Kołobrzeg na weekend – co zobaczyć?

Kołobrzeg – miasto, do którego wybierałam się co najmniej od 5 lat i ciągle mi było nie po drodze. Ale ostatecznie w pewien ciepły czerwcowy weekend dotarłam do uzdrowiska nad Bałtykiem.

Kołobrzeg słynie z pięknej, szerokiej plaży ale jak już znudzi się Wam plażowanie to nie brakuje tu miejsc, które można zwiedzić. Zatem, co zobaczyć w Kołobrzegu?

Molo w Kołobrzegu

Wybrane najbardziej romantycznym miejscem w województwie i serce całej strefy uzdrowiskowej. Długie na 220 metrów jest najdłuższą żelbetową konstrukcją w Polsce i największą atrakcją miasta. Molo wielokrotnie było niszczone i odbudowywane, to po czym możemy spacerować dzisiaj zostało odrestaurowane w 2014 roku. Na jego głowicy mieści się kawiarnia. Na molo znajduje się sporo ławek i miejsc, gdzie można przysiąść i pokontemplować Bałtyk. Wstęp jest bezpłatny.

Plaża Centralna

Kołobrzeska plaża jest jedną z najszerszych nad Bałtykiem. Drobny bielutki piasek, zadbana przestrzeń i czysta (choć lodowata!) woda zachęcają do odpoczynku. Przy plaży działa wypożyczalnia sprzętu plażowego – leżaków, parasoli i charakterystycznych koszy plażowych.

Pomnik Zaślubin Polski z Morzem

Monument stojący przy promenadzie pochodzi z 1963 roku. Upamiętnia wydarzenia z 18.03.1945 roku, czyli zakończenie bitwy o Kołobrzeg. Sam akt zaślubin był symbolem dostępu Polski do morza, a Panem Młodym został kapral Franciszek Niewidziajło, który ze wschodniego falochronu portowego rzucił w morze pierścień zaręczynowy.

Od lat najwięcej emocji wywołuje skrzynia, którą umieszczono w podziemiach pomnika. Miała to być kapsuła czasu, w której umieszczono dokumenty z czasów PRL dotyczące życia codziennego w Kołobrzegu, w Polsce i związane z budową pomnika. Pogłoski mówią o tym, że do pomieszczenia ze skrzynią mają prowadzić dwa specjalnie oznakowane wejścia, nikt nie wie jednak, gdzie są. 

Wg miejscowej legendy trzeba przejść przez prześwit pomnika przy wstrzymanym oddechu – to ma gwarantować spełnienie pomyślanego wówczas marzenia 😉

Latarnia morska

Latarnia morska w Kołobrzegu mierzy 26 metrów, a jej światło jest widoczne z odległości 16 mil morskich, czyli ok. 29,6 km.  W czasie ograniczonej widoczności w latarni uruchamiany jest sygnał dźwiękowy, który w alfabecie Morse’a oznacza literę „K”. Obecna latarnia pochodzi z czasów powojennych, wcześniej stała tu latarnia zniszczona w 1945 roku. Wewnątrz mieści się wystawa na temat historii latarń morskich, a w podziemiach muzeum minerałów. Bilet wstępu kosztuje 6 zł.

Falochron

Tuż przy latarni morskiej znajduje się falochron przebudowany w 2012 roku. Warto przespacerować się na sam koniec i podziwiać kołobrzeskie plaże mijając po drodze setki latających i odpoczywających mew. Szczególnie polecam tu przyjść podczas zachodu słońca.

Fort Ujście

Właściwie cały teren falochronu, latarni morskiej i okolic tworzy tzw. Fort Ujście. Był to ostatni niemiecki punkt obrony Twierdzy Kołobrzeg ewakuowany w nocy z 17 na 18 marca 1945 roku.

Przed latarnią morską znajduje się pomnik Stanisława Mieszkowskiego. Został on odsłonięty 23 czerwca 2007 roku, o godz. 14:14 i poświęcony pamięci komandora Stanisława Mieszkowskiego – Kapitana Portu Kołobrzeg, Dowódcy Floty Marynarki Wojennej. Podczas kampanii wrześniowej w 1939 dowodził grupą kanonierek i ORP Generał Haller, następnie przebywał w niewoli niemieckiej. W 1952 roku został skazany na karę śmierci i rozstrzelany pod fałszywym zarzutem działalności szpiegowskiej, pośmiertnie zrehabilitowany.

Bazylika Mariacka

Gotycka świątynia, której budowa rozpoczęła się na początku XIV wieku. Wielokrotnie niszczony (również w pożarach) i odbudowywany.

Pod szeroką wieżą stoi pomnik Tysiąclecia (biskupstwa w Kołobrzegu) i Pojednania (polsko-niemieckiego)z 2000 roku. Stylizowany rozdarty krzyż jest alegorią stosunków polsko-niemieckich na przestrzeni tysiąca lat. Obok znajdują się postacie Bolesława Chrobrego i Ottona III. U szczytu osobne części krzyża łączą się pod gołębiem pokoju. W nowej formie z figurą Jana Pawła II po lewej i Benedykta XVI po prawej pomnik został odsłonięty i poświęcony 29 czerwca 2008.

Wodociągowa wieża ciśnień

Zbudowana w 1885 roku, była miejscem gdzie magazynowano wodę pobraną z rzeki Parsęty, a następnie oczyszczoną przez filtry. Z wieży woda płynęła do budynków mieszkalnych aż do 2015 roku. Obecnie wieża pełni funkcję zbiornika wyrównawczego ciśnienia w sieci miejskiej oraz mieści browar i restaurację Colberg.

W Browarze możecie spróbować warzonych tu piw. Ja zdecydowałam się na zestaw degustacyjny (5x100ml, 15zł). Składa się z Colberga Classic, Colberga niefiltrowanego, Colberga Black i Colberga Pszenicznego i Colberga IPA. Zdecydowanie najbardziej smakował mi ciemny.

Uwaga Poznaniacy. Nie musicie już jechać do Kołobrzegu, żeby spróbować Colberga. Kołobrzeskie piwa dostępne są w kawiarni W Filiżance Cafe mieszczącej się przy ul. Wrocławskiej 15 (kołobrzeskie piwo w Poznaniu na Wrocławskiej, ależ się tourdepologne zrobił :D).

W Browarze możecie także zakupić gorzałkę kołobrzeską na bazie śliwek i mięty.

Pomnik Sanitariuszki

Pomnik odsłonięty 13 lipca 1980 roku jest wyrazem hołdu dla kobiet, które walczyły w czasie walk o Kołobrzeg podczas II wojny światowej. Przedstawia on klęczącą kobietę ubraną w żołnierski mundur,  udzielającą pomocy rannemu żołnierzowi. Wzorem dziewczyny na pomniku była sanitariuszka szer. Ewelina Nowak, która poległa podczas walk o Kołobrzeg w marcu 1945, ściągając z pola walki rannego żołnierza. Pomnik jest tak zaprojektowany, że do twarzy dziewczyny nigdy nie docierają promienie słońca.

Nowa Starówka

Jest to nowa dzielnica Kołobrzegu, wybudowana w 1985 roku, ale ze względu na domy wyglądające jak stare kamienice przypomina stare miasto stąd nazwa – Nowa Starówka. Nowe budynki powstały w miejscu istniejących tu wcześniej ale niestety zniszczonych podczas działań wojennych. Wszystkie budynki stylowo z zewnątrz nawiązują do dawnego budownictwa miast pomorskich, ale nie są ich kopią. 

Ratusz

Neogotycka budowla przypomina raczej zamek obronny. Dziś mieści siedzibę Rady Miasta, Galerii Sztuki, Urzędu Stanu Cywilnego, Miejskiej Informacji Turystycznej i Muzeum Patria Colbergiensis. Przed ratuszem znajduje się fontanna – kula ziemska wykonana z czarnego granitu, którą woda wprawia w ruch.

Pomnik Turystki

Jedna z najnowszych atrakcji Kołobrzegu. Naturalnej wielkości rzeźba z brązu została odsłonięta w sierpniu 2017 roku. Znajduje się tuż przy ratuszu. Jest to postać kobiety, która ciągnąc za sobą walizkę zatrzymuje się na chwilę, by zrobić sobie selfie.

Baszta lontowa

Jedyny pozostały obiekt ze średniowiecznych murów obronnych miasta. Baszta służyła obserwacji i ostrzałowi nieprzyjaciela. Przez wiele lat błędnie nazywano ją Basztą Prochową (błąd wynikał ze złego tłumaczenia niemieckiej nazwy). Znajduje się przy ul. Dubois i obecnie jest wpleciona w system zabudowy miejskiej. Dawniej w baszcie mieściła się siedziba oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego, obecnie znajduje się w rękach prywatnego inwestora i nie ma możliwości wejścia do środka.

Kamienica Kupiecka

Kołobrzeska pamiątka z czasów świetności Hanzy. Należała do bogatej rodziny Schlieffenów, dziś mieści się w niej oddział Muzeum Oręża Polskiego.

Park im. Stefana Żeromskiego

Założony w 1853 roku, ciągnie się wzdłuż plaży i promenady. Pełni funkcję uzdrowiskową oraz ochronną przed skutkami sztormów i huraganowych wiatrów. Jest miejscem gdzie spotkacie setki, jeśli nie tysiące spacerowiczów i rowerzystów. Bardzo przyjemne miejsce.

Bindaż grabowy

Bindaż to rodzaj szpaleru, w którym graby tworzą nad aleją sklepienie podtrzymywane konstrukcją. 130-metrowy bindaż znajduje się w parku przy ul. Towarowej. Jest unikatowym dziełem sztuki ogrodowej, niedawno uznano go za pomnik przyrody. Uwaga, często odbywają się tu sesje ślubne. Nazywany jest w końcu Aleją Miłości. Nocą bindaż jest efektownie oświetlony.

Rzeźba Macierzyństwo

3-metrowa figura kobiety wykonana z piaskowca stoi przy Skwerze Koncertów Porannych przy bindażu. Jej autorką jest nieżyjąca już artystka Alina Ślesińska. 

Lapidarium żydowskie

Dawny cmentarz żydowski położony na terenie parku Teatralnego. Istniejąca nekropolia została zniszczona w 1938 roku, dzisiejsze lapidarium wykonane zostało według projektu Zygmunta Wujka w 2000 roku. Znajduje się tu 6 macew ustawionych na planie gwiazdy Dawida, które ocalały z dwóch żydowskich cmentarzy znajdujących się w Kołobrzegu przed II wojną światową.

Port jachtowy

Znajduje się na Wyspie Solnej, na którą można przejść pieszo albo lepiej – podjechać wynajętym rowerem.

Nowoczesna marina żeglarska przyjmuje jachty z całego świata. Połączenie morskich tradycji z nowoczesnością wynika z tego, że port (podobnie jak wszystko w Kołobrzegu) był wielokrotnie przebudowywany. Obecna wersja jest skutkiem modernizacji z 2011 roku.

Port pasażerski

Położony tuż przy latarni morskiej. Stąd wypływają rejsy wycieczkowe i promy na Bornholm.

Bulwar nad rzeką Parsęta

Rzeka płynie przez centrum miasta, bulwar ciągnie się wzdłuż niej. Jeśli znudzi Wam się morze to przejdźcie nad rzekę. Można spacerować, można jeździć rowerem. Jest tu dużo spokojniej niż na plaży czy w okolicach parku zdrojowego a równie pięknie.

Muzeum Bursztynu

Jeśli pogoda nie dopisze i będziecie szukali miejsca gdzie można się schronić przed deszczem, a przy okazji coś ciekawego zobaczyć to kierujcie się do Muzeum Bursztynu. Można zobaczyć tu m.in. ogromny bursztyn o wadze 2,2 kg, zwiedzić warsztat szlifierski, dowiedzieć się jakie właściwości chemiczne, fizyczne i medyczne ma bursztyn, a także zrobić zakupy w muzealnym sklepiku.

Znajduje się przy ul. Waryńskiego 5. Bilet normalny kosztuje 15zł.

Co i gdzie zjeść w Kołobrzegu?

Nad morzem opcja jest tylko jedna – rybka. Gdzie zjeść dobrą rybkę w Kołobrzegu? Pierwsze miejsce, do którego dotarłam to Fishka Fiszka (ul. Solna 12). Wygląda obłędnie, smakuje jeszcze lepiej. Ryba świeżuteńka, porcja ogromna, ja chyba nawet połowy nie zjadłam więc przy zamawianiu poproście o taką ilość ryby, którą będziecie w stanie zjeść. Wszystko w miłej atmosferze i przepięknym wnętrzu. Miejsce jest bardzo popularne więc omijajcie godziny szczytu. Muszę przyznać, że był to mój pierwszy i najlepszy obiad w Kołobrzegu.

Drugie bardzo fajnie miejsce, do którego trafiłam i które mogę Wam z czystym sumieniem polecić to Nakamal przy ul. Spacerowej 41. Wygląda na miejsce z nieco wyższej półki ale rybkę zapłacicie tyle samo co w smażalni przy bulwarze. Ja zdecydowałam się na dorsza z patelni, który był obłędny. Mają w ogóle bardzo ciekawe menu jak i ofertę lunchową ale ja będąc nad morzem staram się codziennie jadać ryby więc zrezygnowałam z polecanego mi wówczas falafelu (który uwielbiam!) i wzięłam dorsza. Był świetny.

Dobrą rybkę jadłam też w Piranii – dorsza po kołobrzesku, ze szpinakiem i serem. O ile ryba była pyszna i świeża to ziemniaki zdecydowanie odgrzewane za co duży minus. To zdecydowanie najmniej przyjemna miejscówka ze wszystkich, w których jadłam. Taka knajpa na szybki obiad a nie na przesiadywanie tam.

Na śniadanie w Kołobrzegu polecam Portowa Cafe, przy ul. Portowej 28. Właściwie po sąsiedzku z Nakamal. Oferta śniadaniowa jest całkiem spora, ja zdecydowałam się na naleśniki. Jak byłam dzieckiem to na wakacjach zawsze jadałam naleśniki z serem więc chyba jakiś sentyment 😉 Naleśnik, który otrzymałam wyglądał dość niepozornie ale okazał się przepyszny i sycący. Portowa to bardzo przyjemne miejsce, polecam nie tylko na śniadanie.

Spacerując promenadą zajdźcie koniecznie do hotelu Perła Bałtyku i wjedźcie do panoramicznej kawiarni na ostatnim piętrze. Najlepiej wieczorem – tuż przed zachodem słońca. Jeśli będzie ciepło to usiądźcie na zewnątrz. Jak będziecie mieli szczęście to może wolny będzie któryś z plażowych koszyków. Jeśli nie to zostają Wam zwykłe krzesła 😉 Z tarasu Perły Bałtyku możecie zobaczyć morze, park, promenadę i właściwie pół miasta. Jak nie więcej. To wszystko w promieniach zachodzącego słońca tworzy naprawdę pocztówkowe widoki. Choć w dzisiejszych czasach to powinnam raczej napisać instagramowe 😉 W każdym razie jest pięknie i musicie to miejsce odwiedzić.

Perła Bałtyku to uzdrowisko, w restauracji wieczorami odbywają się dancingi więc nie uciekajcie jeśli usłyszycie Krzysztofa Krawczyka czy innego tego typu hiciory 😉

Dla wszystkich lodożerców polecam wizytę w lodziarni Odlodowo. Mają kilka punktów w mieście, ich lody sprzedają też niektóre kawiarnie i restauracje (m.in. Nakamal). Ja byłam w lodziarni przy ratuszu. Lody są naprawdę dobre – naturalne, kremowe, nie za słodkie. Odlodowo uchodzi za najlepszą lodziarnię w mieście więc przygotujcie się na odstanie swojego w kolejce.

I na koniec W Filiżance Cafe – mała ale urokliwa kawiarenka na starym mieście. Przepięknie urządzona, w stylu retro. Bardzo przyjemnie się tam spędza czas. Niestety trafiłam na dziewczynę z obsługi sprawiającą wrażenie jakby była tam za karę ale jak widać idealnie być nie może 😉 Polecam spróbować ich wypieków, są naprawdę genialne.

Kołobrzeg – gdzie spać?

Kołobrzeg ma jedną z największych baz noclegowych w Polsce. Znajdziecie tu coś z każdej półki cenowej i jakościowej. Możecie wybrać nocleg przy promenadzie, na starym mieście albo w jakiejś zupełnie cichej i spokojnej okolicy. Ja zdecydowałam się na apartament w okolicy dworca kolejowego. I myślę, że to była idealna lokalizacja, bo do dworca miałam rzut beretem a do plaży z promenadą i do starego miasta po 5 minut drogi. Niemniej jak zaczniecie przeglądać ofertę noclegową miasta to może Wam się zakręcić w głowie od nadmiaru ofert.

Jak się poruszać po Kołobrzegu?

Kołobrzeg to duże miasto i własne nogi mogą nie wystarczyć. Oczywiście, żeby zobaczyć największe atrakcje zlokalizowane w samym centrum jak najbardziej możecie spacerować ale jeśli chcecie zobaczyć coś nieco dalej to musicie zdecydować się na jakiś transport. W Kołobrzegu działa komunikacja miejska więc możecie skorzystać z autobusów. Ja zdecydowałam się na rower. W Kołobrzegu działa wypożyczalnia nextbike więc nawet nie musiałam zakładać nowego konta – korzystałam z tej samej aplikacji co w Poznaniu. Stacji nie jest dużo ale są we wszystkich strategicznych punktach miasta. Rowery są niestety w dużo gorszym stanie technicznym niż te w Poznaniu ale na kilkukilometrową przejażdżkę da się przeżyć.

Kołobrzeg – czy warto?

Zdecydowanie tak. Kołobrzeg mnie urzekł, jest pięknym miastem. Ma długą, szeroką i dobrze utrzymaną plażę, piękne stare miasto, mnóstwo parków i terenów zielonych. Idealne miasto na weekend. A czemu tylko na weekend a nie na wakacje? Bo spędzając w Kołobrzegu tydzień można by zbankrutować. Naprawdę taniej jest lecieć na tydzień do Grecji niż jechać nad polskie morze. Smutne ale prawdziwe. W Kołobrzegu jest BARDZO drogo. Ja byłam jeszcze przed wakacjami więc złapałam w miarę sensowny nocleg (370 zł za 3 noce, uwaga w lipcu najtańszy nocleg jaki udało mi się znaleźć to 900zł za 3 noce!). Wyjście na obiad, czyli rybkę (bez frytek :P) to koszt 50zł. Lody, gofry, piwo, to wszystko kosztuje od kilku do kilkunastu złotych. Wypożyczenie leżaka – 30zł za dzień, parasola-dodatkowe 15zł, wypożyczenie kosza plażowego – 50zł za dzień! Ja trafiłam na świetną pogodę ale niestety to polskie morze, gdy piszę ten tekst w Kołobrzegu jest 15 stopni. Nie ryzykowałabym spędzenia tu tygodnia wakacji. Na weekend, najlepiej poza sezonem – bardzo polecam.

Lucerna – perełka Szwajcarii

Miasto, którego w ogóle nie było w moich planach. Zurych mimo iż piękny to nie oferuje tyle atrakcji, żeby spędzić tam całe 3 dni. po pierwszym dniu uznałam, że muszę się ruszyć gdzieś dalej. Szybkie spojrzenie na mapę i padło na Lucernę. Dojazd pociągiem z Zurychu zajmuje zaledwie godzinę. Szwajcarska kolej działa jak szwajcarski zegarek 😉 Bez zarzutu.

Okazuje się, że miastem zauroczone były takie sławy jak królowa Wiktoria, Goethe, Victor Hugo, Albert Einstein czy Lew Tołstoj. Ja już po pierwszych minutach spędzonych w mieście dołączyłam do tego grona. Miasto położone jest malowniczo nad Jeziorem Czterech Kantonów, u stóp Alp. Szwajcaria jak z pocztówki.

Lucerna to Miasto Świateł. Dla Paryża to tylko przydomek, dla Lucerny nazwa miasta. Nazwa wg legendy wzięła się stąd, że anioł w świetlistym obłoku wskazał mieszkańcom brzeg jeziora, na którym mieli zbudować kaplicę św. Mikołaja – patrona rybaków i żeglarzy.

Tuż przy wyjściu z dworca trafiamy na most, którym przechodzimy na drugą stronę rzeki i jesteśmy na starym mieście. Starówka znajduje się u ujścia rzeki Reuss do jeziora. Nad wodą mieszczą się hotele (nawet ja na Szwajcarię wyjątkowo drogie), restauracje i kawiarnie. Warto usiąść z lamką wina czy kawą i obserwować życie toczące się wokół wody.

Most Kapliczny (Klasztorny)

Symbolem miasta są mosty a najsłynniejszy z nich to 204-metrowy Kapellbrucke – most Kapliczny. Jest w całości zadaszony i w dawnych czasach stanowił część miejskich fortyfikacji. Nie łączy obu brzegów najkrótszą możliwą drogą, a jego kształt wynika z dostosowania kształtu konstrukcji do bagnistego podłoża.

Jest to najstarsza tego typu drewniana konstrukcja w Europie. Most jest symbolem miasta. Latem ozdobionymi kwiatami, zawsze pełen turystów pozujących do zdjęć. Bo być w Lucernie i nie mieć sweet foci na moście? No way 😉 przynajmniej dla tłumu azjatyckich turystów 😉

Do mostu przylega kamienna wieża (Wieża Wodna) na początku będąca elementem systemu obronnego miasta, następnie więzieniem, a obecnie mieści się w miej archiwum.

Sam most spłonął w 1333 roku, to po czym możemy spacerować dziś to rekonstrukcja z 1993 roku.

Spreuerbrucke – Młyński Most (Plewny)

Zbudowany kilkadziesiąt lat po Moście Klasztornym, w 1408 roku. Jest krótszy, też zadaszony. Zdecydowanie mniej popularny wśród turystów.

Lucerna – stare miasto

Starówka to renesansowy pałaca rodziny Am Rhynów, kaplica św. Piotra i Kornmarkt – ratusz miejski. Zbudowany w stylu włoskiego renesansu uznawany jest za jeden z najpiękniejszych budynków w całej Szwajacarii.

Na jednej ze ścian ratusza widać wzorce dawnych miar – stopy i łokcia.

Wąskie uliczki przy Weinmarktgasse są zamknięte dla ruchu kołowego.

Plac Weinmarkt

Weinmarkt to jeden z najpopularniejszych placów w mieście. Nazwa nie jest przypadkowa i dobrze Wam się kojarzy. Kiedyś handlowano tu winem, włoskim zresztą. Następnie plac pełnił rolę targu rybnego. Plac otaczają kolorowe kamieniczki, w ktorych urządzono głównie restauracje. Na placu rośnie lipa, pod którą kiedyś odbywały się sądy.

Hotel Gutsch

Ze starówki widać wznoszący się nad miastem bajkowy pałacyk. Tak na godzinie 1 na powyższym zdjęciu. To luksusowy, XIX-wieczny hotel Gutsch. Zatrzymywały się w nim takie sławy jak Sophia Loren, Charlie Chaplin czy Alfred Hitchcock. Odbyło się tu też wesele DJa Bobo – jednego z najsłynniejszych Szwajcarów. Obecnie hotel znajduje się w rękach rosyjskiego oligarchy – Aleksandra Lebiediewa.

Jezioro Czterech Kantonów

Podobnie jak w Zurychu, jezioro znajduje się nieopodal centrum miasta. Podczas mojego pobytu odbywał się tam festiwal kulinarny – było głośno, gwarno i… smacznie 😉 Widać, że tereny wokół jeziora żyją. Tu mieszkańcy spędzają weekendy, tu turyści szukają wytchnienia w upalne dni.

Lucerna – czy warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Dla mnie odwiedzenie Lucerny było zupełnie nieplanowane, a miasteczko mnie urzekło. Nie miałam pojęcia, że jest tak popularne i są w nim takie tłumy turystów. Rocznie Lucernę odwiedza ponad 5 milionów gości! Z tego powodu myślę, że lepiej wybrać się tam przed lub po sezonie, na pewno będzie spokojniej niż podczas moich lipcowych odwiedzin.

Lucerna to taka Szwajcaria w pigułce – jest piękne jezioro, kolorowa starówka, eleganckie sklepy i restauracje. To wszystko otoczone Alpami. Mój szwajcarski numer 1. Wydaje mi się, że Szwajcaria w ogóle nie jest popularnym kierunkiem podróży, a szkoda. Jest piękna, miasta są czyste, świetnie utrzymane, a przyroda jest tu po prostu nieziemska. Niestety wakacje w Szwajcarii do tanich nie należą, pewnie dlatego aż tak popularna nie jest. Ale ja gorąco polecam, nie tylko zimą na narty 😉

Zurych – weekend w największym mieście Szwajcarii

Zurych – największe miasto uchodzące za stolicę szwajcarskiej finansjery choć nie stolica kraju. Bogate i nudne. Tak mówią. Czy tak jest w rzeczywistości? W pewien gorący lipcowy weekend poleciałam to sprawdzić.

Szwajcarzy powtarzają legendę o tym, że kiedy Bóg tworzył świat Włochom dał piękną przyrodę i doskonałą kuchnię, Niemcom bogactwo i porządek, a Francuzom fantazję i sztukę. Na koniec postanowił stworzyć kraj, który będzie miał to wszystko i tak powstała Szwajcaria. Urocze? Urocze ale naprawdę trudno się z tym nie zgodzić. Złośliwi Niemcy ripostują Szwajcarów mówiąc, że dla równowagi ten mający wszystko kraj został obdarowanymi nudnymi ludźmi. Tu jednak bym polemizowała 😉

Zurich Hauptbahnhof

Niezależnie od tego czy przyjeżdżacie do miasta pociągiem lub busem czy przylatujecie samolotem to pierwsze miejsce jakie napotkacie to Dworzec Główny – Zurich Hauptbahnhof. Dworzec poza funkcjami typowymi dla takiego miejsca jest też przestrzenią sztuki. Podczas mojego pobytu znajdowała się tam taka instalacja jak na powyższym zdjęciu, przez długi czas dworzec zdobiła rzeźba kolorowego anioła w zaawansowanej ciąży zwisającego z sufitu. Dzieje się 😉

Bahnhofstrasse – główna ulica zakupowa Zurychu

Praktycznie naprzeciwko głównego wyjścia z dworca znajduje się Bahnhofstrasse – główna arteria zakupowa miasta, taka zuryska Piąta Aleja. Miesięczny czynsz należy tu do najwyższych w Europie. Jeśli chce zakupić torebkę od jednego z czołowych światowych projektantów albo nowego rolexa – to właśnie tu. Nawet jeśli nie chcecie nic kupić to i tak tu przyjdźcie. Sklepowe wystawy to mała galeria sztuki.

Przy Bahnhofstrasse 21 mieści się jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście – Sprungli. Jej sztandarowym produktem są ciasteczka Luxemburgeli (ciastka luksemburskie), których sprzedaje się pół tony dziennie! Ponadto możecie tu spróbować jednego (lub kilku) z ponad 40 rodzajów pralinek ze szwajcarskiej czekolady.

Paradeplatz

Spacerując ulicą w kierunku jeziora dojdziemy do Paradeplatz wokół którego swoje siedziby mają wszelkie możliwe banki. Miejska legenda głosi, że pod asfaltem, w dawnych kanałach ściekowych, znajdują się tajne skarbce.

Zurych – starówka

Skręcając w lewo dotrzemy do zuryskiej starówki. Sami mieszkańcy pieszczotliwie nazywają ją wioseczką. Nie ma tu żadnych okazałych budowli, za to jest sporo gotyckich kamienic. W wielu z nich działają dziś sklepy, restauracje i kluby. Co chwilę będziecie mijać jakąś fontannę – w Zurychu jest ich ponad 1000! Ważne latem – woda z każdej fontanny nadaje się do picia.

Spacerując po starym mieście warto zwrócić uwagę na Cabaret Voltaire – tę knajpę uważa się za miejsce narodzin dadaizmu – nurtu, który utorował drogę sztuce współczesnej. Idee dadaistów to absurd, odrzucenie wszelkich konwencji, nonsens i prymitywizm. Kawiarnia słynie z organizowanych tu awangardowych wystaw. A propos sztuki, to właśnie w Zurychu swoje pierwsze wystawy organizował Picasso (w budynku dzisiejszego Muzeum Sztuk Pięknych).

Zurych Operahouse

Opera w Zurychu to największa instytucja kulturalna kraju. Rocznie wystawia ponad 300 spektakli co czyni ją jedną z największych pod względem produkcji scen Europy. Budynek, w którym mieści się opera powstał w 1891 roku, został zaprojektowany przez architektów z Wiednia i niestety podczas mojego pobytu był w remoncie.

Plac Bellevue

Znajduje się praktycznie naprzeciwko opery, jest węzłem komunikacyjnym i miejscem spotkań. Otoczony zielenią i kamienicami z przełomu XIX i XX wieku, położony tuż przy brzegu jeziora. Bardzo eleganckie choć zatoczone miejsce.

Grossmunster – katedra

Właściwie to romański kościół protestancki, którego charakterystycznymi punktami są dwie strzeliste wieże, które Szwajcarzy (ktoś nadal twierdzi, że oni są nudni?) nazywają solniczką i pieprzniczką.

Lindenhof

Miejsce spotkań mieszkańców miasta. Stąd rozciąga się piękna panorama Zurychu. Wzgórze otoczone jest lipami skąd wzięła się nazwa.

Jezioro Zuryskie

Jezioro znajdujące się praktycznie w centrum miasta. Wygięte w kształt banana, otoczone parkami i szczytami Alp. O każdej porze pełne ludzi. Tu pracownicy korporacji spędzają przerwę na lunch, tu bawią się dzieci, tu turyści uciekają przed letnimi upałami. Cudowne miejsce. Jak ktoś chce odpocząć bardziej aktywnie – są rowerki wodne, można się wykazać. A potem zjeść coś w jednej z otaczających je restauracji.

Wg tripadvisora jezioro to zuryska atrakcja nr 1. Trudno się z tym nie zgodzić.

Wzdłuż dolnej części północnego brzegu jeziora rozciąga się słynny Złoty Brzeg. Ten region jest znany z niskich stawek podatków oraz wysokich cen nieruchomości – nic dziwnego, że mnóstwo tu budynkami i willi bardzo zamożnej części społeczeństwa. 

Co zjeść w Zurychu?

Nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła chociaż krótkiej wstawki kulinarnej 😉 Byłam w Zurychu w lipcu, było ponad 30 stopni i sama uważałam, że tłuste gorące sery to nie jest najodpowiedniejsze pożywienie ale… Być w Szwajcarii i nie zjeść raclette? 😉 Poczekałam do wieczora, kiedy temperatura spadła do rozsądnych wartości i przy starym mieście zjadłam pyszne, tłuste, tuczące raclette. Kawałki chleba i pikle w rozpływającym się serze – szwajcarska specjalność na każdą porę roku. Musicie!

A na deser koniecznie szwajcarska czekoladka. Albo tuzin czekoladek 😉 Wybór jest ogromny, zarówno w cukierniach jak i zwykłych marketach. Nawet znane u nas marki mają w Szwajcarii dużo bogatszą ofertę. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chyba, że ktoś nie lubi czekolady, podobno są tacy biedni ludzie 😀

Zurych – czy warto?

Zurych w ogóle nie jest nudny. Jest piękny, jest poukładany, czysty. Ale wiecie co pomyślałam po pierwszym dniu pobytu w mieście? To doskonałe miejsce do życia. Tu się nie pędzi jak w innych europejskich metropoliach, tu każdy ma czas, żeby skoczyć nad jezioro, na kawę, na lunch. Ludzie pracują ale nie żyją pracą. Chociaż wedle wszelkich rankingów koszty życia w Zurychu są najwyższe w Europie. Ale z drugiej strony średnia płaca w budżetówce wynosi 6 tysięcy franków. Więc źle się Szwajcarom z Zurychu nie powodzi 😉

Miasto jest stosunkowo niewielkie, nie ma tu wieżowców (najwyższa jest wieża kościelna). Cytując Kramera z Vabanku: Zurych, Alpy, tu się oddycha. Polecam Wam serdecznie taki oddech! Miasto jest na tyle małe, że spokojnie można je obejść w jeden dzień a zwiedzić w dwa stąd już po przylocie musiałam poszukać sobie atrakcji na pozostałe dni mojego pobytu. Padło na Liechtenstein i Lucernę. Pojawią się na blogu już niedługo, stay tuned 😉

W Zurychu odbywa się też jarmark bożonarodzeniowy a całe miasto jest wtedy oświetlone lampkami. Widoki jak z bajki, z pewnością wrócę kiedyś do Zurychu w okresie zimowym.

Bordeaux i Akwitania na weekend – informacje praktyczne

Pierwszy wiosenny weekend przyszło nam spędzić w Akwitanii. Rejonie jak się okazało zupełnie zapomnianym przez turystów. Pierwsze symptomy tego znalazłam po tym jak zakupiłam gruby, piękny przewodnik po Francji. Było tam mnóstwo miejsc ale Akwitanii nie. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że turyści pomijają Bordeaux ale tak właśnie jest, zwłaszcza przed sezonem. Ma to oczywiście głównie plusy – jest cicho, spokojnie, restauracje serwują genialne jedzenie a nie papki dla turystów. Dla tych co nie mówią po francusku problemem będzie komunikacja – prawie nikt nie mówi po angielsku, zdecydowana większość knajp ma menu tylko po francusku, nawet opisy przy atrakcjach turystycznych są tylko po francusku. A jeśli są po angielsku to w wersji mocno skróconej, np. 8 linijek po francusku a po angielsku dwie 😀

Jak się dostać z Polski do Akwitanii?

Najprościej – samolotem na lotnisko w Bordeaux-Merignac (BOD). W sezonie letnim WizzAir oferuje loty z Warszawy (lotnisko Chopina), a Ryanair z Krakowa. Mieszkańcy zachodniej Polski mogą też skorzystać z lotów EasyJet z Berlina. Kupując bilety z wyprzedzeniem można je złapać w naprawdę korzystnej cenie (nasze kosztowały 140zł RT).

Bordeaux – dojazd z lotniska

Lotnisko położone jest w miejscowości Merignac, około 12 kilometrów od centrum Bordeaux. Dojazd do miasta zapewnia shuttle bus, który jedzie bezpośrednio na stację kolejową (Gare St Jean), dojazd zajmuje ok. 30 minut, bilet kosztuje 8 EUR w jedną stronę.

Tańszą opcją jest dojazd autobusem miejskim nr 1 za 1,7 EUR. Autobus jedzie na ten sam dworzec kolejowy ale po drodze ma mnóstwo przystanków i dojazd zajmuje prawie godzinę. Plus jest taki, że ma też kilka przystanków w okolicach centrum miasta (place Gambetta) gdzie można przesiąść się na tramwaj. Bilet do kupienia w automacie przy przystanku (można wybrać język angielski).

Samoloty WizzAir przylatują na terminal Billi. Trudno go właściwie nazwać terminalem, to raczej wielka buda udająca lotnisko. Chociaż po przeczytaniu opinii w internecie i tak byłam pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się czegoś jeszcze gorszego. Generalnie jest tam jeden sklep, jedna knajpa i kilka toalet. Nie przyjeżdżajcie dużo wcześniej przed odlotem, bo nie ma tam kompletnie co robić.

Wychodząc z terminala i idąc w stronę hali A i B najpierw będzie przystanek shuttle busa (tego za 8 EUR), jeśli chcecie jechać autobusem nr 1 to musicie iść jeszcze dalej prosto wzdłuż terminala. Autobusy jeżdżą co ok. 10 minut.

Na lotnisku jest też oczywiście postój taksówek, działa też Uber.

Bordeaux – komunikacja miejska

Za pomocą trzech linii tramwajowych (A, B i C) dojedziecie praktycznie w każdy zakątek miasta, uzupełnieniem komunikacji tramwajowej są autobusy.

Bilet jednorazowy (ważny godzinę od skasowania, a raczej zeskanowania) kosztuje 1,7 EUR. Można też zakupić bilet 2-przejazdowy za 3,1 EUR i bilet 10-przejazdowy za 13,2 EUR. Z biletu 10-przejazdowego mogą korzystać 2 osoby, trzeba go po prostu 2 razy zeskanować przy wsiadaniu do autobusu/tramwaju. Jest też bilet 24-godzinny za 4,7 EUR oraz bilet 7-dniowy za 9,9 EUR. Tego ostatniego niestety nie można zakupić w automatach na przystankach. Biletomatów jest dużo, nie zdarzyło nam się spotkać żadnego niedziałającego, przyjmują płatności gotówką i kartą.

Mimo iż samo centrum Bordeaux jest dość zwarte to miasto jest jednak duże, sporo atrakcji jest oddalonych od ścisłego centrum więc ciężko poruszać się wyłącznie pieszo. W mieście jest też sporo rowerów miejskich, które działają na podobnej zasadzie jak w polskich miastach. Minus jest taki, że nie ma właściwie żadnej infrastruktury – ścieżek rowerowych. Rowerzyści jeżdżą po chodnikach, a odważniejsi po ulicy. Z tego względu rower w Bordeaux jest średnio praktycznym środkiem transportu. Wypożyczenie roweru miejskiego to koszt 1,7 EUR za 24 godziny. Podczas wypożyczenia pobierany jest depozyt z karty kredytowej- 200 EUR. Po pierwszym wypożyczeniu otrzymuje się kod ważny przez 24 godziny na nielimitowaną ilość wypożyczeń.

Akwitania pociągami

Bordeaux jest piękne i oferuje sporo atrakcji ale w 2 dni spokojnie można je zwiedzić. Będąc w Akwitanii dłużej zdecydowanie warto wyruszyć poza miasto. Nasz wybór padł na Saint-Emilion i Arcachon wraz z Dune du Pilat. Najprościej dostać się tam oczywiście wypożyczonym samochodem. Ale zwiedzanie regionu winiarskiego i wypożyczenie samochodu oznacza, że ktoś musi zrezygnować z degustacji najsłynniejszego francuskiego trunku dlatego po spojrzeniu na ofertę francuskich kolei SNSF zapadła szybka decyzja – Akwitanię zwiedzamy pociągiem. Ze stacji Gare St Jean (tej samej, gdzie docierają autobusy z lotniska) dojedziemy do każdego zakątka Francji. Kursują stąd zarówno pociągi regionalne jak i TGV.

Dworzec kolejowy w Bordeaux jest spory więc na stację trzeba przyjść odpowiednio wcześniej. Bilety można kupić w kasach lub w biletomatach (tu sporo było niedziałających). Za bilety można płacić gotówką i kartą. Bilet do Arcachon kosztuje 11,5 EUR w jedną stronę, bilet do Saint-Emilion 9,5 EUR. Do Saint-Emilion (które musicie odwiedzić będąc w Akwitanii i o którym jeszcze napiszę) jedzie się z przesiadką w Libourne. Uwaga, w Saint Emilion nie ma możliwości zakupu biletu na stacji kolejowej – trzeba kupić bilet powrotny wcześniej w Bordeaux lub poprzez stronę internetową. Francuskie pociągi są czyste, punktualne, jeżdżą często (co 30-60 minut).

Jeśli chodzi o nadmorską miejscowość Arcachon to po sezonie jest ona głównie bazą wypadową do Dune de Pilat – największej wydmy w Europie. Z dworca kolejowego odjeżdża tam autobus nr 1, kursy w okresie jesienno-zimowo-wiosennym są co ok. 1,5-2 godziny (aktualny rozkład znajduje się na dworcu), bilet kosztuje 1 EUR (zakup u kierowcy, gotówką). Autobus zatrzymuje się bardzo blisko wydmy (jest to przystanek końcowy, nazywa się Dune de Pilat, naprawdę trudno go przegapić). Droga do wydmy z przystanku jest bardzo dobrze oznakowana.

Akwitania – co zjeść?

Jak już wspomniałam na początku – Bordeaux nie jest popularnym miejscem wśród turystów i raczej ciężko tu wpaść na restaurację będącą turystyczną pułapką. W każdym odwiedzonym przez nas miejscu jedzenie było absolutnie genialne, porcje duże ale ceny niestety są dosyć wysokie. Za obiad dla 2 osób z winem i deserem trzeba się liczyć z wydatkiem 40-60 EUR. Są też oczywiście tańsze bary, są europejskie sieciówki i jeśli macie ograniczony budżet to da się znaleźć coś tańszego. Ale nie da się ukryć, że we Francji życie toczy się wokół jedzenia i w restauracyjnych ogródkach celebruje się posiłki. W Akwitanii spróbujecie wszystkich francuskich specjalności – quiche, żabich udek, owoców morza (Arcachon to jedna wielka hodowla ostryg), foie gras (polecam próbować w St-Emilion, tam są małe rodzinne przedsiębiorstwa produkujące ten niehumanitarny ale przepyszny francuski specjał), naleśników, zupy cebulowej czy deserów – tarte tatin, creme brulee i makaroników.

Praktycznie wszystkie miejsca, gdzie jedliśmy mogę z czystym sumieniem polecić. W Bordeaux koniecznie zajrzyjcie do l’Embarcadere przy Rue de Serpolet. Restauracja specjalizuje się w owocach morza, które są naprawdę genialne, a podane w sposób mistrzowski. Porcje są ogromne, jedzenie pyszne, obsługa nawet mówi po angielsku.

Miejsce z najlepszym wg mnie jedzeniem w Bordeaux to Edouard przy Place du Parlament. Tu możecie spróbować żabich udek (10 EUR), genialnej zupy cebulowej (7 EUR), pieczonego sera camembert, który w Akwitanii najczęściej podaje się z chipsami z bekonu. Desery też mają rewelacyjne – creme brulee i mus czekoladowy – mistrzostwo świata. Wszystko z widokiem na plac Parlamentu, bardzo blisko Place de la Bourse.

Będąc w Bordeaux trzeba spróbować makaroników z Bordeaux i canele de Bordeuax. Makaroniki różnią się od tych znanych z innych rejonów Francji tym, że nie są przekładane i nie są kolorowe. Są to takie jakby połówki znanych powszechnie makaroników. Niepozorne i skromne ale pyszne.

Symbolem miasta są babeczki o cylindrycznym kształcie canele de Bordeaux. Tradycyjnie ich kształt nazywa się kolumną dorycką bez podstawy. Piecze się je w regionie już od XV wieku, prawdopodobnie wymyśliły je zakonnice. Składają się z mąki, żółtek, mleka, masła, wanilii, rumu i cukru. Smakują jak zimny budyń cynamonowy otoczony twardą skorupką. Nam szczerze mówiąc nie przypadły do gustu.

Jedne i drugie ciasteczka kupicie w cukierni Baillardran. Jest to lokalna sieciówka, której sklepiki znajdują się w wielu punktach miasta, od dworca kolejowego począwszy na uliczkach starego miasta skończywszy. Są to charakterystyczne sklepy z czerwonym wystrojem i mnóstwem pyszności.


Francuskie desery najlepiej popić kawą po francusku, czyli czarną kawą z solidną porcją francuskiego rumu i bitą śmietaną. W końcu nie samym winem człowiek w Akwitanii żyje 😉

Hala Darwin Eco-System

Będąc w Bordeaux nie można pominąć hali Darwin Ecosysteme znajdującej się po prawej stronie rzeki. Dojazd tramwajem A do przystanku Stalingrad, potem kilkunastominutowy spacer wzdłuż rzeki lub kilka przystanków autobusem 46.

Jest to dawna jednostka wojskowa o powierzchni ponad 20 tysięcy metrów kwadratowych przerobiona na miejsce kulturalno-gastronomiczno-sportowe. Mamy tu skatepark (w ogóle skateparków jest w Bordeaux i całej Akwitanii mnóstwo), street art (całe centrum jest areną dla artystów), salon masażu, sklep ze zdrową żywnością i wiele punktów gastronomicznych (w tym największą we Francji restaurację z organicznym jedzeniem). Wszystko w post-industrialnym klimacie, otoczone kolorowym graffiti, do tego położone bardzo blisko rzeki i parku. Będąc w Bordeaux absolutnie musicie to miejsce odwiedzić.

W okresie wakacyjnym (czerwiec – wrzesień) przestrzeń działa od wtorku do niedzieli od 12 do 14:30 i od 19 do 22:30, w pozostałych miesiącach tylko od czwartku do niedzieli, w tych samych godzinach. W ogóle weźcie pod uwagę, że w Bordeaux i całym regionie ciężko jest cokolwiek zjeść między 15 a 19, bo zdecydowana większość knajp jest wtedy zamknięta na głucho, a nawet jeśli działają to mogą Wam zaserwować kawę, wino, ewentualnie deser, bo kuchnia działa tylko w porze lunchu (12-14, czasem 15) i kolacji (19-22).

Bordeaux – wino

Lubię wino i chyba każdy kto mnie obserwuje na instagramie o tym wie 😉 Ale chyba nie tylko mnie nazwa Bordeaux kojarzy się jednoznacznie – z winem właśnie. Wina z Bordeaux wraz z tymi z Burgundii i Szampanii stanowią świętą trójcę francuskiej sztuki uprawy winorośli i produkcji wina.

W Bordeaux produkuje się głównie wina czerwone, doskonałe Cabernet Sauvignon na lewym brzegu. Producenci z prawego brzegu specjalizują się w białych winach szczepów merlot i cabernet-franc.

Wino leje się w Bordeaux strumieniami, nawet kilkudniowy pobyt to okazja do spróbowania wielu różnych trunków. Cena lampki wina w restauracji zaczyna się od 4 EUR. Warto też przywieźć kilka butelek do domu, ceny w winnicach są dużo bardziej przystępne niż w Polsce, a wina naprawdę wyśmienite. Z nami przyleciało do Polski 12 butelek 😀 Tylko dlatego, że więcej nie zmieściło się do walizki kabinowej 😀 (poznańska oszczędność – wylot wyłącznie z bagażem podręcznym, powrót z tą samą walizką nadaną jako bagaż rejestrowany :D). Pisząc dla Was ten wpis popijam sobie czerwone bordeaux rocznik 2012 😉

Bordeaux – pogoda

Bordeaux i Akwitania leżą w obszarze klimatu morskiego. Zimy są tu łagodne a lata ciepłe choć nie upalne. Lecąc wiosną lub jesienią z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że będzie cieplej niż w Polsce. Od kwietnia do października średnie temperatury przekraczają 18 stopni. To idealny czas na zwiedzanie tego regionu Francji. Jeśli chcecie zobaczyć jak się zbiera winogrona i przerabia je na wino to najlepszym momentem wyjazdu do Akwitanii będzie druga połowa września.

Bordeaux – ceny

Nie da się ukryć, że w Bordeaux jest drogo. Noclegi są drogie (nasz bardzo skromny hotel kosztował 150 EUR za 3 noce). Jedzenie też do tanich nie należy (podstawowe zakupy w markecie – bagietka, masło, ser to koszt ok. 10 EUR), ceny w restauracjach to też ok. 6-8 EUR za przystawkę, dania główne od 10-15 EUR, desery od 6 EUR w górę. Piszę o zwykłych restauracjach w obrębie starego miasta, nie o żadnych ekskluzywnych miejscach. Magnesy – 4 EUR.

Stosunkowo tanie jest wino, bo całkiem porządne Bordeaux z 2012-2015 roku można kupić za 10 EUR w winnicach. Nie brakuje oczywiście win po 1500 EUR za butelkę ale mówimy o winie dla przeciętnego zjadacza chleba 😉

Bordeaux – bezpieczeństwo

To była właściwie nasza jedyna obawa przed wyjazdem. We Francji cały czas obowiązuje jeden z najwyższych alertów terrorystycznych, wszyscy pamiętamy co się tam co kilka miesięcy wydarza. Na szczęście Bordeaux i cały region sprawiają wrażenie bardzo spokojnych i bezpiecznych. Nie działo się nic niepokojącego, liczba imigrantów jest tu dużo mniejsza niż w innych regionach Francji. Jedyna dzielnica gdzie czuje się mniej europejsko to okolice bazyliki św. Michała. Tam więcej jest imigrantów niż Francuzów, knajpy są na modłę turecką i afrykańską (i przesiadują tam wyłącznie mężczyźni). Za dnia absolutnie nie ma się czego obawiać i spokojnie można tę okolicę odwiedzić, wieczorem pewnie czułabym się tam nieswojo. Generalnie poziom bezpieczeństwa w Bordeaux nas pozytywnie zaskoczył, nie ma się czego obawiać.

Bordeaux – czy warto?

Zdecydowanie tak. Miasto Bordeaux jest eleganckie i piękne. W niewielkiej odległości możemy podziwiać średniowieczne Saint-Emilion i sprawdzać jak powstaje jedno z najbardziej znanych win na świecie. Oddalając się od miasta w drugą stronę docieramy do oceanu i cudownych nadmorskich miejscowości w największą wydmą w Europie. Tyle różnorodnych atrakcji w zaledwie 3 dni, gorąco polecam Wam zorganizowanie sobie podobnego weekendu! A o tym co zobaczyć w samym Bordeaux, Saint-Emilion i Arcachon przeczytacie na blogu już wkrótce.

EDIT: Wszystko już jest. Po informacje o tym co warto zobaczyć w Bordeaux zapraszam TU, po informacje o zwiedzaniu Saint-Emilion TU, a po zwiedzanie Arcachon i wydm Dune du Pilat TU.

Florencja – zwiedzanie stolicy Toskanii

Florencja to miasto artystów, malarzy, architektów i poetów ale też bankierów i książąt. Kolebka światowego renesansu. Stolica najbardziej malowniczego regionu kraju – Toskanii. O miasteczkach i mieścinach Toskanii jeszcze napiszę, dzisiejszy wpis potraktujcie jako wstęp. Florencja była stolicą Włoch w latach 1865 – 1971, a samo miasto zostało założone przez Etrusków już w 82 roku p.n.e. Zabytkowe centrum rozciąga się po dwóch stronach rzeki Arno i jest bardzo rozległe.

Piazza del Duomo – Plac Katedralny

Główny plac w centrum miasta niemal w całości zajmuje katedra (duomo). Tuż obok stoi dzwonnica (kampanila) i baptysterium.

Katedra Santa Maria del Fiore (Matki Boskiej Kwietnej) jest symbolem miasta i przedmiotem dumy mieszkańców. Kopuła bazyliki góruje nad miastem sprawiając, że jest ona widoczna praktycznie z każdego miejsca w obrębie centrum miasta.

Budowa tej gotyckiej świątyni rozpoczęła się w 1296 roku, konsekrowano ją dopiero w 1436 roku. A prace wykończeniowe ciągnęły się jeszcze latami. Neogotycka fasada powstała dopiero w latach 1871 – 1887. Kampanila powstawała w latach 1334-1359, ma 85 metrów wysokości. Jej elewacje są pokryte wielobarwną geometryczną dekoracją typową dla średniowiecznej architektury toskańskiej oraz XIV- i XV-wiecznymi posągami i płaskorzeźbami. To co widzimy dziś to kopie, oryginały są przechowywane w muzeum katedralnym.

Baptysterium to ośmioboczna budowla z XI wieku. Najistotniejszymi punktami baptysterium są trzy pary brązowych drzwi z XIV i XV wieku. Każde z dwóch skrzydeł pokryte jest czternastoma płaskorzeźbami przedstawiającymi życie św. Jana Chrzciciela. Kopuła baptysterium jest pokryta XIII-wiecznymi mozaikami przedstawiającymi wydarzenia ze Starego Testamentu, sceny z życia Jana Chrzciciela i Sąd Ostateczny.

Wewnątrz uwagę przyciąga witraż przedstawiający Wniebowzięcie Maryi oraz wzorzysta marmurowa posadzka. Wnętrze kopuły wypełniają freski Giorgia Vasariego i Federica Zuccariego przedstawiające Sąd Ostateczny.

Największą atrakcją katedry jest taras widokowy pod szczytem kopuły pozwalający spojrzeć na miasto z wysokości ponad 90 metrów. Widoki są nieziemskie, stamtąd pochodzą wszystkie moje najpiękniejsze zdjęcia Florencji ale jeśli macie klaustrofobię to odpuśćcie sobie. Wejście jest po naprawdę wąskiej klatce schodowej, w pewnym momencie krzyżują się drogi wchodzących i schodzących, nie ma przestrzeni, nie ma czym oddychać. Ja weszłam ale bardzo dużo stresu mnie to kosztowało. Z Florencji pojechałam do Sieny i tam już wspinaczkę na kampanilę sobie odpuściłam. Widoki widokami ale trzeba znać swoje ograniczenia. Bilet wstępu kosztuje 7 EUR.

Na tyłach bazyliki mieści się Museo dell’Opera del Duomo – Muzeum Katedralne. Ekspozycję stanowią fragmenty przeniesione z katedry, baptysterium i dzwonnicy. Tu można zobaczyć Pietę Michała Anioła. Bilet wstępu kosztuje również 7 EUR.

Piazza della Signora

Centralnym punktem placu jest Palazzo Vecchio – ufortyfikowany gmach z przełomu XIII i XIV wieku, niegdyś siedziba władz miejskich. Wokół pałacu znajdują się pomniki księcia Kosmy I, Fontanna Neptuna, kopia Dawida Michała Anioła oraz figura Herkules i Kakus. Większość pałacowych wnętrz datuje się na XVI wiek.

Tu także znajdziemy Galerię Uffizi – jedną z najlepszych galerii malarstwa na świecie. Znajdziemy tu obrazy pędzla Rafaela, Durera, Tycjana czy Rubensa. Wstęp do galerii kosztuje 9,5 EUR.

Przy placu znajduje się także Muzeum Gucci. Historia tego słynnego na cały świat domu mody zaczęła się właśnie we Florencji. Muzeum urządzono w zabytkowych wnętrzach Palazzo della Mercanzia. Ja odwiedziłam muzeum w 2014 roku kiedy było ono rzeczywiście tylko muzeum domu mody Gucci. W 2018 roku miejsce przeszło jednak metamorfozę i pod nazwą Gucci Garden Galleria funkcjonuje jako interaktywne muzeum, sklep, restauracja i galeria w jednym. Kolejny powód, by wrócić do Florencji! Jak tylko będzie okazja – z przyjemnością.

Poza muzeum Gucci miłośnicy mody mogą odwiedzić jeszcze Museo Salvatore Ferragamo znajdujące się nieopodal muzeum Gucci.

Galerii jest we Florencji całe mnóstwo. Nie można nie wspomnieć o Galleria dell’Accademia należącej do florenckiej Akademii Sztuk Pięknych – najstarszej uczelni artystycznej w Europie. Słynie ona z dzieł Michała Anioła z Dawidem na czele. Bilet wstępu 6,5 EUR.

Piazza della Republica

Kolejny plac w mieście dający początek wielkiej zakupowej arterii w butikami włoskich i światowych domów mody. Na placu znajduje się charakterystyczna karuzela i mnóstwo restauracji.

Bazylika San Lorenzo

Każdy kto był we Włoszech wie, że każde miasto Italii kościołami stoi. Nie inaczej jest we Florencji gdzie świątynie nie kończą się na katedrze. Drugą ważną świątynią jest znajdująca się zaledwie 200 metrów od katedry bazylika św. Wawrzyńca. Pierwsza świątynia powstała w tym miejscu już w 393 roku. Wstęp kosztuje 4,5 EUR.

Bazylika Santa Croce

I jeszcze jedna świątynia. Bazylika pod wezwaniem św. Krzyża – drugi co do wielkości kościół w mieście, najważniejsza nekropolia sławnych mieszkańców Florencji. Przed wejściem stoi pomnik Dantego, w środku znajdują się grobowce m.in. Michała Anioła, Machaivellego czy Galileusza.

W kościele przechowywana jest część Krzyża Świętego – najcenniejszej relikwii chrześcijaństwa. Wstęp 6 EUR. Można zbankrutować odwiedzając same kościoły 😀

Palazzo Medici-Riccardi

Pałac znajduje się u zbiegu Via de’Gori i Via Cavour. Został zbudowany dla króla Kosmy Starego w latach 1441 – 1452. Wewnątrz można zwiedzać kaplicę Trzech Króli ze zbiorowym portretem rodu Medyceuszy.

Palazzo Strozzi

Największy renesansowy pałac we Florencji zbudowany przez miejscowego krezusa – Filippo Strozziego, który chciał dorównać Medyceuszom i na budowę wydał niemal cały swój majątek. Budowa trwała w latach 1489 – 1536.

Bargello

Kolejny charakterystyczny punkt na mapie miasta. Średniowieczny pałac zwieńczony wysoką wieżą, w którym niegdyś urzędowały władze miejskie. Obecnie służy jako muzeum, w którym możemy zobaczyć m.in. Madonnę z Dzieciątkiem Michała Anioła. To największe i najważniejsze muzeum rzeźby we Florencji. Bilet wstępu kosztuje 4 EUR.

Ponte Vecchio – Most Złotników

Nieopodal galerii Uffizi znajduje się najstarszy most we Florencji zwany też mostem Złotników. Przechodząc na drugą stronę rzeki Arno miniemy dziesiątki sklepów jubilerskich. Ceny przyprawiają o zawrót głowy ale chętnych na zakupy nie brakuje. Trzeba przyznać, że dzieła sztuki jubilerskiej są piękne i nietuzinkowe. Zanim zaczęto tu handel złotem na moście można było kupić mięso i ryby. Złotnicy zaczęli się pojawiać na moście pod koniec XVI wieku decyzją księcia Ferdynanda I Medyceusza.

Sam most powstał w XIV wieku na miejsce istniejącej tu wcześniej drewnianej przeprawy. Obecny most jest czwartą konstrukcją w tym samym miejscu.

Na moście znajduje się popiersie Benvenuto Celliniego – rzeźbiarza i złotnika florenckiego.

Po drugiej stronie rzeki Arno

Po przejściu przez most dotrzemy do drugiej części miasta, nieco mniej zatłoczonej. Znajduje się tu m.in. kościół Santa Felicita, Palazzo Pitti (ogromne muzeum i galeria), kościół Santo Spirito i Piazzale Michelangelo skąd rozpościera się piękny widok na drugą stronę miasta.

Zakopane na weekend – co zobaczyć?

Zakopane – zimowa stolica Polski, najwyżej położone miasto w Polsce, do którego całym rokiem ściągają tłumy turystów z całego kraju. I zza granicy też. Moja poprzednia wizyta w Zakopanem miała miejsce w 2009 roku, po prawie 10 latach uznałam, że pora wrócić i zobaczyć co się w Zakopanem zmieniło przez ten czas.

Krupówki

Najsłynniejszy deptak w mieście, zaryzykuję stwierdzenie, że najsłynniejszy w całej Polsce. Krupówki są jarmarczne, przaśne i mało góralskie ale nie da się ich ominąć będąc w Zakopanem. Czy nam się podobają czy nie, to są one sercem miasta. Przy Krupówkach jest najwięcej sklepów (również z pamiątkami), stoisk z oscypkami, kawiarni i restauracji. Wszystko zatłoczone mimo iż moja wizyta była już po feriach, czyli po szczycie sezonu zimowego. Wzdłuż ulicy płynie Foluszowy Potok.

Na co warto zwrócić uwagę spacerując po Krupówkach?

Jednym z najwyższych budynków przy ulicy jest Kościół Najświętszej Rodziny z widoczną z daleka zieloną wieżą. Jednym z projektantów świątyni był Stanisław Witkiewicz.

Pod numerem 29 znajduje się Fashion Street. Jest to bardzo stylowy pawilon handlowy. 43 butiki zostały umieszczone w zaprojektowanej na styl zakopiański 120-metrowej alei. Warto się tędy przejść nawet jeśli nie macie zamiaru nic kupować.

Odbijając od Krupówek w ulicę generała Galicy dotrzecie do jedynego placu w mieście – placu Niepodległości. Latem jest miejscem imprez plenerowych, zimą niewiele się tam dzieje. Przy placu znajduje się pomnik Grunwaldzki postawiony w 500-lecie bitwy pod Grunwaldem.

Idąc z Krupówek w ulicę Zaruskiego, a następnie Ormana dotrzemy do willi Atma – drewnianego domu z gankiem i werandą, w którym mieści się Muzeum Karola Szymanowskiego. Kompozytor mieszkał i tworzył w tej willi w latach 1930 – 1936. Willa została wzniesiona w 1893 roku. Atma znajduje się na Szlaku Architektury Drewnianej.

Przy ulicy Krupówki 63, w podwórku, znajduje się bardzo stylowa kawiarnia Cafe Piano. Nie spotkacie tu wielu turystów (miejsce jest nieco ukryte), za to spotkacie wielu miejscowych artystów.

Na rogu Piłsudskiego i Krupówek znajduje się oczko wodne wraz z ławeczką Tygodnika Podhalańskiego. Nad oczkiem przerzucono drewniany mostek, który jest oblegany przez wszystkich amatorów selfie z Krupówkami i Giewontem w tle.

Tuż obok oczka znajduje się Góralski Browar. Jest to jedno z najmłodszych miejsc na mapie Zakopanego. Szczerze mówiąc zupełnie nie byłam do niego przekonana ale wszędobylskie reklamy spowodowały, że postanowiłam odwiedzić to miejsce. Browar znajduje się na ostatnim piętrze centrum handlowego Krupówki 40 (znajdującego się dokładnie pod takim adresem). Restauracja i kawiarnia zajmują całe piętro. I są to bardzo stylowo urządzone lokale, póki co wszystko lśni nowością, nawet toalety robią wrażenie. Ryzykowne ale bardzo udane połączenie tradycji góralskiej z nowoczesną architekturą. Bardzo fajne menu – potrawy i lokalne, i uniwersalne. Nazwane jednak po góralsku za co duży plus. Obsługa bez zarzutu. Ceny jak na Zakopane bardzo rozsądne, takie jak w każdym większym mieście.

Jak już zjecie to koniecznie wyjdźcie na taras widokowy – widoki na Tatry zapierają dech w piersiach. Trafiłam tam w niedzielę niehandlową więc nawet nie raziło mnie to, że lokal znajduje się w centrum handlowym.

Przy Krupówkach znajduje się także pomnik Władysława Zamoyskiego – społecznika, twórcy m.in. Szkoły Domowej Pracy Kobiet założonej w Kórniku ale później przeniesionej do Zakopanego. Dzięki niemu Morskie Oko włączono do ziem polskich a także zbudowano linię kolejową w Zakopanem. Ważna postać dla miasta.

Przy Krupówkach znajduje się kilka punktów sklepów/kawiarni Góralskie Praliny. Jeśli chce spróbować czekoladki o smaku oscypka lub bryndzy to polecam. Jedna czekoladka kosztuje 4zł, wrażenia bezcenne 😀

Jedną z ulic prostopadłych do Krupówek jest ulica Kościuszki, przy której siedzibę ma m.in. Urząd Miasta Zakopane z pomnikiem doktora Andrzeja Chamca, Kino Giewont, a także banki, sklepy i hotele. Przy tej ulicy znajduje się też park Równia Krupowa, gdzie stoi drewniany napis Zakopane (bardzo instagramowe miejsce) i drewniana rzeźba góralki i górala.

Idąc dalej ulicą Kościuszki w kierunku dworca PKP dotrzecie do hotelu Stamary. Budynek jest bardzo okazały, ma duże balkony, łukowato zakończone okna i pomalowany jest w radosne, pastelowe kolory. Hotel otwarto w 1905 roku i od tego momentu aż do wybuchu I wojny światowej był najbardziej luksusowym i eleganckim hotelem w Zakopanem odwiedzanym przez wybitne osobistości tamtych czasów.

Skręcając z ulicy Kościuszki w Sienkiewicza, a następnie Chałubińskiego możemy podziwiać po drodze liczne wille. Jedne odrestaurowane i przerobione na hotele, inne sypiące się i poniszczone. Warto zwrócić uwagę na willę Rialto (Chałubińskiego 3A) wzniesioną w latach 1897-1898, zaprojektowaną przez Witkiewicza dla Teresy Zagórskiej. W 1898 roku mieściło się tu pierwsze w Galicji sanatorium przeciwgruźlicze.

Przy tej ulicy znajduje się też pensjonat Palace będący niegdyś siedzibą gestapo. Mieści się dziś w nim Muzeum Walki i Męczeństwa Palace.

Ulicą równoległą jest Zamoyskiego, przy której znajduje się m.in. Willa Oksza będąca siedzibą Galerii Sztuki XX wieku (oddział Muzeum Tatrzańskiego). Niestety podczas mojego pobytu również zamknięta. Willa Oksza jest trzecim dziełem Stanisława Witkiewicza zbudowanym w latach 1895-1896. Nazwa willi pochodzi od herbu Heleny – żony hrabiego Marcina Nałęcza – Kęszyckiego, który w 1899 kupił willę.

Przy ul. Zmoyskiego mieści się także okazały kościół św. Krzyża.

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku (Cmentarz Zasłużonych)

Zlokalizowany bardzo blisko Krupówek i dolnej stacji kolejki na Gubałówkę. Wielokrotnie chciałam go odwiedzić ale jakoś zawsze brakowało czasu lub sposobności. Uwielbiam książki o górach i himalaizmie, czytam chyba wszystkie, które ukazują się w Polsce i niestety temat tego cmentarza pojawia się w większości z nich. Zabytkowy cmentarz jest miejscem spoczynku zasłużonych mieszkańców Podhala a niektóre groby są prawdziwymi dziełami sztuki.

Tym razem od wizyty na cmentarzu zaczęłam swoją wizytę w Zakopanem. Brzmi dziwnie, wiem 😉 Wstęp na cmentarz i zlokalizowanego obok niego kościółka Matki Boskiej Częstochowskiej kosztuje 3zł.

Nekropolia powstała w połowie XIX wieku na ziemi nad Cichą Wodą i Białym Potokiem podarowanej przez Jana Pęksę. Na terenie cmentarza znajduje się ok. 250 mogił, m.in. Kornela Makuszyńskiego, małżeństwa Marusarzów, Kazimierza Przerwy-Tetmajera i Stanisława Witkiewicza.

Znajdziemy tu także symboliczny grób Macieja Berbeki, który zginął 6 marca 2013 roku na Broad Peaku. Drewniany pomnik wykonali uczniowie Liceum Plastycznego. Symbolicznych grobów ludzi, którzy nie wrócili z gór jest na tym cmentarzu więcej.

Wychodząc z cmentarza warto zajrzeć do karczmy u Wnuka (Kościeliska 8), w której mieści się jedna z najstarszych restauracji w mieście. Willa została wybudowana między 1850 a 1870 rokiem.

Przy Kościeliskiej 12 mieści się zabytkowa zagroda rodziny Gąsieniców – Nawsiów zbudowana przed 1850 rokiem.

Jeszcze nieco dalej znajduje się willa Koliba będąca siedzibą Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Niestety podczas mojej wizyty wyglądała dokładnie tak jak na powyższym zdjęciu, czyli całkowicie zasłonięta rusztowaniami. Remont in progress.

Wielka Krokiew

Odbijając z Krupówek przy oczku wodnym w ulicę Piłsudskiego dotrzemy do skoczni narciarskich z Wielką Krokwią na czele. Na skocznię można wjechać wyciągiem ale ja już kiedyś widziałam Hollmenkollen z góry i wystarczy mi tego atrakcji. Naprawdę podziwiam odwagę skoczków narciarskich mimo iż nie jestem fanką tego sportu.

Otoczenie Wielkiej Krokwi to najbardziej jarmarczne miejsce w Zakopanem. Wpadłam na chwilę, zrobiłam parę zdjęć i szybko się ewakuowałam.

Jaszczurówka

Dzielnica położona ok. 2 km od centrum miasta, bardzo zielona ale też gęsto zabudowana. Nazwa pochodzi od żyjących tu kiedyś salamander plamistych zwanych przez górali jaszczurami. Jej największą atrakcją jest Kaplica Najświętszego Serca Jezusa. Zaprojektowana przez Witkiewicza, wybudowana w 1906 roku z drewna świerkowego bez użycia chociażby jednego gwoździa. Niestety kiedy poszłam zobaczyć kaplicę trwało akurat nabożeństwo więc nie widziałam jej w środku. Zrobiłam sobie tylko spacer dookoła, po schodkach weszłam na taras otoczony arkadowymi podcieniami. Nad wejściem można zobaczyć figurę Chrystusa Frasobliwego.

Willa pod Jedlami

Dom pod Jedlami (Droga na Kozieniec 1, po drodze z Jaszczurówki do Krupówek) to jeden z największych zabytków architektury drewnianej w Polsce. Willa nazywana perłą stylu zakopiańskiego należy do rodziny Pawlikowskich a zaprojektował ją nie kto inny jak Stanisław Witkiewicz.

Zakopane – atrakcje dla dzieci

Są dwie wyjątkowe – Domek do Góry Nogami i Śnieżny Labirynt.

Domek znajduje się tuż przy Krupówkach. Istnieje od 2010 roku. Wszystko jest w nim do góry nogami, chodzi się jakby po suficie. Zdecydowanie atrakcja nie dla mnie ale dla dzieciaków pewnie frajda.

Śnieżny Labirynt i Śnieżny Zamek Snowlandia znajdują się tuż przy Wielkiej Krokwi. Są to dokładnie takie miejsca jak wskazują na to nazwy. Labirynt stworzony ze śnieżnych ścian i zamek z 16-metrowymi wieżami.

Zakopane – co jeszcze?

Będąc dłużej w Zakopanem warto wjechać kolejką na Gubałówkę i/lub na Kasprowy Wierch. Ja po pierwsze już tam byłam kilka lat temu a po drugie trafiłam do Zakopanego w okresie silnych wichur. Już na dole bardzo nieprzyjemnie wiało, podejrzewam, że na górze było tylko gorzej.

Warto też wybrać się do Morskiego Oka. Ja tej atrakcji również już miałam okazję doświadczyć wcześniej. Jeśli jesteście pierwszy raz w Zakopanem to koniecznie musicie się tam wybrać, można zrobić sobie dłuższą pieszą wycieczkę lub opcja dla leniwców – podjechać busikiem z dworca PKP.

Zakopane – czy warto?

Raz na 10 lat na pewno, częściej nie czuję potrzeby 😉 Zakopane jest zatłoczone, jest skomercjalizowane choć nie brakuje tu pięknych willi, perełek architektonicznych a odejście nawet kilkaset metrów od Krupówek da nam szansę obcowania z zakopiańską architekturą w otoczeniu Tatr bez towarzystwa zupełnie nikogo. Więc poza Krupówkami da się oddychać w tym mieście 😉 Niemniej w Polsce jest mnóstwo bardziej urokliwych miejsc, do których będę wracać częściej niż raz na 10 lat.

Baku – co warto zobaczyć?

Baku – Miasto Wiatru, stolica Azerbejdżanu i największe miasto kraju. Jednocześnie największy i najstarszy port Morza Kaspijskiego. Znajduje się na półwyspie Apszerońskim i jest najniżej położoną stolicą na świecie – 28 metrów poniżej poziomu morza. 25% populacji Azerbejdżanu, 2 miliony ludzi, mieszka w stolicy. Zabudowa miasta była w dużej mierze projektowana przez polskich architektów – Józefa Płoszko (zaprojektował m. in. pałac Muchtarowa), Kazimierza Skórewicza, Józefa Gosławskiego (zaprojektował budynek Dumy Państwowej) czy Eugeniusza Skibińskiego. Pierwszy wodociąg w Baku także zaprojektował Polak – Stefan Skrzywan. Polaków w historii Azerbejdżanu jest więcej. Witold Zglenicki nazywany jest ojcem nafty bakijskiej, bo dokonał odkryć wielu roponośnych terenów a także opracował sposób wydobycia ropy z dna morskiego. Jego prace kontynuował Paweł Potocki, który zbudował pierwsze szyby naftowe na morzu. Mieszkańcy Azerbejdżanu cenią Polaków.

Baku to nowoczesne i kosmopolityczne miasto znajdujące się geograficznie jak i kulturowo pomiędzy Europą a Azją. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy po dniu spędzonym w Baku – taki Dubaj dla ubogich. Trochę to niesprawiedliwe z tymi ubogimi ale nie da się ukryć, że Baku wzoruje się na najpopularniejszym mieście Zjednoczonych Emiratów Arabskich. I wszystko można o Baku powiedzieć ale na pewno nie to, że jest biednym miastem. Petrodolary (i gazodolary, bo miasto wzbogaciło się na wydobyciu ropy naftowej i gazu ziemnego) wydaje się tu strumieniami i to jest jeden z tych krajów na świecie gdzie różnice między stolicą a resztą kraju są naprawdę ogromne. W Baku znajdują się butiki tak luksusowych marek, że niejedna europejska metropolia mogłaby o takich tylko pomarzyć.

Rozdarcie europejsko-azjatyckie widać już po krótkim spacerze po mieście. Z jednej strony mnóstwo malutkich tradycyjnych sklepów czy herbaciarni, z drugiej światowe sieciówki. Takie pomieszanie z poplątaniem ale urocze. Często takie połączenia rażą i nie pasują do siebie ale w Baku osiągnięto w tym jakąś harmonię.

Stare Miasto Icheri Sheher – Miasto Wewnętrzne

Położone jest na niewielkim wzgórzu, otoczone murami obronnymi. Jest połączeniem wpływów islamu szyickiego, kultury tureckiej, perskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i żydowskiej. Na jego terenie znajdują się wszystkie ważniejsze zabytki. Jest plątaniną wąskich uliczek (wiecie, sporo podróżuję i mam niezłą orientację w terenie ale w Baku udało mi się zgubić, pierwszy raz od nie pamiętam kiedy), do której od zachodu przylega tzw. Zewnętrzne Miasto – Bajir Sheher.

Kompleks pałacu szachów Szyrwanu

Jedna z najważniejszych atrakcji miasta. Siedziba szacha Kalilullaha wybudowana po przeniesieniu rezydencji szacha z Samahi.

Głównym budynkiem kompleksu jest pałac z 1411 roku. Do głównego budynku przylega diwanchane – pawilon z 1482 roku otoczony z trzech stron galerią. W czasach szacha Kalilullaha I działał w nim sąd. Oskarżonego przyprowadzano przed oblicze szacha specjalnym korytarzem, a w sali rozpraw wystawała z podłogi tylko jego głowa. Kiedy szach wydawał wyrok skazujący kat od razu ją ścinał a ciało obsuwało się korytarzem wykutym w skale prosto do morza.

Mauzoleum Szachów Szyrwanu to prostokątny budynek przykryty sześciokątną kopułą ozdobioną wieloramiennymi gwiazdami.

Na dolnym dziedzińcu kompleksu znajduje się pałacowy meczet z oddzielnymi pomieszczeniami modlitewnymi dla kobiet i dla mężczyzn. Jego ozdobą jest 22-metrowy minaret.

Na najniższym tarasie znajdują się XVII-wieczne łaźnie składające się z 26 pomieszczeń. Odkryto je dopiero w 1939 roku, gdyż były całkowicie przysypane ziemią.

W południowej części zabudowań mieści się Mauzoleum Sejjida Jahji Bakuwiego znane jako Mauzoleum Derwisza.

Baszta Dziewicza Qız Qalası

Jeden z symboli miasta, od 2000 roku jest wpisana na listę UNESCO, od 2003 do 2009 roku na liście Dziedzictwa Zagrożonego dlatego, że krótko po wpisaniu na pierwszą listę została uszkodzona przez trzęsienie ziemi a nikt w Azerbejdżanie się szczególnie nie przejął, żeby ją odnowić i zabezpieczyć przed kolejnymi uszkodzeniami. W końcu jednak włodarze miasta poszli po rozum do głowy, zadbali o starówkę, i obiekt zniknął z listy zagrożonych.

Wieża znajduje się na obrzeżach starego miasta, tuż przy nadmorskim bulwarze. Do dziś nie wiadomo jakie funkcje pełniła 28-metrowa wieża i dlaczego właściwie ją zbudowano. Jedna z teorii mówi o tym, że była świątynią wyznawców świętego ognia (zoroastryzmu), a może nawet wieżą umarłych. Samo słowa dziewicza w języku azerskim oznacza też niedostępna co może tłumaczyć obronny charakter budowli.

Niedaleko wieży znajduje się meczet Baba Kukli Bakuvi z VII wieku, ruiny bazaru oraz hammamu.

Spacerując ulicą Gulla dotrzemy do dwóch karawanserai. Ponieważ nie byłam jeszcze w Azji Środkowej (a bardzo bym chciała) to właśnie karawanseraje zrobiły na mnie największe wrażenie podczas zwiedzania starego miasta w Baku. Niektóre karawanseraje w Azji Środkowej obecnie służą za hotele i mam nadzieję, że będę miała kiedyś możliwość spędzić noc w jednym z nich.

Muzeum Historii Azerbejdżanu

Największe muzeum w kraju i jedno z największych w całym regionie. Mieści się w zabytkowej XIX-wiecznej willi azerskiego magnata naftowego Hacı Zeynalabdina Tağıyeva zaprojektowanej przez polskiego architekta – Józefa Gosławskiego. Ekspozycja muzeum liczy 35 sal i przedstawia historię kraju od czasów paleolitu do współczesności. Gdyby chcieć prześledzić wszystko dokładnie trzeba by tam spędzić cały dzień ale polecam Wam zajrzeć chociaż na godzinkę. Muzeum jest naprawdę ciekawie urządzone, jest tam mnóstwo ciekawych eksponatów. I niestety dzieci ze szkolnych wycieczek.

Flame Towers – Ogniste Wieże

Symbol miasta, trzy nowoczesne 190, 160 i 140-metrowe wieżowce wybudowane w latach 2008-2011, które szczególnie imponująco wyglądają po zmroku. Kształt i nazwa nawiązują do ognia, z którym wiąże się historia kraju. Od ponad 500 lat ogień nieprzerwanie pali się w Yanar Dag. Będę o tym miejscu jeszcze pisać. Baku w swej historii wytworzyło kult ognia, który zainspirował kształt wież. Budynki są symbolem połączonej przeszłości i przyszłości kraju. Kształt nawiązuje do wspomnianego uwielbienia ognia i reprezentuje siłę oraz wieczność.

Plac Fontann

Czasem spotkacie się z nazwą park fontann – chodzi o to samo miejsce. Dziś jedno z najpopularniejszych miejsc spotkań mieszkańców miasta, dawniej ulubione miejsce organizowania demonstracji antycarskich. Otoczone zielenią, pełne knajpek, sklepików i straganów z pamiątkami. Oaza zieleni w środku miasta.

Deptak nad Morzem Kaspijskim – bulwar NafciarzyBardzo przyjemnie miejsce, i za dnia, i wieczorem. Mam wrażenie, że żyje całą dobę. Spacerując wzdłuż Morza Kaspijskiego możemy obserwować m.in. Dom Sowietów, budowlę poświęconą pamięci 26 Komisarzy zamordowanych w czasach sowieckich, Bibliotekę Narodową czy Teatr Opery i Baletu.

Jeśli chodzi o przyjemne miejsca gdzie można odpocząć od zgiełku miasta to warto też wspomnieć o terenie centrum konferencyjno-koncertowego Gajdar Alijev Saraj. Położone na terenie ogromnego parku, bardzo dobrze utrzymane i przyjemne. Na terenie parku znajduje się popularny wśród turystów pomnik z napisem I love Baku.

Nocne życie Baku

Miałam szczęście zwiedzać Baku z rodowitą mieszkanką tego miasta. Dzięki niej nie tylko poznałam najważniejsze zabytki i historię miasta ale miałam tez okazję doświadczyć życia nocnego. Baku żyje 24 godziny na dobę i to nie tylko w weekendy. Azerbejdżan jest krajem islamskim ale podejście do religii jest tu bardzo luźne. Młodzi ludzie ubierają się na modłę europejską, kobiety nie zakrywają nawet włosów, nie wspominając o noszeniu abai. Restauracje i bary w obrębie starego miasta wieczorami pękają w szwach. Nie brakuje tu klubów czy dyskotek. Warto tego doświadczyć!

Erywań – citybreak w stolicy Armenii

Erywań – stolica i największe miasto Armenii położone w dolinie rzeki Hrazdan, na stokach małego Kaukazu. Nad miastem góruje oddalony o 32 km szczyt Ararat (obecnie znajdujący się na terenie Turcji). Ararat to święta góra Ormian, symbol Armenii wyeksponowany w jej godle, obecny w literaturze i sztuce. Nazwa góry pochodzi od Ary – boga śmierci i odrodzenia. Nazwa ta ma związek ze zmianami wyglądu góry w okresie zimy (gry wszystko zamiera) i wiosny (gdy się odradza).

Erywań często nazywa się różowym miastem. Jest to związane z kolorem elewacji większości budynków w centrum. Podstawowym budulcem w stolicy Armenii jest bowiem różowa skała wulkaniczna – tuf.

Miasto od wieków miało strategiczne położenie na szlaku handlowym między Indiami a Europą co z jednej strony umożliwiało rozwój handlu i bogacenie się miasta ale z drugiej było przyczyną licznych najazdów imperium Ottomańskiego, Perskiego i Rosyjskiego. Erywań położony jest także w rejonie aktywnym sejsmicznie i trzęsienia ziemi wielokrotnie prowadziły do zniszczeń.

Centrum miasta jest stosunkowo niewielkie, jego oś tworzą ulice Tigran Mets Poghota i Hyusisayin Poghota. Co warto zobaczyć w Erywaniu?

Plac Republiki

Najważniejszy plac miasta. Otoczony budynkami rządowymi zbudowanymi w sowieckim stylu, z różowego tufu, jakżeby inaczej. Na placu mieszczą się też tańczące fontanny. Spektakl woda, światło, dźwięk jest bardzo popularny zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców. Odbywa się codziennie od 21 do 24.

Swoją siedzibę ma tu też Narodowe Muzeum Historii, a kilka pięter nad nim Ormiańska Galeria Narodowa.

Drugi ważny plac to plac Wolności (dawniej zwany placem Teatralnym) z Ormiańskim Akademickim Teatrem Opery i Baletu

Katedra ormiańska św. Grzegorza Oświeciciela

Jeden z najważniejszych ormiańskich kościołów. Zbudowany z okazji 1700-lecia wprowadzenia chrześcijaństwa w Armenii (która jest pierwszym krajem na świecie, który przyjął tę religię). Grzegorz Oświeciciel był apostołem Armenii i głową kościoła ormiańskiego, dziś jest patronem kraju.

Katedra położona jest na wzgórzu Chandidżana i jest największym ormiańskim kościołem na świecie. Jest stosunkowo nową świątynią, wybudowaną w latach 1997 – 2001.

Właściwie jest to kompleks trzech świątyń – głównej katedry (z 1700 miejscami siedzącymi symbolizującymi 1700 lat chrześcijaństwa w Armenii), kaplicy pw. królowej Aszchen i kaplicy pw. króla Tiridatesa III. Para królewska przyjęła chrześcijaństwo z rąk Grzegorza i uczyniła je religią państwową.

Pomnik ludobójstwa Ormian Cicernakaberd (Twierdza Jaskółki)

W Armenii nie da się zapomnieć o trudnej historii tego kraju. Na wzgórzu
Cicernakaberd wybudowano pomnik upamiętniający ludobójstwo Ormian. W latach 1915 -1917 Turcy wymordowali 1,5 miliona ludzi. Turcja wciąż nie chce przyznać się do zbrodni przez co stosunki między obydwoma krajami są cały czas napięte. Przy pomniku płonie wieczny ogień, a pod nim znajduje się muzeum.

To właśnie tu 24 kwietnia każdego roku odbywają się uroczystości ku pamięci ofiar tej przerażającej zbrodni.

Pomnik składa się z trzech elementów – 44-metrowego obelisku, 12 pochylonych pylonów otaczających wieczny ogień oraz 100-metrowej ściany pamięci z wypisanymi nazwami miejscowości, z których pochodziły ofiary zbrodni.

Do pomnika prowadzi parkowa aleja obsadzona świerkami upamiętniającymi ofiary masakry. Każde drzewo podpisane jest tabliczką z nazwiskiem fundatora. Są to głównie głowy państw.

Fabryka koniaku Ararat

Można koniak lubić, można nie lubić, ale będąc w Erywaniu trzeba do fabryki zajrzeć. Podczas krótkiej wycieczki z przewodnikiem dowiemy się jak produkuje się najsłynniejszy armeński trunek, zobaczymy beczki z leżakującym alkoholem (wszak im koniak dojrzalszy tym cenniejszy i smaczniejszy). Każda znana osoba, która odwiedza Erywań i fabrykę otrzymuje swoją beczkę. Na koniec oczywiście czeka nas degustacja, podczas której próbujemy 3- i 10-letniego Araratu oraz 20-letniego Nairi. I last but not least – zakupy 😉

Ulica Abowiana – najważniejsza aleja miejska

Tu można zrobić zakupy, zjeść obiad i podejrzeć jak żyją młodzi mieszkańcy miasta. Abowian to coś więcej niż tylko ruchliwa ulica, to żywe muzeum epok, miejsce spotkań mieszkańców miasta. Ulica początkowo prowadziła od Norku do twierdzy erewańskiej na brzegu rzeki Hrazdan. Ulica od zawsze była najbardziej elegancka, wzdłuż niej (i w przylegających do niej uliczkach) mieszkali najbogatsi i najbardziej wpływowi Erywańczycy. Przy ulicy zawsze znajdowały się najdroższe i najbardziej eleganckie sklepy w mieście. Architektonicznie ulica jest pomieszaniem elegancki budynków w stylu art nouveau z lekkimi neoklasycznymi domami, pomiędzy którymi pozostało jeszcze kilka prostych budowli w sowieckim stylu.

Pod numerem 15 znajduje się kościół św. Katogike, najstarsza ocalała świątynia w mieście.

Bazar GUM

Idealne miejsce do zakupu lokalnych przysmaków, w tym symbolu Armenii – suszonych moreli. Niektórzy wolą nalewkę morelową 😉 Każdy znajdzie coś dla siebie. Ilość warzyw i owoców przyprawia o zawroty głowy. Są też wędliny i sery. Wszystkiego można spróbować a potem kupować i jeść 😉 Jak już część z Was wie najczęściej przywożę jadalne pamiątki z podróży tak więc na bazarku zaopatrzyłam się całkiem nie najgorzej 😉

Muzeum Siergieja Parajanowa

Jedno z najstarszych i najciekawszych muzeów w mieście. Urządzone w niedoszłym ostatnim domu sowieckiego reżysera znanego głównie z filmu Barwy granatu. Erywań uznała Parajanowa za swojego i wybudował mu dom nad rzeką Hrazdan. Reżyser nie dożył niestety zakończenia budowy i nigdy w domu nie zamieszkał .

W domu zorganizowano muzeum z serią nietypowych portretów jego przyjaciół (wśród nich portret Daniela Olbrychskiego). Niestety w środku nie można robić zdjęć.

Wychodząc z muzeum warto zwrócić uwagę na stadion Hrazdan – miejsce częściowego symbolicznego pojednania Ormian i Turków. Obiekt przebudowany w 2008 roku był miejscem nieznacznej poprawy stosunków między obu krajami. Rozegrano na nim mecz między reprezentacjami obu krajów, a na trybunach zasiedli obaj prezydenci.

Instytut Matenadaran

Duma większości Ormian, jedna z największych bibliotek manoskryptów na świecie. Przed wejściem stoi pomnik Mesropa Masztoca – duchownego i twórcy ormiańskiego alfabetu. Alfabet pierwotnie składał się z 36 znaków. Masztoc już za życia cieszył się uznaniem i szacunkiem, a po śmierci został jednym w ormiańskich świętych.

Budynek muzeum zabezpieczony jest podwójnymi stalowymi drzwiami i pełni także funkcję schronu dla kolekcji na wypadek nuklearnej zagłady.

Sala wystawowa jest tylko jedna, pozostałe pomieszczenia to magazyn ponad 17 tysięcy (!) manuskryptów. Wśród eksponatów warto zwrócić uwagę na XVII-wieczny list w języku polskim oraz podręcznik do geometrii w języku arabskim.

Życie nocne Erywania

Erywań to nowoczesne miasto mimo iż architektonicznie wciąż tkwi w czasach sowieckich. Podczas naszego pobytu w Erywaniu odbywał się festiwal wina. Dwa razy nas nie trzeba było namawiać na odwiedzenie go 😉 Idea festiwalu była taka, że płaciło się za kieliszek (dostawało się do niego specjalne etui do zawieszenia na szyi) a następnie można było degustować różne wina. Było mnóstwo ludzi (głównie młodych), było uliczne jedzenie, była muzyka. Ormianie, jak wszyscy pozostali mieszkańcy Kaukazu, umieją się bawić a wino leje się strumieniami. Była to doskonała okazja do poznania życia mieszkańców, które nie różni się znacząco od życia mieszkańców innych metropolii w innych częściach świata.

Książki o Armenii

Książek o Armenii nie ma na polskim rynku tyle co o Gruzji, a te które są traktują raczej o trudnej historii tego kraju. Zdecydowanie polecam reportaż Armenia. Karawany śmierci. Książka trudna ale obrazująca tragiczne doświadczenia narodu ormiańskiego. Drugi reportaż to książka Grzegorza Górnego Armenia. Między rajem a piekłem. Traktuje i o historii, i o współczesności.

Nieco lżejszą pozycją jest już wspominana przeze mnie przy okazji wpisu o Tbilisi Pestki winorośli i trzy jabłka.

Erywań – czy warto?

Zdecydowanie. Jest wciąż miastem mało popularnym wśród turystów stąd nie jest tak zatłoczony jak inne metropolie Europy czy Azji, jest łatwo dostępny z Polski (LOT oferuje bezpośrednie przeloty kilka razy w tygodniu), nie jest drogo, jedzenie jest pyszne, ludzie są gościnni i otwarci, a samo miasto piękne i oferujące wiele atrakcji. Oczywiście Erywań to też doskonała baza wypadowa do poznawania innych części Armenii ale o tym już w kolejnych wpisach. Póki co polujcie na tanie bilety i lećcie, nie będzie żałować.

Weekend w Tbilisi – co zobaczyć w stolicy Gruzji?

Gruzja długo chodziła mi po głowie. Jeszcze parę lat temu miejsce, którego nikt nie rozważał w kontekście wakacyjnego wyjazdu, od jakiegoś czasu jeden z najpopularniejszych kierunków wyjazdowych Polaków. Nie oszukujmy się, Tbilisi i reszta kraju to dwa różne światy ale zacznijmy blogowanie o Gruzji właśnie od stolicy. Zresztą tam wylądowałam i od Tbilisi zaczęła się moja gruzińska przygoda. Reszta Gruzji się pisze i pojawi się niebawem. Bo Gruzja to jedno z dwóch miejsc na świecie gdzie nie tylko mi się bardzo podobało i spędziłam fantastyczny czas ale też miejsce, gdzie zostawiłam kawałek serca. I jestem więcej niż pewna, że kiedyś tam wrócę. Za chwilę miną 2 lata od mojego pobytu na Kaukazie, chyba sięgnęłam po zdjęcia pierwszy raz od tamtej pory i ciepłe uczucia względem tego kawałka świata odżyły. Zapraszam Was na pierwszą z wielu części mojej opowieści o Kaukazie. Mam nadzieję, że tych, którzy nie byli zachęcę do zaplanowania choćby krótkiego wyjazdu w tamten rejon świata.

Tbilisi, stolica Gruzji, to miasto świątyń – kościołów, cerkwi, meczetów i synagog. Ale też stolica zabawy podlewanej gruzińskim winem. Miasto jest mieszanką kultur i religii. Widać to w architekturze, kuchni i… ludziach.

Stare miasto

Od czegoś trzeba zacząć zwiedzanie stolicy, starówka to dobry pomysł. Są tu szerokie, odnowione ulice wypełnione sklepikami i restauracjami ale są też wąskie przejścia gdzie czas się zatrzymał. Jedne i drugie mają swój urok. Na co zwrócić uwagę poza błądzeniem w labiryncie ulic i uliczek?

Waszą uwagę na pewno zwróci bajkowa wieża zegarowa. To poza symbolem miasta i hitem instagrama siedziba teatru marionetek Reza Gabriadze.

Pomnik Tamady – gruzińskiego mistrza ceremonii. Rzeźba przedstawia mężczyznę trzymającego w dłoni puchar z rogu, z którego tradycyjnie pije się gruziński trunek.

Pomnik Matka Gruzja – Kartlis Deda

20-metrowy aluminiowy posąg kobiety mieszczący się na szczycie góry Sololaki. Powstał w 1958 roku, z okazji 1500-lecia miasta. Jest symbolem Tbilisi. Kobieta patrzy ze wzgórza na miasto, w lewej ręce trzyma pialę – puchar wina (którym wita przyjaciół – ktoś jeszcze ma wątpliwości jakie znaczenie w Gruzji ma ten trunek?), w prawej miecz, którym odstrasza wrogów. Jest to doskonała metafora charakteru Gruzinów.

Twierdza Narikala

Narikala oznacza dosłownie mniejszy zamek. Jest to kompleks obiektów z różnych epok, który góruje nad starówką stolicy Gruzji. Są to właściwie ruiny i pozostałości pierwotnej konstrukcji. Ufortyfikowane mury zostały wybudowane w VI wieku przez Persów, a kolejne w VIII w. przez Arabów.

Na terenie twierdzy znajduje się cerkiew św. Mikołaja odbudowana w 1990 roku.

Z twierdzy rozciąga się piękny widok na dolne miasto a z drugiej strony na ogród botaniczny założony w mieście w 1845 roku.

Do pomnika Matki Gruzji i do twierdzy można dostać się z parku Rikhe, gdzie ma swoją dolną stację kolejka gondolowa. Ze wzgórza można podziwiać rozległą panoramę miasta.

Świątynia Metechi -cerkiew pw. Matki Bożej Metechskiej

Jak już napisałam na początku, Tbilisi to miasto świątyń więc teraz krótki przegląd tych najważniejszych. XIII-wieczna prawosławna świątynia Metechi położona jest na wzniesieniu nad rzeką Kurą. W środku znajduje się m.in. grobowiec męczennicy Zuzanny, która została uwięziona gdy odmówiła porzucenia religii chrześcijańskiej. Świątynia była wielokrotnie niszczona i odbudowywana.

Przed świątynią znajduje się pomnik konny króla Wachtanga Gorgaselego – jednocześnie świętego Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Uważany jest za założyciela Tbilisi. Przeniósł tu stolicę państwa (z Mcchety).

Sobór św. Trójcy

Największa cerkiew nie tylko w Tbilisi i Gruzji ale na całym Kaukazie, druga na świecie (po soborze Chrystusa Zbawiciela w Moskwie). Położona na wzgórzu św. Eliasza siedziba gruzińskiego Patriarchy.

Uroczysta konsekracja miała miejsce w 2004 roku, wnętrze ma zupełnie współczesne natomiast bryła jest wiernym odwzorowaniem stylu starogruzińskiego.

Katedra Sioni

Miejsce gdzie przez wieki koncentrowało się życie religijne miasta. Cerkiew jest przez wielu Gruzinów uważana za najpiękniejszą w mieście. To właśnie tu znajduje się krzyż świętej Nino uważany za najcenniejszą relikwię gruzińskiego kościoła. Legenda mówi, że św. Nino robiła ten krzyż sama z gałązek winogron przeplatanych swoimi włosami. Dzięki misyjnej działalności św. Nino Gruzja w 337 roku przyjęła chrześcijaństwo, jako drugi kraj na świecie (po sąsiedniej Armenii).

Katedra wielokrotnie była burzona i odbudowywana, przetrwała najazdy Mongołów, Persów i Bizantyjczyków. Jest symbolem wiary i wytrwałości gruzińskiego narodu. Mówi się, że dopóki istnieje ta świątynia, będzie istnieć naród gruziński.

Bazylika Anchiskhati

Najstarsza cerkiew w mieście datowana na VI wiek. Nazwę wzięła od ikony, która sama się napisała. Świątynia jest niewielka, surowa i cicha. Obraz Chrystusa Nie Ludzką Ręką Uczynionego został z niej przeniesiony do Muzeum Narodowego


Abanotubani i łaźnie siarkowe

Najstarsze łaźnie w mieście, które pojawiły się w mieście za panowania perskiego (w VI wieku) Schowane w ziemi i przykryte kopułkami. Bywalcami łaźni byli m.in. Aleksander Puszkin, Aleksander Dumas (ojciec) i Michaił Lermontow.

Tbilisi to polsku Cieplice. Nazwa ta pochodzi właśnie od ciepłych siarkowych źródeł. Abanotubani, czyli dzielnica, w której znajdują się banie to najstarsza dzielnica w mieście licząca ok. 1500 lat. Łaźni było kiedyś w Tbilisi więcej, niektóre źródła mówią o tym, że było ich aż 68. Łaźnie, poza funkcją leczniczą i higieniczną, odgrywały także rolę społeczną – były miejscem spotkań i robienia interesów czy sposobem na spędzanie wolnego czasu. Skojarzenia z rzymskimi łaźniami nieuniknione 🙂

Aleja Rustawelego

Główna arteria miasta ciągnąca się między placem Wolności a placem Rewolucji Róż. Nosi imię XII-wiecznego gruzińskiego poety Szota Rustawelego, który jest na tyle ważną postacią historii i kultury, że jego imię nosi także lotnisko w Tbilisi, Instytut Teatralny w Tbilisi i Teatr Dramatyczny Gruzji. Rustaweli jest autorem gruzińskiej narodowej epopei – Rycerza w tygrysiej skórze. No taki ichniejszy Mickiewicz 😉

Spacerując wzdłuż alei możemy podziwiać m.in. budynek Parlamentu, Państwowy Teatr Akademicki, Operę im. Paliaszwiliego, Filharmonię, Galerię Malarstwa, Pałac Młodzieży, Gruzińskie Muzeum Narodowe czy kościół Kaszweti św. Jerzego (patrona Gruzji). To na tej ulicy w 2007 i w 2011 roku odbywały się protesty antyrządowe.

Jeśli macie chwilę czasu to polecam zajrzeć do Muzeum Narodowego, a tam zwrócić uwagę na wystawę Złoto Kolchidy – mnóstwo małych arcydzieł sztuki jubilerskiej, diademy wysadzane szlachetnymi kamieniami a także kielichy i puchary pochodzące z legendarnej Kolchidy.

Wzdłuż ulicy znajduje się też sporo knajpek i sklepów, często ukrytych w podwórkach. Zachęcam do zaglądania w te podwórka, można się natknąć na naprawdę interesujące miejsca.

Zamykający (bądź otwierający, jak kto woli) ulicę plac Wolności zmieniał kilkukrotnie swoją nazwę. Najpierw był placem Erywańskim, potem placem Lenina (jego posąg też na placu był, do 1991 roku), aż w końcu zyskał obowiązującą do dziś nazwę placu Wolności. Centralnym punktem placu jest kolumna z pomnikiem św. Jerzego zabijającego smoka. Plac był miejscem zgromadzeń podczas rewolucji róż w 2003 roku. Przy placu wolności znajduje się także miejski ratusz.

Most Pokoju

Oddany do użytku w 2010 roku, przez mieszkańców zwany pieszczotliwie Podpaską. I trudno tego skojarzenia uniknąć, zwłaszcza patrząc na most z góry. 150-metrowa kładka ze stali i szkła służy wyłącznie pieszym.

Rejs po rzece Kura

Bardzo fajnie odkrywa się miasto z perspektywy rzeki. W Tbilisi działają pływające restauracje. Możecie wybrać się w taki rejs połączony z tradycyjną suprą. Dla mnie był to ostatni akcent pobytu w mieście i bardzo polecam taki krótki rejs w promieniach zachodzącego słońca.

Książki o Gruzji

Moje myślenie o Gruzji zaczęło kiełkować w 2011 roku, po przeczytaniu pierwszego wydania książki państwa Mellerów Gaumardżos. Opowieści z Gruzji. Są oni miłośnikami Kaukazu i z pewnością mają swój ogromny udział w zarażaniu Polaków miłością do Gruzji. Niedawno ukazało się wznowienie pozycji, które z przyjemnością przeczytałam po raz drugi, tym razem już z perspektywy osoby zakochanej w Gruzji.

Co jeszcze warto przeczytać przed wyjazdem na Kaukaz? Na pewno książki Wojciecha Góreckiego – Abchazja, Planeta Kaukaz i Toast za przodków. Ukazały się w serii reportaży wydawnictwa Czarne co samo w sobie powinno być dobrą rekomendacją.

Bardzo fajnie o Gruzinach i meandrach gruzińskiej duszy pisze Maciej Jastrzębski w książce Klątwa gruzińskiego tortu. Jeszcze ciekawiej pisze o Rosji ale to już temat na inna notkę 😉

W ciekawą podróż nie tylko po Gruzji ale też Armenii zabiera Marcin Sawicki w książce Pestki winorośli i trzy jabłka.Bardziej rozrywkową naturę kraju poznacie sięgając po książkę Pijany martwym Gruzinem Witolda Gapika.

Jeśli chcecie odkryć Gruzję przez pryzmat jej genialnej kuchni to warto sięgnąć po Gruziński smak Radka Polaka i Vaho Babunashvilego. A gruzińska kuchnia to temat, któremu poświęcę cały osobny wpis. Nieodłączny element gruzińskiej kultury i gościnności. Coś za czymś tęsknię mimo iż w Polsce knajp gruzińskich jest bez liku. Wiele z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie ale to jednak nie jest to co w Gruzji. A może to po prostu nie ta atmosfera?


Antwerpia w jeden dzień – co zobaczyć?

Antwerpia – stolica diamentów, położona w północnej Belgii, wzdłuż wschodniego brzegu rzeki Skardy . W XVI wieku była najbogatszym i najważniejszym handlowo miastem Europy. Do dziś jest największym portem Belgii i drugim (po Rotterdamie) portem w Europie, do tego uchodzi za belgijską stolicę mody. Moda nie pojawiła się w Antwerpii znikąd, już w XVII wieku Flandria była sercem europejskiego przemysłu włókienniczego, w 1663 roku założono tu Królewską Akademię Sztuk Pięknych, której szkoła projektowania mody należała do najsurowszych na świecie.

Dworzec kolejowy Antwerpia Centralna

Niezależnie od tego w jaki sposób dotrzecie do Antwerpii to z wielkim prawdopodobieństwem pierwszym miejscem jakie zobaczycie jest dworzec kolejowy. Antwerpia Centralna (nid. Antwerpeen Central, fr. Anvers Central) to jedna z największym atrakcji miasta, dworzec z neogotycką fasadą, uchodzący za najpiękniejszy w Europie. Trudno się z tym nie zgodzić. Jest naprawdę piękny. Otworzono go w 1905 roku. Jest tak piękny i okazały, że często nazywa się go Kolejową Katedrą.

Antwerp Zoo

Założone w 1843 roku, najstarsze zoo w Belgii i jedno z najstarszych w Europie, znajduje się w nim ponad 6000 zwierząt. Mieści się tuż obok dworca. Nie byłam w środku ponieważ po pierwsze nie miałam czasu, po drugie nie przepadam za oglądaniem zwierząt poza ich naturalnym środowiskiem a po trzecie bilet wstępu kosztuje 23 EUR.

W czasie mojego pobytu całe zoo było przyozdobione na chińską modłę z powodu święta Narodzin Księżniczki Lotosu. Legenda mówi, że w starożytnych Chinach narodziła się długo wyczekiwana księżniczka co wywołało wielką radość w całym kraju. Jej piękno spowodowało, że w całych Chinach zakwitły lotosy a dziewczynkę nazwano Księżniczką Lotosu. Jej narodziny były początkiem dobrobytu w kraju.

Uliczka diamentów

Wychodząc z dworca kolejowego i kierując się w stronę rynku poruszamy się wzdłuż ulicy de Keyserlei, która jest zagłębiem sklepów jubilerskich. W 1893 powstała tu pierwsza giełda, na której handlowano tymi drogocennymi kamieniami. Aktualnie w Antwerpii znajdują się cztery diamentowe giełdy, trzy diamentowe banki, a także setki szlifierni i mniejszych bądź większych sklepów jubilerskich.

Antwerpia jest największym na świecie ośrodkiem szlifierstwa diamentów. Wiedzę o diamentach przynieśli do miasta Żydzi, którzy osiedlili się w Belgii w XIV wieku, po wygnaniu z Hiszpanii i Portugalii a dzielnica diamentów nazywana jest często Jodenkwartier, czyli dzielnicą Żydów.

Antwerpia opera

W tej dzielnicy warto też zwrócić uwagę na piękny budynek Opery.

Ulica handlowa Meir

Diamentowa uliczka przechodzi naturalnie w ulicę Meir – główną arterię zakupową miasta. Dookoła mamy mnóstwo sklepów, sklepików, kawiarni i restauracji. Wszystko w pięknych kamienicach we francuskim stylu. Wzdłuż ulicy rozstawiają się też budki z goframi. Gofry, które tam serwują uchodzą za najlepsze w mieście! Koniecznie trzeba spróbować. Tradycyjne gofry belgijskie są lekkie i przede wszystkim półokrągłe, nie prostokątne.

Grote Markt – rynek i główny plac miasta

Z gofrem w dłoni spacerujemy dalej i docieramy do głównego rynku miasta. Głównym budynkiem na placu jest renesansowy Ratusz, którego budowę ukończono w 1556 roku. Przyozdobiony jest rzeźbą Maryi oraz postaciami dwóch kobiet symbolizujących roztropność i sprawiedliwość. Niestety podczas mojego pobytu cały zasłonięty, w renowacji.

Na środku placu znajduje się Fontanna Silviusa Brabo – pierwszego bohatera miasta, który odciął dłoń olbrzymowi Druonowi Antiggonowi terroryzującemu żeglarzy przeprawiających się przez rzekę Skardę, i wrzucił ją do rzeki. Dwie odcięte dłonie znajdują się w herbie miasta a sama dłoń jest symbolem, na który natkniecie się w mieście nie raz. Możecie nawet zabrać sobie takie łapki do domu i umilać sobie nimi przerwę kawową 😉 Od ręki pochodzi zresztą nazwa miasta – hand werpen to dosłownie rzucić rękę.

Wzdłuż północnej strony rynku znajdują się pięknie odnowione XVI-wieczne siedziby cechów.

Antwerpia – zamek

Het Steen, bo tak nazywa się zamek w Antwerpii, datuje się na średniowiecze i uważa się go za najstarszy budynek w mieście. Może z tego powodu był w remoncie podczas mojego pobytu. Ponowne otwarcie dla zwiedzających planowane jest na 2020 rok.

W latach 1303 – 1827 mieściło się w nim więzienie, od 1862 roku służy już wyłącznie jako muzeum.

Będąc nad rzeką warto zrobić sobie spacer mostem i podziwiać miasto od strony wody.

Katedra Najświętszej Maryi Panny i plac katedralny – Handschoenmarkt

Najwyższy budynek w Antwerpii i jedna z najwyższych świątyń na świecie, ze 123-metrową iglicą, bezsprzeczny symbol miasta. Budowa katedry trwała prawie 200 lat stąd architektonicznie jest ona połączeniem gotyku, renesansu, baroku i rokoko. Na przestrzeni wieków katedra przeszła wiele pożarów i grabieży.

Przed katedrą trudno nie zauważyć wyrastającej z ziemi rzeźby Nello i jego psa Patrasche. Są oni bohaterami powieści z 1872 r. pod tytułem Pies z Flandrii. Akcja powieści rozgrywa się w Antwerpii, w dzielnicy Hoboken (około 7 kilometrów od centrum). Biedna sierota Nello znajduje porzuconego psa Patrasche i stają się przyjaciółmi. Razem spacerują po mieście, razem odwiedzają katedrę (lokalizacja rzeźby nie jest przypadkowa!), gdzie Nello podziwia dzieła Rubensa. Przyjaciele razem też niestety umierają. Ich historia jest symbolem bezwarunkowej przyjaźni. Okazuje się, że wielką sławę zyskała nie tylko w Belgii ale też… w Japonii. Autorem rzeźby jest Batist Vermeulen.

Dom Rubensa i pomnik Rubensa

Pomnik malarza i architekta urodzonego w Niemczech, który mieszkał w Antwerpii przez większość swojego życia, znajduje się na Groenplaats.

Z kolei przy ulicy Wapper 9 znajduje się dom, gdzie mistrz kiedyś mieszkał i pracował. Rubens zakupił kamienicę w 1610 roku. Mieściła się w niej pracownia artysty i biblioteka. Od 1937 roku obiekt należy do miasta, w 1946 otwarto w nim muzeum Rubensa. W środku można zobaczyć 10 obrazów malarza, można też zwiedzać otaczający dom ogród. Bilet wstępu kosztuje 10 EUR (grudzień 2018)

Chinatown

Powiedzieć, że to dzielnica, to nadużycie. Właściwie jedna ulica Van Wesenbekestraat zaczynająca się charakterystyczną bramą. Niezbyt klimatyczna, pełna chińskich sklepów i marketów, z kilkoma restauracjami. Daleko jej chociażby do londyńskiego Chinatown ale biorąc pod uwagę, że znajduje się praktycznie naprzeciwko dworca kolejowego to warto na chwilę zajrzeć.

Dzielnica mody ‚T Zuid

Znajduje się bardzo blisko centrum, tworzą ją ulice Schuttershofstraat, Huidevettersstraat i Nationalestraat. Nawet jeśli nie macie zamiaru wyjechać z Antwerpii z nową parą butów czy koszulą to bardzo polecam spacer w tej okolicy, choćby po to, by pooglądać wspaniałe wystawy butików młodych projektantów. Są piękne, nietuzinkowe, często zabawne. A ze moda stanowi ważną część tożsamości miasta to tym bardziej warto poświęcić jej chwilę.

Streetart w Antwerpii

Antwerpia to stolica street artu – podobno w mieście jest aż 316 murali. Szczególnym jego zagłębiem są małe uliczki ciągnące się wzdłuż rzeki. Warto w nich pobłądzić, pozaglądać w różne zaułki i rozkoszować się raz że sztuką, a dwa – ciszą i spokojem. Centrum i główne ulice miasta są bardzo zatłoczone ale znalezienie miejsca, gdzie panuje sielski spokój nie stanowi w Antwerpii wielkiego problemu.

Czy warto się wybrać do Antwerpii?

Zdjęcie jest chyba najlepszą odpowiedzią na to pytanie 😉 Miasto jest przeurocze ale na pewno zrobiłoby na mnie większe wrażenie gdyby była ładniejsza pogoda (czyli słoneczna) oraz gdyby nie było zastawione żurawiami a połowa obiektów zasłonięta z powodu remontu. Taki urok zwiedzania po sezonie… Antwerpia jest piękna i kiedyś z przyjemnością do niej wrócę, najlepiej wiosną lub wczesną jesienią. Jeśli jesteście w Brukseli lub w okolicach to zdecydowanie polecam zrobienie sobie jednodniowej wycieczki do Antwerpii. Nie jest może tak piękna jak Brugia ale też urocza. Cudowne połączenie paryskiego szyku i belgijskiego luzu.

No i jeszcze jedna rzecz, o której nie mogę nie wspomnieć 😉 Wiecie za co kocham Belgię? Za jedzenie. To nie jest kraj dla ludzi na diecie 😀 Mule, frytki, gofry, czekoladki a to wszystkie popite belgijskim piwem – weekend w Belgii raz w roku obowiązkowo musi być 😀