Świnoujście – gdzie zjeść?

Pisałam już przy okazji Kołobrzegu, że nad morzem zawsze zajadam się rybami. Kilka dni spędzonych w Świnoujściu potwierdziło ten trend 😉 Zatem gdzie zjeść dobrą rybę w Świnoujściu? Zapraszam na mój przewodnik po restauracjach Świnoujścia.

Rybna Chata – Piłsudskiego 45

Mój pierwszy obiad w Świnoujściu. Nie ukrywam, że przekonała mnie nazwa – Rybna Chata nad morzem zapowiada dobry obiad 😉 Do Rybnej Chaty dotarłam baaaardzo głodna. A ja niestety mam tak, że jak jestem bardzo głodna to w menu szukam makaronu. Nic nie poradzę, że jestem pastożercą i niczym się tak nie najadam jak właśnie makaronem.

W Rybnej Chacie makaron musiał być oczywiście z rybą. Rozważałam łososia, żabnicę i owoce morza. Padło na łososia. Dlaczego? Niby makaron z łososiem to nic wymyślnego – i w Poznaniu, i w Warszawie i wielu innych miejscach można zjeść. Ale restauracja Rybna Chata bierze udział w akcji My Fish – dania oznaczone tym symbolem pochodzą z Bałtyku, od lokalnych rybaków. I właśnie łosoś miał to oznaczenie.

Porcja makaronu jak widać na załączonym obrazku była ogromna. A patrząc na to co mieli goście przy innych stolikach pozostałe dania były jeszcze większe! Dlatego jeśli wybieracie się do Rybnej Chaty większą ilością osób to rozważcie zamawianie jednego dania na 2 osoby – porcje są naprawdę potężne. Ale do rzeczy. Makaron był wyśmienity. W śmietanowych sosach z łososiem ryba jest zazwyczaj upieczona/ugrillowana/usmażona saute, ten łosoś był upieczony z jakimś ziołowym masełkiem – ode mnie ogromny plus za to. Sos był naprawdę lekki (na tyle na ile śmietanowy sos z tłustą rybą może być lekki) – całość idealnie dopełniał świeży szpinak i suszone pomidory. Znalazły się też jakieś pojedyncze kapary. Przepysznie i bardzo polecam Rybną Chatę jako miejsce gdzie można dobrze zjeść w Świnoujściu. Nie jest najtaniej (makaron + aperol 60zł, większość dań głównych kosztuje powyżej 50 zł) ale porcje są tak ogromne, że spokojnie wystarczą dla 2 osób.

Kuter Smażalnia & Grill – Uzdrowiskowa 4/5

Bardzo dobra smażalnia ryb w Świnoujściu przy samym zejściu na plażę i tuż przy promenadzie.

Patrząc na pierwszą stronę menu już wiedziałam, że dalej szukać nie muszę. Kusiły placki z ryb świeżych i wędzonych (i ostatecznie skusiły) z ziemniakami i kusiły pierogi z rybami i kaszą gryczaną… Pierogi widziałam przy stoliku obok i też wyglądały kusząco. Ale placki – naprawdę przepyszne. Przewaga ryb wędzonych (uwielbiam!), zero ości – pyszka. Mimo iż to tylko dwa placki to mnie zapełniły totalnie. Ziemniaków praktycznie nie zjadłam. Jedyny minus – bardzo dużo koperku. Ja akurat lubię ale jak ktoś za koperkiem nie przepada to słabo – w kotletach koperek, na ziemniakach koperek, w surówkach koperek. Można by to trochę urozmaicić.

Ale generalnie Kuter to bardzo dobre miejsce na rybę w Świnoujściu. Ceny też bardzo przyzwoite (24zł za placki rybne).

Aaaa, bym była zapomniała – koniecznie spróbujcie ich piwa z wiśniami! Na szczęście serwują je z długą wykałaczką i można wyjeść owocki bez problemu.

A w środku piękny wystrój – można wrócić do wspomnień z Seszeli.

Hampton Beach Bar

Nie samym jedzeniem żyje człowiek na wakacjach 😉 Za czasów mojego dzieciństwa beach bary nie istniały, zdarzały się ewentualnie budki z piwem. Dziś infrastruktura nad polskim morzem się poprawia i praktycznie na każdej plaży jakiś bar z prawdziwego zdarzenia się znajdzie.

W Hampton Beach Bar poza tym, że można kupić napoje, piwo i drinki można też wynająć leżak. Bo w tych plażowych wypożyczalniach leżaków to wypożyczają takie krzesełka, nie prawdziwe leżaki. Są też apartamenty na wynajem, czyli takie łóżka.

Jedne drinki lepsze, inne gorsze, bardzo przyjazna obsługa – generalnie bardzo fajna miejscówka na piwo na plaży w Świnoujściu 😉

Kurna Chata – Piłsudskiego 20

Szukając w internetach przed wyjazdem gdzie zjeść w Świnoujściu prędzej czy później natrafiałam na restaurację Kurna Chata. Nazwa może nie do końca zachęcająca ale ilość pozytywnych recenzji mnie przekonała.

Pierwszy zachwyt po przekroczeniu progu lokalu – cuuuudny wystrój. Trochę dużo wszystkiego i pewnie niejedna osoba poczuje przesyt kwiatków i innych dekoracji ale mi się podobało 😉

Trochę rozczarowało mnie menu. Rozczarowało pod tym względem, że nad morzem jadam ryby. W 95% przypadków. A oferta dań rybnych w Kurnej Chacie jest uboga – 3 dania główne i kilka przystawek. Wiem, że Rybna Chata to siostra Kurnej gdzie ryb jest więcej ale jednak idąc do knajpy nad morzem chcę mieć do wyboru coś więcej niż 3 dania z ryb. No ale dobra. Wybór niewielki ale jednak na coś się trzeba zdecydować. Padło na ziemniaka pieczonego ze śledziem. Pisałam już niejednokrotnie, że jestem uzależniona od śledzi i nawet jak w mojej lodówce jest tylko światło to jakiś słoik śledzi zawsze się znajdzie 😉

Śledź w Kurnej Chacie był bardzo dobry. Sam ziemniak już mniej – był za bardzo mączysty. Lubię takie nadziewane ziemniaki, jadłam je wielokrotnie i jednak ta konsystencja nie była taka jak być powinna. Nie wiem czy to odmiana, czy pora roku (bo wbrew powszechnej opinii ziemniak to warzywo sezonowe!) ale ten ziemniak nie do końca zagrał. Niemniej sałatka śledziowa świetna – śledzie dobrze wymoczone (nie ma nic gorszego niż przesolony, niewymoczony śledź), dużo cebulki – ja akurat lubię. Mimo nie najlepszego ziemniaka fajne to było.

Kurna Chata to dobre miejsce w Świnoujściu, żeby zjeść mięso, pierogi czy inne tradycyjne dania. Tu niekoniecznie trzeba jeść rybę. Ale jeśli już będziecie to spróbujcie śledzia – pyszny.

Promenada – Uzdrowiskowa 16

Promenada w sezonie letnim 2020 serwuje drinka o wdzięcznej nazwie COVID-19 😉 Cóż, nie da się ukryć, że COVID jest tematem przewodnim wakacji 2020 i fajnie, że postanowiono go zwyczajnie obśmiać 😉 Bo panika już była, lockdown był, ograniczenia cały czas są ale trzeba żyć dalej. Żyć jak najbardziej normalnie. Nie ukrywam, że do Promenady weszłam skuszona tymże właśnie drinkiem. Widzicie jak on wygląda? Sztos! Najbardziej instagramowy obrazek lata 2020 nad Bałtykiem 😉 Genialny pomysł – to wstrzykiwanie alkoholu do szklanki, bomba! Sam drink – dla mnie za słodki. Ale przecież nie o smak tu chodzi 😉 A może trzeba iść tym tropem, że cukier zabija mikroby? 😉 Nieważne. COVIDA spróbować musiałam i spróbowałam.

Ale jak już do tej Promenady weszłam to musiałam też coś zjeść. Wybór dań rybnych jest naprawdę spory – każdy coś sobie znajdzie. Mnie od razu po przejrzeniu karty wpadł w oko halibut. Lubię, dawno nie jadłam więc zamówiłam halibuta. I co się okazało? Że Promenada serwuje najlepszą rybę w Świnoujściu!

Po pierwsze kawał ryby był naprawdę potężny – sama ryba mięciusieńka, delikatna, subtelnie doprawiona. Do tego osobny talerz surówek (niby proste – marchewka z jabłkiem, kapusta kiszona) ale super pasowało i nie zabijało smaku ryby. Ten halibut to naprawdę jedna z najlepszych ryb jakie zdarzyło mi się jeść nad polskim morzem.

Do tego wszystkiego doskonała i bardzo sympatyczna obsługa no i całkiem przyjazne ceny – 59zł za potężny obiad i COVIDA. W moim prywatnym rankingu najlepsza restauracja w Świnoujściu, najlepsza z restauracji przy promenadzie i jeśli kiedyś wrócę do Świnoujścia to pierwsze kroki pokieruję do Promenady!

El Papa – Cafe Hemingway – Bohaterów Września 69

Na kawę, ma ciacho, na drinka – w Świnoujściu koniecznie trzeba wstąpić do Cafe Hemingway! Super klimatyczna kawiarnia mieści się przy deptaku pomiędzy Placem Wolności a dzielnicą nadmorską. Jest tu zdecydowanie spokojniej niż przy promenadzie a fajnych miejsc nie brakuje.

El Papa to świetny koncept – spójrzcie tylko na wystrój. Nie chce się wychodzić! Do tego świetne menu, nietuzinkowe napoje (u mnie Pigwoniada) i domowe wypieki.

Jeśli szukacie klimatycznego miejsca na kawę lub na drinka w Świnoujściu to dla mnie numer 1 to Cafe Hemingway. Mają też ogródek ale wtedy tracicie możliwość przebywania w tym fantastycznym wnętrzu.

Mistral – Uzdrowiskowa 14

Kolejna restauracja przy promenadzie w Świnoujściu. Sama restauracja jak i ogródek z wyglądu zupełnie przeciętne. Dania z kolei podawane na modłę instagramową 😉 Naprawdę przyjemnie się na ten talerz patrzy. No ale oczami się człowiek nie naje. O ile sama ryba (w tym przypadku dorsz) była naprawdę świetna to dla mnie całość była za… słodka. Do ryby był sos charzanowo-musztardowy. Wszystko byłoby super gdyby nie to, że był tam miód. Dużo miodu! Za dużo miodu. Ale to może byłoby do przejścia gdyby nie to, że sałata wręcz pływała w sosie. Sosie zdecydowanie za słodkim! Ja rozumiem dodatek miodu do sosu ale kucharz ma zdecydowanie zbyt dużą tolerancję słodkiego smaku. Mimo tego nadmiaru słodyczy i tak uważam, że Mistral to miejsce gdzie warto zjeść w Świnoujściu, bo sama ryba (a o nią przecież w tym wszystkim chodzi) była przepyszna. Przeżyłabym ten miód nawet w tym sosie chrzanowym. Ale ilość słodkiego sosu na sałacie była przytłaczająca. Tak więc jedzcie w Mistralu rybę tylko może lepiej poproście sałatę z samą oliwą 😉 Rachunek dosyć wysoki – 70zł za Aperola i dorsza.

Tawerna w Sieciach – Żeromskiego 1B

Tawerna w Sieciach to nie jest żadna fancy knajpa a zwyczajna smażalnia. Ale to doskonała miejscówka jeśli szukacie miejsca gdzie można dobrze i tanio zjeść w Świnoujściu. Potężny kawał dorsza z frytkami i surówkami kosztuje 30zł. Porcja jak widać ogromna, przepyszne surówki no i w końcu udało mi się spróbować Piwa Świnoujskiego! Widziałam je w sklepach ale żadna z odwiedzonych przeze mnie knajp nie miała go w menu. W Tawernie w Sieciach w końcu udało mi się go napić.

Tawerna mieści się tuż przy promenadzie ale jednak w znacznie spokojniejszym otoczeniu. Zdecydowanie warto wpaść tu na rybkę.

Manufaktura Ekologiczna – Plac Wolności

I na sam koniec miejsce na kawę, ciacho i drinka w Świnoujściu – kawiarnia Manufaktura Ekologiczna. Urocza kawiarnia z widokiem na gwarny o każdej porze plac Wolności. Poza wyborem drinków, kaw i domowych ciast można tu spróbować lokalnie warzonego piwa.

Ja zdecydowałam się na prosecco z sorbetem owocowym (fajne!) i torcik owocowy. Ciasto było doskonałe -lekkie, nie za słodkie, nie za tłuste – akurat na lato. A prosecco od teraz będę pić tylko w wersji z sorbetem – rewelacja. Do tego naprawdę fajna obsługa i przyjemny lokal – jeśli szukacie fajnej kawiarni w Świnoujściu to wybierzcie się do Manufaktury.

Myślę, że wyszedł mi całkiem nienajgorszy przewodnik kulinarny po Świnoujściu 🙂 Teraz już wiecie gdzie w Świnoujściu można zjeść najlepszą rybę, a gdzie iść na drinka w pięknym otoczeniu 😉 Jeśli macie jakieś inne sprawdzone miejscówki w Świnoujściu to piszcie! Przyda się na następny raz!

Gdzie zjeść śniadanie w Poznaniu? Część II.

Pierwszą część zestawienia najlepszych śniadań w Poznaniu można znaleźć TU. Dziś część druga, z pewnością nie ostatnia. Moje ostatnie odkrycia i ulubione miejsca na śniadanie w Poznaniu. Życie powoli wraca do normalności, znów można jadać śniadania na mieście. Smacznego!

Młyńska 12 Cafe, centrum

Młyńska 12 to kamienica w centrum miasta, w której znajdziemy restaurację The Time, bar Wino na Kieliszki, bar Twelve Cocktails&CO, Cigar Room&Whisky Bar, a od niedawna piekarnię Big Bonjour Boulangerie wraz z kawiarnią Cafe Młyńska 12.

Cafe Młyńska to miejsce niczym żywcem przeniesione z Paryża. Jest elegancko, paryski szyk czuje się i widzi już od wejścia. Zza kasy spogląda na nas rząd świeżo wypieczonych bagietek, pachnie świeżo mielona kawa. Lokal jest bardzo jasny, urządzony minimalistycznie ale z klasą, bardzo miło się tam spędza czas.

Karta śniadaniowa nie jest długa ale każdy znajdzie coś dla siebie – jest i na słodko, i wytrawnie. Ja pozostając w duchu miasta znad Sekwany decyduję na się na tosty francuskie. Trochę trzeba na nie poczekać (mimo iż lokal nie jest bardzo obłożony, zajęte może ze 3 stoliki) ale warto. Ależ to było pyszne. Mokre kawałki brioszki smażone na maśle (to czuć!), do tego aksamitny serek mascarpone i solidna porcja sezonowych owoców. Niebo w gębie. Jest dosyć drogo. Za tosty i herbatę zapłaciłam 34 zł. Szukacie eleganckiego śniadania w Poznaniu? Idźcie do Młyńskiej 12.

Czarne Mleko – Dąbrowskiego 68, Jeżyce

Czarne Mleko to kawiarnia obok której przechodziłam dziesiątki razy i jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby wejść. Aż w końcu którejś sierpniowej soboty zawitałam tam na śniadanie. Sam lokal jest bardzo jeżycki. Wystrój idealnie pasuje do klimatu całej dzielnicy – jest prosto ale pomysłowo – stoliki z palet, wygodne fotele. Fajnie. Latem są dwa stoliczki na zewnątrz, stoją po prostu na chodniku.

Karta śniadaniowa jest krótka i konkretna – są jajecznice, omlety, owsianka i granola. Ja decyduję się na tę ostatnią. Prażone płatki i bakalie podane z musem ze świeżych truskawek i owocami sezonowymi oraz jogurtem. Pyszota. Co najważniejsze – nie było słodko. Jedyna słodycz to kilka plasterków banana. Bo czasem granole są tak mocno miodowe, że aż ciężko je jeść. Ta na szczęście była idealna. Do tego cappuccino na mleku kokosowym (wszystko razem za 25zł) i mamy śniadanie idealne.

Kuchnia i Mech – Dominikańska 7, centrum

Miejsce odkryte w pewną letnią niedzielę zupełnym przypadkiem. Akurat było to w czasie gdy w każdej knajpie, w której jadłam szukałam hummusu. Hummus uwielbiam od zawsze ale czasem mam takie fazy, że jadam go codziennie. I to akurat był ten czas więc dla mnie wybór był prosty – kanapki i hummus. I wiecie co, tak sobie uświadomiłam, że chyba pierwszy raz dostałam hummus z porządnym pieczywem a nie z pitą. I bardzo mi taka wersja odpowiadała. Chleb w Kuchni Mchu pieką sami i jest naprawdę wyśmienity. Ciężki, wilgotny, naturalny. Dokładnie taki jaki powinien być prawdziwy chleb. Hummus był smaczny, nie był to najlepszy hummus jaki jadłam w życiu ale nic mu zarzucić nie można.

Do śniadania tym razem zamiast kawy były owoce szprycery. W końcu w niedzielę można 😉 Naprawdę pyszne, lekkie, orzeźwiające, podane w przepięknych kryształowych szklanicach.

No i to wszystko w naprawdę pięknie urządzonym lokalu. Połączenie klimatów industrialnych i dużej ilości zieleni – zgrabnie to wyszło. Śniadanie i szprycer to koszt ok. 30-35 zł za osobę. Dobre śniadanie w okolicach rynku w Poznaniu? Kuchnia i Mech.

Inna Piekarnia – Ratajczaka 39

Inna funkcjonuje na kulinarnej mapie Poznania od niecałych 3 lat i nie ukrywam, że mnie kupiła od samego początku. Najpierw były tu nieziemsko pyszne wypieki, później doszły śniadania. Jeśli potrzebujecie ciasta/tortu/ciastek niczym z francuskiej piekarni, wyglądających jak milion dolarów i smakujących tak, że może opisać je tylko hashtag #foodgasm to idźcie do Innej Piekarni. Na cokolwiek się nie zdecydujecie, będziecie zachwyceni. Nie jest najtaniej ale ich wyroby są warte każdej złotówki.

Ale do rzeczy – wszak to wpis o śniadaniach. Oferta śniadaniowa Innej się zmienia cyklicznie ale zawsze jest nietypowa, ciekawa i pełna niesamowitych smakołyków. Śniadania w Innej są inne. Nie dostaniecie tu typowego omleta, jajecznicy ani twarożku. Tu dostaniecie autorskie, czasem szalone ale zawsze przepyszne kompozycje.

Moje placki były słonawe (na zakwasie), do tego owoce i palone lody. No po prostu niebo w gębie. A porcja tego była taka, że przez pół dnia potem nic nie zjadłam. W moim prywatnym rankingu Inna serwuje najlepsze śniadania w Poznaniu. Śniadanie i kawa to koszt ok. 30zł więc jest przyzwoicie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromne porcje (wszystkie śniadania są tu duże). Kocham, bywam i będę bywać nadal. A Wam polecam zwłaszcza, że piekarnia mieści się w samym centrum – między ulicą św. Marcin a placem Wolności. Śniadania serwowane są od poniedziałku do soboty od 8.30 do 14.00

Ptasie Radio – Kościuszki 74, centrum

W czasach ogromnej rotacji na gastronomicznej mapie miasta Ptasie Radio jest swego rodzaju weteranem. Ptasie Radio istnieje od lat, zmienia się rzecz jasna (zdecydowanie na plus!) i jest jakąś stałą w tym szalonym czasie zmian.

Śniadania w Ptasim Radiu serwowane są od 9 do 12 więc można wpaść i na pierwsze, i na drugie śniadanie. Latem jest ogródek, ja jednak wybieram stolik w środku. Po pierwsze jest dużo ładniej, po drugie jest klimatyzacja (na zewnątrz 29 stopni, o 10 rano!), po trzecie ogródek jest jednak przy ulicy gdzie jeżdżą samochody więc to średnie towarzystwo dla spokojnego śniadania.

Opcji śniadaniowych mamy w Ptasim Radiu kilka, ja decyduję się na bułeczki (okropnie niezdrowe, białe, pełne glutenu ale cieplutkie, mięciutkie i pyszne:D) z trzema pastami – z makreli (uwielbiam!), jajeczną i twarożkiem. Porcja duuuuża. Może nie ogromna ale dla mnie zdecydowanie za duża. Bułeczki jak już napisałam – bardzo niezdrowe i jeszcze bardziej pyszne. Wszystkie pasty bardzo smaczne, doprawione delikatnie. Wszystko podane bardzo estetycznie. No i genialne pomidory. Szczerze mówiąc już dawno nie zdarzyło mi się jeść w knajpie tak smacznych pomidorów. Duży plus. Do picia wzięłam mrożoną herbatę miętowo-truskawkową i ona była hitem tego śniadania. PRZEPYSZNA. Zdecydowanie polecam Ptasie Radio na śniadanie w Poznaniu. Jest pysznie, obficie i w pięknym otoczeniu. Za śniadanie z herbatą zapłaciłam 30zł.

Nadzieja – Zwierzyniecka 3/1, centrum

Była kiedyś na Taczaka wegańska restauracja Je Sus. Była i zniknęła. Później okazało się, że osoby odpowiedzialne za Je Sus stworzyły Nadzieję. W kompleksie Concordia na Zwierzynieckiej, czyli jednym z najgorętszych adresów w mieście. Jeśli chce zjeść dobre śniadanie w Poznaniu blisko targów czy dworca to jest to dobry adres.

Nadzieja już przed wejściem zachwyca ogromem zieleni. Latem są oczywiście stoliki na zewnątrz ale ponieważ ja odwiedziłam ją w bardzo upalny dzień (33 stopnie na termometrze) to zdecydowałam się usiąść w środku. Wystrój jest skromny ale przyjemny. Wnętrze jest jasne i przestronne, myślę, że to całkiem niezłe miejsce do pracy.

Ale do rzeczy, ja nie przyszłam pracować tylko jeść. Po zerknięciu w ofertę śniadaniową decyduję się na słodkie śniadanie. Chałka cynamonowa ze śliwkami, śmietaną i orzechami laskowymi działa mi na wyobraźnię. Do picia – jedyny słuszny napój w taki upał, czyli espresso tonic. Kawa świetna. Na śniadanie trochę trzeba poczekać ale jak się pojawia to na początek pożeram je wzrokiem. Prawda, że wygląda genialnie? Insta-friendly, zdecydowanie 😉

Ale jedzenie ma przede wszystkim smakować, nie wyglądać. I chałka smakuje wybornie. Jest masełko, jest cynamon, świeżutkie pieczywo. Do tego sporo owoców i podprażone orzechy, które pachniały genialnie. Porcja dla mnie jak zwykle za duża ale było tak pyszne, że zjadłam wszystko, co do ostatniego okruszka.

Nadzieja jest miejscem gdzie szczególnie dba się o jakość składników. Warzywa i owoce pochodzą z ich prywatnej hodowli, nie ze sklepu. Ogromny plus!

Ceny dosyć wysokie. Ja za swoje śniadanie z kawą zapłaciłam 32zł, natomiast szakszuka czy inne wytrawne śniadania kosztują około 10 zł więcej. Z tego co widziałam na stolikach obok – porcje są naprawdę potężne.

Republika Róż – plac Kolegiacki 2a

Republika Róż to kolejne miejsce, które mam wrażenie jest w Poznaniu od zawsze. Przyjemny lokal ulokowany w samym centrum miasta serwuje i śniadania, i lunche, i słodkości – spróbujcie kiedyś ich kultowej tarty malinowej – to najlepsze ciasto w Poznaniu!

Karta śniadaniowa Republiki Róż obowiązuje od poniedziałku do piątku od 9 do 12, w weekendy w Republice jest bufet śniadaniowy. Ja wybrałam się w jakiś czwartek, generalnie był to dzień kiedy sama nie wiedziałam na co mam ochotę 😉 Ostatecznie zdecydowałam się na jaglankę z migdałami i owocami. I muszę przyznać, że była to chyba najlepsza jaglanka jaką kiedykolwiek jadłam. Lekko słonawa, z owocami i mocno przyprażonymi płatkami migdałowymi. Smaki się uzupełniały, całość była naprawdę obłędna. Wysoka pozycja na liście najlepszych śniadań w Poznaniu. Do śniadania możecie wziąć kawę lub herbatę śniadaniową za 3 zł.

Jedyny minus – fatalna, naprawdę fatalna obsługa. W ogóle niezainteresowana gośćmi, bardzo długi czas oczekiwania najpierw na kartę, potem na złożenie zamówienia i ostatecznie nawet na herbatę. A zajęte były raptem 3 stoliki. Ale byłam w republice wielokrotnie i taka obsługa zdarzyła mi się po raz pierwszy więc mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka.

Kulka Cafe – Towarowa 41

Bardzo niedaleko od dworca (naszego poznańskiego chlebaczka) więc jeśli jesteście w Poznaniu przejazdem i potrzebujecie szybkiego (ale smacznego) śniadania to zajrzyjcie do Kulki.

Fajna, kolorowa restauracja, przyjemna obsługa no i naprawdę dobre śniadanie. O ile w domu moje śniadania są zawsze super zdrowe to na mieście grzeszę 😉 W Kulce wybrałam tosty z gorgonzolą, och jakie to było tłuste i pyyyyszne 🙂 Muszę tam wrócić a Wam polecam Kulkę na smaczne śniadanie w Poznaniu. Mają też świetną kawę.

Razowa Bistro – Wrocławska 20, centrum

Razowa to bardzo popularna śniadaniownia. Ja nie jestem jej wielką fanką. Głównie z tego względu, że działa tam popularna piekarnia i przewija się mnóstwo ludzi. Co chwilę ktoś wchodzi, wychodzi, dużo się dzieje. Ja lubię jeść śniadania w spokoju. Więc Razowa to raczej miejsce na szybkie śniadanie, nie na długie celebrowanie poranka.

A co zjeść na śniadanie w Razowej? Wszyscy polecali mi szakszukę więc się na nią skusiłam. Była smaczna ale jadłam w swoim życiu lepsze. Jeśli w innych lokalach nie ma miejsca to idźcie do Razowej ale nie serwuje ona najlepszych śniadań w mieście 😉 Ale pieczywo rzeczywiście mają świetne.

Szarlotta Bistro – Świętosławska 12

Po raz pierwszy w Szarlotcie byłam tuż po otwarciu. Mimo iż bardzo mi smakowało jedzenie to później jakoś tam nie trafiałam. W sumie nie wiem czemu. Ale w poszukiwaniu najlepszego śniadania w Poznaniu w któryś letni poranek wróciłam do Szarlotty.

Lokal urządzony jest bardzo stylowo, obsługa zawsze jest uprzejma i sprawna, a jedzenie bezbłędne. Tym razem postawiłam na naleśniki z serem i owocami, a żeby się dowitaminizować wzięłam zielony koktajl. Wszystko pyszne, w pięknym otoczeniu. Gdzie zjeść dobre śniadanie w Poznaniu? Szarlotta Bistro. Tuż przy starym rynku.

Jak widzicie moda na jadanie śniadań na mieście trwa w najlepsze, restauracje otworzyły się po koronaprzerwie więc za jakiś czas spodziewajcie się kolejnej porcji smacznych śniadaniowych adresów. Ale najpierw pokażę Wam gdzie zjeść najlepsze śniadanie we Wrocławiu i dorzucę drugą część moich ulubionych śniadaniowni w Warszawie (część pierwsza TU). Brakowało mi jedzenia na mieście więc teraz będę nadrabiać 🙂

Kulinarny przewodnik – gdzie zjeść w Łodzi?

Zanim zabiorę Was na wycieczkę po Łodzi i pokażę co warto zwiedzić w mieście, które przeszło na przestrzeni ostatnich lat ogromną metamorfozę, zapraszam na wycieczkę kulinarną. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Gdzie w Łodzi zjeść śniadanie, gdzie iść na deser, a gdzie na drinka? Gotowi? Czas zjeść Łódź!

Gdzie zjeść śniadanie w Łodzi?

Lećmy po kolei 😉 Dzień zaczyna się od śniadania więc na początek pyszne łódzkie śniadaniownie. Czasem sobie myślę, że ja już tyle śniadań w tylu różnych miejscach zjadłam, że nic mnie nie zaskoczy a jednak… Raz na jakiś czas pojawia się knajpa wychodząca poza schemat i poza tym, że jest inaczej to zazwyczaj jest totalny zachwyt. W Łodzi też zaskoczeń i zachwytów nie brakowało.

Na początek moje absolutne miejsce nr 1 jeśli chodzi o najlepsze śniadanie w Łodzi – Montag. Mały lokal mieści się w podwórku przy Piotrkowskiej 107. Jest to właściwie piekarnia plus miejsce gdzie można wypić kawę albo zjeść właśnie śniadanie. I tu moje oczy rozbłysły jak w menu (krótkim ale ciekawym) zobaczyłam burratę na ciepło, w panierce z chleba. Podane to było z sosem pomidorowym, musiało mieć jakiś milion kalorii ale… to było chyba moje najlepsze śniadanie zjedzone podczas lata 2019. A latem 2019 roku bardzo dużo podróżowałam po Polsce i zjadłam kilkadziesiąt śniadań w różnych zakątkach naszego kraju. Muszę tu dodać, że ja w ogóle jestem serowa a burrata to jest ser, za który dałabym się pokroić (pokazywałam Wam już tę miłość np. przy okazji Katowic). Ale w takiej postaci nie jadłam go nigdy wcześniej (i nigdy później).

Dodam tylko, że wszystko w piekarni wyglądało niebywale smakowicie. Kusiły ciastka francuskie SAMO ZŁO (ze zwiększoną ilością masła i cukru). I wiecie co? Do dziś żałuję, że jednak się na to ciastko nie skusiłam. Jeśli będziecie w Łodzi i pójdziecie na śniadanie do Montag to zjedzcie za mnie jedną 😉

Drugie miejsce gdzie warto zjeść śniadanie w Łodzi to Spółdzielnia. Lokal mieści się na terenie OFF Piotrkowska przy ul. Piotrkowskiej 138/140. OFF Piotrkowska jest symbolem metamorfozy Łodzi i miejscem, które podczas weekendu w tym mieście odwiedzicie nie raz, i nie dwa 😉 Pięknie zagospodarowane lokale mieszczą ciekawe knajpy. Spółdzielnia zachwyca postindustrialnym wystrojem i ciekawym menu. Są tu klasyczne pozycje śniadaniowe – twarożek, jajecznica czy jajka gotowane – ale są też autorskie kompozycje takie jak kaszanka, chałka z musem sernikowym czy jajecznica truflowa z mascarpone. Pysznie i pięknie, warto! Do tego super fajny pomysł na sudoku w menu – oczekując na zamówienie można wysilić szare komórki.

I ostatnie miejsce gdzie się wybrałam na śniadanie w Łodzi – Breadnia (Piotrkowska 86). To chyba jedno z najpopularnieszych miejsc na śniadanie na mieście w Łodzi. Wybór śniadań mają tu naprawdę ogromny i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jest coś mniej lub bardziej klasycznego, jest coś wytrawnego i coś słodkiego. Uwaga – porcje są tu ogromne. Jeśli wybieracie się w dwie lub więcej osób to rozważcie zamówienie jednego zestawu na 2 osoby.

Ja zdecydowałam się na klasyczny zestaw pieczywo + pasty kanapkowe. Było smacznie (poza hummusem – ten był mocno przeciętny), było dużo, było poprawnie. Dwie poprzednie miejscówki serwują smaczniejsze śniadania w Łodzi. W Breadni jest mniej instagramowo 😉 ale dobrze i tanio.

Gdzie zjeść w Łodzi?

Śniadanie za nami, Łódź pozwiedzana, to teraz czas na lunch, obiad, kolację czy jakkolwiek inaczej zwany porządny posiłek. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Na początek Tel Aviv Urban Food (Piotrkowska 122). Lokal dobrze znany lubiącym kuchnię Bliskiego Wschodu mieszkańcom Warszawy ma swój oddział w samym sercu Łodzi.

Łódzki Tel Aviv ma dużo piękniejsze i przyjemniejsze wnętrze niż ten warszawski no i genialne jedzenie. Właściwie wszystko czego próbowałam było przepyszne. Najlepszy jak zawsze hummus. Do tego naprawdę pomocna i przyjazna obsługa. Zdecydowanie warto zapisać sobie to miejsce. Uwaga, Tel Aviv jest bardzo popularnym lokalem zarówno wśród Łodzian jak i turystów dlatego na wieczór lepiej zrobić rezerwację.

Drugie miejsce, które odwiedziłam w Łodzi to Farina Bianco (al. Piłsudskiego 14). Sporo osób polecało mi to miejsce, a że kocham włoską kuchnię to długo mnie namawiać nie trzeba było 😉 Farina Bianco reklamuje się jako największa restauracja w Polsce – szczerze mówiąc nie wiem co w tym takiego super a i sam lokal nie sprawiał wrażenie jakiegoś niebywale rozległego no ale może nie zajrzałam do każdego zakątka 😉 Wystrój na pewno jest bardzo przyjemny, obsługa bardzo sympatyczna. A jedzenie? Może moim błędem było, że zdecydowałam się na lazanię. Baaardzo przeciętna. Nieskromnie powiem, że ja robię lepszą. Nadrobił deser – przepyszny. Jak będę w Łodzi to dam temu miejscu drugą szansę, bo widać tam potencjał ale… nie zamawiajcie lazanii 😉

Natomiast naprawdę najlepsze włoskie jedzenie w Łodzi serwuje niepozorny lokal o nazwie Pracownia Bistro – w OFF Piotrkowska. Wybrałam się tam na swój ostatni obiad przed wyjazdem z Łodzi, zupełnie przypadkowo. Chodziłam od knajpy do knajpy na terenie OFF i jakoś nic mnie nie przekonywało. Trochę zrezygnowana usiadłam w końcu w Pracowni a tam prawdziwe olśnienie – jeden z najlepszych makaronów jakie jadłam w swoim życiu. O wystroju już nie będę pisać, bo wystarczy spojrzeć na zdjęcia, żeby zobaczyć, że jest tak bardzo łódzko. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce gdzie warto zjeść w Łodzi to powiem Pracownia Bistro.

A gdzie się wybrać wieczorem na piwo w Łodzi i przy okazji coś przekąsić? Las Tablas Tapas Bar. Jak nietrudno się domyślić jest to bar z tapasami mieszczący się w podwórku przy Piotrkowskiej 89. Jak na tapas to porcje są tu naprawdę duże – to są takie hiszpańskie tapas w polskim rozmiarze 😉 Dobre kalmary, smaczne panierowane sery ale moim hitem jest morcilla, czyli hiszpańska kaszanka podawana z sosem aioli. Pyszności!

I jeszcze jedna polecana restauracja przy Piotrkowskiej (nr 90) – Agrafka. To jest najbardziej łódzkie miejsce w możliwych. Wystrój bardzo mocno nawiązuje do tradycji miasta i jedząc tutaj lunch czy kolację nie będziecie mieli wątpliwości, że jesteście właśnie w Łodzi. Ogromny plus za wystrój i klimat. Ale jedzenie też smaczne. U mnie padło na sałatkę z serem camembert – może nie była to najlepsza sałatka w moim życiu ale bardzo dobra, porcja duża, sera nikt nie żałował. Może trochę za dużo żurawiny. Ale bardzo polecam w Łodzi restaurację Agrafka – chociażby na kawę czy piwo. Poczujcie Łódź!

Łódź – gdzie na kawę?

Intensywne zwiedzanie wymaga utrzymania stałego poziomu kofeiny we krwi. Zatem gdzie w Łodzi iść na kawę i deser? Gdzie wypić pyszną małą czarną w pięknym otoczeniu?

Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to Powidok przy placu Wolności 7/8. Mieści się tu też restauracja. Powidok sprawia wrażenie takiego fancy miejsca, wręcz trochę sztywnego ale to tylko pozory. Miejsce jest bardzo przyjazne, obsługa niebywale sympatyczna a wystrój – przepiękny. W kategorii najbardziej instagramowe miejsce w Łodzi pierwsza 3ka 😉 Powidok znajduje się przy ruchliwym i gwarnym placu Wolności – sama nie wiedziałam czy mam patrzeć na piękne wnętrze czy na toczące się życie Łodzi. Nieważne czy na kolację czy tylko na kawę – Powidok warto w Łodzi odwiedzić.

Drugie miejsce, które mnie urzekło w Łodzi to Beza Food & Bourbon przy ul. Ogrodowej 8. Niezwykle sympatyczny właściciel, piękne (choć niewielkie) wnętrze i naprawdę doskonała kawa. Uwaga, w Bezie w każdy niedzielny poranek serwują churrosy. Jeśli chcielibyście zgrzeszyć kulinarnie to polecam z całego serca.

W tym samym kompleksie znajduje się Bakes & Cakes. Też jest instagramowo i pięknie a każde jedno ciasteczko jest tu prawdziwym dziełem sztuki. Chyba z 15 minut się przyglądałam zanim zdecydowałam się zamówić. W wyborze pomogła mi przemiła pani z obsługi. Niby się zastanawiałam ale ostatecznie skończyłam na swoim ulubionym aromacie mango. Ciasteczko było jeszcze smaczniejsze niż wyglądało. Mimo iż długo się zastanawiałam zanim wbiłam w nie widelec 😉

I kolejne pyszne miejsce na słodko-kawowej mapie Łodzi – Eden Cafe. Tym razem w samym centrum, w podwórku przy Piotrkowskiej 67. Po raz kolejny niebywale sympatyczna obsługa, doskonała kawa i panna cotta równie pyszna jak we Włoszech. Słodycz deseru przełamywały kwaśne jeżyny – mistrzostwo świata. Do tego pastelowe piękne wnętrze, choć w upalny lipcowy dzień usiadłam na zewnątrz. Koniecznie!

Jak już jesteśmy przy deserach to jako lodożerca będący w Łodzi w upalnym sierpniu nie mogłam sobie odmówić mojego ulubionego deseru. Gdzie zjeść dobre lody w Łodzi? Lód Miód. Zgodnie z panującym trendem są naturalne, kremowe, mocno śmietankowe. Spory wybór smaków. Lód Miód znajdziecie pod jednym z kilku (a może już kilkunastu?) adresów w Łodzi – najbliżej centrum jest Piotrkowska 114.

Jeśli podczas zwiedzania Łodzi wybierzecie się do Palmiarni (polecam! i jeszcze będę o niej pisać) to w otaczającym ją parku Źródliska I znajduje się bardzo przyjemna kawiarnia – Tubajka. Ja zrobiłam sobie tylko przerwę na lemoniadę (doskonała!) ale wszystkie desery wyglądały bardzo zachęcająco. Do tego wielkie i super wygodne fotele. Nie chciało się wychodzić.

I już na koniec (ile można grzeszyć w jeden weekend?) Niebieskie Migdały. Ja byłam w lokalu przy Piotrkowskiej 200 ale znajdują się też w 2 innych lokalizacjach – przy placu Wolności 12 oraz ulicy Sienkiewicza 40. Niebieskie Migdały to herbaciarnia – taka prawdziwa herbaciarnia w stylu retro. Zresztą co ja tu będę pisać – popatrzcie na zdjęcia. Niby Łódź, a jakby Paryż 100 lat temu. Do tego ogromny wybór herbat – latem również na zimno. Idealne miejsce, żeby zwolnić podczas intensywnego zwiedzania miasta. I cofnąć się w czasie.

Łódź – gdzie na drinka?

No właśnie, gdzie w letni wieczór w Łodzi wyjść na drinka lub piwo? Oczywistą odpowiedzią wydaje się OFF Piotrkowska. Jestem wielką fanką tego projektu (jak zresztą wszystkich zagospodarowanych postindustrialnych wnętrz). OFF Piotrkowska to zagłębie restauracji i barów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, miejsce tętni życiem zwłaszcza po zmroku, latem często ciężko znaleźć miejsce siedzące. Ale warto – żeby zobaczyć jak żyje Łódź.

Drugie miejsce w Łodzi gdzie można spróbować street foodu z różnych zakątków świata i w fajnej atmosferze wypić drinka albo lampkę wina to Odlewnia – znajduje się przy Piotrkowskiej 217. Jest trochę spokojniej (choć wieczorem to miejsce też tętni życiem), a równie różnorodnie i przyjemnie. No i ten mural! 😉

Latem na drinka zaprasza Beach Bar przy łódzkiej Manufakturze. Nie wiem czy w sezonie 2020 będzie działał (wiadomo jaka jest sytuacja) ale w środku upalnego lata 2019 można się tu było poczuć jak nad morzem – w środku miasta. Był najprawdziwszy piasek i drinki z palemką. Super pomysł!

Niestety podczas tego pobytu już nie zdążyłam odwiedzić żadnego baru z widokiem w Łodzi ale jeśli byście takiego szukali to moją uwagę zwrócił bar na ostatnim piętrze hotelu Andels. Następnym razem! Łódź naprawdę da się lubić – choć gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś tak stwierdzę to zabiłabym go śmiechem. Łódź była jednym z tych miast, do których nie chciałam wracać ale okazuje się, że przeszła tak ogromną transformację, że warto raz na jakiś czas spędzić tam weekend. Post o atrakcjach i zwiedzaniu Łodzi pojawi się już niedługo 🙂

Lublin – kulinarny przewodnik. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie?

Lublin – miasto, do którego wybierałam się od lat ale ciągle było za daleko. Lublin nie przybliżył się do Poznania ale udało mi się w końcu tam dotrzeć w wakacje 2019. I był to wyjazd pełen zaskoczeń, również kulinarnych. Gdzie w Lublinie zjeść śniadanie, gdzie spróbować lokalnych specjałów, gdzie iść na piwo, a gdzie w Lublinie serwują najlepsze lody? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Lublinie. Będzie pysznie i pięknie!

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia 😉 Więc od pysznego śniadania zaczynamy. Gdzie zjeść śniadanie w Lublinie? Przetestowaliśmy podczas naszego pobytu kilka miejscówek i naprawdę nie potrafię wskazać najlepszej. Wszędzie było pysznie i w pięknym otoczeniu.

Śniadanie w Lublinie – Spokojna 2

Nasze pierwsze śniadanie w Lublinie było nieco z dala od turystycznego centrum miasta. Padło na lokal o nazwie Spokojna 2. Znacie więc już i nazwę, i adres w jednym 😉 A śniadania mają tu absolutnie fantastyczne. To co zachwyca na początku to sam lokal – przestronny i jasny, świetnie urządzony. Jestem wielką fanką otwartych kuchni – w Spokojnej 2 taka właśnie jest. Do tego słoje z wekami i świeżo wypieczone pieczywo na ladzie. W 100% moje klimaty!

No ale przejdźmy do sedna, bo samym wystrojem restauracji człowiek się nie naje 😉 Menu śniadaniowe jest urozmaicone – można tu znaleźć coś klasycznego, coś bardziej nowoczesnego, na słodko i wytrawnie. Słowem – każdy znajdzie coś dla siebie. My popróbowaliśmy wszystkiego po trochu i jednogłośnie stwierdziliśmy, że wszystko było przepyszne. Świetna jajecznica (nie żałowano masła – za co ode mnie 10/10), genialne tosty francuskie, parowańce z łososiem – pyszota. Do tego bardzo dobra kawa i naprawdę rewelacyjna obsługa. Mimo iż nieco z dala od centrum to podczas wizyty w Lublinie bardzo polecam Wam to miejsce na śniadanie!

Pelier

Druga świetna śniadaniownia w Lublinie to Pelier. Tym razem w samym sercu starego miasta – przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Ciężko mi zdecydować gdzie w Lublinie są najlepsze śniadania, bo naprawdę wszystkie nam bardzo smakowały ale Pelier zdecydowanie wygrywa w kategorii wystrój i klimat. Gdyby nie to, że mieliśmy napięty grafik, a w planach zwiedzanie wielu miejsc to mogłabym siedzieć w Pelier i pół dnia! Zresztą spójrzcie tylko na te zdjęcia – kosmos. Dużo się na tych ścianach, oknach i sufitach dzieje a jednak wszystko jest zrobione tak, że nie przytłacza i nie męczy. Najpiękniejsza restauracja w Lublinie!

A jak z jedzeniem? Śniadania przepyszne – i wyglądem, i smakiem dorównują wystrojowi restauracji. Znowu był omlet – świetny. Był bajgiel – doskonały. I moje śniadanie nr 1 w Pelier – grzanki z gruszką i serem pleśniowym. Obłędne, przepyszne i rozpływające się w ustach. I jak praktycznie wszędzie w Lublinie niebywale uprzejma obsługa. Planując śniadanie w Lublinie koniecznie wybierzcie się do Pelier! Dla spragnionych bąbelków od rana – serwują też prosecco z watą cukrową 😉

Trybunalska City Pub

I ostatnie miejsce w Lublinie gdzie wybraliśmy się na śniadanie – Trybunalska City Pub. Śniadanie na samym rynku w Lublinie. Zdecydowaliśmy się na ten lokal z dwóch powodów – przede wszystkim serwuje śniadania od 7 rano. Poprzednie miejscówki są otwarte od 10, a my tego dnia gdzieś wyjeżdżaliśmy i musieliśmy zjeść wcześniej. Po drugie w Trybunalskiej serwują śniadanie po lubelsku, czyli czyli cebularz zapiekany z grzybami, serem Bursztyn, pomidorem i jajkiem. Nie mogliśmy tego regionalnego specjału pominąć 🙂

Rzeczywiście to śniadanie lubelskie było najsmaczniejsze, pozostałe w porządku choć bez większego szału – poprawne. Restauracja znajduje się na samym rynku więc w upalny lipcowy poranek jedliśmy na zewnątrz, z widokiem na ratusz. Tu tak w ramach wyjątku trafiliśmy na fatalną obsługę ale mam nadzieję, że to tylko nam się tak trafiło. W każdym razie w Lublinie na pewno warto zjeść choć raz śniadanie lubelskie w Trybunalskiej.

Zanim przejdziemy do restauracji lunchowo-obiadowo-kolacyjnych zatrzymajmy się na chwilę przy cebularzu. Skoro to słowo już padło to wymaga trochę wyjaśnień. Cebularz to jest coś co w Lublinie trzeba spróbować. Trzeba i kropka. Jest to pszenny placek, taka właściwie płaska bułeczka, a na niej cebula wymieszana z makiem. Cebularze wywodzą się z kuchni żydowskiej – są przekąską w gruncie rzeczy prostą ale w tej prostocie przepyszną! Można ich spróbować w Lublinie i w całym regionie. Świetne jedliśmy też w Zamościu.

Od 2007 roku cebularz lubelski znajduje się na liście produktów tradycyjnych, a od 2014 roku jest na liście produktów regionalnych stworzonej przez Unię Europejską. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o historii tego lubelskiego przysmaku to w Lublinie działa Regionalne Muzeum Cebularza poświęcone w 100% pszennemu plackowi z cebulką.

A gdzie zjeść najlepsze cebularze w Lublinie? Odpowiedź jest jedna – piekarnia Kuźmiuk. Piekarnia działa od 1944 roku i rokrocznie wygrywa w rankingach najlepszych piekarni w Lublinie, jest też polecana przez przewodnik Gault & Millau. Piekarnia mieści się przy starym mieście – przy ul. Furmańskiej 4. Już sam wystrój przenosi nas w inną epokę, a cebularze – palce lizać. Koniecznie! Po cebularze wybierzcie się rano, bo po 12 można już tylko obejść się smakiem! W piekarni są też dostępne inne regionalne produkty z regionu Lubelszczyzny.

Sielsko Anielsko

Było śniadanie, był cebularz, czas na porządny obiad. O ile w wielu miejscach restauracje przy rynku albo w samym centrum są turystycznymi pułapkami to Lublin tej zasadzie przeczy. Przy rynku i na starym mieście są genialne restauracje z prawdziwym lokalnym jedzeniem.

Pierwsze miejsce na naszej liście to Sielsko Anielsko (Rynek 17). Wymęczeni lipcowym upałem zaczęliśmy studiowanie menu od piwa. Okazuje się, że Sielsko Anielsko ma swoje piwo. I to nawet w kilku rodzajach. Spróbowaliśmy chyba 3 czy 4 – wszystkie świetne. Żurawinowe dla mnie trochę za słodkie.

Zanim dostaliśmy zamówione dania bardzo pozytywnie zaskoczyło nas czekadełko – wypiekany na miejscu chleb ze smalcem i ogórkiem. Było tak pyszne, że gdyby nie świadomość, że za chwilę przyjdą dania główne to najadłabym się samym chlebem 😉

A jak już przyszły zamówione dania to cóż… Przeraziła mnie ich wielkość 😉 Moja porcja wątróbki z kopytkami starczyłaby mi spokojnie na 3 posiłki. Tatar też był całkiem spory. Mieliśmy jeszcze golonkę (zdjęcie gdzieś wcięło). Wszystko było przepyszne ale pamiętajcie – porcje w Sielsko Anielsko są ogromne!

Mandragora

Kolejna restauracja przy lubelskim rynku, którą odwiedziliśmy. Było to ostatniego dnia – nasza pożegnalna kolacja w Lublinie. Spędziliśmy tam chyba ze 3 godziny! Mandragora to restauracja żydowska i specjalizuje się w specjałach tej właśnie kuchni. Jak kuchnia żydowska to ja oczywiście nie mogłam sobie odmówić hummusu. Był dobry ale zdecydowanie jadałam lepsze w swoim życiu. Na szczęście to był tylko początek. W ramach przystawki zamówiliśmy też śledzie po żydowsku – były rewelacyjne. Później pojawiły się gęsie pipki – bardzo dobre. I na koniec wisienka na torcie – kaczka po żydowsku. Mięciusieńka, kruchutka, no po prostu genialna.

Chociaż nie, to jeszcze nie koniec. Na koniec był deser. A jak deser w restauracji żydowskiej to wyłącznie pascha. Kocham paschę, zresztą jak serniki w każdej postaci. Do tej pory wydawało mi się, że najlepsza pascha w Polsce jest w Krakowie, w restauracji Dawno temu na Kazimierzu. Ale teraz mam wątpliwości. Ta pascha z Mandragory jest zupełnie inna ale absolutnie przepyszna! Och, ledwo się z tej Mandragory wytoczyliśmy. Ceny są nieco wyższe niż w pozostałych opisanych knajpach ale warto!

Restauracja Mandragora ma fantastyczny klimat, cudowną obsługę (chyba najlepszą ze wszystkich restauracji w jakich byliśmy) no i świetne jedzenie. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie? Mandragora. Bezapelacyjnie.

Restauracja Magia

I ostatnia restauracja przy Rynku w Lublinie, którą odwiedziliśmy – Magia. Tu trafiliśmy zupełnym przypadkiem – po prostu nigdzie w okolicy nie było wolnego stolika! Magia ma świetny ogródek w sezonie letnim.

Moją uwagę w menu zwróciła jedna pozycja – pielmieni. Nie raz pisałam, że kocham syberyjskie pierożki toteż nie miałam problemu co zjeść. Były bardzo smaczne. Poza tym jadłam jeszcze rosół – dobry ale bez WOW. Na naszym stole pojawiła się też polędwiczka wieprzowa sous-vide – bardzo soczysta, aromatyczna i smaczna. Do tego oczywiście lubelska Perła. Magiczna to bardzo dobra restauracja przy rynku w Lublinie, odgrodzona od zgiełku centrum.

Perłowa Pijalnia Piwa

Nie jestem wielką fanką piwa ale wyznając zasadę, że wszędzie trzeba jeść i pić lokalnie nie mogłam nie spróbować lubelskiej Perły! Perłę serwuje się w niemalże każdym lokalu gastronomicznym w Lublinie ale w Perłowej Pijalni Piwa (ul. Bernardyńska 15A) można spróbować każdego jednego rodzaju piwa warzonego w lubelskim browarze. Wielu z nich można spróbować wyłącznie tu, w żadnym innym miejscu.

Perłowa Pijalnia Piwa to piękny lokal (patrząc na te zdjęcia cały czas się zachwycam) ale latem też bardzo przyjemny ogródek na tyłach lokalu (więc z dala od głośnej ulicy). Poza piwem są przekąski i sezonowe desery z piwem w roli głównej. My zdecydowaliśmy się na zestaw degustacyjny – w tej formie można spróbować kilkunastu dostępnych w pijalni piw. Perłowa Pijalnia Piwa to kolejny punkt na gastronomicznej mapie Lublina, którego nie można przegapić.

Anabilis – najlepsze lody w Polsce!

I na koniec lody. I to lody nie byle jakie, bo zgodnie uznaliśmy, że w Polsce nie ma lepszych. To aż niesamowite, że niby zwykłe lody mogą tak smakować. Jedliśmy je dwa razy dziennie, codziennie. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. A gdzie są najlepsze lody w Polsce? W lodziarni-cukierni Anabilis, przy ul. Lubartowskiej 7 – tuż obok Bramy Krakowskiej będącej jedną z bram prowadzących na lubelski rynek.

Nie jestem w stanie opisać tych lodów, bo ich się nie da opisać – ich trzeba spróbować. Idealnie kremowe, tłuściutkie (o tak, czuć, że śmietany nikt nie żałował) ale nie przesłodzone. Po prostu genialne. Kolejka ciągnie się tam o każdej porze ale lody warte są każdej odstanej minuty.

W Anabilis mają też różne ciasta i wypieki, które wyglądały bardzo zachęcająco ale w upalnym lipcu jedliśmy tam TYLKO i AŻ lody. Najlepsze lody w Lublinie, najlepsze lody w Polsce. Jeśli kiedyś do Lublina wrócę to pierwsze kroki skieruję właśnie do Anabilis i Wam też polecam.

Mam nadzieję, że już nie macie wątpliwości gdzie zjeść w Lublinie, gdzie iść na śniadanie, gdzie na piwo i gdzie na lody 😉 Jeśli macie swoje ulubione miejscówki w stolicy Lubelszczyzny to dajcie znać w komentarzu. Przyda się na następny raz 😉

Kaliningrad kulinarnie – gdzie zjeść w Kaliningradzie?

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w rosyjskiej restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie podczas wizyty w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie!

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Jeśli szukacie dobrej restauracji w Kalingradzie – Kavkaz koniecznie odwiedźcie.

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest mnóstwo dobrych i stosunkowo tanich restauracji. Urządzone są one tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Madryt – przewodnik kulinarny – gdzie zjeść w Madrycie?

Uwielbiam Madryt. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolę stolicę Hiszpanii od popularniejszej Barcelony. Ale zawsze jakoś tak się składa, że w Madrycie bywam przy okazji. Parę ładnych lat temu spędziłam w Madrycie 1 dzień, bo kupiłam sobie bilety na Maltę z Poznania przez… Madryt 😀 I tak już kilka razy. Podczas mojej ostatniej podróży, której głównym celem była Andaluzja w Madrycie spędziłam 2 dni. I były to dni poświęcone na niespieszne włóczenie się po mieście. Bez zwiedzania, muzeów, pałaców i innych atrakcji. Tylko ja i Madryt. Wróciłam jeść do sprawdzonych miejscówek ale też odkryłam coś nowego. Zapraszam na mój mały przewodnik – Madryt kulinarnie czas start!

Mercado de San Miguel

Na początek klasyk klasyków i miejsce, które absolutnie trzeba odwiedzić w Madrycie – czy to na tapas, czy na szybki lunch, czy po prostu na lampkę wina. Coś słodkiego też się znajdzie.

Mercado de San Miguel to najsłynniejsza hala targowa w Madrycie. Tak jak nie ma zwiedzania Barcelony bez wizyty na targu la Boqueria, tak nie ma włóczęgi po Madrycie bez choćby jednorazowej wizyty w Mercado de San Miguel. Oczywiście wiele osób narzeka, że ceny są wysokie, że to atrakcja dla turystów, że z roku na rok coraz mniej tu autentycznego hiszpańskiego klimatu… Ale radzę tych głosów nie słuchać tylko pójść i samemu zdecydować czy to miejsce na jednorazową wizytę czy tak jak ja będziecie chcieli tu wracać i wracać.

Mercado de San Miguel mieści się w samym centrum miasta, tuż przy Plaza Mayor. Sama hala została wybudowana w 1916 roku, w latach 2003 – 2009 przeszła generalny remont i dziś jest nie tylko miejscem gdzie można dobrze zjeść w Madrycie ale też atrakcją turystyczną samą w sobie.

W środku czeka ponad 30 stoisk, a na nich symbol Hiszpanii – szynka iberyjska, owoce morza, które przyjeżdżają do Madrytu codziennie z Galicji, sery z Kastylii, Asturii i Kraju Basków, hiszpańskie oliwki, desery, bary z winem i tapas wszelkiego rodzaju. Dla miłośników włoskich klimatów – jest Aperol i stoiska z włoskimi przekąskami.

Mercado de San Miguel jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów ale spotkacie tu też mnóstwo Madrytczyków. Za dnia wpadają na szybki lunch, wieczorem na lampkę wina u ulubionego barmana. Jeśli jeszcze macie wątpliwości czy warto się tu wybrać to już nie powinniście. Dla mnie punkt obowiązkowy każdej wizyty w Madrycie.

Godziny otwarcia hali: niedziela-czwartek 10.00-24.00, piątek i sobota 10.00-1.00.

Mercado de San Anton

Druga hala targowa, którą warto odwiedzić w Madrycie to Mercado de San Anton położona w dzielnicy Chueca przy Calle de Augusto Figueroa 24. Jeśli szukacie miejsca gdzie warto zjeść w Madrycie to zapiszcie sobie ten adres. Tu turystów jest bardzo niewielu – miejsce zdecydowanie oblegane przez Madrilenos.

Ja zresztą mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju hal targowych – na publikację czekają wpisy z Kaliningradu czy Stuttgartu gdzie też traciłam głowę i zdrowy rozsądek w tego typu miejscach.

Mercado de San Anton liczy kilka poziomów. Na pierwszym znajduje się supermarket (żadna to atrakcja więc można pominąć). Na drugim już robi się ciekawiej – są tu stragany ze świeżymi owocami i warzywami, rybami, oliwkami, szynkami i wszelkimi innymi specjałami jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. To miejsce na zakupy spożywcze, nie na jedzenie.

Najpyszniej robi się na kolejnym piętrze – tu mamy kilkanaście stoisk z tapasami i daniami z różnych stron Hiszpanii. Ale dla znudzonych hiszpańską kuchnią jest też sushi.

Ja zdecydowałam się na kolację rodem prosto z wysp Kanaryjskich. Wino też było z Gran Canarii! Świetne.

Największa atrakcja targu znajduje się na ostatnim piętrze. Tą atrakcją jest restauracja La Cocina de San Anton z prawie 400-metrowym tarasem oferującym nieziemskie widoki na Madryt. Przepięknie urządzona, zawsze pełna ludzi. Na zewnątrz znajduje się koktajl bar więc nie musicie tu jeść, można przyjść tylko na kawę lub lampkę wina. Jeśli chcecie odkrywać Madryt Kulinarnie – pozycja obowiązkowa.

Takos al Pastor

Jest takie miejsce w Madrycie, do którego zawsze stoi kolejka przed wejściem. Mowa o restauracji Takos al Pastor. A właściwie o dwóch restauracjach – jedna mieści się tuż przy Plaza Mayor przy Calle de Botoneras 7, a druga bardzo blisko Gran Via – przy Calle de la Abada 2. Jak nietrudno się domyślić restauracja serwuje meksykańskie tacosy. W wersja różnych różnistych ale najlepsze jest w nich to, że 1 taco kosztuje tylko 1 EUR. Ceny jedzenia w Madrycie są dosyć wysokie więc nic dziwnego, że knajpa, która serwuje dobre i tanie jedzenie w samym centrum miasta jest tak oblegana. Są tacos, są quessadillas, jest margarita. Same pyszności.

Menu dostępne jest tylko w języku hiszpańskim ale obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku i można bez problemu zamówić co się chce. Jak już odstoicie swoje w kolejce do wejścia to potem na jedzenie czeka się dosłownie 3 minutki. Gdzie dobrze i tanio zjeść w Madrycie? Takos al Pastor! Koniecznie!

Śniadanie w parku El Retiro

Wybór tego co zjeść na śniadanie w Hiszpanii dla mnie jest banalny – tortilla de patatas. Codziennie. Do znudzenia. Prosta rzecz – ziemniaki, jajka, cebulka. Polane obficie oliwą. Uwielbiam i jadam codziennie podczas pobytów w Hiszpanii.

A gdzie zjeść śniadanie w Madrycie? W słoneczny dzień, nawet lutowy, najlepiej smakuje w parku El Retiro. Jest tam sporo restauracji i kawiarni, które całym rokiem oferują śniadania z pięknym widokiem na tłumy spacerowiczów i biegaczy. Tym razem jadłam w Galapagos – było super smacznie. I widok mają chyba najlepszy 🙂 Tortilla de patatas, kawa i wino – idealne rozpoczęcie pięknego dnia w Madrycie 🙂

Barajas Campanilla

I na koniec miejsce najbardziej niepozorne, z dala od turystycznego zgiełku Madrytu, a dla mnie prawdziwa perełka na kulinarnej mapie stolicy Hiszpanii. Jest to miejsce, do którego pewnie większość z Was jednak nie trafi, bo znajduje się ono w dzielnicy Barajas – kilkaset metrów od lotniska. Ze względu na to, że mój lot powrotny z Madrytu był o 7 rano zdecydowałam się spędzić ostatnią noc w stolicy Hiszpanii właśnie w dzielnicy Barajas, żeby szybko dojechać na lotnisko (metro w Madrycie kursuje dopiero od 6 rano!).

Jeść wyszłam o godzinie 16 – większość restauracji w Hiszpanii jest o tej porze zamkniętych. Jedyną otwartą była właśnie Barajas Campanilla. Jak popatrzyłam na ten staroświecki bar i stoliki z obrusami w kratę to pomyslałam, że albo to będzie kompletna porażka albo strzał w 10tkę. I nie pomyliłam się. Zacznijmy od tego, że barman – pan w średnim wieku (delikatnie rzecz ujmując) bardzo dobrze mówił po angielsku. Dodajmy, że w Madrycie to rzadko spotykane, nawet jeśli w restauracjach jest angielskie menu to kelnerzy nie mówią w tym języku nawet słowa. Pan był bardzo kontaktowy i czułam się taka… zaopiekowana. Na początek dostałam lampkę wina i różne tapasy do spróbowania. Byłam przekonana, że to wszystko znajdzie się później na moim rachunku ale okazało się, że to wszystko było po prostu miłym gestem ze strony obsługi! Tapasy rozbudziły mój apetyt więc zamówiłam ich więcej, do tego wciągnęłam ogromny kawałek tortilla de patatas (uwielbiam i nie mogłam sobie odmówić) no i to wino… 🙂 A na koniec dostałam jeszcze deser – domową pralinkę czekoladową. Bardzo przyjemne zakończenie mojej hiszpańskiej wyprawy. Jeśli też będziecie kiedyś spać w Barajas czy to przy okazji jakieś przesiadki czy wczesnego wylotu to koniecznie idźcie do Campanilla!

Kulinarny przewodnik po Hanoi – co i gdzie zjeść w Hanoi?

O tym co warto zjeść i czego trzeba spróbować w Wietnamie pisałam TU. Najwięcej czasu podczas mojej podróży po północym Wietnamie spędziłam w Hanoi dlatego w tym osobnym wpisie chciałabym Wam przedstawić moje sprawdzone miejscówki na jedzenie w Hanoi. A w bonusie fajne miejsca na drinka i na kawę. Będzie i uliczne jedzenie i instagramowe miejscówki. Hanoi to prawdziwy raj dla foodies!

Po przylocie do Hanoi i zderzeniu ze zgiełkiem tego miasta ruszyłam na poszukiwania swojego pierwszego obiadu. Nie miałam zapisanych żadnych miejscówek, byłam głodna, zła i nieco przerażona tym miastem więc błąkałam się od budki do budki sama nie wiedząc co chcę zjeść. W pewnym momencie wiedziałam już, że muszę skapitulować i zjeść cokolwiek, bo sama ze sobą nie wytrzymam. Trafiłam do miejsca bez nazwy gdzie Pani smażyła makaron. Można było wziąć makaron z warzywami, z kurczakiem, z wołowiną lub z mięsem i warzywami. Zdecydowałam się na makaron z warzywami i wołowiną. I wiecie co? To było TAAAAAKIE dobre. Wcale nie dlatego, że uratowało mnie od śmierci głodowej. Budka totalnie niepozorna, w środku niezbyt przyjemnie ale jedzenie – wyśmienite. Budka znajduje się przy ulicy Hang Ruoi, przez ścianę z Banh mi Pho. Makaron kosztował 50 000 VND, czyli trochę ponad 2 USD.

Mimo najedzenia się i oddalenia widma śmierci głodowej pierwsze negatywne wrażenie Hanoi było zachowane. Przerażone hałasem i dzikim ruchem ulicznym uznałam, że tak całkiem trzeźwo to ja tego nie ogarnę 😉 Idąc ulicą Hang Duong i patrząc w górę zobaczyłam lampiony. Nie myśląc długo uznałam, że one mnie uratują 😉 Na drugim piętrze znajduje się mała restauracja z balkonem wychodzącym na ulicę – Old Town Restaurant & Pub. Cały ten pierdolnik z góry wyglądał jakoś przyjaźniej, a po wypiciu ginu z tonikiem uznałam, że nie zamknę się na 6 dni w hotelu i dam radę oswoić to miasto! Bardzo uroczy balkon z lampionami, super obsługa, drinki po 100 000 VND (jakieś 4 – 4,5 USD).

Druga restauracja i bar z lampionami w Hanoi to Lantern Restaurant przy 80 Phố Mã Mây. Ale ta jest zdecydowanie bardziej popularna i trudniej jest dostać stolik tak z marszu.

Gdzie warto zjeść w Hanoi symbol Wietnamu, czyli bahn mi? Dostać ją można na każdym kroku ale absolutnie genialne serwują w budce przy ulicy Hang Buom 14. Bagieta z kaczką i ichniejszy słodki sos chili – mistrzostwo świata.

Bun cha, czyli danie prezydenta Obamy warto w Hanoi zjeść w restauracji Thanh Hop przy ulicy Dinh Liet 12. Jest bardzo lokalnie ale dogadacie się po angielsku. Porcja bun cha kosztuje 50 000 VND.

Banh cuon, czyli naleśniki na parze z mięsem i grzybkami shiitake warto zjeść w Hanoi w Banh Cuon Nong przy ulicy Bao Khanh 14b. Jest to takie malutkie miejsce, które serwuje wyłącznie to jedno danie. Cena naleśników – 20 000 VND.

Sałatkę z suszoną wołowiną jadłam w Nom Long Vi Dung przy ulicy Ho Hoan Kiem 23. Bardzo mała restauracja (i przy najkrótszej ulicy w stolicy Wietnamu!) ale warta uwagi w Hanoi.

Na deser w Hanoi najlepiej wybrać się do Che Dung 95 Hang Bac Street, która znajduje sie dokładnie pod takim samym adresem. Ceny deserów od 15 000 do 35 000 VND.

Na egg coffe, czyli kawę z jajkiem w Hanoi trzeba się koniecznie wybrać do Cafe Giang przy ulicy Nguyễn Hữu Huân 39. Cena egg coffe to 30 000 VND.

W ogóle ta ulica nazywana jest ulicą kawiarni – jest ich tu kilkadziesiąt. Fajny wystrój ma Coffe Zone ale kawa smakowała mi tu najmniej ze wszystkich kawiarni.

Pomiędzy kawiarniami, pod numerem 72, znajduje się polecana restauracja Nha Hang Net Hue gdzie można zjeść pyszne nem lui. Rodzina pochodząca z Hue prowadzi w Hanoi restaurację z daniami z tamtego rejonu Wietnamu.

Craic Cafe serwuje świetną kawę kokosową na ciepło. Bardzo ciężko się tam porozumieć na angielsku ale nie można się poddawać 😉 Kawa jest tego warta!

Najlepsza kawa kokosowa na zimno w Hanoi serwowana jest w Eden Cafe tuż przy katedrze. W ogóle jest to chyba najfajniejsza, najpiękniejsza i najbardziej instagramowa kawiarnia w Hanoi. Jest kilka pięter, balkon i duży taras na samej górze. Widoki nieziemskie, dużo kolorów, na zewnątrz zielono – bajka. Obsługa słabo co prawda ogarnia, długo się czeka czy na zamówienie, czy na rachunek ale warto! Jedno z moich ulubionych miejsc w Hanoi. Cena kawy 39 000 VND. W menu zwróciły też moją uwagę ciekawe drinki – może kiedyś będę miała okazję wrócić do Hanoi i ich spróbować 🙂

Bardzo blisko stąd jest ulica Ly Quoc Su, przy której znajduje się kilka polecanych restauracji w Hanoi. Najsłynniejsza to Pho 10 serwująca tylko i wyłącznie zupę pho. Szukając informacji gdzie zjeść zupę pho w Hanoi natrafiłam właśnie na Pho 10. Poszłam i… odeszłam z kwitkiem. Miejsce jest baaaardzo turystyczne – przed wejściem stoi kolejka (serio!), a wewnątrz wyglądało to jak jakaś słaba stołówka. Nie wiem, moze i ta ich zupa jest pyszna – mnie wygląd tego miejsca nie przekonał i ostatecznie tam zupy pho nie spróbowałam.

Weszłam za to do restauracji Noodle & Roll po drugiej stronie ulicy i zjadłam przepyszne sajgonki z krabem. I ogromną ilością ziół! Ze wszystkich miejsc, w których jadłam w Hanoi to było najbardziej cywilizowane 😉

W jednej z bocznych uliczek odchodzących od Ly Quoc Su znajduje się restauracja Lac Family Restaurant. Tam spędziłam swój ostatni wieczór w Hanoi nad miską… sajgonek 😉 Tym razem w wersji tradycyjnej – z mielonym mięsem. Do tego piwo Hanoi. Po raz kolejny przepysznie i bardzo tę restaurację w Hanoi polecam.

Kolejne miejsce w Hanoi gdzie próbowałam sajgonek to Pho Bo Mau Dich. Miejsce jak się domyślacie słynie z zupy pho ale ja tego dnia miałam ją już dwukrotnie zaliczoną więc wjechały sajgonki. Bardzo dobre, porcja bardzo duża, pani właścicielka bardzo kontaktowa i sympatyczna. Natomiast jest to jedno z najdroższych miejsc gdzie jadłam w Hanoi. Za sajgonki i piwo zapłaciłam 110 000 VND (ok. 6 USD).

Natomiast muszę przyznać, że najlepsze sajgonki w Hanoi to serwuje restauracja Bun Cha Ta. To jest w ogóle ciekawe miejsce, bo przy wejściu trzeba zdjąć buty. Siada się przy takim długim wspólnym stoliku. W menu zaintrygowało mnie wine brandy. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Zamówiłam i okazało się, że dostałam kieliszek jakiegoś bardzo mocnego alkoholu. Nie wypiłam – spróbowałam, ciekawe. Jeśli pijacie mocne alkohole to warto spróbować. Same sajgonki SZTOS. Podano do nich zupę, makaron i jak zawsze ogrom ziół.

O zwiedzaniu Hanoi będzie kolejny post ale chyba każdy wie, że trzeba tam odwiedzić ulicę z torami kolejowymi 🙂 Dziś ulica oficjalnie jest zamknięta dla turystów ale można wejść do jednej z otaczających ją kawiarni. Oczywiście nie mogłam sobie tej przyjemności odpuścić i poszłam na piwo do Railway Cafe.

Oprócz tradycyjnego menu w Railway Cafe jest też rozkład jazdy z godzinami pociągów. Niestety one w większości jeżdżą teraz wczesnym rankiem lub wieczorem. Ja dotarłam na uliczkę w środku dnia. Planowałam wrócić o 19, żeby zobaczyć pociąg ale ostatecznie jednak nie wróciłam. Nawet jeśli nie zobaczycie pociągu to i tak warto się wybrać na kawę czy piwo do jednej z kawiarni czy restauracji. Ta uliczka to chyba fenomen na skalę światową.

W Hanoi, jak w każdym szanującym się azjatyckim mieście, jest też night market. Rozkłada się on w okolicach Dong Xuan Market i cóż… nie jest to najlepsze co zobaczycie w Hanoi 😉 Dominują tu stoiska z różnego rodzaju pierdołami – gadżetami, biżuterią, muzyką itp. Sekcja kulinarna jest dość uboga i szczerze mówiąc mało zachęcająca do konsumpcji. Ale, żeby nie było – Hanoi też ma swój nocny market z jedzeniem.

Na koniec jeszcze dwa BARDZO fajne miejsca na piwo lub na drinka w Hanoi. Pierwsze z nich to Avalon Lounge. Miejsce znajduje się tuż przy jeziorze, w budynku na 4. piętrze. Przy ładnej pogodzie widoki muszą być nieziemskie. Przy mgle też nie było źle 😉 Ale domyślam się, że może być lepiej. Jest to miejsce z wyższej półki, wystrój i ceny są zdecydowanie bardziej europejskie. Ale dla widoku polecam. Działa tu też restauracja, w której można zjeść, ja wybrałam się tylko na drinka. Kosztował 120 000 VND. Można płacić kartą.

Drugie miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem to Lost in Hongkong. Skusiły mnie kolorowe neony. Jak widzicie jest kolorowo i intensywnie. Po całym wieczorze spędzonym w takim miejscu pewnie bodźców by było za dużo ale godzinkę czy dwie można tu z wielką przyjemnością spędzić. Wg mnie najfajniejsze miejsce na drinka w Hanoi. Można też coś zjeść.

Jeśli szukacie czegoś z mniej zobowiązującą atmosferą to wybierzcie się na Beer Street. Tak nazywana jest w Hanoi ulica Ta Hien. Znajdują się tu dziesiątki barów gdzie za grosze można napić się piwa. Siedząc oczywiście na mini krzesełku przy mini stoliczku. Prawdziwy Wietnam!

I na sam koniec jeszcze jedno miejsce – Cafe Bach Thao – kawiarnia ogrodu botanicznego. Jeśli wybierzecie się w odwiedziny do wujaszka Ho i do ogrodu botanicznego to warto sobie zrobić przerwę w kawiarni Bach Thao. Obsługa jest kompletnie niezainteresowana gośćmi więc trzeba się pofatygować do środka, żeby złożyć zamówienie ale sama kawiarnia jest bardzo urocza. Dzbanek wietnamskiej herbatki kosztuje jakieś grosze.

Mam nadzieję, że mój kulinarny przewodnik po Hanoi ułatwi Wam wybór miejsc gdzie warto zjeść w Hanoi 🙂

Wietnam kulinarnie – co zjeść w Wietnamie?

Wietnam – kraj z bogatą tradycją kulinarną. Pełen smaków, kolorów i zapachów. Myśląc Wietnam wiele osób kojarzy sajgonki, część zupę pho. A poza tym? Co warto zjeść w Wietnamie i czego trzeba spróbować? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Wietnamie.

Kuchnia azjatycka to dla mnie przede wszystkim street food, czyli jedzenie uliczne. Jadąc do Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży nie wyobrażam sobie jadania w tradycyjnych restauracjach. Najlepsze jedzenie w Azji serwuje się w ulicznych budkach! Nie jest instagramowo ani fancy ale za to lokalnie, pysznie i tanio! Kuchnia wietnamska jest o tyle wyjątkowa, że wpływy azjatyckie mieszają się tu z wpływami francuskimi więc w Wietnamie mamy bagietki, wino (ryżowe), lody czy kawę z mlekiem.

Podstawowe produkty stosowane w kuchni wietnamskiej to ryż, makaron ryżowy i nuoc mam – fermentowany sos sojowy, którym doprawia się zdecydowaną większość dań.

Na początek symbol wietnamskiej kuchni – sajgonki, czyli spring rolls. Dostępne w wielu miejscach w Wietnamie. Te najbardziej tradycyjne to zawinięte w papier ryżowy mięso mielone, makaron ryżowy i grzybki. Wszystko połączone jajkiem i usmażone na głębokim oleju. Wegetarianie też nie będą w Wietnamie głodować – można dostać sajgonki z samym makaronem ryżowym i warzywami czy z owocami morza. Sajgonki najczęściej serwuje się z sosem nuoc cham oraz świeżymi ziołami. I to nie jest kilka listków jak u nas tylko cała micha mięty, kolendry, szałwii i innych ziół.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Wietnamu chyba z 10 lat nie jadłam sajgonek. A jak je dorwałam pierwszy raz w Hanoi i przypomniałam sobie jakie to pyszne to sajgonki jadałam codziennie!

Podobnie było z zupą pho. Jak raz spróbowałam – jadłam codziennie, zdarzało się nawet dwa razy dziennie. Pho to esencja Wietnamu, najbardziej tradycyjne danie. Zupa z mięsem i makaronem ryżowym gotowana jest co najmniej 24 godziny (a niektórzy się oburzają, że nasz rosołek trzeba 6 godzin gotować!) i doprawiana na różne sposoby – może być z anyżem, cynamonem i imbirem, a może być z dużą ilością kolendry. Sekret zupy pho polega na tym, że do zupy dodaje się tylko sparzone mięso (nie gotuje się go razem z zupą). W Wietnamie spotkacie dwa podstawowe rodzaje zupy pho – pho bo z wołowiną i pho ga z kurczakiem. Ponieważ ja drobiu praktycznie nie jadam to wersji kurczakowej nie próbowałam. Wersja z wołowiną – pyszności! Wietnamczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. I pomiędzy posiłkami. Wcale im się nie dziwię, zupa jest przepyszna. Najbardziej smakowała mi ta z ogromną ilością kolendry. Natomiast to jakie przyprawy sobie dodacie do dań w Wietnamie w dużej mierze zależy od Was samych – najczęściej podaje się je osobno i każdy doprawia sobie wg uznania.

To teraz te trochę mniej znane wietnamskie dania ale warte spróbowania podczas wakacji w Azji. Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie spróbowanie banh geo – jest to ryżowy naleśnik z warzywami lub mięsem i warzywami. Czasem posypany orzeszkami, podawany ze słodko-ostrym sosem i oczywiście ogromną ilością ziół.

Pewną wariacją na temat jest Banh cuon. Ryżowy naleśnik z fermentowanego ciasta przygotowywany na parze, podawany z wieprzowiną, warzywami, ziołami i grzybkami mun. Ani opis ani zdjęcia nie oddają złożoności jego smaku – ale zapewniam, że warto się skusić!

Kolejny wietnamski przysmak, który można dostać na każdym kroku za śmieszne pieniądze to banh mi – pszenno-ryżowa bagietka podawana z kurczakiem, wołowiną, kaczką (najlepsza!) czy w wersji wegetariańskiej z jajkiem. W całym Wietnamie jest tylko kilkanaście McDonaldsów – Wietnamczycy mówią, że to dlatego, że mają swój własny fast food – właśnie banh mi. Banh mi to nie tylko kanapka, to swego rodzaju symbol Wietnamu – znajdziecie ją na koszulkach, pocztówkach i innych pamiątkach. To idealny pomysł na śniadanie, II śniadanie czy szybką przekąskę podczas zwiedzania. Banh mi to jedna z pozostałości wpływów francuskich w Wietnamie.

Podobną szybką przekąską jest banh bao – bułeczki podobne trochę do chińskich dim sum przywiezione zresztą do Wietnamu przez imigrantów z Kantonu. W środku takiej buły może być mięso, warzywa albo gotowane jajko. Jedna z niewielu opcji dla wegetarian w Wietnamie.

Na północny Wietnamu bardzo popularna jest tradycyjna potrawa o nazwie bun cha. Jest to grillowana wieprzowina z makaronem ryżowym i ziołami. Tu przy okazji ciekawostka – w Hanoi często usłyszycie, że to Obama dish 😉 Wynika to z tego, że podczas wizyty w Hanoi prezydent Obama zjadł właśnie bun cha w jednej z tradycyjnych, rodzinnych restauracji. Smacznie ale mnie jakoś szczególnie nie porwało.

W Wietnamie nie występują aż tak powszechnie dziwne potrawy znane z innych krajów Azji. To co może być niespotykane dla nas to np. ślimaki. Najpopularniejsze są one na południu Wietnamu ale i na północy nie brakuje miejsc gdzie można ich spróbować. Swoją drogą polecam bardzo serial dokumentalny Netflixa o jakże pysznym tytule Street Food. Odcinek o Sajgonie jest poświęcony właśnie ślimakom. Ja przechodziłam kilkukrotnie, patrzyłam ale jednak się nie zdecydowałam. Próbowałam ślimaków kilka lat temu we Francji – traumy co prawda nie mam ale też nie zapamiętałam ich jako przysmak. Może następnym razem się odważę 😉

W Wietnamie można też oczywiście zjeść owoce morza – mi bardzo smakowały przegrzebki.

Co jeszcze należy spróbować w Wietnamie? Sałatkę z zielonej papai z suszoną wołowiną. Papaja kojarzy się nam jako słodki owoc i deser a nie składnik sałatek, natomiast w Wietnamie występuje aż 45 odmian papai! Od słodkich deserowych po te zielone wytrawne. Sałatka z papają nie jest skomplikowana – posiekana papaja, kawałki beef jerky i orzeszki. Ale jak zawsze w Azji to sosy i dodatki robią robotę. Nie pytajcie mnie z czego te sosy były, bo nie mam pojęcia ale dopiero po porządnym wymieszaniu wszystkiego sałatka rozwalała kubki smakowe. Petarda wietnamskiej kuchni!

Tradycyjna potrawa ze środka Wietnamu (Hue) to nem lui – szaszłyki z grillowanej wieprzowiny z trawą cytrynową. I ta trawa cytrynowa tu robi robotę! Z samym nem lui jest troszkę zabawy – dostaje się szaszłyki, trawę cytrynową, makaron ryżowy i papier ryżowy i samemu się to zawija w takie jakby sajgonki. Jest smak, jest zabawa, jest nowe doświadczenie. To też jedno z tych dań, którymi mnie Wietnam oczarował. Szukajcie koniecznie w Wietnamie!

Skoro już brzuszki napełnione to czas na deser. Wiele deserów w Wietnamie opartych jest na ryżu. Jeśli kochacie tajski mango sticky rice to w Wietnamie będziecie w siódmym niebie. No przynajmniej ja byłam 😉 Sticky rice barwiony jest groszkiem stąd najczęściej zobaczycie go w wersji zielonej. A najlepsze jest to, że podaje się go z lodami kokosowymi. Lody są obłędnie kremowe (na pewno dramatycznie tłuste :P) i idealnie pasują do lepkiego ryżu i dojrzałego mango. Pychota! Generalnie większość deserów w Wietnamie opartych jest na kokosie lub mleku kokosowym. Ja tak kocham mango sticky rice, że szczerze mówiąc nic innego nawet nie próbowałam…

Aaaa przepraszam. Są też budki z naleśnikami – do wyboru kilkadziesiąt różnych rodzajów nadzienia. Ja wzięłam lody o smaku herbaty matcha. Nie był to mój najlepszy deser w Wietnamie, zdecydowanie lepsze mango sticky rice 😉

Wietnam to też oczywiście bogactwo świeżych egzotycznych owoców. Na każdym kroku napotkacie buoi, czyli pomelo. Ponadto w Wietnamie można spróbować mango, duriana, jackfruita czy liczi.

Pisząc o przysmakach Wietnamu nie można pominąć kawy. Wietnam jest drugim na świecie (po Brazylii) producentem i eksporterem kawy. Kawa jest nieodłącznym elementem kuchni i kultury Wietnamu. Kawiarnie znajdują się na każdym kroku i dobra kawa w Wietnamie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie przywieźć kawę do domu to można ją dostać zarówno w supermarketach (ceny zaczynają się od 2 USD za 250g ziaren kawy) jak i w specjalistycznych sklepach. Tu cena kawy może wynosić nawet kilkadziesiąt USD za 100g, w zależności od rodzaju. W Wietnamie dostępna jest kawa kopi luwak znana wszystkim, którzy byli na Bali czy innych wyspach Indonezji.

To co widać na powyższym zdjęciu to kawa po wietnamsku, czyli kawa podawana w specjalnym zaparzaczu, koniecznie ze słodkim mlekiem skondensowanym! Tak jak za słodką kawą nie przepadam to za wietnamską kawą tęsknię. Wiem, że w Poznaniu czy innych polskich miastach też można się takiej kawy napić ale wiecie… to już nigdy nie jest to samo i nigdy nie smakuje tak jak na wakacjach.

W Wietnamie trzeba spróbować egg coffee, czyli… kawy z jajkiem 😉 Nie martwcie się – nie dostaniecie kubka kawy z zanurzonym w nim jajem na twardo 😉 Egg coffee to tak naprawdę deser kawowy – kawa z czymś w rodzaju kogla mogla. Żółtko ubija się z miodem i mlekiem skondensowanym, a następnie dodaje do czarnej kawy. Wszystko pięknie się unosi na naparze i trzeba sobie samemu wymieszać. Wiem, że to już nudne ale… pyszne to było! Jeśli nie lubicie kawy (to nie jedźcie do Wietnamu! :P) to można też spróbować gorącą czekoladę z jajkiem.

Drugi rodzaj kawowego deseru w Wietnamie to kawa kokosowa nazywana wietnamskim frappe. Jest to kawa na zimno z kruszonym lodem, kokosem i chipsami kokosowymi. Nie potrafię powiedzieć, która z tych kaw jest lepsza – obie genialne. Codziennie którąś piłam! A były takie dni, że wjechała i egg coffee, i coconut coffe 😉 Kawę kokosową możecie też wypić na ciepło – też raz próbowałam i też była… pyszna 😉 Naprawdę!

W Wietnamie uprawia się też herbatę więc jeśli nie przepadacie za kawą to możecie się napić herbaty. Miłośnicy piwa będą w siódmym niebie, bo w Wietnamie jest najtańsze piwo na świecie. Za równowartość kilkudziesięciu polskich groszy można wypić szklankę złotego płynu. Jeśli chodzi o piwa butelkowane to najpopularniejsze są dwa: Hanoi i Saigon. Ja fanką ani znawczynią piwa nie jestem, bardziej smakowało mi Hanoi, bo było delikatniejsze i miało mniej goryczki.

Jak już pisałam w TYM wpisie ceny jedzenia w Wietnamie są bardzo niskie – można się najeść i napić za równowartość 2 – 3 USD. Dla mnie kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym odkryciem i mimo iż kocham kuchnię tajską to chyba jednak wietnamska jest moim numerem 1 w Azji. Wietnam – chcę wrócić!

Malezja – co zjeść? + kulinarny przewodnik po Kuala Lumpur

Współczesna kuchnia malezyjska jest połączeniem wpływów malajskich, chińskich, hinduskich i kultury Pernakan (potomków chińskich imigrantów). O ile kuchnia chińska, tajska czy wietnamska są znane w Europie to o malezyjskiej wiadomo mniej. W takim razie co zjeść w Malezji? Czego spróbować i czego szukać na lokalnych targach? Zapraszam na mój przewodnik po kuchni malajskiej i restauracjach w Kuala Lumpur.

Jak już pisałam w poprzednich wpisach ceny jedzenia w Malezji są niskie. Można się dobrze najeść za równowartość 3 – 4 USD. Nie mówię tu oczywiście o wypasionych restauracjach (których też w Kuala Lumpur nie brakuje) ale o zwykłych restauracjach w centrach handlowych i budkach ze street foodem.

Sztandarowe danie kuchni malezyjskiej to laksa – ostra zupa z kurczakiem. występuje w wielu wersjach. W Kuala Lumpur popularna jest laksa lemak – z dodatkiem curry – w innych regionach kraju mówią, że to nie laksa 😉 Można spotkać też laksa sarawak – z krewetkami i wiele innych odmian. Laksę jada się na śniadanie, obiad i kolację. W kuchni malezyjskiej stosuje się sporo chili więc jeśli jesteście nieprzyzwyczajeni do ostrych smaków to proście zawsze o łagodniejszą wersję dań.

Drugie tradycyjne typowe malezyjskie danie, które można napotkać niemal wszędzie to roti kaya – tosty z dżemem kokosowym. Często serwowane z ugotowanym jajkiem. To zdecydowanie jedno z najpopularniejszych śniadań w Malezji.

Kays jest też częstym nadzieniem to popularnych w Malezji bułeczek na parze – też warto spróbować.

Słodkie śniadania w Malezji to też popularne kuih ketayap – zielone naleśniczki z dżemem kokosowym. Baaardzo słodkie!

Jeśli chodzi o wytrawne śniadania to w Malezji najczęściej jada się nasi lemak – ryż gotowany na mleku kokosowym ze smażoną rybą lub kurczakiem, do tego gotowane jajko i sambal – pasta na bazie chili. Czasem dodaje się świeżego ogórka. Całość zawsze podaje się zawiniętą w liściu bananowca. Jest to typowe jedzenie w Malezji i chociaż raz warto spróbować.

Jak już jesteśmy przy dodatkach to w Malezji często stosuje się gotowe pasty i sosy zamiast pojedynczych przypraw. Bardzo popularna jest belacan – fermentowana pasta z krewetek, a także rempah – pasta z szalotki, czosnku, chili, trawy cytrynowej, imbiru i galangi.

Co jeszcze warto zjeść w Malezji? Na pewno często można napotkać znane z Indonezji i innych azjatyckich krajów satay – szaszłyki z mięsa drobiowego przygotowywane z masłem orzechowym.

W Malezji warto zjeść i spróbować wszystkie możliwe owoce – papaje, jackfruity, mango, pomelo, liczi, rambutany czy guawy. I oczywiście króla owoców – duriana. Durian jest w Malezji wszechobecny nie tylko w postaci świeżego owocu ale też owoców suszonych, lodów, deserów, ciastek czy durianowej kawy i herbaty. Ja duriana kocham i jadłam absolutnie codziennie! Pamiętajcie tylko, żeby duriana zjeść tam gdzie go kupujecie, bo zarówno przewożenie go komunikacją miejską jak i wnoszenie do hoteli jest karalne. I to niemało, po 500 RM.

Jeśli chodzi o napoje w Malezji to wszystkie one są niesamowicie słodkie. Do kawy i herbaty standardowo dodaje się cukier albo mleko skondensowane. Kawa z mlekiem skondensowanym to kopi – jeśli zamówicie ją w jakiejś budce na ulicy to zobaczycie w jaki specjalny sposób jest przygotowywana. I tu niestety smutna konkluzja – w Malezji wszystkie napoje podaje się w plastiku. W plastikowych woreczkach, z plastikowymi słomkami i jeszcze z plastikową zawieszką na skuter. Niestety świadomość ekologiczna jest tam jeszcze mało rozwinięta.

Rozważania o tym co zjeść w Malezji nie mogą obyć się bez napisania o deserach. Nawet jednego deseru w Malezji nie zjadłam do końca. Wszystko jest tam jakieś 5 razy słodsze niż gdziekolwiek indziej. Wcale mnie nie dziwi, że w Malezji jest najwyższy odsetek diabetyków w całej Azji. No ale od jednych wakacji nikt cukrzycy nie dostanie 😉 Zatem co słodkiego warto zjeść w Malezji?

Numer jeden to cendol – najpopularniejszy malezyjski deser składający się z kruszonego lodu, mleka kokosowego, cukru palmowego, fasoli i ryżowo-groszkowych żelków. Czasem dodaje się do niego owoce (np. duriana). Pyszny ale dramatycznie słodki! Niemniej jeśli miałabym wskazać co trzeba w Malezji spróbować to powiem: cendol. Koniecznie. Potrafi kosztować 3 RM, a potrafi 25 RM. Zależy gdzie i zależy z jakimi dodatkami.

Dużo jest w Malezji takich ulicznych stoisk gdzie smażą różne ciasteczka / kuleczki z przeróżnymi dodatkami. Fajne, smaczne, tanie ale wszędzie cukier w ilościach zatrważających. Nie wiem czy to widać na zdjęciu ale ciasteczko z orzeszkami miało tyle cukru, że aż trzeszczał w zębach. No ale na wakacjach w Malezji spróbować trzeba 😉

W Malezji warto też spróbować deseru jedynego w swoim rodzaju Durian Lava Cake – ciastka na ciepło ze słodkim nadzieniem z duriana. Idealnie pasowałaby do niego mocna gorzka kawa ale niestety przez tydzień pobytu w KL serwowałam ją sobie sama w pokoju hotelowym 😉

Fajne są też takie ciastka, nie ciastka, trudno powiedzieć co to jest. Takie kulki z mąki ryżowej na zimno z nadzieniem z duriana.

No dobra. Wiemy już co zjeść i czego spróbować w Malezji to teraz pytanie gdzie to wszystko znaleźć. Gdzie zjeść w Kuala Lumpur? Ja w Azji kocham takie hipsterskie miejsca jak to ze zdjęcia powyżej 😉

Zachęcam do jedzenia śniadań w Kuala Lumpur poza hotelem. Hotelowe jedzenie mimo iż często zawiera lokalne produkty to nigdy nie jest TO. Śniadania w restauracjach czy czy ulicznych budkach w Kuala Lumpur to koszt 2 – 6 RM. Kawa 1 -2 RM. Naprawdę niewiele a zawsze można poczuć się jak mieszkaniec KL 😉 Ja najczęściej jadałam w budkach w dzielnicy Little India lub w małych retauracjach przy centrum handlowym NU Sentral – dobre tosty z kaya serwują w PappaRich (można płacić kartą).

W związku z tym, że mój hotel był tuż przy NU Sentral to zdążyłam tam przetestować kilka restauracji. Poniżej te, które polecam odwiedzić podczas zwiedzania Kuala Lumpur.

Dolly Dim Sum – tu trafiłam na swój pierwszy obiad w KL i tu zakończyłam swoją kulinarną przygodę z Malezją. Restauracja serwuje chińskie pierożki dim sum. Z mięsem, z krewetkami, co kto lubi. Jest też spory wybór chińskich herbat i deserów. Za 2 rodzaje pierożków i herbatę płaciłam zazwyczaj ok. 20 RM. Można płacić kartą.

Taka ciekawostka – jeśli wybieracie się do restauracji w Kuala Lumpur to dostaniecie menu i karteczkę z ołówkiem gdzie zaznaczacie wybrane pozycje. Wybieracie, zaznaczacie i przekazujecie kelnerowi. Z zamówieniem otrzymujecie rachunek, który reguluje się w kasie przy wyjściu z restauracji (nie płaci się bezpośrednio kelnerowi).

W centrum działa też tajska knajpa Mr Tuk Tuk. Jako wielka fanka mango sticky rice i pad thaia nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Zdecydowałam się właśnie na te dwa moje ulubione tajskie dania. Były przepyszne – zwłaszcza mngo sticky rice. Porcja pad thaia spokojnie na 2 osoby. Płatność tylko gotówką.

Na poziomie -1 działa koreańska kawiarnia Hanbing serwująca koreańskie desery – wyglądały obłędnie ale porcja była tak ogromna, że ja po zjedzeniu połowym bym się przez pół dnia nie ruszyła! Jednak przyszłam tam na śniadanie i zdecydowałam się na tosty. Do wyboru różne różniste – z serem, z tuńczykiem, na ostro… Jeśli już znudzą się Wam typowo malezyjskie śniadania to polecam dla urozmaicenia śniadanie koreańskie w Kuala Lumpur 😉 Można płacić kartą.

I kontynuując kulinarną podróż przez Azję w Nu Sentral są też dwie restauracje japońskie sieci Zanmai. Jedna serwuje makarony, druga sushi. Ponieważ jestem pastożercą to zdecydowałam się na makaron z krewetkami i sosem orzechowym. Ale to było dobre!!! Jeden z moich najlepszych posiłków w Kuala Lumpur. A najlepsze jest to, że za makaron i herbatę zapłaciłam 16 RM. Można płacić kartą.

Na lody warto wybrać się do Baskin-Robbins. Porcje są duże ale lody są w Malezji drogie – cena za kulkę to kilka, a nawet kilkanaście RM.

Mekką wszystkich malezyjskich foodies jest ulica Jalan Alor. Działa przy niej kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset barów ze street foodem i można tu zjeść i kupić absolutnie wszystko. Są stoiska z kawą i herbatą, z deserami, z owocami. Są sklepy z durianem i suszonymi owocami. Są restauracje serwujące mięso, ryby (jak widać można najpierw spojrzeć w oczy rybie, którą chce się zjeść). Ulica funkcjonuje przez 24 godziny na dobę, większość barów otwiera się po godzinie 17 ale niezależnie czy przyjdziecie tu w środku dnia czy w środku nocy to zawsze coś można tu zjeść.

Swego rodzaju food court z hinduskim jedzeniem znajduje się przy Jalan Stensen Sentral – jeden poziom parkingu zamieniono tu na skupisko budek z jedzeniem prosto z Indii. Ceny jedzenia są tu bardzo niskie – porządna porcja curry z ryżem i warzywami to koszt 5 – 8 RM. Warto tu też spróbować maślanki i herbaty z hibiskusem. Maślanka okazuje się być popularnym napojem w Malezji – serwuje się ją najczęściej z dodatkiem kolendry. Hibiskus natomiast jest narodowym kwiatem Malezji i poza rolą dekoracyjną jest też składnikiem dań i napojów. Bardzo polecam hibiskusową herbatkę – smakuje zupełnie inaczej niż polskie herbatki z dodatkiem tego owoców. Taki mocny napar z dużą ilością lodu idealnie łagodzi ostrość hinduskich dań i orzeźwia w upalny dzień. Tu przy okazji ważna informacja praktyczna – w Malezji można bez obaw pić napoje z lodem. Cały lód jest produkowany fabrycznie, nie ma obaw żadnych zanieczyszczeń czy zakażeń.

Jak już spróbujecie dań malajskich i hinduskich to koniecznie trzeba zjeść coś chińskiego w Chinatown. Jeden z najpopularniejszych i najsłynniejszych lokali w Chinatown to Koon Kee słynący z pysznej wieprzowiny. Tak, tak, w kraju muzułmańskim bez problemu można zjeść prosiaczka. Wieprzowina jest mięciutka, soczysta i pyszna, makaron genialny a pierożki – do dziś mi ślinka cieknie jak o nich myślę. To obowiązkowe miejsce na posiłek w Kuala Lumpur. Chciałam nie widzieć biegających dookoła szczurów ale niestety wzrok mam dobry 😉 Więc co wrażliwsi niech może jednak jadają w centrach handlowych 😉

Chińskie jedzenie w Kuala Lumpur serwuje też chiński food court w podziemiach centrum handlowego Lot 10. Jest to miejsce bardzo popularne wśród Malezyjczyków, mniej wśród turystów. Ale ja bardzo bardzo polecam. Wybór jedzenia ogromny, knajpek jest co najmniej kilkanaście, sama długo chodziłam nie mogąc się zdecydować co wybrać. Ostatecznie padło na makaron z pok choi i wywar z pulpetami wołowymi. Mistrzostwo świata! Cały ten obiad kosztował mnie 12 RM. Ten food court to jedno z niewielu miejsc w Kuala Lumpur gdzie do obiadu można się napić piwa (cena małego piwa – od 15 RM).

Na 6 piętrze tego samego centrum handlowego znajduje się japoński food court. Są też japońskie delikatesy gdzie można zakupić całą masę produktów z kraju kwitnącej wiśni czy kawiarnia gdzie można się napić oryginalnej japońskiej matchy – na zimno lub na ciepło.

W piątki po południu – od 15 – rozkłada się night market Pasar Malam w pobliżu stacji metra Bangsar. Nocny market w Kuala Lumpur oficjalnie działa od 15 do 23 ale prawda jest taka, że większość budek otwiera się dopiero o 17.30 więc wcześniej nie ma sensu tam jechać. Nie będę ukrywać, że mnie to miejsce trochę rozczarowało – jest to dobry pomysł na zrobienie zakupów – można kupić ryby, owoce, warzywa czy indyjskie przyprawy ale jeśli liczycie na wyżerkę to tak jak ja będziecie rozczarowani.

No i na koniec jeszcze o tym co warto kupić w supermarkecie w Malezji. Przy dworcu i centrum handlowym Nu Sentral mniejszych i większych marketów było kilka. To co się rzuca w oczy to ogromny wybór napojów w lodówkach – wszystko niestety słodzone. Kupiłam mały kartonik soku z mango, który bez rozcieńczenia (i to mocnego) był niepijalny i puszkę napoju z daktyli. Napój daktylowy co prawda importowany z Tajlandii, też słodki ale to coś co warto spróbować w Azji.

W Malezji bardzo popularne są puddingi z galaretką kokosową – tzw. nata de coco. Są w kilku smakach – mango, liczi, kokosowe itp.

Ze słodyczy w Malezji wpadły mi w oko czekolady – z zieloną herbatą i z durianem. Kupiłam na prezent więc nie wiem czy warto ale spytam obdarowanych jak im smakowało 😉

Gdzie zjeść śniadanie w Poznaniu?

Było śniadanie w Warszawie to pora na Poznań gdzie też nie brakuje smakowitych miejscówek.

Uno (dawniej Uno Espresso) – Bolesława Prusa 4/2, Jeżyce

Miejsce, o którym słyszałam i czytałam dużo dobrego ale to niestety nie jest gwarancja, że miejsce rzeczywiście jest warte uwagi. Ale Uno jest warte zainteresowania. Kiedyś była to kawiarnia gdzie serwowano wyłącznie kawę (i nazywało się nie bez powodu Uno Espresso). Później lokal przeszedł metamorfozę, z nazwy zniknęło Espresso a w menu pojawiło się jedzenie. Bardzo smaczne jedzenie. Omlet z kozim serem – mistrzostwo świata. Zresztą popatrzcie jak to wszystko wygląda. A smakuje jeszcze lepiej! Do tego wyborna kawa i spory wybór herbat. Pyszności.

Święty – Kraszewskiego 12, Jeżyce

Numer jeden na Jeżycach a chyba nawet w całym Poznaniu. Stosunkowa nowa miejscówka na mapie miasta, która od pierwszego spróbowania podbiła moje podniebienie (i serce przy okazji, w końcu przez żołądek do serca;) ). Ogromnym plusem tego miejsca jest to, że sami wypiekają pieczywo, ciasta i przegenialne cynamonowe buły. Wszystko jest świeże, pachnące i absolutnie przepyszne. Spróbujcie ichniejszej pasty z makreli – mojego faworyta. Do tego bardzo przyjemnie urządzone wnętrze i sympatyczna obsługa. Wpadam na śniadania ale też często tylko po cynamonową bułę na wynos 😉 Odwiedźcie koniecznie!

Bajgle Króla Jana – Kraszewskiego 15, Jeżyce

Nadal jesteśmy na Jeżycach (co ja poradzę, że to od jakiegoś czasu zagłębie fantastycznych knajp, a za moich studenckich czasów to tylko bary mleczne można tam było znaleźć), po sąsiedzku ze Świętym. Miejscówka, która istnieje na Jeżycach dużo dłużej ale ja dotarłam do niej dopiero niedawno – Bajgle Króla Jana. Jak sama nazwa wskazuje w menu dominują bajgle. Wypiekane na miejscu. Każdy kto był w Nowym Jorku wie, że tam jest to kultowe śniadanie. Ja się z Nowym Jorkiem nie pokochałam (jeszcze, bo mam zamiar dać mu drugą szansę) ale podczas pierwszej wizyty w Bajglach Króla Jana zdecydowałam się na klasyczny bajgiel, po nowojorsku – z serkiem Philadephia i wędzonym łososiem, w bułce z sezamem. Jeżycom daleko do NYC ale bajgiel był przepyszny i naprawdę duży, ledwo go w siebie zmieściłam. Świeżutki i chrupiący. Sam lokal jest malutki ale zazwyczaj udaje się znaleźć jakiejś miejsce, to raczej miejscówka na szybkie śniadanie a nie na dłuższe przesiadywanie.

Oda – Wawrzyniaka 21, Jeżyce

Już zazdrościcie mieszkańcom Jeżyc? Ja też 😉 Miejsce, obok którego przechodziłam wielokrotnie i zawsze myślałam – kiedyś muszę tu przyjść. I w końcu przyszła pewna słoneczna niedziela, która skończyła się II śniadaniem w wydaniu norweskim. Bo Oda to restauracja norweska. Urządzona w skandynawskim stylu i serwująca norweskie dania. A co można zjeść na śniadanie w Norwegii? Śniadanie Wikinga 😀 Śniadanie z deserem i kawa lub herbatą kosztuje tylko 21 zł. Opcja ekonomiczna a smaczna i duża. W menu napotkacie nazwy, które zapewne nic Wam nie powiedzą ale obsługa wszystko wyjaśni 😉 Spróbujcie gravlax – peklowanego łososia. Jest tu dodatkiem i do jajecznicy, i do pizzy. Bardzo fajne miejsce i przede wszystkim serwujące coś innego, wyjątkowego, niespotykanego w innych knajpach.

Wapiarnia – Wyspiańskiego 26 (City Park), Grunwald

Oddalamy się nieco od Jeżyc ale nie tak znowu bardzo. City Park to zagłębie wielu naprawdę genialnych restauracji, choć w większości drogich. Wapiarnia jest jedną z tych tańszych a naprawdę wartych polecenia.

Na początek jeden mały minus – w środku jest głośno (muzyka) a same stoliki są średnio wygodne, żeby przy nich jeść. Jeśli idziecie na kawę lub piwo to ok, jeśli chcecie zjeść to nie będzie zbyt wygodnie. Na szczęście nasza wizyta była latem gdy były dostępne miejsca na zewnątrz – raz że było cicho, dwa – wygodnie.

Do jedzenia pięknie wyglądające kanapki i tosty (iście instagramowe), do tego napoje podawane w naprawdę fajnych dzbanuszkach. Są też płatki Kellog’s. Jedzenie smaczne, do śniadania napój gratis. Świetna lokalizacja – w samym sercu miasta. Latem będę wracać częściej.

Bo Poznań – Kościuszki 84, centrum

Miejscówka, która dorobiła się już miana kultowej. Jakoś długo nie mogłam tm dotrzeć ale kiedy w końcu się udało zrozumiałam skąd te zachwyty. Z zewnątrz miejsce zupełnie niepozorne, znajdujące się naprzeciwko Zamku Cesarskiego. Po wejściu do lokalu rzuca się w oczy industrialne wnętrze ale urządzone bardzo przyjemnie. Wybór śniadań naprawdę spory, ceny przystępne, porcje duże. Łosoś na bułeczkach drożdżowych z jajkami po benedyktyńsku i sosem holenderskim – mistrzostwo świata. Do tego spory wybór różnych sezonowych herbat a śniadania serwuje się tu cały dzień. Jak ktoś ma potrzebę to i o 18 może zjeść jajecznicę 😉 I popić ją winem, bo też jest.

Petit Paris Sołacz- aleja Wielkopolska 40a, Sołacz

Długo zastanawiałam się czy umieszczać to miejsce w rankingu, bo jednak mam do niego trochę zarzutów ale jest to tak piękna miejscówka, w tak uroczym miejscu (Park Sołacki), że w związku z tym iż idzie wiosna i ciepłe poranki to podejrzewam, że będę tam wracać.

Miejscówka w stylu paryskiego bistro. Jedzenie jest tu dobre aczkolwiek nie genialne. Da się najeść ale kulinarnych orgazmów się nie spodziewajcie. Twarożek prowansalski jest po prostu twarożkiem z rzodkiewką, pankejki są pankejkami i tyle. Największym minusem tego miejsca (co potwierdza sporo moich znajomych) jest mało ogarnięta obsługa. Czas oczekiwania na przyjęcie zamówienia jak i później na jedzenie jest naprawdę długi. Gdyby chodziło tylko o jedzenie to od razu bym to miejsce pominęła ale w tak pięknym miejscu jak Park Sołacki nie ma dużej konkurencji i wiosną naprawdę przyjemnie będzie usiąść na zewnątrz, w otoczeniu zieleni, popijając espresso albo wino, i skubiąc bagietkę. Ech, chyba się rozmarzyłam. Wiosno, gdzie jesteś?

Weranda Caffe – Świętosławska 10, okolice rynku

Werand w Poznaniu jest kilka (ba, nawet Warszawa już ma swoją – w Koszykach) ale ta jest chyba moją ulubioną. Najcichsza i najspokojniejsza a jedzenie tak samo wyśmienite jak w pozostałych Werandach. Jak to ostatnio powiedziała moja koleżanka Jak nie wiesz gdzie iść zjeść to idź do Werandy. I taka jest prawda, swego czasu 80% moich wyjść na jedzenie do miasta kończyło się w którejś z Werand.

Ale do rzeczy. Poza fantastycznymi wnętrzami (dekoracje w każdym z lokali to sezonowe dzieła sztuki, naprawdę przyjemnie się tam spędza czas) w Werandzie dostaniemy przepyszne jedzenie. I to nie tylko to śniadaniowe (ich sałatki to już legenda). Porcje są naprawdę duże, jedzenie nie dość, że bardzo smaczne to pięknie podane. Ceny nie należą do najniższych ale z Werandy naprawdę trudno wyjść nienajedzonym i niezadowolonym.