Dżunija, Harissa, Byblos i Annaja – jednodniowa wycieczka z Bejrutu

Dziś chciałam Wam zaproponować kolejny pomysł na jednodniową wycieczkę po Libanie z Bejrutu. Tym razem turystyczna miejscowość Dżunija niejako połączona z sanktuarium w Harissie, a także jedno z moich ulubionych miast Libanu – Bylos oraz swoista religijna stolica kraju – Annaja z grobem najważniejszego libańskiego świętego. Gotowi? To lecimy!

Dżunija

Miasto położone 15 km od Bejrutu. Słynie z najpiękniejszego wybrzeża w kraju. Jest ważnym ośrodkiem turystyczno-wypoczynkowym i centrum rozrywki. Tu mieści się najsłynniejsze kasyno w kraju – Cassino du Liban.

Atrakcją Dżuniji jest też kolejka gondolowa łącząca miasto ze wzgórzem w Harissie, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej. Jakby nie patrzeć kolejka łączy sacrum z profanum 😉 Tak gwoli ścisłości to podróż jest dwuetapowa – pierwszy to wspomniana gondolka, a potem przesiadamy się w wagonik. Widoki z jednego i z drugiego nieziemskie.

Harissa – Sanktuarium Matki Boskiej Libańskiej

Miasto jest ważnym celem pielgrzymek i ośrodkiem kultu maryjnego. Na wzgórzu znajduje się Sanktuarium Matki Bożej Pani Libanu. Charakterystycznym elementem krajobrazu jest biały posąg Najświętszej Marii Panny. Na posąg można wejść i bardzo Wam to polecam, bo widoki z samej góry są naprawdę przepiękne. Jest co prawda dosyć wąsko i ciężko się minąć z inną osobą (a to popularne miejsce i turystów tudzież pielgrzymów jest sporo) ale warto. Uwaga, żeby wejść na posąg i w ogóle na teren sanktuarium trzeba mieć zakryte kolana i ramiona. Ja miałam szorty i cofnięto mnie już w drodze ze sklepiku z pamiątkami (!). Na szczęście w plecaku miałam chustę i mogłam wejść na górę nie gorsząc nikogo 😉

Obok sanktuarium mieści się współczesna, monumentalna katedra maronicka – jej kopuła wznosi się 62 m nad ziemią i jest widoczna już z dołu. Niestety była zamknięta ale że jest przeszklona to można było zajrzeć do środka.

Sanktuarium w 1997 roku odwiedził Jan Paweł II i na pamiątkę tego wydarzenia postawiono jego pomnik.

Byblos (Jbail) – perełka Libanu

Byblos – cudowne, magiczne, przepiękne miejsce na mapie Libanu. Położone 40 kilometrów od Bejrutu, zamieszkane nieprzerwanie od ponad 7 tysięcy lat uchodzi za jedno z najstarszych miast na świecie. Aż nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać. Pełne kolorowych knajpek (takich wiecie, z dekoracjami prosto na instagrama), z soukiem z ogromnym wyborem pamiątek, górującym nad miastem zamkiem, z którego roztacza się wspaniała panorama miasta i z cudownym portem.

W pobliżu portu, znajduje się rozległe stanowisko archeologiczne – najważniejsza atrakcja miasta. Antyczne ruiny, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, świadczą o obecności całego przekroju cywilizacji, od czasów neolitu po średniowiecze.

Zamek krzyżowców został zbudowany w 1104 roku. Jak większość libańskich zabytków był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. W XIX wieku przejęli go tureccy żołnierze i pełnił rolę militarną. Dziś jest jednym z najważniejszych zabytków miasta.

Po wejściu na zamek przez most i bramę docieramy do małej salki muzealnej. Znajdziemy tu wystawę przybliżającą alfabet fenicki, który dał początek naszemu współczesnemu alfabetowi. Po zapoznaniu się z wystawą warto wejść na wszystkie po kolei punkty widokowe. Wiadomo, że im wyżej tym piękniejsze krajobrazy. Widać miasto, port, wybrzeże. Tu zrobicie naprawdę świetne zdjęcia. Moja wizyta na zamku była dosyć krótka z prozaicznego powodu – byłam strasznie głodna. A najpierw musiałam pójść na zamek, żeby mi go nie zamknęli, dopiero potem poszłam jeść. Ale właściwie poza tym punktami widokowymi to aż tak wiele do zwiedzania tam nie ma.

Po wyjściu z zamku koniecznie trzeba skierować się w lewą stronę i dojść do starego portu. Cumują tu łódki, przechadzają się turyści, właściciele zapraszają do restauracji na świeżą rybkę.

No i na koniec trzeba zagubić się w labiryncie wąskich uliczek souqu. Tu można coś zjeść, wypić, potargować się w sklepach. I napawać oczy tymi wszystkimi pięknymi dekoracjami. Prawda, że Byblos jest niebywale urocze?

Annaja i św. Szarbel

To jest miejsce, którego w ogóle nie brałam pod uwagę planując zwiedzanie Libanu. Ale od wielu miejscowych usłyszałam, że jeśli chcę chociaż spróbować zrozumieć Liban i Libańczyków to muszę to miejsce odwiedzić. No skoro muszę to jadę.

Annaja położona jest zaledwie 9 km od Byblos więc nie jest to jakaś wielka wyprawa. Znajduje się tu maronicki monastyr z relikwiami św. Szarbela.

Św. Szarbel (Charbel) to jeden z najważniejszych jeśli nie najważniejszy święty Libanu. Duchowny maronicki, mnich i pustelnik. Youssef Antoun Makhlouf, bo tak się nazywał, urodził się 8 maja 1828 roku w Bekaakafra (północny Liban) w maronickiej rodzinie. W 1851 roku wstąpił do zakonu gdzie przyjął imię Szarbel. 23 lata spędził w pustelni oddając swe życie Bogu, zmarł 24 grudnia 1898 roku. Po pogrzebie ojca Szarbela miało miejsce niezwykłe zjawisko – nad jego grobem pojawiła się jasna poświata utrzymująca się wiele tygodni. Spowodowało to, że do grobu pustelnika zaczęły przychodzić co noc rzesze wiernych i ciekawskich. W związku z tymi wydarzeniami kilka miesięcy po pogrzebie dokonano ekshumacji ciała pustelnika. Okazało się, że przez te miesiące ciało pustelnika w ogóle się nie zmieniło i sączyła się z niego substancja uznana za relikwię. To spowodowało, że szybko rozwinął się kult pustelnika, pojawiły się cudowne uzdrowienia i rzesze pielgrzymów. Początkowo tylko z Bliskiego Wschodu, później z niemal całego świata. Co ciekawe, w 1950 roku dokonano kolejnej ekshumacji, i stwierdzono to samo co podczas poprzedniej! W 1966 roku dokonano kolejnej ekshumacji i tym razem stwierdzono, że ciało zostało już rozłożone i pozostał z niego tylko szkielet.

9 października 1977 roku Szarbel został kanonizowany przez papieża Pawła VI.

Czy trzeba to miejsce odwiedzić będąc w Libanie? Moim zdaniem NIE. Można ale ja nie odnalazłam tam nic głębszego. Takie sanktuarium jakich tysiące na świecie. Wymyślimy historyjkę i będziemy robić na tym biznes, no niestety ale takie odnoszę wrażenie. Może nie jest to biznes na taką skalę jak w Fatimie czy Medjugorie ale… dajmy im trochę czasu. Myślę, że za 10 lat będzie. Już dziś masowo sprzedaje się jakieś olejki i inne cudowności. Za dolara od sztuki. Ja oczywiście nie kupiłam, to do zdjęcia pożyczyłam od przemiłych francuskich turystów.

W jednym z pomieszczeń znajdują się podziękowania za cuda i uzdrowienia oraz swoista mapa z flagami krajów, z których przychodzą listy z dowodami uzdrowień. Cóż za zaskoczenie, że ilość listów z Polski jest… na drugim miejscu.

Natomiast odchodząc od sfery sacrum, której może ja po prostu nie rozumiem i nie czuję, w okolicy monastyru jest kilka sklepików z naturalnymi produktami robionymi przez mnichów. Ja kupiłam dwa sery, które okazały się być naprawdę genialne. Są też oliwy, soki, słodycze. Spory wybór naprawdę fajnych produktów. Więc jednak ta godzina przeznaczona na wizytę u Szabrela aż tak stracona nie była 😉

Katar – zwiedzanie Dohy podczas przesiadki

Katar i Doha to dla wielu podróżujących zaledwie lotnisko przesiadkowe. A miasto prężnie się rozwija (wszak w Katarze odbędzie się Mundial w 2022 roku) i choć jest dużo skromniejszą wersją Dubaju to zdecydowanie warto tak zaplanować loty, żeby spędzić w stolicy Kataru chociaż kilka godzin. Nasze zwiedzanie przypadło przy okazji lotu na Seszele.

Doha – dojazd z lotniska do miasta

Jeśli macie ograniczony czas to najszybciej jest skorzystać z taksówek. Postój oficjalnych taksówek znajduje się przy hali przylotów. Są taksówki, są osoby nimi zarządzające, wszystko idzie szybko i sprawnie. Za dojazd do centrum zapłacicie ok. 15 – 20 USD, w taksówce można płacić rialami katarskimi lub dolarami, nie można płacić kartą. Jeśli nie macie odliczonej kwoty to kierowca wyda Wam resztę w walucie katarskiej. Na lotnisku znajduje się oczywiście kantor (uwaga, pobiera prowizję za wymianę) i są też bankomaty – jeden tuż przy postoju taksówek. Zarówno na lotnisku jak i w mieście bez problemu złapiecie taksówkę o każdej porze dnia i nocy. Piszę o tym, bo przed wyjazdem gdzieś wyczytałam jakoby w Dosze brakowało taksówek i powrót na lotnisko może być problematyczny. Otóż problemu żadnego nie ma, bez stresu.

Jeśli macie więcej czasu to można też skorzystać z autobusów, z lotniska do centrum jadą autobusy 737, 747 i 777. Bilety do kupienia u kierowcy, płatność wyłącznie gotówką ale trwają prace nad dołączeniem płatności kartą i prawdopodobnie jeszcze w tym roku będzie to możliwe.

Doha – wiza i przepisy wjazdowe

Od 2017 roku wiza do Kataru nie jest potrzebna. Chcąc zachęcić turystów do odwiedzania kraju Katar zniósł wizy dla obywateli 80 krajów, w tym Polski. Konieczny jest tylko paszport i bilet powrotny lub bilet na dalszą część podróży (sprawdzano to przy kontroli paszportowej). Polacy mogą jednorazowo przebywać na terytorium Kataru do 90 dni. Możecie wyjść i zwiedzać miasto podczas przesiadki jeśli czas Waszego tranzytu wynosi 5 godzin lub więcej. Jeśli kolejny lot macie w czasie krótszym niż 5 godzin to z dużą dozą prawdopodobieństwa celnicy nie pozwolą Wam opuścić lotniska.

Doha – czas

Czas przesunięty jest o godzinę do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie zapomnijcie przestawić zegarków jeśli nie macie dużo czasu na przesiadkę.

Doha – pogoda i kiedy jechać

Katar leży na półwyspie Arabskim. Idealny czas do odwiedzenia tego rejonu świata to okres naszej jesieni i zimy (od października do marca). W letnich miesiącach upały mogą być nie do wytrzymania. Tak też zapowiadała się nasza wizyta pod koniec kwietnia ale zamiast zapowiadanych 38 stopni było 28 i dosyć silny wiatr więc ja się cieszyłam, że miałam bluzę, zwłaszcza wieczorem. Ale generalnie temperatury oscylujące wokół 40 stopni nie są niczym dziwnym w okresie od maja do września.

Doha – lotnisko

Lotnisko Hamad International (DOH) to jedyne międzynarodowe lotnisko w Katarze i obecnie jedno z największych i najlepszych lotnisk świata, otwarte zaledwie 5 lat temu, 30.04.2014 roku. Z Dohy polecicie praktycznie w każdy zakątek świata.

Samo lotnisko jest bardzo duże, między poszczególnymi jego częściami kursuje kolejka – takie jakby metro jak na załączonym obrazku. Są tu wszystkie możliwe sklepy (nawet oddział Harrodsa), kawiarnie, restauracje, są pokoje tzw. strefy ciszy gdzie są leżanki i można się przespać w oczekiwaniu na lot. Są też dystrybutory z wodą więc jeśli macie swoją butelkę to nie trzeba kupować wody tylko można ją sobie uzupełnić, dystrybutory w większości znajdują się w okolicach toalet.

Lotnisko jest ogromne ale dobrze oznakowane, jeśli nie podróżujecie po raz pierwszy to raczej ciężko się będzie zgubić.

Symbolem lotniska jest ogromny Miś – dzieło szwajcarskiego artysty Ursa Fischera. Miś ma 7 (!) metrów i waży ok. 18-20 ton. Do Dohy przyleciał z Nowego Jorku gdzie został zakupiony przez katarską rodzinę królewską na licytacji za bagatela 6,8 miliona USD. Kto bogatemu zabroni 😀

Doha – waluta i ceny

Walutą Kataru jest rial katarski (QAR). Kurs wynosi ok. 3,6 QAR za 1 USD (stan na kwiecień 2019) stąd przeliczając katarskie ceny na złotówki można przyjąć w zaokrągleniu, że jest to 1:1.

Ceny wbrew temu czego można by się spodziewać nie są kosmiczne. Powiedziałabym, że są bardzo zbliżone do polskich. Kawa kosztuje 5-10 QAR, rachunek w restauracji wyniósł nas 40 QAR za 2 osoby (z napojami), magnesy kosztują 10 QAR. Robiąc jakiekolwiek zakupy na bazarze pamiętajcie, że trzeba się targować. W restauracjach można płacić kartą.

Drogie są lody. Podobnie jak w Dubaju mrożony deser kosztuje krocie, zapłaciłam 30 QAR za sporą co prawda porcję lodów ale jednak. Lodożercy w Katarze i Emiratach mogą zbankrutować 😉

Doha – alkohol

Do Kataru nie można wwozić alkoholu więc jeśli wybieracie się na zwiedzanie miasta to nie kupujcie alkoholu na lotnisku wylotowym.

Doha – strój

Katar to kraj muzułmański. Nowoczesny i tradycyjny jednocześnie. Odnoszę wrażenie, że daleko mu do liberalnego podejścia Dubaju więc pamiętajcie o tym, żeby się za bardzo nie rozbierać. Ramiona i kolana muszą być zakryte obowiązkowo. Nikt nie wymaga od turystek zakrywania włosów.

Doha – bezpieczeństwo

Podobnie jak Dubaj – jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie. Spokojnie, czysto, nikt nikogo nie zaczepia. Możecie zwiedzać Dohę o każdej porze dnia i nocy.

Jedyne na co trzeba uważać to… przejścia dla pieszych. A raczej ich brak. Doha to zdecydowanie nie jest miasto dla piechurów. Przejść jest mało i nie mają priorytetu. Jeśli zapali się czerwone światło to będziecie stać 10 – 15 minut, nie żartuję. Ja myślałam, że wyjdę z siebie. A jak się zapali zielone to trzeba biec, bo pasów do przejścia jest kilka a światło po chwili znów zmienia się na czerwone. A ruch samochodowy jest taki, że możecie zapomnieć o przebiegnięciu między autami. Są jakieś przejścia podziemne ale to nie tak jak u nas, że się wchodzi i wychodzi tylko trzeba zjechać windą 7 pięter pod ziemię. Sory, nie dla mnie takie atrakcje, już wolałam stać na przejściu jak kretynka 15 minut.

Doha – co zobaczyć?

Souq Waquif – chyba największa atrakcja Dohy, na pewno najpopularniejsza. Jest to wielki targ ze sklepami, sklepikami, restauracjami i kawiarniami. Tu dociera każdy turysta, tu spotykają się miejscowi. Działa w godzinach 7.30-12.30 i 15.30-22.00. Życie zaczyna się tu toczyć po 19, wcześniej jest nieco sennie i spokojnie, kiedy wieczorem przybywają miejscowi robi się bardziej gwarno i kolorowo.

Targ podzielony jest na części – jest strefa z pamiątkami, z restauracjami, z ubraniami, z dywanami, z rękodziełem, z daktylami, z przyprawami, z biżuterią czy ze zwierzętami. Jest tu też stadnina koni, szpital dla sokołów czy centrum sztuki. Warto przeznaczyć na wizytę co najmniej 2 godziny, pobłądzić w wąskich uliczkach, zrobić sobie przerwę na arabską kawę lub miętową herbatę. Można spróbować kuchni irańskiej, marokańskiej, egipskiej i wielu wielu innych z rejonu Bliskiego Wschodu.

Na terenie souqu znajduje się kilka bankomatów.

Dhow Harbour – nabrzeże pełne tradycyjnych arabskich łodzi.

The Pearl Monument – pomnik wielkiej perły wraz z fontanną. Obowiązkowe miejsce na foteczkę! W tle arabskie łodzie dhow i dzielnica biznesowa – cała esencja Dohy. Poławianie pereł i handel nimi jest wciąż ważną gałęzią katarskiej gospodarki stąd taki a nie inny symbol.

Aleja Corniche – promenada w kształcie podkowy ciągnąca się przez 7 kilometrów oferująca widok na biznesową dzielnicę wieżowców West Bay. Największe wrażenie robi nocą, gdy wszystkie budynki są efektywnie podświetlone. Ładnie prezentuje się też w promieniach zachodzącego słońca. Aleja jest miejscem spacerów, uprawiania sportów i łowienia ryb. Tu świętuje się Katarski Dzień Narodowy i Narodowy Dzień Sportu.

Muzeum Sztuki Islamskiej ze zbiorami ceramiki i biżuterii. Otwarte do 19, my nie zaglądamy do środka choć jest blisko. Sam budynek jest piękny i robi ogromne wrażenie.

Wielki Meczet – meczet znajdujący się w sąsiedztwie souq Waquif.

Amiri Diwan – budynek rządowy nieopodal meczetu. Administracyjne centrum miasta. Uchodzi za symboliczne centrum całego kraju. Budynek pięknie prezentuje się nocą gdy jest oświetlony. Otoczony jest ogrodem z fontannami i wodospadami.

Doha – czy warto?

Na kilkugodzinną przesiadkę zdecydowanie tak. Chętnie zostałabym w mieście na dłużej, żeby poznać je lepiej ale mam nieodparte wrażenie, że po 3 dniach nie byłoby już tam co robić. Skojarzeń z Dubajem nie da się uniknąć – oba miasta to jedne z największych metropolii półwyspu Arabskiego. I Dubaj można lubić, można nie lubić ale trudno się tam nudzić. Doha nie oferuje tylu atrakcji, zdecydowanie dominuje tu tradycja, do której nowoczesność jest tylko dodatkiem. Mam nadzieję, że przy okazji jakiegoś kolejnego wyjazdu będzie możliwość zobaczenia katarskiej pustyni i innych atrakcji poza miastem. Ale jeśli zastanawiacie się czy kupić sobie lot z dłuższą przesiadką umożliwiającą zwiedzanie Dohy to ja taką opcję serdecznie polecam.

Izrael – Morze Martwe i Masada

Izrael to jedno z moich ulubionych miejsc na świecie. Kraj mały ale piękny i bardzo różnorodny. Pisanie o nim postanowiłam zacząć od miejsca, którego absolutnie nie można pominąć zwiedzając Izrael – Morza Martwego. Leży ono co prawda na pograniczu Izraela, Palestyny i Jordanii ale najczęściej odwiedza się je po stronie izraelskiej. Masadę i Morze Martwe można odwiedzić podczas jednodniowego wypadu z Jerozolimy.

Morze Martwe tak naprawdę… nie jest morzem. Jest dużym jak na warunki Bliskiego Wschodu jeziorem bezodpływowym. Granica lustra wody wyznacza najniższy punkt na całym globie. Tafla wody znajduje się na głębokości 423 metrów poniżej poziomu morza i cały czas się obniża. Oprócz tego, że się obniża to też się zmniejsza (ze względu na większe parowanie związane ze zmianami klimatu). Przez ostatnie 40 lat jego powierzchnia zmalała o 30%. Jakiś czas temu pojawiła się idea odsalania wody pobranej z Morza Czerwonego i uzupełniania nią wody w Morzu Martwym.

Morze Martwe składa się z dwóch (północnej i południowej) części rozdzielonych półwyspem Halaszon. Półwysep należy do Jordanii, nie do Izraela.

Zasolenie Morza Martwego wynosi aż 34% (dla porównania – zasolenie Bałtyku to ok. 7 promili). W takim zasoleniu nie przeżyje żaden organizm stąd zgodnie z nazwą morze jest martwe.

Według legendy na dnie Morza Martwego leżą ruiny Sodomy i Gomory.

Kąpiel w Morzu Martwym to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Woda jest ciepła, słona i tłusta. Zapewne każdy z Was widział zdjęcia ludzi leżących na wodzie i czytających gazetę. To naprawdę nie są fotomontaże 😉 Można się tak odprężyć przez chwilę, bo jednak kąpiel bez pluskania to średnia przyjemność, do tego nad morzem jest duszno, słońce praży a uczucie bycia wysmarowanym olejem na dłuższą metę też męczy.

Woda jest bardzo słona przez to trzeba uważać, żeby nie chlapnąć sobie w oczy. Jeśli macie na skórze jakieś rany lub skaleczenia to sobie odpuśćcie, bo zasolona woda wyżre wasze rany i spowoduje bardzo nieprzyjemne odczucia.

Masada – zwiedzanie

Masada to najbardziej znana miejscowość nad Morzem Martwym. Znajduje się na skraju pustyni Judejskiej. Twierdza była ostatnim punktem oporu Żydów podczas wojen z Rzymianami oraz miejscem, w którym dobiegły kresu dzieje starożytnego Izraela. Dziś jest jednym z najważniejszych żydowskich symboli narodowych. Walka do ostatecznego zwycięstwa, nawet za cenę samozagłady, jest podstawową zasadą izraelskiej armii. Rekruci Sił Obronnych Izraela właśnie tu składali wojskową przysięgę.

Twierdza otoczona jest stromymi zboczami sięgającymi ponad 410 metrów nad poziom Morza Martwego.

Ruiny Masady odkryto w 1842 roku. W latach 60tych XX wieku archeolodzy odkryli pozostałości pałaców Heroda, łaźni rzymskiej i żydowskiej oraz najstarszej w całej Palestynie synagogi. Nie znaleziono jednak żadnych pozostałości ciał samobójców dlatego kwestia tragedii Masady do dziś nie jest do końca jasna.

Początki twierdzy sięgają czasów Machabeuszy. W 40 r. p. n. e. schronił się w niej król Herod uciekający przed Partami. Za jego czasów wybudowano wokół twierdzy nowe mury i wieże, a także zbiorniki na wodę i liczne magazyny. Od 6 roku p. n. e. Masada pełniła funkcję rzymskiej straży granicznej.

Przełomowym wydarzeniem w historii Masady było przejęcie twierdzy przez zelotów, którzy stworzyli tu swoją siedzibę i stąd atakowali Jerozolimę. Podczas ataku Rzymian, którego nie mieli szansy odeprzeć dowódca zelotów zaproponował zbiorowe samobójstwo. Fanatyczni obrońcy najpierw zabili swoje żony i dzieci, a następnie 10 wylosowanych zabiło całą resztę. Ci z kolei zostali zgładzeni przez jedno wybranego, który na końcu popełnił samobójstwo. Miało w ten sposób zginąć 960 osób.

W późniejszym czasie w twierdzy urządzono rzymski posterunek, później przebywali tu bizantyjscy mnisi wygnani przez Arabów. Od VII wieku Masada była opuszczona.

Na górę można wjechać kolejką linową, której trasa biegnie obok stromej Wężowej Ścieżki. W czerwcowym, 40-stopniowym upale jest to jedyna słuszna droga dostania się na szczyt. Dla odważnych i wytrwałych jest też piesza ścieżka.

Masada znajduje się na liście UNESCO i jest jednym z największych stanowisk archeologicznych w kraju. To co nie zachowało się w dobrym stanie zostało zrekonstruowane. Spacerując po terenie Masady możemy zobaczyć pałac króla Heroda, łaźnie, wieże strażnicze i magazyny.

Jordania – Petra i Wadi Rum

Zupełnie nie planowałam wyjazdu do Jordanii, nie miałam jej na liście marzeń ale przy okazji wyjazdu do Izraela pojawił się pomysł kilkudniowego wypadu do Jordanii. Wszak Izrael jest krajem drogim, a Jordania nie. Mam na myśli ceny noclegów, jedzenia itp. bo bilet wstępu do Petry może zrujnować niejeden budżet 😉

Petra – największa atrakcja Jordanii

Petra to jedno z najchętniej i najczęściej odwiedzanych miejsc nie tylko w Jordanii, ale na całym Bliskim Wschodzie. Znajduje się ona na liście UNESCO oraz wśród 7 Nowych Cudów Świata. Do popkultury przeniknęła po zagraniu w hollywódzkim filmie Przygody Indiany Jonesa.

Petra, czyli Różowe Miasto to tajemnicza siedziba Nabatejczyków ukryta w górach, po której ślad zaginął na setki lat. W szczytowym okresie rozwoju plemienia w Petrze mieszkało ponad 30 tysięcy osób. Patrząc na dzisiejsze pozostałości trudno to sobie wyobrazić. Niegdyś Petra słynęła z precyzyjnie wykonanych, wykutych w skalanych ścianach grobowców o niespotykanych rozmiarach. Petra jest mieszanką sztuki mezopotamskiej, egipskiej, asyryjskiej, greckiej i rzymskiej.

W XIX wieku Petrę odkrył na nowo szwajcarski podróżnik Johann Ludwig Burckhardt, pierwsza ekipa archeologów pojawiła się tu w 1929 roku.

Zwiedzanie Petry

Najpierw docieramy do Visitors Center gdzie kupujemy bilety – jednodniowy to koszt 50 dinarów (ok. 280zł), dwudniowy – 55, 3-dniowy – 60. Przy zakupie biletu potrzebny jest paszport, nie zapomnijcie go zabrać z hotelu! Za bilety można płacić kartą. Jest drogo ale gwarantuję, że nie będzie żałować ani jednego wydanego dinara.

Po zakupie biletu i wejściu na teren Petry trzeba przejść wzdłuż suchego koryta Wadi Musa. Po kilkuset metrach dochodzimy do wykutych w skale pionowych sześcianów przypominających wieże. Nie do końca wiadomo jaką pełniły rolę. Podejrzewa się, że były albo grobowcami, albo ołtarzami poświęconymi Duszarowi – głównemu bóstwu nabatejskiemu. Po drugiej stronie stoi wykuty w skale monumentalny grób zwany Grobowcem Obelisków. Odzwierciedla on harmonię połączenia sztuki nabatejskiej z egipską. Jest otoczony kamiennymi siedzeniami.

Idąc dalej dochodzimy do zakrętu, zza którego wyłania się najbardziej znany obrazek – grobowiec zwany Skarbcem Faraona (Al-Khazna Firun). Według legendy w czterometrowej urnie wieńczącej fasadę ukryto skarb jednego z faraonów. Oczywiście nie brakowało śmiałków, którzy próbowali dostać się do urny i ukrytego w niej złota. Skarbiec datuje się na I wiek naszej ery i jest on przykładem najbardziej charakterystycznego typu grobu – prostego pomieszczenia wykutego w skale poprzedzonego bogato zdobioną fasadą. Forma skarbca przypomina portyk świątyni z sześcioma kolumnami i trójkątnym tympanonem w dolnej kondygnacji.

Przed skarbcem zawsze są tłumy turystów, a także beduini oferujący przejażdżki na wielbłądach. Mimo tłoku i gwaru (oraz 40 stopni na termometrze) miejsce robi ogromne wrażenie.

Ruszając spod skarbca przechodzimy jeszcze kawałek wąwozu mijając po drodze rząd skromniejszych grobowców. Następnie docieramy do schodów prowadzących na Wyżynę Ofiarną. Była to wykuta w czerwonej skale widownia antycznego teatru. Obok ciągną się rzędy kilkudziesięciu grobowców zwane Ulicami Fasadowymi. Po minięciu teatru trzeba skręcić w lewo – tam znajduje się otwarta przestrzeń gdzie niegdyś stały główne budowle Petry.

Na terenie Petry znajduje się sporo stoisk z pamiątkami, jedno z nich prowadzi pochodząca z Nowej Zelandii Marguerite van Geldermalsen – autorka książki Żona beduina. Poza pamiątkami na stoisku można też nabyć książkę (w języku angielskim). Marguerite przyjechała do Petry jako turystka. Bliski Wschód miał być początkiem jej podróży dookoła świata ale zamiast lecieć dalej do Syrii została w Jordanii gdzie poznała swojego męża, urodziła mu trójkę dzieci i przeszła na islam. Po śmierci męża opuściła Petrę ale po kilku latach wróciła. Jej książka powstała, by opisać tradycyjne beduińskie życie, którego jak twierdzą sami beduini już nie ma.

Jak już jesteśmy przy książkach to warto też wspomnieć Agathę Christie i jej Rendez-vous ze śmiercią. Ruiny Petry są miejscem rozgrywania się wydarzeń tego kryminału.

Mała Petra

Siq Al Barid, czyli Mała Petra to przedmieścia tej właściwej Petry. Dużo osób pomija to miejsce twierdząc, że nic piękniejszego niż Petra i tak w Jordanii nie zobaczą. Trochę racji w tym jest, bo duża Petra zachwyca ale ja polecam Wam też znaleźć trochę czasu na Małą Petrę. Przede wszystkim jest mniej zatłoczona, a też piękna. Do tego wstęp do niej jest bezpłatny.

Jaka była rola Małej Petry? Prawdopodobnie zatrzymywali się tu kupcy wędrujący między Europą a Azją.

Dziś w Małej Petrze można oglądać groty mieszkalne, grobowce i pozostałości świątyń. Pomiędzy tymi atrakcjami spacerujemy kanionami, przez wiele z nich w ogóle nie dociera słońce. Cudowna ochłoda w czerwcowy skwar.

Na końcu kanionu napotkacie tabliczkę informującą o najpiękniejszym widoku na świecie. Gdyby im wierzyć to okazałoby się, że wszystko co na naszym globie najpiękniejsze znajduje się właśnie w Jordanii. Widok jest, owszem, przyjemny ale nie przesadzajmy 😉

Wadi Rum (Wadi Ramm)

Wadi Rum to obszar pustynny rozciągający się na południu kraju. Płaski kolorowy piasek poprzetykany jest masywami skalnymi. Piasek przyjmuje kolory od białego, przez różowy i pomarańczowy, aż do czerni. Cały teren pustyni – 720 kilometrów kwadratowych – znajduje się pod ochroną.

Wadi Rum była na przestrzeni lat zamieszkiwana przez różne kultury, w tym także znaną z Petry kulturę nabatejską.

Na terenie pustyni znajduje się też najwyższy szczyt Jordanii – Dżabal Umm ad Dami (1840 m. n . p. m.).

Pustynię warto zwiedzać ze znającymi ją najlepiej beduinami. Oni pokazują największe atrakcje tego miejsca.

Co warto zobaczyć na Wadi Rum? Na pewno Siedem Filarów Mądrości – siedem skalnych kolumn, które można obejść. Warto przespacerować się malowniczymi kanionami i zobaczyć sadzawkę zwaną źródłem Lawrenca. Podobno korzystali z niej arabscy powstańcy podczas I wojny światowej, którzy przygotowywali się do zajęcia Akaby okupowanej przez Turków.

Na pustyni można spędzić noc w obozowisku beduinów. Jeśli przyjeżdżacie na pustynię na krócej to koniecznie po południu, żeby móc podziwiać jeden z najbardziej magicznych zachodów słońca. Wejdźcie na którąś ze skał (można legalnie) i patrzcie w bezkres piasku i zmieniających się kolorów nieba. Magia w czystej postaci.

Wadi Rum wielokrotnie była planem zdjęciowym. Mogliście widzieć ją m.in. w Gwiezdnych wojnach, Marsjaninie (gdzie zagrała Marsa!), Prometeuszu, Czerwonej Planecie czy starszym Lawrence’u z Arabii.

Wadi Rum zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie, czułam się na niej jak w Australii, a nie na Bliskim Wschodzie. Bezkres piachu, ogromne skały, zmieniające się kolory – zachwyt totalny. Nie potrafię powiedzieć, czy większe wrażenie zrobiła na mnie Petra czy Wadi Rum. Jedno jest pewne – jeśli wybieracie się do Jordanii to musicie oba te miejsca zobaczyć!