Kulinarny przewodnik po Hanoi – co i gdzie zjeść w Hanoi?

O tym co warto zjeść i czego trzeba spróbować w Wietnamie pisałam TU. Najwięcej czasu podczas mojej podróży po północym Wietnamie spędziłam w Hanoi dlatego w tym osobnym wpisie chciałabym Wam przedstawić moje sprawdzone miejscówki na jedzenie w Hanoi. A w bonusie fajne miejsca na drinka i na kawę. Będzie i uliczne jedzenie i instagramowe miejscówki. Hanoi to prawdziwy raj dla foodies!

Po przylocie do Hanoi i zderzeniu ze zgiełkiem tego miasta ruszyłam na poszukiwania swojego pierwszego obiadu. Nie miałam zapisanych żadnych miejscówek, byłam głodna, zła i nieco przerażona tym miastem więc błąkałam się od budki do budki sama nie wiedząc co chcę zjeść. W pewnym momencie wiedziałam już, że muszę skapitulować i zjeść cokolwiek, bo sama ze sobą nie wytrzymam. Trafiłam do miejsca bez nazwy gdzie Pani smażyła makaron. Można było wziąć makaron z warzywami, z kurczakiem, z wołowiną lub z mięsem i warzywami. Zdecydowałam się na makaron z warzywami i wołowiną. I wiecie co? To było TAAAAAKIE dobre. Wcale nie dlatego, że uratowało mnie od śmierci głodowej. Budka totalnie niepozorna, w środku niezbyt przyjemnie ale jedzenie – wyśmienite. Budka znajduje się przy ulicy Hang Ruoi, przez ścianę z Banh mi Pho. Makaron kosztował 50 000 VND, czyli trochę ponad 2 USD.

Mimo najedzenia się i oddalenia widma śmierci głodowej pierwsze negatywne wrażenie Hanoi było zachowane. Przerażone hałasem i dzikim ruchem ulicznym uznałam, że tak całkiem trzeźwo to ja tego nie ogarnę 😉 Idąc ulicą Hang Duong i patrząc w górę zobaczyłam lampiony. Nie myśląc długo uznałam, że one mnie uratują 😉 Na drugim piętrze znajduje się mała restauracja z balkonem wychodzącym na ulicę – Old Town Restaurant & Pub. Cały ten pierdolnik z góry wyglądał jakoś przyjaźniej, a po wypiciu ginu z tonikiem uznałam, że nie zamknę się na 6 dni w hotelu i dam radę oswoić to miasto! Bardzo uroczy balkon z lampionami, super obsługa, drinki po 100 000 VND (jakieś 4 – 4,5 USD).

Druga restauracja i bar z lampionami w Hanoi to Lantern Restaurant przy 80 Phố Mã Mây. Ale ta jest zdecydowanie bardziej popularna i trudniej jest dostać stolik tak z marszu.

Gdzie warto zjeść w Hanoi symbol Wietnamu, czyli bahn mi? Dostać ją można na każdym kroku ale absolutnie genialne serwują w budce przy ulicy Hang Buom 14. Bagieta z kaczką i ichniejszy słodki sos chili – mistrzostwo świata.

Bun cha, czyli danie prezydenta Obamy warto w Hanoi zjeść w restauracji Thanh Hop przy ulicy Dinh Liet 12. Jest bardzo lokalnie ale dogadacie się po angielsku. Porcja bun cha kosztuje 50 000 VND.

Banh cuon, czyli naleśniki na parze z mięsem i grzybkami shiitake warto zjeść w Hanoi w Banh Cuon Nong przy ulicy Bao Khanh 14b. Jest to takie malutkie miejsce, które serwuje wyłącznie to jedno danie. Cena naleśników – 20 000 VND.

Sałatkę z suszoną wołowiną jadłam w Nom Long Vi Dung przy ulicy Ho Hoan Kiem 23. Bardzo mała restauracja (i przy najkrótszej ulicy w stolicy Wietnamu!) ale warta uwagi w Hanoi.

Na deser w Hanoi najlepiej wybrać się do Che Dung 95 Hang Bac Street, która znajduje sie dokładnie pod takim samym adresem. Ceny deserów od 15 000 do 35 000 VND.

Na egg coffe, czyli kawę z jajkiem w Hanoi trzeba się koniecznie wybrać do Cafe Giang przy ulicy Nguyễn Hữu Huân 39. Cena egg coffe to 30 000 VND.

W ogóle ta ulica nazywana jest ulicą kawiarni – jest ich tu kilkadziesiąt. Fajny wystrój ma Coffe Zone ale kawa smakowała mi tu najmniej ze wszystkich kawiarni.

Pomiędzy kawiarniami, pod numerem 72, znajduje się polecana restauracja Nha Hang Net Hue gdzie można zjeść pyszne nem lui. Rodzina pochodząca z Hue prowadzi w Hanoi restaurację z daniami z tamtego rejonu Wietnamu.

Craic Cafe serwuje świetną kawę kokosową na ciepło. Bardzo ciężko się tam porozumieć na angielsku ale nie można się poddawać 😉 Kawa jest tego warta!

Najlepsza kawa kokosowa na zimno w Hanoi serwowana jest w Eden Cafe tuż przy katedrze. W ogóle jest to chyba najfajniejsza, najpiękniejsza i najbardziej instagramowa kawiarnia w Hanoi. Jest kilka pięter, balkon i duży taras na samej górze. Widoki nieziemskie, dużo kolorów, na zewnątrz zielono – bajka. Obsługa słabo co prawda ogarnia, długo się czeka czy na zamówienie, czy na rachunek ale warto! Jedno z moich ulubionych miejsc w Hanoi. Cena kawy 39 000 VND. W menu zwróciły też moją uwagę ciekawe drinki – może kiedyś będę miała okazję wrócić do Hanoi i ich spróbować 🙂

Bardzo blisko stąd jest ulica Ly Quoc Su, przy której znajduje się kilka polecanych restauracji w Hanoi. Najsłynniejsza to Pho 10 serwująca tylko i wyłącznie zupę pho. Szukając informacji gdzie zjeść zupę pho w Hanoi natrafiłam właśnie na Pho 10. Poszłam i… odeszłam z kwitkiem. Miejsce jest baaaardzo turystyczne – przed wejściem stoi kolejka (serio!), a wewnątrz wyglądało to jak jakaś słaba stołówka. Nie wiem, moze i ta ich zupa jest pyszna – mnie wygląd tego miejsca nie przekonał i ostatecznie tam zupy pho nie spróbowałam.

Weszłam za to do restauracji Noodle & Roll po drugiej stronie ulicy i zjadłam przepyszne sajgonki z krabem. I ogromną ilością ziół! Ze wszystkich miejsc, w których jadłam w Hanoi to było najbardziej cywilizowane 😉

W jednej z bocznych uliczek odchodzących od Ly Quoc Su znajduje się restauracja Lac Family Restaurant. Tam spędziłam swój ostatni wieczór w Hanoi nad miską… sajgonek 😉 Tym razem w wersji tradycyjnej – z mielonym mięsem. Do tego piwo Hanoi. Po raz kolejny przepysznie i bardzo tę restaurację w Hanoi polecam.

Kolejne miejsce w Hanoi gdzie próbowałam sajgonek to Pho Bo Mau Dich. Miejsce jak się domyślacie słynie z zupy pho ale ja tego dnia miałam ją już dwukrotnie zaliczoną więc wjechały sajgonki. Bardzo dobre, porcja bardzo duża, pani właścicielka bardzo kontaktowa i sympatyczna. Natomiast jest to jedno z najdroższych miejsc gdzie jadłam w Hanoi. Za sajgonki i piwo zapłaciłam 110 000 VND (ok. 6 USD).

Natomiast muszę przyznać, że najlepsze sajgonki w Hanoi to serwuje restauracja Bun Cha Ta. To jest w ogóle ciekawe miejsce, bo przy wejściu trzeba zdjąć buty. Siada się przy takim długim wspólnym stoliku. W menu zaintrygowało mnie wine brandy. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Zamówiłam i okazało się, że dostałam kieliszek jakiegoś bardzo mocnego alkoholu. Nie wypiłam – spróbowałam, ciekawe. Jeśli pijacie mocne alkohole to warto spróbować. Same sajgonki SZTOS. Podano do nich zupę, makaron i jak zawsze ogrom ziół.

O zwiedzaniu Hanoi będzie kolejny post ale chyba każdy wie, że trzeba tam odwiedzić ulicę z torami kolejowymi 🙂 Dziś ulica oficjalnie jest zamknięta dla turystów ale można wejść do jednej z otaczających ją kawiarni. Oczywiście nie mogłam sobie tej przyjemności odpuścić i poszłam na piwo do Railway Cafe.

Oprócz tradycyjnego menu w Railway Cafe jest też rozkład jazdy z godzinami pociągów. Niestety one w większości jeżdżą teraz wczesnym rankiem lub wieczorem. Ja dotarłam na uliczkę w środku dnia. Planowałam wrócić o 19, żeby zobaczyć pociąg ale ostatecznie jednak nie wróciłam. Nawet jeśli nie zobaczycie pociągu to i tak warto się wybrać na kawę czy piwo do jednej z kawiarni czy restauracji. Ta uliczka to chyba fenomen na skalę światową.

W Hanoi, jak w każdym szanującym się azjatyckim mieście, jest też night market. Rozkłada się on w okolicach Dong Xuan Market i cóż… nie jest to najlepsze co zobaczycie w Hanoi 😉 Dominują tu stoiska z różnego rodzaju pierdołami – gadżetami, biżuterią, muzyką itp. Sekcja kulinarna jest dość uboga i szczerze mówiąc mało zachęcająca do konsumpcji. Ale, żeby nie było – Hanoi też ma swój nocny market z jedzeniem.

Na koniec jeszcze dwa BARDZO fajne miejsca na piwo lub na drinka w Hanoi. Pierwsze z nich to Avalon Lounge. Miejsce znajduje się tuż przy jeziorze, w budynku na 4. piętrze. Przy ładnej pogodzie widoki muszą być nieziemskie. Przy mgle też nie było źle 😉 Ale domyślam się, że może być lepiej. Jest to miejsce z wyższej półki, wystrój i ceny są zdecydowanie bardziej europejskie. Ale dla widoku polecam. Działa tu też restauracja, w której można zjeść, ja wybrałam się tylko na drinka. Kosztował 120 000 VND. Można płacić kartą.

Drugie miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem to Lost in Hongkong. Skusiły mnie kolorowe neony. Jak widzicie jest kolorowo i intensywnie. Po całym wieczorze spędzonym w takim miejscu pewnie bodźców by było za dużo ale godzinkę czy dwie można tu z wielką przyjemnością spędzić. Wg mnie najfajniejsze miejsce na drinka w Hanoi. Można też coś zjeść.

Jeśli szukacie czegoś z mniej zobowiązującą atmosferą to wybierzcie się na Beer Street. Tak nazywana jest w Hanoi ulica Ta Hien. Znajdują się tu dziesiątki barów gdzie za grosze można napić się piwa. Siedząc oczywiście na mini krzesełku przy mini stoliczku. Prawdziwy Wietnam!

I na sam koniec jeszcze jedno miejsce – Cafe Bach Thao – kawiarnia ogrodu botanicznego. Jeśli wybierzecie się w odwiedziny do wujaszka Ho i do ogrodu botanicznego to warto sobie zrobić przerwę w kawiarni Bach Thao. Obsługa jest kompletnie niezainteresowana gośćmi więc trzeba się pofatygować do środka, żeby złożyć zamówienie ale sama kawiarnia jest bardzo urocza. Dzbanek wietnamskiej herbatki kosztuje jakieś grosze.

Mam nadzieję, że mój kulinarny przewodnik po Hanoi ułatwi Wam wybór miejsc gdzie warto zjeść w Hanoi 🙂

Wietnam kulinarnie – co zjeść w Wietnamie?

Wietnam – kraj z bogatą tradycją kulinarną. Pełen smaków, kolorów i zapachów. Myśląc Wietnam wiele osób kojarzy sajgonki, część zupę pho. A poza tym? Co warto zjeść w Wietnamie i czego trzeba spróbować? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Wietnamie.

Kuchnia azjatycka to dla mnie przede wszystkim street food, czyli jedzenie uliczne. Jadąc do Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży nie wyobrażam sobie jadania w tradycyjnych restauracjach. Najlepsze jedzenie w Azji serwuje się w ulicznych budkach! Nie jest instagramowo ani fancy ale za to lokalnie, pysznie i tanio! Kuchnia wietnamska jest o tyle wyjątkowa, że wpływy azjatyckie mieszają się tu z wpływami francuskimi więc w Wietnamie mamy bagietki, wino (ryżowe), lody czy kawę z mlekiem.

Podstawowe produkty stosowane w kuchni wietnamskiej to ryż, makaron ryżowy i nuoc mam – fermentowany sos sojowy, którym doprawia się zdecydowaną większość dań.

Na początek symbol wietnamskiej kuchni – sajgonki, czyli spring rolls. Dostępne w wielu miejscach w Wietnamie. Te najbardziej tradycyjne to zawinięte w papier ryżowy mięso mielone, makaron ryżowy i grzybki. Wszystko połączone jajkiem i usmażone na głębokim oleju. Wegetarianie też nie będą w Wietnamie głodować – można dostać sajgonki z samym makaronem ryżowym i warzywami czy z owocami morza. Sajgonki najczęściej serwuje się z sosem nuoc cham oraz świeżymi ziołami. I to nie jest kilka listków jak u nas tylko cała micha mięty, kolendry, szałwii i innych ziół.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Wietnamu chyba z 10 lat nie jadłam sajgonek. A jak je dorwałam pierwszy raz w Hanoi i przypomniałam sobie jakie to pyszne to sajgonki jadałam codziennie!

Podobnie było z zupą pho. Jak raz spróbowałam – jadłam codziennie, zdarzało się nawet dwa razy dziennie. Pho to esencja Wietnamu, najbardziej tradycyjne danie. Zupa z mięsem i makaronem ryżowym gotowana jest co najmniej 24 godziny (a niektórzy się oburzają, że nasz rosołek trzeba 6 godzin gotować!) i doprawiana na różne sposoby – może być z anyżem, cynamonem i imbirem, a może być z dużą ilością kolendry. Sekret zupy pho polega na tym, że do zupy dodaje się tylko sparzone mięso (nie gotuje się go razem z zupą). W Wietnamie spotkacie dwa podstawowe rodzaje zupy pho – pho bo z wołowiną i pho ga z kurczakiem. Ponieważ ja drobiu praktycznie nie jadam to wersji kurczakowej nie próbowałam. Wersja z wołowiną – pyszności! Wietnamczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. I pomiędzy posiłkami. Wcale im się nie dziwię, zupa jest przepyszna. Najbardziej smakowała mi ta z ogromną ilością kolendry. Natomiast to jakie przyprawy sobie dodacie do dań w Wietnamie w dużej mierze zależy od Was samych – najczęściej podaje się je osobno i każdy doprawia sobie wg uznania.

To teraz te trochę mniej znane wietnamskie dania ale warte spróbowania podczas wakacji w Azji. Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie spróbowanie banh geo – jest to ryżowy naleśnik z warzywami lub mięsem i warzywami. Czasem posypany orzeszkami, podawany ze słodko-ostrym sosem i oczywiście ogromną ilością ziół.

Pewną wariacją na temat jest Banh cuon. Ryżowy naleśnik z fermentowanego ciasta przygotowywany na parze, podawany z wieprzowiną, warzywami, ziołami i grzybkami mun. Ani opis ani zdjęcia nie oddają złożoności jego smaku – ale zapewniam, że warto się skusić!

Kolejny wietnamski przysmak, który można dostać na każdym kroku za śmieszne pieniądze to banh mi – pszenno-ryżowa bagietka podawana z kurczakiem, wołowiną, kaczką (najlepsza!) czy w wersji wegetariańskiej z jajkiem. W całym Wietnamie jest tylko kilkanaście McDonaldsów – Wietnamczycy mówią, że to dlatego, że mają swój własny fast food – właśnie banh mi. Banh mi to nie tylko kanapka, to swego rodzaju symbol Wietnamu – znajdziecie ją na koszulkach, pocztówkach i innych pamiątkach. To idealny pomysł na śniadanie, II śniadanie czy szybką przekąskę podczas zwiedzania. Banh mi to jedna z pozostałości wpływów francuskich w Wietnamie.

Podobną szybką przekąską jest banh bao – bułeczki podobne trochę do chińskich dim sum przywiezione zresztą do Wietnamu przez imigrantów z Kantonu. W środku takiej buły może być mięso, warzywa albo gotowane jajko. Jedna z niewielu opcji dla wegetarian w Wietnamie.

Na północny Wietnamu bardzo popularna jest tradycyjna potrawa o nazwie bun cha. Jest to grillowana wieprzowina z makaronem ryżowym i ziołami. Tu przy okazji ciekawostka – w Hanoi często usłyszycie, że to Obama dish 😉 Wynika to z tego, że podczas wizyty w Hanoi prezydent Obama zjadł właśnie bun cha w jednej z tradycyjnych, rodzinnych restauracji. Smacznie ale mnie jakoś szczególnie nie porwało.

W Wietnamie nie występują aż tak powszechnie dziwne potrawy znane z innych krajów Azji. To co może być niespotykane dla nas to np. ślimaki. Najpopularniejsze są one na południu Wietnamu ale i na północy nie brakuje miejsc gdzie można ich spróbować. Swoją drogą polecam bardzo serial dokumentalny Netflixa o jakże pysznym tytule Street Food. Odcinek o Sajgonie jest poświęcony właśnie ślimakom. Ja przechodziłam kilkukrotnie, patrzyłam ale jednak się nie zdecydowałam. Próbowałam ślimaków kilka lat temu we Francji – traumy co prawda nie mam ale też nie zapamiętałam ich jako przysmak. Może następnym razem się odważę 😉

W Wietnamie można też oczywiście zjeść owoce morza – mi bardzo smakowały przegrzebki.

Co jeszcze należy spróbować w Wietnamie? Sałatkę z zielonej papai z suszoną wołowiną. Papaja kojarzy się nam jako słodki owoc i deser a nie składnik sałatek, natomiast w Wietnamie występuje aż 45 odmian papai! Od słodkich deserowych po te zielone wytrawne. Sałatka z papają nie jest skomplikowana – posiekana papaja, kawałki beef jerky i orzeszki. Ale jak zawsze w Azji to sosy i dodatki robią robotę. Nie pytajcie mnie z czego te sosy były, bo nie mam pojęcia ale dopiero po porządnym wymieszaniu wszystkiego sałatka rozwalała kubki smakowe. Petarda wietnamskiej kuchni!

Tradycyjna potrawa ze środka Wietnamu (Hue) to nem lui – szaszłyki z grillowanej wieprzowiny z trawą cytrynową. I ta trawa cytrynowa tu robi robotę! Z samym nem lui jest troszkę zabawy – dostaje się szaszłyki, trawę cytrynową, makaron ryżowy i papier ryżowy i samemu się to zawija w takie jakby sajgonki. Jest smak, jest zabawa, jest nowe doświadczenie. To też jedno z tych dań, którymi mnie Wietnam oczarował. Szukajcie koniecznie w Wietnamie!

Skoro już brzuszki napełnione to czas na deser. Wiele deserów w Wietnamie opartych jest na ryżu. Jeśli kochacie tajski mango sticky rice to w Wietnamie będziecie w siódmym niebie. No przynajmniej ja byłam 😉 Sticky rice barwiony jest groszkiem stąd najczęściej zobaczycie go w wersji zielonej. A najlepsze jest to, że podaje się go z lodami kokosowymi. Lody są obłędnie kremowe (na pewno dramatycznie tłuste :P) i idealnie pasują do lepkiego ryżu i dojrzałego mango. Pychota! Generalnie większość deserów w Wietnamie opartych jest na kokosie lub mleku kokosowym. Ja tak kocham mango sticky rice, że szczerze mówiąc nic innego nawet nie próbowałam…

Aaaa przepraszam. Są też budki z naleśnikami – do wyboru kilkadziesiąt różnych rodzajów nadzienia. Ja wzięłam lody o smaku herbaty matcha. Nie był to mój najlepszy deser w Wietnamie, zdecydowanie lepsze mango sticky rice 😉

Wietnam to też oczywiście bogactwo świeżych egzotycznych owoców. Na każdym kroku napotkacie buoi, czyli pomelo. Ponadto w Wietnamie można spróbować mango, duriana, jackfruita czy liczi.

Pisząc o przysmakach Wietnamu nie można pominąć kawy. Wietnam jest drugim na świecie (po Brazylii) producentem i eksporterem kawy. Kawa jest nieodłącznym elementem kuchni i kultury Wietnamu. Kawiarnie znajdują się na każdym kroku i dobra kawa w Wietnamie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie przywieźć kawę do domu to można ją dostać zarówno w supermarketach (ceny zaczynają się od 2 USD za 250g ziaren kawy) jak i w specjalistycznych sklepach. Tu cena kawy może wynosić nawet kilkadziesiąt USD za 100g, w zależności od rodzaju. W Wietnamie dostępna jest kawa kopi luwak znana wszystkim, którzy byli na Bali czy innych wyspach Indonezji.

To co widać na powyższym zdjęciu to kawa po wietnamsku, czyli kawa podawana w specjalnym zaparzaczu, koniecznie ze słodkim mlekiem skondensowanym! Tak jak za słodką kawą nie przepadam to za wietnamską kawą tęsknię. Wiem, że w Poznaniu czy innych polskich miastach też można się takiej kawy napić ale wiecie… to już nigdy nie jest to samo i nigdy nie smakuje tak jak na wakacjach.

W Wietnamie trzeba spróbować egg coffee, czyli… kawy z jajkiem 😉 Nie martwcie się – nie dostaniecie kubka kawy z zanurzonym w nim jajem na twardo 😉 Egg coffee to tak naprawdę deser kawowy – kawa z czymś w rodzaju kogla mogla. Żółtko ubija się z miodem i mlekiem skondensowanym, a następnie dodaje do czarnej kawy. Wszystko pięknie się unosi na naparze i trzeba sobie samemu wymieszać. Wiem, że to już nudne ale… pyszne to było! Jeśli nie lubicie kawy (to nie jedźcie do Wietnamu! :P) to można też spróbować gorącą czekoladę z jajkiem.

Drugi rodzaj kawowego deseru w Wietnamie to kawa kokosowa nazywana wietnamskim frappe. Jest to kawa na zimno z kruszonym lodem, kokosem i chipsami kokosowymi. Nie potrafię powiedzieć, która z tych kaw jest lepsza – obie genialne. Codziennie którąś piłam! A były takie dni, że wjechała i egg coffee, i coconut coffe 😉 Kawę kokosową możecie też wypić na ciepło – też raz próbowałam i też była… pyszna 😉 Naprawdę!

W Wietnamie uprawia się też herbatę więc jeśli nie przepadacie za kawą to możecie się napić herbaty. Miłośnicy piwa będą w siódmym niebie, bo w Wietnamie jest najtańsze piwo na świecie. Za równowartość kilkudziesięciu polskich groszy można wypić szklankę złotego płynu. Jeśli chodzi o piwa butelkowane to najpopularniejsze są dwa: Hanoi i Saigon. Ja fanką ani znawczynią piwa nie jestem, bardziej smakowało mi Hanoi, bo było delikatniejsze i miało mniej goryczki.

Jak już pisałam w TYM wpisie ceny jedzenia w Wietnamie są bardzo niskie – można się najeść i napić za równowartość 2 – 3 USD. Dla mnie kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym odkryciem i mimo iż kocham kuchnię tajską to chyba jednak wietnamska jest moim numerem 1 w Azji. Wietnam – chcę wrócić!

Zatoka Ha Long – jednodniowa wycieczka z Hanoi

Rozważając, którą część Wietnamu wybrać na wyjazd w lutym na początku kierowałam się pogodą – na południu jest wtedy lato więc lecę na południe. Ale później sobie pomyślałam – polecisz do Wietnamu i nie zobaczysz Ha Long? Serio? Więc mając już plan podróży po Wietnamie południowym ostatecznie kupiłam bilety do… Hanoi 🙂 Kobieca logika 😉

Zatoka to obszar 1500 kilometrów kwadratowych z 1969 wapiennymi wysepkami. Zatoka Ha Long znajduje się u ujścia rzeki Bach Dang do Morza Południowochińskiego. Ciekawostka – zatoka oddalona jest o zaledwie 380 km od Chin.

W 1962 roku zatokę uznano za park krajobrazowy, a w 1994 wpisano ją na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z kolei w 2011 zatoka Ha Long znalazła się na liście Nowych Cudów Natury.

Zwiedzanie zatoki Ha Long zaplanowałam na następny dzień po przylocie do Hanoi. Wiedziałam, że jeśli zaplanuję na którykolwiek kolejny to cały czas nie będę mogła się skupić na innych atrakcjach tylko będę myślała o czekającej mnie wyprawie na zatokę.

Wyjazd do Ha Long z Hanoi można zaplanować na jeden lub kilka dni. Ponieważ mój plan podróży po Wietnamie północnym był dość napięty zdecydowałam się na jednodniową wycieczkę. Jeszcze będąc w Polsce obejrzałam chyba dziesiątki ofert i ostatecznie zdecydowałam się na rejs statkiem Jade Sails. Sam statek był świetny i mogę go gorąco polecić – zresztą zobaczcie zdjęcia.

Decydując się na rejs po zatoce Ha Long można kupić sam rejs (wtedy dojazd do portu jest we własnym zakresie) lub można kupić rejs + transport z Hanoi. Transport może być krótszy i droższy lub dłuższy i tańszy. Krótszy przejazd z Hanoi (autostradą) trwa ok. 2 godzin w jedną stronę, dłuższy ponad 4 godziny. Transfer może być prywatny (samochód z kierowcą) lub łączony – busikiem lub autobusem z innymi turystami. Zwróćcie na to uwagę jeśli będziecie kupowali wycieczkę na miejscu, w Hanoi. Niektóre biura sprzedają wyjazd + rejs za 30 USD za osobę – wtedy przejazd jest długi (to aż 8 godzin w obie strony). Cena rejsu po Ha Long zależy też od klasy statku i od tego co jest wliczone w cenę (jedzenie itp.) Oraz oczywiście od tego ile czasu chcecie spędzić na statku.

Ja za swój rejs wraz z transferem z Hanoi (z odbiorem z hotelu) zapłaciłam niecałe 100 USD. W cenę wliczone były też posiłki (na zdjęciu wyżej), lekcja gotowania, na statku i w busiku było wifi. Bardzo polecam Jade Sails. Cała wycieczka z Hanoi trwała 14 godzin.

Same rejsy po Ha Long można zakupić wcześniej przez internet, w różnych biurach i hotelach w Hanoi oraz w samej miejscowości Ha Long.

Można również dostać się do Ha Long autobusem rejsowym z dworca Luong Yen w Hanoi. Przejazd z Hanoi do Ha Long trwa ok. 3 godzin autobusem.

Pogoda w zatoce Ha Long – kiedy jechać?

Zacznijmy od pytania kiedy najlepiej wybrać się do Ha Long? Latem (lipiec – sierpień) trwa pora deszczowa, jesienią (wrzesień – listopad) teren zatoki nawiedzają cyklony i burze tropikalne, zimy bywają mgliste. Za najlepszy czas na odwiedzenie Ha Long uchodzą październik i marzec-kwiecień. Na szczęście wody zatoki całym rokiem są bardzo spokojne – wapienne skały i wyspy są naturalnym katalizatorem prądów morskich. Nawet dla mnie – nie lubiącej rejsów – dzień na statku w zatoce Ha Long był bardzo spokojny i bardzo przyjemny. W czasach zmian klimatycznych trudno powiedzieć kiedy jest najlepiej, a kiedy najgorzej. Dużo zależy od szczęścia. Luty to też high season a pogoda jak widzicie na zdjęciach była taka sobie. Było ciepło, momentami przebijało się słońce ale ogólnie bez szału.

Jak powstała zatoka Ha Long?

Vinh Ha Long znaczy tyle co Zatoka Lądującego Smoka. Nazwa pochodzi od legendy o smoku, który przybył na pomoc armii wietnamskiej podczas walki z wrogiem (mówi się o armii mongolskiej). Wydobywające się z jego paszczy klejnoty zamieniły się w wyspy, które stworzyły naturalną ochronę przeciw nieprzyjaciołom.

A bardziej naukowo, mniej bajkowo? 😉 Zatoka Ha Long powstała przez zalanie istniejącego tu wapiennego płaskowyżu. Wapienne podłoże sprzyjało powstawaniu licznych jaskiń – podczas rejsu po zatoce Ha Long można zobaczyć Hang Dau Go – Jaskinię Drewnianych Kołków. Popularna jest także grota Sung Sot – Jaskinia Niespodzianek.

Ha Long – atrakcje

Walory przyrodnicze zatoki Ha Long obejmują 6 różnych ekosystemów – m. in. mangrowy, jaskiniowy, lagunowy czy ekosystem raf koralowych. Występuje tu aż 499 gatunków roślin charakterystycznych dla gleb wapiennych i 1847 gatunków zwierząt! Park narodowy jest miejscem bytowania 14 endemicznych gatunków flory i 60 endemicznych gatunków fauny.

Jedna z atrakcji Ha Long to jej największa wyspa – Cat Ba – Wyspa Kobiet. Położona jest w południowo-zachodniej części zatoki, a jej nazwa pochodzi od trzech kobiet z dynastii Tran, które miały zginąć w tutejszych wodach. Na ich cześć na wyspie wzniesiono trzy świątynie.

Zwiedzanie zatoki Ha Long obejmuje też możliwość wycieczki kajakiem. Można zobaczyć wysepki z bliska lub podpłynąć do pływającego targu.

W zależności od rodzaju wybranego statku podczas rejsu po zatoce Ha Long dostępne są różne atrakcje – można robić zakupy na pływającym targu, można pływać łódką w jaskiniach czy po mniejszych zatoczkach. Podczas dłuższych rejsów atrakcją jest też nocleg na statku w zatoce.

Ha Long – czy warto?

Czy warto było w lutym zdecydować się na zimniejszą część Wietnamu tylko po to, żeby zobaczyć zatokę Ha Long? Chiński poeta Xiao San pisał: Jeśli nie odwiedziłeś zatoki Ha Long, to nie byłeś jeszcze w Wietnamie.

Moim zdaniem wakacje w Wietnamie północnym nie mogą się odbyć bez wizyty w Ha Long. Jest to jedna z największych atrakcji całego Wietnamu (a kraj to duży i atrakcji ma mnóstwo). Przepiękne miejsce, którego uroku nie oddadzą żadne zdjęcia. Jak patrzysz na to wszystko i uświadamiasz sobie, że to wszystko stworzyła wyłącznie natura to naprawdę odbiera mowę. Podczas kilkugodzinnego rejsu siedziałam i się gapiłam i nie nudziło mnie to ani przez chwilę. Ha Long to prawdziwy cud świata – zachwyca i odbiera mowę. Magiczne i piękne miejsce, absolutnie warte odwiedzenia podczas wizyty w Wietnamie.

Zwiedzanie Kuala Lumpur – co zobaczyć w Kuala Lumpur?

Kuala Lumpur oznacza dosłownie błotne ujście. Miasto leży bowiem u ujścia dwóch rzek – Kelang i Gombak. Kuala Lumpur przez mieszkańców nazywane skrótowo KL jest miastem pełnym sprzeczności – nowoczesne drapacze chmur sąsiadują tu z rozsypującymi się tradycyjnymi domami, a eleganckie restauracje mieszają się z ulicznymi garkuchniami. Łączy się tu kultura chińska, malajska i indyjska. Czy ten chaos może zachwycić? Co zwiedzić w Kuala Lumpur, żeby doświadczyć tej różnorodności? Zapraszam na moją relację z Kuala Lumpur.

Na początek od razu napiszę, że spędziłam w Kuala Lumpur 4 dni i w planach miałam zwiedzanie większej ilości miejsc ale upał, wilgotność i panująca duchota szybko zweryfikowały moje plany. Przynajmniej połowę tego czasu spędziłam na hotelowym basenie – inaczej się po prostu nie dało. Jeśli się zastanawiacie na ile dni zaplanować pobyt w Kuala Lumpur i co tam robić to naprawdę weźcie pod uwagę odpoczynek na hotelowym basenie 😉

Petronas Towers

Jedna z największych atrakcji Kuala Lumpur i jednocześnie symbol miasta to 88-piętrowe Petronas Towers. Otwarto je w 1999 roku i do 2004 były najwyższym budynkiem na świecie (ich wysokość to 452 metry). Dziś ustąpiły miejsca dubajskiej Burj Khalifa ale Petronas Towers to wciąż najwyższy bliźniaczy budynek na świecie. Wewnątrz mieszczą się liczne biurowce (m. in. Microsoft). Wieże można było zobaczyć w wielu filmach, kręcono tu m. in. Osaczonych czy Przygody Jackie Chana.

Na 42 piętrze Petronas Towers, a właście na moście łączącym obie wieże, znajduje się punkt widokowy (Skybridge). Cena biletu wynosi 84 RM, bilety na taras widokowy należy kupować z wyprzedzeniem poprzez stronę internetową.

Na parterze Petronas Towers mieści się centrum handlowe Suria KLCC – to jedno z najbardziej ekskluzywnych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Zresztą już po jednym dniu w KL można stwierdzić, że to miasto jest wypełnione centrami handlowymi. Nie dość, że znajdują się niemalże jedno przy drugim to są ogromne. Poza sklepami w centrach handlowych znajdują się liczne punkty usługowe, kawiarnie i restauracje. Skąd taka popularność centrów handlowych w Kuala Lumpur? Otóż taka to ciekawostka, że w Malezji kompletnie nie przyjął się rynek zakupów online. Malezyjczycy uwielbiają kupować stacjonarnie i spędzać czas w centrach handlowych. Ja w Polsce i generalnie w Europie centra handlowe omijam szerokim łukiem ale przyznam szczerze, że w KL zaglądałam do każdego, które mijałam. Co jest takiego niezwykłego w malezyjskich centrach handlowych? Klimatyzacja 😀 W tym upale nawet półgodzinna przerwa na kawę w centrum handlowym przywracała mnie do żywych 😉 A poza tym moja wizyta miała miejsce w czasie Chińskiego Nowego Roku i centra handlowe były naprawdę fantastycznie udekorowane. Chociażby dlatego warto było dla nich zaglądać.

Najdroższe i najbardziej ekskluzywne marki można znaleźć w centrum handlowym Pavillion. Ono też było chyba najokazalej ozdobione z okazji Chińskiego Nowego Roku.

KLCC Park

Powróćmy jednak do zwiedzania Kuala Lumpur. Przy wieżach Petronas rozciąga się miejski park – KLCC Park. Jest to duży, czysty, bezpieczny i zadbany teren. Oaza zieleni otoczona drapaczami chmur. Bardzo przyjemnie miejsce i gdyby nie upał to pewnie można by tam spędzić cały dzień.

W parku znajduje się plac zabaw dla dzieci i basen, jest też wodospad.

W parku znajduje się kilka oznaczonych punktów, z których można zrobić najlepsze zdjęcia wież Petronas.

Wieża telewizyjna Menara KL i Warisan Merdeka

Drugi wysoki i charakterystyczny budynek Kuala Lumpur to wieża telewizyjna – Menara KL. Wieża wybudowana w 1995 roku ma 421 metrów wysokości i znajduje się na niej najwyżej usytuowany taras widokowy w Kuala Lumpur i obracająca się restauracja z widokiem na miasto. Cena biletu na wewnętrzny taras widokowy wieży telewizyjnej w Kuala Lumpur to 49 RM, koszt biletu na taras zewnętrzny to 99 RM. Nie byłam więc nie powiem czy warto.

Nowy najwyższy budynek w Kuala Lumpur to Warisan Merdeka – w 2020 roku wciąż w budowie. Jego wysokość to 682 metry. Bardzo dobrze widać go ze stacji metra Pasar Seni.

Atrakcje Kuala Lumpur – Chinatown

Wizyta w Kuala Lumpur byłaby niepełna bez odwiedzin w Chinatown.

Zwiedzanie tej dzielnicy Kuala Lumpur można zacząć od Pasar Seni – niebieskiego budynku kryjącego wewnątrz wielki bazar. Można tu kupić liczne pamiątki i tradycyjne malezyjskie wyroby. Sam budynek istnieje od 1888 roku i dawniej pełnił rolę hali targowej gdzie sprzedawano produkty spożywcze. Dla mnie to najlepsze miejsce na zakupy w Kuala Lumpur, bo nie trzeba się targować – towary mają stałe, racjonalne ceny.

Sercem Chinatown jest ulica Petaling Street (Jalan Petaling). Są tu setki straganów gdzie można kupić elektronikę, podróbki torebek i ubrań. Zatłoczone, głośne i dla mnie męczące miejsce.

Chinatown to też zagłębie streetartu w Kuala Lumpur. Murale są w większości zaniedbane i zniszczone ale dla mnie i tak była to wielka przyjemność.

W Chinatown mieści się też Pasar Karat – bardzo specyficznie miejsce. Jest to pchli targ ale nie taki zwykły jaki znacie z innych miast na świecie. Ten targ rozkłada się o 2 w nocy i koło 5 zazwyczaj nie ma już po nim śladu. Dlaczego tak? Sprzedaje się tu rzeczy… kradzione. Jeśli podczas wizyty w Kuala Lumpur ukradną Wam (odpukać!!!) telefon czy aparat no to cóż… jest duże prawdopodobieństwo, że na tym targu ktoś będzie próbował go opchnąć.

Ciekawe miejsca w Kuala Lumpur – Little India

W Kuala Lumpur warto się też wybrać do Little India będącej częścią dzielnicy Brickfield. To najbardziej kolorowe miejsce w Kuala Lumpur! Dzielnica znajduje się w pobliżu stacji KL Sentral.

Symbolem Little India są kolorowe łuki zdobiące główną ulicę i kwiaty namalowane na chodnikach i na jezdni. Nie brakuje tu także kolorowych fontann i rzeźb.

W Little India można kupić indyjskie produkty (biżuterię, kosmetyki, przyprawy, ubrania) a także zjeść w jednej z licznych knajpek. Serwuje się tu dania kuchni hinduskiej – głównie curry na milion sposobów. Tu znajdują się najtańsze restauracje w Kuala Lumpur.

Jedna z małych uliczek Little India zyskała przydomek Floral Street. Kwiaciarze przez cały dzień tworzą tu girlandy z jaśminów i storczyków. Kolorowe, pachnące i urocze miejsce!

W Little India znajduje się też aśram Swami Wiwekananda – indyjskiego mistrz duchowego. Pierwszą szkołę otwarto w 1914 roku. Jego celem było zapewnienie edukacji jak największej liczbie dzieci.

W dzielnicy Brickfield znajduje się też ośrodek dla niewidomych. Spacerując tą dzielnicą zobaczycie dziesiątki osób z białymi laskami. Chodniki i ulice w tej dzielnicy są specjalnie przystosowane dla niewidomych. Przy głównej ulicy znajdują się dziesiątki salonów masażu gdzie pracują właśnie osoby niewidome.

W Brickfields znajduje się też największy w KL muzułmański cmentarz.

Poza główną kolorową ulicą dzielnica Brickfields nie uchodzi za zbyt bezpieczną. Znajdują się tu liczne mieszkania socjalne, dzielnica zamieszkiwana jest przez najbiedniejszych ludzi, dla których często niestety biały turysta=bogaty. Więc uważajcie tu na siebie.

Meczet Masjid Jamek

W Kuala Lumpur warto zwiedzić najstarszy meczet w mieście – Masjid Jamek. Wybudowano go w 1909 roku, jest połączeniem stylu mauretańskiego, indosaraceńskiego i mongolskiego. Do czasu powstania meczetu narodowego (Masjid Negara) był najważniejszym meczetem w Kuala Lumpur. Wstęp do meczetu jest bezpłatny, przy wejściu trzeba się zarejestrować (wpisać imię i nazwisko oraz kraj do specjalnej książki). Zwiedzanie możliwe jest codziennie oprócz piątków. Przy wejściu możliwe jest bezpłatne wypożyczenie abai lub chusty do nakrycia głowy.

Z meczetu najlepiej dojść do rzeki i tam przejść mostkiem na plac Niepodległości i do dzielnicy kolonialnej.

Plac Niepodległości

Zwiedzanie Kuala Lumpur trzeba zaplanować tak, żeby na kilka godzin wybrać się plac Niepodległości i w jego okolice. Historycznie jest to najważniejsze miejsce w mieście – przy Merdeka Square 31.08.1957 roku oficjalnie ogłoszono niepodległość Malezji. Na placu stoi 95-metrowy maszt z ogromną flagą Malezji.

Tuż przy fladze znajduje się fontanna królowej Wiktorii z 1904 roku. Dzieło w stylu art nouveau przywieziono z Anglii, żeby upamiętnić jubileusz królowej Wiktorii i oddać hołd imperium brytyjskiemu.

Wokół placu znajdują się liczne budynki użyteczności publicznej – m. in. główna biblioteka w Kuala Lumpur, katedra św. Marii czy budynek dawnej drukarni.

Naprzeciwko placu znajduje się budynek Sultan Abdul Samad nazwany tak na cześć sułtana panującego w czasach powstania budynku. Początkowo mieścił się w nim Sąd Najwyższy, a dziś jest siedzibą Ministerstwa Informacji, Komunikacji i Kultury Malezji. Podobno jest to jeden z najczęściej fotografowanych budynków Kuala Lumpur. Wcale mnie to nie dziwi, bo jest przepiękny. Zabytek, który koniecznie trzeba zobaczyć w Kuala Lumpur!

W Kuala Lumpur warto zwiedzić też znajdującą się nieopodal Galerię Miejską – KL City Gallery. Mieści się ona w kamienicy z 1889 roku. Wystawa przybliża historię Kuala Lumpur, a na I piętrze znajduje się makieta miasta gdzie co 5 minut odbywają się pokazy światło i dźwięk. Pierwsze piętro to też idealny insta spot 😉 Jest tu kilka murali 3D prezentujących symbole Kuala Lumpur. Cena biletu wstępu do galerii to 10 RM z czego 5 RM dostaje się w formie bonu do wydania w sklepiku z pamiątkami lub kawiarni. Warto!

Stąd najlepiej wybrać się do Lebuh Pasar Besar. To najstarsze miejsce w Kuala Lumpur, odpowiednik europejskiego rynku starego miasta. Znajduje się w miejscu gdzie wybudowano pierwszy most w Kuala Lumpur. Dziesiątki lat temu kwitł tu handel opium i hazard. W 1885 roku miejsce zmieniło swój charakter i dziś jest areną spacerów mieszkańców i turystów. Pośrodku znajduje się okazała Wieża Zegarowa z 1937 roku wybudowana jako upamiętnienie koronacji króla Jerzego VI.

Po drodze z Galerii Miejskiej do Lebuh Pasar Besar znajduje się instalacja z metalu i bawełnianych nici – The Dome of Disapperance. Całość ma sugerować coś delikatnego i ulotnego podobnie jak nieustannie zmieniające się Kuala Lumpur. Za nią w tle widać meczet.

Zupełnie inne oblicze Kuala Lumpur można dostrzec w dzielnicy Bukit Bintang. To najnowocześniejsza część Kuala Lumpur pełna wieżowców, ekskluzywnych hoteli i centrów handlowych. Z tego bardzo nowoczesnego miejsca w kilka minut można przejść do ulicy Jalan Alor – pełnej ulicznych straganów i barów. Przedłużeniem Jalan Alor jest ulica Changkat – centrum nocnego życia Kuala Lumpur. Tu znajdują się liczne bary, kluby, puby, dyskoteki i inne przybytki rozrywki.

Malezja – co zjeść? + kulinarny przewodnik po Kuala Lumpur

Współczesna kuchnia malezyjska jest połączeniem wpływów malajskich, chińskich, hinduskich i kultury Pernakan (potomków chińskich imigrantów). O ile kuchnia chińska, tajska czy wietnamska są znane w Europie to o malezyjskiej wiadomo mniej. W takim razie co zjeść w Malezji? Czego spróbować i czego szukać na lokalnych targach? Zapraszam na mój przewodnik po kuchni malajskiej i restauracjach w Kuala Lumpur.

Jak już pisałam w poprzednich wpisach ceny jedzenia w Malezji są niskie. Można się dobrze najeść za równowartość 3 – 4 USD. Nie mówię tu oczywiście o wypasionych restauracjach (których też w Kuala Lumpur nie brakuje) ale o zwykłych restauracjach w centrach handlowych i budkach ze street foodem.

Sztandarowe danie kuchni malezyjskiej to laksa – ostra zupa z kurczakiem. występuje w wielu wersjach. W Kuala Lumpur popularna jest laksa lemak – z dodatkiem curry – w innych regionach kraju mówią, że to nie laksa 😉 Można spotkać też laksa sarawak – z krewetkami i wiele innych odmian. Laksę jada się na śniadanie, obiad i kolację. W kuchni malezyjskiej stosuje się sporo chili więc jeśli jesteście nieprzyzwyczajeni do ostrych smaków to proście zawsze o łagodniejszą wersję dań.

Drugie tradycyjne typowe malezyjskie danie, które można napotkać niemal wszędzie to roti kaya – tosty z dżemem kokosowym. Często serwowane z ugotowanym jajkiem. To zdecydowanie jedno z najpopularniejszych śniadań w Malezji.

Kays jest też częstym nadzieniem to popularnych w Malezji bułeczek na parze – też warto spróbować.

Słodkie śniadania w Malezji to też popularne kuih ketayap – zielone naleśniczki z dżemem kokosowym. Baaardzo słodkie!

Jeśli chodzi o wytrawne śniadania to w Malezji najczęściej jada się nasi lemak – ryż gotowany na mleku kokosowym ze smażoną rybą lub kurczakiem, do tego gotowane jajko i sambal – pasta na bazie chili. Czasem dodaje się świeżego ogórka. Całość zawsze podaje się zawiniętą w liściu bananowca. Jest to typowe jedzenie w Malezji i chociaż raz warto spróbować.

Jak już jesteśmy przy dodatkach to w Malezji często stosuje się gotowe pasty i sosy zamiast pojedynczych przypraw. Bardzo popularna jest belacan – fermentowana pasta z krewetek, a także rempah – pasta z szalotki, czosnku, chili, trawy cytrynowej, imbiru i galangi.

Co jeszcze warto zjeść w Malezji? Na pewno często można napotkać znane z Indonezji i innych azjatyckich krajów satay – szaszłyki z mięsa drobiowego przygotowywane z masłem orzechowym.

W Malezji warto zjeść i spróbować wszystkie możliwe owoce – papaje, jackfruity, mango, pomelo, liczi, rambutany czy guawy. I oczywiście króla owoców – duriana. Durian jest w Malezji wszechobecny nie tylko w postaci świeżego owocu ale też owoców suszonych, lodów, deserów, ciastek czy durianowej kawy i herbaty. Ja duriana kocham i jadłam absolutnie codziennie! Pamiętajcie tylko, żeby duriana zjeść tam gdzie go kupujecie, bo zarówno przewożenie go komunikacją miejską jak i wnoszenie do hoteli jest karalne. I to niemało, po 500 RM.

Jeśli chodzi o napoje w Malezji to wszystkie one są niesamowicie słodkie. Do kawy i herbaty standardowo dodaje się cukier albo mleko skondensowane. Kawa z mlekiem skondensowanym to kopi – jeśli zamówicie ją w jakiejś budce na ulicy to zobaczycie w jaki specjalny sposób jest przygotowywana. I tu niestety smutna konkluzja – w Malezji wszystkie napoje podaje się w plastiku. W plastikowych woreczkach, z plastikowymi słomkami i jeszcze z plastikową zawieszką na skuter. Niestety świadomość ekologiczna jest tam jeszcze mało rozwinięta.

Rozważania o tym co zjeść w Malezji nie mogą obyć się bez napisania o deserach. Nawet jednego deseru w Malezji nie zjadłam do końca. Wszystko jest tam jakieś 5 razy słodsze niż gdziekolwiek indziej. Wcale mnie nie dziwi, że w Malezji jest najwyższy odsetek diabetyków w całej Azji. No ale od jednych wakacji nikt cukrzycy nie dostanie 😉 Zatem co słodkiego warto zjeść w Malezji?

Numer jeden to cendol – najpopularniejszy malezyjski deser składający się z kruszonego lodu, mleka kokosowego, cukru palmowego, fasoli i ryżowo-groszkowych żelków. Czasem dodaje się do niego owoce (np. duriana). Pyszny ale dramatycznie słodki! Niemniej jeśli miałabym wskazać co trzeba w Malezji spróbować to powiem: cendol. Koniecznie. Potrafi kosztować 3 RM, a potrafi 25 RM. Zależy gdzie i zależy z jakimi dodatkami.

Dużo jest w Malezji takich ulicznych stoisk gdzie smażą różne ciasteczka / kuleczki z przeróżnymi dodatkami. Fajne, smaczne, tanie ale wszędzie cukier w ilościach zatrważających. Nie wiem czy to widać na zdjęciu ale ciasteczko z orzeszkami miało tyle cukru, że aż trzeszczał w zębach. No ale na wakacjach w Malezji spróbować trzeba 😉

W Malezji warto też spróbować deseru jedynego w swoim rodzaju Durian Lava Cake – ciastka na ciepło ze słodkim nadzieniem z duriana. Idealnie pasowałaby do niego mocna gorzka kawa ale niestety przez tydzień pobytu w KL serwowałam ją sobie sama w pokoju hotelowym 😉

Fajne są też takie ciastka, nie ciastka, trudno powiedzieć co to jest. Takie kulki z mąki ryżowej na zimno z nadzieniem z duriana.

No dobra. Wiemy już co zjeść i czego spróbować w Malezji to teraz pytanie gdzie to wszystko znaleźć. Gdzie zjeść w Kuala Lumpur? Ja w Azji kocham takie hipsterskie miejsca jak to ze zdjęcia powyżej 😉

Zachęcam do jedzenia śniadań w Kuala Lumpur poza hotelem. Hotelowe jedzenie mimo iż często zawiera lokalne produkty to nigdy nie jest TO. Śniadania w restauracjach czy czy ulicznych budkach w Kuala Lumpur to koszt 2 – 6 RM. Kawa 1 -2 RM. Naprawdę niewiele a zawsze można poczuć się jak mieszkaniec KL 😉 Ja najczęściej jadałam w budkach w dzielnicy Little India lub w małych retauracjach przy centrum handlowym NU Sentral – dobre tosty z kaya serwują w PappaRich (można płacić kartą).

W związku z tym, że mój hotel był tuż przy NU Sentral to zdążyłam tam przetestować kilka restauracji. Poniżej te, które polecam odwiedzić podczas zwiedzania Kuala Lumpur.

Dolly Dim Sum – tu trafiłam na swój pierwszy obiad w KL i tu zakończyłam swoją kulinarną przygodę z Malezją. Restauracja serwuje chińskie pierożki dim sum. Z mięsem, z krewetkami, co kto lubi. Jest też spory wybór chińskich herbat i deserów. Za 2 rodzaje pierożków i herbatę płaciłam zazwyczaj ok. 20 RM. Można płacić kartą.

Taka ciekawostka – jeśli wybieracie się do restauracji w Kuala Lumpur to dostaniecie menu i karteczkę z ołówkiem gdzie zaznaczacie wybrane pozycje. Wybieracie, zaznaczacie i przekazujecie kelnerowi. Z zamówieniem otrzymujecie rachunek, który reguluje się w kasie przy wyjściu z restauracji (nie płaci się bezpośrednio kelnerowi).

W centrum działa też tajska knajpa Mr Tuk Tuk. Jako wielka fanka mango sticky rice i pad thaia nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Zdecydowałam się właśnie na te dwa moje ulubione tajskie dania. Były przepyszne – zwłaszcza mngo sticky rice. Porcja pad thaia spokojnie na 2 osoby. Płatność tylko gotówką.

Na poziomie -1 działa koreańska kawiarnia Hanbing serwująca koreańskie desery – wyglądały obłędnie ale porcja była tak ogromna, że ja po zjedzeniu połowym bym się przez pół dnia nie ruszyła! Jednak przyszłam tam na śniadanie i zdecydowałam się na tosty. Do wyboru różne różniste – z serem, z tuńczykiem, na ostro… Jeśli już znudzą się Wam typowo malezyjskie śniadania to polecam dla urozmaicenia śniadanie koreańskie w Kuala Lumpur 😉 Można płacić kartą.

I kontynuując kulinarną podróż przez Azję w Nu Sentral są też dwie restauracje japońskie sieci Zanmai. Jedna serwuje makarony, druga sushi. Ponieważ jestem pastożercą to zdecydowałam się na makaron z krewetkami i sosem orzechowym. Ale to było dobre!!! Jeden z moich najlepszych posiłków w Kuala Lumpur. A najlepsze jest to, że za makaron i herbatę zapłaciłam 16 RM. Można płacić kartą.

Na lody warto wybrać się do Baskin-Robbins. Porcje są duże ale lody są w Malezji drogie – cena za kulkę to kilka, a nawet kilkanaście RM.

Mekką wszystkich malezyjskich foodies jest ulica Jalan Alor. Działa przy niej kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset barów ze street foodem i można tu zjeść i kupić absolutnie wszystko. Są stoiska z kawą i herbatą, z deserami, z owocami. Są sklepy z durianem i suszonymi owocami. Są restauracje serwujące mięso, ryby (jak widać można najpierw spojrzeć w oczy rybie, którą chce się zjeść). Ulica funkcjonuje przez 24 godziny na dobę, większość barów otwiera się po godzinie 17 ale niezależnie czy przyjdziecie tu w środku dnia czy w środku nocy to zawsze coś można tu zjeść.

Swego rodzaju food court z hinduskim jedzeniem znajduje się przy Jalan Stensen Sentral – jeden poziom parkingu zamieniono tu na skupisko budek z jedzeniem prosto z Indii. Ceny jedzenia są tu bardzo niskie – porządna porcja curry z ryżem i warzywami to koszt 5 – 8 RM. Warto tu też spróbować maślanki i herbaty z hibiskusem. Maślanka okazuje się być popularnym napojem w Malezji – serwuje się ją najczęściej z dodatkiem kolendry. Hibiskus natomiast jest narodowym kwiatem Malezji i poza rolą dekoracyjną jest też składnikiem dań i napojów. Bardzo polecam hibiskusową herbatkę – smakuje zupełnie inaczej niż polskie herbatki z dodatkiem tego owoców. Taki mocny napar z dużą ilością lodu idealnie łagodzi ostrość hinduskich dań i orzeźwia w upalny dzień. Tu przy okazji ważna informacja praktyczna – w Malezji można bez obaw pić napoje z lodem. Cały lód jest produkowany fabrycznie, nie ma obaw żadnych zanieczyszczeń czy zakażeń.

Jak już spróbujecie dań malajskich i hinduskich to koniecznie trzeba zjeść coś chińskiego w Chinatown. Jeden z najpopularniejszych i najsłynniejszych lokali w Chinatown to Koon Kee słynący z pysznej wieprzowiny. Tak, tak, w kraju muzułmańskim bez problemu można zjeść prosiaczka. Wieprzowina jest mięciutka, soczysta i pyszna, makaron genialny a pierożki – do dziś mi ślinka cieknie jak o nich myślę. To obowiązkowe miejsce na posiłek w Kuala Lumpur. Chciałam nie widzieć biegających dookoła szczurów ale niestety wzrok mam dobry 😉 Więc co wrażliwsi niech może jednak jadają w centrach handlowych 😉

Chińskie jedzenie w Kuala Lumpur serwuje też chiński food court w podziemiach centrum handlowego Lot 10. Jest to miejsce bardzo popularne wśród Malezyjczyków, mniej wśród turystów. Ale ja bardzo bardzo polecam. Wybór jedzenia ogromny, knajpek jest co najmniej kilkanaście, sama długo chodziłam nie mogąc się zdecydować co wybrać. Ostatecznie padło na makaron z pok choi i wywar z pulpetami wołowymi. Mistrzostwo świata! Cały ten obiad kosztował mnie 12 RM. Ten food court to jedno z niewielu miejsc w Kuala Lumpur gdzie do obiadu można się napić piwa (cena małego piwa – od 15 RM).

Na 6 piętrze tego samego centrum handlowego znajduje się japoński food court. Są też japońskie delikatesy gdzie można zakupić całą masę produktów z kraju kwitnącej wiśni czy kawiarnia gdzie można się napić oryginalnej japońskiej matchy – na zimno lub na ciepło.

W piątki po południu – od 15 – rozkłada się night market Pasar Malam w pobliżu stacji metra Bangsar. Nocny market w Kuala Lumpur oficjalnie działa od 15 do 23 ale prawda jest taka, że większość budek otwiera się dopiero o 17.30 więc wcześniej nie ma sensu tam jechać. Nie będę ukrywać, że mnie to miejsce trochę rozczarowało – jest to dobry pomysł na zrobienie zakupów – można kupić ryby, owoce, warzywa czy indyjskie przyprawy ale jeśli liczycie na wyżerkę to tak jak ja będziecie rozczarowani.

No i na koniec jeszcze o tym co warto kupić w supermarkecie w Malezji. Przy dworcu i centrum handlowym Nu Sentral mniejszych i większych marketów było kilka. To co się rzuca w oczy to ogromny wybór napojów w lodówkach – wszystko niestety słodzone. Kupiłam mały kartonik soku z mango, który bez rozcieńczenia (i to mocnego) był niepijalny i puszkę napoju z daktyli. Napój daktylowy co prawda importowany z Tajlandii, też słodki ale to coś co warto spróbować w Azji.

W Malezji bardzo popularne są puddingi z galaretką kokosową – tzw. nata de coco. Są w kilku smakach – mango, liczi, kokosowe itp.

Ze słodyczy w Malezji wpadły mi w oko czekolady – z zieloną herbatą i z durianem. Kupiłam na prezent więc nie wiem czy warto ale spytam obdarowanych jak im smakowało 😉

Malezja na własną rękę – informacje praktyczne

Praktyczne porady przed wyjazdem do Malezji. Co trzeba wiedzieć zanim poleci się tego egzotycznego kraju?

Malezja – jak się dostać z Polski?

Póki co nie ma bezpośrednich lotów z Polski do Malezji, trzeba lecieć przynajmniej z jedną przesiadką. Loty do Kuala Lumpur oferują praktycznie wszystkie większe linie lotnicze więc można lecieć przez Paryż, Amsterdam, Dubaj czy Dohę. Ja leciałam właśnie przez Katar. Lot do Dohy trwa ok. 5 – 6 godzin, z Dohy do Kuala Lumpur 7 godzin.

Malezja – wiza, przepisy wjazdowe

Jeśli pobyt w Malezji jest krótszy niż 90 dni to wiza nie jest konieczna, do wjazdu wystarczy paszport ważny minimum 6 miesięcy. Nie wypełnia się żadnych deklaracji celnych, po prostu podajemy paszport, dostajemy pieczątkę i tyle. Cała procedura trwa kilkadziesiąt sekund.

Malezja – waluta i ceny

Waluta obowiązująca w Malezji to ringgit (RM), który dzieli się na 100 senów. Banknoty są plastikowe. Monet używa się dużo rzadziej ale też będziecie mieli z nimi do czynienia. Przelicznik malezyjskiej waluty do złotówki wynosi prawie 1:1 więc w uproszczeniu można przyjąć, że jeśli coś kosztuje 10 RM to jest to 10 zł.

Pieniądze w Malezji najlepiej wymieniać w kantorach, które oferują lepsze kursy niż banki. Kilka kantorów znajduje się w centrum handlowym NU Sentral połączonym z główną stacją kolejową Kuala Lumpur KL Sentral. W kantorach można wymieniać dolary, euro, funty i większość walut azjatyckich krajów. Do Malezji lepiej zabrać dolary niż euro – kurs wymiany jest korzystniejszy.

Bankomaty także są na każdym kroku – na samej stacji KL Sentral jest ich kilkanaście. Bez problemu wypłacają pieniądze z polskich kart. W centrach handlowych, hotelach i wielu sklepach można w Malezji płacić kartą. Revolut działał bez problemu. Gotówka jest niezbędna w mniejszych restauracjach, na targach i w budkach ze street-foodem.

Czy Malezja jest droga? Jakie są ceny w Malezji? Jak większość krajów Azji południowo – wschodniej Malezja nie rujnuje portfela. Ceny zdecydowanej większości produktów są niższe niż w Europie. Jedzenie w budkach na ulicy to zazwyczaj wydatek 2 – 3 USD za posiłek. Drożej jest w restauracjach – tu przekrój jest spory ale w takich restauracjach w centrach handlowych za posiłek trzeba zapłacić 4 – 5 USD. Ceny w sklepach w Malezji są niższe niż w Polsce.

A co jest drogie w Malezji? Alkohol. Ze względu na to, że Malezja to kraj muzułmański i religia ogranicza dostęp do alkoholu, a podatek od alkoholu jest tu jednym z najwyższych na świecie to jego ceny są bardzo wysokie. Najtańszy alkohol w Malezji można kupić w sklepach Family Mart – 15 – 20 zł za piwo 😀 W większości restauracji (przynajmniej tych, w których ja jadałam) alkoholu się w ogóle nie podaje. Wyjątkiem jest food court centrum handlowego Lot 10 gdzie też można kupić piwo za równowartość kilkunastu złotych.

W Kuala Lumpur jest sporo barów i restauracji na dachach wieżowców. Ceny alkoholu w takich miejscach to zazwyczaj 40 – 50 RM za piwo i powyżej 50 RM za drinka. Wakacje w Malezji sprzyjają abstynencji 😉 Jeśli jednak nie wyobrażacie sobie wakacji bez alkoholu to dobra wiadomość jest taka, że przepisy celne zezwalają na wwóz do Malezji 1 litra alkoholu.

Malezja – pogoda, klimat, kiedy jechać?

No właśnie, kiedy najlepiej jechać do Malezji? Generalnie wschodnie wybrzeże najlepiej zwiedzać od od marca do września, zachodnie od października do marca.

Średnia temperatura w Kuala Lumpur przez cały rok wynosi 32 stopnie, zmienia się tylko wilgotność. W okresie od listopada do marca jest ona najniższa więc nasza zima to najlepszy czas na odwiedzenie Kuala Lumpur.

Malezja leży w strefie aktywnej sejsmicznie – zdarzają się trzęsienia ziemi. Od października do lutego występuje zagrożenie cyklonami tropikalnymi i tajfunami.

Podczas mojego pobytu (luty) było bardzo gorąco – 34 – 36 stopni. Wilgotność bardzo wysoka, od rana do 14 – 15 świeciło słońce, po południu się chmurzyło a wieczorem (19 – 20) lało. Codziennie.

Kuala Lumpur – dojazd z lotniska

Międzynarodowe lotnisko KLIA1 i KLIA2 jest oddalone od centrum Kuala Lumpur o 50 km. KLIA2 obsługuje loty krajowe i tanie linie lotnicze (głównie AirAsia), KLIA to terminal międzynarodowy.

Dojazd z lotniska do centrum Kuala Lumopur zapewnia pociąg KLIAExpress. Czas dojazdu do dworca KL Sentral to 28 minut. Cena biletu to 55 RM w jedną stronę lub 90 RM w 2 strony. Bilety można kupić wcześniej przez internet (bilet powrotny jest ważny przez miesiąc) lub na lotnisku – są punkty gdzie można je kupić, są automaty.

Dojazd KL Express na lotnisko jest świetny jeśli lecicie dalej z Kuala Lumpur liniami Malaysia Airlines, Malindo lub Cathay Dragon. Wtedy można odprawić się na dworcu KL Sentral, tam nadać bagaż i na lotnisko jechać tylko z bagażem podręcznym. Ta opcja jest dostępna dla osób posiadających bilet na KL Express. Odprawa na dworcu możliwa jest najpóźniej 2 godziny przed planowaną godziną wylotu. Ja leciałam z KL do Hanoi liniami Malaysia Airlines i skorzystałam z opcji odprawy na dworcu – polecam!

Tańszy ale dłuższy sposób transportu z lotniska do centrum Kuala Lumpu zapewniają autobusy. Można nimi dojechać do dworca KL Sentral, do dworca Bandar Tasik Selan oraz do Chinatown. Cena biletu na autobus to 12 – 15 RM.

Kuala Lumpur – komunikacja miejska, jak się poruszać po mieście?

Transport w Kuala Lumpur zapewnia komunikacja miejska (metro i autobusy) oraz taksówki i grab.

Taksówki nie są polecanym sposobem poruszania się po Kuala Lumpur – podobnie jak w wielu innych krajach taksówkarze naciągają turystów i nawet krótka przejażdżka może się skończyć awanturą. Sposobem na uniknięcie problemów z taksówkami jest skorzystanie z tzw. prepaid taxi – jest to możliwe na lotnisku i na dworcach oraz przy atrakcjach turystycznych. W specjalnym miejscu zamawiają dla Was taksówkę, za którą płacicie z góry i nie musicie się martwić, że ktoś Was naciągnie/oszuka.

W Kuala Lumpur podobnie jak w wielu innych krajach Azji południowo-wschodniej funkcjonuje Grab. Jest to aplikacja działająca dokładnie na tej samej zasadzie co Uber. Zamawiacie kierowcę pod wskazany adres, cena kursu jest znana z góry, płatność możliwa jest kartą lub gotówką. Żeby korzystać z graba trzeba mieć oczywiście internet – można zakupić lokalną kartę SIM za kilkanaście ringgitów, internet jest też dostępny w zdecydowanej większości hoteli i knajpek.

W obrębie Kuala Lumpur kursują linie metra – LRT, MRT, ERL i monorail. Pociągi jeżdżą często, są nowoczesne, wygodne i bardzo dobrze oznakowane (stacje również, naprawdę ciężko by się było zgubić). Uwaga – w wagonach jest bardzo zimno. Klimatyzacja rozkręcona maksymalnie.

Bilety na metro w Kuala Lumpur można kupić w budkach oraz automatach na stacjach. Jednorazowy przejazd wiąże się z zakupem żetonu – przy wejściu żeton trzeba zeskanować, przy wyjściu wrzucić do środka.

Warto kupić kartę MyRapid, którą można doładować dowolną kwotą i korzystać na pojedyncze przejazdy (będzie wtedy taniej niż kupując żetony) lub można załadować na nią KL Travel Pass – bilet na 1 lub 3 dni. Bilet 1-dniowy na transport w Kuala Lumpur kosztuje 10 RM, 3 – dniowy 25 RM. Do tego trzeba doliczyć koszt karty – 10 RM.

Między największymi atrakcjami turystycznymi kursują darmowe autobusy GoKL. Są one kolorowe i z daleka rzucają się w oczy. Są klimatyzowane i wygodne. Z założenia miały być darmowym transportem dla turystów, w praktyce korzysta z nich wielu mieszkańców dlatego często są bardzo zatłoczone w godzinach szczytu.

Kuala Lumpur – gdzie spać?

Baza hotelowa w Kuala Lumpur jest naprawdę ogromna. Są tanie hostele dla backpackerów, są hotele wszystkich sieci znanych z Europy. Fajną opcją, którą polecam rozważyć są hotele z basenem na dachu. Ja zdecydowałam się właśnie na taki – z basenem na 30. piętrze. Gdzie spać w Kuala Lumpur? Ja spałam w dzielnicy Little India, w okolicach dworca kolejowego KL Sentral. Wybór lokalizacji wynikał głównie z tego, że dość wcześnie miałam lot powrotny i nie chciałoby mi się bladym świtem jechać na dworzec ale finalnie bardzo sobie tę lokalizację chwaliłam. Bliskość dworca to jedno, w okolicach mnóstwo knajp, barów i sklepików. Przystanki wszystkich linii komunikacji miejskiej w zasięgu kilkuminutowego spaceru a do tego cisza i spokój.

Pamiętajcie, że w Malezji nie wolno wnosić durianów do hotelu! Za załamanie tego zakazu grozi kara 500 RM! I nie liczcie na to, że wniesiecie duriana niepostrzeżenie – jego naprawdę czuć z daleka 😀 Durianów nie wolno też przewozić komunikacją miejską w Kuala Lumpur – tu kara jest podobna.

Malezja – zdrowie, szczepienia, zagrożenia

W Kuala Lumpur i w całej Malezji przez cały rok występuje denga oraz malaria. Są to choroby rzadko występujące ale bardzo groźne. W Malezji trzeba się chronić przed komarami. Ja szczerze mówiąc widziałam jednego komara przez cały swój pobyt w Malezji ale jeśli będziecie widzieli ich więcej albo będziecie w Malezji w czasie gdy będzie więcej padało to używajcie preparatów typu mugga.

Przed wyjazdem do Malezji nie są obowiązkowe żadne szczepienia. Wyjątek stanowi sytuacja, jeśli w ciągu 6 miesięcy poprzedzających wyjazd do Malezji było się w kraju gdzie występuje żółta ferba – wtedy trzeba przedstawić żółtą książeczkę.

Zalecane szczepienia przed wyjazdem do Malezji to szczepienia przeciwko WZW typu A i B, błonicy, tężcowi, polio i durowi brzusznemu.

W Malezji nie zaleca się picia wody z kranu. Do mycia zębów też zaleca się wodę butelkowaną lub przegotowaną.

Jeśli macie wrażliwe żołądki to warto zabrać do Malezji środki przeciwbiegunkowe i preparaty z elektrolitami (Orsalit itp.) – przy biegunce w takich temperaturach łatwo się odwodnić. Ja jadałam w budkach z jedzeniem ulicznym, zęby myłam w wodzie kranowej i przez cały pobyt nie było mi absolutnie nic więc nie popadajmy w paranoję. Trzeba uważać, myć często ręce itp. ale też bez przesady.

Przed wyjazdem do Malezji koniecznie trzeba kupić ubezpieczenie obejmujące koszty leczenia.

Malezja – strój

Ubiór w Malezji jest o tyle istotny, że to kraj muzułmański. Zatem jak się ubierać w Malezji? Skromnie. Zakryte ramiona oraz kolana i będzie w porządku. Nie musi to być strój zakrywający nas od stóp do głów ale szorty i dekolty raczej zostawmy sobie na hotelowy basen a zwiedzając Malezję odziejmy się nieco bardziej. Od turystek nie wymaga się zakrywania włosów. Wyjątkiem są oczywiście meczety ale tam są dostępne (bezpłatnie) chusty do zakrycia włosów.

Malezja – bezpieczeństwo

Wszędzie czytałam, że Malezja jest bezpieczna ale ponieważ pojechałam tam zupełnie sama, a jest to kraj muzułmański to miałam trochę obaw. Okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie. Malezja i Kuala Lumpur to naprawdę bezpieczne miejsca. Trzeba zachować rozsądek (a gdzie nie trzeba?) ale to nie jest tak, że trzeba się mieć cały czas na baczności. Czytałam o kradzieżach i ostrzeżenia, żeby w Malezji nie nosić ze sobą dokumentów. Tak też zrobiłam – paszport i większą część pieniędzy zostawiłam w hotelowym sejfie ale przez cały swój pobyt nie czułam się ani trochę zagrożona, nie byłam świadkiem żadnych kradzieży ani żadnych innych przestępstw. Nie mówię, że macie teraz jechać i szpanować drogimi telefonami czy aparatami ale też nie ma co przesadzać. Moim zdaniem Rzym czy Barcelona są bardziej niebezpieczne niż Kuala Lumpur.

To na co na pewno trzeba uważać w Malezji to ruch drogowy. Kuala Lumpur to nie jest miasto dla pieszych. Już pierwszego dnia usłyszałam, że pasy i sygnalizację drogową mam traktować jak dekorację a nie jak wyznacznik czegokolwiek 😉 I z tym się muszę zgodzić. W kwestii przepisów ruchu drogowego w Malezji panuje pełna dowolność – z pieszymi się nikt nie liczy więc pod tym względem trzeba na siebie bardzo uważać.

Teoretycznie Malezja jest państwem zagrożonym terroryzmem ale w dzisiejszych czasach to chyba 95% świata jest więc…

Czy w Malezji jest bezpiecznie? Z perspektywy, która kobiety, która podróżowała tam sama przez tydzień jest bezpiecznie. Ludzie są bardzo przyjaźni, nie jest tak, że na każdym kroku ktoś próbuje nas oszukać.

Malezja – co kupić, co przywieźć z Malezji?

Malezja i Kuala Lumpur to raj dla zakupoholików 😉 W KL są dziesiątki jeśli nie setki centrów handlowych. Wynika to z tego, że Malezyjczycy wciąż nie przekonali się do zakupów online. Ja zakupów nienawidzę ale malezyjskie centra handlowe odwiedzałam codziennie. Dlaczego? Po pierwsze są klimatyzowane – w nieziemskim upale nie raz ratowały życie. Po drugie byłam w Malezji w okresie świętowania Chińskiego Nowego Roku i dekoracje w centrach handlowych urastały w tym czasie do rangi dzieł sztuki. A po trzecie większość centrów handlowych ma naprawdę fajne food courty z mnóstwem dobrego (i taniego) jedzenia. I z klimatyzacją!

Ale do rzeczy. Co kupić w Malezji i co przywieźć z wakacji? O kulinariach półwyspu malajskiego będę dopiero pisać ale pewnie część z Was wie, że królem owoców jest tam durian. Są w Malezji sklepy gdzie możecie kupić suszony durian, kawę z durianem, herbatę z durianem, czekoladę z durianem i wszystko co jesteście sobie w stanie wyobrazić.

Malezja jest dużym producentem herbaty. Ja herbatę uwielbiam więc nie mogłam odpuścić takiej okazji i kilka gatunków przywiozłam. Popularnym producentem herbat jest firma BOH. W Malezji uprawia się głównie czarną herbatę.

Z pamiątek kulinarnych – z Malezji warto przywieźć słoiczek kaya (dżemu kokosowego) i słoiczek słodkiej pasty chili Hainanese.

Pamiątki z Malezji to mogą być fajne wyroby typu plecione torebki, jedwabne szale i przede wszystkim wyroby z batiku.

Pamiątki w Kuala Lumpur najlepiej kupować w Central Market – jest ogromny wybór i sensowne ceny. Najtaniej jest w bocznych alejkach.

Malezja – co zabrać?

W Malezji są brytyjskie gniazdka więc należy zabrać ze sobą adapter. Jeśli nie weźmiecie to można go wypożyczyć w hotelowej recepcji lub kupić za jakieś 3 RM.

Do Malezji trzeba zabrać kremy z wysokim filtrem (wodoodporne, bo niewodoodporne w tej wilgotności spłyną momentalnie) i preparat na komary.

Warto zabrać podstawowe leki – coś na przeziębienie (35 stopni na zewnątrz i 16 wewnątrz to prosta droga przynajmniej do bólu gardła), na biegunkę, elektrolity, coś na ugryzienia komarów.

Malezja – obyczaje i ciekawostki

Na (już prawie) koniec kilka ciekawostek i informacji, które mogą ułatwić podróżowanie po Malezji. W Malezji nie należy się przytulać ani całować w miejscach publicznych – jest to naruszenie zasad moralnych.

Zwracanie podeszw stóp w czyimś kierunku uznawane jest za brak szacunku. Podobnie dotykanie kogoś po głowie.

Za jeden z najbardziej obraźliwych gestów w Malezji uznaje się pokazywanie kogoś palcem wskazującym.

Malezja – czy warto?

Nie spodziewałam się wiele po Malezji a kraj mnie na tyle zauroczył, że bardzo bym chciała wrócić. Malezja jest stosunkowo spokojna (jak na Azję oczywiście), ludzie są otwarci i pomocni, bez problemu można się porozumieć po angielsku, jest pyszne jedzenie, zwiedzanie nie rujnuje budżetu. Mogłabym tak chyba jeszcze długo 😉 Warto! Malezja jest super! 😉

Atrakcje Libanu – Dżunija, Harissa, Byblos i Annaja – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Dziś chciałam Wam zaproponować kolejny pomysł na jednodniową wycieczkę po Libanie z Bejrutu. Tym razem turystyczna miejscowość Dżunija niejako połączona z sanktuarium w Harissie, a także jedno z moich ulubionych miast Libanu – Bylos oraz swoista religijna stolica kraju – Annaja z grobem najważniejszego libańskiego świętego. Gotowi? To lecimy!

Dżunija

Miasto położone 15 km od Bejrutu. Słynie z najpiękniejszego wybrzeża w kraju. Jest ważnym ośrodkiem turystyczno-wypoczynkowym i centrum rozrywki. Tu mieści się najsłynniejsze kasyno w kraju – Cassino du Liban.

Atrakcją Dżuniji jest też kolejka gondolowa łącząca miasto ze wzgórzem w Harissie, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej. Jakby nie patrzeć kolejka łączy sacrum z profanum 😉 Tak gwoli ścisłości to podróż jest dwuetapowa – pierwszy to wspomniana gondolka, a potem przesiadamy się w wagonik. Widoki z jednego i z drugiego nieziemskie.

Harissa – Sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej

Miasto jest ważnym celem pielgrzymek i ośrodkiem kultu maryjnego. Na wzgórzu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest biały posąg Najświętszej Marii Panny. Na posąg można wejść i bardzo Wam to polecam, bo widoki z samej góry są naprawdę przepiękne. Jest co prawda dosyć wąsko i ciężko się minąć z inną osobą (a to popularne miejsce i turystów tudzież pielgrzymów jest sporo) ale warto. Uwaga, żeby wejść na posąg i w ogóle na teren sanktuarium trzeba mieć zakryte kolana i ramiona. Ja miałam szorty i cofnięto mnie już w drodze ze sklepiku z pamiątkami (!). Na szczęście w plecaku miałam chustę i mogłam wejść na górę nie gorsząc nikogo 😉

Obok sanktuarium mieści się współczesna, monumentalna katedra maronicka – jej kopuła wznosi się 62 m nad ziemią i jest widoczna już z dołu. Niestety była zamknięta ale że jest przeszklona to można było zajrzeć do środka.

Sanktuarium w 1997 roku odwiedził Jan Paweł II i na pamiątkę tego wydarzenia postawiono jego pomnik.

Byblos (Jbail) – perełka Libanu

Byblos – cudowne, magiczne, przepiękne miejsce na mapie Libanu. Położone 40 kilometrów od Bejrutu, zamieszkane nieprzerwanie od ponad 7 tysięcy lat uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Aż nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Pełne kolorowych knajpek (takich wiecie, z dekoracjami prosto na instagrama), z soukiem z ogromnym wyborem pamiątek, górującym nad miastem zamkiem, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i z cudownym portem.

W pobliżu portu, znajduje się rozległe stanowisko archeologiczne – najważniejsza atrakcja miasta. Antyczne ruiny, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, świadczą o obecności całego przekroju cywilizacji, od czasów neolitu po średniowiecze.

Zamek krzyżowców został zbudowany w 1104 roku. Jak większość libańskich zabytków był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. W XIX wieku przejęli go tureccy żołnierze i pełnił rolę militarną. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków miasta.

Po wejściu na zamek przez most i bramę docieramy do małej salki muzealnej. Znajdziemy tu wystawę przybliżającą alfabet fenicki, który dał początek naszemu współczesnemu alfabetowi. Po zapoznaniu się z wystawą warto wejść na wszystkie po kolei punkty widokowe. Wiadomo, że im wyżej tym piękniejsze krajobrazy. Widać miasto, port, wybrzeże. Tu zrobicie naprawdę świetne zdjęcia. Moja wizyta na zamku była dosyć krótka z prozaicznego powodu – byłam strasznie głodna. A najpierw musiałam pójść na zamek, żeby mi go nie zamknęli, dopiero potem poszłam jeść. Ale właściwie poza tym punktami widokowymi to aż tak wiele do zwiedzania tam nie ma.

Po wyjściu z zamku koniecznie trzeba skierować się w lewą stronę i dojść do starego portu. Cumują tu łódki, przechadzają się turyści, właściciele zapraszają do restauracji na świeżą rybkę.

No i na koniec trzeba zagubić się w labiryncie wąskich uliczek souqu. Tu można coś zjeść, wypić, potargować się w sklepach. I napawać oczy tymi wszystkimi pięknymi dekoracjami. Prawda, że Byblos jest niebywale urocze?

Annaja i św. Szarbel

To jest miejsce, którego w ogóle nie brałam pod uwagę planując zwiedzanie Libanu. Ale od wielu miejscowych usłyszałam, że jeśli chcę chociaż spróbować zrozumieć Liban i Libańczyków to muszę to miejsce odwiedzić. No skoro muszę to jadę.

Annaja położona jest zaledwie 9 km od Byblos więc nie jest to jakaś wielka wyprawa. Znajduje się tu maronicki monastyr z relikwiami św. Szarbela.

Św. Szarbel (Charbel) to jeden z najważniejszych jeśli nie najważniejszy święty Libanu. Duchowny maronicki, mnich i pustelnik. Youssef Antoun Makhlouf, bo tak się nazywał, urodził się 8 maja 1828 roku w Bekaakafra (północny Liban) w maronickiej rodzinie. W 1851 roku wstąpił do zakonu gdzie przyjął imię Szarbel. 23 lata spędził w pustelni oddając swe życie Bogu, zmarł 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko – nad jego grobem pojawiła się jasna poświata utrzymująca się wiele tygodni. Spowodowało to, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. W związku z tymi wydarzeniami kilka miesięcy po pogrzebie dokonano ekshumacji ciała pustelnika. Okazało się, że przez te miesiące ciało pustelnika w ogóle się nie zmieniło i sączyła się z niego substancja uznana za relikwię. To spowodowało, że szybko rozwinął się kult pustelnika, pojawiły się cudowne uzdrowienia i rzesze pielgrzymów. Początkowo tylko z Bliskiego Wschodu, później z niemal całego świata. Co ciekawe, w 1950 roku dokonano kolejnej ekshumacji, i stwierdzono to samo co podczas poprzedniej! W 1966 roku dokonano kolejnej ekshumacji i tym razem stwierdzono, że ciało zostało już rozłożone i pozostał z niego tylko szkielet.

9 października 1977 roku Szarbel został kanonizowany przez papieża Pawła VI.

Czy trzeba to miejsce odwiedzić będąc w Libanie? Moim zdaniem NIE. Można ale ja nie odnalazłam tam nic głębszego. Takie sanktuarium jakich tysiące na świecie. Wymyślimy historyjkę i będziemy robić na tym biznes, no niestety ale takie odnoszę wrażenie. Może nie jest to biznes na taką skalę jak w Fatimie czy Medjugorie ale… dajmy im trochę czasu. Myślę, że za 10 lat będzie. Już dziś masowo sprzedaje się jakieś olejki i inne cudowności. Za dolara od sztuki. Ja oczywiście nie kupiłam, to do zdjęcia pożyczyłam od przemiłych francuskich turystów.

W jednym z pomieszczeń znajdują się podziękowania za cuda i uzdrowienia oraz swoista mapa z flagami krajów, z których przychodzą listy z dowodami uzdrowień. Cóż za zaskoczenie, że ilość listów z Polski jest… na drugim miejscu.

Natomiast odchodząc od sfery sacrum, której może ja po prostu nie rozumiem i nie czuję, w okolicy monastyru jest kilka sklepików z naturalnymi produktami robionymi przez mnichów. Ja kupiłam dwa sery, które okazały się być naprawdę genialne. Są też oliwy, soki, słodycze. Spory wybór naprawdę fajnych produktów. Więc jednak ta godzina przeznaczona na wizytę u Szabrela aż tak stracona nie była 😉

Katar – zwiedzanie Dohy w kilka godzin (podczas przesiadki)

Katar i Doha to dla wielu podróżujących zaledwie lotnisko przesiadkowe. A miasto prężnie się rozwija (wszak w Katarze odbędzie się Mundial w 2022 roku) i choć jest dużo skromniejszą wersją Dubaju to zdecydowanie warto tak zaplanować loty, żeby spędzić w stolicy Kataru chociaż kilka godzin. Nasze zwiedzanie przypadło przy okazji lotu na Seszele.

Doha – dojazd z lotniska do miasta

Jeśli macie ograniczony czas to najszybszy dojazd z lotniska do centrum zapewni taxi. Postój oficjalnych taksówek znajduje się przy hali przylotów. Są taksówki, są osoby nimi zarządzające, wszystko idzie szybko i sprawnie. Cena za dojazd taksówką z lotniska do centrum Dohy to ok. 15 – 20 USD, w taksówce można płacić rialami katarskimi lub dolarami, nie można płacić kartą. Jeśli nie macie odliczonej kwoty to kierowca wyda Wam resztę w walucie katarskiej. Na lotnisku znajduje się oczywiście kantor (uwaga, pobiera prowizję za wymianę) i są też bankomaty – jeden tuż przy postoju taksówek. Zarówno na lotnisku jak i w mieście bez problemu złapiecie taksówkę o każdej porze dnia i nocy. Piszę o tym, bo przed wyjazdem gdzieś wyczytałam jakoby w Dosze brakowało taksówek i powrót na lotnisko może być problematyczny. Otóż problemu żadnego nie ma, bez stresu.

Jeśli macie więcej czasu to można też skorzystać z autobusów, z lotniska do centrum jadą autobusy 737, 747 i 777. Bilety do kupienia u kierowcy, płatność wyłącznie gotówką ale trwają prace nad dołączeniem płatności kartą i prawdopodobnie jeszcze w tym roku będzie to możliwe.

Doha – wiza i przepisy wjazdowe

Od 2017 roku wiza do Kataru nie jest potrzebna. Chcąc zachęcić turystów do odwiedzania kraju Katar zniósł wizy dla obywateli 80 krajów, w tym Polski. Konieczny jest tylko paszport i bilet powrotny lub bilet na dalszą część podróży (sprawdzano to przy kontroli paszportowej). Polacy mogą jednorazowo przebywać na terytorium Kataru do 90 dni. Można wyjść z lotniska i zwiedzać Dohę podczas przesiadki jeśli czas tranzytu wynosi 5 godzin lub więcej. Jeśli kolejny lot macie w czasie krótszym niż 5 godzin to z dużą dozą prawdopodobieństwa celnicy nie pozwolą Wam opuścić lotniska.

Doha – czas

Czas przesunięty jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie zapomnijcie przestawić zegarków jeśli nie macie dużo czasu na przesiadkę.

Doha – pogoda, klimat, kiedy jechać?

Katar leży na półwyspie Arabskim. Idealny czas do odwiedzenia tego rejonu świata to okres naszej jesieni i zimy (od października do marca). W letnich miesiącach pogoda w Doha jest upalna. Tak też zapowiadała się nasza wizyta pod koniec kwietnia ale zamiast zapowiadanych 38 stopni było 28 i dosyć silny wiatr więc ja się cieszyłam, że miałam bluzę, zwłaszcza nocą. Ale generalnie temperatury oscylujące wokół 40 stopni nie są niczym dziwnym w okresie od maja do września.

Doha – lotnisko

Lotnisko Hamad International (DOH) w Doha to jedyne międzynarodowe lotnisko w Katarze i obecnie jedno z największych i najlepszych lotnisk świata, otwarte zaledwie 5 lat temu, 30.04.2014 roku. Z Dohy polecicie praktycznie w każdy zakątek świata.

Samo lotnisko jest bardzo duże, między poszczególnymi jego częściami kursuje kolejka – takie jakby metro jak na załączonym obrazku. Są tu wszystkie możliwe sklepy (nawet oddział Harrodsa), kawiarnie, restauracje, są pokoje tzw. strefy ciszy gdzie są leżanki i można się przespać w oczekiwaniu na lot. Są też dystrybutory z wodą więc jeśli macie swoją butelkę to nie trzeba kupować wody tylko można ją sobie uzupełnić, dystrybutory znajdują się w okolicach toalet.

Lotnisko jest ogromne ale dobrze oznakowane, raczej ciężko się będzie zgubić.

Symbolem lotniska jest ogromny Miś – dzieło szwajcarskiego artysty Ursa Fischera. Miś ma 7 (!) metrów i waży ok. 18-20 ton. Do Dohy przyleciał z Nowego Jorku gdzie został zakupiony przez katarską rodzinę królewską na licytacji za bagatela 6,8 miliona USD. Kto bogatemu zabroni 😀

Doha – waluta i ceny

Walutą Kataru jest rial katarski (QAR). Kurs wynosi ok. 3,6 QAR za 1 USD (stan na kwiecień 2019) stąd przeliczając katarskie ceny na złotówki można przyjąć w zaokrągleniu, że jest to 1:1.

Ceny w Doha wbrew temu czego można by się spodziewać nie są kosmiczne. Powiedziałabym, że są bardzo zbliżone do polskich. Kawa kosztuje 5-10 QAR, rachunek w restauracji wyniósł nas 40 QAR za 2 osoby (z napojami), magnesy kosztują 10 QAR. Na bazarach można kupić wszystko co tylko jesteście sobie w stanie wyobrazić. Pamiętajcie, że na bazarach trzeba się targować. W restauracjach można płacić kartą, na bazarach tylko gotówką.

Drogie są lody. Podobnie jak w Dubaju mrożony deser kosztuje krocie, zapłaciłam 30 QAR za sporą co prawda porcję lodów ale jednak. Lodożercy w Katarze i Emiratach mogą zbankrutować 😉

Doha – alkohol

Do Kataru nie można wwozić alkoholu więc jeśli wybieracie się na zwiedzanie miasta Doha to nie kupujcie alkoholu na lotnisku wylotowym.

Doha – strój, jak się ubrać?

Warto wiedzieć, że Katar to kraj muzułmański. Nowoczesny i tradycyjny jednocześnie. Odnoszę wrażenie, że daleko mu do liberalnego podejścia Dubaju więc pamiętajcie o tym, żeby się za bardzo nie rozbierać. Planując zwiedzanie Doha załóżcie na siebie coś, żeby ramiona i kolana były zakryte. Nikt nie wymaga od turystek zakrywania włosów.

Doha – bezpieczeństwo

Podobnie jak Dubaj Doha to jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Jest spokojnie, czysto, nikt nikogo nie zaczepia. Można zwiedzać Dohę także nocą jeśli nie będzie zapuszczali się na jakieś przedmieścia.

Jedyne na co trzeba uważać to… przejścia dla pieszych. A raczej ich brak. Doha to zdecydowanie nie jest miasto dla piechurów. Przejść jest mało i nie mają priorytetu. Jeśli zapali się czerwone światło to będziecie stać 10 – 15 minut, nie żartuję. Ja myślałam, że wyjdę z siebie. A jak się zapali zielone to trzeba biec, bo pasów do przejścia jest kilka a światło po chwili znów zmienia się na czerwone. A ruch samochodowy jest taki, że możecie zapomnieć o przebiegnięciu między autami. Są jakieś przejścia podziemne ale to nie tak jak u nas, że się wchodzi i wychodzi tylko trzeba zjechać windą 7 pięter pod ziemię. Sory, nie dla mnie takie atrakcje, już wolałam stać na przejściu jak kretynka 15 minut.

Doha- co zobaczyć?

No dobra, wszystkie informacje praktyczne są, teraz przechodzimy do sedna – co w jeden dzień można zwiedzić w Doha? Najlepiej zacząć od Souq Waquif. To chyba największa atrakcja Dohy, na pewno najpopularniejsza. Jest to wielki targ ze sklepami, sklepikami, restauracjami i kawiarniami. Tu dociera każdy turysta, tu spotykają się miejscowi. Godziny otwarcia souku przedstawiają się następująco: 7.30-12.30 i 15.30-22.00. Życie zaczyna się tu toczyć po 19, wcześniej jest nieco sennie i spokojnie, kiedy wieczorem przybywają miejscowi robi się bardziej gwarno i kolorowo.

Targ podzielony jest na części – jest strefa z pamiątkami, z restauracjami, z ubraniami, z dywanami, z rękodziełem, z daktylami, z przyprawami, z biżuterią czy ze zwierzętami. Można tu kupić wszystkie wymienione wyżej rzeczy.

Jest tu też stadnina koni, szpital dla sokołów czy centrum sztuki. Warto przeznaczyć na wizytę co najmniej 2 godziny, pobłądzić w wąskich uliczkach, zrobić sobie przerwę na arabską kawę lub miętową herbatę. Naprawdę można tu robić mnóstwo rzeczy i nie sposób się nudzić przez kilka godzin.

W Doha można spróbować kuchni irańskiej, marokańskiej, egipskiej i wielu wielu innych z rejonu Bliskiego Wschodu. Souk to najlepsze miejsce w Doha, żeby dobrze zjeść. Dobrze i przy okazji tanio. Jak już pisałam nasz rachunek za 2 duże dania i napoje wyniósł 40 zł.

Na terenie souqu znajduje się kilka bankomatów.

Dhow Harbour – pocztówkowe nabrzeże pełne tradycyjnych arabskich łodzi.

The Pearl Monument – pomnik wielkiej perły wraz z fontanną. Obowiązkowe miejsce na foteczkę! W tle arabskie łodzie dhow i dzielnica biznesowa – cała esencja Dohy. Poławianie pereł i handel nimi jest wciąż ważną gałęzią katarskiej gospodarki stąd taki a nie inny symbol.

Aleja Corniche – promenada w kształcie podkowy ciągnąca się przez 7 kilometrów oferująca widok na biznesową dzielnicę wieżowców West Bay Doha. Największe wrażenie robi nocą, gdy wszystkie budynki są efektywnie podświetlone. Ładnie prezentuje się też podczas zachodu słońca. Aleja jest miejscem spacerów, uprawiania sportów i łowienia ryb. Tu świętuje się Katarski Dzień Narodowy i Narodowy Dzień Sportu.

W Doha warto też zwiedzić Muzeum Sztuki Islamskiej ze zbiorami ceramiki i biżuterii. Otwarte do 19, my nie zaglądamy do środka choć jest blisko. Sam budynek jest piękny i robi ogromne wrażenie.

Wielki Meczet – meczet znajdujący się w sąsiedztwie souq Waquif.

Amiri Diwan – budynek rządowy nieopodal meczetu. Administracyjne centrum miasta. Uchodzi za symboliczne centrum całego kraju. Budynek pięknie prezentuje się nocą gdy jest oświetlony. Otoczony jest ogrodem z fontannami i wodospadami.

Doha – czy warto?

Na kilkugodzinną przesiadkę zdecydowanie warto wyskoczyć do miasta . Chętnie zostałabym w Doha na dłużej, żeby poznać je lepiej ale mam nieodparte wrażenie, że po 3 dniach nie byłoby już tam co robić. Skojarzeń z Dubajem nie da się uniknąć – oba miasta to jedne z największych metropolii półwyspu Arabskiego. I Dubaj można lubić, można nie lubić ale trudno się tam nudzić. Doha nie oferuje tylu atrakcji, zdecydowanie dominuje tu tradycja, do której nowoczesność jest tylko dodatkiem. Mam nadzieję, że przy okazji jakiegoś kolejnego wyjazdu będzie możliwość zobaczenia katarskiej pustyni i innych atrakcji poza miastem. Ale jeśli zastanawiacie się czy kupić sobie lot z dłuższą przesiadką umożliwiającą zwiedzanie Dohy to ja taką opcję serdecznie polecam. Mam nadzieję, że moja relacja pomoże Wam zaplanować zwiedzanie Dohy w kilka godzin 🙂

Izrael – Morze Martwe i Masada

Izrael to jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Kraj mały ale piękny i bardzo różnorodny. Pisanie o nim postanowiłam zacząć od miejsca, którego absolutnie nie można pominąć zwiedzając Izrael – Morza Martwego. Leży ono co prawda na pograniczu Izraela, Palestyny i Jordanii ale najczęściej odwiedza się je po stronie izraelskiej. Masadę i Morze Martwe można odwiedzić podczas jednodniowego wypadu z Jerozolimy.

Morze Martwe tak naprawdę… nie jest morzem. Jest dużym jak na warunki Bliskiego Wschodu jeziorem bezodpływowym. Granica lustra wody wyznacza najniższy punkt na całym globie. Tafla wody znajduje się na głębokości 423 metrów poniżej poziomu morza i cały czas się obniża. Oprócz tego, że się obniża to też się zmniejsza (ze względu na większe parowanie związane ze zmianami klimatu). Przez ostatnie 40 lat jego powierzchnia zmalała o 30%. Jakiś czas temu pojawiła się idea odsalania wody pobranej z Morza Czerwonego i uzupełniania nią wody w Morzu Martwym.

Morze Martwe składa się z dwóch (północnej i południowej) części rozdzielonych półwyspem Halaszon. Półwysep należy do Jordanii, nie do Izraela.

Zasolenie Morza Martwego wynosi aż 34% (dla porównania – zasolenie Bałtyku to ok. 7 promili). W takim zasoleniu nie przeżyje żaden organizm stąd zgodnie z nazwą morze jest martwe.

Według legendy na dnie Morza Martwego leżą ruiny Sodomy i Gomory.

Kąpiel w Morzu Martwym to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Woda jest ciepła, słona i tłusta. Zapewne każdy z Was widział zdjęcia ludzi leżących na wodzie i czytających gazetę. To naprawdę nie są fotomontaże 😉 Można się tak odprężyć przez chwilę, bo jednak kąpiel bez pluskania to średnia przyjemność, do tego nad morzem jest duszno, słońce praży a uczucie bycia wysmarowanym olejem na dłuższą metę też męczy.

Woda jest bardzo słona przez to trzeba uważać, żeby nie chlapnąć sobie w oczy. Jeśli macie na skórze jakieś rany lub skaleczenia to sobie odpuśćcie, bo zasolona woda wyżre wasze rany i spowoduje bardzo nieprzyjemne odczucia.

Masada – zwiedzanie

Masada to najbardziej znana miejscowość nad Morzem Martwym. Znajduje się na skraju pustyni Judejskiej. Twierdza była ostatnim punktem oporu Żydów podczas wojen z Rzymianami oraz miejscem, w którym dobiegły kresu dzieje starożytnego Izraela. Dziś jest jednym z najważniejszych żydowskich symboli narodowych. Walka do ostatecznego zwycięstwa, nawet za cenę samozagłady, jest podstawową zasadą izraelskiej armii. Rekruci Sił Obronnych Izraela właśnie tu składali wojskową przysięgę.

Twierdza otoczona jest stromymi zboczami sięgającymi ponad 410 metrów nad poziom Morza Martwego.

Ruiny Masady odkryto w 1842 roku. W latach 60tych XX wieku archeolodzy odkryli pozostałości pałaców Heroda, łaźni rzymskiej i żydowskiej oraz najstarszej w całej Palestynie synagogi. Nie znaleziono jednak żadnych pozostałości ciał samobójców dlatego kwestia tragedii Masady do dziś nie jest do końca jasna.

Początki twierdzy sięgają czasów Machabeuszy. W 40 r. p. n. e. schronił się w niej król Herod uciekający przed Partami. Za jego czasów wybudowano wokół twierdzy nowe mury i wieże, a także zbiorniki na wodę i liczne magazyny. Od 6 roku p. n. e. Masada pełniła funkcję rzymskiej straży granicznej.

Przełomowym wydarzeniem w historii Masady było przejęcie twierdzy przez zelotów, którzy stworzyli tu swoją siedzibę i stąd atakowali Jerozolimę. Podczas ataku Rzymian, którego nie mieli szansy odeprzeć dowódca zelotów zaproponował zbiorowe samobójstwo. Fanatyczni obrońcy najpierw zabili swoje żony i dzieci, a następnie 10 wylosowanych zabiło całą resztę. Ci z kolei zostali zgładzeni przez jedno wybranego, który na końcu popełnił samobójstwo. Miało w ten sposób zginąć 960 osób.

W późniejszym czasie w twierdzy urządzono rzymski posterunek, później przebywali tu bizantyjscy mnisi wygnani przez Arabów. Od VII wieku Masada była opuszczona.

Na górę można wjechać kolejką linową, której trasa biegnie obok stromej Wężowej Ścieżki. W czerwcowym, 40-stopniowym upale jest to jedyna słuszna droga dostania się na szczyt. Dla odważnych i wytrwałych jest też piesza ścieżka.

Masada znajduje się na liście UNESCO i jest jednym z największych stanowisk archeologicznych w kraju. To co nie zachowało się w dobrym stanie zostało zrekonstruowane. Spacerując po terenie Masady możemy zobaczyć pałac króla Heroda, łaźnie, wieże strażnicze i magazyny.

Jordania – Petra i Wadi Rum – zwiedzanie i informacje praktyczne

Zupełnie nie planowałam wyjazdu do Jordanii, nie miałam jej na liście marzeń ale przy okazji wyjazdu do Izraela pojawił się pomysł kilkudniowej wycieczki do Jordanii. Wszak Izrael jest krajem drogim, a Jordania nie. Mam na myśli ceny noclegów, jedzenia itp. bo bilet wstępu do Petry może zrujnować niejeden budżet 😉

Petra – największa atrakcja Jordanii

Petra to jedno z najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc nie tylko w Jordanii, ale na całym Bliskim Wschodzie. Znajduje się ona na liście UNESCO oraz wśród 7 Nowych Cudów Świata. Do popkultury przeniknęła po zagraniu w hollywódzkim filmie Przygody Indiany Jonesa.

Petra, czyli Różowe Miasto to tajemnicza siedziba Nabatejczyków ukryta w górach, po której ślad zaginął na setki lat. Historia Petry jest niezmiernie ciekawa. W szczytowym okresie rozwoju plemienia w Petrze mieszkało ponad 30 tysięcy osób. Patrząc na dzisiejsze pozostałości trudno to sobie wyobrazić. Niegdyś Petra słynęła z precyzyjnie wykonanych, wykutych w skalanych ścianach grobowców o niespotykanych rozmiarach. Petra jest mieszanką sztuki mezopotamskiej, egipskiej, asyryjskiej, greckiej i rzymskiej.

W XIX wieku Petrę odkrył na nowo szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt, pierwsza ekipa archeologów pojawiła się tu w 1929 roku.

Zwiedzanie Petry – informacje praktyczne

Najpierw docieramy do Visitors Center gdzie należy kupić bilety wstępu do Petry – jednodniowy to koszt 50 dinarów (ok. 280zł), dwudniowy – 55, 3-dniowy – 60. Ceny są naprawdę wysokie ale gwarantuję, że nie będzie żałować ani jednego wydanego dinara. Przy zakupie biletu potrzebny jest paszport, nie zapomnijcie go zabrać z hotelu! Płatność za bilety możliwa jest zarówno gotówką, jak i kartą.

Po zakupie biletu i wejściu na teren Petry zwiedzanie zaczyna się od suchego koryta Wadi Musa. Po kilkuset metrach dochodzi się do wykutych w skale pionowych sześcianów przypominających wieże. Nie do końca wiadomo jaką pełniły rolę. Podejrzewa się, że były albo grobowcami, albo ołtarzami poświęconymi Duszarowi – głównemu bóstwu nabatejskiemu. Po drugiej stronie stoi wykuty w skale monumentalny grób zwany Grobowcem Obelisków. Odzwierciedla on harmonię połączenia sztuki nabatejskiej z egipską. Jest otoczony kamiennymi siedzeniami.

Idąc dalej dochodzimy do zakrętu, zza którego wyłania się najbardziej znany obrazek i największa atrakcje Petry – grobowiec zwany Skarbcem Faraona (Al-Khazna Firun). Według legendy w czterometrowej urnie wieńczącej fasadę ukryto skarb jednego z faraonów. Oczywiście nie brakowało śmiałków, którzy próbowali dostać się do urny i ukrytego w niej legendarnego złota. Skarbiec datuje się na I wiek naszej ery i jest on przykładem najbardziej charakterystycznego typu grobu – prostego pomieszczenia wykutego w skale poprzedzonego bogato zdobioną fasadą. Forma skarbca przypomina portyk świątyni z sześcioma kolumnami i trójkątnym tympanonem w dolnej kondygnacji.

Przed skarbcem zawsze są tłumy turystów, a także beduini oferujący przejażdżki na wielbłądach. Mimo tłoku i gwaru (oraz 40 stopni na termometrze) miejsce robi ogromne wrażenie.

Ruszając spod skarbca przechodzimy jeszcze kawałek wąwozu mijając po drodze rząd skromniejszych grobowców. Następnie docieramy do schodów prowadzących na Wyżynę Ofiarną. Była to wykuta w czerwonej skale widownia antycznego teatru. Obok ciągną się rzędy kilkudziesięciu grobowców zwane Ulicami Fasadowymi. Po minięciu teatru trzeba skręcić w lewo – tam znajduje się otwarta przestrzeń gdzie niegdyś stały główne budowle Petry.

Na terenie Petry znajduje się sporo stoisk z pamiątkami, jedno z nich prowadzi pochodząca z Nowej Zelandii Marguerite van Geldermalsen – autorka książki Żona beduina. Poza pamiątkami na stoisku można też nabyć książkę (w języku angielskim). Marguerite przyjechała do Petry jako turystka. Bliski Wschód miał być początkiem jej podróży dookoła świata ale zamiast lecieć dalej do Syrii została w Jordanii gdzie poznała swojego męża, urodziła mu trójkę dzieci i przeszła na islam. Po śmierci męża opuściła Petrę ale po kilku latach wróciła. Jej książka powstała, by opisać tradycyjne beduińskie życie, którego jak twierdzą sami beduini już nie ma.

Jak już jesteśmy przy książkach to warto też wspomnieć Agathę Christie i jej Rendez-vous ze śmiercią. Ruiny Petry są miejscem rozgrywania się wydarzeń tego kryminału.

Mała Petra

Siq Al Barid, czyli Mała Petra to przedmieścia tej właściwej Petry. Dużo osób pomija to miejsce twierdząc, że nic piękniejszego niż Petra i tak w Jordanii nie zobaczą. Trochę racji w tym jest, bo duża Petra zachwyca ale ja polecam Wam też znaleźć trochę czasu na Małą Petrę. Przede wszystkim jest mniej zatłoczona, a też piękna. Do tego wstęp do niej jest bezpłatny.

Jaka była rola Małej Petry? Prawdopodobnie zatrzymywali się tu kupcy wędrujący między Europą a Azją.

Dziś w Małej Petrze można oglądać groty mieszkalne, grobowce i pozostałości świątyń. Pomiędzy tymi atrakcjami spacerujemy kanionami, przez wiele z nich w ogóle nie dociera słońce. Cudowna ochłoda w czerwcowy skwar.

Na końcu kanionu napotkacie tabliczkę informującą o najpiękniejszym widoku na świecie. Gdyby im wierzyć to okazałoby się, że wszystko co na naszym globie najpiękniejsze znajduje się właśnie w Jordanii. Widok jest, owszem, przyjemny ale nie przesadzajmy 😉

Wadi Rum (Wadi Ramm)

Wadi Rum to obszar pustynny rozciągający się na południu kraju. Płaski kolorowy piasek poprzetykany jest masywami skalnymi. Piasek przyjmuje kolory od białego, przez różowy i pomarańczowy, aż do czerni. Cały teren pustyni – 720 kilometrów kwadratowych – znajduje się pod ochroną.

Wadi Rum była na przestrzeni lat zamieszkiwana przez różne kultury, w tym także znaną z Petry kulturę nabatejską.

Na terenie pustyni znajduje się też najwyższy szczyt Jordanii – Dżabal Umm ad Dami (1840 m. n . p. m.).

Pustynię warto zwiedzać ze znającymi ją najlepiej beduinami. Oni pokazują największe atrakcje tego miejsca.

Co warto zobaczyć na Wadi Rum? Na pewno Siedem Filarów Mądrości – siedem skalnych kolumn, które można obejść. Warto przespacerować się malowniczymi kanionami i zobaczyć sadzawkę zwaną źródłem Lawrenca. Podobno korzystali z niej arabscy powstańcy podczas I wojny światowej, którzy przygotowywali się do zajęcia Akaby okupowanej przez Turków.

Na pustyni można spędzić noc w obozowisku beduinów. Jeśli przyjeżdżacie na pustynię na krócej to koniecznie po południu, żeby móc podziwiać jeden z najbardziej magicznych zachodów słońca. Wejdźcie na którąś ze skał (można legalnie) i patrzcie w bezkres piasku i zmieniających się kolorów nieba. Magia w czystej postaci.

Wadi Rum wielokrotnie była planem zdjęciowym. Mogliście widzieć ją m.in. w Gwiezdnych wojnach, Marsjaninie (gdzie zagrała Marsa!), Prometeuszu, Czerwonej Planecie czy starszym Lawrence’u z Arabii.

Wadi Rum zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie, czułam się na niej jak w Australii, a nie na Bliskim Wschodzie. Bezkres piachu, ogromne skały, zmieniające się kolory – zachwyt totalny. Nie potrafię powiedzieć, czy większe wrażenie zrobiła na mnie Petra czy Wadi Rum. Jedno jest pewne – jeśli wybieracie się do Jordanii to musicie oba te miejsca zobaczyć!