko piękna a te dwie plaże to po prostu kosmos – nie dość, że piasek bielutki i mięciutki a woda lazurowa to w promieniu kilku kilometrów ani żywej duszy. Z Petit Police można dojść przez dżunglę do Police Bay (samochodem już się nie da wjechać) ale nam się już nie chciało. Te dwie plaże na tyle nas zachwyciły, że nie było potrzeby męczyć się bardziej 😉 Obie plaże były piękne ale też na obu ocean był bardzo wzburzony i raczej nie dało się tam bezpiecznie kąpać. W drodze powrotnej robimy postój Anse Intendance gdzie spędzamy jakieś dwie godziny plażując i kąpiąc się w oceanie. Ta plaża jest bardzo długa, bardzo szeroka i idealnie nadaje się na dłuższy odpoczynek. Po zażyciu kąpieli słonecznych i morskich kierujemy się dalej na północ w stronę Baie Lazare, gdzie podziwiamy Anse Gaulettes i Anse Gouvernement. Następnie jedziemy w stronę hotelu Four Seasons. Do hotelu należy plaża Petite Anse (Anse la Liberte). Wejść na teren hotelu może każdy, nie jest wymagana wcześniejsza rezerwacja, trzeba tylko podać imię, nazwisko i nazwę hotelu, w którym spędzamy wakacje. Po wejściu na teren hotelu trzeba kierować się w dół (fajnie i przyjemnie ale wraca się pod górę). Sam hotel robi fenomenalne wrażenie. Jest luksusowy ale nie przytłaczający. Nikt nie robi problemu jeśli chcecie wziąć prysznic czy porobić sobie zdjęcia. A sama plaża oczywiście piękna, kolor wody aż niewiarygodny. Po krótkim spacerze (i kolejnych dziesiątkach zrobionych zdjęć) wracamy na górę, wsiadamy w auto i kierujemy się ku położonej nieopodal Anse Soleil. Nie wiem czy to zmęczenie czy nadmiar pięknych widoków ale ta plaża nie zrobiła już na nas wrażenia stąd po krótkim spacerze wracamy do auta i kierujemy się do Anse Royale, gdzie znów jemy kolację. Tym razem w take-away’u 😉 Wracamy do guesthousu na nocleg.

Dzień 5

Po śniadaniu jedziemy do portu (odwozi nas właściciel guesthousu) i płyniemy na wyspę Praslin. Sama przeprawa trwa godzinę ale w porcie trzeba być godzinę przed wypłynięciem statku, żeby odebrać zarezerwowane bilety i nadać bagaż (procedura wygląda podobnie jak na lotnisku), co ciekawa tylko na Mahe tak było, na pozostałych wyspach po prostu zostawiało się walizki we wskazanym miejscu bez żadnego nadawania ich i obklejania. Po dotarciu do hotelu idziemy na obchód okolicy, robimy zakupy a potem udajemy się na plażę. Poprzez hotelową recepcję wynajmujemy samochód na kolejny dzień.

Dzień 6

Samochodem po Praslin – podobnie jak na Mahe ruszamy dookoła wyspy. Z tą różnicą, że wyspa Praslin jest na tyle mała, że objeżdżamy ją całą w 1 dzień. Zaczynamy z Grand Anse, kierujemy się do Anse Kerlan, próbujemy dostać się na Anse Georgette należącą do hotelu Constance Lemuria ale tu niestety trzeba mieć rezerwację. Teoretycznie trzeba ją zrobić dzień wcześniej, w praktyce okazuje się, że wejścia są zarezerwowane na tydzień do przodu. Postanawiamy w takim razie zobaczyć plażę… z góry. Ruszamy w kierunku Mont Plaisir gdzie wspinamy się na punkt widokowy Viewpoint Anse Georgette. Widok ładny ale bez jakiegoś super szału. Wracamy do Grand Anse i jadąc wzdłuż wybrzeża kierujemy się na samą północ wyspy. Wzdłuż drogi widać piękne zatoczki ale droga jest tak wąska, że nie ma nawet opcji, żeby się gdzieś zatrzymać. Na chwilę przystajemy przy Anse Bateau, Anse Consolation i Anse Marie-Louise. Jedziemy dalej, mijamy port i docieramy do Anse Volbert – Cote d’Or. To jedna z najpopularniejszych plaż. Jest długa, piaszczysta, woda spokojna. Dookoła znajduje się kilka hoteli i sporo restauracji. Zostajemy na plażowanie. Dalej ruszamy w kierunku Anse Petit Cour i Anse Possession. Żadna nie zachwyca nas na tyle, żeby zostać na dłużej. Następnie docieramy do Anse Takamaka należącej do hotelu Raffles. Tu też można bez problemu wejść. I ta plaża urzeknie nas na tyle, że nie dość, że zostaniemy na niej prawie do końca dnia to jeszcze na nią wrócimy. Nieco dalej znajduje się również przyjemna Anse Boudin a na samej północy wybrana kiedyś najpiękniejszą plażą całych Seszeli Anse Lazio. Anse Lazio jest piękna ale bardzo zatłoczona. Zatłoczona oczywiście jak na seszelskie warunki, bo do Mielna w sezonie to jej sporo brakuje 😉 Jest duża, jest szeroka, woda jest lazurowa, skały robią robotę ale dla mnie brakuje jej tego czegoś. Z Anse Lazio wracamy do naszego hotelu w Grand Anse.

Dzień 7

Planujemy wybrać się na Anse Takamaka ale ponieważ nie mamy już auta to zostają nam autobusy. Próbujemy wsiąść do dwóch jadących po sobie, oba są tak zatłoczone, że brakuje nawet miejsc stojących. Wracamy do hotelu i spędzamy dzień na basenie. Wieczorem oglądamy cudowny zachód słońca na plaży Grand Anse.

Dzień 8

Plan dokładnie taki sam jak dzień wcześniej, tym razem wyruszamy wcześniej z hotelu. Autobus tak samo zatłoczony ale tym razem udaje nam się wsiąść i po 40 minutach jazdy jesteśmy na Anse Takamaka. Tam spędzamy praktycznie cały dzień, wieczorem oglądamy zachód słońca na Anse Lazio i wracamy do hotelu.

Dzień 9

Rano spędzamy trochę czasu na basenie, potem jedziemy do portu i płyniemy na wyspę la Digue. Po zakwaterowaniu w guesthousie i wypożyczeniu rowerów ruszamy w pierwszą zapoznawczą podróż. Docieramy na Anse Severe, Anse Patatas, Anse Gaulettes i Anse Grosse Roche. Wracamy na Anse Severe gdzie zostajemy na dłużej, potem powrót do guesthousu i oglądanie zachodu słońca w okolicach portu.

Dzień 10

Rowerem jedziemy w tym samym kierunku co poprzedniego dnia ale docieramy do Anse Patatas (na którą będziemy wracać codziennie) i Anse Fourmis. Następnie wracamy i jedziemy na najsłynniejszą Anse Source d’Argent położoną na terenie l’Union Estate. Objeżdżamy wielką granitową skałę, mijamy plantacje bananów i papai, podglądamy żółwie i przejeżdżając przez plantacje wanilii docieramy do najpiękniejszej plaży świata. Też jest stosunkowo zatłoczona ale ciągnie się kilka kilometrów i im dalej od wejścia tym mniej ludzi. Zostajemy tu praktycznie do końca dnia, wieczorem zachód słońca na Anse Severe.

Dzień 11

Najbardziej męczący dzień całego wyjazdu. Najpierw rowerami docieramy do Grand Anse. Podziwiamy piękną szeroką plażę ale ponieważ nie ma tam nawet kawałka cienia to idziemy dalej przez dżunglę w kierunku Petite Anse. Tu sytuacja wygląda podobnie więc idziemy w kierunku Anse Cocos, która od początku była celem naszej wyprawy. Po przedarciu się przez dżunglę docieramy do tej ogromnej jak na seszelskie warunki plaży i spędzamy tam jakieś 3 godziny. Następnie wracamy tą samą drogą i po obiedzie jedziemy na Anse Patates gdzie zostajemy do końca dnia.

Dzień 12

Plażowanie na Anse Patates, Anse Grosse Roche i Anse Patates.

Dzień 13

Od rana plażowanie na Anse Patates, następnie przeprawa na Mahe. Po dotarciu do guesthousu idziemy pieszo do Victorii (2,5km) gdzie spędzamy nasz ostatni wieczór na wyspie.

Dzień 14

Wycieczka wzdłuż północnego wybrzeża – Anse Nord d’Est, Anse Machabee, Anse L’llot, Anse Glacis, Sunset Beach. Docieramy do Beau Vallon gdzie po raz ostatni korzystamy z seszelskiego słońca i kąpieli w Oceanie Indyjskim. Po południu wracamy do Victorii, jemy ostatni obiad i o 16 ruszamy na lotnisko skąd o 18.30 odlatujemy do Dohy.

Czy z perspektywy czasu coś bym zmieniła? Plan był całkiem dobry ale teraz myślę, że zrezygnowałabym z jednego dnia na Praslin na rzecz Mahe. Praslin nie jest tak ładna i ciekawa jak Mahe. Zdecydowanie dodałabym jeden dzień na największej wyspie archipelagu.

Koszt wyjazdu na Seszele

Nie ukrywam, że na instagramie dostawałam i wciąż dostaję od Was mnóstwo pytań o ceny na Seszelach i o to ile pieniędzy trzeba mieć na taką 2-tygodniową wycieczkę. Nas cały wyjazd kosztował 8 tys. zł za osobę za 2 tygodnie. W tę cenę wliczam absolutnie wszystko – od lotów, hoteli, promów po jedzenie i pamiątki. W tej cenie największy udział miały:

loty – 2800zł

noclegi – 2100zł za osobę

promy – 530zł za osobę

wynajęcie auta – 350zł za osobę

Do tego dochodzi jedzenie (obiad w restauracji typu takeaway 20-30zł, piwo 9zł, woda 3zł/litr, różne przekąski w cenie 1-3EUR ale wiadomo, że przez 2 tyg. trochę się tego zebrało).

Czy te 8 tysięcy to dużo czy mało? To oczywiście duża kwota ale mówimy o 2 tygodniach na Seszelach, na 3 różnych wyspach. Biura podróży oferują wyjazdy na 1 wyspę w cenie 6-7 tys. zł za tydzień (bez wyżywienia). Oczywiście da się jechać na Seszele za mniejszą kwotę. Przede wszystkim można polować na promocje biletów lotniczych (jeśli jesteście elastyczni co do terminu, nam zależało, żeby to była majówka a w okresie długich weekendów bilety zawsze są droższe), noclegi też da się znaleźć tańsze (przede wszystkim na Praslin gdzie u nas był 4-gwiazdkowy hotel, gdyby był guesthouse jak w innych miejscach to ogólna cena wyjazdu by była niższa). Można podróżować w 4 a nie 2 osoby przez co zmniejszą się i koszty noclegów, i wynajęcia auta (ta sama kwota do rozbicia na 4 a nie 2 osoby). No i można oszczędzić na alkoholu. Jedno małe piwo kosztuje 2 EUR, u nas szły takie piwka 3-4 na osobę dziennie (było naprawdę nieziemsko gorąco) co w skali 2 tygodni też daje pokaźną kwotę. Myślę, że w wersji oszczędnej jesteście w stanie spędzić 2 tygodnie na Seszelach za 5,5-6 tysięcy złotych.

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie wyjazdu na Seszele to jak zawsze jestem do dyspozycji, najlepiej pytać na instagramie.

Kolejne wpisy o tym co zobaczyć na poszczególnych wyspach się tworzą.

Seszele na własną rękę – informacje praktyczne jak zorganizować wakacje życia

Seszele – wyspiarski kraj na Oceanie Indyjskim, który rozpala wyobraźnię. Jeśli mam być szczera to Seszele nigdy nie były jakoś specjalnie wysoko na mojej liście podróżniczych marzeń. Ale po zachwycie Malediwami pojawiła się myśl, że może i te Seszele warto kiedyś odwiedzić 😉 A że żadnych innych pomysłów na majówkę nie było to zaczęło się kombinowanie jak polecieć na Seszele i nie zbankrutować 😉

Seszele – jak się dostać z Polski?

Najszybciej i najprościej – jedną z arabskich linii lotniczych z przesiadką w Dubaju lub Dosze. Zarówno Emirates jak i Qatar oferują codzienne loty na główną Seszelską wyspę – Mahe. Ceny lotów zaczynają się od 2500 zł. Nasze kosztowały 2800zł (lot WAW-DOH, DOH-SEZ, SEZ-DOH, DOH-WAW, WAW-POZ). Często można upolować tańsze loty z Mediolanu czy Paryża ale to już raz, że trzeba się wstrzelić w promocję, dwa że do tego Paryża czy Mediolanu też się trzeba jakoś dostać. Ale co kto lubi 🙂

Seszele – dojazd z lotniska i transport po wyspach oraz między wyspami

Między wyspami (Mahe, Praslin i la Digue) kursują promy. Czas przeprawy między Mahe a Praslin to ok. 60 minut, między Praslin a la Digue 10-15 minut i między la Digue a Mahe ok. 90 minut (prom ma przerwę na Praslin). Bilety najlepiej kupić online, później w porcie wymieniacie je tylko na taki fotogeniczny boarding pass 😉

Między Mahe a Praslin latają także lokalne samoloty linii Air Seychelles. Po porównaniu cen i czasu potrzebnego na przeprawę zapadła decyzja, że pomiędzy wyspami będziemy się przemieszczać promami. Ja naprawdę nie lubię morskiego transportu, wszędzie się naczytałam, że na seszelskich promach buja ale uznałam, że skoro i tak będę musiała (z Praslin na la Digue nie da się inaczej dostać chyba, że helikopterem) to już możemy zostać tylko przy promach. Przed pierwszą przeprawą (z Mahe na Praslin) nieco się stresowałam ale zupełnie niepotrzebnie. Zabujało może ze dwa razy, podróż minęła szybko i bezstresowo. Podobnie z Praslin na la Digue (tu po pierwsze króciutko, po drugie nie wypływa się na otwarty ocean). Do trzeciej przeprawy podeszłam już na zupełnym luzie, przecież wcześniej było spoko. A to był taki hardcore, że obiecałam sobie, że jeśli będę miała kiedykolwiek inną opcję transportu to nigdy nie wybiorę promu 😀 Bujało strasznie, fale były ogromne, praktycznie połowa ludzi wymiotowała albo była zielona. Ścięło wszystkich równo – dorosłych i dzieci, turystów i lokalnych. Jeśli tak jak ja boicie się statków i promów to kupcie sobie z i na Praslin bilet na samolot, ceny nie są dużo wyższe a myślę, że komfort jednak większy.

Jeśli chodzi o dojazd z lotniska to jeśli macie ze sobą bagaż (nie ważne jak duży) to zostaje Wam wyłącznie taksówka lub transport zapewniony przez hotel/guesthouse. Zarówno na Mahe jak i na Praslin autobusy jeżdżą przez lotnisko, ale przez to, że są małe i wypchane ludźmi do granic możliwości to nie zabierają turystów z bagażami. Transport z lotniska do portu czy miejsca noclegowego najlepiej zamówić sobie wcześniej, jeśli będziecie łapali transport na lotnisku lub w porcie to zapłacicie więcej (choć można się targować a cenę TRZEBA ustalić wcześniej, bo żaden z naszych taksówkarzy nie włączył taksometru). W porcie na wyspie Praslin spotkała nas mało przyjemna sytuacja. Generalnie tuż przy wyjściu z promu stoją taksówki ale ponieważ nasze bagaże wyjechały ze statku jako jedne z ostatnich to wszystkie taksówki zdążyły się już rozjechać. Zaczepił nas jakiś mężczyzna pytając czy szukamy taxi. Powiedziałam, że oczywiście tak, ustaliłam cenę (wcześniej pytając w hotelu ile powinna kosztować). Mężczyzna wziął nasze bagaże i kazał iść za sobą. Po wyjściu z terenu portu (na taki jakby parking) okazało się, że prowadzi nas do busa, w którym siedzi już kilka innych osób. W tym momencie zapaliła mi się pomarańczowa lampka, powiedziałam, że to nie jest taxi i rezygnujemy. Pan bez problemu oddał nam bagaże, okazało się, że w tym miejscu jest też postój legalnych taksówek i udało nam się dotrzeć bezpiecznie do hotelu. Nasz (już legalny) taksówkarz ostrzegł nas, że ludzie, którzy chcieli nas zabrać nie prowadzą działalności przewozowej, nie mają ubezpieczenia i w razie jakiegokolwiek zdarzenia drogowego nie ponoszą żadnej odpowiedzialności więc uważajcie.

Po wyspach Mahe i Praslin można poruszać się lokalnymi autobusami. Cena biletu jest niska – wynosi 7 SCR (czyli jakieś 2zł) niezależnie od trasy jaką przemierzacie. Bilet kupuje się u kierowcy. Autobusy są stare, zniszczone i przede wszystkim przepełnione. Za klimatyzację robią otwarte okna i takie prowizoryczne wiatraczki. Są przyciski sygnalizowania, że chce się wysiąść ale najlepiej powiedzieć kierowcy gdzie jedziemy, żeby się zatrzymał. Przystanki to w zdecydowanej większości namalowany znak na jezdni, wszystkie są na żądanie więc trzeba machać. A i tak nie jest to gwarancją, że autobus się zatrzyma.

Przejażdżkę seszelskim autobusem proponowałabym zaliczyć jako przygodę i nowe doświadczenie ale niekoniecznie sposób na zwiedzanie wysp. Nasz pierwotny plan nie zakładał wypożyczenia samochodu (o tym za chwilę) ale szybko okazało się, że autobusy to nie jest najlepszy sposób na poznawanie wysp. O ile na Mahe da się zwiedzić wyspę korzystając wyłącznie z autobusów to będzie to po pierwsze bardzo męczące a po drugie to co nam się udało zobaczyć przez 2 dni jeżdżenia samochodem trzeba by zrobić w tydzień. Faktem jest, że na Mahe autobusy dojeżdżają w każdy zakątek wyspy. Na popularniejszych trasach jeżdżą co 20-30 minut, na mniej popularnych raz na godzinę albo i rzadziej.

Główny dworzec znajduje się w Victorii – stąd ruszają busy w każdym kierunku. Jeśli koniecznie chcecie zwiedzać wyspę lokalnym transportem to rozważcie zakwaterowanie gdzieś w okolicy Victorii. Czeka się grzecznie w kolejce, nikt się nie pcha, pełna kultura 😉

Na wyspie Praslin autobusy są mniejsze niż te na Mahe, jeżdżą rzadziej i zawsze ale to zawsze są załadowane do granic możliwości. Tak, że nawet miejsc stojących brakuje… Więc na Praslin jeden dzień przyszło nam spędzić na hotelowym basenie po tym jak nie udało nam się dostać do dwóch kolejnych autobusów jadących w kierunku plaży. Ponieważ kolejny był za 2 godziny to nie było sensu czekać i trzeba było wrócić do hotelu. Także o ile na Mahe zwiedzanie autobusami może nie będzie szczególnie komfortowe i będzie trwało długo to jest jak najbardziej możliwe, na Praslin wygląda to dużo gorzej. Do tego większość linii wyrusza w ostatni kurs w okolicach godziny 18, najpóźniej 18.30.

Rozwiązaniem okazało się wynajęcie samochodu. Na Mahe kosztuje to 50 EUR za dobę (już z ubezpieczeniem). Przy wynajęciu na 2 dni koszt wynosi 45 EUR za dzień. Czyli wypożyczenie auta na 2 dni kosztowało nas 90 EUR. Plus kilkanaście euro za benzynę ale udało nam się przez te 2 dni zjechać wyspę wzdłuż, wszerz i dookoła. Na Praslin ceny są wyższe. Doba wynajęcia samochodu to koszt 50 EUR + 10 EUR ubezpieczenie. Przy wypożyczeniu na dłuższy czas nie ma zniżek tak jak na Mahe. Samochody można wypożyczyć na lotnisku, w porcie (tu lepiej sobie zarezerwować wcześniej przez internet), a jeśli na miejscu to w jednej z wypożyczalni, bądź najprościej – poprosić w recepcji hotelowej o pomoc. Nam zdarzyło się na Mahe poprosić o wynajęcie auta w przypadkowym hotelu, nie w naszym guesthousie. Nikt nie robił problemów. Wynajęcie auta do zwiedzania wysp jest bardzo popularne wśród turystów, praktycznie wszystkie hotele i guesthousy mają swoje (bezpłatne) parkingi. Jedyny parking za jaki przyszło nam płacić to w Victorii ale też jakieś śmieszne pieniądze – 10 SCR za 2 godziny.

Na wyspie la Digue obowiązuje ruch rowerowy. Jest kilka samochodów i taksówek, większość guesthousów ma też meleksy ale turyści poruszają się po wyspie rowerami. Nie da się ukryć, że tworzy to specyficzny, bardzo fajny klimat wyspy. Wypożyczenie roweru kosztuje 100 – 150 SCR (6-10 EUR) za dzień, przy dłuższym czasie lub wypożyczeniu większej ilości rowerów można liczyć na zniżki. Rowery załatwią Wam właściciele guesthousu (i maszyny podwiozą Wam pod dom) albo możecie skorzystać z jednej z licznych wypożyczalni na wyspie (kilka znajduje się tuż przy porcie). Rowery są wysłużone, nie mają przerzutek (a pod górki trzeba podjeżdżać), a za koszyki służą koszyki takie z jakimi robimy zakupy w markecie 😀 Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju 😉 W przypadku rowerów też obowiązuje ruch lewostronny.

Seszele – pogoda, klimat, kiedy jechać?

Temperatury przez cały rok utrzymują się na podobnym poziomie – ok. 26 – 30 stopni w dzień i 22 – 26 w nocy. Teoretycznie od listopada do marca trwa pora deszczowa ale sami mieszkańcy potwierdzają, że od kilku lat jest mniej więcej tyle samo opadów o każdej porze i sezon trwa okrągłe 12 miesięcy. Podczas naszego pobytu padało kilka razy ale zawsze wieczorem (już po zachodzie słońca) i w nocy. Za dnia była piękna słoneczna pogoda z mniejszym lub większym zachmurzeniem. W wielu miejscach piszą, że najlepsze miesiące do odwiedzenia Seszeli to kwiecień i maj.

30 stopni wydaje się fajną i przyjemną temperaturą na wakacje. Na Seszelach to 30 stopni potęgowane jest przez niemal 100% wilgotność, przez co wydaje się jakby było 50. A w słońcu to chyba nawet z 70. Ja lubię ciepło ale nie ukrywam, że na Seszelach byłam już wykończona upałem. Zwłaszcza jeśli w tym upale trzeba było jechać rowerem… pod górę… 😉

Seszele – gdzie spać?

Mam wrażenie, że Seszele to kierunek, który można zrobić albo budżetowo, albo luksusowo. Nie ma nic pomiędzy. Na Seszelach nie spotkacie 2- i 3-gwiazdkowych hoteli. Zostają Wam skromne (choć w mojej opinii i tak godne polecenia) guesthousy albo bardzo drogie luksusowe resorty. 4-gwiazdkowe hotele można policzyć na palcach jednaj ręki.

Generalnie baza noclegowa na wyspach nie jest bardzo rozbudowana. Wynika to z polityki rządu, który dba o to, by na wyspach nie rozwinęła się turystyka na taką skalę jak w innych miejscach na świecie. Seszele są i mają być dla wybranych. Z tego względu koniecznie zarezerwujcie noclegi z odpowiednim wyprzedzeniem. Nie liczcie na to, że znajdziecie coś na miejscu. Zresztą już przy wylocie na Seszele będziecie proszeni o okazanie potwierdzenia rezerwacji noclegu (nas pytano o to w Warszawie). Nie otrzymacie również wizy na lotnisku w Mahe jeśli nie podacie adresu Waszego noclegu.

Nasze noclegi okazały się świetnym wyborem więc z czystym sumieniem mogę je Wam polecić.

Nasz pierwszy nocleg na wyspie Mahe to Guesthouse le Triskell. Położony w tropikalnym ogrodzie, w okolicy Anse aux Pins. Bardzo duży pokój i spora łazienka zarówno z wanną, jak i prysznicem. Jest też lodówka i taras. W cenie noclegu jest genialne śniadanie z talerzem świeżych owoców. Właściciele pokażą Wam nawet, z którego drzewa zrywali dla Was marakuje i awokado 🙂 Do plaży i przystanków autobusowych 10 minut spacerem, niestety z powrotem pod górę 😉 W okolicy znajduje się kilka sklepów spożywczych.

Nasz drugi nocleg na Mahe (po powrocie z Praslin i la Digue) to kolejny guesthouse – tym razem Chez Lorna w okolicy Anse Etoile (w północnej części wyspy). Podobnie jak le Triskell położony jest w pewnym oddaleniu od głównej drogi ale spokojnie można się przespacerować, w okolicy też jest sklep i chińska restauracja z ofertą take-away. Ten apartament był bardzo duży, miał w pełni wyposażoną kuchnię i widoczny na zdjęciu cudowny taras. Jedyny minus był taki, że apartament składał się z 2 pomieszczeń, klimatyzacja była tylko w jednym z nich.

Na Praslin wybór noclegów jest mniejszy. Nasz wybór padł na Oasis Hotel Restaurant & SPA. Jest to jeden z niewielu 4-gwiazdkowych obiektów na wyspach. Taki normalny, dobry ale nie jakoś specjalnie luksusowy hotel. Położony w bardzo fajnym miejscu – Grand Anse – naprzeciwko plaży. Zachody słońca były tam chyba najpiękniejsze ze wszystkich. Ma też basen co okazało się uratowało nam jeden dzień wakacji, ale o tym później 😉 Przestronny pokój z tarasem, dużą łazienką i lodówką. W okolicy dwa sklepy (tańszy dla lokalsów, który polecam i droższy dla turystów), tuż obok take-away z bardzo dobrym jedzeniem (przepyszna ośmiorniczka w curry). Do przystanku autobusowego rzut beretem.

Na wyspie la Digue nasz wybór padł na Kot Babi Guesthouse położony tuż przy porcie. Początkowo wydawał się nie do końca dobrym wyborem (po tych wszystkich ogromnych łazienkach tam była taka zwykła, mała tylko z kabiną prysznicową). Ale ostatecznie nic mu nie można zarzucić. Położony blisko plaży (Anse Severe), 3 kroki od portu, z przemiłymi właścicielami. Do tego miał chyba najfajniejszy taras ze wszystkich gdzie można było posiedzieć wieczorem (smarując się wcześniej muggą, bo komarów na la Digue było najwięcej).

Seszele – co zjeść?

Kuchnia kreolska jest specyficzna, mi nie do końca odpowiada. Jest też dosyć ostra, a na pewno bardzo doprawiona więc zanim zamówicie zapytajcie o poziom ostrości 😉

Ceny w restauracjach są bardzo wysokie i nie idą niestety w parze z jakością. Zdarzyło nam się zjeść w polecanej tu i ówdzie Cafe Kreol na wyspie Mahe i jeśli mogę coś poradzić – omijajcie to miejsce. Poza pięknym widokiem na plażę (nie najpiękniejszą na wyspie ale zawsze…) nie oferuje nic więcej godnego uwagi. Począwszy od zmanierowanej obsługi skończywszy na fatalnym jedzeniu i wysokich cenach (prawie 10 EUR za 0,5l wody!). Surowa ryba była zupełnie bez smaku, niedoprawiona, podana z niedojrzałym mango. Curry z kurczaka okazało się być curry z kości a nie z mięsa.

Gdzie w takim razie jeść, żeby się najeść, żeby było smacznie i żeby nie zbankrutować? W tzw. take-away’ach. Są to takie jadłodajnie, gdzie wbrew nazwie są też stoliki i można zjeść na miejscu. W budce zamawiacie jedzenie, dostajecie wraz ze sztućcami i możecie zabrać do hotelu albo zjeść na miejscu. Take-away’e są na wszystkich wyspach, o dziwo najwięcej jest ich na najmniejszej wyspie la Digue i tam są też najtańsze. Na Mahe cena posiłku wynosi zazwyczaj 100 SCR, na Praslin 70-80 SCR a na la Digue najecie się już za 50 – 60 SCR. Menu codziennie jest inne, zazwyczaj jest jakieś curry (z kurczaka, wołowiny, ryby, owoców morza lub wegetariańskie), często ryba, często jakiś makaron z warzywami w stylu azjatyckim. Spora część take-away’ów oferuje też pizzę. Większość tego typu knajp jest czynnych w porze lunchu (12-15), a następnie kolacji (18-21/22). Niektóre są czynne przez cały dzień, zdecydowana większość jest zamknięta w niedziele. Uwaga, płatność tylko gotówką.

Na Seszelach warto spróbować lokalnego piwa Seybrew oraz cydru Slow Turtle. Dla miłośników mocniejszych trunków rum Takamaka. Występuje w wersji białej, ciemnej, ciemnej 8 lat leżakującej (ten jest najdroższy), kokosowej i ananasowej. Butelka 0,5 l w sklepie kosztuje 150 SCR (10EUR).

Na Seszelach nie brakuje też kokosów. I to nie tylko endemicznych coco de mer ale też tych zwykłych. Za kokosa do picia trzeba zapłacić 50 SCR. Albo można sobie samemu zerwać z palmy, otworzyć i wypić. Ja nie jestem zwolenniczką tego napoju i na Seszelach po raz kolejny przekonałam się, że nie są to moje smaki. Mleczko kokosowe – owszem, ale woda nie.

Seszele – wiza, przepisy wjazdowe

Wiza nie jest potrzebna przy pobycie do 90 dni. Otrzymujemy tylko pieczątkę do paszportu. Jedną z najpiękniejszych jakie mam w swoim już prawie zapełnionym dokumencie. Pieczątka ma kształt coco de mer – słynnego seszelskiego kokosa.

W samolocie otrzymacie do wypełnienia dokumenty wjazdowe i deklarację celną. Przy okienku zostaniecie zapytani o wszystkie noclegi (jeśli je zmieniacie to musicie podać wszystkie). Nie trzeba było okazywać potwierdzeń rezerwacji noclegów, uwierzono nam na słowo 😉 Ale zależy na jakiego urzędnika się trafi, bo w okienkach obok ludzie wyciągali papiery. Generalnie cała ta procedura trochę trwa, kolejki są spore, idzie wszystko dość wolno.

Seszele – co można przewozić?

Jak na wielu innych egzotycznych tak i na Seszelach dość restrykcyjnie podchodzi się do wwożenia żywności. Zapomnijcie o kabanosikach i świeżych owocach. Na wyspy możecie zabrać z Polski co najwyżej orzeszki, ciasteczka czy litr alkoholu (na osobę). U nas co prawda nikt tego nie kontrolował ale po doświadczeniach z innych egzotycznych krajów mogę powiedzieć – nie ryzykujcie i nie próbujcie wwozić nic zakazanego. A zakazane jest przede wszystkim mięso w każdej postaci oraz świeże warzywa i owoce.

Seszele – szczepienia, zdrowie

Jeśli lecicie z Polski lub Europy to żadne szczepienia nie są wymagane. Jednak jeśli przylatujecie z któregoś afrykańskiego kraju będącego rejonem występowania żółtej febry to musicie mieć szczepienie na tę chorobę poświadczone w książeczce szczepień. Jest to o tyle istotne, że czasem jakieś promocyjne loty z Europy są z przesiadką w którymś z afrykańskich krajów co później nieco komplikuje wjazd na Seszele.

Na wyspach nie ma żadnych specjalnych zagrożeń epidemiologicznych ale jest to kraj dla nas egzotyczny i warto zaszczepić się (odpowiednio wcześniej przed wyjazdem) na tężec/błonicę, WZW A i B, dur brzuszny. Zagrożenie malarią i dengą na wyspach nie występuje ale są komary więc zabierzcie repelent. O dziwno na Mahe i Praslin tych komarów prawie nie było, za to na la Digue było ich bardzo dużo. Uaktywniały się zdecydowanie wieczorami. Mi przez 2 tygodnie zeszło 1 opakowanie muggi. A wzięłam 4 😀 Więc też nie przesadzajcie z ilością.

Seszele – waluta, ceny

Walutą obowiązującą na Seszelach jest rupia seszelska – SCR. 1 EUR=15 SCR (stan na maj 2019). Na wyspach nie brakuje kantorów, wymieniać można EUR, USD (uwaga, tylko banknoty wydane po 2009 roku) i GBP. Kursy praktycznie wszędzie były takie same (na lotnisku i na wszystkich wyspach). W zdecydowanej większości miejsc można płacić kartą (minimalna wartość rachunku musi wynosić 100 SCR). Na wyspach jest też sporo bankomatów ale uwaga, po pierwsze część z nich obsługuje tylko karty VISA a po drugie bankomaty nie działają w święta państwowe (jakież było nasze zdziwienie gdy 1 maja – na Seszelach również Święto Pracy – żaden bankomat nie chciał nam wydać pieniędzy), a część nie działa także w niedziele.

Seszele – bezpieczeństwo

Generalnie jest bezpiecznie, tubylcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów ale trzeba zachować rozsądek. Najbezpieczniej jest na pewno na la Digue, tam nie ma się czego obawiać, rowerów nie trzeba przypinać (nikt tego nie robi), nikt ich nie ukradnie. Przy wypożyczeniu samochodu na Mahe i Praslin zwracano nam uwagę, żeby rzeczy chować do bagażnika, nie zostawiać nic na wierzchu.

Podróżując po Mahe i Praslin z pewnością napotkacie różne dziwne typy ludzi. W większości niegroźne ale czasem nieprzyjemne. Nam raz się zdarzyło, że nas ktoś zaczepił i chciał, żeby mu dać pieniądze na bilet, a przy wodospadach Sauzier była grupka mało przyjemnych wyrostków. Generalnie żadna nieprzyjemna czy niebezpieczna sytuacja nam się nie wydarzyła ale weźcie pod uwagę, że mnóstwo mieszkańców Seszeli ma problem z alkoholem a także, a może przede wszystkim, z narkotykami. Po pijanych i naćpanych ludziach nigdy nie wiadomo czego się spodziewać więc zachowajcie ostrożność. Niektóre mijane osoby wyglądały tak przerażająco, że nie chciałabym ich spotkać w ciemnej uliczce. Generalnie po zmroku nie zdarzało nam się wychodzić. Po pierwsze dlatego, że na Seszelach nic się nie dzieje, życie nocne nie istnieje a po drugie do tych miejsc zakwaterowania trzeba jakoś wrócić a ulice nie są oświetlone. Często trzeba wracać wzdłuż drogi bez chodnika czy nawet jakiegokolwiek pobocza.

Oglądając gdziekolwiek zachody słońca (magiczne i jedne z najpiękniejszych jakie w życiu widziałam!) też weźcie pod uwagę, że słońce zachodzi ok. 18.15, do 18.30 jest piękna poświata ale o 18.45 jest już zupełnie ciemno i czarno.

Na Seszelach trzeba uważać przede wszystkim na… słońce. Wyspy są położone bardzo blisko równika i słońce operuje tu naprawdę silnie. Krem z filtrem co najmniej 30 to podstawa. Do tego czapka lub kapelusz i zapas wody, zawsze. Bo sklepu nie znajdziecie za każdym rogiem ani przy każdej plaży. A jeśli jakiś jest to po pierwsze nigdy nie wiadomo kiedy jest otwarty (tu sjesta rządzi się swoimi prawami), a po drugie te sklepy wyglądają tak jak na powyższym zdjęciu.

Przed wyjazdem zastanawiało nas czy na Seszelach są rekiny. Okazuje się, że zagrożenie nie jest duże ale raz na jakiś czas zdarzają się ataki. Ostatni miał miejsce 2 lata temu gdy na bardzo popularnej Anse Lazio (wyspa Praslin) łupem rekina padł 28-latek spędzający na wyspach podróż poślubną. Podobne przypadki na szczęście zdarzają się na wyspach rzadko ale zdarzają się.

Generalnie kąpiąc się w oceanie trzeba uważać. Przy wielu plażach widnieją ostrzeżenia o silnych falach i prądach. Wszystkie plaże na Seszelach są niestrzeżone, w większości bezludne, więc możecie liczyć tylko na siebie. Dodam z doświadczenia iż fale na niektórych plażach są naprawdę duże i silne.

Seszele – co zabrać?

Seszele to cywilizowany kraj i wszystko można kupić na miejscu. Jedyny problem jest taki, że ceny mogą być naprawdę wysokie. Nie zapomnijcie przede wszystkim o przejściówce do prądu – na Seszelach są brytyjskie wtyczki. Weźcie odpowiedni zapas kremów i olejków z filtrami – słońce operuje a ceny w lokalnych sklepach są BARDZO wysokie. Koniecznie jakiś preparat na komary – zwłaszcza jeśli wybieracie się na wyspę la Digue.

Seszele – co kupić, co przywieźć?

Ci, którzy czytają bloga od początku wiedzą, że nie jestem zwolenniczką durnostojek ani żadnej chińszczyzny. Najchętniej przywożę praktyczne (najlepiej kulinarne) pamiątki. Z Seszeli przyjechała ze mną butelka rumu Takamaka. Jeśli chcecie przywieźć małą (0,375l) to kupcie w sklepie, jeśli większą (1 litr) to najbardziej opłaca się kupić na lotnisku. Ponadto zakupiłam olej kokosowy (200ml za 150 SCR ale chyba trochę przepłaciłam, dałoby się kupić taniej). Na Seszelach uprawia się wanilię i inne przyprawy stąd warto przywieźć olejek waniliowy i sproszkowane przyprawy. Na Seszelach jest też fabryka herbaty i herbatę aromatyzowaną wanilią lub cynamonem też warto kupić. Fajną pamiątką (dla kobiety zawsze) jest biżuteria, o dziwo największy wybór i najniższe ceny są na lotnisku. Ja kupiłam bransoletkę z coco de mer.

Seszele – czy to raj na ziemi?

Wszystkim tak się właśnie Seszele kojarzą i niw ukrywam, że ja przed wyjazdem też myślałam, że to miejsce, do którego będę chciała wracać i wracać. Prawda jest taka, że każde, nawet najpiękniejsze miejsce, jest trawione przez swoje problemy i nie inaczej jest na Seszelach. Wyspy są naprawdę przepiękne i każdemu polecam zobaczenie ich ale mówienie o raju na ziemi to albo nadużycie albo nieświadomość.

To co rzuciło nam się w oczy już od pierwszego dnia to… śmieci. Wyspy (zwłaszcza Mahe) są zasypane butelkami, papierkami i innymi odpadami. Dojście na jakąkolwiek plażę wymaga przejścia przez chociażby niewielki kawałek dżungli, dżungli niestety tonącej w śmieciach. Z czego to wynika? Teoretycznie na wyspach jest program segregacji odpadów ale niestety Seszele to miejsce gdzie nie brakuje alkoholizmu i narkomanii. Jak opowiadał właściciel jednego z naszych guesthousów – na trzeźwo ludzie pilnują, żeby po sobie sprzątać. Ale po spożyciu czegokolwiek wszystkie śmieci zostają na plaży/w dżungli. Mieszkańcy Seszeli mają problem z alkoholem. Jak sami mówią – pijają herbatkę. Lokalnie pędzony alkohol, niskoprocentowy ale spożywany w nadmiernych ilościach powodujący uzależnienie i problemy znane chociażby u nas. Druga rzecz to narkotyki. W związku z tym, że na wyspach niewiele się uprawia i produkuje to praktycznie wszystkie produkty muszą być importowane z Azji, Europy lub Afryki. To niestety daje możliwość przemytu narkotyków, które są na wyspach problemem jeszcze większym niż alkohol. Uzależnionych ludzi jest naprawdę mnóstwo co powoduje, że na archipelagu brakuje rąk do pracy. Rozwiązaniem okazało się sprowadzanie pracowników z… Indii. Więc w sklepach czy za kierownicą autobusu spotkacie Hindusów. A lokalesi zajmują się piciem lub innymi wątpliwymi przyjemnościami. To jest ta ciemna strona raju, o której istnieniu większość turystów zdaje się nie mówić. Ale ktoś chcący podróżować świadomie nigdy nie powie, że Seszele to raj na ziemi. Poza alkoholizmem i narkomanią problemem wysp jest zwyczajna bieda. Średnia pensja wynosi 200 EUR a ceny w sklepach są takie jak w Europie zachodniej. Dla większości ludzi codzienne zakupy są problemem nie do przeskoczenia a kwestie takie jak zakup mieszkania czy domu są wręcz nierealne. Stąd większość Seszelczyków mieszka w wielopokoleniowych domach.

Seszele – którą wyspę wybrać?

Seszele to archipelag ponad 100 wysp i zobaczenie ich wszystkich podczas jednej podróży jest po prostu niemożliwe. Najpopularniejsze są te 3 odwiedzone przez nas – Mahe, Praslin i la Digue. Jeśli lecicie na Seszele na 2 tygodnie to spokojnie zdążycie zobaczyć wszystkie trzy. Jeśli wybieracie się na krócej to proponowałabym skupić się na Mahe – wyspa jest spora, większość turystów ucieka z niej od razu na Praslin lub na la Digue. Zwłaszcza na południu jest mnóstwo pięknych plaż, na których będziecie zupełnie sami. La Digue jest przeurocza ale niestety bardzo komercyjna. Na każdej plaży spotkacie mniej lub więcej turystów. Praslin podobała nam się najmniej. Sporo osób decyduje się spędzić wakacje wyłącznie na tej wyspie a naszym zdaniem pozbawia się tym samym możliwości zobaczenia tego co Seszele mają najpiękniejsze do zaoferowania. Praslin warto zobaczyć, nie mówię, że nie ale 2 dni tutaj w zupełności wystarczą.

Seszele na własną rękę – czy to skomplikowane?

Znacznie mniej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. Dużym ułatwieniem podróży na własną rękę na Seszele jest to, że na wyspach angielski jest językiem urzędowym, mówią w tym języku absolutnie wszyscy więc bez problemu można się komunikować.

Myślę, że mając taki przewodnik jak to co Wam opisałam organizacja wyjazdu na Seszele nie będzie żadnym problemem 😉 Ja sama planując wyjazd korzystałam w przewodnika Pauliny Falkowskiej (nie polecam, mało praktycznych informacji no i brak zdjęć co powinno go zdyskwalifikować od samego początku) oraz z innych blogów. Chyba pierwszy raz aż w tak dużym stopniu opierałam się na informacjach i rekomendacjach z innych blogów i… mam nauczkę na przyszłość, żeby podchodzić do blogowych informacji z większym dystansem. Polecane restauracje okazywały się niewypałem a zachwalane plaże okazywały się nie istnieć lub istnieć pod inną nazwą 😉 Rozumiem, że każdemu zdarzają się błędy i literówki ale jeśli są namiętnie powtarzane to trudno mówić o pomyłce. Mam wrażenie, że niektórzy przeczytają o jakimś miejscu i powielają informacje na swoich blogach nie sprawdzając ich osobiście. Przepraszam za tę dygresję ale wracając do pewnych wpisów dziś, już z perspektywy osoby, która te Seszele zjechała i zeszła wzdłuż i wszerz, mam wrażenie, że niektórzy blogerzy odwiedzili najpopularniejsze plaże ale opisali wszystkie, łącznie z tymi, na których nie byli. Dając praktyczne wskazówki jak tam dotrzeć 😀 Trochę śmieszne, bardziej straszne i przykre.

Seszele czy Malediwy?

Właściwie nie wiem czemu porównuje się te dwa miejsca, bo są one zupełnie różne. Jedno i drugie piękne, jedno i drugie warte odwiedzenia. Z pewnością Seszele są bardziej różnorodne. Lecąc na Malediwy, nie oszukujmy się, większość jeśli nie cały czas będziecie spędzać na wyspie, na której znajduje się Wasz hotel. Wyprawa na inne wyspy to operacja długa, kosztowna i skomplikowana. Będąc na Seszelach dostęp do różnych plaż, parków i miejsc jest dużo łatwiejszy. Owszem, czasem trzeba się pomęczyć, ale generalnie jest dużo łatwiej coś zwiedzić niż na Malediwach. Z całego serca polecam oba te miejsca, w obu spędziłam jedne z najlepszych wakacji w swoim życiu. Jeśli nie byliście w żadnym z nich i zastanawiacie się które wybrać najpierw to moja odpowiedź brzmi Seszele. Jeśli zastanawiacie się gdzie taniej uda się zorganizować wakacje życia – to z pewnością Malediwy. Jeśli chodzi o takie kierunki wakacyjno-plażowe to są Seszele i jest reszta świata. Jeśli słyszeliście, że najpiękniejsze plaże są na Dominikanie czy na Zanzibarze to znaczy, że ktoś kto to mówi/pisze nie był na Seszelach 😀 Tylu pięknych plaż co przez te 2 tygodnie nie widziałam przez całe swoje życie i setki podróży. Serio, serio.

Ale… jeśli ja bym miała gdzieś wrócić to wolałabym na Malediwy. Na taki totalny chill, relaks i odcięcie od świata. No i klimat tam jest łagodniejszy co nie jest bez znaczenia. Bo Seszelskie upały w połączeniu z wilgotnością jednak dają w kość. Może trzeba było tu przed 30tką przylecieć 😛

EDIT: Wpisy o tym co zobaczyć na Seszelach już są gotowe. Wystarczy kliknąć 🙂

Plan i kosztorys 2-tygodniowej podróży dzień po dniu

Zwiedzanie wyspy Mahe

Zwiedzanie wyspy Praslin

Zwiedzanie wyspy la Digue

Wyspy Zielonego Przylądka – wyspa Sal

Wyspy Zielonego Przylądka były moim pierwszym spotkaniem z Afryką. Było to już parę ładnych lat temu, kiedy nie były jeszcze tak popularnym jaki dziś celem wakacyjnym.

Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde) to archipelag położony 450 km na zachód od wybrzeża Afryki rozsławiony na świecie przez pochodzącą z wysp Cesarię Evorę. Znana na całym świecie pieśniarka śpiewała głównie po kreolsku, czyli w języku wysp. Zmarła w 2011 roku artystka jest pochowana w swoim rodzinnym mieście Mindelo. Jeśli doczytacie ten wpis do końca i obejrzycie zdjęcia dojdziecie do wniosku, że wyspy zielone są wyłącznie z nazwy. Nic bardziej mylnego. Wyspa Sal rzeczywiście jest pustynna i wulkaniczna ale pozostałe wyspy archipelagu to bujna zieleń. Piszą się na bloga ale pojawią się pewnie dopiero za kilka miesięcy.

Sal to najpopularniejsza wśród turystów wyspa archipelagu. Tu znajduje się najwięcej hoteli, najpiękniejsze plaże o złotym piasku i turkusowy ocean. Sal jest wyspiarskim przedłużeniem Sahary, a ze względu na panujące tu warunki nazywa się ją afrykańskimi Hawajami. Ja na Hawajach (jeszcze) nie byłam więc póki co nie mogę powiedzieć ile ma to wspólnego z rzeczywistością. Wyspa na pewno jest rajem dla wszystkich wind- i kitesurferów, warunki do uprawiania tych sportów są na wyspie idealne.

Wyspa Sal – co zobaczyć?

Wyspa jest niewielka, ma powierzchnię 216 kilometrów kwadratowych, i spokojnie można ją zwiedzić w jeden dzień.

Jedną z największych i najbardziej rozpoznawalnych atrakcji wyspy, od której zresztą wzięła swoją nazwę, są saliny Pedra de Lume. Ulokowane w kraterze wygasłego wulkanu i świetnie zachowane stanowią unikatowe miejsce na mapie świata. Całe saliny, łącznie z korytarzem pod skałami powstałym w wyniku wybuchu wulkanu, są dziełem natury. Rola człowieka ograniczyła się wyłącznie do stworzenia systemu transportu soli. Saliny są zabytkiem dziedzictwa narodowego Cabo Verde, są przygotowywane do wpisania na listę dziedzictwa UNESCO.

Ogromne połacie soli w wulkanicznym kraterze to rzeczywiście widok jedyny w swoim rodzaju. Wydobycie soli sięgało tu milionów ton. Do lat 80-tych sól eksportowano głównie do Portugalii (wyspy przez wiele lat były pod panowaniem portugalskim).

Wody Pedra de Luma mają właściwości terapeutyczne, podczas zwiedzania salin jest możliwość kąpieli, po której można wziąć prysznic (za opłatą 1 EUR). Kąpiel jest dokładnie na tej samej zasadzie co w Morzu Martwym – można leżeć czytając gazetę. Ja szczerze mówiąc odpuściłam sobie kąpiel. To był jeden z pierwszych punktów zwiedzania wyspy, nie chciałam się kleić do końca dnia. Wstęp do Salin kosztuje 5 EUR. Będąc na Wyspach koniecznie trzeba to miejsce odwiedzić!

Santa Maria – największe miasto wyspy Sal

Największym ośrodkiem miejskim wyspy Sal jest Santa Maria założona w 1830 roku. Miejscowość tworzy tak naprawdę jeden plac, kilka ulic i kościołów. Życie lokalnej ludności koncentruje się przy plaży i na pomoście. W mieście jest kilka domków i sklepików. Teraz buduje się tam coraz więcej hoteli i atrakcji typowo turystycznych. Obawiam się, że za kilka lat będzie (a może już jest?) typowym kurortem znanym z innych regionów świata. Pomost przy plaży jest miejsce gdzie codziennie rybacy wypływają w ocean i wracają ze świeżymi rybami, które są pożywieniem i dla miejscowych, i dla turystów.

Buracona i Błękitne Okno

Zwiedzając wyspę nie można pominąć Buracony, zwanej pieszczotliwie wielką dziurą. Skalista zatoka zlokalizowana jest w dawnym kraterze. Turkusowa woda kontrastująca z czarnymi klifami – widok jak z kosmosu. To miejsce przywodzi na myśl Lanzarote – krajobrazy są bardzo zbliżone. W końcu obie wyspy powstały w wyniku wybuchu wulkanów.

Terra Boa – fatamorgana na pustyni

Jak już wspominałam na początku wyspa Sal to było moje pierwsze spotkanie z Afryką. Tu po raz pierwszy wybrałam się na pustynię, tu też po raz pierwszy doświadczyłam zjawiska fatamorgany. I co ciekawe mimo kilkudziesięciu kolejnych podróży i odwiedzonych krajów jest to jedyna fatamorgana jaką widziałam w swoim życiu. Trudno opisać wrażenia – to jest jedno z tych doświadczeń, które trzeba po prostu przeżyć. Coś tak absolutnie niewiarygodnego, że patrzysz w przestrzeń i nie wiesz czy to co widzisz istnieje naprawdę czy tylko w Twojej głowie. Magia! Jedno z najcudowniejszych podróżniczych doświadczeń.

Kenia – wakacje w Afryce

Kenia – afrykański kraj, który w przeciwieństwie do Zanzibaru nie kojarzy się z białymi plażami tylko z dzikimi zwierzętami. Czy słusznie?

Jak się dostać z Polski do Kenii?

Kenia jest popularnym celem wakacyjnym Polaków i najłatwiej dostać się tam samolotem czarterowym z jednym z biur podróży. Raz oferują one przeloty szerokokadłubowcami (co jest i wygodniejsze, i szybsze), raz mniejszymi samolotami, które muszą wykonać po drodze międzylądowanie. Na chwilę obecną loty dostępne są z Warszawy i Katowic.

Poza czarterami mamy oczywiście do dyspozycji praktycznie wszystkie linie tradycyjne, które z jedną lub częściej dwoma przesiadkami zabiorą nas do stolicy Kenii Nairobi lub do Mombasy będącej idealnym punktem wypadowym do zwiedzania wybrzeża.

Dojazd z lotniska w Mombasie na wybrzeże trwa niestety długo a wszystko za sprawą konieczności przeprawy promowej pomiędzy wyspą a stałym lądem. Sama przeprawa przez zatokę Kilindini to tylko 500 metrów ale promy kursują rzadko i czasem trzeba czekać na niego kilkadziesiąt minut. Od lat w planach jest wybudowanie mostu ale cały czas brakuje środków. Chyba za mało turystów przyjeżdża do Kenii. Okazuje się, że nawet tak krótka przeprawa może być niebezpieczna – w 1994 zatonął przepełniony prom, zginęły 272 osoby.

Najlepsza pogoda – kiedy lecieć do Kenii?

Najlepszy czas na odpoczynek na wybrzeżu to pora sucha od grudnia do końca lutego. W tym czasie też ja byłam w Kenii. Od kwietnia do czerwca panuje apogeum pory deszczowej. Czas od lipca do końca listopada to okres zmiennej pogody – dni słoneczne będą się przeplatały z deszczowymi. Często jest tak, że pada tylko wieczorami i w nocy. W zwiedzaniu i odpoczynku to może nie przeszkadza ale wybierając czas podróży pamiętajcie, że pora deszczowa to zdecydowanie większa ilość komarów! Ja w lutym widziałam tylko jednego i to ostatniego wieczora.

Wiza i przepisy wjazdowe

Podróżując do Kenii musimy posiadać paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od chwili przekroczenia granicy z Kenią. Dla mnie to oczywista oczywistość ale muszę to napisać, bo wielokrotnie spotykam się z nieprawidłowym rozumowaniem 6-miesięcznej ważności paszportu. Chodzi o datę ważności (wygaśnięcia) paszportu a nie jego wydania. Więc możecie wyrobić paszport tuż przed podróżą, niekoniecznie pół roku wcześniej. Niezbędne są 2 wolne strony na wizę.

Wizę można bez problemu otrzymać na lotnisku po przylocie uiszczając opłatę 50 USD.

Przylatując do Kenii warto pamiętać, że do kraju można wwieźć tylko 1 butelkę alkoholu, 1 flakon perfum i 200 sztuk papierosów. Nie wolno wwozić narkotyków, pornografii, nasion, roślin, surowego mięsa, broni i materiałów wybuchowych.

Z Kenii nie wolno wywozić wyrobów z kości słoniowej, muszli, koralowców ani skór dzikich zwierząt.

Jedzenie – co zjeść w Kenii?

Podstawą mojego wyżywienia były owoce – przede wszystkim mango i marakuje, a także owoce morza. Kenia położona jest nad oceanem więc ryb i owoców morza serwuje się tu bardzo dużo. Mięsożercy też nie będą zawiedzeni – bardzo popularnym daniem jest nyama choma, czyli pieczone na wolnym ogniu mięso wołowe, baranie lub kozie. Jada się także drób. Kenijskie wybrzeże to rejon muzułmański więc nie podaje się tu wieprzowiny. W kuchni dużo jest wpływów hinduskich i arabskich.

Kenia – plaże

O plażach na Zanzibarze każdy słyszał – że jest ich dużo, że piaszczyste, że szerokie, że czyste, że piękne. A o plażach w Kenii ktoś słyszał? Ja przed wyjazdem niekoniecznie. I rzeczywiście na Zanzibarze jest dużo pięknych plaż ale w Kenii jest jedna, która powiedzmy sobie szczerze rozwala system. Diani Beach jest nie tylko najpiękniejszą plażą w Kenii ale jedną z najpiękniejszych w całej Afryce, a nawet na świecie. Rok rocznie załapuje się do rankingu 50 najpiękniejszych plaż na świecie, zanzibarskich plaż tam nie ma. Mój hotel znajdował się właśnie nad tą plażą i jeśli zastanawiacie się gdzie spędzić swój urlop to słuszna odpowiedź jest tylko jedna – w hotelu znajdującym się przy Diani Beach. Wybór noclegów jest tu spory, są budżetowe hotele, są luksusowe resorty, każdy znajdzie coś dla siebie.

Piasek na Diani Beach jest biały i miękki jak mąka, woda lazurowa i ciepła. Do tego mnóstwo palm i mamy widok jak z pocztówki. Pamiętajcie tylko, że w oceanie są jeżowce – do wody trzeba wchodzić w specjalnych butach.

Kenia – bezpieczeństwo

Do Kenii wybrałam się sama. Jeśli też jesteście kobietą podróżującą w pojedynkę i zastanawiacie się czy Kenia to dobry kierunek na samotną wyprawę to moja odpowiedź brzmi – NIE. Nie czułam się w Kenii bezpiecznie, unikałam samotnych spacerów po plaży czy chociażby do sklepu. O wyjściu poza hotel po zmroku nawet nie myślałam.

Na plażach jest mnóstwo beach boysów – lokalnych mieszkańców sprzedających wycieczki, pamiątki itp. A najczęściej po prostu naciągających turystów. O ile ci z Zanzibaru byli przyjaźni i niegroźni to ci kenijscy już niestety byli mało przyjemni. A historie o tym, że mamusia chora, że ich żona z dziećmi zostawiła i inne tego typu to oczywiście norma. Na szczęście po wakacjach na Dominikanie już wiedziałam o co w tym wszystkim chodzi. Sam fakt, że teren hotelu jest strzeżony przez kilku ochroniarzy z pałkami a czasem bronią chyba najlepiej świadczy o tym, że trzeba po prostu uważać. Podobnie podczas zwiedzania czy nawet przejazdów samochodami z otwartymi oknami – kradzieże są plagą w Kenii i trzeba się pilnować. Jest to biedny kraj chociaż oczywiście nic nie tłumaczy przestępczości.

Nie chciałabym siać paniki, że Kenia jest niebezpieczna i zamiast tam lecieć lepiej zostać w domu ale trzeba zachować daleko posuniętą czujność, nie spoufalać się z lokalsami, pilnować dokumentów i pieniędzy a przede wszystkim jechać tam większą grupą, na samotne wakacje jest wiele bezpieczniejszych kierunków.

W Kenii istnieje zagrożenie atakami terrorystycznymi, kraj pogrążony jest w wewnętrznych konfliktach. Ale nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach każde miejsce na świecie jest zagrożone atakami.

I jeszcze jedno zagrożenie, które dla wielu osób jest atrakcją – małpy. Mieszkają na terenie hoteli, wskakują na balkony – jak ich nie zamkniecie to i do pokoju wskoczą. Małpy są urocze i fajnie na nie patrzeć z daleka ale przenoszą wściekliznę! Nie zapominajcie o tym gdy chcecie je pogłaskać czy zrobić sobie z nimi zdjęcie.

Aha, zapomniałabym o kokosach. Jest ich dużo, mogą ważyć od 1 do 4 kg i czasem lubią sobie spaść z palmy. Pechowo 150 razy w roku trafiają w ludzi pozbawiając ich tym samym życia. Można się śmiać ale zagrożenie jest, hotele ostrzegają.

Kenia – szczepienia, malaria

Kefia jest regionem malarycznym ale ryzyko zakażenia w porze suchej jest minimalne. Niemniej trzeba stosować repelenty, wszystkie hotele są wyposażone w moskitiery. Każdy sam musi zdecydować czy stosować leki przeciwmalaryczne, ja nigdy tego nie robiłam i z dużą doza prawdopodobieństwa robić nie będę. Mugga, ewentualnie Mugga Strong i moskitiera – to mój zestaw ratunkowy.

Jeśli chodzi o szczepienia to zalecany jest ten sam zestaw co do każdego egzotycznego kraju – WZW, dur brzuszny, tyfus, polio, tężec. Taki zestaw, który każda podróżująca osoba powinna sobie raz na 10 lat odświeżyć. Szczepienie przeciwko żółtej febrze tylko jeśli podróżujemy z kraju, w którym ta choroba występuje.

Opieka zdrowotna dla turystów jest na wysokim poziomie. Pamiętajcie o ubezpieczeniu przed wyjazdem.

Waluta, ceny w Kenii

Walutą obowiązującą w Kenii jest szyling kenijski. 100 KES=3,7zł (marzec 2019). Do Kenii najlepiej zabrać dolary amerykańskie, nowe, niezniszczone. Za wycieczki i safari bez problemu można płacić w USD, jeśli chce się wybrać do lokalnego marketu czy na targ to konieczne będą szylingi. Pieniądze można wymienić na lotnisku albo w hotelach. W większych marketach i sklepach można płacić kartą. Ceny w markecie na wybrzeżu są bardzo zbliżone do polskich. Jeśli chodzi o zakupy na lokalnych targach i straganach to trzeba się targować – od waszych umiejętności i cierpliwości zależy ile za co zapłacicie, początkowe ceny są oczywiście bardzo zawyżone.

Safari w Kenii

Główny cel mojego wyjazdu do tego kraju i przeżycie jedyne w swoim rodzaju nawet jeśli już wcześniej jakiegoś safari doświadczyliście. Spotkanie z grupą słoni przechodzących przez drogę czy widok lwów pożerających zebrę na śniadanie to widoki, które zostają w głowie do końca życia.

Jadąc na safari mówi się o tzw. wielkiej piątce – słoniu, bawole, nosorożcu, lamparcie i lwie. Ja byłam na safari dwukrotnie i nigdy nie udało mi się zobaczyć całej piątki w ciągu jednego dnia. W RPA zabrakło bawołu, w Kenii nosorożca. Co ciekawe, za najtrudniejsze do wytropienia uchodzą lamparty, a ja widziałam je podczas obu swoich przygód. Poza wielką piątką w Kenii można także podglądać zebry, hipopotamy, antylopy, gazele, żyrafy, hieny, szakal, guźce (taka świnia z Afryki), gepardy i małpy.

Oferta safari jest ogromna. Najlepiej kupować wycieczki w hotelu, będzie trochę drożej niż u beach boysów ale zdecydowanie bezpieczniej. Do wyboru mamy safari jedno-, dwu- a nawet kilkudniowe. Ja początkowo planowałam wybrać się na jednodniowe ale ostatecznie pojechałam na 2-dniowe. Odległość z wybrzeża do parków narodowych jest spora, drogi w Kenii kiepskie i jadąc na jeden dzień wrócicie wykończeni. Poza tym najciekawsze i najbogatsze w doświadczenia było safari poranne (przed 6 rano), do tego nocleg był na sawannie, gdzie z okna można było podglądać zwierzęta.

Safari rozpoczęło się w parku Tsavo. Jest to jeden z największych Parków Narodowych Afryki ponad 23 tys. km kwadratowych sawanny i niesamowitych lasów akacjowych. Zajmuje 4% powierzchni kraju. Jest podzielony na część wschodnią (Tsavo East, 13,7 tys. km kwadratowych) i zachodnią (Tsavo West, 9 tys. km)

Nocleg podczas dwudniowego safari miał miejsce w Sarova Salt Lick Game Lodge. Spędzenie nocy w tym hotelu to przyjemność sama w sobie. Znajduje się na terenie parku narodowego Tsavo i nie dość, że jest idealną bazą wypadową na nocne i poranne safari to śpimy tu iście po królewsku – w 5-gwiazdkowych pokojach. A z okien podziwiamy dzikie zwierzęta. Kosmos. Nocleg w takim miejscu powinien być na liście marzeń każdego podróżnika.

2-dniowa wyprawa to tak naprawdę kilka niezależnych od siebie safari w kilku parkach. Najciekawsze było to poranna – raz, że było najwięcej zwierząt, dwa, że wschód słońca nad sawanną to czysta magia. No i czerwone słonie – od tego wyjazdu moja miłość totalna. Słonie są oczywiście normalne a ich czerwony kolor bierze się od tarzania się w czerwonej ziemi. Nocne safari podobało mi się najmniej – było mało zwierząt, dużo samochodów, kierowcy się wzajemnie nawoływali, nie było tej magii co za dnia.

Ogromnym problemem w parku Tsavo jest kłusownictwo. Ale to niestety problem większości parków narodowych w Afryce. W latach 80tych liczba słoni w parku zmniejszyła się z 46 tysięcy do zaledwie 5 tysięcy! Niemal całkowicie wytrzebiona została populacja czarnego nosorożca (z 8 tysięcy zostało ich tylko 100, większość z nich przebywa w obszarze chronionym). Park jest także chronieniem dla niespełna 100 sztuk antylop Huntera – gatunku skrajnie zagrożonego wyginięciem. W północnej części paru nie odbywają się safari ze względu na duże ryzyko spotkania uzbrojonych band kłusowników.

Jak się ubrać na safari? Lekko, wygodnie, a najlepiej założyć coś czego nie będzie Wam szkoda później wyrzucić. Safari odbywa się w odkrytym samochodzie, kurzy się czerwona ziemia, ubrania przechodzą tym czerwonym pyłem. Koniecznie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne – raz żeby chronić się przed słońcem, a dwa – też chronią oczy przed pyłem.

Ile to kosztuje? Dwudniowe safari wraz z noclegiem i wyżywieniem to koszt od 250 USD w górę. Ja zapłaciłam 270 USD.

Co kupić, co przywieźć z Kenii?

Jeśli lubicie afrykańską sztukę to figurki Masajów, obrazy z kenijskimi krajobrazami. Oferta rękodzieła jest naprawdę duża. Z moich ulubionych praktycznych pamiątek – kawa i herbata. Kenijska kawa raczej nikogo dziwi ale o tym, że w Kenii uprawia się herbatę nie każdy słyszał. Okazuje się, że równikowy klimat, wulkaniczne gleby i monsunowe deszcze na zachodzie kraju tworzą idealne warunki do uprawy herbaty. Uprawa herbaty na dużą skalę jest spadkiem po panowaniu brytyjskim. Pierwsze plantacje powstały w 1918 roku więc stosunkowo niedawno. Kenia produkuje obecnie ponad 430 milionów ton herbaty (głównie czarnej) rocznie. Jest też jedynym producentem uprawianej na wysokości 1500-2000 m.n.p.m. fioletowej herbaty o dużej zawartości polifenoli.

Kenia czy Zanzibar?

Nie da się uniknąć tego pytania – dwa kraje położone blisko siebie, oba łatwo dostępne z Polski, na wakacje w jednym i drugim wydacie podobne pieniądze. Mimo przepięknych plaż i beztroskiej atmosfery na Zanzibarze moja odpowiedź brzmi – Kenia. Safari jest tak fantastycznym przeżyciem, że da się ścierpieć to, że czas spędza się na terenie hotelu a nie na plaży i wieczory spędza się w hotelowym barze a nie na mieście. Weźcie kogoś ze sobą i jedźcie podglądać dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Mimo iż nie było to moje pierwsze safari to zrobiło na mnie ogromne wrażenie i gorąco je polecam.

Rok 2018 – podróżnicze podsumowanie

Podróżniczo rok 2018 jest już zamknięty. Jaki był? Intensywny, to na pewno. Pełen wrażeń. A w liczbach? W podróży spędziłam 143 dni 2018 roku (nie, nie pracuję na etacie), odbyłam 68 lotów trwających łącznie 157 godzin i liczących 91 622 kilometrów Odwiedziłam 18 krajów (Kenia, Sri Lanka, Malediwy, Portugalia, Grecja, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Włochy, Francja, Luksemburg, Tanzania, Białoruś, Ukraina, Estonia, Belgia, Holandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie) z czego 8 (Kenia, Sri Lanka, Malediwy, Islandia, Liechtenstein, Luksemburg, Tanzania, Białoruś) po raz pierwszy. Wszystkie odwiedzone przeze mnie kraje możecie znaleźć TU. A jak wyglądały poszczególnie miesiące? Zapraszam do podsumowania.

W Nowym Roku ludzie zazwyczaj podejmują postanowienia. Ja też takiego chyba po raz pierwszy w życiu dokonałam. Chciałam mniej podróżować, założyłam sobie limit 5 wyjazdów na rok. Jak widać silnej woli starczyło mi tylko na początek roku…

Rok 2018 to też niestety rok odwołanych wyjazdów – musiałam zrezygnować aż z pięciu – nie poleciałam na Kos, do Wietnamu, do Londynu, do Budapesztu oraz do Neapolu. I wiecie którego mi najbardziej żal? Przedświątecznej jednodniówki w Londynie. Naoglądałam się instagramowych zdjęć przedświątecznego Londynu stąd chyba mój ogromny żal i rozczarowanie. Poza tym niestety musiałam zmienić plany na dużą część 2019 roku co oznacza, że nie polecę do Walencji, Malezji, Singapuru, Korei i Barcelony. No ale cóż, mam nadzieję, że po beznadziejnym 2018 i słabo zapowiadającym się 2019 wróci w końcu normalność. 2020 liczę na Ciebie 😉

A teraz proszę o zapięcie pasów, startujemy w podróż po roku 2018!

styczeń 2018

Tradycyjnie u mnie miesiąc małej aktywności podróżniczej. Tylko tygodniowy wyjazd do Warszawy będący raczej nadrabianiem zaległości kulturalno-towarzyskich 😉 Moja doroczna tradycja, w 2019 mam zamiar być jej wierna 😉

luty 2018

Kenia – rajskie wakacje w czasie największych mrozów w Polsce i absolutnie fantastyczne safari. Zakochałam się w czerwonych słoniach i mimo iż Kenia nie jest najpiękniejszym ani najbezpieczniejszym miejscem na świecie to ze względu na safari każdemu polecam ten kierunek na wakacje.

marzec 2018

Kenia była właściwie na przełomie lutego i marca 😉 Więcej w tym miesiącu nie podróżowałam.

kwiecień 2018

Weekend w moim ukochanym Krakowie. Kazimierz, klimatyczne knajpy, najlepsza na świecie pascha w Dawno Temu na Kazimierz, kawa po arabsku  w Chederze i pierwszy raz w życiu na żywo Cirque du Soleil. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju! A że Cirque du Soleil w marcu wraca do Polski to już wiecie gdzie mnie szukać w pierwszy weekend marca 2019 😉

maj 2018

Majówkę spędziłam na Sri Lance i  na Malediwach. Malediwy, co do których byłam zupełnie nieprzekonana (nie jestem plażowym typem) okazały się strzałem w dziesiątkę, prawdziwym rajem i najbardziej udanym wyjazdem 2018 roku. Jeśli się zastanawiacie czy nie będziecie się tam nudzić (ja się tego obawiałam) to gwarantuję, że nie będziecie.

czerwiec 2018

Czerwiec to 2 tygodnie w zimnej i deszczowej Portugalii – Lizbona, Porto, Coimbra, Faro, Aveiro, Obidos. Może coś jeszcze, nie pamiętam. Wyjazd do zapomnienia. Byłam wcześniej w Portugalii trzykrotnie i uwielbiałam ten kraj, po czerwcowej wyprawie mam wyłącznie złe skojarzenia z tym krajem. Mam nadzieję, że jeszcze go kiedyś odczaruję.

lipiec 2018

Po podróżniczym spokoju pierwszej połowy roku wyruszyłam w nieustającą podróż.

W połowie lipca spędziłam weekend w cudownej i magicznej Islandii. Zobaczyłam co prawda tylko jej południowo-zachodnią część ale cały czas się zachwycałam i jestem przekonana, że kiedyś tam wrócę. Najchętniej zimą, żeby zapolować na zorzę polarną.

Kolejny weekend spędziłam w Zurychu, Lucernie i Liechtensteinie. Głównym celem wyjazdu było odwiedzenie Liechtensteinu, który okazał się zupełnie nieciekawy. Za to w Zurychu pomyślałam sobie, że mogłabym tam mieszkać a Lucerna jest prawdziwą perełką Szwajcarii. Do tego sporo jeździłam pociągami podziwiając górskie krajobrazy. Pięknie było!

Na przełomie lipca i sierpnia wybrałam się na Mykonos zwiedzając po drodze Ateny. O tych wyjazdach możecie  poczytać TU i TU.

sierpień 2018

6.08.2018 na świecie pojawiło się moje dziecko, czyli ten blog 😉

Jeden z weekendów sierpnia spędziłam w Alzacji. Przeurocze Colmar i Eguisheim oraz największe miasto w regionie – Strasbourg. Już po pierwszym dniu wiedziałam, że będę chciała tam kiedyś wrócić zimą, w okresie świątecznym. I kiedyś na pewno wrócę. Mimo tego co się stało  na tegorocznym jarmarku w Strasbourgu.

Długi sierpniowy weekend spędziłam nad cudownym Jeziorem Como o czym możecie poczytać TU.

I ostatni weekend sierpnia – Luksemburg. Kraj malutki ale mający wiele do zaoferowania o czym pisałam TU. Kiedyś na pewno wrócę a Wam serdecznie polecam podróż do Luksemburga!

wrzesień 2018

Początek września to powrót do Grecji. Tym razem na Skiathos i Skopelos.

Poza tym krótki wypad do Szczecina (pierwszy raz w życiu!) – więcej wyjazdów do tego miasta nie planuję, sorry Szczecinianie 😉

I  na koniec września urodzinowy wyjazd na Zanzibar. Było rajsko i pięknie ale nie tak bosko jak na Malediwach.

październik 2018

Październikowy weekend i największe pozytywne zaskoczenie tego roku – Białoruś.

Kolejny weekend spędziłam na warszawskiej Pradze. I jestem na tyle zachwycona, że już niedługo będzie ciąg dalszy odkrywania Pragi.

listopad 2018

Długi listopadowy weekend to lato w Kalabrii. Zwiedzanie bez tłumów, mnóstwo pysznego jedzenia i atmosfera dolce far niente.

Kolejny weekend to zupełna zmiana klimatu – kilka dni w Kijowie. Już nie tak cudownie jak we Włoszech ale też bardzo smacznie 😉

Następnie była krótka wizyta we Wrocławiu – świąteczny jarmark, krasnale i nieświecąca choinka 😉 Wrocławski jarmark ma najdłuższą historię wśród polskich jarmarków i trzeba przyznać, że z roku na rok jest coraz bardziej okazały.

Nie zdążyłam jeszcze dobrze wrócić z Wrocławia a już leciałam do Estonii. W Tallinnie piłam najpyszniejszego na świecie grzańca na jarmarku świątecznym, w Tartu eksplorowałam nieco opustoszałe miasteczko a w Parnawie podziwiałam uroki letniego kurortu w zimowej aurze. Te miasta pojawią się na blogu już za momencik, bądźcie czujni 😉

grudzień 2018

Pierwszy weekend grudnia to wyjazd do Eindhoven, krótka wizyta w Amsterdamie (po raz kolejny, to miasto chyba nigdy mi się nie znudzi!) oraz dzień spędzony w Antwerpii. Amsterdam Light Festival zachwycił mnie na tyle, że za rok chcę polecieć tam na dłużej i tuż przed samymi świętami (świąteczne jarmarki w Holandii i Belgii zaczynają się dopiero po 8 grudnia). Podczas tego wyjazdu miałam odwiedzić jeszcze Gandawę ale niestety musiałam zmienić swoje plany. Kiedyś na pewno do Ghent pojadę.

Następnie miała być przedświąteczna jednodniówka w Londynie i weekend w Budapeszcie. Niestety oba wyjazdy musiałam odwołać.

Święta spędziliśmy całą rodziną w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Rezydowaliśmy w Dubaju, na jeden dzień wybraliśmy się do Abu Dhabi. Była to moja druga wizyta w Emiratach i muszę przyznać, że wrażenia mam lepsze niż po pierwszej. Dubaj staje się coraz bardziej miastem dla ludzi. Kiedyś tylko wieżowce, teraz tworzy się trochę miejsc gdzie można spędzić miło czas w otoczeniu zieleni. Nadal nie jest to moje ulubione miejsce na świecie ale myślę, że jeszcze tam kiedyś wrócę. Mam nadzieję, że uda mi się już wkrótce zamieścić wpis na blogu o tym mieście przyszłości.

Podsumowanie

Najfajniejsze miejsce? Malediwy. Bezsprzeczny nr 1 tego roku, raj dokładnie taki jak na pocztówkach. Nr 2 Islandia – cudowna, magiczna, zielono-czarna kraina elfów. Kiedyś tam na pewno wrócę. Nr 3 – tu mam większy problem, zastanawiałam się nad Zanzibarem i Kenią i mimo mojej ogromnej sympatii do tanzańskiej wyspy jednak przyznaję to miejsce Kenii ze względu na jedno z najcudowniejszych doświadczeń jakie można sobie wymarzyć – safari. Zobaczyć jak lew je zebrę na śniadanie – to widok wart wstania o 5 rano i widok wspanialszy niż najpiękniejsza plaża Zanzibaru.

Największe zaskoczenie? Białoruś. Kraj, po którym nie spodziewasz się niczego szczególnego zaskakuje Cię pięknymi zabytkami, gościnnymi ludźmi, zielenią w mieście i najzłotszą jesienią w życiu. Drugie bardzo pozytywne zaskoczenie to Luksemburg, który wszyscy mi  odradzali. Bo drogo, bo tam nic nie ma, bo to, bo tamto. Wszystko to nieprawda!

Najgorszy wyjazd? Portugalia. Nie ma się co rozwodzić, źle zaplanowany, źle zorganizowany, z fatalną pogodą. Stracone 2 tygodnie z życia. Poza tym nie zachwycił mnie Kijów ani Mykonos.

Plany na 2019

Rok 2018 mi niestety udowodnił, że nie ma co za dużo planować, bo życie miewa wobec nas inne zamiary. Jak już wspominałam wcześniej musiałam odwołać większość zaplanowanych na pierwszą część 2019 roku wyjazdów. To co się na chwilę obecną wydaje w miarę pewne to styczniowy weekend w Sevilli, marcowy weekend w Bordeaux i majówka na Seszelach. A co z tego wyjdzie to sama chciałabym wiedzieć…

Cudownego 2019 roku!

Zanzibar – zwiedzanie

Zanzibar to rajska wyspa pełna długich, szerokich, pięknych plaż z białym i miękkim jak mąka piaskiem, stworzona do relaksu i błogiego odpoczynku. Ale wiadomo, że leżeć za długo się nie da i kiedyś trzeba wstać z leżaka 😉 Zatem co robić i co zwiedzić na Zanzibarze?

Plantacja przypraw

Zanzibar nazywany jest wyspą przypraw lub wyspą goździków  więc będąc tam nie sposób nie odwiedzić plantacji. Warunki klimatyczne na Zanzibarze wyjątkowo sprzyjają uprawie goździków, cynamonu, gałki muszkatołowej, imbiru czy pieprzu. To właśnie z Zanzibaru te przyprawy są eksportowane na cały świat. Na plantacji przypraw można dotknąć, powąchać, posmakować. I oczywiście kupić. Przywiozłam z Zanzibaru goździki i muszę przyznać, że są bardzo aromatyczne.

Jeszcze taka mała ciekawostka. Zanzibar nigdy nie był specjalnie wysoko na liście moich podróżniczych marzeń. Ale będąc w lutym 2017 roku w Omanie czytałam książkę Anny Janowskiej pt. „Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar”. Oman mnie zachwycił, a z książki dowiedziałam się o przeplatającej się historii tego bliskowschodniego kraju i afrykańskiej wyspy, że wtedy zdecydowałam, że Zanzibar to jednak jest  ciekawe miejsce i chyba warto tam polecieć. Od decyzji do wylotu minęło jakieś 1,5 roku. Mam nadzieję, że będzie jeszcze kiedyś okazja napisać o Omanie, bo to fantastyczny, piękny i bardzo ciekawy kraj.

Stone Town

Jedyne miasto na wyspie, główny punkt komunikacyjny i handlowy, jego starówka wpisana została  w 2000 roku na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest egzotycznym miksem wpływów Orientu, Afryki i Europy. Nazwa miasta pochodzi od użytego  do jego budowy wapiennego kamienia pochodzącego z rafy koralowej.

Jednym z najbardziej charakterystycznych budynków w mieście jest Beit El Ajaib (House of Wonders, Dom Cudów) – budynek mieszczący Muzeum Historii i Kultury Zanzibaru. Wybudowano go w 1883 roku dla sułtana Barghasha , był to pierwszy na wyspie budynek oświetlany elektrycznie i posiadający windę. Od 1911 roku był siedziba brytyjskiego rządu kolonialnego. Od lat 70. do 90. budynek popadł w ruinę, aż w końcu wyremontowany zaczął służyć jako muzeum.

Jedną z wizytówek miasta są drzwi. Budowę każdego domu na Zanzibarze zaczyna się od postawienia drzwi. Ich wielkość i bogactwo zdobień świadczyła o zamożności gospodarzy. Modę na bogato zdobione drzwi wprowadził sułtan Bargash. Możemy spacerować wąskimi uliczkami podziwiając bogato zdobione drzwi arabskie lub hinduskie. Drzwi arabskie są prostokątne, a hinduskie półokrągłe. Warto pobłądzić w bocznych uliczkach, zaglądać w podwórka, bo nie tylko hotele mają piękne drzwi. Czasem w bocznych uliczkach można trafić na prawdziwe perełki.

Najstarsze drzwi w Stone Town to te prowadzące do Zanzibarskiego Muzeum Sztuki.

W Stone Town, przy głównej ulicy, znajduje się dom, w którym urodził się i mieszkał w dzieciństwie Freddie Mercury, czyli właściwie Farrokh Bulsara. Nie jest to muzeum ani nie znajdziecie tam pamiątek po artyście. Sprawa jest bardzo ciekawa i tajemnicza, bo  ani na wyspie nikt nie chwali się tym, że u nich  urodziła się wielka gwiazda rocka, a sam Mercury nigdy nie przyznawał się do swojego pochodzenia. Ciekawe światło na całą historię rzuca film Bohemian Rhapsody, w którym pojawia się informacja, że rodzina Mercury’ego będąca Parsami z Indii, została z Zanzibaru po prostu wygnana. Stąd niechęć Freddiego do  przyznawania się do swoich korzeni jak i opór miejscowych przed rozmawianiem na ten temat.

Prison Island, czyli Changuu

Jedna z mniejszych wysepek archipelagu. Położona ok. 5 km od wybrzeży Stone Town, z którego to można do niej dopłynąć łódką.Przeprawa trwa ok. 30 minut, łódki są małe i kołysze nimi niemiłosiernie.

Na wysepce znajduje się sanktuarium żółwi seszelskich sprowadzonych tu przez sułtana. Żółwie są objęte ścisłą ochroną. Można do nich podejść, można je karmić, można robić sobie zdjęcia. Każdy żółw ma na skorupie zapisaną liczbę – jest to jego wiek.

Wyspa w XIX wieku służyła jako przechowalnia niewolników. Z Changuu transportowano niewolników do Stone Town, gdzie wystawiano ich na targu niewolników.  Później wyspa była miejscem kwarantanny podróżników przybywających na Zanzibar z Afryki Wschodniej.

Safari Blue

Moje najlepsze wspomnienie z Zanzibaru 🙂 Zresztą popatrzcie tylko na te zdjęcia – to nie jest photoshop, tam naprawdę jest jak w raju. Łodzią dhow płynie się po zatoce Menai na bezludną wyspę. Następnie przepływa się na drugą wysepkę gdzie rośnie najstarszy na archipelagu baobab. Zupełnie rajski dzień, pełen pięknych widoków i błogiego lenistwa.

Park Narodowy Jozani

Miejsce bytowania jednego z symboli wyspy – małpek rodzaju red colobus zamieszkujących wyłącznie Zanzibar. Ich populacja liczy ok. 1,5 tysiąca osobników. i jest niestety zagrożona wyginięciem. Park narodowy jest pozostałością po lesie pierwotnym, który porastał wybrzeże setki lat temu. Poza małpkami można tam spotkać motyle i ptaki. Jest  jedynym parkiem narodowym na wyspie.

Restauracja The Rock

Jak już wspominałam w jednym z poprzednich wpisów na Zanzibarze spędziłam swoje urodziny. Już przed wyjazdem zdecydowałam, że urodzinową kolację zjem w najsłynniejszej zanzibarskiej restauracji – The Rock.

Restauracja The Rock znajduje się w miejscowości Pingwe, położona jest na oceanie, podczas odpływu można dostać się do niej pieszo, gdy nadchodzi przypływ trzeba podpłynąć łódką. Powstała na naturalnej skale koralowej stąd jej niezwykłość. Restauracja słynie z owoców morza, jest jedną z droższych opcji na Zanzibarze. Ja jadłam gnocchi z krewetkami w sosie waniliowym, były przepyszne. Ktoś mógłby zapytać skąd gnocchi na Zanzibarze. Otóż knajpa należy od kilku lat do Włochów stąd zjemy tam gnocchi czy makarony oraz napijemy się sztandarowego włoskiego drinka czyli Aperol Spiritz.

Restauracja jest bardzo popularna wśród turystów dlatego warto zrobić wcześniej rezerwację (bezpłatnie, można to zrobić przez stronę internetową). Na stronie można także zamówić transfer do restauracji ze swojego hotelu.

Restauracja ma kilka stolików wewnątrz i kilka na tarasie. Większość gości (w tym również ja) decydowała się zjeść w środku, a na drinka lub deser przenieść się na zewnątrz. Z tarasu jest oczywiście bajkowy widok na ocean i na plażę ale stoli są niższe i mało wygodne do jedzenia.

Do The Rock doszłam pieszo, kiedy wracałam (koło 17.30) woda była tak wysoka, że trzeba było wsiąść do łódki. Razem ze mną płynęła para Brazylijczyków. Okazało się, że wcześniej byli w restauracji naprzeciwko The Rock – Upendo Retreat – i zaproponowali, żebyśmy wybrali się tam na drinka. Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu to przystałam na ich propozycję. I to miejsce również chciałabym Wam serdecznie polecić. Jest bardzo przyjemne, przestronne, również oferuje widok na plażę, ocean i oczywiście restaurację The Rock. Jedzenie podobno jest smaczne (już nic w siebie nie zmieściłam), drinki są przepyszne (zwłaszcza te z marakują) a ceny 3 razy niższe niż w słynnej The Rock.

Sporty wodne

Plaże i ocean to idealne warunki to rozwoju sportów wodnych. Na Zanzibarze możemy nurkować, snorkować, uprawiać kitesurfing czy paddle boarding. Oferta jest szeroka, każdy znajdzie coś dla siebie.

Gra w Bao

Opcja dla leniwców 😉 Ale wymagająca uruchomienia szarych komórek. Bao to gra popularna w całej wschodniej Afryce, nie tylko w Tanzanii. Jest to gra do której potrzebujemy drewnianej „planszy” składającej się z 4 rzędów zawierających po 8 wgłębień. Grają dwie osoby, każda otrzymuje 32 kete (najczęściej kamyczki, muszelki, ziarna itp). 10 z nich umieszcza się w wewnętrznym rzędzie planszy. Celem gry jest opróżnienie wewnętrznego rzędu przeciwnika z kete. Gra na początku wydaje się skomplikowana ale po chwili łatwo załapać o co chodzi. Niemniej nawet jak już wiemy o co chodzi to trudno zwyciężyć z doświadczonymi Zanzibarczykami 😉

Przypominam, że wszystkie informacje praktyczne o Zanzibarze znajdziecie TU.

Zanzibar – podstawowe informacje

zanzibar wakacje

Zanzibar – już sama nazwa pobudza wyobraźnię. Zwany „Wyspą Przypraw” lub „Wyspą Goździków” jest to właściwie archipelag leżący na Oceanie Indyjskim, 40 km od wybrzeża Tanzanii. Administracyjnie należy do tego właśnie afrykańskiego kraju. Archipelag tworzą dwie duże wyspy – Unguja (czyli właśnie Zanzibar) i Pemba – oraz 51 mniejszych.

Wyspy wyłoniły się spod oceanu. Wszystkie są dosyć płaskie, najwyższy punkt Zanzibaru – Masingini – sięga zaledwie 120 m n. p. m. Cały archipelag położony jest blisko równika dzięki czemu omijają go tropikalne cyklony.

Unguja, czy to co powszechnie nazywamy Zanzibarem, to wyspa mająca około 90km długości i 40 km szerokości.

Zanzibar – jak się dostać?

Możliwości są dwie – drogą morską z Afryki kontynentalnej (głównie z Tanzanii) oraz drogą lotniczą z Afryki, Europy lub krajów bliskiego wschodu.

Najprostszą, najszybszą i najwygodniejszą opcją z Polski jest lot czarterowy z biurem podróży. Niestety czasy gdy z Warszawy na Zanzibar latał dreamliner należą już do przeszłości. Teraz biura podróży czarterują mały samolot, który robi międzylądowanie w Hurghadzie. Cały lot wraz z międzylądowaniem trwa ok. 11 godzin. Można również polecieć przez Dubaj (Emirates) czy Dohę (Quatar) ale loty na Zanzibar są kiepsko skomunikowane godzinowo z lotami z Warszawy no i dużo droższe niż lot czarterowy. Taniej można upolować loty przez Paryż czy Amsterdam. Ja leciałam czarterem.

zanzibar kiedy lecieć

Zanzibar – kiedy jechać? Pogoda na Zanzibarze

Na Zanzibarze występują dwa monsuny – południowy (kusi) wiejący w lipcu i sierpniu oraz północny (kaskazi) wiejący w grudniu i styczniu. Mamy tu do czynienia także z dwiema porami deszczowymi – dużą (od kwietnia do lipca) i małą (listopad). Najlepsze miesiące do odwiedzenia Zanzibaru to okres od początku grudnia do końca marca i od początku lipca do końca października. Ja byłam na przełomie września i października i pogoda była idealna – za dnia 26-28 stopni, wieczorami około 25 (aczkolwiek mocno wiało, warto zabrać jakiś sweterek czy bluzę), padało raz. Jak już wspominałam, na wyspie nie występują żadne cyklony, huragany ani inne tropikalne burze.

zanzibar atrakcje

Zanzibar – wiza i przepisy wjazdowe

Do wjazdu na teren Tanzanii niezbędny jest paszport ważny co najmniej 6 miesięcy od zakończenia podróży oraz wiza. Jednorazową wizę ważną maksymalnie 3 miesiące otrzymujemy na lotnisku po uiszczeniu opłaty 50 USD. W samolocie otrzymujemy deklarację celną do wypełnienia, który następnie oddajemy urzędnikowi na lotnisku. Pobierane są od nas odciski palców, robią nam zdjęcie, płacimy 50 USD (gotówką lub kartą, to nieprawda, że na lotnisku można płacić tylko kartą) i otrzymujemy wizę wklejaną do paszportu. Do wyjazdu również niezbędny jest wypełniony formularz, który otrzymamy na lotnisku.

Lotnisko na Zanzibarze to chyba najgorsze lotnisko na jakim w życiu byłam. Jest malutkie, nie ma na nim ani klimatyzacji, ani nawet taśmy bagażowej! Bagaże dostarczane są przez pracowników lotniska w okolice wyjścia.

Zanzibar – hotele

Baza hotelowa na Zanzibarze jest bogata i zróżnicowana. Znajdziemy tu zarówno skromne hoteliki, rodzinne guesthousy, średniej klasy hotele jak i luksusowe resorty. Coś na każde upodobania i na każdą kieszeń. Na Zanzibarze mieszka też sporo Polaków, którzy prowadzą swoje hoteliki jeśli ktoś obawia się bariery językowej.

zanzibar hotele

Gdzie się zatrzymać? Region północno-wschodni , od Matemwe do Kiwengwy, słynie z szerokich, białych plaż i ogromnej choć oddalonej od brzegu rafy koralowej. Dominują tu duże i luksusowe hotele. Podobne krajobrazy znajdziemy w południowo – wschodniej części wyspy, z Jambiani na czele. Plaże są podobne natomiast jest dużo spokojniej i dominują mniejsze hotele.

Jak ktoś czyta bloga regularnie to wie, że ja do miłośniczek wielkich resortów nie należę. Mój wybór padł na hotel Reef and Beach Resort w Jambiani. Z czystym sumieniem mogę ten ośrodek polecić. Jest to kompleks składający się z 2-piętrowego hotelu i bungalowów. Przepięknie położony, cichy, spokojny, z fantastyczną obsługą.

zanzibar szczepienia

Zanzibar – waluta, ceny na Zanzibarze

Oficjalną walutą jest szyling tanzański ale dolary amerykańskie są powszechnie używane i akceptowane. Należy pamiętać, żeby zabierać wyłącznie nowe, niezniszczone banknoty wydane po 2003 roku. Dolarami można płacić w hotelach, sklepach jak i na straganach. Ja nie wymieniałam w ogóle pieniędzy na szylingi, nigdzie nie było problemu z płatnością dolarami. W hotelach, lepszych restauracjach i większych sklepach można płacić kartą, zazwyczaj doliczana jest prowizja w wysokości 0,5% wartości transakcji. Na straganach i w lokalnych sklepikach należy się oczywiście targować, wyjściowe ceny często są zawyżone nawet 5-krotnie.

Jeśli ktoś chce wymienić pieniądze to można to zrobić na lotnisku, w hotelach jak i w kantorach w Stone Town. Tanzańskich szylingów nie wolno wywozić z kraju więc pamiętajcie, żeby w razie czego wydać wszystko co wymienicie 😉 Oczywiście nikt tego przy wylocie nie kontrolował ale Tanzania to skorumpowany kraj i na różnych urzędników można trafić.

Bankomaty znajdują się tylko w dwóch miejscach na wyspie – na lotnisku oraz w mieście Stone Town. Wypłacają tylko szylingi.

zanzibar wiza

Zanzibar – szczepienia

Wymagane jest wyłącznie szczepienie na żółtą febrę i to tylko w przypadku, gdy przylatujemy na Zanzibar z krajów afrykańskich, w których szczepienie jest konieczne. Jeśli przylatujemy z Polski, Dubaju czy Dohy, żadne szczepienia nie są wymagane. Niemniej jak w przypadku każdego egzotycznego kraju przed wyjazdem warto zaszczepić się na tężec, polio, tyfus, dur brzuszny, WZW typu A. Szczepienia trzeba wykonać kilka tygodni przed wyjazdem, żeby zapewnić sobie pełną ochronę.

Opieka zdrowotna na Zanzibarze jest na niskim poziomie. Będąc na wyspie lepiej nie chorować 😉 W Stone Town są apteki, dostaniemy tam także leki antymalaryczne czy antybiotyki (bez recepty!). Najlepiej zaopatrzoną apteką jest ta przy bazarze Darajani.

Na Zanzibarze są komary i lepiej się przed nimi chronić niż sprawdzać później na sobie jakie choroby przenoszą.

zanzibar kiedy leciec

Zanzibar- komunikacja

Jest możliwość wynajęcia samochodu ale konieczne jest do tego międzynarodowe prawo jazdy. Należy się dobrze zastanowić czy chcemy to zrobić, bo drogi na Zanzibarze nie są najlepszej jakości, panuje ruch lewostronny a lokalsi prowadzą z iści ułańską fantazją. Podczas kilkudniowego pobytu byłam świadkiem wielu niebezpiecznych sytuacji na drogach.

Komunikacja zbiorowa na wyspie to tzw. dala dala. Nazwa wzięła się stąd, że bilet na przejazd kosztuje 2 USD a dolar to w miejscowym slangu właśnie dala. Są to ciężarówki z ławkami na pace, raczej nie przypominają znanych nam autobusów. Często są załadowane do granic możliwości a i nie raz widziałam ludzi jadących na dachu, bo do środka się nie zmieścili. Ja się nie odważyłam skorzystać z tego środka komunikacji.

Najłatwiejszy środek transportu to taksówki i lokalne busiki. Jeśli podróżujemy większą grupą to taki środek transportu będzie najprostszy i najtańszy. Taksówki na wyspie wyróżniają się czerwonymi tablicami rejestracyjnymi. Koszt – jak wszystko na Zanzibarze – za ile wytargujesz, za tyle pojedziesz 😉

Zanzibar – bezpieczeństwo

Zanzibar należy do stosunkowo bezpiecznych miejsc. Nie zapominajmy, że jest to biedny region Afryki, a obecność „bogatych” turystów czasem prowokuje do kradzieży i drobnych rozbojów. Jak wszędzie – nie należy afiszować się z dużą ilością gotówki czy sprzętem elektronicznym. Generalnie ludzie są bardzo otwarci i przyjaźni, ja czułam się na Zanzibarze dużo bezpieczniej niż w sąsiedniej Kenii. Hakuna Matata – nie ma problemu, ten zwrot będziecie słyszeć na Zanzibarze naście razy dziennie.  Język angielski jest w powszechnym użyciu, nie ma problemu z dogadaniem się.

Warto pamiętać, że Zanzibar znajduje się bardzo blisko równika i jednym z największych zagrożeń na wyspie jest… słońce. Operuje ono naprawdę intensywnie, trzeba się chronić wysokimi filtrami, nosić nakrycie głowy i wypijać duże ilości wody.

Na wyspie występują komary (są aktywne głównie w nocy). Teoretycznie jest to obszar malaryczny. W praktyce – ostatni przypadek wystąpienia tej choroby na wyspie odnotowano 4 lata temu. Warto stosować repelenty (zwłaszcza na noc) i spać pod moskitierą. Nie panikować ale mieć świadomość zagrożeń.

W oceanie występują jeżowce – łatwo je nieświadomie nadepnąć dlatego koniecznie należy zabrać buty do wody.

Należy uważać na lód dodawany do napojów i unikać wody kranowej. Nawet do mycia zębów lepiej używać butelkowanej.

zanzibar atrakcje

Zanzibar – co kupić, co przywieźć?

Przede wszystkim przyprawy. Zanzibar to wyspa przypraw i z pewnością zanzibarskie goździki smakują (i pachną!) obłędnie. Poza tym na wyspie uprawia się cynamon, pieprz, gałkę muszkatołową, kardamon i cały wachlarz innych przypraw.

Poza tym jeśli ktoś lubi to lokalne rękodzieło – piękne figurki drewniane, khangi, czyli kolorowe tkaniny, biżuterię z tanzanitu (uwaga, jeśli podróżujecie też po kontynentalnej Tanzanii to tam te wyroby są dużo tańsze niż na wyspie), olej kokosowy i kosmetyki z olejem kokosowym.

Dla amatorów mocniejszych trunków z wyspy warto przywieźć konyagi – lokalny gin. Do kupienia także na lotnisku.

Należy pamiętać, że z Zanzibaru nie wolno wywozić (jak również zakazany jest wwóz do Polski) muszli, rafy koralowej, kości słoniowej.

Zakupy najlepiej robić w Stone Town gdzie jest największy wybór wszelkich towarów i pamiątek. Należy oczywiście omijać główną ulicę miasta – Kenyatta Road – gdzie sklepy są wyłącznie dla turystów, ceny są wysokie, towary kiepskiej jakości a ich właścicielami najczęściej są Europejczycy więc kupując tam nie wspieracie lokalnej ludności. Wystarczy pobłądzić w bocznych uliczkach by trafić do wielu zakładów rzemieślniczych gdzie nie dość, że można kupić naprawdę oryginalne pamiątki to można też podejrzeć jak powstają i miło pogawędzić z lokalesami.

zanzibar jedzenie

Zanzibar – co zjeść?

Mój ulubiony punkt programu 😉

Kuchnia Zanzibaru to mieszanka wpływów hinduskich , arabskich, europejskich i oczywiście afrykańskich. Wszystkie dania są aromatyczne i mocno doprawione

Jak na każdej egzotycznej wyspie, na Zanzibarze warto spróbować owoców morza. Przede wszystkim krabów błotnych i ośmiornic, w które obfituje wyspa. Na Zanzibarze dostaniemy też krewetki ale nie są one poławiane na wyspie tylko przywożone z kontynentu.  Jednym z najpopularniejszych dań jest ośmiornica duszona z mleku kokosowym z kurkumą, pyszności! Wiele dań mimo iż znanych z innych miejsc, na wyspie jest specyficznie doprawianych. Dla mnie jednym z najbardziej zaskakujących smaków były krewetki w sosie… waniliowym. Bardzo smaczne.

Mięsożercy także znajdą coś dla siebie. W kuchni obecna jest głównie wołowina i drób. Ze względu na to, że Tanzania to kraj muzułmański, raczej nie spotyka się tu wieprzowiny.

Pyszne są także świeże owoce – ananasy, mango, marakuje, jackfruity , mini banany.

zanzibar co zobaczyc

Zanzibar – co zabrać?

Poza tym co zawsze zabieramy na wakacje koniecznie należy pamiętać o butach do wody oraz o adapterze do prądu, na wyspie są wtyczki brytyjskie. Konieczne są kremy z wysokim filtrem UV i repelenty na komary (i to typu mugga, a nie off).

Informacje o tym co warto zobaczyć na Zanzibarze znajdziecie TU.