Portoroz i Piran – atrakcje wybrzeża Słowenii, co zobaczyć w Piranie?

Portoroz i Piran to takie słoweńskie dwumiasto 😉 Przeuroczy Piran położony malowniczo na cypelku wcinającym się w lazurowy Adriatyk uchodzi za jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Słowenii. W przeszłości był wenecką twierdzą i te włoskie naleciałości są widoczne do dziś.

Portoroz zaś jest największym i najpopularniejszym kurortem w Słowenii. Infrastruktura turystyczna jest tu doskonale rozwinięta – są hotele, restauracje, bary, jest promenada, plaża. Wszystko czego przeciętny turysta potrzebuje do szczęścia 😉 Miejscowość ma też status uzdrowiska o wieloletniej tradycji. Benedyktyni z klasztoru San Lorenzo leczyli się tu błotem i wodą morską już w XIII wieku.

Portoroz i Piran dzielą 3 kilometry. Można tę trasę przejechać autobusem (jeżdżą często i mają dużo przystanków po drodze), rowerem albo można sobie zrobić przyjemny spacer promenadą wzdłuż morza. Przedstawiam Wam mój pomysł na piękny weekend na słoweńskim wybrzeżu.

Portoroz – promenada

Jak kurort to musi być promenada z restauracjami, sklepikami i straganami z pamiątkami. Nawet w listopadzie działo się na niej całkiem sporo ale jestem pewna, że latem dzieje się duuuużo więcej. Można spacerować, plażować, pić kawę, jeść owoce morza. Wszystko to co się robi w każdym innym kurorcie na świecie.

Meduza Beach

Krystaliczny Adriatyk otaczają plaże, nie inaczej jest w Portoroz. W mieście wyróżnia się plaża Meduza. W listopadzie oczywiście było za zimno, żeby się opalać i kąpać ale latem jest jedną z najbardziej obleganych plaż w mieście.

Magazyny soli – Grando i Monfort

Portoroz to nie jest miasto pełne zabytków ale jest tu kilka miejsc, które warto zobaczyć. Spacerując promenadą w kierunku Piranu warto zwrócić uwagę na podłużne budynki z XIX wieku. Służyły wtedy do przechowywania soli pozyskiwanej z pobliskiej saliny. Dziś w dawnych magazynach mieszczą się ekspozycje Muzeum Morskiego i wystawa sztuki.

Palace Hotel

W samym centrum Portoroz warto zobaczyć oddany do użytku w 2008 roku hotel Palace. Należy do sieci Kempinski i mieści się w miejscu pierwszego hotelu w mieście – wybudowanego w 1912 roku Kurhoter Palace. Dziś jest to jeden z najlepszych i najbardziej ekskluzywnych hoteli w całej Słowenii, wypoczywają tu słoweńscy notable i celebryci.

Opactwo benedyktyńskie

To co na pewno warto zwiedzić w Portoroz to pozostałości XV-wiecznego klasztoru św. Bernarda. Mieszczą się przy ul. Reber 3. Kompleks składa się z dobrze zachowanej dzwonnicy, prezbiterium i jednej ściany z łukiem. Klasztor został opuszczony w XIX wieku. W miejsce mnichów pojawili się austriaccy żołnierze, którzy uczynili z klasztoru warownię.

Piran – zwiedzanie

Idąc od opactwa cały czas wzdłuż wybrzeża dociera się w końcu do Piranu. Miasteczko uchodzi za jedno z najpiękniejszych miejsc półwyspu Istria. Muszę przyznać, że mimo popularności Piranu (prawdziwe tłumy w listopadową niedzielę!) miasteczko mnie zachwyciło.

Port

Idąc lub jadąc od strony Portorozu pierwsze co widzimy w Piranie to port i marina. Cumują tu motorówki, jachty, łódki rybackie. Szczególnie pięknie port w Piranie wygląda o zachodzie słońca.

Tuż przy porcie znajduje się przystanek autobusowy skąd można pojechać do Portorozu.

Mury miejskie Piranu

Zanim z portu ruszymy prosto na starówkę Piranu warto odbić w prawo i pomiędzy kamieniczkami znaleźć drogę prowadzącą do murów miejskich. Trasa jest oznakowana, mapy w telefonie też sobie radzą bez problemu.

Pierwsze mury miejskie powstały w VII wieku, dzisiejsze pozostałości pochodzą z X wieku, a według niektórych źródeł nawet z XV. W okolicy wejścia na mury znajduje się miejska brama Raspor.

Bilet wstępu kosztuje 2 EUR i jest to miejsce, które w Piranie warto zwiedzić. Można zobaczyć z góry całą zabudowę otoczoną błękitnym morzem. Pocztówkowe widoki! Warto się trochę zmęczyć. Jeśli wybieracie się do Piranu samochodem to można podjechać pod samo wejście na mury.

Kościół Matki Boskiej Śnieżnej (Cerkev Marije Snezne)

Z punktu widokowego na murach miejskich schodzi się wprost na stare miasto Piranu. Na starówce warto zobaczyć kilka kościołów. Pierwszy z nich to malutki, ufundowany na początku XV wieku przez anonimową mieszkankę Piranu kościół Matki Boskiej Śnieżnej. Wewnątrz znajduje się barokowy ołtarz i cenne dzieła sztuki.

Kościół i klasztor franciszkanów – Samostan sv. Franciska

Drugie miejsce, które warto zwiedzić w Piranie to kompleks, który powstał na początku XIV wieku. Fasada kościoła to efekt wielkiej przebudowy, która miała miejsce pod koniec XVIII wieku. Nad świątynią góruje 30-metrowa wieża. Sam kościół wybudowano w stylu gotyckim ale przebudowano go w stylu barokowo-klasycystycznym. Wewnątrz znajdują się liczne obrazy pędzla weneckich mistrzów. Warto zwrócić uwagę na misę na wodę święconą. Jest to prawdziwa, gigantyczna muszla. Waży 23,5 kilograma i pochodzi z Filipin. Pod posadzką kościoła pochowano m. in. ojca Tartiniego.

Kościół Matki Boskiej Pocieszenia – Cerkiev Marije Toraznice

Jak na tak niewielkie miasteczko kościołów w Piranie jest mnóstwo. Wewnątrz kościoła Matki Boskiej Pocieszenia znajdują się 4 cenne barokowe malowidła przedstawiające sceny z życia św. Augustyna.

Mediadom

Na starym mieście w Piranie mieści się Multimedialne Muzeum Historii Miasta – Mediadom. Niestety nie miałam czasu go zwiedzić ale jeśli spędzacie w Piranie więcej czasu i chcecie poznań historię miasta to jest to dobry adres.

Baptysterium i kościół św. Jerzego

Dochodzimy powoli do największych atrakcji Piranu. Barokowy kościół góruje nad miastem. Powstał w miejscu starszej gotyckiej świątyni. Architektura zewnętrzna jest dość skromna, wnętrze zaś bogato dekorowane.

Do świątyni przylega 47-metrowa dzwonnica, która jest dostępna jako taras widokowy.

Obok znajduje się baptysterium – centralna budowla na planie ośmiobocznym, nakryta spłaszczoną kopułą z latarnią.

Plac żydowski

Plac jest ukryty między kamieniczkami starego miasta. Został zbudowany na wzór weneckiego getta.

Brama Doplhina

Co jeszcze warto zobaczyć w Piranie? Spacerując po starym mieście warto odnaleźć bramę Dolphina – najpiękniejszą zachowaną gotycką bramę miejską Piranu. Zbudowana została w 1483 roku przez burmistrza Dolphina. Słynie z charakterystycznych herbów z trzema delfinami. Niestety moje zdjęcie gdzieś się zapodziało, jak odnajdę to dodam.

Muzeum Morskie

Kolejna atrakcja turystyczna Piranu mieści się w barokowym XVII-wiecznym pałacu Gabrielli. Przechowuje liczne eksponaty dotyczące związków Piranu i całego regionu z morzem. Dla pasjonatów na pewno miejsce warte odwiedzenia.

Plac Tartiniego – Tartinijev trg

Dla większości turystów to oczywiste, że to najstarszy i najważniejszy rynek w mieście. Niestety tym razem prawda jest nieco inna. Tartnijev trg był największym i najważniejszym portem w mieście. Rolę najstarszego i najważniejszego placu pełnił Prvomajski trg.

Na środku placu stoi pomnik Giuseppe Tartiniego – skrzypka pochodzącego z Piranu, jednego z najsłynniejszych Pirańczyków.

Plac otaczają ciekawe budynki. W narożniku warto zwrócić uwagę na kamienicę zwaną Wenecjanką. Czerwona, bogato zdobiona fasada nie pozwoli Wam przejść obok niej obojętnie. To miniaturowe arcydzieło gotyku weneckiego z XV wieku. Dziś na parterze mieści się sklepik, gdzie można kupić sól z Piranu (od razu macie pomysł na pamiątki z Piranu i w ogóle Istrii).

Warto też zobaczyć Pałac Sędziów – największy gmach przy placu wzniesiony pod koniec XIX wieku.

Turyści przybywający do Piranu zazwyczaj trafiają najpierw do neoklasycystycznego ratusza, w którym mieści się dziś informacja turystyczna. Budynek zdobiony jest potężnym portykiem kolumnowym i płaskorzeźbą lwa weneckiego na fasadzie.

Najstarszym budynkiem stojącym przy placu jest dom rodzinny Tartiniego. Pochodzi prawdopodobnie z 1384 roku choć od tamtej pory był wielokrotnie przebudowany. Dziś w budynku ma swoją siedzibę włoska społeczność Piranu. Włosi stanowią aż 1/3 mieszkańców miasta.

Naprzeciwko domu Tartiniego znajduje się niewielki kościół św. Piotra. Kościół słynie z reliefu przedstawiającego wręczenie kluczy św. Piotrowi.

Na placu stoją oryginalne XV-wieczne maszty. Znajdują się na nich symbole Wenecji (uskrzydlony lew) oraz herby Piranu i rady miejskiej.

Warto usiąść w jednej z kawiarenek z filiżanką kawy albo lampką słoweńskiego wina i podziwiać toczące się na placu życie oraz zgiełk panujący w pobliskim porcie. Punkt obowiązkowy zwiedzania Piranu.

Prvomajski trg

No i w końcu najważniejszy kiedyś plac w mieście, dziś cichy i spokojny. Otoczony jest starymi, kolorowymi kamienicami. Znajduje się na nim niska, kamienna cysterna na deszczówkę zwieńczona 4 barokowymi rzeźbami ustawionymi w narożnikach budowli. Uwaga, tu koncentrują się najlepsze restauracje w Piranie. Do tego nie tak oblegane i nie tak drogie jak te przy promenadzie. Jeśli chcecie zjeść najlepsze owoce morza w Piranie to zatrzymajcie się w którejś z knajpek otaczających plac Prvomajski.

Promenada

Zwiedzanie Piranu to zarówno krążenie wąskimi uliczkami starego miasta ale też nie można wyjechać z miasta nie obchodząc cypelka dookoła. Przy promenadzie znajduje się mnóstwo restauracji (jest drogo – za boski widok się płaci) i aleja spacerowa. Na samym końcu cypelka znajduje się latarnia morska w Piranie, a tuż obok niej Kościół Matki Bożej od Zdrowia. Warto zwrócić uwagę na rokokowy portal i dzwonnicę z neogotyckim krenelażem.

Druga strona cypelka w listopadzie była raczej wymarła. Moją uwagę zwróciła restauracja o wiele mówiącej nazwie Na końcu świata. Spacerując po tym cypelku naprawdę ma się wrażenie jakby się dotarło na sam kres.

Portoroz i Piran – czy warto?

Myślę, że jeśli dotarliście do tego miejsca, przeczytaliście cały tekst i zobaczyliście wszystkie zdjęcia to nie macie wątpliwości, że warto! Piran to miasto oferujące liczne zabytki i atrakcje – także dla dzieci. Do tego urocze uliczki starego miasta, piękna nadmorska promenada i restauracje z widokiem zapierającym dech w piersiach. Jak można się domyślić tak małe miasto jak Piran nie ma zbyt dużo miejsc noclegowych, a te które są mają wysokie ceny. Dlatego planując zwiedzanie Piranu warto spać w Portorozu – wybór noclegów większy, ceny niższe (także w restauracjach) a do Piranu można dotrzeć w kilka minut autobusem lub zrobić sobie bardzo przyjemny spacer. Jeśli chce poznać Słowenię od najpiękniejszej strony to z pewnością warto zaplanować zwiedzanie tego kraju tak, żeby chociaż 2 dni spędzić na wybrzeżu.

Chorwacja – Poreć – atrakcje dawnego rzymskiego miasta

Poreć to kolejny punkt mojej listopadowej wycieczki po półwyspie Istria. Niestety najbardziej pechowe pod względem pogody. W Poreciu spędziłam 1,5 dnia i 90% tego czadu padało. Przepraszam – lało. Bo gdyby tylko padało to nie byłoby tak źle 😉 No ale cóż… Lecąc w takie miejsce w połowie listopada trzeba się liczyć z tym, że czas na plażowanie to nie będzie.

Poreć to dawne rzymskie miasto położone na półwyspie. W sezonie bardzo popularne, jesienią – jak każdy kurort po sezonie – nieco opustoszałe.

Tgr Slobode

Co zobaczyć w Poreć? Oczywiście stare miasto. A sercem starego miasta Poreć jest jego główny plac, przy którym znajduje się barokowy kościół św. Marii Matki Boskiej od Aniołów zbudowany na ruinach romańskiej świątyni.

Kościół był zamknięty ale przy Trg Slobode znajduje się też sporo knajpek i restauracji gdzie można coś zjeść. Mieści się tu też chorwacka sieciówka Mlinar, o której wspominałam przy okazji wizyty w Puli.

Zanim ruszymy na starówkę Poreć można pójść w drugą stronę ulicą Zagrebacką. Tam mieści się centrum informacji turystycznej Poreć, a nieco dalej skwer z pomnikiem Joakima Rakovaca.

Kula Pietra de Mula

Idąc z placu w głąb starego miasta widzimy część dawnych fortyfikacji miejskich – okrągłą wieżę obronną. Mieści się ona przy Narodnim trgu, a nazwana została na cześć burmistrza, który w 1475 roku zadecydował o jej budowie. Obecnie wieża pełni funkcję restauracji z tarasem widokowym obejmującym wybrzeże i wyspę sv. Nikola. W baszcie zachowały się oryginalne strome schody i otwory strzelnicze. W deszczowym listopadzie restauracja niestety była zamknięta.

Peterokutna kula

Kolejny punkt zwiedzania Poreciu to kolejna wysoka pięciokątna wieża, która była niegdyś częścią średniowiecznego muru fortyfikacyjnego. Znajduje się przy ul. Decumanus 1. Dziś mieści się w niej restauracja.

Ulica Decumanus

Wieża mieści się przy deptaku, który biegnie traktem wytyczonym jeszcze przez Rzymian i sam w sobie jest atrakcją miasta Poreć. Soi przy nim wiele zabytkowych kamienic patrycjuszy i gotycki pałac z XV wieku. Przy tej ulicy znajduje się też Muzeum Regionalne – do 2021 jest ono remontowane i zamknięte dla zwiedzających.

Przy ulicy Decumanus stoi także XIII-wieczny dom mieszczański. Podczas niedawnego remontu dobudowano do niego… balkon. Nikt nie wie dlaczego 😉

Port Poreć

Atrakcją miasta położonego na półwyspie musi być port. A jak port, to i marina. W deszczowym listopadzie nie było to miejsce gdzie chciałam spędzić mnóstwo czasu ale latem na pewno jest jednym z najbardziej gwarnych punktów na mapie Poreciu.

U wejścia do portu leży wyspa św. Mikołaja (sv. Nikola). – od maja do połowy października odbywają się na nią rejsy. Na wyspie znajdował się monastyr św. Anastazji, który w XIX wieku zamieniono na zamek w stylu toskańskim, a dziś mieści się w nim hotel Istra.

Piazza dei Signori

Wracamy do centrum Poreciu. Plac dei Signori, przy którym wznoszą się najbardziej okazałe kamienice w mieście to miejsce gdzie mieszkali najzamożniejsi mieszkańcy średniowiecznego Poreciu. W miejscu zachodniej pierzei rynku znajduje się dziś park. Stojące tu kamienice zostały doszczętnie zbombardowane podczas II wojny światowej.

Z placu warto zapuścić się w wąskie uliczki. Warto przy nich zobaczyć XII-wieczny romański dom Pod Dwoma Świętymi i gotyckie zameczki z XV wieku.

Trg Marafor

Kolejne miejsce, które warto zobaczyć w Poreciu to plac Marafor. Plac ten rozciąga się w miejscu antycznego forum Marsa, przy którym znajdowały się liczne świątynie i budynki użyteczności publicznej. Można to zobaczyć oryginalną nawierzchnię z czasów starożytnych. Znajdują się tu też pozostałości świątyni Neptuna uchodzącej za najstarszą na Istrii.

Dziś mieści się tu miejska biblioteka oraz kilka restauracji.

Teatro Giuseppe Verdi

Warto też zwrócić uwagę na budynek teatru z 1885 roku – dziś mieści się w nim uniwersytet. Teatr mieści się przy placu Narodni Trg.

Bazylika Eufrazjusza

Na pytanie Poreć co zwiedzić jest tylko jedna odpowiedź – bazylika Eufrazjusza. Bazylika jest jednym z najwspanialszych zabytków sztuki bizantyjskiej w Europie i jest wpisana na listę UNESCO. W miejscu dzisiejszej świątyni znajdowało się dawniej oratorium św. Maura. Biskup Maur poniósł tu męczeńską śmierć w 303 roku.

Bazylika wybudowana przez biskupa Eufrazjusza składa się z 4 części. W zachodniej znajduje się baptysterium z wejściem do XVI-wiecznej dzwonnicy. Na dzwonnicę można (i trzeba!) wejść, by podziwiać piękny widok na miasto i Adriatyk.

Między baptysterium a bazyliką znajduje się czworokątne atrium z kolumnami zdobionymi mozaikami.

Najstarszą część bazyliki zamyka od zachodu wielokrotnie przebudowywany pałac biskupi z VI wieku. Mieści się w nim lapidarium, w którym przechowywane są mozaiki. Jedną z najcenniejszych jest ta przedstawiająca rybę – symboliczny znak Chrystusa. Część mozaik eksponowana jest na zewnątrz, niestety podczas mojego pobytu były zalane wodą.

Sama bazylika wyróżnia się 18 marmurowymi kolumnami przywiezionymi z Bizancjum. Środkowa nawa ozdobiona jest licznymi mozaikami. Co ciekawe część z nich została tu przeniesiona ze świątyń pogańskich i można tu dostrzec wizerunki pogańskich bóstw, m. in. Neptuna.

Obok apsydy znajduje się zakrystia. W jej posadzce odsłonięto dwie warstwy mozaik pochodzących z wcześniejszych świątyń. W głębi znajduje się kaplica z sarkofagiem św. Maura.

Bilet wstępu kosztuje 50 KN. Warto.

Kościół Franciszkanów

Jak już jesteśmy w tematach świątynnych to w Poreciu warto jeszcze zobaczyć kościół Franciszkanów. W XIX wieku został on zsekularyzowany i dziś nazywa się go Istryjskim Parlamentem. Odbywają się tu sesje Rady Miasta Poreć, wystawy sztuki i różnego rodzaju konferencje.

Promenada

Ponieważ Poreć położony jest na półwyspie to całe stare miasto obiega nadmorska promenada. Spacerując ulicami Obala marsala Tita oraz Obala Matka Laginje można obejść całą starówkę Poreć. Idąc dalej ulicą Tesle dociera się do najbardziej instagramowego miejsca na Istrii 😉 – poreciowego serduszka.

Poreć – czy warto?

Poreć to malutkie ale przeurocze miasteczko i warto je odwiedzić. Na pewno jest ładniejsze, przyjemniejsze i bardziej kolorowe latem ale nawet w deszczowym listopadzie miło spędziłam tu czas. A Bazylika Eufrazjusza to jeden z najważniejszych zabytków w Chorwacji, który trzeba zobaczyć!

Rovinj – atrakcje najbardziej włoskiego miasteczka chorwackiego wybrzeża Adriatyku

Rovinj – jedno z trzech najchętniej odwiedzanych miast w Chorwacji, latem niebywale zatłoczone, późną jesienią i zimą senne i nieco wymarłe. Ale ja lubię z dala od tłumów 😉

W latach 1920 – 1943 Rovinj znajdował się w rękach włoskich. Niby 1/3 mieszkańców miasteczka do dziś stanowią Włosi ale Rovinj nazywany jest… chorwackim St Tropez. Działa tu najstarsza w Chorwacji przetwórnia ryb oraz fabryka tytoniu. Zwiedzanie Rovinja czas zacząć. Na zobaczenie miasteczka wystarczy kilka godzin.

Rovinj – katedra

Co zobaczyć w Rovinj? Nad miastem góruje 57-metrowa wieża katedry św. Eufemii. Kościół wybudowano w 1736 roku w miejscu stojącego tu wcześniej kościoła św. Jerzego, zaś sama wieża datowana jest na rok 1680. Jej szczyt zdobi miedziana statua św. Eufemii. Grób świętej, której szczątki przywieziono do Rovinja z Konstantynopola znajduje się w środku świątyni.

Niestety w listopadzie kościół był zamknięty na cztery spusty, a dostępu do niego strzegły agresywne (nie żartuję!) koty.

Z terenu wokół katedry rozciągają się piękne widoki na Adriatyk.

Spod katedry do portu warto wrócić wzdłuż brzegu. Można iść promenadą, latem można wskoczyć do morza. Przy promenadzie jest wyznaczone miejsce do kąpieli, z drabinkami i cywilizowanymi zejściami do wody. Morze nawet w listopadzie jest niebywale krystaliczne.

Trg marsala Tita

Rovinj nie jest naszpikowany zabytkami. Jedną z największych atrakcji miasta jest szeroki plac portowy pełen restauracji i kawiarni. Na środku znajduje się fontanna i wieża zegarowa z czasów weneckich (podczas mojego pobytu zastawiona rusztowaniami). U jej stóp mieściło się kiedyś więzienie dla drobnych przestępców.

Przy placu znajduje się też pałac hrabiów Califfi, w którym obecnie mieści się muzeum miejskie. Muzeum pełni także funkcję galerii sztuki. Tuż obok znajduje się Centrum Badań Historycznych pełniące rolę biblioteki-depozytariusza Rady Europy. Biblioteka liczy ponad 8 tysięcy dzieł, a przechowywane są w niej m.in. dokumenty Rady Europy dotyczące ochrony praw człowieka i praw mniejszości.

Stąd warto wybrać się na spacer wzdłuż portowego wybrzeża – latem można popłynąć w rejs statkiem, w listopadzie podejrzeć rybaków wracających z połowów. Port to też najlepsze miejsce, żeby w Rovinju coś zjeść – jest tu mnóstwo restauracji z rybami i owocami morza. Jesienią część z nich jest zamknięta ale oczywiście nie wszystkie.

Spacerując wzdłuż portu natknęłam się na kubańską restaurację i klub. Niestety zamknięte. Ale w ten szary dzień poczułam trochę kubańskiego słońca. I odżyła moja tęsknota za tą cudowną wyspą.

Łuk Triumfalny Balbiego

Najbardziej pocztówkowa atrakcja Rovinj to łuk zbudowany w 1680 roku w miejscu jednej z siedmiu średniowiecznych bram miejskich. Warto zobaczyć go i za dnia, i po zmroku gdy jest pięknie oświetlony.

Ratusz miejski

Ratusz Rovinj pochodzi z XVII wieku i mieści się w dawnym pałacu komorniczym. Przez pewien czas pełnił też rolę więzienia miejskiego. Fasada budynku ozdobiona jest weneckimi i rowińskimi herbami.

Ulica Grisia

Ulica uznawana za wizytówkę miasta jest swego rodzaju galerią sztuki rozlokowaną przy schodach prowadzących na wzgórze katedralne. Swoje prace wystawiają tu i sprzedają miejscowi artyści. Bez wątpienia miejsce, które warto zobaczyć w Rovinj.

Stare miasto

Spacerując wzdłuż morza warto zwrócić uwagę na ostre skały z pozostałościami XII-wiecznych murów miejskich. Całe stare miasto Rovinj tworzy plątanina wąskich uliczek, niektóre wychodzą na morze. Mimo iż orientację w terenie mam niezłą to w Rovinju się zgubiłam nie raz. Uliczki są do siebie bardzo podobne, plączą się i mieszają, internetowe mapy też tu wariują! Ale może w tym urok tego miasteczka – zatopić się i zgubić w tym labiryncie.

Trg Valdibora

Przy placu znajduje się targowisko z lokalnymi produktami i żółto-różowy budynek teatru Antonio Gandusio. To taki punkt, w którym turystyczny Rovinj łączy się (a może dzieli?) z miasteczkiem, gdzie po prostu żyją ludzie.

Klasztor Franciszkanów

Mieści się przy ulicy E. de Amicis, nieco z dala od turystycznego centrum Rovinj. Klasztor datowany jest na początek XVIII wieku.

Przy placu Trg na lokvi mieści się najstarszy budynek w mieście – XIII-wieczne baptysterium. Wyróżnia się tym, że jest siedmio- a nie jak zazwyczaj bywa ośmiokątne.

Rovinj – czy warto?

Mimo iż miasteczko, które widziałam na niezliczonych kolorowych zdjęciach powitało mnie deszczem i senną atmosferą to bardzo mi się podobało! Nie chciałabym tu przyjechać latem, bo Rovinj jest naprawdę malutki a przyjeżdżają tu tysiące turystów. Ale na pewno fajnie by było kiedyś wrócić do chorwackiego St Tropez wiosną lub wczesną jesienią. Na pewno jest bardziej kolorowo i kwiatowo. Rovinj jest przeuroczy, nawet w deszczowym listopadzie. Planując zwiedzanie półwyspu Istria koniecznie trzeba przeznaczyć co najmniej jeden dzień na Rovinj.

Półwysep Istria – Pula – co zobaczyć w chorwackim Rzymie?

Pula to miasto położone na ośmiu wzgórzach, najstarsza metropolia wschodniego wybrzeża Adriatyku. Dzięki antycznej arenie do miasta przylgnął przydomek istryjskiego bądź chorwackiego Rzymu. Skojarzenie oczywiste, amfiteatr jest symbolem miasta i obowiązkowym punktem zwiedzania Puli.

Zapraszam na zwiedzanie Puli w jeden dzień – bo tyle czasu spędziłam w tym mieście. I zobaczyłam wszystko co chciałam. W listopadzie Pula jest bardzo spokojna, żeby nie powiedzieć wymarła. W sezonie dzieje się tu dużo więcej, a miasto jest popularnym celem jednodniowych wycieczek z istryjskiego wybrzeża.

Amfiteatr

Miejsce, które trzeba zobaczyć w Puli. Nawet jeśli nigdy nie byliście na Istrii ale spędziliście kiedykolwiek wakacje w Chorwacji to widzieliście amfiteatr. Zdobi on powiem banknot o nominale 10 KN. Bez wątpienia jest to jedna z najciekawszych atrakcji całej Chorwacji, nie tylko Puli.

Amfiteatr pochodzi prawdopodobnie z I wieku. Wzniesiono go na polecenie cesarza Wespazjana z 8 tysięcy marmurowych bloków. Według legendy namówiła go do tego jego przyjaciółka Cenida pochodząca właśnie z Puli. Obok rzymskiego Koloseum i amfiteatru w Nimes jest to najlepiej zachowana arena w Europie. W XVI wieku weneccy dożowie chcieli rozebrać amfiteatr i wykorzystać zdobyte w ten sposob surowce do budowy swoich pałaców. Sprzeciwił się temu senator Emo za co otrzymał tablicę pamiątkową wmurowaną w jedną z klatek schodowych. Trzykondygnacyjna konstrukcja sięga 33 metrów, widownia mogła pomieścić 26 tysięcy osób. Czyli tyle ile dzisiejsze całkiem spore stadiony piłkarskie.

Arena była w starożytności sceną walk gladiatorów i wyścigów konnych zaprzęgów, w okresie średniowiecza odbywały się na niej turnieje rycerskie i lokalne jarmarki, a dziś pełni funkcję teatru na wolnym powietrzu i areny koncertowej. W Puli dla 5 tysięcy widzów grali m.in. Sting i Placido Domingo.

W podziemiach amfiteatru znajduje się wystawa dotycząca uprawy oliwek i winiarstwa w starożytnej Istrii. Znajdują się tu m.in, rekonstrukcje maszyn służących do produkcji oliwy i wina oraz amfory używane do ich transportu i przechowywania.

Bilet wstępu do areny w Puli kosztuje 50 KN. Zdecydowanie warto. Zwłaszcza w listopadzie jak można mieć tę arenę na wyłączność 😉

Park Titov

Idąc z amfiteatru w stronę mariny mija się po drodze Park Titov, w którym pomnik poświęcony partyzantom. Przy parku znajduje się Muzeum Sztuki Współczesnej Istrii.

Zerostrasse

W samym centrum starówki Puli znajduje się twierdza, a pod nią jedna z najnowszych atrakcji turystycznych Puli – Zerostrasse. Jest to część podziemnych korytarzy ciągnących się przez 12 kilometrów pod miastem i łączących główne fortyfikacje. Tunele miały stanowić drogę ucieczki w razie niebezpieczeństwa. Do zwiedzania udostępniony jest tylko jeden korytarz ale niestety w listopadzie był zamknięty.

Brama Herkulesa

Wbudowana w pozostałości murów miejskich brama jest najstarszym zabytkiem Puli, pochodzi z połowy I wieku p.n.e. Ukazany jest na niej wizerunek mężczyzny – prawdopodobnie Herkulesa – patrona Puli.

Łuk Triumfalny Sergiusza

W samym centrum głównego deptaka Puli (Trg Portrata) stoi 8-metrowa budowla z I wieku p.n.e., wzniesiona przez żonę i braci Sergiusza. Widoczna od strony miasta zachodnia strona łuku jest wykończona i bogato zdobiona, strona wschodnia pozostaje w dużej części nieukończona. Do 1829 roku przy łuku stała główna brama miasta – Porta Aurea (Złota Brama).

Przy łuku warto zwrócić uwagę na narożną kamienicę z pomnikiem Jamesa Joyce’a. Irlandzki pisarz mieszkał w Puli w latach 1904-1905 i pracował jako nauczyciel angielskiego.

Od łuku odchodzi ulica Giardini – szeroka arteria porośnięta drzewami posadzonymi po 1903 roku. Wcześniej odbywał się tu targ, na którym handlowano warzywami i owocami. Dziś jest miejscem spotkań mieszkańców Puli i areną licznych wydarzeń kulturalnych.

Targ miejski

Od łuku Sergiusza warto przejść dalej prostu ulicą Flanticką aż do placu Narodni trg gdzie mieści się jedna z najwspanialszych (a na pewno najsmaczniejsza) atrakcji Puli – Trznica. Są to dwie odrestaurowane hale – targowa oraz rybna z dużym wyborem owoców morza. Na piętrze znajdują się bary i kawiarenki. Można tu kupić lokalne wyroby z Istrii – najlepszą pamiątkę z Puli.

W okolicy targu znajduje się kawiarnia Mlinar caffe – to taka chorwacka sieciówka ale miejsce gdzie warto zrobić sobie przerwę, żeby coś zjeść w Puli. Mają spory wybór świeżych wypieków – zarówno wytrawnych (genialny burek!), jak i słodkich. Do tego oczywiście kawa i istryjskie wino 😉

Dom chorwackich obrońców

Wracając na stare miasto można skręcić w uliczkę Laginjina, żeby zobaczyć budynek z 1872 roku postawiony wg projektu wiedeńskiego architekta L. Baumanna. Pełnił funkcję rozrywkową dla austro-węgierskich oficerów i ich rodzin.

Santa Maria Formosa del Canetto

Przy uliczce Maksimilijanova stoi mały kościół, który jest tylko pozostałością po bazylice, a konkretnie jej południową kaplicą grobową. Bazylika została zniszczona w XIII wieku.

Mozaiki z Puli

Z kościółka już rzut beretem do kolejnego miejsca, które warto zobaczyć w Puli. Mowa o posadzce mozaikowej odkrytej w 1959 roku. Pochodzi z II wieku i stanowiła część wystroju miejskiej willi jednego z rzymskich notabli. Mozaikę otacza rama z 40 ornamentami, rozetami, delfinami, ptakami, rybami i kwiatami. W jej centrum przedstawiono mitologiczną scenę Ukaranie Dirke. Mozaiki są dostępne z ulicy, nie płaci się za wstęp.

Przy mozaikach znajduje się park Grada Graza z pozostałościami antycznymi.

Klasztor franciszkanów

Przy ulicy Sergijevaca znajduje się klasztor, który jest połączony z kościołem poświęconym św. Franciszkowi z Asyżu. Niestety w listopadzie nie udało mi się go zwiedzić – był w remoncie.

Forum

Centralny plac średniowiecznej Puli a i dziś jeden z głównych placów miasta. Znajduje się u stóp wzgórza, przy nabrzeżu. Północną stronę forum zajmuje świątynia Augusta z I wieku, która została później przekształcona w magazyn ze zbożem, następnie w muzeum kamiennych posągów, a dziś stanowi kościół św. Augusta. Świątynię zdobi sześć 8-metrowych korynckich kolumn. W 1944 roku została niemal doszczętnie zniszczona w wyniku ataku bombowego.

Obok świątyni Augusta stoi XIII-wieczny ratusz wybudowany na pozostałościach rzymskiej świątyni Diany. Ratusz zdobi XVII-wieczna loggia oraz herby biskupów.

Przy forum znajduje się biuro informacji turystycznej w Puli oraz kilka kawiarni i restauracji.

Tuż przy forum znajdują się ruiny kościoła św. Mikołaja. Pierwszy mały kościół powstał w tym miejscu VI wieku. Kościół został zniszczony podczas II wojny światowej, a w 1953 roku całkowicie wyburzony.

Plac katedralny i katedra w Puli

Idąc z forum ulicą Kandlerovą dociera się do placu Katedralnego, gdzie stała dawniej świątynia Jowisza, a dziś mieści się XV-wieczna katedra Mariacka z renesansowym portalem wzniesionym przez benedyktynów. We wnętrzu znajduje się sarkofag ze szczątkami króla Kolomana. Czworokątną dzwonnicę dobudowano w XVII wieku.

Twierdza

Z katedry już prosta (choć pod górkę) droga do miejsca, które trzeba zwiedzić w Puli. XVII-wieczna twierdza nigdy nie została ukończona. Stoi na centralnym wzgórzu Puli, jest otoczona murami, ma cztery bastiony, wieżę widokową i most zwodzony. Obecnie z twierdzy mieści się Muzeum Historyczne Istrii.

Z murów twierdzy roztacza się widok na Pulę, Adriatyk i okolice. I właśnie dla tego widoku trzeba tu przyjść. Można też stąd podziwiać mały teatr rzymski. Droga do twierdzy nie jest aż tak stroma – są ścieżki dłuższe i łagodniejsze, jest krótsza z dużą ilością schodów. Latem pewnie bardziej męczące, w listopadzie bezproblemowe. Widoki z twierdzy w Puli mimo pochmurnego dnia były pocztówkowe i piękne. Koniecznie!

Dom Oliwy z Istrii

Na starym mieście w Puli znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce – muzeum prezentujące historię oraz techniki i tajemnice produkcji oliwy na półwyspie Istria. W muzealnym sklepiku można nabyć lokalne wyroby.

Na starym mieście warto jeszcze zobaczyć budynek Muzeum Archeologicznego Istrii z licznymi pozostałościami z 3 tysięcy lat.

Świetlne olbrzymy – Svjetleci divovi

Mniej typowa atrakcja Puli ale bardzo fajna. Jedyny taki projekt na świecie. Iluminacja świetlna w 16 tysiącach (!!!) kombinacji oświetla żurawie w stoczni Uljanik. Autorem instalacji jest Dean Skira. Pokazy odbywają się w sezonie letnim, codziennie od zmroku do północy. W listopadzie nie było pokazów ale żurawie były podświetlone. Okna mojego pokoju hotelowego wychodziły właśnie na nie 😉

Pula – port i marina

W mieście położonym nad morzem nie można pominąć portu i mariny. Port w Puli jest okazały, w listopadzie równie spokojny jak stare miasto ale latem dzieje się tu dużo więcej. Jakbyście nie zwiedzali Puli i tak prędzej czy później do niego dotrzecie 😉

Pula – czy warto?

Jak widzicie Pula to miasto pełne historycznych pozostałości. Ma też bardzo przyjemne (choć jesienią nieco senne) stare miasto, mnóstwo uroczych knajp, ciekawe zabytki (amfiteatr trzeba zobaczyć!), przyjemną marinę z promenadą no i tę genialną halę targową. Na dzień – dwa zdecydowanie warto, dłużej niespecjalnie jest tam co robić.

Vrsar – co zobaczyć w rozsławionej przez Casanovę perełce chorwackiej Istrii?

Atrakcje półwyspu Istria można by długo wymieniać. Spędzając wakacje na Istrii warto zobaczyć miasteczko Vrsar. Przyznaję, że nie miałam go w swoim planie zwiedzania Istrii ale podczas pobytu w miejscowości Poreć polecono mi, żebym chociaż na kilka godzin wybrała się do Vrsaru. Ponieważ autobusy Poreć – Vrsar kursują często nawet w listopadzie to długo się nie zastanawiałam.

Miasteczko Vrsar zostało rozsławione przez Casanovę, który dotarł tu dwukrotnie w latach 40-tych XVIII wieku. Na jego cześć jedną z wież miasta nazywa się schronieniem Casanovy, a raz w roku w mieście odbywa się Casanovafest – festiwal miłości i erotyki.

Z czego słynie Vrsar? Z plaży. A właściwie z tego, że to właśnie w miejscowości Vrsar ustanowiono pierwszą w Europie plażę nudystów. Ponieważ listopad nie jest najlepszym miesiącem na plażowanie w Chorwacji (i tak miałam szczęście, że było w miarę słonecznie) to plażę nudystów sobie odpuściłam. Zeszłam na chwilę na plażę (Gradska plaza) u podnóża starego miasta – jest jak typowa chorwacka plaża – kamienista.

Starówka Vrsaru znajduje się na wzniesieniu. I nie oszukujmy się – będzie tu dużo chodzenia, podchodzenia pod górę i schodzenia w dół. Spacerując wąskimi uliczkami można natknąć się na pozostałości średniowiecznych murów miejskich.

Na szczycie wzgórza stoi kościół św. Marcina, a obok niego 40-metrowa dzwonnica dobudowana w 1991 roku. Na jej szczycie w sezonie funkcjonuje punkt widokowy.

Zamek – Vrsarski kastel

Co jeszcze warto zobaczyć w Vrsar? Zamek. Jest to barokowa budowla, która kiedyś pełniła rolę rezydencji biskupów z Porecu. Zarządzali oni Vrsarem do 1778 roku. Wtedy to zamek został odebrany kościołowi i zsekularyzowany. Od 2001 roku pozostaje w rękach prywatnych i pełni rolę mieszkalno-usługową.

Duża Brama – Velika Vrata

W dawnych czasach był to główny wjazd do miasta. W średniowieczu była częścią systemu fortyfikacyjnego miasta. W XVIII wieku Wenecjanie ozdobili ją herbami szlacheckimi. Dziś – atrakcja turystyczna Vrsaru.

Mała Brama – Mala Vrata

Jak jest duża brama to musi być też mała. W przeszłości odgrywała mało znaczącą rolę, przeznaczona była głównie dla ruchu pieszego. Do dziś zachowała się jej oryginalna drewniana konstrukcja służąca do zamykania wjazdu do miasta. Brama prowadziła do głównego placu miasta gdzie znajdował się kościół, pręgierz, targowisko i miejsce wykonywania kar publicznych.

Cerkiew św. Fuski

Obok Małej bramy znajduje się kościół, który jest o tyle ważną atrakcją Vrsaru, że znajduje się w nim kolekcja sztuki sakralnej.

Punkty widokowe Vrsaru

Ze względu na malownicze położenie miasta na wzgórzu znajduje się w nim mnóstwo punktów widokowych. Najpopularniejszy znajduje się u stóp kościoła św. Antoniego, kolejny przy kościele św. Marcina. Niedaleko znajduje się punkt Bepo i Tonina, którego nazwa wzięła się od rzeźb kobiety i mężczyzny.

Najpopularniejszy jest punkt widokowy Casanova. Z postawionej tu ławeczki roztacza się widok na port jachtowy, zatokę i wyspę sv. Juraj. Na ścianie budynku wisi tablica upamiętniająca Casanovę.

Park rzeźb Dzamonja

Na dole miasteczka, wzdłuż plaży, znajduje się park pełen rzeźb – Dzamonja. Warto się tam przespacerować. Wzdłuż plaży także znajdują się wzniesienia z punktami widokowymi.

Vrsar – port

Co jeszcze można zwiedzić w Vrsar? Na pewno warto zobaczyć port – jak na tak małe miasteczko port jest naprawdę spory, a niektóre jachty wręcz onieśmielają. Można tu zobaczyć luksusowe jednostki pływające, jak i rybaków wracających z połowów. Myślę, że latem dzieje się tu dużo więcej ale nawet jesienią warto sobie zrobić spacer promenadą wzdłuż brzegu.

Przy porcie znajduje się bazylika (a raczej kościółek) św. Marii Morskiej.

Vrsar – czy warto?

Czy warto tak zaplanować wycieczkę po półwyspie Istria, by spędzić kilka godzin w miasteczku Vrsar? Absolutnie tak. Dla mnie to największe zaskoczenie tego wyjazdu. Przeurocza starówka, którą w listopadzie miałam tylko dla siebie. Latem na pewno jest bardziej gwarna i kolorowa ale wtedy nie można jej mieć na wyłączność 😉 Do tego przepiękny port i dużo zieleni – dopiszcie koniecznie Vrsar do listy najpiękniejszych miasteczek w Chorwacji. Casanovy nie spotkacie ale i tak warto 😉

No i we Vrsarze uprawia się winorośl i można próbować lokalnych trunków 😉

Amsterdam Light Festival – dlaczego warto odwiedzić Amsterdam w grudniu?

Ten wpis był zaplanowany na początek stycznia 2020. Z różnych względów pojawia się dopiero dziś. Wybaczcie opóźnienie ale mam nadzieję, że Amsterdam Light Festival powróci, jak nie w 2020 to w 2021 roku i ten wpis zachęci kogoś do wybrania się do stolicy Holandii w ponurym listopadzie czy grudniu.

Amsterdam w grudniu nie przyciąga turystów bożonarodzeniowymi jarmarkami ale instalacjami świetlnymi zainstalowanymi wzdłuż kanałów. Instalacje tworzone są przez artystów z całego świata. W 2019 roku było też dzieło stworzone przez Polkę – Karolinę Howorko.

Festiwal rokrocznie trwa 55 nocy – od końca listopada do połowy stycznia. W 2019 roku zaczął się 28 listopada i trwał do 19 stycznia 2020.

Wydarzenie mimo zaledwie kilkuletniego stażu cieszy się dużym zainteresowaniem i do stworzenia swoich projektów świetlnych zgłaszają się setki twórców z całego świata. Każdy festiwal ma swoje hasło przewodnie, to nie jest 30 przypadkowych instalacji, których nic nie łączy. Hasłem edycji z roku 2019 był Disrupt! Artyści użyli w 2019 roku światła, by wstrząsnąć Amsterdamem i jego gośćmi. Instalacje są wyrazem wpływu ludzi na przyrodę i klimat.

Edycja 2019 koncentrowała się na wschodniej części centrum miasta. Zdecydowanie najlepiej podziwiać Amsterdam Light Festival w Amsterdamie z perspektywy wody. Rejsy wzdłuż dzieł Amsterdam Light Festival oferuje kilku przewoźników. Ceny za sam rejs zaczynają się od kilkunastu euro. Za rejs z kolacją oraz napojami trzeba zapłacić ok. 50 EUR. Polecam rezerwowanie rejsu z kilkudniowym wyprzedzeniem. Po pierwsze rejsy są bardzo popularne i ich obłożenie zazwyczaj wynosi 100%, a po drugie kupując bilet online zawsze można parę euro zaoszczędzić. Ja wybrałam rejs łódką firmy Stromma, ponieważ firma ta jest oficjalnym partnerem festiwalu. Podczas rejsu kapitan (podczas mojego rejsu była to pani kapitan) opowiada o każdej instalacji świetlnej.

Instalacje Amsterdam Light Festival 2019

Jakie instalacje można było zobaczyć na przełomie 2019 i 2020 roku? All the light you see is from the past – symbol tego, że światło zawsze potrzebuje chwili, aby przemieścić się z jednego punktu do drugiego – konkretnie jednej sekundy, aby pokonać 300 000 kilometrów – i dotrzeć do naszych oczu. Atlantis – jedna z najbardziej kolorowych instalacji – wizerunek międzynarodowej metropolii dotkniętej powodzią i innymi klęskami żywiołowymi. Big Bang – bomba jako symbol zniszczeń, wojny i agresji. Bomba podświetlana na niebiesko unosi się w powietrzu, jakby właśnie miała uderzyć w wodę – a może nawet w przepływającą łódź.

Butterfly Effect – siedem gigantycznych motyli, których nie udało mi się uchwycić na zdjęciu. Motyle nie tylko wznoszą się i opadają wraz z ruchem wody powodowanym przez przepływające łodzie, ale ich skrzydła świecą na niebiesko w ciemną noc. Masamichi Shimada, autor instalacji, próbuje zobrazować, jak coś tak delikatnego jak motyl może posiadać ogromną moc.

De Nachtloerrrders – na tyłach Królewskiego Zoo ARTIS w Amsterdamie znajdują się… oczy zwierząt. Nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się następny zwierzak ani jak będzie wyglądać. Jedna z najciekawszych instalacji!

Feel like the Kardashians – instalacja, której sensu nie da się uchwycić na zdjęciu ani nawet z brzegu kanału. Trzeba wpłynąć łódką w sam środek śluzy i poczuć się jak… Kardashians 😉 Błyski fleszy atakują z każdej strony. Przerażające i męczące.

Cztery złowieszczo oświetlone wilki pojawiły się nagle na skraju królewskiego zoo ARTIS w Amsterdamie. Zebrały się wokół grupy ludzi, którzy ukrywają się na strychu jednego z drewnianych budynków nad wodą.

Łyżwiarstwo to zimowa tradycja w Holandii. Wraz z globalnym ociepleniem jazda na łyżwach po zamarzniętych wodach, takich jak kanały Amsterdamu, staje się po prostu niemożliwa. Icebreaker to dzieło, które ostrzega o skutkach globalnego ocieplenia.

Skinny Bridge liczy około 1800 żarówek, które odpowiadają za oświetlenie konturów mostu w nocy. Ten rodzaj oświetlenia jest typowy dla mostów w Amsterdamie.

Podświetlone pranie wisi jakby suszyło się w był letni dzień w Amsterdamie. Są tu zwykłe spodnie i t-shirty ale też specjalne ubrania – szerokie tureckie spodnie, tradycyjny strój żydowski czy marokańska djellaba. Razem stanowią one mieszankę kulturową i etniczną mieszkańców miasta.

Nobody – jedna z największych instalacji. Jest to coś, czego możesz być świadkiem podczas nocnych spacerów: jasne, migoczące światło i wyraźne cienie ludzkich postaci.

Ben Zamora, autor instalacji Nothing Holding Us, pokazuje nam, że nic nie powinno nas powstrzymywać. Nawet niepokojący szok po całkowicie zmieniającym życie doświadczeniu, które przedstawił dziesiątkami świetlnych lamp w postaci eksplozji, która wydaje się zamrożona w czasie.

Ruch jest kluczem do 7-metrowej instalacji Lambert Kamp Order/Disorder. Dziewięć świetlistych kół nieustannie obraca się wokół siebie, największe z nich mają średnicę 4 metrów, a najmniejsze zaledwie 70 centymetrów.

Instalacja EON SLD zawiera około 40 replik tradycyjnych znaków, neonów i lightboxów, które reprezentują lata 50-te XX wieku, a także kilka nowo zaprojektowanych znaków. Gromadzenie się tych znaków na nabrzeżu jest typowe dla koreańskiej ulicy handlowej.

Obraz powodzi w dużym mieście – drzewa, słupy elektryczne i dachy wystają ponad powierzchnię wody, podczas gdy samochody i rzeczy osobiste płyną wzdłuż, a mieszkańcy miasta (miejmy nadzieję) uciekli. To symbol destrukcyjnej katastrofy, która staje się coraz bardziej powszechna.

Na stronie festiwalu można znaleźć oficjalną mapkę wszystkich świetlnych instalacji.

Amsterdam Light Festival – czy warto?

Taaak! To szalone, imprezowe miasto jakim jest Amsterdam dzięki świetlnym instalacjom staje się jeszcze piękniejsze ale też… bardziej refleksyjne i poważne. Piękna forma, głęboki temat i co najważniejsze – każdego roku coś nowego. Byłam dwukrotnie w Amsterdamie podczas Light Festival i z przyjemnością wrócę jeszcze nie raz.

W bonusie dorzucam kilka zdjęć z Amsterdam Light Festival 2018. Sami widzicie, ze to zupełnie inna bajka.

Amsterdam – jarmarki bożonarodzeniowe

I na koniec jeszcze słówko w nawiązaniu do samego początku tego wpisu. Amsterdam nigdy nie był miastem słynącym z jarmarków świątecznych ale jeszcze w 2018 roku w kilku lokalizacjach w mieście pojawiały się stoiska z grzańcem i świątecznymi wyrobami. Od 2019 roku jarmarki bożonarodzeniowe w Amsterdamie się nie pojawiają. Ale świątecznych akcentów oczywiście nie brakuje 😉

Ich jedyną namiastką jest lodowisko i jedno stoisko z jedzeniem i napojami przy placu Rembrandta. W Amsterdamie od jakiegoś czasu obowiązuje zakaz spożywania alkoholu na ulicach (kara za złamanie zakazu to 95 EUR) i grzańca można wypić na terenie tej budki, która grzańca sprzedaje. To nie jest tak jak w innych krajach, że weźmiecie grzańca w rękę i idziecie spacerować. Trzeba kupić, wypić na miejscu i dopiero można iść dalej. Grzaniec kosztował 5 EUR i był okropny. Jedyna jego zaleta to, że był ciepły.

W weekendy (nie wszystkie) coś na kształt jarmarku bożonarodzeniowego rozstawia się przy lodowisku przy Museumplein (placu Muzeów).

Murano i Burano w jeden dzień z Wenecji

Wenecja jest cudowna i można w niej spędzić mnóstwo czasu. Do tego z każdym spacerem odkrywać coś nowego. Wiem co mówię, bo w Wenecji byłam cztery razy i zawsze mnie czymś zaskakiwała. Ale o Wenecji jeszcze napiszę (i zdradzę Wam gdzie zjeść najlepsze lody w Wenecji) ale dziś chciałabym Wam zaproponować wycieczkę z Wenecji na Burano – Wyspę Kolorów – oraz Murano – Wyspę Szkła. Od razu zaznaczam, że niestety straciłam swoje zdjęcia z listopadowego wyjazdu do Wenecji i na półwysep Istria w związku z tym pokazuję Wam tu tylko kilka zdjęć (które ostały mi się w telefonie). Ale mam nadzieję, że nawet te kilka obrazków zachęci Was do wycieczki na Burano i Murano.

Burano – jak się dostać z Wenecji?

Wyspa Burano oddalona jest od Wenecji o 7 km i jedynym sposobem na dostanie się na nią jest transport wodny (nie znoszę, wiecie…). Na Burano z Wenecji można dostać się tramwajem wodnym – vaporetto. Najszybciej na wyspę można dostać się z przystanku F. Nove (Fondamente Nove) linią nr 12. Rejs z Wenecji na Burano trwa ok. 40 minut. Tramwaj wodny nr 12 zatrzymuje się także na wyspie Murano. W listopadzie promy kursują co 20 minut. W sezonie podobno nieco częściej. Bilety na tramwaje wodne do tanich nie należą, bo kosztują aż 7,5 EUR. Taki bilet jest ważny 75 minut. Jeśli chcecie zwiedzić Burano i Murano to najlepiej zainwestować w bilet dobowy, którego cena w Wenecji wynosi 20 EUR i jest ważny 24 godziny. Można też kupić bilety 48- i 72-godzinne. Punkt sprzedaży biletów znajduje się ok. 100 metrów od przystanku F. Nove, za bilety można płacić gotówką i kartą.

Burano – co zobaczyć?

Burano to nie jest wyspa, którą się zwiedza tak jak wszystkie inne miejsca. Ten skrawek lądu na lagunie stworzony jest do niespiesznych spacerów, zaglądania w podwórka pełne suszącego się prania, podglądania życia mieszkańców wyspy (zmęczonych tłumami turystów) i robienia dziesiątek zdjęć kolorowych domków odbijających się w wodzie.

Skąd te kolorowe domki na Burano? Większość mężczyzn mieszkających na Burano kilkadziesiąt lat temu zajmowała się rybołówstwem. Z powodu gęstych mgieł pojawiających się nad laguną niejednokrotnie mieli oni problem z odnalezieniem własnych domów po powrocie z łowów. Ktoś wpadł na pomysł, by domy malować na intensywne kolory widoczne nawet we mgle. Kiedyś więc kolorowe fasady miały względy głównie praktyczne. Dziś – są symbolem Burano i powodem tego, że właśnie Burano jest najbardziej instagramowym miejscem na całej weneckiej lagunie 😉

Spacer wśród kolorowych domków jest prawdziwą przyjemnością. Wzdłuż kanałów są oczywiście tłumy turystów ale wystarczy skręcić w jakąś boczną uliczkę i można mieć część tego kolorowego królestwa tylko dla siebie.

A jeśli koniecznie chcielibyście coś zwiedzić na Burano to warto zajrzeć do kościoła San Martino z krzywą dzwonnicą. Ciekawą atrakcją jest też Muzeum Koronek (Museo del Merletto) – tak jak większość mężczyzn mieszkających na Burano zajmuje się rybołówstwem, tak większość kobiet trudni się koronkarstwem. Przy głównym placu miasta (Piazza Galuppi) znajduje się mnóstw sklepików, gdzie można te ręcznie robione koronki kupić. Fajny pomysł na pamiątkę z Burano.

Murano – co zobaczyć?

Murano to wyspa, która słynie z wyrobu szkła artystycznego. Weneccy rzemieślnicy już od X wieku uchodzili za najlepszych twórców szkła w Europie, a ponieważ ich praca zagrażała Wenecji pożarem to w XIII wieku całą produkcję szkła przeniesiono właśnie na Murano.

Pracownie gdzie można podejrzeć jak tworzy się szkło (oraz oczywiście zrobić zakupy) mieszczą się przy Fodamenta dei Vetrai oraz Ramo di Mula. Ale gdziekolwiek się na Murano nie zgubicie to na pewno traficie na jakiś mniejszy lub większy sklepik z wyrobami ze szkła.

Podobnie jak Burano jest to wysap stworzona do bezcelowego włóczenia się wąskimi uliczkami ale na Murano jest też kilka atrakcji, które warto zobaczyć. Jeśli jesteśmy we Włoszech to jakiś kościół musi być. Na Murano warto zwrócić uwagę na bazylikę SS Maria e Donato, gdzie przechowuje się kości smoka, którego wg legendy zabił św. Donato.

Wyspa słynąca ze szkła musi mieć Muzeum Szkła (Museo del Vetro). Mieści się ono w Palazzo Giustinian.

Śmiem twierdzić, że to z wyspy Murano można obserwować najpiękniejszy zachód słońca na lagunie weneckiej.

Murano czy Burano?

Żeby zobaczyć obie wysepki trzeba mieć cały dzień (same transfery trochę trwają). Obie są piękne, zupełnie różne i warte odwiedzenia. Ale jeśli dysponujecie bardzo ograniczonym czasem to jednak ja bym wybrała Burano. Te kolorowe domki robią niesamowite wrażenie, zwłaszcza w bezchmurny, słoneczny dzień. Podejrzewam, że wiosną i latem Burano jest jeszcze bardziej zatłoczona niż w listopadzie ale mimo tłumu turystów, wysokich cen i konieczności dostania się na Burano stateczkiem polecam tę wyspę. A jak cudownie by tam było kiedyś zostać na noc!

Kaliningrad kulinarnie – gdzie zjeść w Kaliningradzie?

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w rosyjskiej restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie podczas wizyty w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie!

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Jeśli szukacie dobrej restauracji w Kalingradzie – Kavkaz koniecznie odwiedźcie.

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest mnóstwo dobrych i stosunkowo tanich restauracji. Urządzone są one tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Stuttgart – co warto zobaczyć?

Stutgart to stolica Badenii-Wirtembergii. Miasto jest symbolem niemieckiego sukcesu gospodarczego. Produkuje się tu sprzęt elektroniczny marki Bosch oraz słynne samochody – Mercedesy i Porsche. Stuttgart nie uchodzi za miasto atrakcyjne turystycznie ale mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu (i obejrzeniu zdjęć!) zgodzicie się ze mną, że to krzywdząca łatka dla tego miasta.

Ile czasu przeznaczyć na zwiedzanie Stuttgartu? Ja spędziłam w mieście 3 dni i zdążyłam zobaczyć jego największe atrakcje i trochę okolic. Myślę, że na sam Stuttgart wystarczą 2 dni. W jeden dzień w Stuttgarcie nie da się wiele zobaczyć, bo atrakcje są znacznie oddalone od siebie i przejazdy zajmują sporo czasu.

Wszystkie informacje praktyczne na temat wyjazdu do Stuttgartu są TU, a przewodnik kulinarny po Stuttgarcie TU.

Schillerplatz

Zaczynamy zwiedzanie. Warto wiedzieć, że Stuttgart został całkowicie zniszczony podczas II wojny światowej stąd nie ma tu typowego starego miasta ani rynku. Architektonicznie najbliżej tego miana jest Schillerplatz – plac z pomnikiem Schillera pośrodku. Kompozytor studiował w Stuttgarcie w latach 1773 – 1780.

Przy placu warto zwrócić uwagę na późnogotycki budynek Fruchtkasten – dawną przechowalnię wina. Dziś mieści się tu Muzeum Instrumentów Muzycznych.

Główny plac w jakimkolwiek mieście nie może istnieć bez kościoła 😉 W Stuttgarcie nie jest inaczej. Przy placu znajduje się Stifskirche – XV-wieczna kolegiata. Jej 61-metrowa wieża jest widoczna już z daleka.

Jeśli za katedrą skręcicie w uliczkę Unter der Mauer to napotkacie małe zagłębie alternatywnego Stuttgartu – jest streetart, są niszowe butiki, trochę inny świat w samym centrum miasta – warto zajrzeć!

Idąc w drugą stronę dociera się do głównej ulicy zakupowej w Stuttgarcie – Konigstrasse. Liczy ona 1110 metrów. Dookoła głównie sieciówki i trochę lokalnych sklepików. Nie jest to może jakaś wielka atrakcja Stuttgartu ale miejsce, do którego każdy prędzej czy później trafi. Warto zajrzeć do księgarni Wittwer Thalia – jednej z najstarszych i najpopularniejszych w Stuttgarcie.

Od Konigstrasse odchodzą uliczki, które tworzą coś co można nazwać starym miastem Stuttgartu – są fontanny, brukowane uliczki. Na ile można to to stare miasto zostało odtworzone.

W Stuttgarcie znajduje się też typowy rynek – Marktplatz – ale on pełni dziś rolę bardziej handlowo-usługową niż reprezentacyjną. Nie ma tu knajpek ani sklepików, jest za to galeria handlowa i parking. I chyba kilkanaście bankomatów 😉

Pomiędzy Marktplatz a zamkiem znajduje się pyyyszne miejsce – hala targowa (Markthalle). Raczej miejsce na zakupy niż na obiad (choć mieści się tam wyglądająca na przyjemną restauracja z owocami morza), na pewno na zdjęcia, oglądanie i wąchanie. Ceny niestety wysokie. Ale popatrzeć można 😉

Schlossplatz – plac Zamkowy

Spośród licznych mniejszych i większych placów Stuttgartu to ten pełni funkcję reprezentacyjną i rekreacyjną. Pośrodku placu stoi kolumna Jubileuszowa – Jubilaumssaule. Postawiono ją w tym miejscu w 1841 roku z okazji 25-lecia panowania króla Wilhelma I. Na jej szczycie można dostrzec boginię Concrodię. Kolumnę otaczają fontanny symbolizujące rzeki regionu.

Najważniejszą budowlą przy placu jest Neues Schloss – Nowy Zamek – królewska rezydencja wybudowana w stylu barokowym. Dziś swoją siedzibę mają tu władze landu.

Za zamkiem rozciągają się ogrody, które dził pełnią rolę parku – Schlossgarten. Warto zrobić sobie spacer i podziwiać piękne budynki opery Stuttgartu oraz teatru (Staatstheater). Latem pewnie miło się siedzi na ławce nad wodą, w mroźnym styczniu tylko szybki spacer i zdjęcia 😉

Nieopodal znajduje się też Stary Zamek – Altes Schloss. Powstał w XIII wieku jako mała twierdza otoczona fosą. Warto przespacerować się po dziedzińcu otoczonym 3-piętrowymi arkadami.

W zamku mieści się Landesmuseum Wurttemberg. Wstęp jest darmowy dla wszystkich. Warto je zwiedzić, bo to najważniejsze muzeum historyczne w całym regionie i podróż przez Wirtembergię od paleolitu po czasy współczesne.

Stadtbibliothek

Biblioteka jako miejsce, które warto zobaczyć w Stuttgarcie? Jeśli jest to TAKA biblioteka to zdecydowanie warto. Mieści się przy Mailander Platz, wstęp jest bezpłatny – jak to do biblioteki. Jest to nowa siedziba miejskiej biblioteki, oddana do użytku w 2011 roku. Miejsce przepiękne, nowoczesne i absolutnie warte zobaczenia. Wejdźcie na najwyższe piętro – z samej góry księgozbiór wygląda oszałamiająco.

Nie zdziwcie się ogromną ilością azjatyckich turystów, którzy uważają bibliotekę za najbardziej instagramowe miejsce w Stuttgarcie 😉 Swoją drogą budynek zaprojektował koreański architekt 😉

Muzeum Porsche

W kategorii ciekawe miejsca w Stuttgarcie dla wielu osób numer 1 to właśnie Muzeum Porsche. Futurystyczny budynek mieszczący ponad 80 samochodów – od niezwykłych prototypów po kultowe wyścigówki. Otwarto je dopiero w 2009 roku.

Cena biletu 10 EUR, ze StuttCard bezpłatnie. Mając kartę warto zwiedzić, gdybym miała wydać 10 EUR to chyba bym żałowała. Nie jest aż takie super jak się spodziewałam. Choć jeśli marzycie o własnym Porsche to pewnie będziecie zachwyceni 😉

Muzeum Mercedes

Odpowiedź na pytanie co zwiedzić w Stuttgarcie może być tylko jedna – Muzeum Mercedes. Mercedes-Benz Museum powstało w 1986 roku w ramach uczczenia 100-lecia założenia firmy Mercedes. Do dzisiejszej siedziby muzeum przeniosło się w roku 2006. W muzeum można zapoznać się z historią firmy ale też prześledzić jak zmieniał się świat (nie tylko motoryzacyjny) przez ostatnie dziesięciolecia.

Muzeum obejmuje ponad 1500 eksponatów, w tym 160 samochodów. Nawet dla takiego laika motoryzacyjnego jak ja było to wspaniałe doświadczenie! Muzeum jest bardzo ciekawe i koniecznie trzeba tak zaplanować zwiedzanie Stuttgartu, żeby tam spędzić co najmniej 2 – 3 godziny. A jeśli jesteście fanami motoryzacji to i przez 10 godzin nie będziecie się tam nudzić.

Cena biletu do Muzeum Mercedes to 10 EUR, ze StuttCard bezpłatnie. Jeśli Wasz czas w Stuttgarcie jest ograniczony i możecie zobaczyć tylko jedno muzeum motoryzacyjne to moim zdaniem zdecydowanie ciekawsze jest Mercedes niż Porsche.

Muzeum Świni

Po zwiedzaniu muzeum Mercedesa warto przejść na drugą stronę rzeki i zrobić sobie 1,5-kilometrowy spacer do jednego z najbardziej szalonych i odjechanych muzeów w Europie – Muzeum Świń (Schweinemuseum). Bilet wstępu kosztuje 5,9 EUR, z kartą bezpłatny.

Jest to największe świńskie muzeum na świecie – na 2 piętrach zgromadzono ponad 50 tysięcy świńskich eksponatów! Są świńskie skarbonki, maskotki, obrazy, ubranka, książki. Świnie w każdym kolorze, kształcie i rozmiarze.

Powiem szczerze, że gdyby nie darmowy wstęp ze StuttCard to nie zapłaciłabym 6 EUR za wejści do takiego muzeum a byłaby to wielka szkoda! Naprawdę fantastyczne miejsce – nie tylko dla dzieci, powiedziałabym nawet, że spora część wystawy jest wyłącznie dla dorosłych – absolutnie warto!

Staatsgalerie

Jedna z najcenniejszych galerii sztuki w Niemczech. Składa się z dwóch budynków gdzie można zobaczyć liczne arcydzieła sztuki europejskiej. Wystawiane są tu m. in. dzieła Rembrandta, Rubensa, Tiepola, Moneta czy Picassa.

Muzeum jest niezwykle interesujące ale też OGROMNE. Żeby wizyta miała sens to zaplanujcie wcześniej co chcecie zobaczyć, bo na zwiedzanie całego muzeum to chyba i 3 dni będzie mało.

Cena biletu 7 EUR, z kartą bezpłatnie.

StadtPalais

Otwarte w 2018 muzeum mieści się w historycznym pałacu księcia Wilhelma. Przedstawia historię Stuttgartu od XIX wieku po dzień dzisiejszy. Cena biletu 7 EUR, z kartą bezpłatnie.

Eugensplatz

Po zwiedzeniu muzeów warto zrobić spacer (kilkadziesiąt pięter pod górę) do Eugensplatz – placyku z fontanną. Nad placem góruje Galatea – postać z greckiej mitologii, w której zakochał się jeden z cyklopów.

Od 2014 roku placu pilnuje uroczy mops. Żeby miał lepszy widok umieszczono go na kolumnie 😉

Z Eugensplatz roztacza się piękna panorama Stuttgartu i zdecydowanie warto się tu wybrać. Jeśli nie chcecie się wspinać pod górę to tuż obok fontanny znajduje się przystanek U-Bahn więc można łatwo i szybko dojechać z dworca głównego.

Wieża telewizyjna

Nie wiem czy to najlepszy punkt widokowy w Stuttgarcie ale na pewno najwyższy (ponad 216 metrów) i na pewno miejsce warto zobaczenia w Stuttgarcie. Fernsehturm Stuttgart oddano do użytku w 1956 roku. W momencie budowy wywoływała wiele kontrowersji, dziś jest uważana za prekursorkę tego typu budowli na świecie i świadectwo najwyższego kunsztu niemieckich inżynierów.

Na szczycie wieży mieści się punt widokowy, na dole wystawa przedstawiająca historię budowy wieży.

Cena biletu 9 EUR, z kartą bezpłatnie. Warto.

Mam nadzieję, że już nikt się nie zastanawia czy warto wybrać się na kilka dni do Stuttgartu. Miasto jest piękne, czyste i wciąż mało odkryte przez turystów więc niezatłoczone. Ja do Stuttgartu bardzo chętnie kiedyś wrócę, a w kolejnym wpisie pokażę Wam co warto zobaczyć w okolicach Stuttgartu – będzie równie pięknie jak w mieście!

Stuttgart na weekend – informacje praktyczne

Stuttgart – stolica regionu Badenia-Witembergia, najbogatsze miasto Niemiec i jedno z najbogatszych miast Europy. Prężny ośrodek naukowy i badawczy. Ciekawostka – w Stuttgarcie zgłasza się najwięcej patentów w kraju, a jednym z jego miast partnerskich jest nasza polska Łódź. Miasto jest popularnym celem wyjazdów biznesowych, nie turystycznych. Wkrótce pokażę Wam, że niesłusznie 🙂 Tymczasem garść informacji praktycznych o tym jak zorganizować sobie weekendowy wypad do Stuttgartu.

Stuttgart – jak się dostać z Polski?

Najszybciej można się do Stuttgartu dostać z Polski samolotem. Bezpośrednie loty z Warszawy oferuje LOT, połączenia są 1 lub 2 razy dziennie. Z Poznania, Gdańska, Wrocławia czy Krakowa można dolecieć do Stuttgartu z jedną przesiadką w Warszawie, Frankfurcie czy Monachium.

Do Stuttgartu można też dojechać pociągiem z Berlina, Monachium, Zurychu czy Paryża. Miasto ma połączenie kolejowe z każdym większym ośrodkiem w Niemczech.

Stuttgart – dojazd z lotniska do centrum

Lotnisko Stuttgart (STR) jest bardzo dobrze skomunikowane z centrum miasta. Dojazd z lotniska zapewniają pociągi linii S2 i S3. Dojazd do centrum miasta (do głównego dworca) trwa ok. 25 minut. Cena biletu na pojedynczy przejazd wynosi 2,9 EUR. Bilety można kupić w automatach na stacji. Stacja kolejowa jest połączona z lotniskiem.

Stuttgart – komunikacja miejska

Muszę przyznać, że ze wszystkich miast w Europie, w których byłam Stuttgart ma najlepszą komunikację miejską. Pociągi i metro (S-Bahn i U-Bahn) dojeżdżają dosłownie wszędzie, jeżdżą punktualnie i na tyle często, że w pociągach nawet w godzinach szczytu nie ma tłoku. Wszystkie stacje są doskonale oznakowane, przesiadki nie stanowią najmniejszego problemu. Na każdej stacji wiszą rozkłady jazdy ale są też elektroniczne tablice z rzeczywistymi czasami przyjazdu pociągów.

Generalnie jestem zwolenniczką pieszego zwiedzania miast ale w Stuttgarcie jest to po prostu niemożliwe. Atrakcje i muzea znajdują się w dużych odległościach od siebie, a najciekawsze miejsca do zwiedzania są oddalone od centrum. Na szczęście wszystkie atrakcje Stuttgartu są łatwo dostępne transportem publicznym.

Cena pojedynczego biletu w strefie 1 to 2,5 EUR. Można też kupić bilet na 4 przejazdy za 9,5 EUR lub bilet 24-godzinny za 5 EUR. Te ceny dotyczą wyłącznie 1 strefy. Bilet dobowy na całą sieć komunikacji w obrębie Stuttgartu kosztuje 13,2 EUR. Bilet 7-dniowy na 1 strefę kosztuje 22,7 EUR, na całą sieć 73,2 EUR. Zdecydowanie taniej jest podróżować w grupie do 5 osób. Bilet dobowy (1 strefa) dla takiej grupy kosztuje 10,4 EUR, bilet na całą sieć 19,7 EUR. Dzieci do 6 roku życia podróżują za darmo. Wszystkie podane ceny są aktualne na styczeń 2020.

Stuttgart Card

Właściwie to StuttCard – karta oferująca bezpłatny wstęp do wielu muzeów i atrakcji, a w wersji StuttCard Plus także transport. Kartę można wykupić na 24, 48 lub 72 godziny. Jej koszt to odpowiednio 18, 25 i 30 EUR. Jeśli wybieracie wersję z komunikacją to koszty wynoszą 27, 38 lub 48 EUR. Ja byłam w Stuttgarcie 3 dni więc zakupiłam wersję 3-dniową, w wariancie z transportem, i bardzo się to opłaciło. Wstęp do trzech największych atrakcji w Stuttgarcie – muzeum Mercedes, muzeum Porsche i wieży telewizyjnej to już 29 EUR więc jak sami widzicie karta bardzo szybko się zwraca. Kartę można kupić na lotnisku, w punktach informacji turystycznej i w wybranych hotelach.

Stuttgart – noclegi, gdzie spać?

Stuttgart nie należy do miast popularnych wśród turystów ale ceny noclegów są tu wysokie. W związku z tym iż w mieście doskonale funkcjonuje transport publiczny szukając noclegu nie trzeba skupiać się na centrum tylko jakimkolwiek miejscu w sąsiedztwie przystanku U-Bahn lub S-Bahn. Bardzo dobre i tanie hotele znajdują się w okolicy targów (Messe). To dobry pomysł na nocleg w Stuttgarcie, bo do centrum można dojechać pociągiem w 15 minut. Warunek jest jeden – w czasie wizyty w Stuttgarcie nie mogą się odbywać żadne duże targi, bo wtedy ceny noclegów automatycznie rosną.

Stuttgart – ceny

Jak na najbogatsze miasto w Niemczech przystało, ceny w Stuttgarcie są wysokie. Posiłek w restauracji (normalnej, nie jakiejś taniej jadłodajni czy fastfoodzie ale też nie w żadnym fancy miejscu) to koszt 15 – 20 EUR. Pojedynczo kupowane bilety wstępu do atrakcji są drogie, koszt komunikacji miejskiej też jest wysoki. Niestety Stuttgart to nie jest miasto na tani weekendowy wypad.

Stuttgart – bezpieczeństwo

W Stuttgarcie byłam sama i czułam się zupełnie bezpiecznie. Oczywiście nie włóczyłam się nocami po żadnych podejrzanych miejscach ale generalnie poziom pospolitej przestępczości jest w Stuttgarcie na niskim poziomie. Na pewno jest bardziej przyjaźnie i bezpiecznie niż w Berlinie czy Monachium.

Stuttgart – czy warto?

Może to pytanie powinno się pojawić we wpisie podsumowującym atrakcje Stuttgartu (będzie już za kilka dni) ale bez wątpienia warto. Mimo iż Stuttgart nie jest w pierwszej trójce czy nawet piątce miast uchodzących za najciekawsze w Niemczech to na mnie zrobił bardzo pozytywne wrażenie. Jest tu wszystko czego turysta potrzebuje do szczęścia – ciekawe muzea, dużo zieleni, piękna architektura, smaczne jedzenie, przyjaźni ludzie. Dla mnie jedno z największych pozytywnych zaskoczeń za naszą zachodnią granicą. Naprawdę jedyny minus Stuttgartu to te ceny… Planując wszystko z głową i odpowiednio wcześnie da się to oczywiście zrobić za sensowne pieniądze ale wymaga to dobrego przygotowania do wyjazdu.