Litewskie wybrzeże Bałtyku – Sventoji (Święta) – zwiedzanie

Sventoji, czyli po polsku Święta to miejscowość położona 12 kilometrów od Połągi. Miejscowość, którą koniecznie musicie odwiedzić podczas wakacji na litewskim wybrzeżu!

Głównym atutem letniska jest jego położenie – tuż przy ujściu rzeki Świętej do Bałtyku.

Święta to dawna osada rybacka, która z czasem zamieniła się w ważne miasto portowe. Czas prężnej działalności portowej przypadł na czasy XVI i XVII wieku kiedy to Święta konkurowała z portami w Kłajpedzie, Lipawie, Windawie i Rydze. Port został zniszczony w 1701 roku kiedy to szwedzka marynarka zasypała go piaskiem i kamieniami.

Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości Święta należała do Łotwy, Litwie została zwrócona w 1921 roku.

Niewątpliwym symbolem uzdrowiska jest rzeźba Córki Rybaka 4-metrowa rzeźba stanęła w okolicy portu w 1982 roku. Dzieło Zuzany Pranaityte przedstawia trzy długowłose dziewczęta wpatrujące się w morze i czekające na ojca wracającego z połowów.

Sventoji to nie jest miejsce obfitujące w zabytki ale w piękną, dziewiczą przyrodę. Ujście rzeki do morza tworzy naprawdę bajkowe i pocztówkowe krajobrazy. Na początku pomyślałam sobie, że szkoda, że tak wieje i jest zimno, bo pewnie w ciepły dzień byłoby tam dużo przyjemniej. Ale później uświadomiłam sobie, że w ciepły bezwietrzny dzień pewnie byłoby tam też mnóstwo turystów. A tak może nie miałam tego miejsca tylko dla siebie, bo jakieś pojedyncze osoby się przewijały ale generalnie była cisza, spokój i bezkres morza oraz złotego piasku. Naprawdę mimo iż wiatr niemalże urywał głowę to nie chciało się stamtąd odchodzić.

Z dworca autobusowego w Sventoji na plażę czeka Was spacer przez aleję zamkniętą dla ruchu samochodowego z ławeczkami i kwiatami.

Potem wzdłuż rzeki, przez wydmę można dojść do plaży. Są drewniane chodniczki więc pełna kultura, nie trzeba było w ten ziąb zdejmować butów. Uwaga, idąc przez wydmy na plaże spotkałam… małego liska. Wyglądał słodko ale to dzikie zwierzę więc uważajcie.

Po zobaczeniu pięknej plaży i morza polecam spacer po obu stronach rzeki. Są wybudowane ścieżki i mosty – można zrobić sobie naprawdę przyjemną wędrówkę. Im dalej od morza tym jest bardziej zielono. Sama nie wiem gdzie piękniej.

Nie ma możliwości, żeby być na litewskim wybrzeżu Bałtyku i nie pojechać do Świętej. To jest absolutnie najpiękniejsze i najwspanialsze miejsce jakie odwiedziłam podczas tego wyjazdu. Zresztą chyba wystarczy popatrzeć na zdjęcia. Za takie niespodzianki i zaskoczenia kocham podróże!

Rejs po 3 wyspach z Kos – Kalymnos, Plati, Pserimos

Jeśli lubicie spędzać czas na morzu (ja nienawidzę ale cóż, lubię odkrywać nowe miejsca i czasem trzeba się przemóc) to podczas wakacji na Kos rozważcie rejs na wyspę poławiaczy gąbek – Kalymnos lub całodniowy rejs między wyspami Kalymnos, Plati i Pserimos. My zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję i bardzo ją Wam polecam!

Kalymnos

Rejs rozpoczyna się w porcie Mastichari skąd nasz piracki statek rusza w około 45-minutowy rejs na wyspę Kalymnos. Wyspiarze przez stulecia zajmowali się połowem gąbek morskich. Do dziś w miasteczku Kalymnos (znanym też jako Pothia) znajduje się wiele manufaktur gdzie można dowiedzieć się co nieco o połowie jak i zakupić gąbki. Kalymnos jest jednym z ostatnich miejsc na świecie gdzie zawód poławiacza gąbek jest wciąż kultywowany.

Miasteczko Pothia jest malutkie, nieco senne, zachowało swój tradycyjny charakter i nam się bardzo ale to bardzo podobało. Chętnie zostałabym tam na dłużej. Przy deptaku w okolicy portu ciągną się kawiarenki i tawerny. W miasteczku warto zobaczyć Muzeum Morskie, kościół Przemienienia Pańskiego, pałac Vouvalisa czy Muzeum Archeologiczne. Ale ja przede wszystkim polecam zgubić się w wąskich uliczkach i to najlepiej tych oddalonych od portu i głównej alejki. Doświadczycie tam prawdziwego greckiego życia, z dala od masowej turystyki i codziennego pędu. Ja byłam zachwycona i bardzo bym chciała kiedyś na Kalymnos wrócić ale na dłużej.

Wyspa poza tym, że słynie z gąbek znana jest wszystkim wspinaczom. W 1997 roku wyznaczono na wyspie 47 tras wspinaczkowych, a od 1999 roku na wyspę zaczęli przybywać wspinacze z całej Europy. Wspinaczka jest tu możliwa przez cały rok dzięki korzystnym warunkom klimatycznym.

Nadmorska wieś Masouri słynąca z imponujących skał uważana jest za wspinaczkowy raj. W miejscowości Scalia poza skalistymi zboczami znajduje się też jaskinia.

Nazwa Kalymnos oznacza dobre porty i według Iliady to stąd wyspiarze wysyłali okręty pod Troję.

Plati

Po zobaczeniu przeuroczej Kalymnos ruszamy dalej – na bezludną wyspę Plati. Wyspa jest bezludna choć znajduje się na niej jeden dom. Zamieszkiwała go para grecko-włoska ale po rozwodzie (no cóż, życie) obydwoje zdecydowali się opuścić wyspę. Dziś na wyspie spotkacie wojsko, które tu stacjonuje i stąd rusza na patrolowanie wód wokół wyspy Kos.

Ponadto na wyspie znajduje się malutki kościółek. Typowa grecka świątynia – białe mury i błękitna kopuła. To wszystko na małym wzniesieniu górujące nad błękitnym morzem. Pocztówka bez filtra.

Przy kościółku znajdują się dwie plaże. Jedna z łatwym zejściem gdzie ruszają wszyscy pasażerowie statku i druga wydawałoby się niedostępna. Ale da się na nią wejść bez większego problemu. Jedyne utrudnienie jest takie, że trzeba przejść przez morze (ciepłe i przyjemne) po śliskich kamieniach. Więc jeśli się zdecydujecie to uważajcie na tych kamieniach. Najlepiej zabierzcie buty do wody. Kamienie są obrośnięte roślinnością i naprawdę ciężko utrzymać na nich równowagę. Ale dla posiadania plaży wyłącznie dla siebie warto się tam przedostać.

Pserimos

Ostatni przystanek na trasie naszego rejsu. Wyspa oddalona od Plati o zaledwie 500 metrów. Tu naprawdę nie ma nic do zwiedzania ale to kolejna możliwość zobaczenia Grecji niekomercyjnej. Przy porcie jest oczywiście kilka straganów z pamiątkami i tawern ale odejdźcie trochę od tej pierwszej linii brzegowej i odetchnijcie głęboko. To Grecja. Biedna i nie tak pocztówkowa ale prawdziwa.

Na Pserimos decydujemy się na plażowanie i kąpiel w morzu. I ta kąpiel to przeżycie doprawdy dziwne. W zatoce mieszają się różne prądy. Wchodząc do morza będziecie co chwilę czuć napływającą to ciepłą, to zimną wodę. Stoicie sobie – ciepło, przejdziecie 20 cm dalej – zimno. I tak w kółko. Ciekawe doświadczenie choć nie wiem czy chciałabym je powtórzyć. Termoreceptory szaleją 😀

Czy warto wybrać się na taki rejs?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Kosztował nas 30 EUR od osoby (łącznie z transferem z hotelu do portu i z powrotem oraz z wyżywieniem) a był to cudowny dzień spędzony na morzu (nawet nie bujało za bardzo) i na przepięknych wyspach. Jeśli wybieracie się na Kos to BARDZO polecam Wam taką atrakcję.

Wyspa Kos – informacje praktyczne

Kos – wyspa leżąca na Morzu Egejskim, nieopodal wybrzeża Turcji. Wchodzi w skład archipelagu Dodekanez, który z kolei należy do Sporadów Południowych. Powierzchnia wyspy wynosi 290 kilometrów kwadratowych.

Kos – jak się dostać z Polski?

Najszybciej, najłatwiej i najtaniej jest kupić wakacje w biurze podróży. Ceny wakacji na Kos nie są wygórowane a biorąc pod uwagę, że z Polski nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych innych niż czarterowe to wybór pakietu lot+hotel+transfer wydaje się najrozsądniejszą opcją. Bezpośredni przelot z Polski trwa ok. 2,5 godziny.

Można oczywiście kombinować dolot do Aten i z Aten greckimi liniami na Kos ale koszt takich lotów przewyższy koszt całych wakacji kupionych u touroperatora.

Kos leży zaledwie 5 kilometrów od tureckiego miasta Bodrum więc można też kombinować z lotem do tego tureckiego miasta, a następnie promem na Kos (przeprawa trwa nieco ponad godzinę).

Kos – dojazd z lotniska

Nasze wakacje były wyjazdem z biurem podróży więc transfer zapewniało biuro. Jeśli lecicie na własną rękę to możecie skorzystać z taksówek, wynająć auto lub skorzystać z komunikacji publicznej KTEL. Przed terminalem znajduje się przystanek, z którego ruszają autobusy do miasta Kos, Kefalos, Mastichari i Kardameny. Cena pojedynczego biletu wynosi od 2 do 4,4 EUR.

Jeszcze kilka słów o lotnisku na Kos (KGS). Nie przesadzę jeśli powiem, że to najgorsze lotnisko na jakim w życiu byłam. Przede wszystkim jest mikroskopijnie małe i nieprzystosowane do obsługiwania takiej ilości połączeń jakie obsługuje. Kolejka do odprawy ciągnie się na zewnątrz terminalu (!!!) więc nie zapomnijcie zabrać zapasu wody wybierając się na lotnisko. Punktów check-in jest dosłownie kilka, pasażerowie są stopniowo wpuszczani na teren lotniska. Po odprawie musicie sami zanieść swój bagaż do prześwietlenia (to akurat procedura znana z wielu greckich lotnisk), a następnie udać się do kontroli bezpieczeństwa. Tam czekają aż 2 (!!!) stanowiska. Po przejściu kontroli znajdujecie się w strefie, która jest w stanie pomieścić pasażerów 2 samolotów (już w maju na Kos samolotów było kilka na godzinę więc możecie wyobrazić sobie co tam się dzieje). Nie ma miejsca, jest jeden sklep wolnocłowy i jedna kawiarnia. Klimatyzacja rozkręcona na maksa więc weźcie bluzę albo nawet kurtkę. Ale z tego co czytałam w zeszłym roku jeszcze tej klimatyzacji nie było i nawet nie chcę myśleć co tam się musiało dziać. Jeśli spędzacie na tym lotnisku 2 godziny przed odlotem samolotu to oczywiście da się przeżyć ale w przypadku jakiegoś opóźnienia gdy trzeba by tam spędzić kilka godzin – dramat.

Kos – hotele, gdzie się zatrzymać?

Od razu mówię, że Kos nie jest wyspą dla miłośników pięknych plaż. Jeśli liczycie na szeroki biały piasek i turkusowe morze to od razu rozważcie wakacje na Korfu, Krecie czy innym Zakynthosie ale Kos sobie odpuśćcie.

Najsłynniejsze kurorty na Kos to Kardamena, Mastichari, Lambi, miasto Kos, Kamari i Tigaki. My stacjonowaliśmy w Mastichari – bardzo spokojna miejscówka, plaże niezastawione leżakami co do milimetra jak to jest np. na Paradise Beach. Nie jest to typowy kurort z knajpami dudniącymi muzyką i sklepem na sklepie. Owszem, jest kilka tawern, barów, parę sklepików. Ja wolę takie miejsca i gdyby miała wrócić na Kos to wybrałam ponownie Mastichari.

Dobre wrażenie zrobiła na mnie miejscowość Tigaki – jest już większa i bardziej gwarna niż Mastichari ale cały czas w akceptowalnych granicach. Plaża taka sobie ale z leżakami, sporo bardzo przyjemnych tawern i knajpek, mnóstwo sklepów.

Kardamena to zdecydowanie jeden z największych kurortów na wyspie. Też jest tu mnóstwo sklepików z mydłem i powidłem, jest porządny supermarket, są knajpy i restauracje. W maju było jeszcze dość spokojnie ale myślę, że wakacje w sezonie byłyby już tam dla mnie męczące.

Kamari to wybrzeże słynące z najpiękniejszych plaż na wyspie – Paradise Beach, Agios Stefanos Bay i Camel Beach. Nas szczerze mówiąc zupełnie nie przekonały te miejsca.

Jeśli chcecie być w centrum wyspiarskich wydarzeń to najlepiej stacjonować w mieście Kos (jest tu mnóstwo hoteli położonych nad zatoką) lub będącej jego przedłużeniem Lambi. Myślę, że to druga dobra miejscówka na spędzenie wakacji na Kos. Zwłaszcza jeśli chcielibyście zwiedzać wyspę komunikacją publiczną – wszystkie autobusy wyruszają z miasta Kos.

Kos – komunikacja po wyspie

Są autobusy firmy KTEL, które łączą wszystkie najważniejsze punkty na wyspie ale po pierwsze jeżdżą rzadko (czasem tylko 2 razy dziennie!), a po drugie jeżdżą wolno i dookoła więc takie podróżowanie zajmuje bardzo dużo czasu.

My decydujemy się na wynajęcie auta. Koszt wynajęcia samochodu wynosi 40 EUR za dzień (z pełnym ubezpieczeniem), przy wynajęciu od 3 dni ceny za dzień są niższe. Za benzynę zapłaciliśmy 17 EUR a przejechaliśmy prawie całą wyspę. Litr benzyny na Kos kosztuje 1,7 – 1,8 EUR. Auto wynajęliśmy w hotelu, można było też wynająć od rezydentki ale za to samo auto musielibyśmy zapłacić 77 EUR za dzień 😀

Weźcie pod uwagę, że wyspa jest naprawdę spora i górzysta więc nie zwiedzicie jej całej w ciągu 1 dnia. Jeśli chcecie zobaczyć wszystko na spokojnie to weźcie auto na 2 dni, my mieliśmy na jeden i musiałam okrajać nasz program zwiedzania.

Kos – bezpieczeństwo

Kilka lat temu głośno było o problemie z uchodźcami na Kos. Nie wiem jak było wtedy ale teraz jest zupełnie bezpiecznie i spokojnie. Zjechaliśmy wyspę prawie całą i rzeczywiście wysoko w górach w jakiejś wsi jest obóz dla uchodźców ale my się tam nie zatrzymywaliśmy (zresztą w okolicy nic nie ma do zwiedzania) i nie stanowi to żadnego zagrożenia. W kurortach czy mieście Kos jest zupełnie bezpiecznie, nie ma się czego obawiać.

To na co musicie uważać lecąc na Kos to… komary. Chyba nigdy w życiu nie byłam tak pocięta przez tych krwiopijców jak po pierwszej nocy na Kos! Komary pojawiają się wieczorami i są w pokojach, na plaży, absolutnie wszędzie. Na szczęście na wyspie można kupić preparaty na ukąszenia i zapobiegające ukąszeniom. Ale żeby nie być po pierwszej nocy w kropki (jak ja) – dobrze radzę weźcie jakiś spray i śpijcie przy zamkniętych oknach. Ja dostałam pokój z widokiem na morze i chciałam spać przy szumie fal. Miałam zatem szum fal i bzyczenie komarów 😀

Kos – co kupić, co przywieźć?

Jak zawsze z Grecji – oliwę z oliwek. Na Kos jest jedna tłocznia oliwy, którą można zwiedzić i gdzie można kupić oliwę (a wcześniej jej spróbować). Oliw jest kilka i warto wybrać, która nam najbardziej odpowiada. Oliwę kupicie też w sklepach i marketach w innych punktach wyspy ale jednak w nieco wyższych cenach. W sklepie firmowym litr oliwy extra virgin kosztuje 6,5 EUR. Są też różne mini oliwy i zestawy prezentowe. Każdy coś znajdzie dla siebie.

Poza tym z Kos warto przywieźć miód tymiankowy i dżem z pomidorów.

Kos – co zjeść?

Kos to Grecja więc mamy kuchnię grecką ze wszystkimi jej flagowymi daniami. Zjecie musakę, sałatkę grecką, ser feta, faszerowane papryki a to wszystko polane przepyszną oliwą. Jeśli chodzi o desery to dla mnie w Grecji istnieje tylko jeden – grecki jogurt z miodem. Jadłam codziennie. Dla miłośników słodyczy słodkich do granic możliwości – baklava. Kiedyś uwielbiałam, teraz nie jestem w stanie przełknąć.

Kos – na własną rękę czy z biurem podróży?

Jak już wspominałam ciężko będzie zorganizować lot, hotel i transfery w cenie niższej niż biura podróży oferują gotowe pakiety dlatego myślę, że prościej będzie z biurem. Zwłaszcza, że na Kos polecicie czarterem praktycznie z każdego większego miasta w Polsce.

Natomiast jeśli chodzi o organizację czasu na miejscu to jak najbardziej na własną rękę. Pisałam o cenie wynajmu samochodu – 77 EUR u rezydentki versus 40 EUR w hotelu (mówimy o takim samym samochodzie z takim samym pakietem świadczeń). Podobnie wycieczki – to co u rezydentki kosztowało 50 EUR w hotelowej recepcji lub w jednym z lokalnych biur podróży można było kupić za 25-30 EUR. Różnica ogromna. Ja rozumiem, że biuro podróży nie jest instytucją charytatywną ale z cenami wycieczek naprawdę przesadzają. Rozumiem 10-15% więcej niż w biurze lokalnym ale aż tyle? Zwłaszcza, że to są te same wycieczki organizowane przez te same biura lokalne, do których polskie biuro czasem doda polskojęzycznego przewodnika, a czasem tylko pośredniczy w sprzedaży. Biura chyba zauważyły spadek zainteresowania wycieczkami więc niektóre z nich już oferują możliwość zakupu wycieczek fakultatywnych przed wyjazdem, przy rezerwacji wakacji. Żebyś ogarnięty człowieku nie zdążył wyjść na miasto i zobaczyć, że to co biuro oferuje Ci za kwotę X, możesz kupić za 0,4 czy 0,5x. A jak już kupisz w Polsce to przecież potem się nie wycofasz jak znajdziesz taniej na miejscu.

Kos – czy warto?

Szczerze mówiąc jakoś nigdy nie miałam Kos na liście miejsc do zobaczenia. I w sumie zastanawiam się czemu padło właśnie na Kos… Chyba ze względu na możliwość zobaczenia kilku fajnych wysepek w okolicy.

W każdym razie wyspa Kos mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Nie obfituje w piękne plaże ale ma sporo do zaoferowania. Miasto Kos jest prawdziwą perełką. Nas chyba najbardziej zachwyciły regiony górskie ale to jeszcze będę wszystko opisywać. Do tego przecudowna wyspa Kalymnos, którą można (a nawet trzeba!) odwiedzić przy okazji wakacji na Kos. Jeśli rozważacie wakacje na Kos to ja polecam tę wyspę z całego serca.

Lucerna – perełka Szwajcarii

Miasto, którego w ogóle nie było w moich planach. Zurych mimo iż piękny to nie oferuje tyle atrakcji, żeby spędzić tam całe 3 dni. po pierwszym dniu uznałam, że muszę się ruszyć gdzieś dalej. Szybkie spojrzenie na mapę i padło na Lucernę. Dojazd pociągiem z Zurychu zajmuje zaledwie godzinę. Szwajcarska kolej działa jak szwajcarski zegarek 😉 Bez zarzutu.

Okazuje się, że miastem zauroczone były takie sławy jak królowa Wiktoria, Goethe, Victor Hugo, Albert Einstein czy Lew Tołstoj. Ja już po pierwszych minutach spędzonych w mieście dołączyłam do tego grona. Miasto położone jest malowniczo nad Jeziorem Czterech Kantonów, u stóp Alp. Szwajcaria jak z pocztówki.

Lucerna to Miasto Świateł. Dla Paryża to tylko przydomek, dla Lucerny nazwa miasta. Nazwa wg legendy wzięła się stąd, że anioł w świetlistym obłoku wskazał mieszkańcom brzeg jeziora, na którym mieli zbudować kaplicę św. Mikołaja – patrona rybaków i żeglarzy.

Tuż przy wyjściu z dworca trafiamy na most, którym przechodzimy na drugą stronę rzeki i jesteśmy na starym mieście. Starówka znajduje się u ujścia rzeki Reuss do jeziora. Nad wodą mieszczą się hotele (nawet ja na Szwajcarię wyjątkowo drogie), restauracje i kawiarnie. Warto usiąść z lamką wina czy kawą i obserwować życie toczące się wokół wody.

Most Kapliczny (Klasztorny)

Symbolem miasta są mosty a najsłynniejszy z nich to 204-metrowy Kapellbrucke – most Kapliczny. Jest w całości zadaszony i w dawnych czasach stanowił część miejskich fortyfikacji. Nie łączy obu brzegów najkrótszą możliwą drogą, a jego kształt wynika z dostosowania kształtu konstrukcji do bagnistego podłoża.

Jest to najstarsza tego typu drewniana konstrukcja w Europie. Most jest symbolem miasta. Latem ozdobionymi kwiatami, zawsze pełen turystów pozujących do zdjęć. Bo być w Lucernie i nie mieć sweet foci na moście? No way 😉 przynajmniej dla tłumu azjatyckich turystów 😉

Do mostu przylega kamienna wieża (Wieża Wodna) na początku będąca elementem systemu obronnego miasta, następnie więzieniem, a obecnie mieści się w miej archiwum.

Sam most spłonął w 1333 roku, to po czym możemy spacerować dziś to rekonstrukcja z 1993 roku.

Spreuerbrucke – Młyński Most (Plewny)

Zbudowany kilkadziesiąt lat po Moście Klasztornym, w 1408 roku. Jest krótszy, też zadaszony. Zdecydowanie mniej popularny wśród turystów.

Lucerna – stare miasto

Starówka to renesansowy pałaca rodziny Am Rhynów, kaplica św. Piotra i Kornmarkt – ratusz miejski. Zbudowany w stylu włoskiego renesansu uznawany jest za jeden z najpiękniejszych budynków w całej Szwajacarii.

Na jednej ze ścian ratusza widać wzorce dawnych miar – stopy i łokcia.

Wąskie uliczki przy Weinmarktgasse są zamknięte dla ruchu kołowego.

Plac Weinmarkt

Weinmarkt to jeden z najpopularniejszych placów w mieście. Nazwa nie jest przypadkowa i dobrze Wam się kojarzy. Kiedyś handlowano tu winem, włoskim zresztą. Następnie plac pełnił rolę targu rybnego. Plac otaczają kolorowe kamieniczki, w ktorych urządzono głównie restauracje. Na placu rośnie lipa, pod którą kiedyś odbywały się sądy.

Hotel Gutsch

Ze starówki widać wznoszący się nad miastem bajkowy pałacyk. Tak na godzinie 1 na powyższym zdjęciu. To luksusowy, XIX-wieczny hotel Gutsch. Zatrzymywały się w nim takie sławy jak Sophia Loren, Charlie Chaplin czy Alfred Hitchcock. Odbyło się tu też wesele DJa Bobo – jednego z najsłynniejszych Szwajcarów. Obecnie hotel znajduje się w rękach rosyjskiego oligarchy – Aleksandra Lebiediewa.

Jezioro Czterech Kantonów

Podobnie jak w Zurychu, jezioro znajduje się nieopodal centrum miasta. Podczas mojego pobytu odbywał się tam festiwal kulinarny – było głośno, gwarno i… smacznie 😉 Widać, że tereny wokół jeziora żyją. Tu mieszkańcy spędzają weekendy, tu turyści szukają wytchnienia w upalne dni.

Lucerna – czy warto?

Tak, tak i jeszcze raz tak. Dla mnie odwiedzenie Lucerny było zupełnie nieplanowane, a miasteczko mnie urzekło. Nie miałam pojęcia, że jest tak popularne i są w nim takie tłumy turystów. Rocznie Lucernę odwiedza ponad 5 milionów gości! Z tego powodu myślę, że lepiej wybrać się tam przed lub po sezonie, na pewno będzie spokojniej niż podczas moich lipcowych odwiedzin.

Lucerna to taka Szwajcaria w pigułce – jest piękne jezioro, kolorowa starówka, eleganckie sklepy i restauracje. To wszystko otoczone Alpami. Mój szwajcarski numer 1. Wydaje mi się, że Szwajcaria w ogóle nie jest popularnym kierunkiem podróży, a szkoda. Jest piękna, miasta są czyste, świetnie utrzymane, a przyroda jest tu po prostu nieziemska. Niestety wakacje w Szwajcarii do tanich nie należą, pewnie dlatego aż tak popularna nie jest. Ale ja gorąco polecam, nie tylko zimą na narty 😉

Zurych – weekend w największym mieście Szwajcarii

Zurych – największe miasto uchodzące za stolicę szwajcarskiej finansjery choć nie stolica kraju. Bogate i nudne. Tak mówią. Czy tak jest w rzeczywistości? W pewien gorący lipcowy weekend poleciałam to sprawdzić.

Szwajcarzy powtarzają legendę o tym, że kiedy Bóg tworzył świat Włochom dał piękną przyrodę i doskonałą kuchnię, Niemcom bogactwo i porządek, a Francuzom fantazję i sztukę. Na koniec postanowił stworzyć kraj, który będzie miał to wszystko i tak powstała Szwajcaria. Urocze? Urocze ale naprawdę trudno się z tym nie zgodzić. Złośliwi Niemcy ripostują Szwajcarów mówiąc, że dla równowagi ten mający wszystko kraj został obdarowanymi nudnymi ludźmi. Tu jednak bym polemizowała 😉

Zurich Hauptbahnhof

Niezależnie od tego czy przyjeżdżacie do miasta pociągiem lub busem czy przylatujecie samolotem to pierwsze miejsce jakie napotkacie to Dworzec Główny – Zurich Hauptbahnhof. Dworzec poza funkcjami typowymi dla takiego miejsca jest też przestrzenią sztuki. Podczas mojego pobytu znajdowała się tam taka instalacja jak na powyższym zdjęciu, przez długi czas dworzec zdobiła rzeźba kolorowego anioła w zaawansowanej ciąży zwisającego z sufitu. Dzieje się 😉

Bahnhofstrasse – główna ulica zakupowa Zurychu

Praktycznie naprzeciwko głównego wyjścia z dworca znajduje się Bahnhofstrasse – główna arteria zakupowa miasta, taka zuryska Piąta Aleja. Miesięczny czynsz należy tu do najwyższych w Europie. Jeśli chce zakupić torebkę od jednego z czołowych światowych projektantów albo nowego rolexa – to właśnie tu. Nawet jeśli nie chcecie nic kupić to i tak tu przyjdźcie. Sklepowe wystawy to mała galeria sztuki.

Przy Bahnhofstrasse 21 mieści się jedna z najsłynniejszych cukierni w mieście – Sprungli. Jej sztandarowym produktem są ciasteczka Luxemburgeli (ciastka luksemburskie), których sprzedaje się pół tony dziennie! Ponadto możecie tu spróbować jednego (lub kilku) z ponad 40 rodzajów pralinek ze szwajcarskiej czekolady.

Paradeplatz

Spacerując ulicą w kierunku jeziora dojdziemy do Paradeplatz wokół którego swoje siedziby mają wszelkie możliwe banki. Miejska legenda głosi, że pod asfaltem, w dawnych kanałach ściekowych, znajdują się tajne skarbce.

Zurych – starówka

Skręcając w lewo dotrzemy do zuryskiej starówki. Sami mieszkańcy pieszczotliwie nazywają ją wioseczką. Nie ma tu żadnych okazałych budowli, za to jest sporo gotyckich kamienic. W wielu z nich działają dziś sklepy, restauracje i kluby. Co chwilę będziecie mijać jakąś fontannę – w Zurychu jest ich ponad 1000! Ważne latem – woda z każdej fontanny nadaje się do picia.

Spacerując po starym mieście warto zwrócić uwagę na Cabaret Voltaire – tę knajpę uważa się za miejsce narodzin dadaizmu – nurtu, który utorował drogę sztuce współczesnej. Idee dadaistów to absurd, odrzucenie wszelkich konwencji, nonsens i prymitywizm. Kawiarnia słynie z organizowanych tu awangardowych wystaw. A propos sztuki, to właśnie w Zurychu swoje pierwsze wystawy organizował Picasso (w budynku dzisiejszego Muzeum Sztuk Pięknych).

Zurych Operahouse

Opera w Zurychu to największa instytucja kulturalna kraju. Rocznie wystawia ponad 300 spektakli co czyni ją jedną z największych pod względem produkcji scen Europy. Budynek, w którym mieści się opera powstał w 1891 roku, został zaprojektowany przez architektów z Wiednia i niestety podczas mojego pobytu był w remoncie.

Plac Bellevue

Znajduje się praktycznie naprzeciwko opery, jest węzłem komunikacyjnym i miejscem spotkań. Otoczony zielenią i kamienicami z przełomu XIX i XX wieku, położony tuż przy brzegu jeziora. Bardzo eleganckie choć zatoczone miejsce.

Grossmunster – katedra

Właściwie to romański kościół protestancki, którego charakterystycznymi punktami są dwie strzeliste wieże, które Szwajcarzy (ktoś nadal twierdzi, że oni są nudni?) nazywają solniczką i pieprzniczką.

Lindenhof

Miejsce spotkań mieszkańców miasta. Stąd rozciąga się piękna panorama Zurychu. Wzgórze otoczone jest lipami skąd wzięła się nazwa.

Jezioro Zuryskie

Jezioro znajdujące się praktycznie w centrum miasta. Wygięte w kształt banana, otoczone parkami i szczytami Alp. O każdej porze pełne ludzi. Tu pracownicy korporacji spędzają przerwę na lunch, tu bawią się dzieci, tu turyści uciekają przed letnimi upałami. Cudowne miejsce. Jak ktoś chce odpocząć bardziej aktywnie – są rowerki wodne, można się wykazać. A potem zjeść coś w jednej z otaczających je restauracji.

Wg tripadvisora jezioro to zuryska atrakcja nr 1. Trudno się z tym nie zgodzić.

Wzdłuż dolnej części północnego brzegu jeziora rozciąga się słynny Złoty Brzeg. Ten region jest znany z niskich stawek podatków oraz wysokich cen nieruchomości – nic dziwnego, że mnóstwo tu budynkami i willi bardzo zamożnej części społeczeństwa. 

Co zjeść w Zurychu?

Nie byłabym sobą gdybym nie zrobiła chociaż krótkiej wstawki kulinarnej 😉 Byłam w Zurychu w lipcu, było ponad 30 stopni i sama uważałam, że tłuste gorące sery to nie jest najodpowiedniejsze pożywienie ale… Być w Szwajcarii i nie zjeść raclette? 😉 Poczekałam do wieczora, kiedy temperatura spadła do rozsądnych wartości i przy starym mieście zjadłam pyszne, tłuste, tuczące raclette. Kawałki chleba i pikle w rozpływającym się serze – szwajcarska specjalność na każdą porę roku. Musicie!

A na deser koniecznie szwajcarska czekoladka. Albo tuzin czekoladek 😉 Wybór jest ogromny, zarówno w cukierniach jak i zwykłych marketach. Nawet znane u nas marki mają w Szwajcarii dużo bogatszą ofertę. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chyba, że ktoś nie lubi czekolady, podobno są tacy biedni ludzie 😀

Zurych – czy warto?

Zurych w ogóle nie jest nudny. Jest piękny, jest poukładany, czysty. Ale wiecie co pomyślałam po pierwszym dniu pobytu w mieście? To doskonałe miejsce do życia. Tu się nie pędzi jak w innych europejskich metropoliach, tu każdy ma czas, żeby skoczyć nad jezioro, na kawę, na lunch. Ludzie pracują ale nie żyją pracą. Chociaż wedle wszelkich rankingów koszty życia w Zurychu są najwyższe w Europie. Ale z drugiej strony średnia płaca w budżetówce wynosi 6 tysięcy franków. Więc źle się Szwajcarom z Zurychu nie powodzi 😉

Miasto jest stosunkowo niewielkie, nie ma tu wieżowców (najwyższa jest wieża kościelna). Cytując Kramera z Vabanku: Zurych, Alpy, tu się oddycha. Polecam Wam serdecznie taki oddech! Miasto jest na tyle małe, że spokojnie można je obejść w jeden dzień a zwiedzić w dwa stąd już po przylocie musiałam poszukać sobie atrakcji na pozostałe dni mojego pobytu. Padło na Liechtenstein i Lucernę. Pojawią się na blogu już niedługo, stay tuned 😉

W Zurychu odbywa się też jarmark bożonarodzeniowy a całe miasto jest wtedy oświetlone lampkami. Widoki jak z bajki, z pewnością wrócę kiedyś do Zurychu w okresie zimowym.

Arcachon i wydmy Dune du Pilat w jeden dzień z Bordeaux

Podczas naszego wyjazdu do Akwitanii jeden dzień przyszło nam spędzić w nadmorskiej miejscowości Arcachon. Pogoda niestety nie dopisała (było chłodno, pochmurno i przelotnie padało). Niemniej miasteczko bardzo nam się podobało.

Arcachon – co zobaczyć?

Miasteczko położone jest nad zatoką będącą częścią Oceanu Atlantyckiego i jest typowym nadmorskim kurortem. Wzdłuż oceanu ciągnie się deptak otoczony kawiarniami i restauracjami, jest też kilka sklepików (w większości zamkniętych). Nad morzem ustawiono też młyńskie koło i karuzelę. Francuzi chyba wyjątkowo lubują się w tego typu atrakcjach.

Odchodząc od morza warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek otoczonych pastelowymi willami. Zabudowa miasteczka jest naprawdę obłędna. Mimo iż wille w większości wyglądają na opuszczone to stanowią piękny krajobraz. Naprawdę jak z bajki. Każda ma swoją nazwę i na każdej widnieje rok budowy. Większość pochodzi z początku XX wieku.

Arcachon słynie z hodowli ostryg. Pod miastem znajdują się liczne farmy, a ostrygi, których możecie spróbować w Bordeaux czy innych miejscach w regionie pochodzą właśnie z Arcachon.

W okresie wczesnej wiosny miasto robiło wrażenie sennego ale bardzo przyjemnie się tam spacerowało i spędzało czas. Nie traktujcie Arcachon wyłącznie jako bazy wypadowej do wydmy Pilat, koniecznie zróbcie sobie spacer wąskimi uliczkami!

Dune du Pilat – największa wydma w Europie

Plaża Dune du Pilat w 2016 roku znalazła się w rankingu 20 najpiękniejszych plaż świata brytyjskiego dziennika The Guardian. Położona jest dokładnie w miejscowości La Teste-de-Buch, nieopodal Arcachon, 60 km od Bordeaux.

Sama wydma jest największą wydmą w Europie – pod względem wysokości (110-115 metrów i ciągle rośnie) oraz objętości piasku. Ze względu na czynniki meteorologiczne, hydrologiczne i klimatyczne wydma przesuwa się o 1 do 5 metrów rocznie. Ma ona długość 2900 metrów, szerokość 616 metrów i objętość 55 milionów metrów sześciennych piasku.

Wbrew temu co się powszechnie uważa (i co np. pisze Wikipedia a za nią powielają wszystkie blogi) nazwa nie pochodzi od Piłata a od słowa Pilot oznaczającego kopiec. Sąsiadująca z Teste-de-Buche miejscowość Pyla owszem, wzięła swą nazwę od biblijnego Piłata, ale wydma już nie.

Wydma otoczona jest lasami i lazurowym morzem (nawet w pochmurny dzień kolor robił wrażenie).

Wstęp na wydmę jest bezpłatny. Autobusy z miasteczka jeżdżą tak, że na zwiedzanie można przeznaczyć godzinę lub 2,5 godziny. Obawiałam się, że godzina to będzie za mało a 2,5 za dużo. Okazuje się, że spokojnie można wyrobić się w godzinę. I to bez pośpiechu i biegania po wydmie. Dojście od przystanku do wejścia na wydmę zajmuje kilka minut, potem trzeba wdrapać się po ponad 250 schodach i już jesteśmy na wydmie. Można spokojnie po niej pochodzić, posiedzieć, podziwiać widoki i wrócić (wysypując z butów kilogram piasku). Mi się jeszcze udało wciągnąć lody w drodze powrotnej 😉 Przy wydmie znajduje się kilka sklepów z pamiątkami i barów. Jest też toaleta.

Cała wydma wraz z otaczającymi ją lasami (6800 hektarów) jest pod ścisłą ochroną, a od 1930 roku jest pomnikiem przyrody.

Zrobiła na nas ogromne wrażenie mimo kilku wycieczek szkolnych (banda rozwrzeszczanych dzieciaków to nie jest idealny towarzysz podróży ale cóż). Spacerując kawałek dalej od zejścia ze schodów można mieć spory kawałek piasku dla siebie. I ciszę, spokój oraz genialne widoki będące połączeniem piasku, wody i zieleni lasów. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Francji, nie tylko w Akwitanii.

Saint-Emilion w jeden dzień z Bordeaux

Saint-Emilion to średniowieczna osada słynąca z uprawy winorośli i produkcji wina. Miasteczko i otaczające je winnice zostały wpisane w 1999 roku na listę UNESCO. O tym jak dostać się z Bordeaux do Saint Emilion pisałam TU. Miasteczko leży zaledwie 35 km od Bordeaux. Rocznie odwiedza je ponad milion turystów z całego świata. Na szczęście większość z nich w okresie letnim i jesiennym (podczas zbiorów winogron). Podczas naszej kwietniowej wizyty było luźno i spokojnie.

Nazwa miasteczka pochodzi od imienia mnicha Emiliana przybyłego z Bretanii w VIII wieku. Założył tu swoją pustelnię. Sławę zyskał dzięki licznym uzdrowieniom, których dokonywał. Grota, w której mieszkał stała się miejscem kultu i licznych pielgrzymek. Na pamiątkę tych cudów jedna z grot została zamieniona w kościół monolityczny wykuty w skale.

Place du Clocher

Zwiedzanie miasteczka najlepiej rozpocząć od Place du Clocher. Tu znajduje się centrum informacji turystycznej gdzie można uzyskać mapki, informacje o chateaux (zamkach-winnicach) czy wypożyczyć rower. Nasz wstępny plan zakładał wypożyczenie tego środka transportu ale cena 18 EUR nad trochę odstraszyła. W każdym razie i miasteczko, i otaczające je winnice da się bez problemu odwiedzić pieszo. Jadąc do Saint-Emilion załóżcie porządne buty, brukowane uliczki co chwilę prowadzą to w dół, to w górę i łatwo się poślizgnąć.

Z placu rozciąga się piękna panorama dolnej części miasteczka.

Eglise Collegiale

Jeden z głównych kościołów miasta, położony tuż przy punkcie informacji turystycznej. Właściwie informacja turystyczna znajduje się w dawnym refektarzu kościelnym.

Ogromna budowla to XII-wieczny kompleks romańskiej świątyni i licznych krużganków. Jest to jeden z największych kościołów w całym regionie Żyrondy. Jest miejscem licznych koncertów i wydarzeń kulturalnych.

Między krużgankami znajduje się piękny ogród, który ma symbolizować biblijny Eden. Same krużganki są kolorowe i pięknie udekorowane. Dekoracje datuje się na XIII i XIV wiek. W kościele są pochowane wszystkie osoby ważne dla społeczności Saint-Emilion.

Kościół monolityczny

Wykuty w skale kościół monolityczny znajduje się w dolnej części miasteczka, tak jakby pod kościołem Eglise Collegiale. To tu miała znajdować się grota mnicha Emiliana. Budynek przypomina podziemną katedrę, datuje się go na XII i XIII wiek. Kościół został zniszczony w XVI wieku, odbudowano go dopiero w XX wieku. Przy kościele znajduje się chyba największy plac w mieście z kilkoma restauracjami i sklepami z winem. Do kościoła należy 68-metrowa dzwonnica. Kościół można zwiedzać tylko podczas zorganizowanych wycieczek z przewodnikiem.

Market Hall

Znajduje się tuż obok placu z kościołem monolitycznym. Arkadowa konstrukcja pamięta czasy średniowiecza, latem jest miejscem gdzie turyści uciekają przed słońcem, wczesną wiosną raczej leniwym zaułkiem, z którego można podziwiać plac. Znajduje się tu kilka sklepików. W XVIII wieku hala była miejscem zgromadzeń rady miejskiej.

Wieża Króla

XIII-wieczny zabytek, który królewski jest tylko z nazwy, bo nikt nie wie kto i dla kogo go wybudował. Wieża ma 32 metry wysokości, prawdopodobnie pełniła na samym początku swojego istnienia rolę ratusza. Dziś miejscem, w którym ogłasza się oficjalne rozpoczęcie winobrania (we wrześniu) i gdzie ogłasza się ranking nowych win (w czerwcu).

Na wieżę można wejść, trzeba pokonać 118 stopni i zapłacić 2 EUR.

Lavoirs

Nie wiem jak to ładnie przetłumaczyć. Myjnia? 😉 Kształt całego Saint-Emilion powstał wskutek wody obmywającej skały i tworzącej naturalne jaskinie. To miejsce to źródło naturalnej wody gdzie dawniej kobiety po prostu robiły pranie. Przy okazji było miejscem spotkań i wymiany ploteczek. Dziś jest miejscem spotkań turystów przed wyruszeniem do górnej części miasteczka.

Cloitre des Cordeliers

Klasztor z podziemnymi piwniczkami na wino, który został opuszczony podczas Rewolucji Francuskiej. Do dziś produkuje się tu tradycyjną metodą podobno legendarne już wino musujące. Niestety podczas naszego pobytu w remoncie, nie pozwolono nam wejść. Ukradkiem udało mi się pstryknąć jedno zdjęcie 😉

Porte Brunet

Brama miejska, którą miniecie opuszczając miasteczko i udając się w stronę hektarów winorośli.

Jest pozostałością dawnych miejskich fortyfikacji, pełniła bardziej rolę ceremonialną niż obronną – miała pokazywać siłę i bogactwo miasta wszystkim, którzy do niego wjeżdżali. Była też miejscem poboru opłat za wstęp do centrum. Była jedną z sześciu tego typu bram okalających miasto. Jako jedyna się zachowała, pozostałe zostały zniszczone podczas wojen religijnych w XVI wieku.

Winnice Saint-Emilion

Nie oszukujmy się, do Saint Emilion nikt nie jedzie, żeby zwiedzać kościoły czy spacerować wąskimi uliczkami miasta. Żeby była jasność – miasteczko jest przeurocze i spędzony tam dzień uważam za bardzo miły ale głównym punktem wizyty w Saint-Emilion są winnice. Wszystkie winnice regionu Bordeaux, nie tylko w Saint-Emilion, słyną z tego, że są niewielkich rozmiarów i że nie organizuje się tam wycieczek dla kilkudziesięciu osób. Winnice zwiedza się we własnym zakresie.

Na terenie miasta znajduje się kilka piwnic (cave du vin), które można zwiedzać bezpłatnie. Same pola winorośli i chateaux znajdują się w odległości 1-1,5 kilometra od centrum miasteczka. Już w drodze ze stacji kolejowej do miasta mijamy kilka winnic. Zwiedzanie czasem jest bezpłatne, w większości miejsc kosztuje 5 – 10 EUR, najdroższe zdaje się 15 EUR. W cenie najczęściej jest też degustacja.

Nam udało się zwiedzić tylko kilka piwnic w mieście (bardzo polecam!) i pospacerować wzdłuż pól winorośli. Podczas naszego pobytu odbywała się prezentacja młodych win i wszystkie chateaux były opanowane przez profesjonalnych sommelierów.

Saint-Emilion – czy warto?

Powiem tak – jest to miejsce, które obowiązkowo musicie odwiedzić podczas pobytu w Bordeaux. Z nowoczesnej metropolii w godzinę przeniesiecie do czasów średniowiecza, odwiedzicie dziesiątki przeuroczych sklepików (nie tylko z winem) i spróbujecie najlepszego bordeaux na świecie. My się poważnie zastanawiamy czy na emeryturze nie przenieść się tam na stałe i nie mieć małej winnicy 😉 Na własne potrzeby 😉

Bordeaux – zwiedzanie stolicy Akwitanii

Akwitania to zielony region południowo-zachodniej Francji. Stolicą regionu jest Bordeaux będące siedzibą światowej społeczności wina.

Całe XVIII-wieczne centrum miasta zostało w 2007 roku wpisane na listę UNESCO (jako drugie we Francji). Leży ono na wschodnim brzegu rzeki Garonny (z polska Żyrondy) i przybiera kształt un croissant de lune – półksiężyca. Potocznie Francuzi nazywają je Porte de la Lune.

Złoty Trójkąt

Serce miasta stanowi Złoty Trójkąt – Triangle d’Or – ciągnący się od placu Gambetta (podczas naszego pobytu w remoncie), przez Place de la Comedie do placu Tourny.

Place Gambetta w XIX wieku stanowił ścisłe centrum miasta. Pod numerem 10 znajduje się kamień milowy wyznaczający centrum (obecnie nie do odnalezienia gdyż plac jest zastawiony żurawiami i otoczony murem, nie ma do niego wstępu). Podczas Rewolucji Francuskiej na tym placu znajdowała się miejska gilotyna.

Place de la Comedie uchodzi za najbardziej atrakcyjny i luksusowy plac w mieście. Znajduje się przy nim XVIII-wieczny Grand Theatre – Teatr Wielki – a naprzeciwko niego Grand Hotel de Bordeaux (obecnie pod szyldem Intercontinental, z restauracją Gordona Ramsaya na parterze). W okolicy znajduje się też wieża zegarowa, a za nią jedno z popularnych miejsc – kolorowa karuzela w paryskim stylu. Trzeba przyznać, że miejsce jest bardzo szykowne i piękne choć nie przytłaczające.

Spacerując Rue Mautrec z place de la Comedie dotrzemy do mniejszego ale bardzo uroczego Place Du Chapelet z XVII-wiecznym barokowym kościołem, pięknym budynkiem Theatre Francais (obecnie działa tu kino) i oczywiście licznymi knajpkami.

Quincones

Ważnym punktem miasta jest też Esplande de Quinconces z pomnikiem żyrondystów – wpływowych lokalnych polityków deputowanych do Zgromadzenia Rewolucyjnego w 1789r., obalonych przez Robespierra. 

Kolumna za statuą wolności na szczycie mierzy 43 metry. Po obu stronach kolumny znajdują się bogato rzeźbione fontanny (na początku kwietnia niedziałające). Jedna z nich symbolizuje triumf republiki, druga triumf Concordii.

Sam plac Quinconces jest największym placem w całej Francji, a wg niektórych źródeł nawet największym placem w Europie. Sprawia jednak wrażenie zaniedbanego. Często odbywają się tu różne targi, koncerty i inne wydarzenia kulturalne.

Przy placu stoją dwie ogromne kolumny ozdobione dziobami statków upamiętniające zwycięstwa w bitwach morskich. Na ich szczytach stoją postaci Handlu i Nawigacji. Przy placu znajdują się też marmurowe pomniki francuskich myślicieli – Montaigne i Montesquieu.

Przy Quinconces znajduje się biuro informacji turystycznej (można wpaść po mapki, jest też sklepik z pamiątkami a takich w Bordeaux wiele nie ma), tu przecinają się linie tramwajowe i autobusowe więc stąd najłatwiej dostać się do każdego innego miejsca w mieście, taki punkt przesiadkowy.

Jardin Public – Ogród Miejski

Z placu warto się przespacerować do miejskiego ogrodu – Jardin Public. Zbudowano go w 1746 roku. Jest bardzo zadbany, dobrze utrzymany. Spotkacie tu mnóstwo spacerowiczów, biegaczy i wszystkich chcących odetchnąć od miejskiego zgiełku. Latem jest popularnym miejscem pikników.

Ruiny rzymskiego amfiteatru

Z ogrodu niedaleko już do rzymskich ruin – Palais Gallien. Są to pozostałości amfiteatru z początków II wieku będącego przykładem świetności Imperium Rzymskiego w tamtych czasach.

Bordeaux – gdzie na zakupy?

Koniecznie na główny deptak miasta – Rue Sante Catherine. Francuzi twierdzą, że to najdłuższa zamknięta dla ruchu kołowego zakupowa ulica w Europie. Otoczona sklepikami we francuskim stylu i znanymi sieciówkami, z przerwami na małe kafejki i bistra. Bardzo przyjemna choć bardzo zatłoczona. Zaczyna się przy Place de la Comedie a kończy przy Cours Victor Hugo.

Krótszych choć nie mniej przyjemnych uliczek zakupowych jest w Bordeaux więcej. Najważniejsze to Rue Notre Dame (z licznymi antykwariatami), Rue Porte Dijeaux (z herbaciarniami i cukierniami) i Meriadeck – tu znajduje się duży supermarket i sklepy sieciowe. Nam najbardziej przypadła do gustu uliczka Rue Saint-James. Wszystkie znajdujące się przy niej sklepiki są bardzo stylowe, wystawy urządzone jak dzieła sztuki a sama uliczka jest cicha, spokojna i niezatłoczona. Polecam też przysiąść na chwilę w znajdującym się przy niej Vintage Bar – również stylowe miejsce, pasujące do klimatu ulicy.

Place de la Bourse – Plac Giełdy

Najbardziej pocztówkowym i charakterystycznym punktem miasta jest elegancki Place de la Bourse. To w tym miejscu naruszone zostały średniowieczne mury (w 1749 roku) i rozpoczęła się era rozkwitu miasta. Plac ma kształt podkowy i powierzchnię 3,5 tysiąca metrów kwadratowych.

W okresie letnim przed placem znajduje się tzw. Miroir d’Eau – Lustro Wodne. Jest to największa tego typu atrakcja na świecie, powstała w 2006 roku, uwielbiana przez dorosłych i przez dzieci. Niestety w kwietniu nie była jeszcze dostępna.

Nazwa placu pochodzi od znajdującego się przy nim budynku giełdy – XVIII-wiecznego gmachu, który stał się źródłem inspiracji dla architektów z całego świata.

Na samym środku placu znajduje się fontanna Trzech Gracji z 1860 roku – tradycyjne miejsce spotkań mieszkańców miasta i turystów.

Place du Parlament

Tuż obok Place de la Bourse znajduje się Place du Parlament – mniejszy plac otoczony XVIII-wiecznymi fasadami, z fontanną pośrodku. Na fasadach i fontannach miejskich można dostrzec rzeźbione głowy tzw. maskarony. W całym mieście naliczono ich ponad 3 tysiące!

Nieopodal znajduje się Place de la Republique, a nieco dalej Place de la Victoire – miejsce pełne studentów otoczone kawiarniami, restauracjami i barami. Jeszcze nieco dalej znajduje się Place Saint Pierre z Gallo-romańską bramą. Spacerując po starym mieście dojdziecie do wniosku, że miasto placami i placykami stoi. Przy każdym z nich znajduje się kilka knajpek, kawiarni, małe sklepiki. Każdy plac tworzy małą społeczność.

Bramy miejskie

Bramy to pozostałości średniowiecznych obwarowań, zachowały się w całości lub we fragmentach – Porte Dijeaux, Porte Cailhau i Porte de Bourgogne (ta ostatnia w kształcie łuku triumfalnego).

Grosse Cloche de Bordeaux

Każde szanujące się miasto musi mieć swoją grubą wieżę. Tak jest i w Bordeaux. Jest to XIII-wieczna dzwonnica, jedna z niewielu zachowanych średniowiecznych pozostałości. Koniecznie zajrzyjcie do środka! Od niej odchodzi urocza uliczka Saint-Jean, o której wspominałam wcześniej.

Bordeaux – kościoły

Nie jestem fanką kościołów i jeśli miałabym zapłacić choćby złamane euro za zwiedzanie któregokolwiek to na pewno bym ich nie zwiedziła. Ale że kościoły w Bordeaux są otwarte dla zwiedzających i zwiedzanie jest bezpłatne to do kilku udało nam się wejść. Zwłaszcza, że świątynie znajdują się blisko innych atrakcji miasta.

Cathedral St-Andre (katedra św. Andrzeja) to świątynia mogąca się poszczycić wspaniałymi witrażami i smukłymi bliźniaczymi wieżami. Świątynia była konsekrowana w 1096 roku ale pierwszy kościół stał w tym miejscu już w III wieku. Znajduje się na placu Pey-Berland, tuż przy ratuszu miejskim (Hotel de Ville) i została w 1998 roku wpisana na listę UNESCO. Twórcy katedry wzorowali się na paryskiej bazylice Notre-Dame.

Front katedry jest bogato zdobiony, wchodząc do świątyni przez Porte Royale możemy zobaczyć dekoracyjne rzeźby ze scenami Sądu Ostatecznego, Zmartwychwstania i postaciami XIII-wiecznych apostołów.

Katedra znajduje się na szlaku do Santago de Compostella i jest jednym z przystanków dla pielgrzymów udających się do Hiszpanii.

Tuż przy katedrze znajduje się dzwonnica (Tour Pey-Berland), na którą można wejść (wstęp 6 EUR). Podobno widoki z góry są niesamowite. My dotarliśmy tam wieczorem po całym dniu chodzenia po mieście i zaledwie 4 godzinach snu poprzedniej nocy więc mimo szczerych chęci zabrakło nam sił, żeby wejść na górę po 231 schodach.

Ratusz miejski sąsiadujący z katedrą znajduje się w budynku będącym dawną siedzibą arcybiskupstwa. Niestety podczas naszej wizyty cały teren był zamknięty (niedziela).

Notre-Dame du Chapelet to kościół znajdujący się w małej uliczce nieopodal Grand Theatre. Został wybudowany między 1684 a 1707 rokiem. W tym kościele odbył się pogrzeb mieszkającego w Bordeaux malarza Francisco Goyi.

Bazylika św. Michała (Saint-Michel) to kolejna gotycka świątynia, której wieża góruje nad miastem. Znajduje się przy placu o tej samej nazwie. Została zbudowana między XIV a XVI wiekiem, a jej charakterystycznym punktem jest ogromna dzwonnica Fleche de Saint-Michel. Na placu przed katedrą we wtorki, czwartki, piątki i niedziele odbywa się pchli targ.

Bordeaux – street art

Bardzo lubię sztukę ulicy a Bordeaux uchodzi za francuską stolicę street artu. W ogóle mam wrażenie, że to miasto z jednej strony dostojne i eleganckie ale z drugiej to właśnie tu króluje graffiti, tu jest mnóstwo skate-parków, jest tak alternatywnie.

Zagłębiem street artu jest wspominane już przeze mnie w poprzednim wpisie centrum Darwin. Ale na dzieła sztuki ulicy natkniecie się w wielu różnych zakątkach miasta, rozglądajcie się uważnie.

Zdjęcie powyżej przedstawia mural tuż obok naszego hotelu zrobiony pierwszego dnia pobytu. Następnego dnia został zamalowany, a jeszcze kolejnego pojawiło się w tym miejscu nowe dzieło (nie wiem jakim cudem nie zrobiłam zdjęcia). Jak widać sztuka ulicy w Bordeaux naprawdę żyje.

Bordeaux – bulwary

Wzdłuż rzeki stworzono szerokie bulwary gdzie w weekend pełno jest spacerowiczów, rowerzystów, biegaczy i troszkę turystów 😉 Jest też kilka kawiarni i knajpek gdzie można wypić kawę czy coś przekąsić. W piękny słoneczny dzień idealne miejsce na spędzenie kilku leniwych godzin.

Bordeaux – niedzielny targ Marche des Quais

Nad rzeką, przy Quai de Chartrons, w niedzielne poranki rozkłada się targ, gdzie można zakupić lokalne świeże ryby i owoce morza, owoce i warzywa, sery, pieczywo i oczywiście wino. Można też coś zjeść i wypić kawę. To było nasze pierwsze, jakże pozytywne, spotkanie z Bordeaux. W tym samym miejscu w czwartki odbywa się targ produktów organicznych.

Bordeaux – la Cite du Vin

Położone nieco dalej od centrum Miasto Wina, dojazd tramwajem B, przystanek nazywa się Cite du Vin. Muzeum multimedialne, biblioteka, miejsce wystaw, pokazów i seminariów w jednym. Kompleks został otwarty w 2016 roku a jego budowa pochłonęła ponad 80 milionów euro! Pewnie stąd koszt biletu wstępu to aż 20 EUR. Muzeum szczyci się też przeszklonym tarasem widokowym na ostatnim piętrze.

Nam udało się zobaczyć budynek tylko z zewnątrz, na zwiedzanie zabrakło czasu. Zresztą moim zdaniem będąc w Akwitanii lepiej zwiedzić prawdziwą winnicę, a nie sztucznie urządzone muzeum. Pewnie gdyby było więcej czasu to i Cite Du Vin by się udało zobaczyć ale niestety ta atrakcja zostaje na kolejny raz.

Pont de Pierre – symbol miasta

Kamienny, niemal 500-metrowy most, to pierwsza przeprawa wybudowana za czasów Napoleona. Często nazywany jest właśnie mostem Napoleona.

Most liczy 17 łuków – po jednym na każdą literę imienia cesarza – Napoleon Bonaparte. Łuki są niskie przez co pod mostem przepływają niemal wyłącznie statki turystyczne. W 2004 roku pogłębiono dno, żeby pod mostem mogły przepływać statki transportujące części do największego samolotu pasażerskiego świata – Airbusa A380.

Most dostępny jest zarówno dla pieszych, jak i dla samochodów. Przejeżdża przez niego tramwaj linii A.

le Pont Jacques Chaban Delmas – Nouveau Pont

Ogromny most unoszony wertykalnie (największa tego typu konstrukcja w Europie), który umożliwia wpłynięcie do portu ogromnych statków. Znajduje się tuż przy Cite du Vin. Otwarto go w 2013 roku.

Po drugiej stronie rzeki

Nie da się ukryć, że druga część miasta jest dużo mniej atrakcyjna. Tuż za mostem St Pierre znajduje się Place Stalingrad z rzeźbą lwa i wspomniany już przeze mnie w poprzednim wpisie Darwin Eco – System.

Wzdłuż rzeki ciągnie się też bardzo przyjemny park – Parc aux Angeliques. Zielona przestrzeń ze ścieżką dla pieszych, ścieżką rowerową i trawnikami pełnymi piknikowiczów. Po tej stronie rzeki nie ma bulwarów i wydaje mi się, że park jest takim ich odpowiednikiem. Również bardzo przyjemne miejsce i w ciepły, słoneczny dzień polecam się nim przespacerować.

Bordeaux i Akwitania na weekend – informacje praktyczne

Pierwszy wiosenny weekend przyszło nam spędzić w Akwitanii. Rejonie jak się okazało zupełnie zapomnianym przez turystów. Pierwsze symptomy tego znalazłam po tym jak zakupiłam gruby, piękny przewodnik po Francji. Było tam mnóstwo miejsc ale Akwitanii nie. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że turyści pomijają Bordeaux ale tak właśnie jest, zwłaszcza przed sezonem. Ma to oczywiście głównie plusy – jest cicho, spokojnie, restauracje serwują genialne jedzenie a nie papki dla turystów. Dla tych co nie mówią po francusku problemem będzie komunikacja – prawie nikt nie mówi po angielsku, zdecydowana większość knajp ma menu tylko po francusku, nawet opisy przy atrakcjach turystycznych są tylko po francusku. A jeśli są po angielsku to w wersji mocno skróconej, np. 8 linijek po francusku a po angielsku dwie 😀

Jak się dostać z Polski do Akwitanii?

Najprościej – samolotem na lotnisko w Bordeaux-Merignac (BOD). W sezonie letnim WizzAir oferuje loty z Warszawy (lotnisko Chopina), a Ryanair z Krakowa. Mieszkańcy zachodniej Polski mogą też skorzystać z lotów EasyJet z Berlina. Kupując bilety z wyprzedzeniem można je złapać w naprawdę korzystnej cenie (nasze kosztowały 140zł RT).

Bordeaux – dojazd z lotniska

Lotnisko położone jest w miejscowości Merignac, około 12 kilometrów od centrum Bordeaux. Dojazd do miasta zapewnia shuttle bus, który jedzie bezpośrednio na stację kolejową (Gare St Jean), dojazd zajmuje ok. 30 minut, bilet kosztuje 8 EUR w jedną stronę.

Tańszą opcją jest dojazd autobusem miejskim nr 1 za 1,7 EUR. Autobus jedzie na ten sam dworzec kolejowy ale po drodze ma mnóstwo przystanków i dojazd zajmuje prawie godzinę. Plus jest taki, że ma też kilka przystanków w okolicach centrum miasta (place Gambetta) gdzie można przesiąść się na tramwaj. Bilet do kupienia w automacie przy przystanku (można wybrać język angielski).

Samoloty WizzAir przylatują na terminal Billi. Trudno go właściwie nazwać terminalem, to raczej wielka buda udająca lotnisko. Chociaż po przeczytaniu opinii w internecie i tak byłam pozytywnie zaskoczona, bo spodziewałam się czegoś jeszcze gorszego. Generalnie jest tam jeden sklep, jedna knajpa i kilka toalet. Nie przyjeżdżajcie dużo wcześniej przed odlotem, bo nie ma tam kompletnie co robić.

Wychodząc z terminala i idąc w stronę hali A i B najpierw będzie przystanek shuttle busa (tego za 8 EUR), jeśli chcecie jechać autobusem nr 1 to musicie iść jeszcze dalej prosto wzdłuż terminala. Autobusy jeżdżą co ok. 10 minut.

Na lotnisku jest też oczywiście postój taksówek, działa też Uber.

Bordeaux – komunikacja miejska

Za pomocą trzech linii tramwajowych (A, B i C) dojedziecie praktycznie w każdy zakątek miasta, uzupełnieniem komunikacji tramwajowej są autobusy.

Bilet jednorazowy (ważny godzinę od skasowania, a raczej zeskanowania) kosztuje 1,7 EUR. Można też zakupić bilet 2-przejazdowy za 3,1 EUR i bilet 10-przejazdowy za 13,2 EUR. Z biletu 10-przejazdowego mogą korzystać 2 osoby, trzeba go po prostu 2 razy zeskanować przy wsiadaniu do autobusu/tramwaju. Jest też bilet 24-godzinny za 4,7 EUR oraz bilet 7-dniowy za 9,9 EUR. Tego ostatniego niestety nie można zakupić w automatach na przystankach. Biletomatów jest dużo, nie zdarzyło nam się spotkać żadnego niedziałającego, przyjmują płatności gotówką i kartą.

Mimo iż samo centrum Bordeaux jest dość zwarte to miasto jest jednak duże, sporo atrakcji jest oddalonych od ścisłego centrum więc ciężko poruszać się wyłącznie pieszo. W mieście jest też sporo rowerów miejskich, które działają na podobnej zasadzie jak w polskich miastach. Minus jest taki, że nie ma właściwie żadnej infrastruktury – ścieżek rowerowych. Rowerzyści jeżdżą po chodnikach, a odważniejsi po ulicy. Z tego względu rower w Bordeaux jest średnio praktycznym środkiem transportu. Wypożyczenie roweru miejskiego to koszt 1,7 EUR za 24 godziny. Podczas wypożyczenia pobierany jest depozyt z karty kredytowej- 200 EUR. Po pierwszym wypożyczeniu otrzymuje się kod ważny przez 24 godziny na nielimitowaną ilość wypożyczeń.

Akwitania pociągami

Bordeaux jest piękne i oferuje sporo atrakcji ale w 2 dni spokojnie można je zwiedzić. Będąc w Akwitanii dłużej zdecydowanie warto wyruszyć poza miasto. Nasz wybór padł na Saint-Emilion i Arcachon wraz z Dune du Pilat. Najprościej dostać się tam oczywiście wypożyczonym samochodem. Ale zwiedzanie regionu winiarskiego i wypożyczenie samochodu oznacza, że ktoś musi zrezygnować z degustacji najsłynniejszego francuskiego trunku dlatego po spojrzeniu na ofertę francuskich kolei SNSF zapadła szybka decyzja – Akwitanię zwiedzamy pociągiem. Ze stacji Gare St Jean (tej samej, gdzie docierają autobusy z lotniska) dojedziemy do każdego zakątka Francji. Kursują stąd zarówno pociągi regionalne jak i TGV.

Dworzec kolejowy w Bordeaux jest spory więc na stację trzeba przyjść odpowiednio wcześniej. Bilety można kupić w kasach lub w biletomatach (tu sporo było niedziałających). Za bilety można płacić gotówką i kartą. Bilet do Arcachon kosztuje 11,5 EUR w jedną stronę, bilet do Saint-Emilion 9,5 EUR. Do Saint-Emilion (które musicie odwiedzić będąc w Akwitanii i o którym jeszcze napiszę) jedzie się z przesiadką w Libourne. Uwaga, w Saint Emilion nie ma możliwości zakupu biletu na stacji kolejowej – trzeba kupić bilet powrotny wcześniej w Bordeaux lub poprzez stronę internetową. Francuskie pociągi są czyste, punktualne, jeżdżą często (co 30-60 minut).

Jeśli chodzi o nadmorską miejscowość Arcachon to po sezonie jest ona głównie bazą wypadową do Dune de Pilat – największej wydmy w Europie. Z dworca kolejowego odjeżdża tam autobus nr 1, kursy w okresie jesienno-zimowo-wiosennym są co ok. 1,5-2 godziny (aktualny rozkład znajduje się na dworcu), bilet kosztuje 1 EUR (zakup u kierowcy, gotówką). Autobus zatrzymuje się bardzo blisko wydmy (jest to przystanek końcowy, nazywa się Dune de Pilat, naprawdę trudno go przegapić). Droga do wydmy z przystanku jest bardzo dobrze oznakowana.

Akwitania – co zjeść?

Jak już wspomniałam na początku – Bordeaux nie jest popularnym miejscem wśród turystów i raczej ciężko tu wpaść na restaurację będącą turystyczną pułapką. W każdym odwiedzonym przez nas miejscu jedzenie było absolutnie genialne, porcje duże ale ceny niestety są dosyć wysokie. Za obiad dla 2 osób z winem i deserem trzeba się liczyć z wydatkiem 40-60 EUR. Są też oczywiście tańsze bary, są europejskie sieciówki i jeśli macie ograniczony budżet to da się znaleźć coś tańszego. Ale nie da się ukryć, że we Francji życie toczy się wokół jedzenia i w restauracyjnych ogródkach celebruje się posiłki. W Akwitanii spróbujecie wszystkich francuskich specjalności – quiche, żabich udek, owoców morza (Arcachon to jedna wielka hodowla ostryg), foie gras (polecam próbować w St-Emilion, tam są małe rodzinne przedsiębiorstwa produkujące ten niehumanitarny ale przepyszny francuski specjał), naleśników, zupy cebulowej czy deserów – tarte tatin, creme brulee i makaroników.

Praktycznie wszystkie miejsca, gdzie jedliśmy mogę z czystym sumieniem polecić. W Bordeaux koniecznie zajrzyjcie do l’Embarcadere przy Rue de Serpolet. Restauracja specjalizuje się w owocach morza, które są naprawdę genialne, a podane w sposób mistrzowski. Porcje są ogromne, jedzenie pyszne, obsługa nawet mówi po angielsku.

Miejsce z najlepszym wg mnie jedzeniem w Bordeaux to Edouard przy Place du Parlament. Tu możecie spróbować żabich udek (10 EUR), genialnej zupy cebulowej (7 EUR), pieczonego sera camembert, który w Akwitanii najczęściej podaje się z chipsami z bekonu. Desery też mają rewelacyjne – creme brulee i mus czekoladowy – mistrzostwo świata. Wszystko z widokiem na plac Parlamentu, bardzo blisko Place de la Bourse.

Będąc w Bordeaux trzeba spróbować makaroników z Bordeaux i canele de Bordeuax. Makaroniki różnią się od tych znanych z innych rejonów Francji tym, że nie są przekładane i nie są kolorowe. Są to takie jakby połówki znanych powszechnie makaroników. Niepozorne i skromne ale pyszne.

Symbolem miasta są babeczki o cylindrycznym kształcie canele de Bordeaux. Tradycyjnie ich kształt nazywa się kolumną dorycką bez podstawy. Piecze się je w regionie już od XV wieku, prawdopodobnie wymyśliły je zakonnice. Składają się z mąki, żółtek, mleka, masła, wanilii, rumu i cukru. Smakują jak zimny budyń cynamonowy otoczony twardą skorupką. Nam szczerze mówiąc nie przypadły do gustu.

Jedne i drugie ciasteczka kupicie w cukierni Baillardran. Jest to lokalna sieciówka, której sklepiki znajdują się w wielu punktach miasta, od dworca kolejowego począwszy na uliczkach starego miasta skończywszy. Są to charakterystyczne sklepy z czerwonym wystrojem i mnóstwem pyszności.


Francuskie desery najlepiej popić kawą po francusku, czyli czarną kawą z solidną porcją francuskiego rumu i bitą śmietaną. W końcu nie samym winem człowiek w Akwitanii żyje 😉

Hala Darwin Eco-System

Będąc w Bordeaux nie można pominąć hali Darwin Ecosysteme znajdującej się po prawej stronie rzeki. Dojazd tramwajem A do przystanku Stalingrad, potem kilkunastominutowy spacer wzdłuż rzeki lub kilka przystanków autobusem 46.

Jest to dawna jednostka wojskowa o powierzchni ponad 20 tysięcy metrów kwadratowych przerobiona na miejsce kulturalno-gastronomiczno-sportowe. Mamy tu skatepark (w ogóle skateparków jest w Bordeaux i całej Akwitanii mnóstwo), street art (całe centrum jest areną dla artystów), salon masażu, sklep ze zdrową żywnością i wiele punktów gastronomicznych (w tym największą we Francji restaurację z organicznym jedzeniem). Wszystko w post-industrialnym klimacie, otoczone kolorowym graffiti, do tego położone bardzo blisko rzeki i parku. Będąc w Bordeaux absolutnie musicie to miejsce odwiedzić.

W okresie wakacyjnym (czerwiec – wrzesień) przestrzeń działa od wtorku do niedzieli od 12 do 14:30 i od 19 do 22:30, w pozostałych miesiącach tylko od czwartku do niedzieli, w tych samych godzinach. W ogóle weźcie pod uwagę, że w Bordeaux i całym regionie ciężko jest cokolwiek zjeść między 15 a 19, bo zdecydowana większość knajp jest wtedy zamknięta na głucho, a nawet jeśli działają to mogą Wam zaserwować kawę, wino, ewentualnie deser, bo kuchnia działa tylko w porze lunchu (12-14, czasem 15) i kolacji (19-22).

Bordeaux – wino

Lubię wino i chyba każdy kto mnie obserwuje na instagramie o tym wie 😉 Ale chyba nie tylko mnie nazwa Bordeaux kojarzy się jednoznacznie – z winem właśnie. Wina z Bordeaux wraz z tymi z Burgundii i Szampanii stanowią świętą trójcę francuskiej sztuki uprawy winorośli i produkcji wina.

W Bordeaux produkuje się głównie wina czerwone, doskonałe Cabernet Sauvignon na lewym brzegu. Producenci z prawego brzegu specjalizują się w białych winach szczepów merlot i cabernet-franc.

Wino leje się w Bordeaux strumieniami, nawet kilkudniowy pobyt to okazja do spróbowania wielu różnych trunków. Cena lampki wina w restauracji zaczyna się od 4 EUR. Warto też przywieźć kilka butelek do domu, ceny w winnicach są dużo bardziej przystępne niż w Polsce, a wina naprawdę wyśmienite. Z nami przyleciało do Polski 12 butelek 😀 Tylko dlatego, że więcej nie zmieściło się do walizki kabinowej 😀 (poznańska oszczędność – wylot wyłącznie z bagażem podręcznym, powrót z tą samą walizką nadaną jako bagaż rejestrowany :D). Pisząc dla Was ten wpis popijam sobie czerwone bordeaux rocznik 2012 😉

Bordeaux – pogoda

Bordeaux i Akwitania leżą w obszarze klimatu morskiego. Zimy są tu łagodne a lata ciepłe choć nie upalne. Lecąc wiosną lub jesienią z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że będzie cieplej niż w Polsce. Od kwietnia do października średnie temperatury przekraczają 18 stopni. To idealny czas na zwiedzanie tego regionu Francji. Jeśli chcecie zobaczyć jak się zbiera winogrona i przerabia je na wino to najlepszym momentem wyjazdu do Akwitanii będzie druga połowa września.

Bordeaux – ceny

Nie da się ukryć, że w Bordeaux jest drogo. Noclegi są drogie (nasz bardzo skromny hotel kosztował 150 EUR za 3 noce). Jedzenie też do tanich nie należy (podstawowe zakupy w markecie – bagietka, masło, ser to koszt ok. 10 EUR), ceny w restauracjach to też ok. 6-8 EUR za przystawkę, dania główne od 10-15 EUR, desery od 6 EUR w górę. Piszę o zwykłych restauracjach w obrębie starego miasta, nie o żadnych ekskluzywnych miejscach. Magnesy – 4 EUR.

Stosunkowo tanie jest wino, bo całkiem porządne Bordeaux z 2012-2015 roku można kupić za 10 EUR w winnicach. Nie brakuje oczywiście win po 1500 EUR za butelkę ale mówimy o winie dla przeciętnego zjadacza chleba 😉

Bordeaux – bezpieczeństwo

To była właściwie nasza jedyna obawa przed wyjazdem. We Francji cały czas obowiązuje jeden z najwyższych alertów terrorystycznych, wszyscy pamiętamy co się tam co kilka miesięcy wydarza. Na szczęście Bordeaux i cały region sprawiają wrażenie bardzo spokojnych i bezpiecznych. Nie działo się nic niepokojącego, liczba imigrantów jest tu dużo mniejsza niż w innych regionach Francji. Jedyna dzielnica gdzie czuje się mniej europejsko to okolice bazyliki św. Michała. Tam więcej jest imigrantów niż Francuzów, knajpy są na modłę turecką i afrykańską (i przesiadują tam wyłącznie mężczyźni). Za dnia absolutnie nie ma się czego obawiać i spokojnie można tę okolicę odwiedzić, wieczorem pewnie czułabym się tam nieswojo. Generalnie poziom bezpieczeństwa w Bordeaux nas pozytywnie zaskoczył, nie ma się czego obawiać.

Bordeaux – czy warto?

Zdecydowanie tak. Miasto Bordeaux jest eleganckie i piękne. W niewielkiej odległości możemy podziwiać średniowieczne Saint-Emilion i sprawdzać jak powstaje jedno z najbardziej znanych win na świecie. Oddalając się od miasta w drugą stronę docieramy do oceanu i cudownych nadmorskich miejscowości w największą wydmą w Europie. Tyle różnorodnych atrakcji w zaledwie 3 dni, gorąco polecam Wam zorganizowanie sobie podobnego weekendu! A o tym co zobaczyć w samym Bordeaux, Saint-Emilion i Arcachon przeczytacie na blogu już wkrótce.

EDIT: Wszystko już jest. Po informacje o tym co warto zobaczyć w Bordeaux zapraszam TU, po informacje o zwiedzaniu Saint-Emilion TU, a po zwiedzanie Arcachon i wydm Dune du Pilat TU.

Florencja – zwiedzanie stolicy Toskanii

Florencja to miasto artystów, malarzy, architektów i poetów ale też bankierów i książąt. Kolebka światowego renesansu. Stolica najbardziej malowniczego regionu kraju – Toskanii. O miasteczkach i mieścinach Toskanii jeszcze napiszę, dzisiejszy wpis potraktujcie jako wstęp. Florencja była stolicą Włoch w latach 1865 – 1971, a samo miasto zostało założone przez Etrusków już w 82 roku p.n.e. Zabytkowe centrum rozciąga się po dwóch stronach rzeki Arno i jest bardzo rozległe.

Piazza del Duomo – Plac Katedralny

Główny plac w centrum miasta niemal w całości zajmuje katedra (duomo). Tuż obok stoi dzwonnica (kampanila) i baptysterium.

Katedra Santa Maria del Fiore (Matki Boskiej Kwietnej) jest symbolem miasta i przedmiotem dumy mieszkańców. Kopuła bazyliki góruje nad miastem sprawiając, że jest ona widoczna praktycznie z każdego miejsca w obrębie centrum miasta.

Budowa tej gotyckiej świątyni rozpoczęła się w 1296 roku, konsekrowano ją dopiero w 1436 roku. A prace wykończeniowe ciągnęły się jeszcze latami. Neogotycka fasada powstała dopiero w latach 1871 – 1887. Kampanila powstawała w latach 1334-1359, ma 85 metrów wysokości. Jej elewacje są pokryte wielobarwną geometryczną dekoracją typową dla średniowiecznej architektury toskańskiej oraz XIV- i XV-wiecznymi posągami i płaskorzeźbami. To co widzimy dziś to kopie, oryginały są przechowywane w muzeum katedralnym.

Baptysterium to ośmioboczna budowla z XI wieku. Najistotniejszymi punktami baptysterium są trzy pary brązowych drzwi z XIV i XV wieku. Każde z dwóch skrzydeł pokryte jest czternastoma płaskorzeźbami przedstawiającymi życie św. Jana Chrzciciela. Kopuła baptysterium jest pokryta XIII-wiecznymi mozaikami przedstawiającymi wydarzenia ze Starego Testamentu, sceny z życia Jana Chrzciciela i Sąd Ostateczny.

Wewnątrz uwagę przyciąga witraż przedstawiający Wniebowzięcie Maryi oraz wzorzysta marmurowa posadzka. Wnętrze kopuły wypełniają freski Giorgia Vasariego i Federica Zuccariego przedstawiające Sąd Ostateczny.

Największą atrakcją katedry jest taras widokowy pod szczytem kopuły pozwalający spojrzeć na miasto z wysokości ponad 90 metrów. Widoki są nieziemskie, stamtąd pochodzą wszystkie moje najpiękniejsze zdjęcia Florencji ale jeśli macie klaustrofobię to odpuśćcie sobie. Wejście jest po naprawdę wąskiej klatce schodowej, w pewnym momencie krzyżują się drogi wchodzących i schodzących, nie ma przestrzeni, nie ma czym oddychać. Ja weszłam ale bardzo dużo stresu mnie to kosztowało. Z Florencji pojechałam do Sieny i tam już wspinaczkę na kampanilę sobie odpuściłam. Widoki widokami ale trzeba znać swoje ograniczenia. Bilet wstępu kosztuje 7 EUR.

Na tyłach bazyliki mieści się Museo dell’Opera del Duomo – Muzeum Katedralne. Ekspozycję stanowią fragmenty przeniesione z katedry, baptysterium i dzwonnicy. Tu można zobaczyć Pietę Michała Anioła. Bilet wstępu kosztuje również 7 EUR.

Piazza della Signora

Centralnym punktem placu jest Palazzo Vecchio – ufortyfikowany gmach z przełomu XIII i XIV wieku, niegdyś siedziba władz miejskich. Wokół pałacu znajdują się pomniki księcia Kosmy I, Fontanna Neptuna, kopia Dawida Michała Anioła oraz figura Herkules i Kakus. Większość pałacowych wnętrz datuje się na XVI wiek.

Tu także znajdziemy Galerię Uffizi – jedną z najlepszych galerii malarstwa na świecie. Znajdziemy tu obrazy pędzla Rafaela, Durera, Tycjana czy Rubensa. Wstęp do galerii kosztuje 9,5 EUR.

Przy placu znajduje się także Muzeum Gucci. Historia tego słynnego na cały świat domu mody zaczęła się właśnie we Florencji. Muzeum urządzono w zabytkowych wnętrzach Palazzo della Mercanzia. Ja odwiedziłam muzeum w 2014 roku kiedy było ono rzeczywiście tylko muzeum domu mody Gucci. W 2018 roku miejsce przeszło jednak metamorfozę i pod nazwą Gucci Garden Galleria funkcjonuje jako interaktywne muzeum, sklep, restauracja i galeria w jednym. Kolejny powód, by wrócić do Florencji! Jak tylko będzie okazja – z przyjemnością.

Poza muzeum Gucci miłośnicy mody mogą odwiedzić jeszcze Museo Salvatore Ferragamo znajdujące się nieopodal muzeum Gucci.

Galerii jest we Florencji całe mnóstwo. Nie można nie wspomnieć o Galleria dell’Accademia należącej do florenckiej Akademii Sztuk Pięknych – najstarszej uczelni artystycznej w Europie. Słynie ona z dzieł Michała Anioła z Dawidem na czele. Bilet wstępu 6,5 EUR.

Piazza della Republica

Kolejny plac w mieście dający początek wielkiej zakupowej arterii w butikami włoskich i światowych domów mody. Na placu znajduje się charakterystyczna karuzela i mnóstwo restauracji.

Bazylika San Lorenzo

Każdy kto był we Włoszech wie, że każde miasto Italii kościołami stoi. Nie inaczej jest we Florencji gdzie świątynie nie kończą się na katedrze. Drugą ważną świątynią jest znajdująca się zaledwie 200 metrów od katedry bazylika św. Wawrzyńca. Pierwsza świątynia powstała w tym miejscu już w 393 roku. Wstęp kosztuje 4,5 EUR.

Bazylika Santa Croce

I jeszcze jedna świątynia. Bazylika pod wezwaniem św. Krzyża – drugi co do wielkości kościół w mieście, najważniejsza nekropolia sławnych mieszkańców Florencji. Przed wejściem stoi pomnik Dantego, w środku znajdują się grobowce m.in. Michała Anioła, Machaivellego czy Galileusza.

W kościele przechowywana jest część Krzyża Świętego – najcenniejszej relikwii chrześcijaństwa. Wstęp 6 EUR. Można zbankrutować odwiedzając same kościoły 😀

Palazzo Medici-Riccardi

Pałac znajduje się u zbiegu Via de’Gori i Via Cavour. Został zbudowany dla króla Kosmy Starego w latach 1441 – 1452. Wewnątrz można zwiedzać kaplicę Trzech Króli ze zbiorowym portretem rodu Medyceuszy.

Palazzo Strozzi

Największy renesansowy pałac we Florencji zbudowany przez miejscowego krezusa – Filippo Strozziego, który chciał dorównać Medyceuszom i na budowę wydał niemal cały swój majątek. Budowa trwała w latach 1489 – 1536.

Bargello

Kolejny charakterystyczny punkt na mapie miasta. Średniowieczny pałac zwieńczony wysoką wieżą, w którym niegdyś urzędowały władze miejskie. Obecnie służy jako muzeum, w którym możemy zobaczyć m.in. Madonnę z Dzieciątkiem Michała Anioła. To największe i najważniejsze muzeum rzeźby we Florencji. Bilet wstępu kosztuje 4 EUR.

Ponte Vecchio – Most Złotników

Nieopodal galerii Uffizi znajduje się najstarszy most we Florencji zwany też mostem Złotników. Przechodząc na drugą stronę rzeki Arno miniemy dziesiątki sklepów jubilerskich. Ceny przyprawiają o zawrót głowy ale chętnych na zakupy nie brakuje. Trzeba przyznać, że dzieła sztuki jubilerskiej są piękne i nietuzinkowe. Zanim zaczęto tu handel złotem na moście można było kupić mięso i ryby. Złotnicy zaczęli się pojawiać na moście pod koniec XVI wieku decyzją księcia Ferdynanda I Medyceusza.

Sam most powstał w XIV wieku na miejsce istniejącej tu wcześniej drewnianej przeprawy. Obecny most jest czwartą konstrukcją w tym samym miejscu.

Na moście znajduje się popiersie Benvenuto Celliniego – rzeźbiarza i złotnika florenckiego.

Po drugiej stronie rzeki Arno

Po przejściu przez most dotrzemy do drugiej części miasta, nieco mniej zatłoczonej. Znajduje się tu m.in. kościół Santa Felicita, Palazzo Pitti (ogromne muzeum i galeria), kościół Santo Spirito i Piazzale Michelangelo skąd rozpościera się piękny widok na drugą stronę miasta.