Zwiedzanie Andaluzji – Kordoba – atrakcje i ciekawe miejsca

Zanim zacznę cokolwiek pisać o tym co warto zobaczyć w Kordobie małe wyjaśnienie. Czy Kordoba to na pewno Kordoba czy Kordowa? Poprawnie jest Kordowa ale ponieważ dużo popularniejszą wersją nazwy miasta jest Kordoba to ja też będę jej używać (puryści językowi – wybaczcie).

Kordoba to miasto, na które turyści zazwyczaj poświęcają jeden dzień podczas zwiedzania Andaluzji. Mój pomysł na Andaluzję był taki, że chcę zobaczyć mniej miast ale za to w spokojnym tempie i chcę je chociaż trochę poczuć. Z tego względu na Kordobę przeznaczyłam dwa dni – przyjechałam w sobotę rano, wyjechałam w niedzielę wieczorem.

Na początek garść informacji praktycznych – jak dojechać do Kordoby? Jeśli zwiedzacie Andaluzję wynajętym samochodem to nie ma oczywiście żadnego problemu – Kordoba połączona jest ze wszystkimi miastami tego regionu. Jeśli tak jak ja korzystacie z komunikacji zbiorowej to… problemu też nie ma 🙂 Kordoba ma połączenia autobusowe i kolejowe z wieloma miastami Andaluzji i reszty Hiszpanii. Odległość Sewilla-Kordoba wynosi 140 km, transport między miastami zapewnia i pociąg, i autobus.

Podobnie jak w przypadku wyjazdu z Madrytu do Toledo zasada jest ta sama – pociąg jedzie szybciej (40-50 minut) ale jest droższy (ceny od kilkunastu EUR). Autobus jedzie dłużej (1,5 – 2h) ale kosztuje dużo mniej – od 5 EUR. Bilety kupowałam kilkanaście dni przed wyjazdem na stronie ALSA, za przejazd autobusem z Sewilli do Kordoby w dwie strony zapłaciłam 10,5 EUR.

Dworzec autobusowy i dworzec kolejowy w Kordobie położone są naprzeciwko siebie, około 500 metrów od ścisłego centrum miasta więc nawet z walizką można się przespacerować, nie trzeba szukać autobusu miejskiego ani brać taksówki.

Kordoba to jedno z najpiękniejszych miast w Andaluzji i jedno z najciekawszych miejsc w całej Hiszpanii. Cała starówka Kordoby jest wpisana na listę UNESCO, a tutejsza architektura jest wynikiem współistnienia przez wieki różnych kultur i religii. Zaczynamy odkrywanie ciekawych miejsc w Kordobie!

La Mezquita

Najważniejszy zabytek Kordoby może być tylko jeden – La Mezquita. Trudno powiedzieć po polsku co to jest. Dosłownie tłumacząc – meczet. Ale ten meczet zamieniono na katedrę katolicką stąd czasem spotyka się określenie katedro-meczet czy katedra meczet. Jakkolwiek by go nie nazwać jest to miejsce, które w Kordobie warto zobaczyć. A nawet trzeba! Zwiedzanie meczetu w Kordobie najlepiej zaplanować wcześniej – zwłaszcza w sezonie. Bilety można kupić przez stronę internetową, cena biletu dla osoby dorosłej wynosi 11 EUR – drogo ale bez wątpienia warto. Bilety można też kupić w kasie, płatność możliwa jest gotówką lub kartą. Mezquita za darmo dostępna jest wyłącznie dla mieszkańców Kordoby i dla dzieci poniżej 10 roku życia.

Wejście do meczetu prowadzi przez Patio de los Naranjos – plac o powierzchni 6500 metrów kwadratowych, na którym rośnie ponad 100 drzewek pomarańczowych. Znajdują się tu także liczne fontanny, które w przeszłości były używane przez muzułmanów do ablucji przed modlitwą.

Do świątyni wchodzi się przez Puerta de las Palmas – Drzwi Palmowe. Wnętrze meczetu zachwyca od momentu wejścia. Ponad 800 kolumn z marmuru, granitu i jaspisu musi robić wrażenie! A pierwotnie było ich jeszcze więcej – 1293. Kolumny pochodzą ze świątyń rzymskiej i wizygockiej, na których ruinach wzniesiono meczet.

Po zdobyciu Kordoby przez chrześcijan na terenie meczetu zbudowano kilka kaplic, a w XVI w. na miejscu sali modłów powstała katedra. Katedra, która jak widać na zdjęciach zachwyca przepychem. Co tu dużo pisać – to jedno z tych miejsc, którego wielkości nie odda żadne zdjęcie – to po prostu trzeba zobaczyć na własne. Jedna z najważniejszych i najpiękniejszych atrakcji całej Andaluzji, a nawet Hiszpanii. Warto wybrać się do Kordoby chociażby po to, żeby zobaczyć to wyjątkowe miejsce.

Barrio de la Juderia

Niewątpliwa atrakcja Kordoby to dawna dzielnica żydowska. Jej pozostałością jest synagoga – jedyna w Andaluzji zachowana w całości. Dawniej synagoga była połączona przejściem podziemnym ze znajdującym się po drugiej stronie uliczki budynkiem Casa de Sefarad – Domem Sefardyjskim. Dom poświęcony jest pamięci trzech religii – judaizmu, islamu i chrześcijaństwa.

Dalej warto przystanąć na Plaza de Maimonides otoczony domami wybudowanymi w stylu tradycyjnej architektury kordobańskiej. Przy placu znajdują się dziś głównie hotele oraz Muzeum Corridy, czyli Walki Byków. Plac zawdzięcza swoją nazwę arabskiemu filozofowi, który urodził się i mieszkał w Kordobie w XII wieku. Dziś stoi tu jego pomnik.

Nieco dalej znajduje się Zoco Mercado de Artesana – swego rodzaju targ, gdzie wystawiają swoje wyroby lokalni artyści. Dla mnie to przede wszystkim kolejne piękne miejsce pełne kwiatów ale to też dobre miejsce na zakup oryginalnych pamiątek z Kordoby czy w ogóle z Andaluzji. Historia tego miejsca też jest ciekawa, bo to dawny arabski souk gdzie już wtedy promowano lokalne rzemiosło. Budynek został zbudowany w stylu mudejar, a pośrodku znajduje się typowe kordobańskie patio.

Jardines de la Victoria

Wiecie z czego słynie Kordoba? Z kwiatów. O nich jeszcze będzie dużo w dalszej części wpisu ale Kordoba generalnie jest bardzo zielonym miastem. Już idąc z dworca autobusowego czy kolejowego do centrum miasta przechodzi się przez ten piękny park.

Nazwa parku pochodzi od znajdującego się tu dawniej klasztoru Nuestra Senora de la Victoria. Klasztor wyburzono w XIX wieku.

Mercado Victoria

Sama w to nie wierzę ale nie znalazłam nigdzie wcześniej informacji o targu mieszczącym się pośrodku parku. Ale na szczęście zwróciłam na niego uwagę podczas spaceru. Mercado Victoria to miejsce, które pojawiło się w Kordobie bardzo niedawno – w 2013 roku. Jest to odnowiony budynek z 1877 roku.

Jeśli szukacie miejsca gdzie dobrze zjeść w Kordobie to zapiszcie sobie Mercado Victoria. Są tu różne restauracje serwujące lokalne potrawy, sery, są owoce morza (te ośmiornice!), tapasy czy La Gazpachera- stoisko oferujące kilkanaście rodzajów gaspacho. Pysznie i pięknie – to co lubię najbardziej 🙂

Byłam w Kordobie zdecydowanie za krótko, żeby pisać kulinarny przewodnik ale muszę zaznaczyć jedno danie, którego trzeba spróbować w Andaluzji. Mowa o typowym andaluzyjskim śniadaniu – grzance z pomidorami i jamon iberico sowicie polanej oliwą. W Kordobie jadają ją wszyscy, serwowana jest wszędzie, w zestawie z kawą lub sokiem kosztuje 3 – 4 EUR.

I druga rzecz, którą tradycyjnie jada się w Kordobie – tym razem deser. Mowa o pastel cordobes – są to dwie warstwy ciasta francuskiego przełożone dżemem i bakaliami. Jeżeli Wam zasmakuje (mi szczerze mówiąc nie bardzo podeszło) to jest ono dostępne w wielu sklepach jako pamiątka z Kordoby.

Plaza del Potro

Kolejne miejsce, które warto zobaczyć w Kordobie to Plaza del Potro, czyli po polsku Plac Źrebaka. Zyskał on sławę dzięki Miguelowi Cervantesowi, który umieścił w nim gospodę w powieści Don Kichot. Jakieś 400 lat temu plac był miejscem spotkań łotrów i zbirów. Dziś to bardzo przyjemne miejsce na spacer, zakupy czy lunch w jednej z okolicznych restauracji. A sama Posada del Potro rozsławiona przez Cervantesa była kiedyś… domem publicznym. Później zamienioną ją w karczmę i tę rolę pełniła do 1972 roku. Dziś jest siedzibą Domu Flamenco w Kordobie i muzeum Antonio Fernandeza Fosforito.

W centralnym punkcie placu znajduje się fontanna del Potro – z rzeźbą źrebięcia, a jakże by inaczej. Źrebię trzyma w łapkach (kopytkach?) herb Kordoby.

Nieco dalej znajduje się wysoki pomnik Triumf św. Rafaela – poświęcony archaniołowi stróżowi miasta.

W okolicy warto jeszcze zwrócić uwagę na ciekawą fasadę kościoła Iglesia de San Francisco y San Eulogio.

Z placu najlepiej dojść do samej rzeki i zrobić sobie spacer biegnącym wzdłuż niej Paseo Ribera. To kolejne miejsce w Kordobie gdzie można coś zjeść albo wypić. Po drodze pojawi się plac Cruz del Rastro a naprzeciwko niego most Puetne de Miraflores. Idąc dalej dociera się do…

Puente Romano

Puente Romano, czyli most rzymski to kolejny zabytek Kordoby. 240-metrowa przeprawa zbudowana z 16 łuków powstała na fundamentach mostu z czasów Oktawiana Augusta. Przez kilkaset lat był to jedyny most na rzece Gwadalkiwir nie tylko w Kordobie ale w całej Andaluzji.

Na końcu mostu stoi Torre de la Calahorra – wieża obronna, w której mieści się Museum Al-Andalus przedstawiające życie Kordoby w czasach trzech kultur.

W korycie rzeki warto zwrócić uwagę na pozostałości arabskich młynów wodnych – Molino de S. Antonio i Molino de Tellez.

Na drugim krańcu mostu znajduje się Puerta del Puente – brama mostowa, a za nią kolejny Triunfo de San Rafael – patron Kordoby patrzy na miasto z wielu miejsc 😉

Tu mieści się też plac Plaza del Triunfo, który swoją nazwę zawdzięcza kolejnemu już pomnikowi triumfu S. Rafaela.

Alcazar de los Reyes Cristianos

Kolejny punkt obowiązkowy zwiedzania Kordoby. Zamek Królów Katolickich to kompleks, gdzie można podziwiać wieże obronne, piękne mozaiki, patia i przede wszystkim cudowne ogrody – Jardines del Alcazar. Twierdza służyła jako jedna z głównych rezydencji Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego.

Do Alkazaru wchodzi się przez Tower of Lions – Wieżę Lwów. Pochodzi z XIII wieku, a jej nazwa pochodzi od gargulców w kształcie lwów.

Ogromne wrażenie robi główna sala budynku datowana na XVIII wiek. Salon de los Mosaicos to jak nazwa wskazuje piękne mozaiki. Wielu mieszkańców Kordoby marzy o tym, żeby w tej sali wziąć ślub!

Najpiękniejsze w Alcazar są ogrody – drzewka cytrynowe i pomarańczowe, palmy, cyprysy, fontanny, rzeźby – bajka! Gdyby nie to, że Kordoba oferuje mnóstwo innych atrakcji turystycznych to z chęcią spędziłabym tam cały dzień – usiąść na jakiejś ławeczce z książką i wdychać te cytrusowe aromaty – marzenie.

Po zwiedzaniu ogrodów warto też zajrzeć na chwilę do łaźni królewskich Dona Leonor. Swoją nazwę zawdzięczają Leonor de Guzman – kochance króla, na którego cześć zbudowano łaźnie. Myślę, że latem można tam zaznać przyjemnej ucieczki od upału 😉

Cena biletu do Alcazar Cordoba wynosi 5 EUR i nie ma się co zastanawiać czy warto – WARTO.

Patios de San Basilio

Z Alcazar jest już bardzo blisko do calle San Basilio, czyli wszystkiego najpiękniejszego z czego słynie Kordoba. Przy tej uliczce znajdują się najpiękniejsze kwiatowe podwórka. Wstęp do nich jest płatny – bilet za 5 EUR umożliwia zobaczenie 6 podwórek. W punkcie zakupu biletów (na początku ulicy, bardzo dobrze oznaczony) dostaje się mapkę z zaznaczonymi podwórkami. Przy wejściu do każdego z nich jest wyraźna tabliczka – nie sposób ich nie znaleźć. Za bilety można płacić kartą.

Same patia rzeczywiście robią wrażenie – zresztą nie trzeba pisać, wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Jest pięknie, kolorowo i… tłoczno. Podwórka są małe, a turystów nawet w lutym bardzo dużo. Ale i tak warto.

Każdego roku, przez 12 dni w maju, odbywa się Festival de los Patios Cordobeses. Mieszkańcy otwierają wtedy swoje dziedzińce i odbywa się konkurs na najpiękniejsze patio. W 2020 roku festiwal jest (był?) zaplanowany na 4 – 17 maja).

Ogrody można zwiedzać od 10 do 14 i od 17 do 22.

Jeśli nie chcecie zwiedzać patios (choć zachęcam) to warto się chociażby przejść uliczką San Basilio. Jak widać też jest bardzo urocza i pełnia kwiatów.

Calleja de las Flores

Jak już jesteśmy przy kwiatach to najpopularniejsza atrakcja turystyczna Kordoby (darmowa) to Calleja de las Flores, czyli uliczka kwiatowa. Jest to wąska uliczka pomiędzy białymi ścianami, na których wiszą doniczki z kwiatami. Uliczka prowadzi do małego podwórka ze studnią. Jak nietrudno się domyślić jest jeszcze bardziej oblegana niż patia na san Basilico. Ale być w Kordobie i nie przejść się uliczką kwiatową? No way.

Wracając z calle san Basilio w kierunku Alakazar mija się Caballerizas Reales – Stajnie Królewskie wybudowane pod koniec XVI wieku gdzie zaczęła się historia koni andaluzjskich.

Na małym placu naprzeciwko stajni znajduje się pomnik Luisa Navas, który się w tej dzielnicy urodził, a na placu gdzie stoi jego pomnik dawał recitale poetyckie.

Nieco dalej znajduje się fajna restauracja Taberna Caballerizas Reales. Bardzo lokalna, z przemiłą obsługą i oferująca dobre jedzenie. Będąc w Hiszpanii trzeba się chociaż raz skusić na jedno z najsłynniejszych tapas – patatas bravas.

Po powrocie na stare miasto warto spędzić chwilę na Plaza Puerta de la Luna – brukowany placyk ze stawem pośrodku. Znajduje się tu kilka restauracji i kawiarni gdzie można sobie zrobić przerwę podczas zwiedzania Kordoby. Puerta de la Luna nazywana jest często bramą do dzielnicy żydowskiej.

Puerta de Almodovar

Druga brama położona jakieś 300 metrów dalej to brama z czasów arabskich – jedna z niewielu zachowanych z czasów średniowiecza.

Templo Romano

Pozostałości rzymskiej świątyni mieszczą się przy calle Capitulares 1. Świątynię wzniesiono na cześć cesarza Augusta. Dziś przypomina ona o tym, że Andaluzja przez ponad 500 lat była częścią Imperium Rzymskiego.

Z Templo Romano zrobiłam sobie spacer do Palacio de Viana. Po drodze znajduje się kilka ciekawych miejsc. Pierwsze stricte kulinarne – La Cuarta Taberna. Świetne śniadania w stylu andaluzyjskim ale kontakt z obsługą tylko na migi – ani słowa po angielsku. Doskonała kawa i fatalne wino. Ale to miejsce oblegane przez Kordobańczyków – naprawdę warto tu coś zjeść.

Znajduje się przy pasażu calle Capitulares, po drugiej stronie znajduje się bardzo okazały budynek ratusza (Ayuntamiento) Kordoby.

Po posileniu się można spacerować dalej – po drodze są piękne kościoły Iglesia de san Pablo i Iglesia de san Andres.

W okolicy jest jeszcze jedno przyjemne miejsce, które warto zobaczyć w Kordobie – Jardines de Orive i Palacio de Orive.

Pałac i należący do niego ogród zaadaptowano w 2004 roku na park miejski. W ogrodach znajduje się stary budynek kapituły klasztoru San Pablo. W wykopaliskach przeprowadzonych w ogrodzie odnaleziono pozostałości cyrku rzymskiego.

Ci, którzy czytają mnie regularnie pewnie domyślają się, że to co mnie urzekło szczególnie w tym miejscu to streetart 😉 Murale są nieco zniszczone ale wciąż bardzo ciekawe. Warto tu wstąpić w drodze do Pałacu Viana.

Palacio de Viana

Pałac nazywa się potocznie muzeum dziedzińców. Dosyć surowa fasada kryje piękne wnętrza i liczne ukwiecone patia.

Jeszcze w 1980 roku pałac był prywatnym domem niedostępnym dla turystów, a dziś jest jedną z największych atrakcji turystycznych Kordoby, którą odwiedza 200 tysięcy osób rocznie! Muszę przyznać, że nawet w lutym było bardzo dużo turystów – w kolejce po bilety stałam ponad 20 minut!

W Palacio de Viana można zwiedzać same patia i ogrody (jest ich 12, cena biletu to 6 EUR), same wnętrza pałacowe (cena również 6 EUR) lub można kupić bilet łączony na patia i pałac za 10 EUR. Zwiedzanie ogrodów robi się na własną rękę, wnętrza pałacowe zwiedza się wyłącznie z przewodnikiem w ramach wycieczek organizowanych co godzinę. Ze względu na brak czasu zdecydowałam się tylko na patia.

12 dziedzińców jest ze sobą połączonych galeriami. Każdy ogród na pewno wygląda jeszcze piękniej wiosną gdy kwitnących kwiatów jet więcej ale domyślam się, że i turystów jest wtedy co niemiara. Jest przepięknie, pocztówkowo, instagramowo – nazywajcie jak chcecie. W każdym razie moim zdaniem Palacio de Viana to punkt obowiązkowy zwiedzania Kordoby.

Plaza de la Corredera

Z pałacu można przejść wąskimi uliczkami na Plaza de la Corredera – plac nietypowy dla Andaluzji, bo zaprojektowany w stylu kastylijskim. To miejsce nieco oddalone od całego turystycznego centrum dlatego jest tu spokojnie i cicho. Nie da się ukryć, że plac przywodzi na myśl madrycki Plaza Mayor.

Wśród budynków otaczających plac wyróżnia się targ Sanchez Pena. Obecnie mieści się tu targ (niestety w niedziele nieczynny) ale dawniej służył jako ratusz i więzienie.

Pod koniec lutego w Kordobie odbywa się karnawał. Większość wydarzeń kończy się właśnie na placu Corredera. Zupełnym przypadkiem trafiłam na tę imprezę 😉 Targ zamknięty, jest karnawał. Coś za coś 😉

Warto przespacerować się wąskimi uliczkami odchodzącymi od placu. Jest tu cisza i spokój, z dala od zgiełku centrum. Przy niewielkim placyku (Plaza de las Canas) w okolicy warto zwrócić uwagę na Colegio Nuestra Senora de la Piedad, a nieco dalej na uliczny ołtarz (na maps.me jest oznaczony jako religious wall).

Plaza de las Tendillas

I na koniec jeszcze jeden plac, chociaż chyba powinnam o nim napisać na początku 😉 Mieści się tu informacja turystyczna Kordoby więc jeśli potrzebujecie mapki czy informacji dotyczących zabytków Kordoby to zacznijcie zwiedzanie miasta od tego właśnie placu.

Historia placu sięga XIV wieku kiedy znajdowały się tu budynki zakonu Calatrava. Budynki rozebrano w 1860 roku i na ich miejscu wybudowano hotel Suizo. Ten z kolei przetrwał do 1923 roku.

W 1927 roku na placu ustawiono pomnik Wielkiego Kapitana.

Na placu de las Tendillas mieszkańcy Kordoby i turyści witają nowy rok. Konkretnie pod zegarem Reloj de las Tendillas znajdującym się w rogu placu. Zegar charakteryzuje się tym, że zamiast wygrywać tradycyjny dźwięk gra dźwiękiem gitary zbudowanej przez Manuela Reyesa Maldonado i granej przez gitarzystę Juana Serrano.

Przy placu warto też zwrócić uwagę na piękny budynek Palacio Colomera (dziś hotel) oraz budynek Edificio de La Union y el Fenix – w czasie wojny secesyjnej mieściła się tu jedna z syren ostrzegających przed nadejściem bombardowań.

Z tego placu odchodzą główne ulice handlowe Kordoby więc jeśli chcecie poszaleć na zakupach to właśnie tu 😉 Ale przecież Kordoba oferuje tyle atrakcji, że szkoda czasu na zakupy! Spacerując tymi uliczkami warto spojrzeć na Fuente Oraculo del Bulevar czy pomnik kobiety czytającej kordobański dziennik.

Kordoba – czy warto?

Warto! Bez wątpienia warto. To jedno z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych miast w Hiszpanii. No i tak bardzo kwiatowe! Na ile dni zaplanować wycieczkę do Kordoby? Najlepiej na dwa – wtedy można pozwiedzać bez pośpiechu. Jeśli możecie pozwolić sobie tylko na zwiedzanie Kordoby w jeden dzień to koniecznie kupcie wcześniej bilety do Alkazar i do meczetu, żeby nie tracić czasu w kolejkach. I w jeden dzień zobaczycie te dwa miejsca, obejrzycie patia plus zrobicie sobie spacer po starym mieście. Więcej raczej będzie ciężko wcisnąć. No chyba, że nie będziecie jeść i odpoczywać tylko biegać od atrakcji do atrakcji a chyba nie o to w tym wszystkim chodzi 😉 Ja spędziłam w Kordobie dwa dni, zobaczyłam wszystko co chciałam, miałam czas na spokojne spacery i przerwy na kawę czy jedzenie natomiast jakbym miała spędzić tam 3 dni to też bym się nie nudziła. Stare miasto jest plątaniną przeuroczych uliczek a każda restauracja czy kawiarnia zachwyca architekturą i wystrojem. Kordoba jest piękna i koniecznie musi się znaleźć w każdym planie zwiedzania Andaluzji.

I na koniec jeszcze jedno ważne pytanie – kiedy jechać do Kordoby? Odpowiem kiedy nie jechać – latem. Kordoba uchodzi za najcieplejsze miasto całej Hiszpanii, pod koniec lutego było 25 stopni więc letnie upały są nie do życia i na pewno ciężko się wtedy zwiedza Kordobę. Ze względu na bogactwo kwiatów i zieleni Kordoba szczególnie piękna jest wiosną, natomiast maj jest miesiącem festiwalu patios więc trzeba się liczyć z tłumami turystów i wysokimi cenami noclegów.

Zwiedzanie Hiszpanii – Toledo w jeden dzień z Madrytu

Jeśli szukacie pomysłu co warto zobaczyć w okolicach Madrytu to najbardziej oczywistą odpowiedzią jest Toledo. Popularny cel wycieczek jednodniowych ze stolicy Hiszpanii. Hiszpanie mówią, że jeśli masz w ich kraju odwiedzić tylko jedno miejsce to powinno to być Toledo. Miasto w 1986 roku zostało wpisane na listę UNESCO.

Podczas swojego ostatniego pobytu w Hiszpanii też się zdecydowałam na taką jednodniową wyprawę. A jak ją krok po kroku zorganizować? I czy warto w ogóle wybrać się do Toledo? Zapraszam na moją relację.

Toledo – dojazd z Madrytu

Do Toledo można się wybrać z Madrytu wynajętym samochodem ale nie polecam takiej opcji, bo samo centrum Toledo jest zamknięte dla ruchu kołowego – samochód będzie trzeba zostawić na parkingu, a po mieście i tak można poruszać się wyłącznie pieszo.

Zatem jak szybko i tanio dojechać z Madrytu do Toledo? Opcje są dwie – pociąg lub autobus. Jak nietrudno się domyślić pociąg jest opcją szybszą ale droższą, a autobus tańszą ale dłuższą. Odległość Toledo od Madrytu to 70 km, pociąg pokonuje tę trasę w 30 – 40 minut, autobus w niecałą godzinę. Cena biletu na pociąg z Madryt-Toledo wynosi od 13 EUR w jedną stronę więc całkiem sporo. Bilety na autobus można kupić od 4 EUR w jedną stronę. Ponieważ różnica w cenie jest spora to ja zdecydowałam się na dojazd autobusem.

Wyjazd z Madrytu do Toledo możliwy jest ze stacji Plaza Eliptica. Jest to podziemny dworzec autobusowy połączony ze stacją metra o tej samej nazwie. Stacja jest bardzo dobrze oznakowana, autobusy do Toledo odjeżdżają z bramki 7 co jest zaznaczone już przy wyjściu z metra więc naprawdę ciężko by się było zgubić. Jeśli macie bilet kupiony wcześniej to po prostu pokazujecie go kierowcy, jeśli nie to jest możliwość zakupu biletu w automatach na stacji – automaty firmy ALSA znajdują się naprzeciwko bramki 7. Autobusy jeżdżą co pół godziny. Warto zaplanować wycieczkę z Madrytu do Toledo co najmniej kilka dni przed wyjazdem i kupić bilety na stronie ALSA – wtedy będą one najtańsze. Autobus z Madrytu do Toledo jeździ 2 razy na godzinę więc bez problemu można zaplanować sobie jednodniową wycieczkę.

Dworzec autobusowy w Toledo znajduje się tak jakby pod główną, starą częścią miasta ale bez stresu – nie trzeba się wdrapywać, na stare miasto w Toledo zawożą turystów i mieszkańców ruchome schody.

Stacja kolejowa jest oddalona jeszcze bardziej od centrum i z niej trzeba sobie zrobić dłuższy spacer albo podjechać miejskim autobusem. Jeśli wybierzecie się do Toledo pociągiem to obejrzyjcie dokładnie dworzec – zbudowano go w 1919 roku w stylu neomudejar i podobno sam w sobie jest atrakcją. Ja niestety nie widziałam.

Jeśli tak jak ja dojedziecie do Toledo autobusem to zwiedzanie Toledo zaczniecie od pozostałości klasztoru św. Pawła. Znajdują się one po drodze z dworca autobusowego do ruchomych schodów wiodących na starówkę Toledo, w miejscu zwanym sadem św. Pawła. Dominikanie otrzymali ten teren od króla Ferdynanda III, wybudowali tu kościół i klasztor. Z powodu niesprzyjających warunków opuścili je w 1407 roku i przenieśli się do centrum Toledo, a my dziś możemy zobaczyć pozostałości klasztoru i nieco dalej murów miejskich Toledo.

Palacio de Congresos de Toledo el Greco

Po wjechaniu ruchomymi schodami na stare miasto w Toledo po lewej stronie powita nas Pałac imienia El Greco. El Greco będzie pojawiał się w Toledo może nie na każdym kroku ale bardzo często. Co ma Grek do hiszpańskiego miasteczka? Otóż urodzony na Krecie artysta mieszkał i tworzył w Toledo przez ponad 30 lat, tu też 7.04.1614 roku zmarł. Jest jednym z najsłynniejszych mieszkańców Toledo.

Plaza de Zocodover

Idziemy cały czas prosto i po chwili docieramy do Plaza de Zocodover – centralnego punktu Toledo. Tu znajduje się informacja turystyczna i stąd wyruszają free walking tours. W informacji turystycznej pracownicy mówią po angielsku (miłe zaskoczenie w Hiszpanii), można dostać darmową mapkę i dowiedzieć się co można w Toledo zwiedzić.

Przy placu znajdują się też liczne cukiernie, kawiarnie i sklepy gdzie można spróbować lub kupić marcepan, z którego Toledo słynie. Marcepan przywędrował do Hiszpanii z krajów arabskich – skąd dokładnie i jak to się stało – nie wiadomo. W każdym razie jeśli zastanawiacie się co wyjątkowego kupić i co przywieźć z Toledo to marcepan może być dobrym pomysłem.

Z placu warto skręcić w lewo w ulicę Cervantesa gdzie znajduje się pomnik… Miguela Cervantesa – twórcy postaci Don Kichota , dzięki któremu o regionie la Mancha usłyszał niemal cały świat. Pomnik powstał w 2016 roku, z okazji 400. rocznicy śmierci artysty i bardzo szybko stał się jedną z najpopularniejszych i najchętniej fotografowanych atrakcji turystycznych Toledo. A Toledo leży na szlaku turystycznym Śladami don Kichota z la Manchy.

Tuż przy pomniku znajduje się restauracja Cuchara de Palo gdzie postanowiłam zjeść drugie śniadanie. Mimo iż ja trafiłam tam zupełnym przypadkiem to jest to świetne miejsce gdzie można zjeść w Toledo i bardzo je polecam. Małe śniadanie na słodko, czyli np. rogalik + kawa czy jogurt, owoce + kawa kosztuje zaledwie 2,2 EUR. Słone – 2,8 EUR. Porządny kawał hiszpańskiego omletu i kawa za 13 zł – warto. Jedzenie pyszne, porcja duża, piękne wnętrze, obsługa mówiąca po angielsku – dokonały początek intensywnego dnia w Toledo. Wino jak widzicie też mają 😉

Idąc dalej ulicą Cervantesa po lewej stronie zobaczymy Museo de Santa Cruz – muzeum sztuki mieszczące się w XVI-wiecznym budynku służącym dawniej jako szpital. Wśród dzieł zgromadzonych w muzeum warto zwrócić uwagę na 10 obrazów El Greco (mówiłam, że będzie pojawiał się co chwilę!).

Alcazar de Toledo

Wracamy do głównej ulicy i podziwiamy Alcazar – najbardziej imponujący budynek w Toledo znajdujący się w najwyższej części miasta. W średniowieczu służył jako twierdza, dziś mieści się w nim Muzeum Wojskowości oraz druga co do wielkości biblioteka w Hiszpanii – Biblioteca de Castilla-La Mancha.

Z tyło warto zwrócić uwagę na 6-metrowy pomnik Zwycięstwa.

Parque del Alcazar i Parque Corrillo de S. Miguel

Na tyłach Alcazar, tuż przy rzece, znajdują się dwa parki. Z Parque de Alcazar można zobaczyć widoczny po drugiej stronie rzeki Tag Castillo de San Servando – zamek św. Servando. Został założony przez mnichów jako klasztor, później przejęli go templariusze. Dziś znajduje się w nim hostel, a sam zamek uwiecznił El Greco (witamy ponownie!) na swoim obrazie zatytułowanym Widok Toledo. Obraz ten można zobaczyć w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku.

Rozpościera się stąd piękna panorama okolic Toledo. Warto usiąść na chwilę (niestety atrakcji w Toledo jest mnóstwo, czas goni) i popatrzeć.

Park Corillo de S. Miguel znajduje się przed kościołem – Iglesia de San Miguel. Stąd wąskimi uliczkami starego miasta można sobie zrobić spacer do ścisłego centrum.

Plaza Mayor

Plaza Mayor to główny plac Toledo ale jeśli oczekujecie wielkiej przestrzeni gdzie toczy się życie miasta to możecie być nieco rozczarowani. Plac jest w istocie niewielki, znajduje się przy nim kilka sklepików i restauracji, a także hala targowa – Mercado de Abastos. Nie jest tajemnicą, że mam do hal targowych ogromną słabość więc musiałam wejść. Ale delikatnie mówiąc w Toledo szału nie ma – to jest takie typowe miejsce na zakupy spożywcze dla miejscowych. Marchewka wyrwana prosto z ziemi, jajka od kury itp. Dla turysty niewielka to atrakcja.

Stąd znowu trzeba ruszyć na spacer wąskimi uliczkami kierując się ku katedrze. Po drodze warto zwrócić uwagę na budynek Posada de la Santa Hermandad – Artystyczny Zabytek Architektury, który w XV wieku był siedzibą Świętego Bractwa.

Katedra Najświętszej Marii Panny w Toledo

Błądząc w uliczkach Toledo (zupełnie pustych w lutym!) w końcu docieramy do największej atrakcji Toledo. Katedra uznawana jest za jeden z najważniejszych gotyckich zabytków sakralnych w Hiszpanii. Wybudowano ją w latach 1227–1493 na fundamentach dawnej katedry wizygockiej. Do budowy użyto białego kamienia z Olihuelas. We wnętrzu katedry znajdują się liczne dzieła sztuki pędzli takich artystów jak Goya, El Greco (ktoś liczy który to już raz?), Caravaggio, Rubens czy Tycjan. Istne muzeum! Wielka szkoda, że nie zdążyłam zobaczyć katedry w środku ale jeden dzień na zwiedzanie Toledo to naprawdę niewiele!

Katedra otwarta jest dla zwiedzających od poniedziałku do soboty w godzinach 10.00-18.00 i w niedziele od 14.00 do 18.00. Cena biletu to 12,5 EUR.

Katedra najlepiej prezentuje się od strony Plaza del Ayuntamiento – Placu Ratuszowego. Jak nazwa wskazuje znajduje się przy nim ratusz, a także Pałac Arcybiskupi. I mnóstwo turystów – tak, tu nie było widać, że to nie sezon turystyczny.

Paseo de San Cristobal

I sprzed katedry czas na dalszy spacer – pod górę (tego dnia zrobiłam ponad 80 pięter!) w kierunku Paseo de San Cristobal. Nie wiem jak to nazwać, bo ni to ulica, ni to park. Może taki skwer skąd rozpościera się pięęęękny widok na okoliczną przyrodę. Tu się poczułam trochę jakbym była w Toskanii. Jak tam wtedy stałam i patrzyłam na tę soczystą zieleń to myślałam sobie, że za 3 miesiące w tej Toskanii znowu będę. Wtedy nie miałam pojęcia, że w ciągu kilkunastu dni sytuacja zmieni się na tyle, że i o Toskanii trzeba zapomnieć, i o jakimkolwiek innym wyjeździe.

Ze skwerku zejście (w dół dla odmiany) ku dzielnicy żydowskiej – Juderia de Toledo.

Casa Museo de El Greco

Na początek nasz dobrze znany przyjaciel – El Greco. Muzeum otwarto w 1911 roku. Składa się z dwóch budynków – muzeum mieszczącego się w XVI-wiecznym budynku oraz domu odtwarzającego nieistniejący już dom El Greco. W muzeum można zobaczyć liczne dzieła greckiego artysty, zwłaszcza z okresu jego późniejszej działalności. Cena biletu wstępu 3 EUR.

Naprzeciwko muzeum znajduje się pomnik Samuela ha-Levi (o tym kim on był piszę nieco niżej) oraz park – Jardines del Transito. Ten park to kolejne miejsce, z którego rozciąga się pocztówkowy widok.

Sinagoga del Transito – Museo Sefradi

Od tego miejsca tak naprawdę zaczynają się najciekawsze miejsca i atrakcje Toledo. Na początek synagoga z XIV wieku, w której mieści się obecnie Muzeum Żydów Sefradyjskich.

Synagogę założył Samuel ha-Levi Abulafia, skarbnik Piotra Kastylijskiego, około 1356 roku. Synagoga była połączona jego domem bramą i miała służyć jako prywatny dom modlitwy. Król Piotr prawdopodobnie wyraził zgodę na budowę synagogi, aby zrekompensować Żydom z Toledo zniszczenia, które miały miejsce w 1348 roku podczas antyżydowskich pogromów.

Po wypędzeniu Żydów z Hiszpanii synagoga została przekształcona w kościół. Podczas wojen napoleońskich mieściła się w niej kwatera wojskowa, a od 1910 roku mieści się w niej muzeum.

W budynku znajdują się polichromowane sztukaterie w stylu Nasrid, hebrajskie napisy wychwalające samego króla i ha-Leviego oraz cytaty z psalmów, a także masywny sufit w stylu mudejar.

Synagoga słynie z dekoracji stiukowej gdzie arabskie napisy przeplatają się z wzorami kwiatowymi. Porównywana jest ona z Alcazarem w Sewilli i pałacami Alhambra w Granadzie. Cena biletu – 3 EUR. Warto zwiedzić będąc w Toledo!

Zwiedzanie synagogi obejmuje też cmentarz żydowski. Podczas mojego pobytu był w remoncie o dostępny był tylko częściowo.

Jeśli chcecie zaoszczędzić na biletach wstępu do atrakcji w Toledo to warto rozważyć zakup tzw. Pulsera de Toledo. Jest to bilet wstępu (w formie opaski na rękę) do 7 atrakcji: Iglesia de Santo Tome, Sinagoga de Santa Maria la Blanca, Monasterio de San Juan de do los Reyes, Mezquita del Cristo de la Luz, Iglesia de los Jesuitas, Iglesia del Salvador oraz Real Colegio de Doncellas Nobles. Opaska kosztuje 10 EUR, pojedynczy bilet wstępu do każdego z wymienionych miejsc 3 EUR więc zdecydowanie się opłaca. Opaskę można zakupić w każdym miejscu, gdzie jest ona honorowana, przy wejściu do kolejnych po prostu się ją pokazuje. Opaska nie ma terminu ważności – można z niej korzystać tak długo jak ma się ją na nadgarstku.

Sinagoga de Santa Maria la Blanca

Pierwszy zabytek z listy. Znajduje się w miejscu, w którym w XII wieku stała główna synagoga Toledo. W XV wieku przestała ona pełnić rolę synagogi i przekształcono ją w kościół Santa Maria la Blanca (Świętej Marii Białej). Jest to najstarszy istniejący budynek synagogi w Europie. Wyjątkowość tej synagogi polega na tym, że została zbudowana w chrześcijańskim królestwie Kastylii przez islamskich architektów do użytku żydowskiego. Jest uważana za symbol współpracy między trzema kulturami, które zamieszkiwały Półwysep Iberyjski w średniowieczu.

Na suficie warto zwrócić uwagę na dekoracje – szyszki będące symbolem narodu izraelskiego.

Monasterio de San Juan de los Reyes

Jeśli jesteście w Toledo na bardzo krótko (nie polecam ale różnie bywa) i miałabym wskazać jedno miejsce, które trzeba tu zwiedzić to wybrałabym właśnie ten klasztor. Królowie Katoliccy zamówili budowę klasztoru w podziękowaniu za zwycięstwo nad Portugalczykami w bitwie pod Toro.

Sufit parteru tworzą niemieckie sklepienia krzyżowe z postaciami świętych przeplatanymi motywami zwierząt i roślin. Górne krużganki zawierają ornamentykę mudejar, w tym sufit z drewna modrzewiowego, pomalowany motywami i herbami monarchów katolickich.

Dwupoziomowe krużganki otacza piękny (cudowny, fantastyczny, boski!) ogród. Sam klasztor wybudowany w stylu izabelińskim uchodzi za najpiękniejszą budowlę gotycką w Hiszpanii i chyba patrząc na zdjęcia nie macie wątpliwości, że to miejsce warto zobaczyć w Toledo? 😉

Puente de San Martin

Z klasztoru zrobiłam sobie spacer (w dół) do parku, z którego rozpościera się widok na most św. Marcina – Puente de San Martin. Jest to średniowieczna, kamienna przeprawa przez rzekę Tag. Sam most jest piękny, rozpościera się z niego jeszcze piękniejszy widok na Toledo a wzdłuż niego można sobie zjechać… tyrolką. Pewnie gdybym miała więcej czasu to bym się skusiła, lubię takie atrakcje 😉

Miło szło się w dół ale trzeba wracać i to pod górę. Kolejny punkt zwiedzania Toledo czeka.

Real Collegio Doncellas Nobles

Nie ukrywam, że nie miałam pojęcia o tym miejscu, mój przewodnik po Toledo o nim nie wspominał – może dlatego, że budynek udostępniono dla zwiedzających dopiero w 2016 roku. Jako, że kupiłam bilet łączony, o którym pisałam wyżej to uznałam, że zajrzę.

Real Collegio Doncellas Nobles to instytucja ufundowana przez arcybiskupa Toledo kardynała Juana Martinez Silceo w 1551 roku. Wówczas szkoła dla dziewcząt z Toledo, której celem było wychowanie młodych kobiet do bycia dobrymi matkami (sic!)

Dziś jest rezydencją uniwersytecką, a sam budynek znajduje się na liście królewskich zabytków hiszpańskiej organizacji dziedzictwa narodowego Patrimonio Nacional.

Największe wrażenie robi kaplica kościelna kolegium – ołtarz główny z płótnem Matki Boskiej, barokowe ołtarze z dziewicą Virgen del Pozo i Saint Jerome.

Iglesia de Santo Tome

Szukając informacji o tym co zwiedzić albo co zobaczyć w Toledo na pewno trafi się prędzej czy później na kościół Santo Tome.

W 1586 roku proboszcz kościoła Santo Tome poprosił El Greco (witamy po raz kolejny!) o namalowanie obrazu upamiętniającego zmarłego dobroczyńcę świątyni – Don Gonzalo Ruiz, który jest w nim pochowany. Pogrzeb hrabiego Orgaza, bo tak nazwano dzieło, powstawał przez 2 lata. Dziś to malowidło uważa się za jeden z najważniejszych obrazów El Greco i jedną z najważniejszych atrakcji Toledo.

W tym kościele nie można robić zdjęć i jest to bardzo pilnowane. Obraz El Greco znajduje się w Kaplicy Poczęcia, zaraz przy wejściu – trudno go przegapić – raz ze względu na rozmiar (460 × 360 cm), a dwa – na ogrom turystów, który się zawsze przed nim kłębi. Powyższe zdjęcie zaczerpnęłam z Wikipedii.

Iglesia del Salvador

Kolejny dowód na multikulturowość i wieloreligijność Toledo. IX-wieczny meczet przekształcony w 1159 roku w kościół katolicki. Z tego względu jest zorientowany na południowy wschód – w kierunku Mekki.

Od 2000 roku przeprowadzono tu wiele prac archeologicznych, których ślady można w kościele i jego otoczeniu oglądać.

Kościół jezuitów – Iglesia de los Jesuitas

Tradycja głosi, że kościół jezuitów stoi w miejscu narodzin San Ildefonso – patrona Toledo. Jego frontowa fasada skierowana jest w kierunku katedry.

Kościół wzorowany na rzymskiej świątyni Gesu składa się z głównej nawy i otaczających ją bocznych kaplic. Kaplice są prawdziwym muzeum rzeźby, które w wielu przypadkach opowiada historię jezuitów.

Mezquita del Cristo de la Luz

Budynek datowany na 999 rok w czasach Kalifatu pełnił rolę meczetu (nazywał się wtedy Bab al-Mardum). Jest najstarszą świątynią muzułmańską w Hiszpanii. 200 lat później rozbudowano go i przekształcono w kościół. Dziś jest to przestrzeń zdesakralizowana.

Budynek otoczony jest tarasem i ogrodem, które zakończone są ścianą Arabską, z której rozpościera się piękny widok na Puerta del Sol i na miasto. W 2006 roku w ogrodach odkryto pozostałości rzymskie.

Puerta del Sol

Jedna z bram prowadzących do miasta, wybudowana w XIII wieku w stylu mudejar. Medalion nad łukiem bramy przedstawia święcenia Wizygotyckiego Ildefonsa, patrona Toledo. Nazwa bramy pochodzi od słońca i księżyca, które kiedyś były namalowane po obu stronach tego medalionu.

I to już prawie koniec wycieczki po Toledo. Spod Puerta del Sol warto zejść na dół i przespacerować się aż w kierunku Palacio de Congressos gdzie zwiedzanie Toledo się rozpoczęło. Jest to piękny, szeroki taras widokowy z nieziemskimi krajobrazami. Cykać i robić pocztówki. Nie zapomnijcie przywitać się z cyklistą!

Na koniec można jeszcze wejść na Paseo del Mirador, usiąść na ławeczce i pozachwycać się przez chwilę. A potem wrócić na ruchome schody i zjechać na dworzec autobusowy.

Toledo – czy warto?

Jeśli doczytaliście ten tekst do końca i obejrzeliście wszystkie zdjęcia to myślę, że nie macie wątpliwości, że warto odwiedzić Toledo. Jeśli będziecie chcieli zwiedzić Toledo w jeden dzień (tak jak ja) to liczcie się z intensywnym zwiedzaniem i długimi kilometrami spacerów pod górę i w dół. Ale bez wątpienia warto – miasto jest naprawdę piękne, kryje mnóstwo zabytków, pięknych parków, przyjemnych restauracji i eleganckich kawiarni. Żałuję, że spędziłam w Toledo tylko jeden dzień – jeśli macie taką możliwość to zaplanujcie zwiedzanie tego miasta na dwa dni. Wtedy zobaczycie wszystko na spokojnie i z lampką wina będziecie mogli bez pośpiechu wtopić się w klimat miasta.

Peszt na weekend – co zwiedzić w lewobrzeżnej części Budapesztu?

Peszt to prawdziwe serce stolicy Węgier pełne atrakcji, ciekawych miejsc i zabytków. Co zwiedzić w jeden dzień w Budapeszcie? Zapraszam na spacer po mieście.

Parlament w Budapeszcie

Niewątpliwie jedną z największych atrakcji i jednym z najważniejszych zabytków Budapesztu jest parlament. Jest to największy gmach sejmowy w Europie i trzeci co do wielkości na świecie. Imponująca neogotycka budowla przypomina nieco gmach parlamentu w Londynie. Idealnie geometryczny gmach podzielony jest w połowie na sale posiedzeń sejmu i senatu a kopuła pośrodku jest symbolem porozumienia między dwoma izbami parlamentu. Budynek parlamentu w Budapeszcie liczy sobie 365 wieżyczek symbolizujących 365 dni w roku. Na elewacji budynku wciąż widoczne są ślady po kulach, które trafiły w budynek podczas walk w 1956 roku.

Część wnętrz parlamentu udostępniono do zwiedzania. Zwiedzać można w grupach z przewodnikiem, nie można tego robić na własną rękę. Wnętrza zachwycają rozmachem, są bogato zdobione (zużyto do tego 40 kg złota!) – nie brakuje tu historycznych fresków, posągów i witraży. Cena biletu na zwiedzanie parlamentu w Budapeszcie wynosi 3500 HUF dla dorosłych obywateli Unii Europejskiej, 1900 HUF dla studentów (do 24 roku życia). Wstęp dla dzieci do lat 6 jest bezpłatny. Bilety należy kupować przez oficjalną stronę internetową z odpowiednim wyprzedzeniem. Parlament odwiedza rocznie ponad 700 tysięcy turystów! Oprowadzanie po parlamencie w języku angielskim odbywa się o godzinach 10.00, 12.00, 12.30, 13.30, 14.30 i 15.30. Wycieczki zaczynają się w Visitor Center, oprowadzanie trwa ok. 50 minut. Ja byłam w parlamencie podczas mojej pierwszej wizyty w Budapeszcie i mimo iż nie mam już zdjęć z tamtej wizyty to bardzo Wam polecam. Tym razem byłam w Budapeszcie w okresie noworocznym i parlament był zamknięty dla zwiedzających. Zdecydowanie warto zobaczyć budynek parlamentu w środku – tylko pamiętajcie, żeby zaplanować wizytę odpowiednio wcześnie.

Na placu przed parlamentem w Budapeszcie znajduje się kilka pomników. W południowej części znajduje się pomnik konny Franciszka II Rakoczego – księcia i przywódcy powstania narodowego przeciw Hapsburgom. W przeciwnej części placu znajduje się monument Lajosa Kossutha – polityka i przywódcy węgierskiej Wiosny Ludów. Pośrodku placu znajduje się obelisk z czarnego granitu z płonącym zniczem upamiętniający powstanie węgierskie w 1956 roku.

Naprzeciwko parlamentu wznosi się okazały budynek Muzeum Etnograficznego, który też warto zobaczyć. Jest to neorenesansowy pałac o bogato zdobionej fasadzie. Wzniesiono go pod koniec XIX wieku jako siedzibę Najwyższego Sądu Królewskiego.

Pomnik Holokaustu w Budapeszcie – buty

Bardzo blisko parlamentu, przy brzegu Dunaju znajduje się odsłonięty w 2005 roku pomnik Holokaustu – buty. Jego pomysłodawcą był reżyser filmowy Can Togay. Ta nietypowa atrakcja Budapesztu stanowi pamiątkę po ludziach, którzy w czasach terroru zostali w tym miejscu rozstrzelani. Przed rozstrzelaniem ściągali buty, a ich ciała wpadły do rzeki – to wtedy Dunaj nazwano czerwonym Dunajem. Jak widzicie na zdjęciu wokół butów znajdują się znicze i kwiaty – miejsce cały czas budzi mnóstwo emocji.

Plac Wolności

Spod parlamentu najlepiej przejść ulicą Vecsey na plac Szabadsag. Przy placu znajduje się pomnik Ronalda Reagana. Z drugiej strony parku znajduje się plac Wolności, a na nim pomnik ofiar okupacji niemieckiej, który od lat budzi kontrowersje. Dziś przy pomniku wiszą kartki w kilku językach (w tym po polsku) z opisem protestu przeciwko fałszowaniu historii pomnika. Pomnik przedstawia archanioła Gabriela (symbol Węgier) i unoszącego się nad nim niemieckiego orła. Archanioł ma symbolizować niewinność Węgier w trakcie II wojny światowej i negować współudział kraju w śmierci setek tysięcy osób. Protest trwający od 2014 roku, czyli od momentu postawienia pomnika, jest jednocześnie protestem przeciwko obecnej władzy i próbie fałszowania historii.

Vorosmarty Ter

Mówi się o nim, że to najładniejszy plac Pesztu. Swoje imię wziął od jednego z węgierskich wieszczów narodowych. Pośrodku placu zresztą stoi jego pomnik. Plac jest o tyle ważny dla samych mieszkańców Budapesztu, że stąd wyruszyła pierwsza linia metra w mieście.

W dużej secesyjnej kamienicy przy placu znajduje się Gerbeaud Kavehaz – jedna z najbardziej znanych kawiarni w Budapeszcie. Bardzo chciałam ją zobaczyć w środku, wypić tam kawę i spróbować ich legendarnych słodyczy no ale stanie na mrozie mnie pokonało. Następnym razem!

W okresie świątecznym odbywa się tu jarmark bożonarodzeniowy.

Vaci utca

Z placu blisko już do głównej ulicy handlowej w Budapeszcie. Arteria jest wyłączona z ruchu kołowego i otoczona sklepami (zarówno sieciówkami jak i tymi ekskluzywnymi), restauracjami, kawiarniami i sklepikami z pamiątkami. Życie toczy się tu niemalże całą dobę.

Centralna Hala Targowa

Jak już przejdziecie Vaci utca na całej długości to rzut beretem macie największą, najstarszą i najpiękniejszą halę targową w Budapeszcie. Od 1977 roku jest wpisana na listę zabytków ale wciąż pełni swoją rolę. Można tu kupić świeże warzywa i owoce, węgierskie alkohole, pamiątki, przyprawy, kiełbasy, foie gras, lokalne rękodzieło czy ceramikę. Na pierwszym piętrze znajdują się restauracje i bary oferujące szeroki wybór węgierskich dań. Spacer po hali targowej to świetna darmowa atrakcja Budapesztu. Godziny otwarcia hali: poniedziałek-piątek 6-18, sobota 6-15, w niedzielę hala targowa jest zamknięta. Zwiedzanie Budapesztu bez wizyty w hali targowej się nie liczy! 😉

Muzeum Narodowe

Z hali targowej niedaleko już do Muzeum Narodowego w Budapeszcie. Neoklasyczna budowla przypomina grecką świątynię. Muzeum powstało z inicjatywy hrabiego Ferenca Szechenyiego, który podarował mu swoją kolekcję książek, map, monet i innych pamiątek.

Andrassy ut

Ulica Andrassy to najbardziej prestiżowa i najbardziej reprezentacyjna ulica Budapesztu. Wzorowana była na paryskich traktach, wysadzana platanami, otoczona restauracjami i teatrami przez lata była miejscem spotkań węgierskiej burżuazji. Pod ulicą biegnie pierwsza linia metra.

Przy ulicy Andrassy znajduje się Muzeum Terroru. Mieści się w neorenesansowym budynku z szerokim czarnym gzymsem. Miejsce jest nieprzypadkowe – w tym budynku mieściła się kwatera główna węgierskich faszystów, a po wojnie – siedziba policji politycznej AVH. W piwnicach torturowano tysiące przeciwników totalitaryzmu. Przed muzeum znajduje się fragment muru berlińskiego.

W jednej z bocznych uliczek odchodzących od Andrassy ut znajduje się przepiękny budynek Akademii Muzycznej im. F. Liszta. Dziś pełni on też rolę sali koncertowej.

Plac Bohaterów w Budapeszcie

Spacerując ulicą Andrassy dociera się w końcu do ogromnego Placu Bohaterów. Nazywa się go czasem placem Milenijnym, bo powstał z okazji tysiąclecia państwa węgierskiego. Zdecydowanie warto zobaczyć ten plac – to jedno z najbardziej monumentalnych miejsc w Budapeszcie.

Centralnym punktem placu jest 36-metrowa kolumna z postacią Archanioła Gabriela trzymającego koronę węgierską. Legenda mówi, że tak właśnie zobaczył go we śnie król Stefan – założyciel państwa. U podnóża kolumny znajdują się konne posągi madziarskich wodzów, a na samym dole Grób Nieznanego Żołnierza. W tle pomnika wznosi się 85-metrowa kolumnada wypełniona posągami bohaterów narodowych Węgier.

Po lewej stronie placu Bohaterów znajduje się Muzeum Sztuk Pięknych gromadzące ogromną kolekcję dzieł sztuki wszystkich epok. Do najcenniejszych dzieł należą m. in. grafiki Picassa i obrazy Rubensa, El Greco czy Rembrandta. Jeśli nie mielibyście co robić w deszczowy dzień w Budapeszcie – świetny pomysł!

Naprzeciwko Muzeum znajduje się Pałac Sztuki goszczący wystawy sztuki współczesnej, awangardowe spektakle i multimedialne pokazy.

Varosliget

Varosliget to zielona oaza Budapesztu. Jedni nazywają go parkiem, inni laskiem miejskim. Pewne jest jedno – tu można uciec od zgiełku miasta.

Tuż za kolumnadą rozciąga się sadzawka, po której latem pływają i kaczki, i łódki, a zimą zamienia się w największe w Budapeszcie lodowisko.

Na ogromnym terenie znajdują się zamki i pałace inspirowane architekturą ze wszystkich części Węgier. Najsłynniejszy z nich jest Zamek Vajdahunyad – kopia ZIV-wiecznej siedmiogrodzkiej twierdzy. Do zamku należą dwie wieże – Gatehouse Tower oraz Apostle’s Tower, na które można wejść i podziwiać widoki z góry. Ja kupiłam bilet na tę pierwszą (za ok. 2 EUR).

W barokowym skrzydle zamku mieści się Muzeum Rolnictwa z ekspozycjami na temat życia na średniowiecznej wsi, zwierząt hodowlanych, winiarstwa, leśnictwa i łowiectwa.

Naprzeciwko znajduje się kultowy Pomnik Anonymus – rzeźba notariusza króla Beli żyjącego na przełomie XII i XIII wieku – pierwszego kronikarza Węgier. O jego życiu wiadomo bardzo niewiele. Tajemnicza, zakapturzona postać przyciąga tłumy turystów. Anonymus trzyma pióro – wedle miejskiej legendy dotknięcie go zapewnia przypływ talentów literackich 😉

Na terenie parku znajdują się też łaźnie – termy Szechenyi, ogród zoologiczny, cyrk miejski i słynna restauracja Gundel. Varosliget to punkt obowiązkowy zwiedzania Budapesztu – prawda jest taka, że jest tam tyle atrakcji, że jeden dzień to za mało, żeby zwiedzić czy chociażby zobaczyć wszystkie.

Bazylika św. Stefana

Budowa bazyliki w Peszcie trwała ponad 50 lat, doczekała się nawet popularnego wśród mieszkańców powiedzenia: Oddam ci dług, kiedy skończą bazylikę. Kiedy w końcu budowę ukończono to Budapeszt otrzymał w 1906 roku swój największy kościół. Może on pomieścić 8,5 tysiąca wiernych. Patronem bazyliki w Budapeszcie jest św. Stefan – pierwszy król Węgier.

Za największy skarb bazyliki uważa się Kaplicę Świętej Prawicy – w ozdobnym relikwiarzu jest tu przechowywana zmumifikowana ręka uważana za rękę św. Stefana.

Cena wstępu do bazyliki św. Stefana to 200 HUF lub 1 EUR. Nie jest to oficjalna opłata ani bilet wstępu ale dobrowolna ofiara. Ofiara jest tak dobrowolna, że przy wejściu i skarbonce stoi ochroniarz i tak patrzy, że nikt nie odważy się wejść bez wrzucenia ofiary 😀 Bazylika ma także taras widokowy – opłata wg cennika wynosi 500 HUF za osobę. Na wieżę można wejść schodami lub wjechać windą.

Z placu przed bazyliką można się wybrać na plac Deak Ferenc ter. Tam stoi Budapest Eye. Jest to wielkie młyńskie koło (czy diabelski młyn, jak kto woli), które szczególnie pięknie wygląda wieczorem i nocą. Jego wysokość to 65 metrów więc widoki z góry na pewno są imponujące. Niestety nie jest to tania atrakcja Budapesztu – cena biletu dla osoby dorosłej to aż 10 EUR dlatego sobie odpuściłam. Miejsce jest bardzo popularne zwłaszcza wśród rodzin z dziećmi więc po zapadnięciu zmroku trzeba się liczyć z koniecznością stania w dosyć długiej kolejce.

Wielka Synagoga w Budapeszcie

Synagoga na ulicy Dohany to dla mnie jeden najlepszych i najwspanialszych zabytków Budapesztu. Cena biletu wstępu to aż 5000 HUF (64zł) ale zapewniam Was, że warto te pieniądze wydać. Możecie oszczędzać w Budapeszcie na innych atrakcjach i zabytkach ale synagogę bardzo polecam. Za bilety można płacić gotówką lub kartą, przed wejściem na teren synagogi przechodzi się kontrolę bezpieczeństwa taką jak na lotnisku. Cena obejmuje zwiedzanie wielkiej synagogi, wstęp do muzeum Żydowskiego oraz do ogrodów. Można także w cenie tego biletu przyłączyć się do wycieczki z przewodnikiem. Wycieczki odbywają się w języku węgierskim, angielskim, hiszpańskim, włoskim i niemieckim. Godziny otwarcia synagogi dla zwiedzających: niedziela-czwartek 10-16, piątek 10-14, sobota zamknięte.

Synagoga w Budapeszcie jest największą synagogą w Europie – ma 53 metry długości i prawie 44 wysokości. Może pomieścić 3 tysiące osób. Na świecie jest tylko jedna bardziej pojemna synagoga – w Nowym Jorku. W środku robi ogromne wrażenie mimo dużej ilości turystów.

Muzeum Żydowskie w Budapeszcie to nie tylko zbiór zabytkowych eksponatów ale też wystawa mająca na celu przybliżenie zwiedzającym zasad wiary żydowskiej i pokazanie woli przetrwania narodu wobec zagłady. Daleko mu do rozmiarów muzeum Polin więc jeśli ktoś z Was był w warszawskim muzeum to może być nieco rozczarowany ale i tak warto wejść do muzeum w Budapeszcie zwłaszcza, że wstęp jest darmowy przy zwiedzaniu synagogi.

Za synagogą na ogrodzonym podwórku znajduje się niezwykły pomnik ku czci ofiar Holokaustu autorstwa Imre Vargi – drzewo życia. Jest to wierzba płacząca z metalowymi gałązkami i listkami na których wypisane są nazwiska poległych Żydów. Drzewo ufundował Amerykanin Tony Curtis, którego mogliście widzieć u boku Marylin Monroe w Pół żartem, pół serio. Curtis (w rzeczywistości Schwartz) był potomkiem węgierskich Żydów, którzy wyemigrowali do USA, ale nigdy nie zapomnieli o swojej ojczyźnie.

Na terenie synagogi znajduje się też ogród pamięci.

Dzielnica żydowska

Po zwiedzaniu synagogi warto pobłądzić w uliczkach dookoła niej. Można odkryć zupełnie nieoczywisty Budapeszt, o którym nie pisze żaden przewodnik. W mniejszych i większych uliczkach mieszczą się restauracje i kawiarnie, a także najbardziej odjechane i alternatywne miejsca w Budapeszcie – tzw. ruin puby z Szimpla Kert na czele. Dla mnie dzielnica żydowska jest kulinarną perełką Budapesztu.

Ogromne wrażenie robią też wystawy sklepowe niczym sprzed 100 lat i to co ja uwielbiam najbardziej – streetart. Graffiti na ulicach żydowskiej dzielnicy Budapesztu jest mnóstwo. Jedne dzieła zupełnie nowe i zadbane, inne już starsze i zniszczone ale one też tworzą klimat tej dzielnicy.

Warto zwrócić szczególną uwagę na mural przyjaźni polsko-węgierskiej, który znajduje się przy ulicy Klauzal 29. Mural powstał z okazji 75. rocznicy utworzenia Instytutu Polskiego w Budapeszcie i przedstawia dwa zrośnięte dęby i wiersz w języku polskim autorstwa Stanisława Worcella.

Dzielnica żydowska w Budapeszcie dopiero się otwiera na mieszkańców i turystów, daleko jej (jeszcze) do popularności krakowskiego Kazimierza. Bywa tu brudno, bywa brzydko ale klimat jest cudowny i zachęcam Was, żeby tak zaplanować spacer po Budapeszcie, by spędzić tu co najmniej kilka godzin.

Budapeszt – rejsy po Dunaju

Co jeszcze warto robić w Budapeszcie? Na pewno atrakcją dla dorosłych i dla dzieci jest rejs statkiem po Dunaju. Oferta rejsów jest zdecydowanie większa latem niż zimą ale w grudniu też była możliwość podziwiania Budapesztu z perspektywy wody. Rejsy są przeróżne – od 1 do 5-godzinnych. Możecie pływać po Dunaju w dzień i w nocy. Są rejsy z obiadem lub kolacją czy rejsy tematyczne, np. z degustacją węgierskich win. Oferta i ceny bardzo zróżnicowane. Warto!

Buda w jeden dzień – co zobaczyć w prawobrzeżnej części Budapesztu?

Jeśli wybieracie się do Budapesztu na weekend, czyli na 2 dni to zwiedzanie najlepiej podzielić tak jak Dunaj dzieli Budapeszt, czyli w jeden dzień zwiedzić Budę, a w jeden dzień Peszt. Jakie atrakcje oferuje turystom Buda? Zapraszam na mój przewodnik.

Buda to zdecydowanie mniejsza część Budapesztu ale uchodzi za bardziej elegancką i prestiżową.

Mój hotel znajdował się tuż przy wzgórzu Gellerta więc od niego zaczęłam zwiedzanie Budy. Jak dojść na szczyt wzgórza Gellerta? Dróg jest co najmniej kilka, wszystkie są świetnie oznaczone w aplikacji maps.me (działającej offline) więc nie sposób się zgubić. Są podejścia bardziej i mniej strome, krótsze i dłuższe, ze schodami i bez schodów – każdy znajdzie jakąś ścieżkę dla siebie. Wysokość góry Gellerta to 235 metrów nad poziomem morza ale tak naprawdę wznosi się ono 130 metrów ponad wody Dunaju. Co nie znaczy, że podczas spaceru na górę nie można się zmęczyć, bo można, i to całkiem solidnie 😉

Pierwsza atrakcja tuż po wejściu na ścieżkę na wzgórze Gellerta to kaplica wykuta w skale – Magyarok Nagyasszona Sziklatemplom. Świątynią opiekują się paulini i w jedna z kaplic poświęcona jest Polsce – znajduje się w niej kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej oraz tablice upamiętniające Polaków walczących w II wojnie światowej. Tuż przy wejścia do kaplicy znajduje się pierwszy punkt widokowy na Dunaj i na Most Wolności.

Z tego punktu można też podziwiać Hotel Gellert – wybudowany w 1918 roku od samego początku uchodził za najbardziej luksusowy hotel na Węgrzech. Dziś widać, że lata świetności ma dawno za sobą. Przy hotelu mieszczą się termy Gellert – bardzo eleganckie, z marmurowymi kolumnami, mozaikami i rzeźbami. Bardzo popularne i niestety bardzo zatłoczone, o każdej porze roku.

Wracamy na wzgórze Gellerta. Po wejściu na samą górę wita nas Statua Wolności z cytadelą za plecami. Węgierska Statua Wolności została wzniesiona w 1947 roku i upamiętnia wyzwolenie Budapesztu przez Armię Czerwoną. Początkowo na pomniku znajdowała się 4-metrowa rzeźba radzieckiego żołnierza, którą usunięto po zmianie systemu. Na cokole pomnika wyryto napis Pamięci tych wszystkich, którzy poświęcili życie za niezależność, wolność i pomyślność Węgier.

Cytadela została wzniesiona w 1854 roku przez Austriaków po stłumieniu węgierskiej Wiosny Ludów. Cytadela nigdy nie pełniła roli militarnej, dziś w jej murach mieści się hotel i restauracja, a sama cytadela jest atrakcją turystyczną i miejscem spacerów. Z góry roztacza się pocztówkowy widok na Budapeszt.

Ze wzgórza Gellerta można zrobić sobie ok, 2,5-kilometrowy spacer na Górę Zamkową (Varhegy). To właśnie tam znajduje się starówka Budapesztu z zamkiem królewskim, kościołem św. Macieja i Basztą Rybacką.

Miejscem, od którego najlepiej zacząć zwiedzanie Góry Zamkowej jest oczywiście pałac królewski. Jego historia sięga XIV wieku. Kolejni władcy rozbudowywali go wedle ówcześnie panujących standardów. W XVII wieku zamek został zburzony przez Hapsburgów, a w XVIII wieku Maria Teresa wybudowała na jego miejscu barokowy pałac. Budowla doszczętnie spłonęła podczas II wojny światowej, odbudowaną ją w latach 60-tych XX wieku.

Dzisiejszy pałac to tak naprawdę kompleks wielu budynków otaczających trzy dziedzińce. Na pierwszym dziedzińcu stoi ogromny posąg konny księcia Eugeniusza Sabaudzkiego – pogromcy Turków. Za jego plecami znajduje się Węgierska Galeria Narodowa.

Wąskim przejściem można dostać się na drugi dziedziniec gdzie atrakcją jest wykonana z brązu studnia króla Macieja z 1904 roku dobudowana do ściany dawnej kaplicy zamkowej. Obecnie studnia jest w remoncie i jest częściowo zagrodzona.

Dalej znajduje się trzeci dziedziniec zamkowy, zwany Lwim Dziedzińcem. Znajduje się przy nim Biblioteka Narodowa i Muzeum Historii Budapesztu.

Na terenie wzgórza zamkowego warto też zobaczyć dawny pałac rodu Sandor – dziś jest to rezydencja prezydenta Węgier. Wejścia do pałacu strzeże warta honorowa.

Tuż przy pałacu znajduje się górna stacja kolejki Siklo. Prowadzi ona ze stacji na placu przy moście Łańcuchowym na Wzgórze Zamkowe. Kolejka powstała w 1870 roku. Dwa wagoniki poruszają się ruchem wahadłowym pokonując wysokość 50 metrów, każdy zabiera 24 pasażerów. Kolejka jeździ co 5 – 10 minut, godziny kursowania to 7.30 – 22.00 7 dni w tygodniu. Cena przejazdu w jedną stronę to 1400 HUF, w dwie strony 2000 HUF.

W tym miejscu rozpoczyna się Dzielnica Zamkowa pełna wąskich, uroczych uliczek, kawiarenek i sklepików.

Spacerując tymi uliczkami dochodzi się do placu Trójcy Świętej z kościołem św. Macieja. Była to świątynia koronacyjna węgierskich królów – koronował się tu m. in. cesarz Franciszek Józef i ostatni król Węgier – Karol IV. Koronkowa wieża kościoła ma 78 metrów i jest najpiękniejszym przykładem architektury neogotyckiej na Węgrzech. Niestety wnętrze kościoła jest niedostępne dla zwiedzających, a przynajmniej było w dniu, w którym ja zwiedzałam wzgórze zamkowe.

Tuż obok kościoła znajduje się konny pomnik św. Stefana – patrona Węgier. Pomników na wzgórzu zamkowym jak sami widzicie jest bardzo dużo.

Zaraz za kościołem znajduje się jedna z najbardziej znanych i najpiękniejszych atrakcji Budapesztu – Baszta Rybacka (lub Bastion Rybaka). Historia białych wieżyczek sięga 1902 roku. W 1987 roku baszta została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skąd nazwa? Nawiązuje ona do dawnych fortyifkacji, które na tym odcinku były bronione właście przez rybaków. Liczba 7 wież nawiązuje do 7 wodzów madziarskich, którzy przywiedli przodków Węgrów na równinę Panonii.

Rozciąga się stąd przepiękny widok na Dunaj, na parlament i mosty. Miejsce, które trzeba zobaczyć w Budapeszcie.

Spacerując po wzgórzu zamkowym będziecie co chwilę mijali kolejne punkty widokowe. Panorama miasta w słoneczny dzień jest stąd oszałamiająca. Oczywiście im wyżej tym ładniej. Warto się spokojnie powłóczyć i zrobić sobie przerwę na kawę w jednej z restauracji z widokiem.

Budapeszt – mosty

Mosty należą i do Budy, i do Pesztu dlatego napiszę o nich tutaj. Przez Dunaj w Budapeszcie przebiega 12 mostów drogowych i 2 kolejowe.

Najpopularniejszy i najstarszy (1849) most w Budapeszcie to Most Łańcuchowy Szechenyiego. Legenda głosi, że strzegące go kamienne lwy zaryczą, gdy przez most przejdzie dziewica 😉

Drugi bardzo znany to Most Wolności oddany na tysiąclecie państwa węgierskiego w 1896 roku. Przez wielu uważany za najpiękniejszy most w Budapeszcie słynie też niestety z tego, że jest mostem samobójców.

Pozostałe mniej popularne mosty w stolicy Węgier to most Arpada – najdłuższy i najbardziej uczęszczany, most Małgorzaty – łączący miasto z wyspą Małgorzaty, most Elżbiety, most Petofiego i most Rakoczego.

Budapeszt – kulinarny przewodnik – gdzie i co zjeść, gdzie na kawę, a gdzie na wino i drinka?

Niejednokrotnie już pisałam, że jedzenie to dla mnie jeden z najważniejszych aspektów podróży. Kocham próbować nowych rzeczy, najchętniej tych dziwnych 😉 Mam to szczęście, że jadam praktycznie wszystko, nie spróbuję jedynie czegoś co niebywale śmierdzi (nie dotyczy serów pleśniowych, tu smrodek mi nie przeszkadza :P). Kuchnia węgierska nie należy do moich ulubionych ale i tu jest sporo dań, które lubię i chętnie jadam podczas kolejnych podróży na Węgry. W tym wpisie podpowiem Wam co zjeść na Węgrzech, gdzie dobrze zjeść w Budapeszcie (czasem tanio, czasem trochę drożej), gdzie spróbować węgierskiego wina, a gdzie wypić drinka i podziwiać panoramę miasta jednocześnie. Barów z niesamowitym widokiem w Budapeszcie nie brakuje! Gotowi? To zapraszam. Tylko uprzedzam: nie czytać na głodnego 😉

Kuchnia węgierska – co koniecznie zjeść i czego warto spróbować?

Słysząc kuchnia węgierska wiele osób pomyśli: gulasz i papryka. Część pewnie langosz. A coś więcej? No właśnie. Więc na początek poszukajmy typowych dań kuchni węgierskiej.

Gulasz to danie znane również u nas. Ten węgierski jest jednak bardziej aromatyczny i mocno paprykowy. Dobra wiadomość dla turystów nieprzyzwyczajonych do ostrych smaków: pastę paprykową w restauracjach podaje się najczęściej osobno – tak więc możecie sobie sami doprawić i osiągnąć pożądany (bądź akceptowalny) poziom ostrości. Jako osoba stroniąca od ostrych dań bardzo to doceniam!

Równie popularna jest zupa gulaszowa, czyli bogracz. W środku znajduje się wołowina, ziemniaki, pomidory, cebula – wszystko w aromatycznym wołowym bulionie. Zupa serwowana jest z pastą paprykową i chlebem.

Miłośnicy ryb również nie będą w Budapeszcie zawiedzeni. Sztandarową rybną potrawą jest zupa Halaszle, czyli zupa rybna. Każdy kucharz ma na nią swój przepis, którego pilnie strzeże. Zazwyczaj znajdują się w niej kawałki suma, karpia, papryka i pomidory. Zupę trzeba jeść ostrożnie, bo może zawierać ości! Tradycyjnie podaje się ją z chlebem i… szprycerem z białego wina 🙂

Langosz – w XXI wieku najbardziej charakterystyczna potrawa kuchni węgierskiej. Jest to szybka przekąska i węgierski fast food. Placek z ciasta drożdżowego smażony na głębokim oleju, podawany z przeróżnymi dodatkami. Ja najbardziej lubię ten klasyczny – ze śmietaną i serem. Im więcej śmietany i mniej sera tym lepiej 😉 Ale langosza podaje się też z pastą paprykową, mięsem, cebulą czy wędzoną rybą. Ba, jest nawet wersja na słodko. Tej ostatniej nigdy nie próbowałam i chyba jednak wolę zostać przy wersji śmietanowej. Langosz to taki typowy street food, który zjecie w budkach rozstawionych w mieście, te budki są też na jarmarkach świątecznych. Serwują go oczywiście liczne restauracje i bary.

Inna popularna szybka przekąska to kaphato – taki jakby duży pieróg różnego rodzaju farszami.

Węgierskie jedzenie jest bardzo urozmaicone i myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Popularne dania w węgierskich restauracjach to smażony ser (znany wielu osobom ze Słowacji czy Czech), paprykarz, leczo, gołąbki, schab pieczony z czosnkiem, karp pieczony z ziemniakami i papryką.

Węgry słyną z kiełbas – ta najsłynniejsza to Csabai kolbasz – aromatyzowana papryką, wieprzowa kiełbasa wędzona i długo suszona.

Na Węgrzech produkuje się także foie gras, czyli pasztet z gęsich wątróbek. Foie gras budzi emocje, bo to przysmak niehumanitarny (zainteresowanych odsyłam do poczytania o tym jak się te biedne gęsi tuczy, żeby pasztet był najsmaczniejszy) ale jednocześnie uwielbiany przez smakoszy. Wiele krajów zabrania jego produkcji, m. in. Polska. Węgry natomiast są trzecim co do wielkości producentem foie gras na świecie. Wiem, że to straszne ale foie gras uwielbiam. Jadam w porywach 3 razy w roku więc chyba możecie mi wybaczyć 😉 To węgierskie jest PYSZNE!

Przez całe lata mówiło się, że Węgry to nie jest kraj dla wegetarian. Nie da się ukryć, że tradycyjne jedzenie na Węgrzech oparte jest na mięsie ale czasy się zmieniają i w Budapeszcie restauracje wegetariańskie i wegańskie powstają jak grzyby po deszczu. Ich zagłębiem jest dawna dzielnica żydowska. Jeśli nie jadacie mięsa a traficie do zwykłej (czytaj nie-wegetariańskiej restauracji) to w menu należy szukać fozelek – jest to bardzo popularne danie z duszonych warzyw. Taki węgierski odpowiednik ratatouille. Popularne restauracje wegańskie w Budapeszcie to Vexicana (ul. Dob 40) – kuchnia meksykańska w wersji wege, Vegan Garden – ogródek z wegańskim street-foodem, Vega City (naprzeciwko Muzeum Narodowego) i Las Vegans – przy ul. Kazinczy 18. Jeśli szukacie w Budapeszcie węgierskich dań w wersji bezglutenowej, bezlaktozowej, bezcukrowej i ze składników bez GMO to udajcie się do 827 Speciality Kitchen przy Kalvin ter 5.

Na Węgrzech nie stroni się także od deserów. Ten najbardziej znany to tort Dobosza. Wymyślił go cukiernik z Budapesztu – Józef Dobos. Są to warstwy ciasta biszkoptowego przełożone kremem czekoladowym. Wierzch pokryty jest twardym karmelem. Jednymi z pierwszych osób, które spróbowały tortu był cesarz Franciszek Józef i cesarzowa Sissi. Sam tort szybko zdobył sławę na Węgrzech jak i w całej Europie.

Deser, z którym spotkacie się najczęściej to kürtőskalács (kurtoszkołacz, chimney cake). Tradycyjnie wypieka się je nad żarzącym ogniem. Jest to lekkie drożdżowe ciasto, które po upieczeniu posypuje się cukrem, cynamonem lub orzechami. Nie brakuje również ciastek w wersji bomba kaloryczna – pusty środek nadziewa się wtedy lodami, bitą śmietaną i wszystkim czego dusza zapragnie. Ja spróbowałam tylko tego klasycznego – był bardzo delikatny i smaczny.

Budapeszt to miasto o żydowskich korzeniach. Na świątecznym jarmarku było stoisko z ciastem raj rachel flodnija. To tradycyjne ciasto żydowskie składające się z płatów ciasta przekładanego makiem, jabłkami, orzechami włoskimi i powidłami śliwkowymi. Powiem szczerze, że mimo iż wszystkie te składniki z osobna uwielbiam to jakoś mi to ciasto nie podeszło. Za dużo tam się działo, za duże pomieszanie smaków, do tego to ciasto, którym było przełożone to nie był biszkopt tylko coś zbliżonego do kruchego ciasta. No nie, nie moje klimaty.

Ponadto popularne desery na Węgrzech to marcepan i wyroby z marcepanu, czekoladki i strucle z nadzieniem serowym, makowym, wiśniowym czy z orzechów włoskich.

W Budapeszcie powstał jeszcze jeden popularny węgierski deser – naleśniki a la Gundel. Są to cienkie placki przekładane masą z orzechów włoskich, rodzynek i rumu polewane masą z kakao, żółtek jaj i śmietany. Dokładna receptura jest oczywiście pilnie strzeżona. Naleśniki wymyślił Karol Gundel – właściciel restauracji Gundel, która znajduje się w parku Városliget. Porcja naleśników w tym miejscu kosztuje 2900 HUF (ok. 40zł) i rocznie sprzedaje się ich tam ponad 25 000! Naleśniki a la Gundel można też oczywiście zjeść w wielu innych miejscach, w niższej cenie ale nie będzie to już deser z autorskiej receptury pana Gundla.

Kawa po węgiersku to kawa z dodatkiem wiśniowej palinki, chilli, brązowego cukru i śmietanki. Kawa, deser i drinki w jednym 😉

Wiadomo już co zjeść na Węgrzech to teraz pora odpowiedzieć na pytanie gdzie zjeść w Budapeszcie?

Tanio, dobrze i dużo można zjeść w Budapeszcie w dawnej dzielnicy żydowskiej, w miejscu zwanym Karavan. Jest to skupisko restauracji serwujących streetfood, znajduje się przy ulicy Kazinczy 18, otwarte jest od 11.30 do 23. Można tu zjeść langosza, burgera, falafele, sałatkę. Wybór ogromny – i dla mięsożerców, i dla wegetarian. Na końcu są stoliki, można usiąść i zjeść w spokoju.

Drugie, jeszcze większe zagłębie gastronomiczne to Gozsdu udvar, położone zresztą bardzo blisko Karavanu, przy ulicy Kiraly 13. Jest to dosyć długa aleja pełna restauracji, barów i klubów, czynna całą dobę. Nie wszystkie restauracje są oczywiście czynne całą dobę ale o której godzinie byście tam nie poszli to coś będzie otwarte. Są tu restauracje regionalne, jest bar z hiszpańskimi tapasami, jest włoska restauracja Jamiego Oliviera, są bary karaoke, jest lokalna sieciówka z winem Divino. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja mimo iż jestem zwolenniczką jadania lokalnych specjałów to nie mogłam się oprzeć pokusie zjedzenia gnocchi u Jamiego Oliviera. Restauracja i pizzeria otwarta jest od 11.30 do 23.30. W menu dominują pizze ale jest też kilka past i deserów. Moje gnocchi było mistrzowskie – mięciusieńkie, wręcz puszyste, z pysznym sosem pomidorowym i wołowinką. Pizze, które widziałam przy stoliku obok wyglądały i pachniały równie obłędnie. Sama restauracja też fajnie urządzona, przyjemny ogródek, obsługa trochę mało ogarnięta ale za to jedzenie jestem w stanie im wybaczyć 😉 Ceny jak to w Budapeszcie – za gnocchi i herbatę zapłaciłam 50 zł.

W tym samym regionie (no nic poradzę, że dzielnica żydowska to najlepsze restauracje w Budapeszcie) znajduje się Vintage Garden (ulica Dob 21), otwarty od 9 do 24. Jest to połączenie kuchni węgierskiej i międzynarodowej. Menu jest urozmaicone – można tu zjeść gulasz, można burgera. Jak widzicie moja miłość do burgerów tym razem wygrała 😉 Nie był to może najlepszy burger mojego życia ale był smaczny. Do tego mają spory wybór węgierskich win. No ale to co zachwyca najbardziej w Vintage Garden to wystrój. Wysoka pozycja w kategorii najbardziej instagramowe miejsca w Budapeszcie 😉 Co ciekawe wzorem londyńskich knajp wystrój zmienia się sezonowo. Podczas mojego sylwestrowego pobytu było bardzo różowo ale udało się w tym różu uniknąć przesytu i nadmiernej słodyczy. Piękne i przyjemne miejsce, bardzo dobry pomysł na kolację w Budapeszcie lub po prostu na drinka czy lampkę wina w pięknym otoczeniu. Ceny adekwatne do klasy lokalu – za burgera i lampkę wina zapłaciłam 65 zł.

Jeśli chcecie zjeść przepyszną zupę gulaszową to polecam zrobić sobie przerwę podczas zwiedzania parku Varosliget w restauracji Anonymus Étterem (otwarta od 9 do 22). Zupa podawana jest w tradycyjnym kociołku, jest w niej bardzo dużo mięciutkich kawałków mięsa. Podawana jest z chlebem i pastą paprykową. Ja chleba nawet nie tknęłam a najadłam się tak, że ledwo wstałam od stołu. Ponadto restauracja znajduje się w budynku wieży zamkowej – jest bardzo klimatycznie. Świetna obsługa. Za zupę i lampkę wina zapłaciłam 40 zł.

Szeroki wybór dań kuchni węgierskiej serwują restauracje zlokalizowane na pierwszym piętrze hali targowej (Vámház krt 1-3). Hala czynna jest od poniedziałku do piątku od 6 do 18, w soboty od 6 do 15. To nie są restauracje gdzie można siedzieć i miło spędzać czas – raczej miejsca na szybki, tani posiłek. Ale tu można zjeść wszystkie sztandarowe dania kuchni węgierskiej, z gulaszem na czele.

Budapeszt od setek lat jest miastem słynącym z kawiarni. Przed powstaniem Austro-Węgier rewolucjoniści snuli w kawiarniach plany przewrotów, później w kawiarniach spotykali się artyści i literaci. W czasach belle epoque w Budapeszcie funkcjonowało ponad 400 kawiarni!

Jedną z najsłynniejszych kawiarni w Budapeszcie jest New York Cafe nazywająca sama siebie najpiękniejszą kawiarnią na świecie. Jednym ze stałych bywalców kawiarni był Ferenc Molnar i miejska legenda głosi, że właśnie tu napisał swoje najsłynniejsze dzieło – Chłopców z placu Broni. Kawiarnia mieści się w neorenesansowej kamienicy zbudowanej dla towarzystwa ubezpieczeniowego New York w 1894 roku. Wnętrze to włoski przepych – ornamenty, freski, weneckie żyrandole, pozłacane dekoracje, marmurowe kolumny.

Historia New York Cafe jest równie burzliwa jak historia Budapesztu. Po II wojnie światowej restauracja została zamknięta, w jej miejscu działał… sklep sportowy. Ponowne otwarcie kawiarni nastąpiło w 1954 roku pod nazwą Hungária Cafe. Po kolejnym remoncie kawiarnię otwarto w 2006 roku odnawiając pieczołowicie jej wystrój sprzed wojny.

Dziś New York Cafe jest miejscem gdzie trudno spotkać mieszkańca Budapesztu (poza obsługą). Podobno przewija się przez nią ponad 2 tysiące turystów dziennie. Jeśli liczycie, że wejdziecie do kawiarni z marszu to muszę Was rozczarować. Trzeba odstać swoje w kolejce niezależnie od pory (godziny otwarcia New York Cafe to 8.00-24.00). Ja generalnie unikam restauracji, gdzie muszę czekać w kolejce na stolik. Uważam, że w dzisiejszych czasach wszędzie jest tyle knajp, że żadne lokum nie jest warte tego, żeby na mrozie stać i czekać aż ktoś nas wpuści. No ale dla New York Cafe zrobiłam wyjątek. Widziałam wcześniej w internecie zdjęcia wnętrz i uznałam, że poczekam te kilkanaście minut (ostatecznie wyszło nieco ponad 20).

W New York Cafe można zjeść śniadanie, obiad lub kolację – menu nawiązuje do dziedzictwa kulinarnego Austro-Węgier, w New York Cafe serwuje się gulasz, zupę, rybną, sznycel po wiedeńsku czy grillowane foie gras.

Jak to w kawiarni można napić się kawy, herbaty czy soków. Jest także spory wybór węgierskich win. Do kawy można zjeść typowy węgierski deser – tort Dobosza, tort Sachera czy tort Esterházy.

Kawa serwowana w New York Cafe to nie jest zwykła kawa. Można zaszaleć i zamówić sobie kawę posypaną najprawdziwszym 24-karatowym złotem. Taka przyjemność zwiększa cenę kawy o 2 EUR. Cena kawy latte w New York Cafe to 8 EUR, w wersji ze złotem 10 EUR. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności 😉 Ceny w New York Cafe Budapest są wysokie, nie da się ukryć. Mój rachunek za kawę ze złotem i lampkę wina wyniósł 80zł. Można oczywiście płacić kartą.

Czy warto wydać 40zł za kawę? Wnętrza jak widzicie na zdjęciu są przepiękne. Ale to oczywiście powoduje, że cały zastępy blogerów i influencerów przychodzą tu tylko po to, żeby zrobić sobie idealne zdjęcie. Wiecie – zamawiają kawę i robią sobie z nią 80 ujęć – na tle takim, na takim, z głową przechyloną w lewo, z głową w prawo, z włosem za uchem i z rozwianym… Powiem szczerze, że patrzyłam na ten spektakl z przerażeniem. Bardzo jestem ciekawa czy ci wszyscy ludzie mieli jakąś przyjemność z tej wizyty. Jeśli lubią zimną kawę to pewnie tak 😀

No i jeszcze jedna rzecz, o której muszę napisać i która mi do tego miejsca bardzo nie pasowała. Obsługa w sportowym obuwiu. Wszyscy – kelnerzy i menadżerowie. Ja rozumiem, że oni robią dziesiątki kilometrów na nogach ale przecież można założyć jakieś bardziej eleganckie płaskie buty. Białe koszula, mucha i… adidasy. Raziło mnie to bardzo!

Niemniej nie żałuję wizyty w New York Cafe, bo te wnętrza są naprawdę piękne, wszystko jest na najwyższym poziomie, miejsce jest bardzo przyjemne. Na pewno warto ale dla mnie to miejsce na jednorazową wizytę.

Drugie kultowe miejsce na kawę w Budapeszcie to Parizsi Udvar Café & Brasserie (ulica Petőfi Sándor 2-4) – otwarte od 6.30 do północy. Bistro w paryskim stylu mieści się w dawnym pasażu handlowym inspirowanym paryskim Passage des Panoramas. Przed I wojną światową było to najbardziej ekskluzywne miejsce w Budapeszcie. Budynek przez lata niszczał, dziś jest świeżo po remoncie i poza kawiarnią działa tu restauracja i hotel sieci Hyatt. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce w Budapeszcie gdzie warto pójść na dobrą kawę to wybrałabym właśnie to – jest pięknie, przyjemnie, bardzo przestronnie ale jednocześnie nie ma tu nadętej atmosfery. Ceny całkiem przyzwoite – za latte i lampkę wina zapłaciłam 40zł.

I na koniec kawa z widokiem – Panorama Cafe & Bar (ulica Hunyadi János 31). Kawiarnia czynna jest od 10 do 20, w weekendy do 21. Znajduje się tuż przy Baszcie Rybackiej i oferuje piękne widoki na Dunaj i na Parlament. Kuchnia tego miejsca nie ma najlepszej opinii więc nie polecam tego miejsca na obiad ale na kawę jak najbardziej. Widoki zapierają dech w piersiach, samo miejsce jest bardzo przyjemne, obsługa bardzo uprzejma. Warto zrobić sobie tu przerwę podczas wędrówek po wzgórzach Budy.

I czas na ostatnią część kulinarnego przewodnika po Budapeszcie – gdzie pójść na drinka lub wino?

Miejsce, które zdobywa coraz większą popularność to Szimpla Kert przy ulicy Kazinczy 14. Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju i to nie tylko w Budapeszcie, ale w całej Europie. Dawną fabrykę przerobiono na puby, restauracje i kino na otwartym powietrzu. Toczy się tu życie kulturalne miasta – odbywają się wystawy, przedstawienia teatralne i koncerty. Szimpla Kert to po węgiersku Puby w ruinach i od tego naprawdę się wszystko zaczęło. Historia Szimpla Kert zaczyna się w 2002 roku. Od tego momentu rozpoczęła się rewitalizacja całej dawnej dzielnicy żydowskiej Budapesztu.

Szimpla Kert jest zupełnie odjechane, inne niż wszystkie puby i restauracje, które do tej pory widzieliście. Jest hipsterskie – nie powiem, że nie – ale to jest miejsce, które trzeba w Budapeszcie zobaczyć. Ba, warto zostać tu dłużej, wypić piwo (np. siedząc w starej wannie) i coś zjeść. Jedzenie serwowane w restauracjach Szimple Kert pochodzi z lokalnych, certyfikowanych upraw, nie stosuje się tu żadnych sztucznych dodatków, oleju palmowego ani chemii – menu jest lokalne. Bardzo dba się tu o jakość serwowanego pożywienia. To nie są tylko restauracje – to jest cała filozofia. Dużo tu oczywiście dań wegetariańskich i wegańskich. Cyklicznie odbywają się tu też targi z lokalnymi produktami spożywczymi gdzie mieszkańcy zaopatrują się w warzywa, owoce i inne regionalne produkty.

Od jakiegoś czasu doceniam bary z tarasami widokowymi. Przed każdym wyjazdem szukam informacji o tym gdzie pójść na drinka, żeby jednocześnie móc podziwiać panoramę miasta. W Budapeszcie też takich miejsc nie brakuje, niestety część z nich jest zamknięta w sezonie zimowym.

Pierwszy bar z widokiem, który odwiedziłam to 360 Bar – znajduje się przy ulicy  Andrássy 39. Godziny otwarcia to 14.00 – 0.00 od poniedziałku do piątku i 14.00 – 2.00 w weekendy. Latem są tu stoliki oferujące panoramiczny widok na Budapeszt, a zimą taras zamienia się w igloo-garden. Igloo są bardzo popularne i jeśli chcecie zjeść w środku to niezbędna jest rezerwacja, bo nawet o godzinie 14, gdy tylko bar się otwiera, wszystkie stoliki wewnątrz są już zarezerwowane. Ceny są bardzo przyzwoite – ogromny wybór w cenie niższej niż 1000 HUF za kieliszek. A widok – oszałamiający.

Drugie miejsce, które odwiedziłam to Aria High Note Sky Bar. Znajduje się przy ulicy Hercegprímás 5, tuż przy bazylice. Otwarty jest 365 dni w roku w godzinach 12.00 – 0.00. Bar mieści się na dachu hotelu Aria, który wybrano najlepszym hotelem na świecie. Swoją kolejną wizytę w Budapeszcie zaplanuję z takim wyprzedzeniem, żeby dorwać tam pokój. Wejście do baru prowadzi przez hotelowe lobby. Trzeba dojść do końca i po prawej stronie znaleźć windę. Bar jest fantastycznie urządzony – jest część wewnętrzna i zewnętrzna i jeszcze dodatkowy taras widokowy na podwyższeniu. To miejsce w każdym aspekcie zasługuje na najwyższą ocenę – fantastyczna, niezwykle uprzejma obsługa, doskonałe menu, wyjątkowe drinki, przepiękne wnętrza no i nieziemski widok z góry. Jadłam foie gras z grzanką z figami i pistacjami i piłam Philosopher’s Stone – drinka na bazie wódki, wina tokaj, pigwy i cytryny. Już pomijam fakt, że był przepyszny ale tak podanego drinka nigdzie mi się nie zdarzyło pić. Ceny są dosyć wysokie ale warto. Mój rachunek wyniósł 90zł. Zdecydowanie najlepszy bar z widokiem w Budapeszcie. Fajne miejsce i na spotkanie z przyjaciółmi, i na romantyczną kolację.

I ostatnie miejsce, które chciałam Wam polecić w Budapeszcie – Doblo Wine & Bar. Znajduje się w dzielnicy żydowskiej, przy wspominanej już kilkukrotnie ulicy Dob, pod numerem 20. Bar otwiera się o 14.00, w tygodniu zamyka o 1, w weekendy o 2 w nocy. To jest doskonałe miejsce, żeby spróbować węgierskie wina. Obsługa jest po prostu genialna – od początku ma się poczucie, że wiedzą o czym mówią, wiedzą co sprzedają i że wino jest ich prawdziwą pasją. Wybór win jest ogromny ale jak się powie co się lubi to obsługa bezbłędnie (no, przynajmniej w moim przypadku tak było) Wam doradzi. Zakres cen jest dość szeroki, mi polecono wino za 14zł za lampkę więc wizyta w Doblo nie rujnuje portfela. Samo miejsce też jest bardzo przyjemne – postindustrialne wnętrze, ciekawie urządzone. Naprawdę wszystko tu ze sobą współgra. Jeśli zastanawiacie się gdzie iść na wino w Budapeszcie to odpowiedź jest tylko jedna – Doblo Wine & Bar.

I na koniec jeszcze jedna praktyczna informacja odnośnie cen w Budapeszcie. W każdej kawiarni i restauracji oprócz cen podanych w menu doliczana jest opłata za obsługę, zazwyczaj 15%. Informacja o opłacie i jej wysokości widnieje w każdym menu. Ceny, które podałam w tym tekście są już cenami z wliczoną obsługą (po prostu wszędzie płaciłam kartą i sprawdziłam w aplikacji każdy rachunek).

Trochę się tego nazbierało, mam nadzieję, że już wiecie co i gdzie zjeść w Budapeszcie, skąd podziwiać panoramę miasta z drinkiem w dłoni i gdzie spróbować najlepszych węgierskich win 🙂 Smacznego!

Budapeszt na weekend – informacje praktyczne i wskazówki jak zorganizować sobie wycieczkę

Budapeszt – piękne miasto, do którego mam ogromny sentyment. Była to pierwsza europejska stolica, którą odwiedziłam w swoim życiu. Było to prawie 20 lat temu. Do stolicy Węgier wracałam później kilka razy. Bo blisko, bo ładnie, bo dobre jedzenie… 😉 Decyzja o spędzeniu Sylwestra w Budapeszcie była niespodziewana dla mnie samej 😉 Po prostu pewnego wieczora wstukałam w wyszukiwarkę lotów opcję gdziekolwiek na termin około-sylwestrowy. Najtańsze loty były właśnie do Budapesztu. Pomyślałam – czemu nie, od poprzedniej wizyty minęło ponad 6 lat, poza tym zawsze jeździłam na Węgry latem. No i chwilę wcześniej okazało się, że świąteczny jarmark w Budapeszcie został wybrany najpiękniejszym w Europie. Długo się nie zastanawiałam, kupiłam bilety, zarezerwowałam hotel i zaczęłam planować moją zimową wycieczkę. Co warto wiedzieć przed takim wyjazdem na własną rękę?

Budapeszt – jak się dostać z Polski?

Jest kilka sposobów, żeby dostać się z Polski do Budapesztu. Najszybciej oczywiście samolotem – bezpośrednie loty do Budapesztu są z Warszawy i Poznania, z innych miast można do stolicy Węgier dolecieć z przesiadką w Monachium, Frankfurcie czy Amsterdamie.

Ponadto do Budapesztu można dojechać z Polski pociągiem lub busem. Codzienne połączenia oferuje m. in. Flixbus. Można też oczywiście dojechać własnym samochodem.

Budapeszt – dojazd z lotniska

Lotnisko w Budapeszcie położone jest kilkanaście kilometrów od centrum miasta. Dojazd z lotniska do centrum zapewnia autobus. Linia 100E kursuje co 10 minut w ciągu dnia i co 20 minut od północy do 3 w nocy. Linia ma 3 przystanki w centrum miasta – Kalvin Ter, Astoria i Deak Ferenc. Każdy z tych przystanków znajduje się tuż przy stacji metra o tej samej nazwie. Cena biletu w jedną stronę wynosi 900 HUF (ok. 13 zł, stan na styczeń 2020). Na lotnisku bilet można kupić w punkcie w hali przylotów. Po wyjściu z hali należy iść w lewo, minąć informację turystyczną (tam biletów nie sprzedają) i dojdziecie do stanowiska sprzedającego bilety na autobus. Za bilety można płacić gotówką i kartą. Przystanek autobusowy znajduje się tuż przy wyjściu z terminala, jest bardzo dobrze oznaczony. Bilet w drodze na lotnisko można kupić w automatach biletowych, które stoją na każdym przystanku gdzie zatrzymuje się autobus lotniskowy.

Z lotniska do miasta jeździ także linia 200E, która dociera do stacji metra Kőbánya-Kispest.

Budapeszt – komunikacja miejska

Budapeszt jest bardzo dużym miastem natomiast główne atrakcje są rozmieszczone tak, że da się je zwiedzić na piechotę. Po 3 dniach takiego zwiedzania będziecie mieli w nogach 70 zrobionych kilometrów ale da się 😉 Jeśli jednak nie chcecie tyle chodzić to komunikacja miejska w Budapeszcie jest na naprawdę doskonałym poziomie. Choć ceny są dosyć wysokie. Ale po kolei.

Transport publiczny w Budapeszcie obejmuje metro, autobusy, tramwaje i trolejbusy. Metro w Budapeszcie jest naprawdę rozległe i dowozi w niemal każdy zakątek miasta.

Cena pojedynczego biletu na komunikację miejską w Budapeszcie to 350 HUF. Jest to bilet na jeden przejazd jednym środkiem transportu, bez możliwości przesiadki. Można kupić też karnet 10 biletów za 3000 HUF. Są też specjalne bilety na podróż metrem do 3 przystanków – taki bilet kosztuje 300 HUF. Cena biletu przesiadkowego to 530 HUF. Jeśli chcecie intensywnie korzystać z komunikacji miejskiej podczas swojego pobytu w Budapeszcie to warto kupić bilet dobowy (cena 1650 HUF), bilet 3-dniowy (cena 4150 HUF) lub bilet 7-dniowy (4950 HUF). Są też bilety grupowe – 24-godzinny bilet dla grupy do 5 osób to koszt 3300 HUF. Uwaga – bilety te nie obowiązują w autobusie lotniskowym 100E. Na niego trzeba zakupić osobny bilet za 900 HUF.

Uzupełnieniem komunikacji publicznej w Budapeszcie są taksówki. Te oficjalne są żółte niczym nowojorskie i mają stałe ceny – 700 HUF opłaty początkowej i 300 HUF za każdy przejechany kilometr. W Budapeszcie nie działa Uber ale działa Bolt funkcjonujący na tej samej zasadzie.

W Budapeszcie są też rowery miejskie i elektryczne hulajnogi.

Budapeszt – waluta, ceny

Waluta obowiązująca na Węgrzech to forint. Aktualny kurs (styczeń 2020): 100HUF=12,7zł. Część sklepów i restauracji przyjmuje płatności w euro ale przelicza je po swoim własnym kursie (często niezbyt korzystnym) i wydaje resztę w forintach. W Budapeszcie kantory dostępne są w bardzo wielu miejscach, najlepiej zabrać ze sobą euro. We wszystkich kantorach można wymieniać euro, dolary i funty, w zdecydowanej większości także polskie złotówki. W Budapeszcie płatności kartą są powszechnie akceptowane w sklepach i restauracjach. Ja wypłaciłam pieniądze z bankomatu, żeby mieć na jarmark świąteczny a okazało się, że i tam na każdym stoisku jest terminal płatniczy. W razie czego bankomaty też są na każdym kroku.

Skoro już wiemy czym i jak płacić to teraz najważniejsze pytanie – ile to wszystko kosztuje i jakie są ceny w Budapeszcie? Niestety są wysokie. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jak na Węgrzech jest drogo. Ceny jedzenia w sklepach i marketach są wyższe niż w Polsce. Może nie jakoś dramatycznie ale tak z 15%-20% na pewno. Ceny w restauracjach i kawiarniach też są wyższe niż w Poznaniu czy Warszawie. Jedyne co zaskakuje pozytywnie to ceny alkoholu – naprawdę porządne węgierskie wino można kupić w sklepie za ok. 30 zł. W restauracjach cena lampki wina też zazwyczaj wynosi równowartość kilku – kilkunastu złotych.

Budapeszt – co warto kupić, co przywieźć?

Jak widzicie Budapeszt to nie jest miejsce na tanie zakupy ale na Węgrzech jest sporo produktów, których w Polsce kupić nie można i warto je przywieźć.

Zacznijmy od alkoholu, bo to jest coś o co byłam najczęściej pytana po powrocie z Budapesztu 😉 Węgry mają kilka swoich tradycyjnych trunków. Jeden z najpopularniejszych z nich to ziołowy likier UNICUM składający się z 40 tajemnych składników. To podobno nie alkohol tylko lekarstwo na wszelkie dolegliwości 😉 Cena za 200ml to ok. 2300 HUF (ok. 30zł). Ponadto występuje lokalny bimber Palinka o mocy od 40 do nawet 80%. Wódkę produkuje się z owoców – najczęściej śliwek, gruszek, brzoskwiń, wiśni czy winogron. Sprzedawana jest w butelkach o pojemności od 100 ml. Są też czekoladki z palinką jeśli sama komuś nie przejdzie przez gardło 😉 Jest też lokalny aperitif – Szamos. Węgierski alkohol to też, a może przede wszystkim, wino. I to nie tylko tokaj. W Budapeszcie są sklepy i restauracje gdzie możecie najpierw ich pysznych win popróbować, a dopiero potem kupować. Ja węgierskie wina odkryłam w ostatnie wakacje więc nie byłam zaskoczona jakie są pyszne. Na szczęście w Polsce już bez problemu dostępne.

Słodycze z Budapesztu – tu wybór też jest ogromny i jeśli jesteście łasuchami to warto spróbować i przywieźć kilka przysmaków. Popularne są batoniki z twarogu, wyroby z marcepanu i czekolady. Są też wszelkiego rodzaju miody.

Kuchnia węgierska słynie z papryki i możecie taką w Budapeszcie zakupić – świeżą, suszoną czy w formie pasty. Słodką i ostrą. W sklepach z pamiątkami będzie pięknie zapakowana i droższa. Jeśli zależy Wam na zawartości, a nie na opakowaniu to taniej jest ją kupić w Lidlu czy innym markecie. Podobnie z węgierskimi kiełbasami i słynną salami – jeśli będzie miała ładne opakowanie i kolorową naklejkę to będzie droższa.

Fajny suwenir z Węgier to lokalne foie-gras – Libamáj. Na Węgrzech produkuje się pasztety z gęsich wątróbek. Są oczywiście drogie ale i tak tańsze niż te francuskie. Miałam okazję spróbować w jednej z restauracji i powiem Wam, że w smaku nie ustępują tym francuskim. Jeśli ktoś lubi to zdecydowanie warto.

No ale dobra, nie wszyscy są tak zafiksowani na punkcie jedzenia i przywożą z wakacji też inne suweniry. Na Węgrzech i w Budapeszcie na pewno warto kupić rękodzieło – haftowane ubrania, serwety czy obrusy.

A teraz pytanie gdzie te wszystkie suweniry kupić? Spożywcze najlepiej w marketach – będzie najtaniej. Ogromny wybór wszystkiego jest w hali targowej oraz w sklepikach przy ulicy Vaci. Ceny są bardzo zróżnicowane więc trzeba chodzić i sprawdzać. Ta sama rzecz w jednym sklepiku może kosztować 1000HUF a gdzieś obok 1500. Życie.

Budapeszt – gdzie spać?

Baza noclegowa w Budapeszcie jest ogromna i na szczęście ceny są zróżnicowane – są tanie hotele, hostele i apartamenty. Są też doskonałe i drogie hotele. Kiedyś pisałam, że bardzo bym chciała spędzić noc w wybranym najlepszym na świecie hotelu Aria – niestety tam noclegi trzeba rezerwować wcześniej niż na 3 tygodnie przed wylotem 😉 przynajmniej w okresie noworocznym. Generalnie polecam szukać noclegu w okolicy stacji metra – żeby szybko dostać się do centrum. Ja tym razem spałam w Budzie, w okolicy wzgórza Gellerta. Bardzo dobra lokalizacja.

Budapest Card – czy warto?

Zawsze przed wyjazdem typu citybreak sprawdzam czy miasto, do którego się wybieram oferuję kartę, w którą wliczoną są atrakcje i komunikacja miejska. W zdecydowanej większości przypadków jest to świetna opcja i pozwala na duże oszczędności. Przeglądając jednak ofertę Budapest Card uznałam, że nie warto. Dlaczego? Karta umożliwia bezpłatny wstęp do atrakcji, o których trudno mówić, że są to największe atrakcje Budapesztu – są to m. in. Muzeum Narodowe, Muzeum Sztuki Azjatyckiej, Muzeum Sztuk Pięknych czy kilku innych, których nazwy nic a nic mi nie mówią. Za wstęp do naprawdę fajnych miejsc oferuje raptem zniżki wysokości 10-20%. Nie kupiłam i nie żałuję.

Budapeszt – bezpieczeństwo

Czy Budapeszt jest bezpiecznym miastem? Powiedziałabym, że poziom bezpieczeństwa jest taki sam jak w Polsce, czyli jest bezpiecznie. Byłam w Budapeszcie sama, nawet przez chwilę nigdzie nie czułam się zagrożona. Trzeba zachować oczywiście zdrowy rozsądek ale nie nie ma powodu do obaw. Jedyne na co trzeba uważać to kieszonkowcy w zatłoczonych miejscach – np. zimą na jarmarkach świątecznych.

Jedyne co zwraca uwagę to bezdomni. Jest ich w Budapeszcie naprawdę bardzo dużo. Plotka głosi, że w latach 70-tych państwo przestało utrzymywać jeden ze szpitali psychiatrycznych, a pacjentów przeniesiono do przytułków, z których oni pouciekali i tak w mieście rozpoczęła się plaga bezdomnych… Nie wiem ile w tym prawdy ale osoby bezdomne widać w Budapeszcie wszędzie.

Zwiedzanie Cypru – Aiya Napa i okolice – najpiękniejsze plaże Cypru i przylądek Cape Greco

To już niestety ostatni wpis z Cypru ale wydaje mi się, że z najładniejszymi widokami 🙂 Dziś zabieram Was do największej imprezowni Cypru – Ayia Napa, na najpiękniejsze plaże i przepiękny przylądek Cape Greco.

Ayia Thekla – plaża i kościółek

Nasze zwiedzanie okolic Ayia Napa zaczęliśmy od plaży Ayia Thekla położonej ok. 7 km od kurortu (w stronę Larnaki). Plaża wzięła swoją nazwę od malutkiej starej kapliczki stojącej w pobliżu. To jedna z najspokojniejszych plaż w regionie. W grudniu wszystkie były spokojne ale jeśli wybieracie się na Cypr latem gdy inne plaże są okupowane przez tłumy plażowiczów to warto sobie zapamiętać tę nazwę! Plaża jest nieduża ale bardzo urocza, woda niewiarygodnie przejrzysta. Niestety do kościółka nie udało się nam podejść, bo przy plaży trwa budowa apartamentów i dojście było zagrodzone.

Plaża Makronisos

Właściwie nie jest to jedna plaża a kilka mniejszych plaż połączonych ze sobą. Oddalone od Ayia Napa o 6 kilometrów należą do najładniejszych plaż na Cyprze. Piasek jest bielusieńki, woda tak czysta, że gdyby nie była słona to można by ją było butelkować 😀 W sezonie na plażach działają wypożyczalnie leżaków i parasoli, a wokół nich rozlokowane są bary i restauracje.

Plaża Nissi

Nissi Beach to bezsprzecznie najpoważniejsza kandydatka do tytułu najlepsza i najpiękniejsza plaża na Cyprze. Czytałam pozytywne opinie o cypryjskich plażach ale myślałam, że po wakacjach na Seszelach to już mnie żadna plaża w Europie nie zachwyci. A jednak się myliłam. Nissi jest oddalona tylko 3 km od Ayia Napa. Jest to popularne miejsce dla rodzin z dziećmi – woda jest tu zupełnie spokojna i płytka, piasek mięciutki. Są prysznice, są leżaki, są sklepy, bary i restauracje. Podejrzewam, że latem są tu ogromne tłumy, bo nawet w grudniu było tu sporo osób!

Przy plaży znajduje się laguna gdzie woda jest tak płytka, że można przejść do znajdującej się nieopodal wyspy. Sama laguna jest bajeczna, woda cieplutka nawet w grudniu ale prawdziwym gwoździem programu są widoki z tej wysepki. Wejdźcie na wzniesienie (nie jest duże, jest ścieżka – można wejść nawet boso) i podziwiajcie wielki błękit. To był mój pierwszy wielki zachwyt na Cyprze. Zresztą patrząc na zdjęcia chyba się nie dziwicie? 🙂

Ayia Napa (Agia Napa) – najgłośniejszy kurort na Cyprze

Wielokrotnie już pisałam, że duże kurorty w sezonie to jest coś co omijam szerokim łukiem. Ayia Napa od wielu lat ma opinię kurortu, gdzie przyjeżdża się na wczasy i na imprezy, a nie podziwiać zabytki. Latem dudnią dyskoteki i kluby, alkohol leje się strumieniami a miasto żyje 24 godziny na dobę. Taki klimat 😉 Zimą – cudowna cisza i spokój. Stare miasto, promenada, hotele i port (skąd od maja do października można wypłynąć w rejs statkiem) są niemal puste, działają tylko nieliczne restauracje. My akurat tu zgłodnieliśmy, weszliśmy do jednej z niewielu otwartych tawern i nie dość, że zjedliśmy tu jeden z najlepszych posiłków na Cyprze to jeszcze z tak cudowną obsługą, że momentami płakaliśmy ze śmiechu 😉 Jeśli zastanawiacie się gdzie można dobrze zjeść w cudownej atmosferze w Ayia Napa to zapiszcie sobie tę nazwę – Isaac’s Tavern. Pyszne jedzenie (genialne meze!), świetne wino no i ta wspaniała obsługa. Ceny wyższe niż w innych tawernach, w których jadaliśmy ale warto!

Wyjeżdżając z Ayia Napa naszą uwagę przy drodze zwróciły wielkie rzeźby. Nie myśląc wiele zatrzymaliśmy się i postanowiliśmy sprawdzić co to za ciekawostki. Wszak przewodnik pisał tylko o plażach i imprezach w Ayia Napa, a zwiedzanie to co najwyżej lokali rozrywkowych 😉 Okazało się, że miasto ma naprawdę fajną, w dodatku bezpłatną atrakcję – muzeum rzeźb na otwartym powietrzu. Na mapie szukajcie Ayia Napa Sculpture Park. Na ogromnym terenie znajduje się kilkaset rzeźb mających promować sztukę i kulturę. Park powstał 10 maja 2014. Początkowo rzeźby tworzyli artyści greccy i cypryjscy, dziś można podziwiać dzieła artystów z całego świata. Co roku przybywa kilkanaście nowych! Zaplanujcie swoją wycieczkę do Ayia Napa tak, żeby przyjechać tu chociaż na godzinkę. Jeśli Wasz hotel znajduje się w centrum to do parku możecie podjechać miejskim autobusem (przystanek znajduje się przy samym wejściu) lub rowerem – w sezonie w Ayia Napa działa wiele wypożyczalni rowerów.

Sea Caves

Następny punkt naszego zwiedzania tej części Cypru to morskie jaskinie oddalone o 7 km od Ayia Napa. Jeśli podróżujecie samochodem to kierujcie się znakami na sea caves. To bardzo popularna atrakcja i nawet w grudniu było tu sporo turystów. Przy jaskiniach znajduje się parking.

Jaskinie zostały wyżłobione naturalnie i są częścią Parku Narodowego Cape Greko. Kolor wody jest tu wręcz nieprawdopodobny i można się w tym błękicie zanurzyć. Nie sprawdzałam temperatury ale sporo osób się kąpało (w grudniu!) i nie wyglądali na morsów 😉 Ogromną atrakcją jaskiń jest skalne okno. Można do niego bez większego problemu zejść (po skałach więc weźcie dobre buty) i zrobić bajeczne zdjęcia. To również jedno z moich ulubionych miejsc na Cyprze, zdecydowanie warto! A nawet trzeba.

Cape Greco

Z jaskiń jedziemy dalej w kierunku koniuszka wyspy zatrzymując się po drodze przy punkcie widokowym na Capo Greco. Do samego punktu trzeba trochę dojść z parkingu ale nie jest to męcząca wędrówka. Ścieżka jest częścią jednej z tras trekkingowych, które są wyznaczone na terenie parku narodowego. Widoki z punktu są oczywiście przepiękne – widać stąd jaskinie (do których też prowadzi szlak i można dojść pieszo), widać bezkres błękitnego morza i piękną przyrodę. Stoi tam ławeczka więc można przysiąść i rozkoszować się widokami. Albo wrócić i ruszyć dalej 😉

Most Miłości

Nasz kolejny punkt zwiedzania oddalony jest o 2 kilometry. To kamienny Most Miłości – Love Bridge. Niestety ze względu na groźbę zawalenia most jest zagrodzony i można zrobić mu zdjęcie tylko z daleka, absolutnie nie można na niego wchodzić. Natomiast podróżując po Cape Greco na pewno warto się tu zatrzymać i go zobaczyć.

Uwaga – na Cyprze są dwa Mosty Miłości. Drugi, popularniejszy (i może nawet ładniejszy) znajduje się przy wyjeździe z Ayia Napa – tuż przy parku rzeźb.

Kilkaset metrów dalej znajduje się malutki uroczy kościółek Agioi Anargyroi. Biała budowla z błękitnymi kopułami – typowo grecki obrazek. Kościoła strzeże cała banda kotów 🙂

Za kościołem znajdują się schody, którymi można zejść do kolejnych jaskiń – Ayioi Anargyroi Cave. My byliśmy tam tuż przed zachodem słońca więc nie było już tego efektu wow i wielkiego błękitu. Ale jak już jesteście w okolicy to warto zajrzeć.

Tutaj ze względu na zapadający zmrok zakończyła się nasza wycieczka. Ale można pojechać jeszcze dalej w kierunku miejscowości Protaras. Po drodze są kolejne jaskinie (m. in. jaskinia Cyklopa) i plaże – Konnos, Mimosa, Fig Tree czy Lombardi.

Limassol i Plaża Gubernatora

Limassol to zupełnie inna część Cypru ale nie wiedziałam, do którego wpisu go dorzucić. Do żadnego mi nie pasował więc musi być w ostatnim 😉 Limassol zwiedzaliśmy w drodze z Nikozji do Paphos. Chociaż zwiedzaliśmy to chyba zbyt dużo powiedziane. Po prostu zatrzymaliśmy się tu na spacer i na obiad. Pogoda była mocno średnia więc nie chodziliśmy za dużo. Przeszliśmy się wzdłuż morza, a także spędziliśmy chwilę w świątecznej wiosce. Na koniec zjedliśmy nasze ulubione lody Haagen Dazs (w Limassol jest ich ogromna lodziarnia) i ruszyliśmy do Pafos.

W okolicy Limassol znajduje się plaża Gubernatora (Governor’s Beach) wg wielu rankingów będąca jedną z najładniejszych na wyspie. Cóż, pewnie przy innej pogodzie jest najładniejsza. W deszczu i chmurach była ładna ale nie zrobiła na nas takiego wrażenia jak plaże w okolicach Ayia Napa.

Zwiedzanie Cypru – Larnaka i okolice – co warto zobaczyć?

To już przedostatni wpis o Cyprze. Opisałam wszystko co mieliśmy okazję zwiedzić, mam nadzieję, że niezdecydowani nie mają już wątpliwości, że Cypr to piękna wyspa i warto ją wziąć pod uwagę planując wakacje 🙂

W tym wpisie chciałam Wam pokazać to co zwiedzaliśmy na Cyprze przez pierwsze dwa dni naszego pobytu na wyspie. Jeśli upolujecie tanie bilety na weekend to ten przewodnik jest idealną odpowiedzią na pytanie co robić i co zwiedzić w Larnace przez 2 – 3 dni.

Larnaka – co zobaczyć?

Larnaka to po turecku Skala. Mimo iż popularniejsza jest grecka nazwa to z turecką też się możecie spotkać. Czasem Skalą nazywana jest dzielnica turecka w Larnace.

Za główną atrakcję miasta uchodzi promenada Fikikoudes porównywana z tymi na riwierze francuskiej. Otoczona palmami, żeby nikt nie miał wątpliwości, że to wakacje 😉 A zimą są choinki i ogromna czerwona świecąca bombka (chciałam napisać bomba ale to trochę niebezpieczne skojarzenie w dzisiejszych czasach 😉 ). Po jednej stronie promenady znajdują się sklepiki i restauracje, po drugiej miejska plaża. Dobre jedzenie w Larnace serwuje się jednak w małych uliczkach starego miasta, przy promenadzie też oczywiście można dobrze zjeść ale przynajmniej 30% drożej niż 200 metrów dalej.

Plaże w Larnace są długie (ponad 800 metrów) ale piasek jest dosyć gruby i szorstki. Mimo iż opinie o nich są podzielone to w sezonie letnim są pełne turystów. Najpopularniejsze plaże w mieście to Dasoudi (tu można uprawiać wszelkie możliwe sporty wodne), Dekelia i oddalona o kilka kilometrów od centrum McKenzie Beach. Na miejskich plażach w sezonie działają wypożyczalnie leżaków i parasoli. Są także prysznice. Pełna infrastruktura.

Spacerując promenadą naszym oczom ukaże się w końcu port jachtowy – jest on naprawdę duży. Cumują tu setki jachtów, motorówek, katamaranów i statków wycieczkowych. Latem to właśnie w tej okolicy można zarezerwować rejsy statkiem m. in. na przylądek Capo Greko.

Kościół Agios Lazaros uchodzi na najważniejszą atrakcje Larnaki i najważniejsze miejsce kultu religijnego na wyspie. Patronem kościoła i całego miasta jest św. Łazarz. W średniowieczu świątynia należała do najwspanialszych budowli w mieście. Wokół kościoła rozciąga się stare miasto pełne restauracji i kawiarni. Zimą zdecydowanie więcej tu mieszkańców niż turystów. Podczas naszej wizyty przed kościołem odbywał się świąteczny koncert chóru. Jak widać nocą kościół jest pięknie oświetlony.

Po zobaczeniu kościoła warto pobłądzić w uliczkach starego miasta. Niestety nie wszystkie są zamknięte dla ruchu kołowego przez co nie jest tam może jakoś bardzo przyjemnie ale te części, które są wyłącznie dla pieszych są bardzo fajne.

Idąc z kościoła w stronę morza dochodzi się do dawnej dzielnicy tureckiej. Bardzo łatwo można ją poznać, bo centralną budowlą jest Wielki Meczet – Buyuk Camii. Dawniej mieścił się w tym miejscu kościół katolicki ale po najeździe tureckim zamieniono go w meczet.

Niemalże naprzeciwko meczetu znajduje się kolejne miejsce, które warto zobaczyć –zamek w Larnace. Obecnie mieści się w nim Muzeum Średniowiecza. Latem w forcie odbywają się liczne imprezy kulturalne.

Panagia Faneromeni – bardzo ciekawe zabytki Larnaki. Zabytki w liczbie mnogiej, ponieważ są to dwa kościoły – stary i nowy. Mniejszą kaplicę wzniesiono na wykutej w skale podziemnej pieczarze. Podejrzewa się, że w starożytności mógł się tam mieścić fenicki grobowiec. Tuż obok znajduje się nowy, duży kościół. Niestety nowy był zamknięty, a w starym odbywało się nabożeństwo więc tylko weszłam na chwilę zerknąć ale zdjęć oczywiście nie robiłam. Kościoły są nieco oddalone od centrum Larnaki, my zobaczyliśmy je w drodze do akweduktu (o którym za chwilę).

Co zobaczyć w okolicach Larnaki?

Jeśli zrobiliście już sobie spacer po mieście to warto ruszyć dalej. Bliższe i dalsze okolice Larnaki oferują mnóstwo ciekawych miejsc, które warto zobaczyć.

Najbliższa i najbardziej znana atrakcja okolic Larnaki to Słone Jezioro. Zobaczycie je już z samolotu, lądując w Larnace oraz w drodze z lotniska do miasta. Jezioro ma powierzchnię 2,2 kilometra kwadratowego i jest jednym z największych na wyspie. Jego tafla leży poniżej poziomu morza. W okresie od grudnia do marca zimują tu flamingi, łabędzie, dzikie kaczki, pelikany i inne ptaki wodne. Brzeg jeziora to doskonałe miejsce, żeby podziwiać zachód słońca. Zresztą co ja będę pisać – wystarczy popatrzeć na zdjęcia.

Już wiecie kiedy jechać na Cypr, żeby spotkać flamingi. A nawet jeśli nie spotkacie tych żywych to na pewno w niejednym miejscu zobaczycie takie jak na powyższym zdjęciu. W grudniu flamingi były ale nie było ich dużo i raczej trzymały się daleko od brzegu. Może później jest ich więcej a może trzeba było ich szukać z innej strony jeziora…

Meczet Hala Sultan (Hala Sultan Tekke) – otoczony jest pięknym ogrodem, w którym rosną palmy, cyprysy i drzewka oliwne. No i tylu kotów co w okolicy tego meczetu to nie widziałam nigdzie indziej! Skąd w ogóle wzięły się koty na Cyprze? W dawnych czasach wyspa była opanowana przez węże. Sprowadzono koty, które miały pomóc w pozbyciu się ich. Węży dziś na Cyprze nie ma za to rozmnożyły się tak, że czasem miałam wrażenie, że jest ich więcej niż ludzi 😉

Dla muzułmanów meczet ten jest najważniejszym miejscem pielgrzymek na Cyprze. Zgodnie z tradycją w grobowcu spoczywa ciało Umm Haram – Świętej Matki – stryjecznej ciotki Mahometa i żony jednego z najwyższych wodzów armii sułtana Muawiji.

Możliwe jest zwiedzanie meczetu. Jest ono bezpłatne, trzeba się tylko odpowiednio ubrać i oczywiście zdjąć buty. Powiem szczerze, że wewnątrz nie robi jakiegoś super wrażenia ale jego położenie jest przepiękne i warto tu przyjechać, zwłaszcza, że to tylko 6 km od centrum Larnaki.

Akwedukt Kamares to jedna z mniej znanych i mniej popularnych atrakcji Larnaki. Jest oddalony kilka kilometrów od centrum więc bez samochodu raczej ciężko się tam dostać. Jeśli jednak macie samochód to zdecydowanie polecam się tam wybrać. XVIII-wieczna konstrukcja do 1939 roku zaopatrywała Larnakę w wodę. Jego budowę zlecił osmański gubernator. Akwedukt wystylizowany na rzymski robi naprawdę ogromne wrażenie.

Cypr – Pafos i okolice – co warto zobaczyć?

Paphos – jedno z najsłynniejszych i według wielu opinii najpiękniejsze miasto Cypru. Pafos to też najpopularniejsze miejsce na wakacje wśród polskich turystów – w sezonie są tu loty z Warszawy, Poznania, Wrocławia, Gdańska i Krakowa.

Pafos znajduje się w południowo – zachodniej części wyspy. Nazwa miasta pochodzi od imienia herosa Paphosa – syna Pigmaliona. Mitologia grecka mówi, że to właśnie w okolicach Pafos z morskiej piany wynurzyła się Afrodyta – bogini miłości. Często spotkacie się z określeniem Cypru jako wyspy Afrodyty, a Pafos – miasto Afrodyty. Miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO więc założyłam, że w Pafos będzie co zwiedzać i co robić więc tu zatrzymaliśmy się najdłużej podczas naszego objazdu Cypru. Niestety nasz pobyt i zwiedzanie Pafos i okolic nie do końca wyglądało tak jak miało. Powody były dwa – po pierwsze święta i część interesujących nas atrakcji była zamknięta, a po drugie popsuła się pogoda i musieliśmy skrócić nasze zwiedzanie półwyspu Akamas.

Miasto dzieli się na dwie części: Kato Pafos gdzie można zwiedzić port, wykopaliska, zamek a także spędzić czas na zakupach lub w jednej z tawern oraz Ktima Pafos – centrum administracyjne miasta i dzielnicę gdzie żyją Cypryjczycy.

Promenada Leoforos Poseidonos

Centrum miasta Pafos koncentruje się wokół nadmorskiej promenady. Takie typowe stare miasto w Pafos nie występuje. Na promenadzie żyją oczywiście stali bywalcy Cypru – koty 😉

Port w Pafos to miejsce gdzie cumują małe łodzie rybackie oraz statki wycieczkowe, które w sezonie oferują rejsy m .in. do zatopionego wraku statku, do zatoki Lara oraz na półwysep Akamas. Ceny rejsów wynoszą od 10 do 30 EUR.

Przy promenadzie znajduje się rzeźba Małego Rybaka ustawiona tu w 2006 roku.

Przy promenadzie znajdują się liczne sklepy z pamiątkami, restauracje, kawiarnie i tawerny. Jeśli zastanawiacie się gdzie zjeść w Pafos to polecam przede wszystkim tawernę Hondros – nie przy samej promenadzie ale dosłownie 100 metrów od niej. Świetna rodzinna atmosfera, cudowna obsługa i bardzo dobre jedzenie. A musaka wręcz genialna. Przy promenadzie jedliśmy w The Harbour – przepyszne meze. W jednej z knajpek, której nazwy nie mogę wydobyć z pamięci piliśmy grzańca. W końcu święta to święta 😉 W okolicy Pafos znajduje się też lokalny browar z restauracją Aphrodite’s Rock Microbrewery. Bardzo chciałam tam pojechać, bo polecało mi to miejsce kilka osób ale niestety okazało się, że w oba świąteczne dni kiedy my byliśmy w Pafos było zamknięte. Jeśli ktoś z Was się wybiera na urlop do Pafos to pojedźcie tam i wypijcie za mnie piwko 😉

Na wchód portu zaczyna się plaża miejska. Plaże w Pafos są piaszczyste. Znajduje się tu mnóstwo hoteli więc domyślam się, że latem na plażach muszą być prawdziwe tłumy ludzi.

Zamek w Pafos

Pierwsza forteca stojąca w tym miejscu i broniąca dostępu do portu została wzniesiona w czasach przynależności wyspy do Cesarstwa Bizantyńskiego. Twierdza została zniszczona w 1570 roku przez Wenecjan. Za czasów panowania tureckiego zamek przebudowano, następnie zamieniono na więzienie, a w czasach panowania brytyjskiego na Cyprze pełnił rolę… magazynu soli. W 1935 roku uznano go za zabytek i od tej pory pełni głównie funkcje kulturalne – odbywają się tu spektakle w ramach festiwalu Afrodyty. Cena biletu 2,5 EUR, w sezonie otwarty jest od 8.30 do 19.30, po sezonie godziny otwarcia skrócone są do 17.30.

Za zamkiem warto spojrzeć w morze, na skałach znajduje się rzeźba nazwana jakże oryginalnie Kobieta na skale.

Chrisopolitissa – kościół Agia Kyriaki

Niedaleko ulicy Apostolou Pavlou znajduje się miejsce, którego historia sięga 45 roku, kiedy św. Paweł i Barnaba przybyli na Cypr. Wg legendy święty został tu uwięziony, przywiązany do słupa i biczowany 39 razy. W miejscu biczowania na początku IV wieku wybudowano świątynię, której ruiny można zobaczyć obok stojącego tu dziś XI-wiecznego kościoła. Sama bazylika została zniszczona w 653 roku podczas arabskiego najazdu. Prawie cały obszar pokryty jest mozaikową podłogą i ozdobiony motywami geometrycznymi.

Obok kościoła znajduje się Filar Apostoła Pawła ustawiony na pamiątkę biczowania św. Pawła. Wstęp na cały teren jest bezpłatny, kościół jest niedostępny dla zwiedzających.

Spacerując po mieście natrafiliśmy też na średniowieczne termy z lat 1191 – 1489. Nie można ich zwiedzać ale wyglądają bardzo historycznie 😉

Park archeologiczny Pafos

Park archeologiczny to muzeum na otwartym powietrzu. Mozaiki w Pafos odkryto zupełnym przypadkiem. Podczas wykopów mających na celu rozbudowę miasta odnaleziono jest z największych i najważniejszych skarbów Cypru. Odkryto wtedy pozostałości miasta z czasów rzymskich z kompleksem budowli udekorowanych jednymi z najpiękniejszych mozaik w basenie Morza Śródziemnego. W latach 60-tych obszar badali polscy archeolodzy, którzy odkryli m. in. marmurową rzeźbę Asklepiosa z czasów hellenistycznych, serię marmurowych greckich posągów i fragmenty budowli pokrytych malowidłami. Pierwsze mozaiki odkryto na początku lat 70-tych.

Nad mozaikami stworzono pomosty, po których można się przemieszczać. Część z nich została ochroniona ścianami i dachami, które mają zabezpieczać dzieła przed warunkami atmosferycznymi.

Na terenie parku można zobaczyć m. in. część Domu Ajona z najbardziej spektakularną mozaiką w Nea Pafos, Dom Tezeusza z mozaiką przedstawiającą Tezeusza zabijającego Minotaura, Dom Orfeusza z trzema mozaikami, Dom Czterech Pór Roku i Dom Dionizosa gdzie znajduje się najstarsza mozaika na Cyprze przedstawiająca Scyllę – morskiego potwora. Niestety zdjęcia nawet w 10% nie oddają wrażenia jakie mozaiki robią na żywo.

Bilet wstępu na teren parku archeologicznego kosztuje 4,5 EUR i poza mozaikami obejmuje też zwiedzanie rzymskiego odeonu i agory oraz ruin zamku Saranda Kolones. Godziny otwarcia w sezonie to 8.30 – 19.30, po sezonie do 17.30. Park jest zamknięty w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Na zwiedzanie parku trzeba przeznaczyć co najmniej 2 – 3 godziny, bo teren jest bardzo rozległy. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie spaceru w czasie letnich upałów, w grudniu było idealnie.

Na terenie parku archeologicznego znajduje się też historyczna latarnia morska z 1888 r. Spacerując bliżej morza można zobaczyć pozostałości po dawnych murach miejskich – niesamowite formacje skalne.

Saranda Kolones to kolejne bardzo fotogeniczne (chciałoby się powiedzieć instagramowe) miejsce – pozostałości bizantyjskiego zamku. Wybudowano go w VII wieku w celu ochrony portu i miasta przed najazdami arabskimi. W 1222 roku budowla została zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi.

W okolicach wejścia do parku archeologicznego znajdują się ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki Panagia Limeniotissa – Matki Bożej Portowej.

Grobowce Królewskie

Jeśli myślicie, że to już wszystkie zabytki Pafos to zapewniam, że jeszcze trochę ich jest 😉 Grobowce Królewskie to starożytna nekropolia wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znajduje się ok. 3 km od centrum miasta. Można tu dotrzeć pieszo nadmorską promenadą lub dojechać autobusem miejskim nr 615 z dworca autobusowego mieszczącego się parkingu przy wejściu do Parku Archeologicznego. Kursy odbywają się co 15 minut. Jeśli jedziecie własnym samochodem to przed wejściem jest duży bezpłatny parking.

Wbrew nazwie, w grobowcach nie spoczywa żaden król. Ba, powstały one w czasach, gdy na wyspie nie było już królów cypryjskich. Pochowani są tu arystokraci i inni miejscy dostojnicy, m. in. namiestnicy zarządzający wyspą, łącznie około 100 osób. Służyły jako katakumby w okresie wczesnochrześcijańskim. Nazwa grobowców odnosi się do ogromu całego kompleksu. Dziś można tu zobaczyć siedem kompleksów grobowych. Podobnie jak park archeologiczny jest to bardzo duży teren, na który trzeba przeznaczyć co najmniej 2 godziny.

Bilet wstępu kosztuje 2,5 EUR. Można płacić kartą. Godziny i dni otwarcia takie same jak Parku Archeologicznego.

Okolice Pafos – co warto zobaczyć?

Pafos jest pięknym miastem ale można je spokojnie zwiedzić w jeden – dwa dni. Jeśli wybieracie się do Pafos z dziećmi to warto rozważyć wizytę w Akwarium gdzie w 72 zbiornikach żyją mniej i bardziej znane gatunki ryb z Morza Śródziemnego. Później warto wyruszyć dalej – w okolicach Paphos nie brakuje ciekawych miejsc do zwiedzania.

Skała Afrodyty – Petra tu Romiou

Największa atrakcja okolic Pafos to Skała Afrodyty. Legend dotyczących skały jest całe mnóstwo.

Jedna z nich mówi, że nazwa Petra tu Romiu (dosłownie Skała Rzymianina – Rzymianin oznacza tu Greka z Bizancjum) pochodzi od bizantyjskiego herosa Bazylego Digenisa Akritasa, który miał w tym miejscu bronić Cypru przed Arabami, rzucając w nich kamieniami. Legenda mówi, że chrześcijanin Bazyli rzucił do morza wielką skałę z Troodos, aby powstrzymać atakujących wyspę Saracenów.

Druga legenda mówi zaś, że Gaia (Matka Ziemia) poprosiła jednego ze swoich synów, Kronosa, o okaleczenie jego ojca, Urana (Niebo). Kronos odciął jądra Urana i wrzucił je do morza. Po tym jak to zrobił pojawiła się biała piana, z której wyłoniła się dziewica o imieniu Afrodyta i udała się na zgromadzenie bogów Cypru.

Cześć Afrodycie oddawano w położonym niedaleko sanktuarium. Do 312 roku p. n. e. każdy król Paphos był jednocześnie najwyższym kapłanem w świątyni Afrodyty. Co ciekawe do świątyni przybywały panny młode tuż przed swoim ślubem i… oddawały się przybywającym do świątyni mężczyznom. Taki akt był wyrazem wielkiej pobożności i czci Afrodyty. A to podobno my żyjemy w dziwnych czasach 😉

Lokalna tradycja mówi, że opłynięcie skały nago, przy pełni Księżyca i o północy, przyniesie nieśmiertelność i wieczną młodość. Niestety nie mogę potwierdzić, podczas naszego pobytu akurat nie było pełni 😉

Dojazd do Skały Afrodyty jest bardzo dobrze oznaczony – musicie tylko pilnować, żeby w odpowiednim momencie zjechać z autostrady ale te zjazdy są odpowiednio wcześniej oznakowane. Naprzeciwko plaży znajduje się bezpłatny parking z małą restauracją. Dojście do plaży prowadzi widocznym na powyższym zdjęciu przejściem podziemnym. Dojazd do Skały Afrodyty zapewnia też komunikacja miejska Pafos. Autobus 631 wyrusza z głównego dworca autobusowego w pobliżu portu. Do skały można też dojechać autobusem 630 z Pissouri. Przystanek autobusowy znajduje się w tym samym miejscu co parking.

Coral Bay – Zatoka Koralowa

Zatoka położona jest 11 km od Pafos i uchodzi za jedną z najładniejszych w okolicach Pafos. Plaża jest ogólnodostępna, jest przy niej parking, dojeżdża do niej autobus 615. Ze względu na niekorzystną pogodę spędziliśmy tam tylko chwilkę.

Zatoka Wraku – Wrak statku Edro III

4 kilometry od Coral Bay mieści się jedna z najbardziej nietypowych atrakcji Cypru – Zatoka Wraku. Już w jednym z poprzednich wpisów wspominałam, że nie tylko Zakynthos ma swoją Zatokę Wraku 🙂 A skąd w ogóle wrak na Cyprze? 7 grudnia 2011 roku frachtowiec Edro III pod banderą Sierra Leone wyruszył z portu w Limassol na Rodos. Na pokładzie znajdowało się 9 marynarzy (7 z Albanii i 2 z Egiptu). Z powodu sztormu statek zboczył z kursu i w okolicach Pafos uderzył w skałę. Załoga została uratowana przez brytyjski helikopter wojskowy.

Statek został zbudowany w 1966 r. w norweskim mieście Tonsberg. Statek jest długi na 80 metrów i waży niecałe 2500 ton. Przeprowadzono kilka badań i prób holowania wraku statku ale wnioski zawsze były te same – to zbyt trudna i ryzykowna operacja więc wrak sobie leży przy brzegu. Oficjalnie nie ma planów jego usunięcia. Miejsce jest popularnym plenerem sesji zdjęciowych… nowożeńców.

1300 metrów dalej znajduje się wrak statku Dimitrios II. Był to statek towarowy, zbudowany w 1964 roku w stoczni w Hamburgu. W momencie katastrofy pływał pod banderą Hondurasu. 23 marca 1998 roku transportował drewno z Grecji do Syrii. Tu historia jest bardziej filmowa, bo okazało się, że świadectwa kwalifikacji greckiego kapitana i pakistańskiego pierwszego oficera były podrobione. Cała załoga na szczęście została uratowana.

Wrak znajduje się dosyć daleko od brzegu, można wyraźnie zobaczyć podczas podróży wzdłuż centrum Pafos do Coral Bay. Widać go także z terenu Grobowców Królewskich. Jak już wspominałam wcześniej w okresie letnim są organizowane rejsy wycieczkowe w pobliże wraku.

Półwysep Akamas – morskie jaskinie

Z Zatoki Wraku chcieliśmy kierować się dalej na półwysep Akamas ale jak widzicie na zdjęciach pogoda była tego dnia fatalna. Dojechaliśmy dosłownie 1,5 km do jaskiń morskich – w deszczu i wichurze zrobiliśmy kilka zdjęć i postanowiliśmy wrócić do Pafos. Jaskinie są oczywiście uformowane naturalnie, podejrzewam, że w słońcu wyglądają bajkowo. Ale nawet w takiej pogodzie zrobiły na nas wrażenie. Na końcu półwyspu Akamas znajduje się błękitna laguna – niestety ze względu na pogodę już ją sobie odpuściliśmy. Następnym razem 😉

Z Coral Bay do zatoki wraku i jaskiń wiedzie droga Sea Caves Avenue. Wzdłuż niej, w okolicy miejscowości Peja, znajdują się uprawy oliwek, winorośli i… bananowców. Cypr jest jednym z niewielu miejsc w Europie, gdzie znajdują się plantacje bananów. Produkcja jest w całości przeznaczona na cypryjski rynek, gdyż banany nie spełniają norm europejskich i nie mogą być eksportowane. Będąc w Pafos zdecydowanie warto tam pojechać, droga jest mało uczęszczana (przynajmniej w grudniu) i można się spokojnie zatrzymać porobić zdjęcia.

Nikozja – zwiedzanie jedynej na świecie stolicy podzielonej między dwa kraje

Nikozja – największe miasto Cypru i stolica wyspy. Nie uchodzi za miasto atrakcyjne turystycznie ale znajduje się niemalże pośrodku wyspy więc wiadomo było, że prędzej czy później do niego trafimy. Zwłaszcza, że w okolicy Nikozji przekraczaliśmy granicę między turecką a grecką częścią Cypru. Jeśli zastanawiacie się czy na zwiedzanie wystarczy jeden dzień to uspokajam – w jeden dzień przejdziecie Nikozję 5 razy. Myślę, że na stolicę Cypru wystarczy poświęcić 3 – 4 godziny i to wliczając przerwę na kawę albo obiad. No chyba, że chcecie zwiedzać każde muzeum to wtedy jeden dzień będzie w sam raz 😉

Nikozja czy Lefkozja?

No właśnie, jak brzmi nazwa stolicy Cypru? W Polsce znamy Nikozję natomiast na znakach drogowych zobaczycie Lefkozję. Więc jadąc do stolicy wynajętym samochodem kierujcie się na Lefkozję. Skąd ta podwójna nazwa? Na Cyprze obowiązują trzy języki urzędowe: grecki, turecki i angielski. Nikozja to nazwa angielska, zaś Lefkozja grecka. Jeśli chcemy skomplikować jeszcze bardziej to można dodać trzecią nazwę – turecką – Lefkos. Ale ta ostatnia jest praktycznie nieużywana.

Nikozja – podział

Nikozja jest jedyną na świecie stolicą podzieloną między dwa państwa. Pomiędzy częścią grecką i turecką przebiega strefa buforowa – Zielona Linia – ustanowiona w 1963 roku.

Nikozja – przejście graniczne

Przy ulicy Ledra znajduje się piesze przejście graniczne. Spacerując po Nikozji możecie bez problemu zwiedzić część grecką i turecką przechodząc przez przejście graniczne. Przejście jest jedno, reszta miasta przedzielona jest przez mur. Do przekroczenia granicy potrzebny jest dowód osobisty lub paszport, które są skanowane dwukrotnie – i po stronie greckiej, i po tureckiej. Nie jest potrzebna żadna wiza, nie dostaje się żadnej pieczątki. Wszystko idzie szybko i sprawnie, łącznie z oczekiwaniem w kolejce zajęło nam to maksymalnie 5 minut.

Nikozja – co zobaczyć w części greckiej?

Nasze zwiedzanie Nikozji zaczęliśmy od części greckiej. Na stare miasto wchodzi się przez miejskie obwarowania, z których najsłynniejsza jest Brama Famagusty. My jednak zaparkowaliśmy samochód w okolicy Placu Wolności (Platia Elefterias) i właśnie stąd zaczęła się nasza wycieczka. Stare miasto po stronie greckiej to wyłączone z ruchu samochodowego ulice handlowe – Ledras i Onasagorou. Otaczają je budowle z czasów rządów brytyjskich, w których urządzono liczne sklepy, kawiarnie i restauracje. Mam wrażenie, że tam wszyscy robią zakupy! A może to był tylko taki przedświąteczny szał…

W greckiej części Nikozji warto zobaczyć dzielnicę Laiki Geitonia. Leży ona na wschód od ulicy Ledras i jest najbardziej tradycyjną częścią miasta. Dawniej była dzielnicą rozpusty i turystom odradzano jej zwiedzanie. Jej atrakcją nie są żadne zabytki ani muzea ale tradycyjna atmosfera. Nie da się ukryć, że widać tu też biedę, brud i bałagan. Ale ja sama doszłam do wniosku, że nigdzie nie widziałam tam fotogenicznego i uroczego pierdolniku.

W dawnym ratuszu mieści się targowisko miejskie ale my zwiedzaliśmy Nikozję w niedzielę i targ był zamknięty. Za ratuszem znajduje się pałac arcybiskupi, a w nim Muzeum Bizantyjskie.

Niewątpliwa atrakcja turystyczna miasta to kościół Faneroumeni położony przy placu o tej samej nazwie. Obok kościoła mieści się tu też meczet Arablar Camii, który niestety jest niedostępny dla zwiedzających.

Jeśli odwiedzacie Cypr zimą to wiedzcie, że południowa części Nikozji ma swój jarmark świąteczny. Tak, tak – Mikołaje, ciastki i choinki w pełnym słońcu. Świąteczne przeboje w głośnikach, grzaniec też był! Jarmark bożonarodzeniowy w Nikozji mieści się przed budynkiem ratusza (nowego, nie tego od targowiska, przy placu Wolności) i jest raczej atrakcją dla dzieci ale będąc w mieście warto tam zajrzeć chociaż na chwilę.

Nikozja – co zobaczyć w części tureckiej?

Przed odwiedzeniem Nikozji myślałam, że ciekawsza będzie strona grecka, a okazało się, że zdecydowanie bardziej podobała mi się strona turecka (północna) Nikozji. Po przekroczeniu granicy wchodzimy w inny świat.

To co koniecznie trzeba zwiedzić w tureckiej części Nikozji to meczet Selimiye – dawna katedra Mądrości Bożej (Hagia Sophia – nie była to katedra św. Zofii jak pisze niejeden przewodnik!) i kościół koronacyjny Lusignanów. Jest to najstarszy zabytek sztuki gotyckiej na Cyprze. Jego dwa 50-metrowe meczety widać już z daleka. Po zdobyciu miasta przez Turków kościół został splądrowany i zniszczony, a następnie przerobiony na meczet. Wejście jest bezpłatne, trzeba być odpowiednio ubranym, jak do każdego meczetu wchodzi się bez butów, a kobiety muszą mieć zasłonięte włosy.

W okolicy znajduje się kryty bazar Bandabuliya – w niedziele także zamknięty. W jednej z uliczek w okolicy odbywał się mini targ świąteczny.

Buyuk Han to kolejne ciekawe miejsce, które trzeba zobaczyć na starym mieście. Jest to dawny karawanseraj. Tu zatrzymywali się handlarze podążający jedwabnym szlakiem, by sprzedawać przyprawy czy tkaniny. W kolejnych latach pełnił przeróżne funkcje – mieściło się tu więzienie czy przytułek dla ubogich. Od 2002 roku jest atrakcją turystyczną z licznymi sklepikami i kawiarniami. Uchodzi za najlepszy przykład architektury osmańskiej w mieście. BARDZO przyjemne miejsce.

W tureckiej części Nikozji znajduje się też popularna na instagramie ulica z parasolkami. Jest to właściwie zewnętrzna część restauracji Bibliotheque. To miejsce, w którym zdecydowanie warto zjeść – mają pyszne przekąski (ser halloumi zapiekany w cieście z ziołami, pyyycha!), mają tureckie piwo. Obsługa bardzo przyjemna no i super otoczenie. Można płacić kartą oraz w euro, ceny są niższe niż w greckiej części Nikozji. W tureckiej części Nikozji oficjalna waluta to tureckie liry ale podobnie jak w pozostałej części Cypru północnego wszędzie przyjmowane są płatności w euro. Jeśli chcielibyście koniecznie płacić lirami to na starym mieście są też bankomaty i kantory.

W części tureckiej też oczywiście kwitnie handel. O ile w części greckiej są sklepy znane z innych europejskich miasta to część turecka to takie bazary znane z Bodrum czy Antalyi. Na szczęście sprzedawcy nie są tak nachalni jak w kontynentalnej Turcji, da się przejść spokojnie 😉

Nikozja -streetart

Wielokrotnie już pisałam o swoim uwielbieniu dla streetartu. Spacer po centrum Nikozji to doskonała okazja do podziwiania sztuki ulicy. Niektóre dzieła są już dość zniszczone i widać na nich ząb czasu ale i tak robią świetne wrażenie. Chyba nawet bardziej podobały mi się te w rejonach mniej turystycznych – takie całkiem zaniedbane, przykurzone i zapomniane przez wszystkich. Obserwujcie ściany, bo Nikozja jest stolicą cypryjskiego streetartu!

Nikozja – czy warto?

Nie da się ukryć, że nie jest to najpiękniejsze miasto Cypru i gdyby leżało gdzieś na jakimś uboczu i trzeba by tam specjalnie 50 kilometrów jechać to powiedziałabym, że niekoniecznie. Ale miasto leży w centrum wyspy i zwiedzając ją na pewno będziecie przejeżdżać w okolicy. Warto się tu zatrzymać na kilka godzin – zrobić sobie spacer po mieście, wypić kawę albo piwo (koniecznie w części tureckiej!) i podejrzeć jak się żyje w mieście podzielonym na pół. Bezpieczeństwo na starym mieście jest dokładnie takie samo jak na reszcie wyspy, nie ma się czego obawiać. Pamiętajcie tylko, że nie wolno robić zdjęć na granicy ani żołnierzom.