Dżunija, Harissa, Byblos i Annaja – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Dziś chciałam Wam zaproponować kolejny pomysł na jednodniową wycieczkę po Libanie z Bejrutu. Tym razem turystyczna miejscowość Dżunija niejako połączona z sanktuarium w Harissie, a także jedno z moich ulubionych miast Libanu – Bylos oraz swoista religijna stolica kraju – Annaja z grobem najważniejszego libańskiego świętego. Gotowi? To lecimy!

Dżunija

Miasto położone 15 km od Bejrutu. Słynie z najpiękniejszego wybrzeża w kraju. Jest ważnym ośrodkiem turystyczno-wypoczynkowym i centrum rozrywki. Tu mieści się najsłynniejsze kasyno w kraju – Cassino du Liban.

Atrakcją Dżuniji jest też kolejka gondolowa łącząca miasto ze wzgórzem w Harissie, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej. Jakby nie patrzeć kolejka łączy sacrum z profanum 😉 Tak gwoli ścisłości to podróż jest dwuetapowa – pierwszy to wspomniana gondolka, a potem przesiadamy się w wagonik. Widoki z jednego i z drugiego nieziemskie.

Harissa – Sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej

Miasto jest ważnym celem pielgrzymek i ośrodkiem kultu maryjnego. Na wzgórzu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest biały posąg Najświętszej Marii Panny. Na posąg można wejść i bardzo Wam to polecam, bo widoki z samej góry są naprawdę przepiękne. Jest co prawda dosyć wąsko i ciężko się minąć z inną osobą (a to popularne miejsce i turystów tudzież pielgrzymów jest sporo) ale warto. Uwaga, żeby wejść na posąg i w ogóle na teren sanktuarium trzeba mieć zakryte kolana i ramiona. Ja miałam szorty i cofnięto mnie już w drodze ze sklepiku z pamiątkami (!). Na szczęście w plecaku miałam chustę i mogłam wejść na górę nie gorsząc nikogo 😉

Obok sanktuarium mieści się współczesna, monumentalna katedra maronicka – jej kopuła wznosi się 62 m nad ziemią i jest widoczna już z dołu. Niestety była zamknięta ale że jest przeszklona to można było zajrzeć do środka.

Sanktuarium w 1997 roku odwiedził Jan Paweł II i na pamiątkę tego wydarzenia postawiono jego pomnik.

Byblos (Jbail) – perełka Libanu

Byblos – cudowne, magiczne, przepiękne miejsce na mapie Libanu. Położone 40 kilometrów od Bejrutu, zamieszkane nieprzerwanie od ponad 7 tysięcy lat uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Aż nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Pełne kolorowych knajpek (takich wiecie, z dekoracjami prosto na instagrama), z soukiem z ogromnym wyborem pamiątek, górującym nad miastem zamkiem, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i z cudownym portem.

W pobliżu portu, znajduje się rozległe stanowisko archeologiczne – najważniejsza atrakcja miasta. Antyczne ruiny, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, świadczą o obecności całego przekroju cywilizacji, od czasów neolitu po średniowiecze.

Zamek krzyżowców został zbudowany w 1104 roku. Jak większość libańskich zabytków był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. W XIX wieku przejęli go tureccy żołnierze i pełnił rolę militarną. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków miasta.

Po wejściu na zamek przez most i bramę docieramy do małej salki muzealnej. Znajdziemy tu wystawę przybliżającą alfabet fenicki, który dał początek naszemu współczesnemu alfabetowi. Po zapoznaniu się z wystawą warto wejść na wszystkie po kolei punkty widokowe. Wiadomo, że im wyżej tym piękniejsze krajobrazy. Widać miasto, port, wybrzeże. Tu zrobicie naprawdę świetne zdjęcia. Moja wizyta na zamku była dosyć krótka z prozaicznego powodu – byłam strasznie głodna. A najpierw musiałam pójść na zamek, żeby mi go nie zamknęli, dopiero potem poszłam jeść. Ale właściwie poza tym punktami widokowymi to aż tak wiele do zwiedzania tam nie ma.

Po wyjściu z zamku koniecznie trzeba skierować się w lewą stronę i dojść do starego portu. Cumują tu łódki, przechadzają się turyści, właściciele zapraszają do restauracji na świeżą rybkę.

No i na koniec trzeba zagubić się w labiryncie wąskich uliczek souqu. Tu można coś zjeść, wypić, potargować się w sklepach. I napawać oczy tymi wszystkimi pięknymi dekoracjami. Prawda, że Byblos jest niebywale urocze?

Annaja i św. Szarbel

To jest miejsce, którego w ogóle nie brałam pod uwagę planując zwiedzanie Libanu. Ale od wielu miejscowych usłyszałam, że jeśli chcę chociaż spróbować zrozumieć Liban i Libańczyków to muszę to miejsce odwiedzić. No skoro muszę to jadę.

Annaja położona jest zaledwie 9 km od Byblos więc nie jest to jakaś wielka wyprawa. Znajduje się tu maronicki monastyr z relikwiami św. Szarbela.

Św. Szarbel (Charbel) to jeden z najważniejszych jeśli nie najważniejszy święty Libanu. Duchowny maronicki, mnich i pustelnik. Youssef Antoun Makhlouf, bo tak się nazywał, urodził się 8 maja 1828 roku w Bekaakafra (północny Liban) w maronickiej rodzinie. W 1851 roku wstąpił do zakonu gdzie przyjął imię Szarbel. 23 lata spędził w pustelni oddając swe życie Bogu, zmarł 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko – nad jego grobem pojawiła się jasna poświata utrzymująca się wiele tygodni. Spowodowało to, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. W związku z tymi wydarzeniami kilka miesięcy po pogrzebie dokonano ekshumacji ciała pustelnika. Okazało się, że przez te miesiące ciało pustelnika w ogóle się nie zmieniło i sączyła się z niego substancja uznana za relikwię. To spowodowało, że szybko rozwinął się kult pustelnika, pojawiły się cudowne uzdrowienia i rzesze pielgrzymów. Początkowo tylko z Bliskiego Wschodu, później z niemal całego świata. Co ciekawe, w 1950 roku dokonano kolejnej ekshumacji, i stwierdzono to samo co podczas poprzedniej! W 1966 roku dokonano kolejnej ekshumacji i tym razem stwierdzono, że ciało zostało już rozłożone i pozostał z niego tylko szkielet.

9 października 1977 roku Szarbel został kanonizowany przez papieża Pawła VI.

Czy trzeba to miejsce odwiedzić będąc w Libanie? Moim zdaniem NIE. Można ale ja nie odnalazłam tam nic głębszego. Takie sanktuarium jakich tysiące na świecie. Wymyślimy historyjkę i będziemy robić na tym biznes, no niestety ale takie odnoszę wrażenie. Może nie jest to biznes na taką skalę jak w Fatimie czy Medjugorie ale… dajmy im trochę czasu. Myślę, że za 10 lat będzie. Już dziś masowo sprzedaje się jakieś olejki i inne cudowności. Za dolara od sztuki. Ja oczywiście nie kupiłam, to do zdjęcia pożyczyłam od przemiłych francuskich turystów.

W jednym z pomieszczeń znajdują się podziękowania za cuda i uzdrowienia oraz swoista mapa z flagami krajów, z których przychodzą listy z dowodami uzdrowień. Cóż za zaskoczenie, że ilość listów z Polski jest… na drugim miejscu.

Natomiast odchodząc od sfery sacrum, której może ja po prostu nie rozumiem i nie czuję, w okolicy monastyru jest kilka sklepików z naturalnymi produktami robionymi przez mnichów. Ja kupiłam dwa sery, które okazały się być naprawdę genialne. Są też oliwy, soki, słodycze. Spory wybór naprawdę fajnych produktów. Więc jednak ta godzina przeznaczona na wizytę u Szabrela aż tak stracona nie była 😉

Katar – zwiedzanie Dohy podczas przesiadki

Katar i Doha to dla wielu podróżujących zaledwie lotnisko przesiadkowe. A miasto prężnie się rozwija (wszak w Katarze odbędzie się Mundial w 2022 roku) i choć jest dużo skromniejszą wersją Dubaju to zdecydowanie warto tak zaplanować loty, żeby spędzić w stolicy Kataru chociaż kilka godzin. Nasze zwiedzanie przypadło przy okazji lotu na Seszele.

Doha – dojazd z lotniska do miasta

Jeśli macie ograniczony czas to najszybciej jest skorzystać z taksówek. Postój oficjalnych taksówek znajduje się przy hali przylotów. Są taksówki, są osoby nimi zarządzające, wszystko idzie szybko i sprawnie. Za dojazd do centrum zapłacicie ok. 15 – 20 USD, w taksówce można płacić rialami katarskimi lub dolarami, nie można płacić kartą. Jeśli nie macie odliczonej kwoty to kierowca wyda Wam resztę w walucie katarskiej. Na lotnisku znajduje się oczywiście kantor (uwaga, pobiera prowizję za wymianę) i są też bankomaty – jeden tuż przy postoju taksówek. Zarówno na lotnisku jak i w mieście bez problemu złapiecie taksówkę o każdej porze dnia i nocy. Piszę o tym, bo przed wyjazdem gdzieś wyczytałam jakoby w Dosze brakowało taksówek i powrót na lotnisko może być problematyczny. Otóż problemu żadnego nie ma, bez stresu.

Jeśli macie więcej czasu to można też skorzystać z autobusów, z lotniska do centrum jadą autobusy 737, 747 i 777. Bilety do kupienia u kierowcy, płatność wyłącznie gotówką ale trwają prace nad dołączeniem płatności kartą i prawdopodobnie jeszcze w tym roku będzie to możliwe.

Doha – wiza i przepisy wjazdowe

Od 2017 roku wiza do Kataru nie jest potrzebna. Chcąc zachęcić turystów do odwiedzania kraju Katar zniósł wizy dla obywateli 80 krajów, w tym Polski. Konieczny jest tylko paszport i bilet powrotny lub bilet na dalszą część podróży (sprawdzano to przy kontroli paszportowej). Polacy mogą jednorazowo przebywać na terytorium Kataru do 90 dni. Możecie wyjść i zwiedzać miasto podczas przesiadki jeśli czas Waszego tranzytu wynosi 5 godzin lub więcej. Jeśli kolejny lot macie w czasie krótszym niż 5 godzin to z dużą dozą prawdopodobieństwa celnicy nie pozwolą Wam opuścić lotniska.

Doha – czas

Czas przesunięty jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie zapomnijcie przestawić zegarków jeśli nie macie dużo czasu na przesiadkę.

Doha – pogoda i kiedy jechać

Katar leży na półwyspie Arabskim. Idealny czas do odwiedzenia tego rejonu świata to okres naszej jesieni i zimy (od października do marca). W letnich miesiącach upały mogą być nie do wytrzymania. Tak też zapowiadała się nasza wizyta pod koniec kwietnia ale zamiast zapowiadanych 38 stopni było 28 i dosyć silny wiatr więc ja się cieszyłam, że miałam bluzę, zwłaszcza wieczorem. Ale generalnie temperatury oscylujące wokół 40 stopni nie są niczym dziwnym w okresie od maja do września.

Doha – lotnisko

Lotnisko Hamad International (DOH) to jedyne międzynarodowe lotnisko w Katarze i obecnie jedno z największych i najlepszych lotnisk świata, otwarte zaledwie 5 lat temu, 30.04.2014 roku. Z Dohy polecicie praktycznie w każdy zakątek świata.

Samo lotnisko jest bardzo duże, między poszczególnymi jego częściami kursuje kolejka – takie jakby metro jak na załączonym obrazku. Są tu wszystkie możliwe sklepy (nawet oddział Harrodsa), kawiarnie, restauracje, są pokoje tzw. strefy ciszy gdzie są leżanki i można się przespać w oczekiwaniu na lot. Są też dystrybutory z wodą więc jeśli macie swoją butelkę to nie trzeba kupować wody tylko można ją sobie uzupełnić, dystrybutory w większości znajdują się w okolicach toalet.

Lotnisko jest ogromne ale dobrze oznakowane, jeśli nie podróżujecie po raz pierwszy to raczej ciężko się będzie zgubić.

Symbolem lotniska jest ogromny Miś – dzieło szwajcarskiego artysty Ursa Fischera. Miś ma 7 (!) metrów i waży ok. 18-20 ton. Do Dohy przyleciał z Nowego Jorku gdzie został zakupiony przez katarską rodzinę królewską na licytacji za bagatela 6,8 miliona USD. Kto bogatemu zabroni 😀

Doha – waluta i ceny

Walutą Kataru jest rial katarski (QAR). Kurs wynosi ok. 3,6 QAR za 1 USD (stan na kwiecień 2019) stąd przeliczając katarskie ceny na złotówki można przyjąć w zaokrągleniu, że jest to 1:1.

Ceny wbrew temu czego można by się spodziewać nie są kosmiczne. Powiedziałabym, że są bardzo zbliżone do polskich. Kawa kosztuje 5-10 QAR, rachunek w restauracji wyniósł nas 40 QAR za 2 osoby (z napojami), magnesy kosztują 10 QAR. Robiąc jakiekolwiek zakupy na bazarze pamiętajcie, że trzeba się targować. W restauracjach można płacić kartą.

Drogie są lody. Podobnie jak w Dubaju mrożony deser kosztuje krocie, zapłaciłam 30 QAR za sporą co prawda porcję lodów ale jednak. Lodożercy w Katarze i Emiratach mogą zbankrutować 😉

Doha – alkohol

Do Kataru nie można wwozić alkoholu więc jeśli wybieracie się na zwiedzanie miasta to nie kupujcie alkoholu na lotnisku wylotowym.

Doha – strój

Katar to kraj muzułmański. Nowoczesny i tradycyjny jednocześnie. Odnoszę wrażenie, że daleko mu do liberalnego podejścia Dubaju więc pamiętajcie o tym, żeby się za bardzo nie rozbierać. Ramiona i kolana muszą być zakryte obowiązkowo. Nikt nie wymaga od turystek zakrywania włosów.

Doha – bezpieczeństwo

Podobnie jak Dubaj – jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Spokojnie, czysto, nikt nikogo nie zaczepia. Możecie zwiedzać Dohę o każdej porze dnia i nocy.

Jedyne na co trzeba uważać to… przejścia dla pieszych. A raczej ich brak. Doha to zdecydowanie nie jest miasto dla piechurów. Przejść jest mało i nie mają priorytetu. Jeśli zapali się czerwone światło to będziecie stać 10 – 15 minut, nie żartuję. Ja myślałam, że wyjdę z siebie. A jak się zapali zielone to trzeba biec, bo pasów do przejścia jest kilka a światło po chwili znów zmienia się na czerwone. A ruch samochodowy jest taki, że możecie zapomnieć o przebiegnięciu między autami. Są jakieś przejścia podziemne ale to nie tak jak u nas, że się wchodzi i wychodzi tylko trzeba zjechać windą 7 pięter pod ziemię. Sory, nie dla mnie takie atrakcje, już wolałam stać na przejściu jak kretynka 15 minut.

Doha – co zobaczyć?

Souq Waquif – chyba największa atrakcja Dohy, na pewno najpopularniejsza. Jest to wielki targ ze sklepami, sklepikami, restauracjami i kawiarniami. Tu dociera każdy turysta, tu spotykają się miejscowi. Działa w godzinach 7.30-12.30 i 15.30-22.00. Życie zaczyna się tu toczyć po 19, wcześniej jest nieco sennie i spokojnie, kiedy wieczorem przybywają miejscowi robi się bardziej gwarno i kolorowo.

Targ podzielony jest na części – jest strefa z pamiątkami, z restauracjami, z ubraniami, z dywanami, z rękodziełem, z daktylami, z przyprawami, z biżuterią czy ze zwierzętami. Jest tu też stadnina koni, szpital dla sokołów czy centrum sztuki. Warto przeznaczyć na wizytę co najmniej 2 godziny, pobłądzić w wąskich uliczkach, zrobić sobie przerwę na arabską kawę lub miętową herbatę. Można spróbować kuchni irańskiej, marokańskiej, egipskiej i wielu wielu innych z rejonu Bliskiego Wschodu.

Na terenie souqu znajduje się kilka bankomatów.

Dhow Harbour – nabrzeże pełne tradycyjnych arabskich łodzi.

The Pearl Monument – pomnik wielkiej perły wraz z fontanną. Obowiązkowe miejsce na foteczkę! W tle arabskie łodzie dhow i dzielnica biznesowa – cała esencja Dohy. Poławianie pereł i handel nimi jest wciąż ważną gałęzią katarskiej gospodarki stąd taki a nie inny symbol.

Aleja Corniche – promenada w kształcie podkowy ciągnąca się przez 7 kilometrów oferująca widok na biznesową dzielnicę wieżowców West Bay. Największe wrażenie robi nocą, gdy wszystkie budynki są efektywnie podświetlone. Ładnie prezentuje się też w promieniach zachodzącego słońca. Aleja jest miejscem spacerów, uprawiania sportów i łowienia ryb. Tu świętuje się Katarski Dzień Narodowy i Narodowy Dzień Sportu.

Muzeum Sztuki Islamskiej ze zbiorami ceramiki i biżuterii. Otwarte do 19, my nie zaglądamy do środka choć jest blisko. Sam budynek jest piękny i robi ogromne wrażenie.

Wielki Meczet – meczet znajdujący się w sąsiedztwie souq Waquif.

Amiri Diwan – budynek rządowy nieopodal meczetu. Administracyjne centrum miasta. Uchodzi za symboliczne centrum całego kraju. Budynek pięknie prezentuje się nocą gdy jest oświetlony. Otoczony jest ogrodem z fontannami i wodospadami.

Doha – czy warto?

Na kilkugodzinną przesiadkę zdecydowanie tak. Chętnie zostałabym w mieście na dłużej, żeby poznać je lepiej ale mam nieodparte wrażenie, że po 3 dniach nie byłoby już tam co robić. Skojarzeń z Dubajem nie da się uniknąć – oba miasta to jedne z największych metropolii półwyspu Arabskiego. I Dubaj można lubić, można nie lubić ale trudno się tam nudzić. Doha nie oferuje tylu atrakcji, zdecydowanie dominuje tu tradycja, do której nowoczesność jest tylko dodatkiem. Mam nadzieję, że przy okazji jakiegoś kolejnego wyjazdu będzie możliwość zobaczenia katarskiej pustyni i innych atrakcji poza miastem. Ale jeśli zastanawiacie się czy kupić sobie lot z dłuższą przesiadką umożliwiającą zwiedzanie Dohy to ja taką opcję serdecznie polecam.

Izrael – Morze Martwe i Masada

Izrael to jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Kraj mały ale piękny i bardzo różnorodny. Pisanie o nim postanowiłam zacząć od miejsca, którego absolutnie nie można pominąć zwiedzając Izrael – Morza Martwego. Leży ono co prawda na pograniczu Izraela, Palestyny i Jordanii ale najczęściej odwiedza się je po stronie izraelskiej. Masadę i Morze Martwe można odwiedzić podczas jednodniowego wypadu z Jerozolimy.

Morze Martwe tak naprawdę… nie jest morzem. Jest dużym jak na warunki Bliskiego Wschodu jeziorem bezodpływowym. Granica lustra wody wyznacza najniższy punkt na całym globie. Tafla wody znajduje się na głębokości 423 metrów poniżej poziomu morza i cały czas się obniża. Oprócz tego, że się obniża to też się zmniejsza (ze względu na większe parowanie związane ze zmianami klimatu). Przez ostatnie 40 lat jego powierzchnia zmalała o 30%. Jakiś czas temu pojawiła się idea odsalania wody pobranej z Morza Czerwonego i uzupełniania nią wody w Morzu Martwym.

Morze Martwe składa się z dwóch (północnej i południowej) części rozdzielonych półwyspem Halaszon. Półwysep należy do Jordanii, nie do Izraela.

Zasolenie Morza Martwego wynosi aż 34% (dla porównania – zasolenie Bałtyku to ok. 7 promili). W takim zasoleniu nie przeżyje żaden organizm stąd zgodnie z nazwą morze jest martwe.

Według legendy na dnie Morza Martwego leżą ruiny Sodomy i Gomory.

Kąpiel w Morzu Martwym to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Woda jest ciepła, słona i tłusta. Zapewne każdy z Was widział zdjęcia ludzi leżących na wodzie i czytających gazetę. To naprawdę nie są fotomontaże 😉 Można się tak odprężyć przez chwilę, bo jednak kąpiel bez pluskania to średnia przyjemność, do tego nad morzem jest duszno, słońce praży a uczucie bycia wysmarowanym olejem na dłuższą metę też męczy.

Woda jest bardzo słona przez to trzeba uważać, żeby nie chlapnąć sobie w oczy. Jeśli macie na skórze jakieś rany lub skaleczenia to sobie odpuśćcie, bo zasolona woda wyżre wasze rany i spowoduje bardzo nieprzyjemne odczucia.

Masada – zwiedzanie

Masada to najbardziej znana miejscowość nad Morzem Martwym. Znajduje się na skraju pustyni Judejskiej. Twierdza była ostatnim punktem oporu Żydów podczas wojen z Rzymianami oraz miejscem, w którym dobiegły kresu dzieje starożytnego Izraela. Dziś jest jednym z najważniejszych żydowskich symboli narodowych. Walka do ostatecznego zwycięstwa, nawet za cenę samozagłady, jest podstawową zasadą izraelskiej armii. Rekruci Sił Obronnych Izraela właśnie tu składali wojskową przysięgę.

Twierdza otoczona jest stromymi zboczami sięgającymi ponad 410 metrów nad poziom Morza Martwego.

Ruiny Masady odkryto w 1842 roku. W latach 60tych XX wieku archeolodzy odkryli pozostałości pałaców Heroda, łaźni rzymskiej i żydowskiej oraz najstarszej w całej Palestynie synagogi. Nie znaleziono jednak żadnych pozostałości ciał samobójców dlatego kwestia tragedii Masady do dziś nie jest do końca jasna.

Początki twierdzy sięgają czasów Machabeuszy. W 40 r. p. n. e. schronił się w niej król Herod uciekający przed Partami. Za jego czasów wybudowano wokół twierdzy nowe mury i wieże, a także zbiorniki na wodę i liczne magazyny. Od 6 roku p. n. e. Masada pełniła funkcję rzymskiej straży granicznej.

Przełomowym wydarzeniem w historii Masady było przejęcie twierdzy przez zelotów, którzy stworzyli tu swoją siedzibę i stąd atakowali Jerozolimę. Podczas ataku Rzymian, którego nie mieli szansy odeprzeć dowódca zelotów zaproponował zbiorowe samobójstwo. Fanatyczni obrońcy najpierw zabili swoje żony i dzieci, a następnie 10 wylosowanych zabiło całą resztę. Ci z kolei zostali zgładzeni przez jedno wybranego, który na końcu popełnił samobójstwo. Miało w ten sposób zginąć 960 osób.

W późniejszym czasie w twierdzy urządzono rzymski posterunek, później przebywali tu bizantyjscy mnisi wygnani przez Arabów. Od VII wieku Masada była opuszczona.

Na górę można wjechać kolejką linową, której trasa biegnie obok stromej Wężowej Ścieżki. W czerwcowym, 40-stopniowym upale jest to jedyna słuszna droga dostania się na szczyt. Dla odważnych i wytrwałych jest też piesza ścieżka.

Masada znajduje się na liście UNESCO i jest jednym z największych stanowisk archeologicznych w kraju. To co nie zachowało się w dobrym stanie zostało zrekonstruowane. Spacerując po terenie Masady możemy zobaczyć pałac króla Heroda, łaźnie, wieże strażnicze i magazyny.

Jordania – Petra i Wadi Rum

Zupełnie nie planowałam wyjazdu do Jordanii, nie miałam jej na liście marzeń ale przy okazji wyjazdu do Izraela pojawił się pomysł kilkudniowego wypadu do Jordanii. Wszak Izrael jest krajem drogim, a Jordania nie. Mam na myśli ceny noclegów, jedzenia itp. bo bilet wstępu do Petry może zrujnować niejeden budżet 😉

Petra – największa atrakcja Jordanii

Petra to jedno z najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc nie tylko w Jordanii, ale na całym Bliskim Wschodzie. Znajduje się ona na liście UNESCO oraz wśród 7 Nowych Cudów Świata. Do popkultury przeniknęła po zagraniu w hollywódzkim filmie Przygody Indiany Jonesa.

Petra, czyli Różowe Miasto to tajemnicza siedziba Nabatejczyków ukryta w górach, po której ślad zaginął na setki lat. W szczytowym okresie rozwoju plemienia w Petrze mieszkało ponad 30 tysięcy osób. Patrząc na dzisiejsze pozostałości trudno to sobie wyobrazić. Niegdyś Petra słynęła z precyzyjnie wykonanych, wykutych w skalanych ścianach grobowców o niespotykanych rozmiarach. Petra jest mieszanką sztuki mezopotamskiej, egipskiej, asyryjskiej, greckiej i rzymskiej.

W XIX wieku Petrę odkrył na nowo szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt, pierwsza ekipa archeologów pojawiła się tu w 1929 roku.

Zwiedzanie Petry

Najpierw docieramy do Visitors Center gdzie kupujemy bilety – jednodniowy to koszt 50 dinarów (ok. 280zł), dwudniowy – 55, 3-dniowy – 60. Przy zakupie biletu potrzebny jest paszport, nie zapomnijcie go zabrać z hotelu! Za bilety można płacić kartą. Jest drogo ale gwarantuję, że nie będzie żałować ani jednego wydanego dinara.

Po zakupie biletu i wejściu na teren Petry trzeba przejść wzdłuż suchego koryta Wadi Musa. Po kilkuset metrach dochodzimy do wykutych w skale pionowych sześcianów przypominających wieże. Nie do końca wiadomo jaką pełniły rolę. Podejrzewa się, że były albo grobowcami, albo ołtarzami poświęconymi Duszarowi – głównemu bóstwu nabatejskiemu. Po drugiej stronie stoi wykuty w skale monumentalny grób zwany Grobowcem Obelisków. Odzwierciedla on harmonię połączenia sztuki nabatejskiej z egipską. Jest otoczony kamiennymi siedzeniami.

Idąc dalej dochodzimy do zakrętu, zza którego wyłania się najbardziej znany obrazek – grobowiec zwany Skarbcem Faraona (Al-Khazna Firun). Według legendy w czterometrowej urnie wieńczącej fasadę ukryto skarb jednego z faraonów. Oczywiście nie brakowało śmiałków, którzy próbowali dostać się do urny i ukrytego w niej złota. Skarbiec datuje się na I wiek naszej ery i jest on przykładem najbardziej charakterystycznego typu grobu – prostego pomieszczenia wykutego w skale poprzedzonego bogato zdobioną fasadą. Forma skarbca przypomina portyk świątyni z sześcioma kolumnami i trójkątnym tympanonem w dolnej kondygnacji.

Przed skarbcem zawsze są tłumy turystów, a także beduini oferujący przejażdżki na wielbłądach. Mimo tłoku i gwaru (oraz 40 stopni na termometrze) miejsce robi ogromne wrażenie.

Ruszając spod skarbca przechodzimy jeszcze kawałek wąwozu mijając po drodze rząd skromniejszych grobowców. Następnie docieramy do schodów prowadzących na Wyżynę Ofiarną. Była to wykuta w czerwonej skale widownia antycznego teatru. Obok ciągną się rzędy kilkudziesięciu grobowców zwane Ulicami Fasadowymi. Po minięciu teatru trzeba skręcić w lewo – tam znajduje się otwarta przestrzeń gdzie niegdyś stały główne budowle Petry.

Na terenie Petry znajduje się sporo stoisk z pamiątkami, jedno z nich prowadzi pochodząca z Nowej Zelandii Marguerite van Geldermalsen – autorka książki Żona beduina. Poza pamiątkami na stoisku można też nabyć książkę (w języku angielskim). Marguerite przyjechała do Petry jako turystka. Bliski Wschód miał być początkiem jej podróży dookoła świata ale zamiast lecieć dalej do Syrii została w Jordanii gdzie poznała swojego męża, urodziła mu trójkę dzieci i przeszła na islam. Po śmierci męża opuściła Petrę ale po kilku latach wróciła. Jej książka powstała, by opisać tradycyjne beduińskie życie, którego jak twierdzą sami beduini już nie ma.

Jak już jesteśmy przy książkach to warto też wspomnieć Agathę Christie i jej Rendez-vous ze śmiercią. Ruiny Petry są miejscem rozgrywania się wydarzeń tego kryminału.

Mała Petra

Siq Al Barid, czyli Mała Petra to przedmieścia tej właściwej Petry. Dużo osób pomija to miejsce twierdząc, że nic piękniejszego niż Petra i tak w Jordanii nie zobaczą. Trochę racji w tym jest, bo duża Petra zachwyca ale ja polecam Wam też znaleźć trochę czasu na Małą Petrę. Przede wszystkim jest mniej zatłoczona, a też piękna. Do tego wstęp do niej jest bezpłatny.

Jaka była rola Małej Petry? Prawdopodobnie zatrzymywali się tu kupcy wędrujący między Europą a Azją.

Dziś w Małej Petrze można oglądać groty mieszkalne, grobowce i pozostałości świątyń. Pomiędzy tymi atrakcjami spacerujemy kanionami, przez wiele z nich w ogóle nie dociera słońce. Cudowna ochłoda w czerwcowy skwar.

Na końcu kanionu napotkacie tabliczkę informującą o najpiękniejszym widoku na świecie. Gdyby im wierzyć to okazałoby się, że wszystko co na naszym globie najpiękniejsze znajduje się właśnie w Jordanii. Widok jest, owszem, przyjemny ale nie przesadzajmy 😉

Wadi Rum (Wadi Ramm)

Wadi Rum to obszar pustynny rozciągający się na południu kraju. Płaski kolorowy piasek poprzetykany jest masywami skalnymi. Piasek przyjmuje kolory od białego, przez różowy i pomarańczowy, aż do czerni. Cały teren pustyni – 720 kilometrów kwadratowych – znajduje się pod ochroną.

Wadi Rum była na przestrzeni lat zamieszkiwana przez różne kultury, w tym także znaną z Petry kulturę nabatejską.

Na terenie pustyni znajduje się też najwyższy szczyt Jordanii – Dżabal Umm ad Dami (1840 m. n . p. m.).

Pustynię warto zwiedzać ze znającymi ją najlepiej beduinami. Oni pokazują największe atrakcje tego miejsca.

Co warto zobaczyć na Wadi Rum? Na pewno Siedem Filarów Mądrości – siedem skalnych kolumn, które można obejść. Warto przespacerować się malowniczymi kanionami i zobaczyć sadzawkę zwaną źródłem Lawrenca. Podobno korzystali z niej arabscy powstańcy podczas I wojny światowej, którzy przygotowywali się do zajęcia Akaby okupowanej przez Turków.

Na pustyni można spędzić noc w obozowisku beduinów. Jeśli przyjeżdżacie na pustynię na krócej to koniecznie po południu, żeby móc podziwiać jeden z najbardziej magicznych zachodów słońca. Wejdźcie na którąś ze skał (można legalnie) i patrzcie w bezkres piasku i zmieniających się kolorów nieba. Magia w czystej postaci.

Wadi Rum wielokrotnie była planem zdjęciowym. Mogliście widzieć ją m.in. w Gwiezdnych wojnach, Marsjaninie (gdzie zagrała Marsa!), Prometeuszu, Czerwonej Planecie czy starszym Lawrence’u z Arabii.

Wadi Rum zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie, czułam się na niej jak w Australii, a nie na Bliskim Wschodzie. Bezkres piachu, ogromne skały, zmieniające się kolory – zachwyt totalny. Nie potrafię powiedzieć, czy większe wrażenie zrobiła na mnie Petra czy Wadi Rum. Jedno jest pewne – jeśli wybieracie się do Jordanii to musicie oba te miejsca zobaczyć!

Wielki Mur Chiński – jednodniowa wycieczka z Pekinu

O Pekinie jeszcze napiszę ale pisanie o tym kraju chcę zacząć od jego największej atrakcji – Wielkiego Muru. To był główny cel mojego pierwszego wyjazdu do Chin. Z Pekinu można bez większego problemu dojechać do jednego z sześciu punktów zwiedzania muru. Do najpopularniejszego – oddalonego o 70 km Badaling – autobus 877 odjeżdża z Quianmen.

Nazwę Wielki Chiński Mur wprowadzili Brytyjczycy w XIX wieku, dla Chińczyków to wciąż Wànli Chángchéng, czyli Mur 10 Tysięcy Li. 10 tysięcy to dla Chińczyków odpowiednik nieskończoności, Li to jednostka miary.

Zabytek od 1987 roku znajduje się na liście dziedzictwa UNESCO, a w 2007 roku wpisano go na listę 7 Nowych Cudów Świata (o których pisałam przy okazji Rio de Janeiro i tamtejszej rzeźby Chrystusa). O znaczeniu muru niech świadczy chociażby to, że jego wizerunek znajduje się na wizie, którą musi posiadać każdy wybierający się do Państwa Środka turysta. Mur odwiedza rocznie około 100 milionów turystów!

2400-kilometrowy mur ciągnie się przez pięć prowincji – od Shanhaiguan nad Morzem Żółtym aż do pustyni Gobi. Na murze, co 100 metrów, znajdują się strategicznie rozstawione wieże. Gdy zbliżał się nieprzyjaciel na wieżach w nocy palono ogień, a w dzień wypuszczano dym dzięki czemu sygnał alarmowy błyskawicznie rozprzestrzeniał się w całym kraju. Prawda jest taka, że mur nigdy nie pełnił funkcji obronnej – był wykorzystywany do transportu ludzi i sprzętu, a także przekazywania informacji. Jak to pięknie ujęła Joanna Chyłka: Miał zatrzymać obcych, ale koniec końców sprawił, że ludzie ciągną do Chin jak muchy do gówna, żeby go zobaczyć. Wspominałam już kiedyś, że Joanna jest moją ulubioną bohaterką literacką? 😉 A gdyby istniała naprawdę byłaby moją najlepszą przyjaciółką 😉

Historia muru sięga V wieku przed naszą erą ale dzisiejsze pozostałości pochodzą z czasów dynastii Ming.

Wielki Mur Chiński to zabytek okazały i piękny ale nie zapominajmy, że okupiony krwią żołnierzy i chłopów z całego kraju, którzy zmarli z wycieńczenia i głodu. Mówi się nawet o murze, że to najdłuższy na świecie cmentarz, a przy jego budowie życie mogło stracić nawet milion ludzi. Legenda głosi, że za nieposłuszeństwo podczas budowy wmurowywano do niego ludzi żywcem ale prawda jest taka, że już ówcześni inżynierowie wiedzieli, że rozkładające się zwłoki mogłyby osłabić konstrukcję budowli.

Po wyjściu z autobusu w Badaling czeka nas krótki spacer do samego muru ale budowla bardzo szybko pojawia się na horyzoncie. Mur opada i wznosi się wśród otaczających go gór. Miałam szczęście, ze podczas mojej wizyty nie było smogu i widoczność była bardzo dobra. Pamiętajcie jednak, że na murze, ze względu na górskie otoczenie i położenie 1000 metrów nad poziomem morza, jest o kilka stopni chłodniej niż w Pekinie, do tego często wieje przeszywający wiatr. Badaling jest jednym z najpopularniejszych miejsc, do którego docierają turyści – zarówno ci zagraniczni, jak i chińscy. Długość muru w tym regionie wynosi 4,8 km, ufortyfikowany jest 19 wieżami.

Spacer po murze to jeden wielki zachwyt. Czasem jest stromo, często tłoczno, często Chińczycy chcą sobie z nami robić zdjęcie – w końcu biały człowiek bez skośnych oczu to dla wielu z nich egzotyka i nowość. Na taki spacer trzeba sobie zarezerwować co najmniej 2-3 godziny.

Mimo tego tłumu turystów i mimo dramatu stojącego za budową muru muszę przyznać, że jest to jedno z moich top 10 miejsc, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Mówię o absolutnie wszystkich miejscach w jakich byłam, na całym świecie. Wejście na mur, obserwowanie tej budowli w otoczeniu pięknych gór – zapiera dech w piersiach i nie ma w tym ani krzty przesady. Na liście nowych cudów świata znalazł się nieprzypadkowo. Bardzo chciałam to miejsce zobaczyć, było to jedno z moich pierwszych spełnionych podróżniczych marzeń i do dziś jak myślę o tym spacerze (a raczej wspinaczce) to zachwycam się swoimi myślami 😉

A dla żądnych większych wrażeń i zmęczenia – na murze rokrocznie odbywa się maraton – Great Wall of China Marathon.

W okolicy muru znajduje się oczywiście parking, jest sporo budek ze street foodem także jeśli się zmęczycie wchodzeniem na mur to można się posilić przed drogą powrotną do Pekinu, która trwa około godziny. Wejście na ten odcinek muru możliwe jest w godzinach 6.30 – 18.00

Baku – co warto zobaczyć?

Baku – Miasto Wiatru, stolica Azerbejdżanu i największe miasto kraju. Jednocześnie największy i najstarszy port Morza Kaspijskiego. Znajduje się na półwyspie Apszerońskim i jest najniżej położoną stolicą na świecie – 28 metrów poniżej poziomu morza. 25% populacji Azerbejdżanu, 2 miliony ludzi, mieszka w stolicy. Zabudowa miasta była w dużej mierze projektowana przez polskich architektów – Józefa Płoszko (zaprojektował m. in. pałac Muchtarowa), Kazimierza Skórewicza, Józefa Gosławskiego (zaprojektował budynek Dumy Państwowej) czy Eugeniusza Skibińskiego. Pierwszy wodociąg w Baku także zaprojektował Polak – Stefan Skrzywan. Polaków w historii Azerbejdżanu jest więcej. Witold Zglenicki nazywany jest ojcem nafty bakijskiej, bo dokonał odkryć wielu roponośnych terenów a także opracował sposób wydobycia ropy z dna morskiego. Jego prace kontynuował Paweł Potocki, który zbudował pierwsze szyby naftowe na morzu. Mieszkańcy Azerbejdżanu cenią Polaków.

Baku to nowoczesne i kosmopolityczne miasto znajdujące się geograficznie jak i kulturowo pomiędzy Europą a Azją. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy po dniu spędzonym w Baku – taki Dubaj dla ubogich. Trochę to niesprawiedliwe z tymi ubogimi ale nie da się ukryć, że Baku wzoruje się na najpopularniejszym mieście Zjednoczonych Emiratów Arabskich. I wszystko można o Baku powiedzieć ale na pewno nie to, że jest biednym miastem. Petrodolary (i gazodolary, bo miasto wzbogaciło się na wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego) wydaje się tu strumieniami i to jest jeden z tych krajów na świecie gdzie różnice między stolicą a resztą kraju są naprawdę ogromne. W Baku znajdują się butiki tak luksusowych marek, że niejedna europejska metropolia mogłaby o takich tylko pomarzyć.

Rozdarcie europejsko-azjatyckie widać już po krótkim spacerze po mieście. Z jednej strony mnóstwo malutkich tradycyjnych sklepów czy herbaciarni, z drugiej światowe sieciówki. Takie pomieszanie z poplątaniem ale urocze. Często takie połączenia rażą i nie pasują do siebie ale w Baku osiągnięto w tym jakąś harmonię.

Stare Miasto Icheri Sheher – Miasto Wewnętrzne

Położone jest na niewielkim wzgórzu, otoczone murami obronnymi. Jest połączeniem wpływów islamu szyickiego, kultury tureckiej, perskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i żydowskiej. Na jego terenie znajdują się wszystkie ważniejsze zabytki. Jest plątaniną wąskich uliczek (wiecie, sporo podróżuję i mam niezłą orientację w terenie ale w Baku udało mi się zgubić, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy), do której od zachodu przylega tzw. Zewnętrzne Miasto – Bajir Sheher.

Kompleks pałacu szachów Szyrwanu

Jedna z najważniejszych atrakcji miasta. Siedziba szacha Kalilullaha wybudowana po przeniesieniu rezydencji szacha z Samahi.

Głównym budynkiem kompleksu jest pałac z 1411 roku. Do głównego budynku przylega diwanchane – pawilon z 1482 roku otoczony z trzech stron galerią. W czasach szacha Kalilullaha I działał w nim sąd. Oskarżonego przyprowadzano przed oblicze szacha specjalnym korytarzem, a w sali rozpraw wystawała z podłogi tylko jego głowa. Kiedy szach wydawał wyrok skazujący kat od razu ją ścinał a ciało obsuwało się korytarzem wykutym w skale prosto do morza.

Mauzoleum Szachów Szyrwanu to prostokątny budynek przykryty sześciokątną kopułą ozdobioną wieloramiennymi gwiazdami.

Na dolnym dziedzińcu kompleksu znajduje się pałacowy meczet z oddzielnymi pomieszczeniami modlitewnymi dla kobiet i dla mężczyzn. Jego ozdobą jest 22-metrowy minaret.

Na najniższym tarasie znajdują się XVII-wieczne łaźnie składające się z 26 pomieszczeń. Odkryto je dopiero w 1939 roku, gdyż były całkowicie przysypane ziemią.

W południowej części zabudowań mieści się Mauzoleum Sejjida Jahji Bakuwiego znane jako Mauzoleum Derwisza.

Baszta Dziewicza Qız Qalası

Jeden z symboli miasta, od 2000 roku jest wpisana na listę UNESCO, od 2003 do 2009 roku na liście Dziedzictwa Zagrożonego dlatego, że krótko po wpisaniu na pierwszą listę została uszkodzona przez trzęsienie ziemi a nikt w Azerbejdżanie się szczególnie nie przejął, żeby ją odnowić i zabezpieczyć przed kolejnymi uszkodzeniami. W końcu jednak włodarze miasta poszli po rozum do głowy, zadbali o starówkę, i obiekt zniknął z listy zagrożonych.

Wieża znajduje się na obrzeżach starego miasta, tuż przy nadmorskim bulwarze. Do dziś nie wiadomo jakie funkcje pełniła 28-metrowa wieża i dlaczego właściwie ją zbudowano. Jedna z teorii mówi o tym, że była świątynią wyznawców świętego ognia (zoroastryzmu), a może nawet wieżą umarłych. Samo słowa dziewicza w języku azerskim oznacza też niedostępna co może tłumaczyć obronny charakter budowli.

Niedaleko wieży znajduje się meczet Baba Kukli Bakuvi z VII wieku, ruiny bazaru oraz hammamu.

Spacerując ulicą Gulla dotrzemy do dwóch karawanserai. Ponieważ nie byłam jeszcze w Azji Środkowej (a bardzo bym chciała) to właśnie karawanseraje zrobiły na mnie największe wrażenie podczas zwiedzania starego miasta w Baku. Niektóre karawanseraje w Azji Środkowej obecnie służą za hotele i mam nadzieję, że będę miała kiedyś możliwość spędzić noc w jednym z nich.

Muzeum Historii Azerbejdżanu

Największe muzeum w kraju i jedno z największych w całym regionie. Mieści się w zabytkowej XIX-wiecznej willi azerskiego magnata naftowego Hacı Zeynalabdina Tağıyeva zaprojektowanej przez polskiego architekta – Józefa Gosławskiego. Ekspozycja muzeum liczy 35 sal i przedstawia historię kraju od czasów paleolitu do współczesności. Gdyby chcieć prześledzić wszystko dokładnie trzeba by tam spędzić cały dzień ale polecam Wam zajrzeć chociaż na godzinkę. Muzeum jest naprawdę ciekawie urządzone, jest tam mnóstwo ciekawych eksponatów. I niestety dzieci ze szkolnych wycieczek.

Flame Towers – Ogniste Wieże

Symbol miasta, trzy nowoczesne 190, 160 i 140-metrowe wieżowce wybudowane w latach 2008-2011, które szczególnie imponująco wyglądają po zmroku. Kształt i nazwa nawiązują do ognia, z którym wiąże się historia kraju. Od ponad 500 lat ogień nieprzerwanie pali się w Yanar Dag. Będę o tym miejscu jeszcze pisać. Baku w swej historii wytworzyło kult ognia, który zainspirował kształt wież. Budynki są symbolem połączonej przeszłości i przyszłości kraju. Kształt nawiązuje do wspomnianego uwielbienia ognia i reprezentuje siłę oraz wieczność.

Plac Fontann

Czasem spotkacie się z nazwą park fontann – chodzi o to samo miejsce. Dziś jedno z najpopularniejszych miejsc spotkań mieszkańców miasta, dawniej ulubione miejsce organizowania demonstracji antycarskich. Otoczone zielenią, pełne knajpek, sklepików i straganów z pamiątkami. Oaza zieleni w środku miasta.

Deptak nad Morzem Kaspijskim – bulwar NafciarzyBardzo przyjemnie miejsce, i za dnia, i wieczorem. Mam wrażenie, że żyje całą dobę. Spacerując wzdłuż Morza Kaspijskiego możemy obserwować m.in. Dom Sowietów, budowlę poświęconą pamięci 26 Komisarzy zamordowanych w czasach sowieckich, Bibliotekę Narodową czy Teatr Opery i Baletu.

Jeśli chodzi o przyjemne miejsca gdzie można odpocząć od zgiełku miasta to warto też wspomnieć o terenie centrum konferencyjno-koncertowego Gajdar Alijev Saraj. Położone na terenie ogromnego parku, bardzo dobrze utrzymane i przyjemne. Na terenie parku znajduje się popularny wśród turystów pomnik z napisem I love Baku.

Nocne życie Baku

Miałam szczęście zwiedzać Baku z rodowitą mieszkanką tego miasta. Dzięki niej nie tylko poznałam najważniejsze zabytki i historię miasta ale miałam tez okazję doświadczyć życia nocnego. Baku żyje 24 godziny na dobę i to nie tylko w weekendy. Azerbejdżan jest krajem islamskim ale podejście do religii jest tu bardzo luźne. Młodzi ludzie ubierają się na modłę europejską, kobiety nie zakrywają nawet włosów, nie wspominając o noszeniu abai. Restauracje i bary w obrębie starego miasta wieczorami pękają w szwach. Nie brakuje tu klubów czy dyskotek. Warto tego doświadczyć!

Erywań – citybreak w stolicy Armenii

Erywań – stolica i największe miasto Armenii położone w dolinie rzeki Hrazdan, na stokach małego Kaukazu. Nad miastem góruje oddalony o 32 km szczyt Ararat (obecnie znajdujący się na terenie Turcji). Ararat to święta góra Ormian, symbol Armenii wyeksponowany w jej godle, obecny w literaturze i sztuce. Nazwa góry pochodzi od Ary – boga śmierci i odrodzenia. Nazwa ta ma związek ze zmianami wyglądu góry w okresie zimy (gry wszystko zamiera) i wiosny (gdy się odradza).

Erywań często nazywa się różowym miastem. Jest to związane z kolorem elewacji większości budynków w centrum. Podstawowym budulcem w stolicy Armenii jest bowiem różowa skała wulkaniczna – tuf.

Miasto od wieków miało strategiczne położenie na szlaku handlowym między Indiami a Europą co z jednej strony umożliwiało rozwój handlu i bogacenie się miasta ale z drugiej było przyczyną licznych najazdów imperium Ottomańskiego, Perskiego i Rosyjskiego. Erywań położony jest także w rejonie aktywnym sejsmicznie i trzęsienia ziemi wielokrotnie prowadziły do zniszczeń.

Centrum miasta jest stosunkowo niewielkie, jego oś tworzą ulice Tigran Mets Poghota i Hyusisayin Poghota. Co warto zobaczyć w Erywaniu?

Plac Republiki

Najważniejszy plac miasta. Otoczony budynkami rządowymi zbudowanymi w sowieckim stylu, z różowego tufu, jakżeby inaczej. Na placu mieszczą się też tańczące fontanny. Spektakl woda, światło, dźwięk jest bardzo popularny zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców. Odbywa się codziennie od 21 do 24.

Swoją siedzibę ma tu też Narodowe Muzeum Historii, a kilka pięter nad nim Ormiańska Galeria Narodowa.

Drugi ważny plac to plac Wolności (dawniej zwany placem Teatralnym) z Ormiańskim Akademickim Teatrem Opery i Baletu

Katedra ormiańska św. Grzegorza Oświeciciela

Jeden z najważniejszych ormiańskich kościołów. Zbudowany z okazji 1700-lecia wprowadzenia chrześcijaństwa w Armenii (która jest pierwszym krajem na świecie, który przyjął tę religię). Grzegorz Oświeciciel był apostołem Armenii i głową kościoła ormiańskiego, dziś jest patronem kraju.

Katedra położona jest na wzgórzu Chandidżana i jest największym ormiańskim kościołem na świecie. Jest stosunkowo nową świątynią, wybudowaną w latach 1997 – 2001.

Właściwie jest to kompleks trzech świątyń – głównej katedry (z 1700 miejscami siedzącymi symbolizującymi 1700 lat chrześcijaństwa w Armenii), kaplicy pw. królowej Aszchen i kaplicy pw. króla Tiridatesa III. Para królewska przyjęła chrześcijaństwo z rąk Grzegorza i uczyniła je religią państwową.

Pomnik ludobójstwa Ormian Cicernakaberd (Twierdza Jaskółki)

W Armenii nie da się zapomnieć o trudnej historii tego kraju. Na wzgórzu
Cicernakaberd wybudowano pomnik upamiętniający ludobójstwo Ormian. W latach 1915 -1917 Turcy wymordowali 1,5 miliona ludzi. Turcja wciąż nie chce przyznać się do zbrodni przez co stosunki między obydwoma krajami są cały czas napięte. Przy pomniku płonie wieczny ogień, a pod nim znajduje się muzeum.

To właśnie tu 24 kwietnia każdego roku odbywają się uroczystości ku pamięci ofiar tej przerażającej zbrodni.

Pomnik składa się z trzech elementów – 44-metrowego obelisku, 12 pochylonych pylonów otaczających wieczny ogień oraz 100-metrowej ściany pamięci z wypisanymi nazwami miejscowości, z których pochodziły ofiary zbrodni.

Do pomnika prowadzi parkowa aleja obsadzona świerkami upamiętniającymi ofiary masakry. Każde drzewo podpisane jest tabliczką z nazwiskiem fundatora. Są to głównie głowy państw.

Fabryka koniaku Ararat

Można koniak lubić, można nie lubić, ale będąc w Erywaniu trzeba do fabryki zajrzeć. Podczas krótkiej wycieczki z przewodnikiem dowiemy się jak produkuje się najsłynniejszy armeński trunek, zobaczymy beczki z leżakującym alkoholem (wszak im koniak dojrzalszy tym cenniejszy i smaczniejszy). Każda znana osoba, która odwiedza Erywań i fabrykę otrzymuje swoją beczkę. Na koniec oczywiście czeka nas degustacja, podczas której próbujemy 3- i 10-letniego Araratu oraz 20-letniego Nairi. I last but not least – zakupy 😉

Ulica Abowiana – najważniejsza aleja miejska

Tu można zrobić zakupy, zjeść obiad i podejrzeć jak żyją młodzi mieszkańcy miasta. Abowian to coś więcej niż tylko ruchliwa ulica, to żywe muzeum epok, miejsce spotkań mieszkańców miasta. Ulica początkowo prowadziła od Norku do twierdzy erewańskiej na brzegu rzeki Hrazdan. Ulica od zawsze była najbardziej elegancka, wzdłuż niej (i w przylegających do niej uliczkach) mieszkali najbogatsi i najbardziej wpływowi Erywańczycy. Przy ulicy zawsze znajdowały się najdroższe i najbardziej eleganckie sklepy w mieście. Architektonicznie ulica jest pomieszaniem elegancki budynków w stylu art nouveau z lekkimi neoklasycznymi domami, pomiędzy którymi pozostało jeszcze kilka prostych budowli w sowieckim stylu.

Pod numerem 15 znajduje się kościół św. Katogike, najstarsza ocalała świątynia w mieście.

Bazar GUM

Idealne miejsce do zakupu lokalnych przysmaków, w tym symbolu Armenii – suszonych moreli. Niektórzy wolą nalewkę morelową 😉 Każdy znajdzie coś dla siebie. Ilość warzyw i owoców przyprawia o zawroty głowy. Są też wędliny i sery. Wszystkiego można spróbować a potem kupować i jeść 😉 Jak już część z Was wie najczęściej przywożę jadalne pamiątki z podróży tak więc na bazarku zaopatrzyłam się całkiem nie najgorzej 😉

Muzeum Siergieja Parajanowa

Jedno z najstarszych i najciekawszych muzeów w mieście. Urządzone w niedoszłym ostatnim domu sowieckiego reżysera znanego głównie z filmu Barwy granatu. Erywań uznała Parajanowa za swojego i wybudował mu dom nad rzeką Hrazdan. Reżyser nie dożył niestety zakończenia budowy i nigdy w domu nie zamieszkał .

W domu zorganizowano muzeum z serią nietypowych portretów jego przyjaciół (wśród nich portret Daniela Olbrychskiego). Niestety w środku nie można robić zdjęć.

Wychodząc z muzeum warto zwrócić uwagę na stadion Hrazdan – miejsce częściowego symbolicznego pojednania Ormian i Turków. Obiekt przebudowany w 2008 roku był miejscem nieznacznej poprawy stosunków między obu krajami. Rozegrano na nim mecz między reprezentacjami obu krajów, a na trybunach zasiedli obaj prezydenci.

Instytut Matenadaran

Duma większości Ormian, jedna z największych bibliotek manoskryptów na świecie. Przed wejściem stoi pomnik Mesropa Masztoca – duchownego i twórcy ormiańskiego alfabetu. Alfabet pierwotnie składał się z 36 znaków. Masztoc już za życia cieszył się uznaniem i szacunkiem, a po śmierci został jednym w ormiańskich świętych.

Budynek muzeum zabezpieczony jest podwójnymi stalowymi drzwiami i pełni także funkcję schronu dla kolekcji na wypadek nuklearnej zagłady.

Sala wystawowa jest tylko jedna, pozostałe pomieszczenia to magazyn ponad 17 tysięcy (!) manuskryptów. Wśród eksponatów warto zwrócić uwagę na XVII-wieczny list w języku polskim oraz podręcznik do geometrii w języku arabskim.

Życie nocne Erywania

Erywań to nowoczesne miasto mimo iż architektonicznie wciąż tkwi w czasach sowieckich. Podczas naszego pobytu w Erywaniu odbywał się festiwal wina. Dwa razy nas nie trzeba było namawiać na odwiedzenie go 😉 Idea festiwalu była taka, że płaciło się za kieliszek (dostawało się do niego specjalne etui do zawieszenia na szyi) a następnie można było degustować różne wina. Było mnóstwo ludzi (głównie młodych), było uliczne jedzenie, była muzyka. Ormianie, jak wszyscy pozostali mieszkańcy Kaukazu, umieją się bawić a wino leje się strumieniami. Była to doskonała okazja do poznania życia mieszkańców, które nie różni się znacząco od życia mieszkańców innych metropolii w innych częściach świata.

Książki o Armenii

Książek o Armenii nie ma na polskim rynku tyle co o Gruzji, a te które są traktują raczej o trudnej historii tego kraju. Zdecydowanie polecam reportaż Armenia. Karawany śmierci. Książka trudna ale obrazująca tragiczne doświadczenia narodu ormiańskiego. Drugi reportaż to książka Grzegorza Górnego Armenia. Między rajem a piekłem. Traktuje i o historii, i o współczesności.

Nieco lżejszą pozycją jest już wspominana przeze mnie przy okazji wpisu o Tbilisi Pestki winorośli i trzy jabłka.

Erywań – czy warto?

Zdecydowanie. Jest wciąż miastem mało popularnym wśród turystów stąd nie jest tak zatłoczony jak inne metropolie Europy czy Azji, jest łatwo dostępny z Polski (LOT oferuje bezpośrednie przeloty kilka razy w tygodniu), nie jest drogo, jedzenie jest pyszne, ludzie są gościnni i otwarci, a samo miasto piękne i oferujące wiele atrakcji. Oczywiście Erywań to też doskonała baza wypadowa do poznawania innych części Armenii ale o tym już w kolejnych wpisach. Póki co polujcie na tanie bilety i lećcie, nie będzie żałować.

Weekend w Tbilisi – co zobaczyć w stolicy Gruzji?

Gruzja długo chodziła mi po głowie. Jeszcze parę lat temu miejsce, którego nikt nie rozważał w kontekście wakacyjnego wyjazdu, od jakiegoś czasu jeden z najpopularniejszych kierunków wyjazdowych Polaków. Nie oszukujmy się, Tbilisi i reszta kraju to dwa różne światy ale zacznijmy blogowanie o Gruzji właśnie od stolicy. Zresztą tam wylądowałam i od Tbilisi zaczęła się moja gruzińska przygoda. Reszta Gruzji się pisze i pojawi się niebawem. Bo Gruzja to jedno z dwóch miejsc na świecie gdzie nie tylko mi się bardzo podobało i spędziłam fantastyczny czas ale też miejsce, gdzie zostawiłam kawałek serca. I jestem więcej niż pewna, że kiedyś tam wrócę. Za chwilę miną 2 lata od mojego pobytu na Kaukazie, chyba sięgnęłam po zdjęcia pierwszy raz od tamtej pory i ciepłe uczucia względem tego kawałka świata odżyły. Zapraszam Was na pierwszą z wielu części mojej opowieści o Kaukazie. Mam nadzieję, że tych, którzy nie byli zachęcę do zaplanowania choćby krótkiego wyjazdu w tamten rejon świata.

Tbilisi, stolica Gruzji, to miasto świątyń – kościołów, cerkwi, meczetów i synagog. Ale też stolica zabawy podlewanej gruzińskim winem. Miasto jest mieszanką kultur i religii. Widać to w architekturze, kuchni i… ludziach.

Stare miasto

Od czegoś trzeba zacząć zwiedzanie stolicy, starówka to dobry pomysł. Są tu szerokie, odnowione ulice wypełnione sklepikami i restauracjami ale są też wąskie przejścia gdzie czas się zatrzymał. Jedne i drugie mają swój urok. Na co zwrócić uwagę poza błądzeniem w labiryncie ulic i uliczek?

Waszą uwagę na pewno zwróci bajkowa wieża zegarowa. To poza symbolem miasta i hitem instagrama siedziba teatru marionetek Reza Gabriadze.

Pomnik Tamady – gruzińskiego mistrza ceremonii. Rzeźba przedstawia mężczyznę trzymającego w dłoni puchar z rogu, z którego tradycyjnie pije się gruziński trunek.

Pomnik Matka Gruzja – Kartlis Deda

20-metrowy aluminiowy posąg kobiety mieszczący się na szczycie góry Sololaki. Powstał w 1958 roku, z okazji 1500-lecia miasta. Jest symbolem Tbilisi. Kobieta patrzy ze wzgórza na miasto, w lewej ręce trzyma pialę – puchar wina (którym wita przyjaciół – ktoś jeszcze ma wątpliwości jakie znaczenie w Gruzji ma ten trunek?), w prawej miecz, którym odstrasza wrogów. Jest to doskonała metafora charakteru Gruzinów.

Twierdza Narikala

Narikala oznacza dosłownie mniejszy zamek. Jest to kompleks obiektów z różnych epok, który góruje nad starówką stolicy Gruzji. Są to właściwie ruiny i pozostałości pierwotnej konstrukcji. Ufortyfikowane mury zostały wybudowane w VI wieku przez Persów, a kolejne w VIII w. przez Arabów.

Na terenie twierdzy znajduje się cerkiew św. Mikołaja odbudowana w 1990 roku.

Z twierdzy rozciąga się piękny widok na dolne miasto a z drugiej strony na ogród botaniczny założony w mieście w 1845 roku.

Do pomnika Matki Gruzji i do twierdzy można dostać się z parku Rikhe, gdzie ma swoją dolną stację kolejka gondolowa. Ze wzgórza można podziwiać rozległą panoramę miasta.

Świątynia Metechi -cerkiew pw. Matki Bożej Metechskiej

Jak już napisałam na początku, Tbilisi to miasto świątyń więc teraz krótki przegląd tych najważniejszych. XIII-wieczna prawosławna świątynia Metechi położona jest na wzniesieniu nad rzeką Kurą. W środku znajduje się m.in. grobowiec męczennicy Zuzanny, która została uwięziona gdy odmówiła porzucenia religii chrześcijańskiej. Świątynia była wielokrotnie niszczona i odbudowywana.

Przed świątynią znajduje się pomnik konny króla Wachtanga Gorgaselego – jednocześnie świętego Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Uważany jest za założyciela Tbilisi. Przeniósł tu stolicę państwa (z Mcchety).

Sobór św. Trójcy

Największa cerkiew nie tylko w Tbilisi i Gruzji ale na całym Kaukazie, druga na świecie (po soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie). Położona na wzgórzu św. Eliasza siedziba gruzińskiego Patriarchy.

Uroczysta konsekracja miała miejsce w 2004 roku, wnętrze ma zupełnie współczesne natomiast bryła jest wiernym odwzorowaniem stylu starogruzińskiego.

Katedra Sioni

Miejsce gdzie przez wieki koncentrowało się życie religijne miasta. Cerkiew jest przez wielu Gruzinów uważana za najpiękniejszą w mieście. To właśnie tu znajduje się krzyż świętej Nino uważany za najcenniejszą relikwię gruzińskiego kościoła. Legenda mówi, że św. Nino robiła ten krzyż sama z gałązek winogron przeplatanych swoimi włosami. Dzięki misyjnej działalności św. Nino Gruzja w 337 roku przyjęła chrześcijaństwo, jako drugi kraj na świecie (po sąsiedniej Armenii).

Katedra wielokrotnie była burzona i odbudowywana, przetrwała najazdy Mongołów, Persów i Bizantyjczyków. Jest symbolem wiary i wytrwałości gruzińskiego narodu. Mówi się, że dopóki istnieje ta świątynia, będzie istnieć naród gruziński.

Bazylika Anchiskhati

Najstarsza cerkiew w mieście datowana na VI wiek. Nazwę wzięła od ikony, która sama się napisała. Świątynia jest niewielka, surowa i cicha. Obraz Chrystusa Nie Ludzką Ręką Uczynionego został z niej przeniesiony do Muzeum Narodowego


Abanotubani i łaźnie siarkowe

Najstarsze łaźnie w mieście, które pojawiły się w mieście za panowania perskiego (w VI wieku) Schowane w ziemi i przykryte kopułkami. Bywalcami łaźni byli m.in. Aleksander Puszkin, Aleksander Dumas (ojciec) i Michaił Lermontow.

Tbilisi to polsku Cieplice. Nazwa ta pochodzi właśnie od ciepłych siarkowych źródeł. Abanotubani, czyli dzielnica, w której znajdują się banie to najstarsza dzielnica w mieście licząca ok. 1500 lat. Łaźni było kiedyś w Tbilisi więcej, niektóre źródła mówią o tym, że było ich aż 68. Łaźnie, poza funkcją leczniczą i higieniczną, odgrywały także rolę społeczną – były miejscem spotkań i robienia interesów czy sposobem na spędzanie wolnego czasu. Skojarzenia z rzymskimi łaźniami nieuniknione 🙂

Aleja Rustawelego

Główna arteria miasta ciągnąca się między placem Wolności a placem Rewolucji Róż. Nosi imię XII-wiecznego gruzińskiego poety Szota Rustawelego, który jest na tyle ważną postacią historii i kultury, że jego imię nosi także lotnisko w Tbilisi, Instytut Teatralny w Tbilisi i Teatr Dramatyczny Gruzji. Rustaweli jest autorem gruzińskiej narodowej epopei – Rycerza w tygrysiej skórze. No taki ichniejszy Mickiewicz 😉

Spacerując wzdłuż alei możemy podziwiać m.in. budynek Parlamentu, Państwowy Teatr Akademicki, Operę im. Paliaszwiliego, Filharmonię, Galerię Malarstwa, Pałac Młodzieży, Gruzińskie Muzeum Narodowe czy kościół Kaszweti św. Jerzego (patrona Gruzji). To na tej ulicy w 2007 i w 2011 roku odbywały się protesty antyrządowe.

Jeśli macie chwilę czasu to polecam zajrzeć do Muzeum Narodowego, a tam zwrócić uwagę na wystawę Złoto Kolchidy – mnóstwo małych arcydzieł sztuki jubilerskiej, diademy wysadzane szlachetnymi kamieniami a także kielichy i puchary pochodzące z legendarnej Kolchidy.

Wzdłuż ulicy znajduje się też sporo knajpek i sklepów, często ukrytych w podwórkach. Zachęcam do zaglądania w te podwórka, można się natknąć na naprawdę interesujące miejsca.

Zamykający (bądź otwierający, jak kto woli) ulicę plac Wolności zmieniał kilkukrotnie swoją nazwę. Najpierw był placem Erywańskim, potem placem Lenina (jego posąg też na placu był, do 1991 roku), aż w końcu zyskał obowiązującą do dziś nazwę placu Wolności. Centralnym punktem placu jest kolumna z pomnikiem św. Jerzego zabijającego smoka. Plac był miejscem zgromadzeń podczas rewolucji róż w 2003 roku. Przy placu wolności znajduje się także miejski ratusz.

Most Pokoju

Oddany do użytku w 2010 roku, przez mieszkańców zwany pieszczotliwie Podpaską. I trudno tego skojarzenia uniknąć, zwłaszcza patrząc na most z góry. 150-metrowa kładka ze stali i szkła służy wyłącznie pieszym.

Rejs po rzece Kura

Bardzo fajnie odkrywa się miasto z perspektywy rzeki. W Tbilisi działają pływające restauracje. Możecie wybrać się w taki rejs połączony z tradycyjną suprą. Dla mnie był to ostatni akcent pobytu w mieście i bardzo polecam taki krótki rejs w promieniach zachodzącego słońca.

Książki o Gruzji

Moje myślenie o Gruzji zaczęło kiełkować w 2011 roku, po przeczytaniu pierwszego wydania książki państwa Mellerów Gaumardżos. Opowieści z Gruzji. Są oni miłośnikami Kaukazu i z pewnością mają swój ogromny udział w zarażaniu Polaków miłością do Gruzji. Niedawno ukazało się wznowienie pozycji, które z przyjemnością przeczytałam po raz drugi, tym razem już z perspektywy osoby zakochanej w Gruzji.

Co jeszcze warto przeczytać przed wyjazdem na Kaukaz? Na pewno książki Wojciecha Góreckiego – Abchazja, Planeta Kaukaz i Toast za przodków. Ukazały się w serii reportaży wydawnictwa Czarne co samo w sobie powinno być dobrą rekomendacją.

Bardzo fajnie o Gruzinach i meandrach gruzińskiej duszy pisze Maciej Jastrzębski w książce Klątwa gruzińskiego tortu. Jeszcze ciekawiej pisze o Rosji ale to już temat na inna notkę 😉

W ciekawą podróż nie tylko po Gruzji ale też Armenii zabiera Marcin Sawicki w książce Pestki winorośli i trzy jabłka.Bardziej rozrywkową naturę kraju poznacie sięgając po książkę Pijany martwym Gruzinem Witolda Gapika.

Jeśli chcecie odkryć Gruzję przez pryzmat jej genialnej kuchni to warto sięgnąć po Gruziński smak Radka Polaka i Vaho Babunashvilego. A gruzińska kuchnia to temat, któremu poświęcę cały osobny wpis. Nieodłączny element gruzińskiej kultury i gościnności. Coś za czymś tęsknię mimo iż w Polsce knajp gruzińskich jest bez liku. Wiele z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie ale to jednak nie jest to co w Gruzji. A może to po prostu nie ta atmosfera?


Malediwy na własną rękę – informacje praktyczne

Malediwy to wyspiarski raj leżący na Oceanie Indyjskim. Prawie 1200 wysp zgromadzonych na 26 atolach. 110 z nich zamieniono na wyspy-kurorty, które odwiedza rocznie prawie 1,5 mln turystów z całego świata. Jeśli mam być szczera to kompletnie nie byłam przekonana do tego wyjazdu. Gdybym miała lecieć tylko na Malediwy to bym się nie zdecydowała ale przy okazji wyjazdu na Sri Lankę pojawił się pomysł przedłużenia wakacji o kilka dni właśnie na Malediwach. Pisałam już zarówno na blogu, jak i na instagramie, że Malediwy mnie oczarowały i były to jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu. Jeśli obawiacie się, że na Malediwach nie ma co robić i nie ma sensu tam jechać zapewniam Was – polećcie, podziękujecie później 😉

Malediwy – jak się dostać z Polski?

Malediwy położone są ponad 7 tysięcy kilometrów od Polski. Najłatwiej dostać się na nie lecąc jedną z arabskich linii lotniczych z przesiadką w Dubaju lub Dosze. Nasz lot był lotem ze Sri Lanki, natomiast powrót był liniami Emirates przez Dubaj. Podróż trwa kilkanaście godzin (6 godzin do Dubaju i 4 z Dubaju plus przesiadka). Istnieją również inne opcje lotów, czasem zdarzają się promocyjne loty z Włoch czy innych europejskich krajów. Lot Emirates lub Qatar z Polski to w standardowej taryfie ok. 2 500zł.

Update – lipiec 2019 – jedno z polskich biur podróży uruchomiło bezpośrednie czarterowe połączenie między Warszawą a Male. Na pokładzie włoskiej linii Blue Panorama można dolecieć na Malediwy bezpośrednio z Warszawy.

Malediwy – pogoda, kiedy jechać?

Kiedy jechać na Malediwy? Chciałoby się powiedzieć Jak najszybciej. I to nie tylko dlatego, że to prawdziwy raj i miejsce gdzie prawdopodobnie przeżyjecie swoje najlepsze wakacje w życiu ale też dlatego, że z powodu globalnego ocieplenia klimatu i podnoszenia poziomu wód Malediwy mogą wkrótce zniknąć z powierzchni ziemi. Wiele osób nie traktuje tego ostrzeżenia poważnie ale szacuje się, że wyspiarski raj za kilkadziesiąt (a w najczarniejszych scenariuszach już za kilkanaście) lat może zniknąć z powierzchni ziemi (a raczej oceanu). Malediwy są najniżej położonym państwem na świecie (najwyższy punkt Malediwów sięga zaledwie 2,5 metra ponad poziom morza) i zmiany klimatyczne dosięgną je jako pierwsze. Podobny los spotka nieco później Kiribati, Tuvalu i Seszele. Już wiecie gdzie planować w najbliższych latach wakacje 😀

A teraz mniej dramatycznie. W jakim miesiącu najlepiej polecieć na Malediwy? Za najlepszy uchodzi okres od października do lutego. Temperatury przez cały rok oscylują wokół 25-30 stopni, a temperatura wody ma średnio 28 stopni. Jedyne co może zakłócić nam wypoczynek to monsuny przynoszące deszcz, występują one najczęściej od czerwca do września. Nasz pobyt był na początku maja, jeden dzień był pochmurny, nawet popadało, w pozostałe dni było gorąco i słonecznie.

Malediwy – wiza, przepisy wjazdowe

Żeby wjechać na Malediwy potrzebujemy tylko paszport (ważny do końca pobytu, nie ma wymogu jak w wielu krajach, żeby był ważny co najmniej 6 miesięcy). Bezpłatną, 30-dniową wizę otrzymujemy na lotnisku. Teoretycznie trzeba okazać bilet powrotny, potwierdzenie rezerwacji hotelu oraz środki finansowe na każdy dzień pobytu ale nas nikt o to nie prosił. Na wszelki wypadek miejcie jednak jakiś screen biletu powrotnego i potwierdzenie rezerwacji hotelu w telefonie, nigdy nie wiadomo na jakiego urzędnika traficie

Malediwy – transfer z lotniska Male

Kupując bilet na Malediwy dolecicie do stolicy – Male. Ale to nie jest koniec podróży. Z lotniska międzynarodowego musicie przejść na terminal krajowy skąd małym samolocikiem dolecicie na Wasz atol. A stamtąd dalej popłyniecie łódką. Generalnie wygląda to tak, że po przylocie na lotnisko w Male i odbiorze bagażu wychodzicie do hali gdzie hotele mają swoje stanowiska. Odnajdujecie swój hotel, idziecie do budki i przedstawiciel prowadzi Was dalej. Nasz hotel znajdował się na Atolu Alif Dhaal, lot z Male trwał 20 minut, ale te wszystkie przesiadki i transfery pochłonęły łącznie kilka godzin. Rezerwując hotel koniecznie sprawdźcie cenę transferu. W naszym przypadku było to 250 USD za osobę za lot + łódkę w 2 strony.

Malediwy – ceny, waluta

Walutą Malediwów są rupie. Jeżeli spędzacie wakacje na lokalnych wyspach to musicie wymienić pieniądze (najlepiej dolary amerykańskie) na lotnisku, jeśli wybieracie się na wyspę-resort to nie ma takiej potrzeby gdyż dolary amerykańskie są w resortach powszechnie akceptowane, nawet ceny podane są w dolarach, a nie w rupiach. W większości resortów można także płacić kartą. W naszym hotelu panował system bezgotówkowy – w restauracjach, sklepach, barach wszystko brało się na kartę hotelową a potem płatności dokonywało się w recepcji.

Malediwy – co zjeść?

Nie może być wpisu bez mojego ulubionego punktu programu 😀 Niestety przez takie a nie inne położenie większość produktów musi być na Malediwy importowana. Mięso przypływa dwa razy w miesiącu z Dubaju, warzywa z Europy, a owoce z Ameryki Południowej. Na Malediwach rosną praktycznie tylko kokosy i papaje. Miejscowe są ryby, a wśród nich najpopularniejszy tuńczyk. I to właśnie tuńczyk jest składnikiem najpopularniejszego dania wysp – mianowicie pasty mashuni składającej się z tuńczyka, kokosa, cebuli i chili. Często serwowanej z ćwiartką limonki. Pasta jest obłędna i uzależniająca, w naszym hotelu była serwowana codziennie na śniadanie. Z plackiem roshi stanowi doskonały początek dnia.

W hotelach serwuje się dania kuchni międzynarodowej – są dania azjatyckie, europejskie, karaibskie i wiele innych. Wszystko poza rybami i kokosem z importowanych składników. Wiele hoteli ma własne piekarnie stąd zjecie np. świeżo wypiekane croissanty.

Malediwy – alkohol

Malediwy to kraj muzułmański, a prawo tego kraju zakazuje spożywania i sprzedaży alkoholu na wyspach zamieszkałych przez miejscową ludność. Na wyspach-resortach sprawa wygląda inaczej – alkohol jest dostępny choć przez to, że musi być importowany jest dosyć drogi. W naszym hotelu lampka wina czy piwo kosztowało 5 USD. Drogo ale z drugiej strony czy w europejskich hotelach czy restauracjach jest taniej? Na wyspy nie można wwozić alkoholu. Bagaże są skanowane po przylocie więc nie liczcie, że uda Wam się coś przemycić w bagażu rejestrowanym. Na wyspy nie wolno też wwozić narkotyków, za złamanie tego przepisu grozi nawet kara śmierci.

Malediwy – strój, bikini

Tu sprawa wygląda podobnie jak z alkoholem – inne zwyczaje na lokalnych wyspach, inne w resortach. Generalnie na wyspach lokalnych trzeba nosić się jak w każdym innym kraju muzułmańskim – skromnie, bez dekoltów, szortów, o bikini można zapomnieć. Od kobiet-turystek nie wymaga się jednak zakrywania włosów. Natomiast w resortach jak najbardziej dopuszczalna jest znana z Europy i innych zakątków moda plażowa, nie można się jednak opalać topless.

Malediwy – bezpieczeństwo, szczepienia

Co jakiś czas w mediach pojawiają się informacje o wprowadzeniu stanu wyjątkowego na Malediwach. Sytuacja polityczna wyspiarskiego kraju rzeczywiście jest niestabilna ale nie ma ona żadnego wpływu na turystów wypoczywających na wyspach-resortach. Ostrożność trzeba zachować tylko będąc w Male czy na wyspach lokalnych.

Jeśli chodzi o szczepienia to żadne nie są wymagane ale zaleca się wykonanie na co najmniej 6 tygodni przed wyjazdem tych podstawowych – na błonicę/tężec, dur brzuszny, WZW typu A i B. Na wyspach nie odnotowuje się przypadków malarii stąd żadna chemoprofilaktyka nie jest konieczna ale warto korzystać z repelentów, bo istnieje niewielkie zagrożenie dengą. W 2016 roku na Malediwach odnotowano kilka przypadków zarażeń wirusem Zika. Jeśli przybywacie na Malediwy z kraju, w którym występuje żółta febra to koniecznie jest posiadanie szczepienia poświadczonego międzynarodowym certyfikatem.

Jeśli chodzi o jedzenie to zagrożenie problemami żołądkowymi jest minimalne. Pod warunkiem, że oczywiście jemy umyte warzywa i owoce a wodę pijemy wyłącznie butelkowaną. Zęby też lepiej myć w wodze butelkowanej.

Największym zagrożeniem na Malediwach wydaje się być słońce dlatego trzeba stosować wysokie filtry, nawet w pochmurne dni. Idealnie biały piasek odbija promienie stąd nawet nie wiedząc kiedy możemy się spiec. Do tego koniecznie nakrycie głowy i okulary przeciwsłoneczne, dużo wody a wakacje będziemy wspominać wyłącznie dobrze.

Malediwy – co tam robić?

No właśnie – wyspa, plaża, ocean i nic więcej. Nuda! Tak myślałam przed wyjazdem. A po wyjeździe myślę, że to najfajniejsza nuda na świecie 😉 Przede wszystkim resorty są rozległe, jeśli śpicie w domku na plaży to macie kawałek plaży tylko dla siebie i to jest na Malediwach najcudowniejsze. Cisza, spokój, relaks. Jak już Wam się znudzi leżenie i gapienie na niesamowicie błękitną wodę to możecie się w niej zanurzyć i podziwiać koralowce, ryby, błazenki, papugoryby czy płaszczki. Czasem przepłynie koło Was manta czy mały rekin. Po pierwszym dniu przestanie Was to dziwić 😉 Snurkowanie i nurkowanie to najpopularniejsze rozrywki na Malediwach. Poza tym można się wybrać na pół- lub jednodniową wycieczkę na bezludną wyspę czy na łowienie ryb.

Poza tym wyspa może wydawać się mała ale taki spacer dookoła zajmuje ponad 2 godziny, nam nawet zdarzyło się raz zgubić 😀 Po wyspie można jeździć hotelowymi rowerami, można uprawić wszelkiego rodzaju sporty wodne (choć nie tylko, są też boiska do siatkówki, korty tenisowe, siłownia), można uprawić bar-hopping 😉 W wielu hotelach organizuje się wieczorne karmienie rekinów i przyznam szczerze, że to było na tyle fajne doświadczenie, że nie nudziło się oglądanie go co wieczór.

Malediwy – czy warto?

Tak, tak, i jeszcze raz tak. Biały piasek i błękitny ocean ze wszystkimi jego mieszkańcami nie znudzą się przez tydzień. Ja po tygodniu pewnie miałabym dość ale na kilka dni zdecydowanie warto się na Malediwy wybrać. Jeśli będę miała okazję to z ogromną przyjemnością tam wrócę. Jeśli mi nie wierzycie, że nie będziecie się na wyspach nudzić to połączcie pobyt na Malediwach ze zwiedzaniem Sri Lanki, Indii czy Dubaju.

Żadne zdjęcie do tego wpisu nie było obrabiane, filtrowane ani w żaden sposób podrasowane. Ten raj naprawdę tak wygląda.

Dubaj na własną rękę – informacje praktyczne

Dubaj – największe miasto Zjednoczonych Emiratów Arabskich i jedno z najbogatszych miast świata. W tym wpisie przekażę Wam wszystkie informacje o tym jak zorganizować sobie wycieczkę do Dubaju, a po opis największych atrakcji Dubaju zapraszam TU. Jeśli chcielibyście zwiedzić też Abu Dhabi to zapraszam TU.

Dubaj – jak się dostać z Polski?

Dubaj oddalony jest od Polski o ponad 4 tysiące kilometrów więc z grę wchodzi wyłącznie transport lotniczy. Na chwilę obecną (grudzień 2018) bezpośrednie połączenie z Dubajem mają 3 polskie miasta – Warszawa (codzienne połączenie realizowane przez Emiratesna główne lotnisko DXB), Katowice (WizzAir, 3 razy w tygodniu na lotnisko DWC) oraz Kraków (codzienne połączenie obsługiwane przez FlyDubai, na główne lotnisko DXB). Z innych miast dolecimy do Dubaju z przesiadkami np. we Frankfurcie czy Monachium. Opcji jest dużo, wszystko zależy od tego czy priorytetem jest dla Was czas połączenia, komfort czy cena. Inaczej leci się Emirates, inaczej Wizzairem. Ale też cena biletu jest adekwatna 😉

My wybraliśmy linie Emirates, bezpośredni lot z Warszawy trwa ok, 5,5 godziny, lot powrotny trochę dłużej – niecałe 6 godzin. O komforcie podróży liniami Emirates nie trzeba chyba nikomu pisać. Emirates rok rocznie wybierana jest najlepszą linią lotniczą świata. Przeloty odbywają się szerokokadłubowym samolotem Boeing typu 777-300ER. Samoloty są nowoczesne, komfortowe, mamy do dyspozycji bardzo bogaty system rozrywki pokładowej z najnowszymi hitami filmowymi czy płytami muzycznymi. Co ciekawe, jest też sekcja polskich filmów. Ponadto Emirates oferuje w trakcie lotu przekąski, posiłek, napoje oraz alkohol. Wszystko w cenie biletu.

Dubaj – czas

Dubaj znajduje się w strefie GMT +4. Zimą cofamy zegarki o 3 godziny, latem o 2.

Dubaj DXB – dojazd z lotniska

Do lotniska (terminal 1 oraz 3) dojeżdża czerwona nitka metra, którą możemy bezpośrednio dojechać do wielu popularnych miejsc w Dubaju (m.in. Burj Khalifa). Możemy nią także dojechać do stacji Union, gdzie można się przesiąść w metro linii zielonej, które dowiezie nas do starszej części miasta. Dojście do stacji metra jest dobrze oznakowane w terminalu.

Ponadto mamy do dyspozycji taksówki, które w Dubaju są naprawdę tanie więc jeśli podróżujecie tak jak my (w 4 osoby) to jest to zdecydowanie najtańszy i najlepszy środek transportu. Za taksówkę z lotniska do hotelu Atana, w którym spaliśmy zapłaciłam 75AED, czyli ok 75zł. Koszt przejazdu metrem wynosiłby ok. 40zł za 4 osoby.

Dubaj – wiza

By dostać się do Dubaju nie trzeba wcześniej składać żadnych wniosków ani specjalnie się przygotowywać. Wystarczy paszport ważny co najmniej 6 miesięcy. Bezpłatną, 90-dniową wizę otrzymujemy na lotnisku po przylocie. Pobytu nie można przedłużyć. Obsługa na lotnisku idzie bardzo sprawnie, jest dużo okienek, nikt nie pobiera nam odcisków palców ani nie skanuje tęczówek 😉 Podchodzimy do stanowiska, podajemy paszport, otrzymujemy pieczątkę i tyle.

Dubaj – waluta i ceny

Walutą Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest dirham (AED). Przeliczanie cen jest bardzo proste gdyż 1 AED = ok. 1 zł. W Polsce ciężko jest kupić walutę ZEA ale jest to możliwe, m.in. w kantorze w Galerii Mokotów. Niemniej najlepiej zabrać ze sobą do ZEA dolary amerykańskie i tam wymienić je na lokalną walutę. Uwaga, w kantorach nie są przyjmowane banknoty stare, zniszczona, popisane itp. Kantory znajdują się praktycznie na każdym kroku – na stacjach metra, w centrach handlowych i oczywiście w hotelach. Można też wymieniać euro, funty i inne waluty ale najbardziej opłacalna jest wymiana USD. W wielu miejscach przyjmowane są także płatności w dolarach ale po pierwsze sprzedawcy będą Wam liczyć po sobie wymyślonym kursie a po drugie resztę i tak otrzymacie w dirhamach. Dubaj to nowoczesne miasto więc w większości miejsc bez problemu można płacić kartą.

No i pora na rozprawienie się z mitem o tym jakim to niebotycznie drogim miastem jest Dubaj. Otóż żeby jechać do Dubaju nie trzeba być szejkiem ani bogaczem. Ceny są takie same jak w Europie Zachodniej. Nie brakuje tam oczywiście luksusowych hoteli, restauracji i sklepów ale jest też mnóstwo miejsc na kieszeń przeciętnego zjadacza chleba. Za kawę na mieście płacimy tyle co w Polsce czyli 10-20zł, jeśli chodzi o jedzenie to jest mnóstwo knajpek arabskich i azjatyckich gdzie za 30zł dostaniemy ogromną porcję jedzenia. Dubaj centrami handlowymi stoi i do jakiegoś prędzej czy później traficie a w każdym z nich jest tzw. food court z ogromnym wyborem restauracji w przystępnych cenach. Ceny w marketach są niewiele wyższe od tych polskich.

Jedyne co w Emiratach jest naprawdę drogie to… lody. Nie wiem czemu ale kupno kulki lodów za mniej niż 20 AED jest wręcz niemożliwe. Porcje lodów są duże, lody są pyszne ale jednak bardzo drogie. A że ja jestem lodożercą i wakacje bez lodów to dla mnie nie wakacje to z bólem serca płaciłam za lody bajońskie sumy.

Dubaj – szczepienia

Żadne szczepienia nie są wymagane. Dubaj jak i całe Emiraty to miejsce gdzie nie ma żadnych zagrożeń zdrowotnych. Żadnego komara też w Dubaju nie widziałam podczas żadnej ze swoich wizyty w tym mieście.

Dubaj – poruszanie się po mieście

Skupię się na dwóch najrozsądniejszych sposobach transportu – metrze i taksówkach choć do dyspozycji są także autobusy i tramwaje.

Metro dubajskie jest w pełni zautomatyzowane (bezobsługowe) i w dużej mierze naziemne (za co ja, osoba z klaustrofobią gorąco i serdecznie dziękuję). Sprawne, szybkie i nowoczesne, docierające do wielu zakątków miasta. Aktualnie (grudzień 2018) liczy 2 nitki – zieloną i czerwoną. Linia czerwona liczy ok. 50km i 35 stacji, zielona ok. 20km i 22 stacje. Linia czerwona kursuje od 5 rano do północy (w czwartki do 1 w nocy), zielona od 5.30 do północy (w czwartki również do 1 w nocy). W piątki obie linie kursują od 10 rano do 1 w nocy.

Jak wszystko w Dubaju metro też się rozbudowuje. W planach są trzy kolejne nitki metra. Każdy pociąg metra ma 5 wagonów. Jeden z nich jest podzielony na tzw. złotą klasę i część dla kobiet i dzieci (jest to zawsze pierwszy lub ostatni wagon), pozostałe cztery to wagony dla wszystkich pozostałych. Zarówno stacje metra, jak i wagony są klimatyzowane i co tu dużo mówić – jest w nich po prostu ZIMNO.

Żeby podróżować metrem potrzebujemy oczywiście biletu. Możemy zakupić bilet jednorazowy (tzw. czerwona karta) lub kupić kartę NOL z tzw. wirtualną portmonetką. Mamy do wyboru kartę srebrną lub złotą (na przejazdy w wagonie ze złotą klasą). My zakupiliśmy karty srebrne, taka karta kosztuje 25 AED z czego 19 AED możemy wykorzystać na przejazdy. Kartę można wielokrotnie doładowywać (w kasie, automacie lub przez internet), jest też ona niezbędna jeśli chcemy jechać autobusem do Abu Dhabi. Żeby móc rozpocząć przejazd na karcie musimy mieć co najmniej 7,5 AED. Cena przejazdu zależy od ilości stref, które przekraczamy podczas swojej podróży. Jeśli podróżujemy w ramach jednej strefy za przejazd zapłacimy 3 AED, w dwóch strefach 5 AED, powyżej dwóch 7,5 AED za przejazd. Można także zakupić bilet 1-dniowy za 20 AED i bilety 7-dniowe (50AED za 1 strefę, 80 AED za 2 strefy i 110 AED za 3 strefy).

Podróżując po Dubaju większą grupą, czyli tak jak my w 4 osoby, warto rozważyć korzystanie z taksówek, gdyż są one naprawdę niedrogie. Opłata początkowa za przejazd to 5 AED, cena za przejechany kilometr to 1,82 AED. Do tego czasem trzeba doliczyć opłaty drogowe (4 AED za przejazd niektórymi ulicami). Taryfa nocna różni się tym, że opłata początkowa wynosi 5,5 AED. Po Dubaju jeździ ponad 9 tysięcy taksówek więc złapanie jakiejkolwiek nie stanowi większego problemu. Postoje też znajdują się w wielu miejscach – jeśli szukacie taksówki udajcie się w okolicę jakiegokolwiek hotelu czy centrum handlowego. Każda taksówka wyposażona jest w taksometr, na którym można na bieżąco śledzić przejechaną trasę oraz opłaty. Jeśli taksometr nie jest włączony nie płacimy za kurs. W każdej taksówce jest terminal płatniczy więc bez problemu można płacić kartą.

Dubaj – strój

Emiraty to kraj muzułmański więc należy się stosowanie ubierać. Stosownie, czyli skromnie. Nie jest to Iran czy Arabia Saudyjska gdzie kobieta musi być zasłonięta od stóp do głów ale wskazane jest noszenie ubrań zakrywających ramiona i kolana. Nawet przy wejściu do Mall of the Emirates są informacje i grafiki wskazujące, że należy być odpowiednio odzianym. Co nie zmienia faktu, że spotkacie mnóstwo młodych dziewczyn w szortach i z dekoltami do pępka… Bardziej konserwatywnym miastem niż Dubaj jest Abu Dhabi i jeśli wybieracie się tam z wizytą to weźcie sobie te zasady do serca i nie rozbierajcie się zbytnio. Podobnie jeśli wybieracie się do najbardziej restrykcyjnego ze wszystkich emiratów, czyli Sharjah. Na publicznych plażach i przy hotelowych basenach dopuszczalne jest oczywiście bikini, szorty i szeroko pojęta moda plażowa.

Dubaj – co i gdzie zjeść

W Dubaju znajdziemy restauracje z kuchnią każdego zakątka globu. Dominują knajpy z jedzeniem azjatyckim (chińskim, hinduskim, tajskim) ale nie brakuje też restauracji włoskich, francuskich, arabskich, meksykańskich, argentyńskich czy wszelkich innych jakie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Są tanie restauracje gdzie najemy się za równowartość kilkunastu polskich złotych a są i takie gdzie obiad kosztuje tyle co samochód 😉 Każdy znajdzie coś dla siebie, generalnie znalezienie taniej restauracji nie stanowi problemu. My jadaliśmy przez te kilka dni w restauracji tajskiej, meksykańskiej i włoskiej. W Dubaju są też wszystkie znane z Polski fast foodowe sieciówki więc jeśli ktoś jest amatorem tego typu jedzenia to też nie będzie w Dubaju głodował 😉

Dubaj – alkohol

Alkohol nie jest powszechnie dostępny w Dubaju. Np. w naszym hotelu alkoholu nie było w ogóle. Nie dostaniemy go też w każdym sklepie. A jeśli nawet jest w sklepie to żeby go kupić potrzebne jest specjalne zezwolenie. Alkohol dostaniemy w wybranych restauracjach i hotelach ale jest stosunkowo drogi. Nam zdarzyło się raz kupić piwo – za mała puszkę zapłaciliśmy 25 AED 😀 Ale np. drinki w hotelu Mariott Harbour który oferuje piękne widoki na palmę Jumeirah kosztują ok. 30 AED, czyli tyle co w knajpach w Polsce. W Dubaju natknęliśmy się też na jarmark świąteczny (jeszcze będę o tym pisać) gdzie można było się napić grzańca za 40 – 45 AED 😉

Du Dubaju można przywieźć alkohol z Polski, limit wynosi 4 litry alkoholu wysokoprocentowego na osobę. Do Dubaju można też wwieźć 400 papierosów.

Dubaj – bezpieczeństwo

Dubaj uchodzi za jedno z najbezpieczniejszych miast świata i tak rzeczywiście jest. Nie czuje się tam żadnego zagrożenia o żadnej porze dnia ani nocy. Jak wszędzie warto zachować zdrowy rozsądek ale nie ma powodów do obaw.

Dubaj – pogoda, kiedy jechać?

Moja pierwsza wizyta w Dubaju miała miejsce pod koniec kwietnia i to jest czas kiedy Dubaju już należy unikać. Było piekielnie gorąco (powyżej 45 stopni), a im goręcej na zewnątrz tym klimatyzacja w budynkach jest bardziej podkręcana więc różnice temperatur były ogromne i bardzo niekomfortowe. Teraz w grudniu było dużo lepiej – w ciągu dnia temperatury oscylowały wokół 25 stopni, nocą spadały do 15-16. Była to odpowiednia pogoda i do zwiedzania, i do odpoczynku na plaży. Latem (czerwiec – wrzesień) temperatury sięgają 50 stopni (w cieniu!!!) i mimo iż ceny lotów, hoteli jak i całych zorganizowanych wyjazdów są wtedy niższe to nie polecam odwiedzać Emiratów w tym okresie. Najlepszy czas na wizytę w Dubaju to okres od października do marca.

Dubaj – co kupić, co przywieźć?

Dubaj i Emiraty to takie miejsce, gdzie wszystko się sprowadza spoza kraju. Jedyne co się w Emiratach uprawia to… daktyle. I to jest moim zdaniem doskonała pamiątka z Emiratów. Daktyle są przepyszne, do tego występują w wersjach nadziewanych orzeszkami czy oblanymi czekoladą. W daktyle najlepiej zaopatrzyć się na targu daktylowym w Abu Dhabi. Spory wybór w całkiem przystępnych cenach jest także a lotnisku. Zawsze przywożę daktyle z Dubaju, nawet jeśli mam tam tylko przesiadkę. Ponadto przywieźliśmy z Emiratów kawę arabską z dodatkiem przypraw korzennych i szafranu.

Dubaj – co zabrać?

Poza oczywistymi oczywistościami jak kremy z filtrem itp. pamiętajcie o przejściówkach do prądu, bo te są w Dubaju bardzo drogie (najtańsza jaką znaleźliśmy kosztowała 60 AED, były i takie za 150 – 250 AED).

Dubaj – czy warto?

Dla reszty mojej rodziny był to pierwszy wyjazd do Dubaju, dla mnie trzeci. Po pierwszych odwiedzinach, prawie 4 lata temu, powiedziałam, że moja noga tam więcej nie postanie 😉 Nie lubię takich betonowych dżungli, im więcej podróżuję tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, ze to co mnie naprawdę zachwyca to przyroda, a nie to co stworzył człowiek. W Dubaju wszystko musi być naj – największe, najwyższe, najszybsze, no i oczywiście najdroższe. Dubaj może się podobać lub nie ale jest to miasto przyszłości, jedyne w swoim rodzaju, i raz w życiu trzeba je zobaczyć. Jednak mimo swoich deklaracji jaki już wiecie wylądowałam w Dubaju kolejny raz i muszę przyznać, że teraz miasto rozwija się w kierunku, który bardziej mi odpowiada. Już nie tylko wieżowce do samego nieba ale też miejsca dla ludzi – przede wszystkim absolutnie fantastyczne la Mer czy miejsca takie jak Meraas i Marina Walk (właśnie rozbudowuje się o kolejne 7,5 km tras spacerowych). No i ostatnia ale szalenie ważna rzecz – Dubaj to miasto miliona możliwości, nie ma opcji, żeby się w nim nudzić. Dlatego teraz mówię z pełną odpowiedzialnością – ja tam jeszcze wrócę, i to chyba szybciej niż później. Chciałabym w 2020 roku – na Expo.