Toruń – gdzie zjeść?

Tradycyjnie najważniejsze pytanie podczas wyjazdu 😉 Tym razem Toruń – gdzie zjeść? W Toruniu bywam tak raz do roku, nie zamykam się na nowe doznania kulinarna ale mam miejsca, do których zawsze wracam. A zatem ruszamy na kulinarny podbój Torunia – gdzie zjeść śniadanie, gdzie iść na piwo, a gdzie na dobry obiad w Toruniu?

Mistrz i Małgorzata – Szewska 17

Mistrz i Małgorzata istnieje od ładnych paru lat – zawsze miałam tę restaurację w planach podczas swoich wizyt w Toruniu ale jakoś nigdy ostatecznie tam nie docierałam. W końcu udało się podczas ostatniego wyjazdu. Podczas gdy przy starym rynku nie było gdzie usiąść lokalne przy sąsiadującej z nim ulicy Szewskiej świeciły pustkami. I tak oto wylądowaliśmy w końcu w Mistrzu i Małgorzacie.

Pierwszy zachwyt? Wystrój! Ogromny Behemot, tysiące książek, super wygodne fotele. W ogóle nie czujesz się jak w restauracji, a jak w salonie u kogoś z najbliższej rodziny. Pięknie, instagramowo ale nie krępująco. Drugi plus – naprawdę świetna obsługa. Nie dość, że sympatyczna to naprawdę mająca pojęcie o tym co restauracja serwuje (to niestety nie jest norma). Ostatecznie wybraliśmy tatar z łososia, żeberka wieprzowe i sałatkę z kaczką. Wszystko było przepyszne ale jednak bank rozbiły żeberka. Mistrzowskie.

Gdzie dobrze zjeść w Toruniu? Mistrz i Małgorzata!

Chleb i Wino – Rynek Staromiejski 22

Chleb i Wino to restauracja i apartamenty przy samym rynku staromiejskim. Świetny wystrój – chce się tu siedzieć i siedzieć. Jedzenie bardzo dobre choć powiedziałabym, że raczej klasyczne – bez szaleństw i udziwnień. To takie miejsce na dłuższe posiedzenie przy winku w super fajnej atmosferze.

Manekin

No cóż. Chcąc nie chcąc do Manekina w Toruniu trzeba choć raz przyjść. Naleśnikowa sieciówka, która opanowała już prawie całą Polskę wywodzi się właśnie z Torunia. Żeby była jasność – ja do Manekina nic nie mam, naleśniki lubię ale wciąż nie mogę zrozumieć, że przy takiej ofercie gastronomicznej ludzie stoją w kolejce po naleśniki…

A naleśników w Manekinie mamy pełen przekrój – od pancake’ów, przez naleśniki słodkie i wytrawne aż po naleśnikowe makarony i burgery. Naleśnikowy szał. Do tego w fajnie urządzonym lokalu i bardzo przystępnych cenach.

Na pytanie gdzie zjeść w Toruniu jedna z odpowiedzi MUSI brzmieć Manekin.

Kona Coast Cafe – Chełmińska 18

A gdzie zjeść śniadanie w Toruniu? Jako osoba uzależniona od owsianki i w domu nie jedząca nic innego na mieście lubię zaszaleć. Kona znajdowała się najbliższej naszego apartamentu podczas ostatniego pobytu w Toruniu. Ale warto się tam wybrać na śniadanie nie tylko ze względu na bliskość rynku. Śniadania w Kona są obłędne! Powiedziałabym, że to takie podkręcone klasyki – jak omlet to w tortilli, jak jajecznica to z nietypowymi dodatkami. Skusiły nas jeszcze naleśniki – przegenialne! No lepsze niż w Manekinie!

Gdzie na śniadanie w Toruniu? Kona Coast Cafe.

Bułka – Szewska 6

Pytając wujka google gdzie zjeść śniadanie w Toruniu na pewno prędzej czy później traficie na Bułkę. Lokal ten specjalizuje się w śniadaniach, które są serwowane od wczesnego poranka do późnego popołudnia. Dla rannych ptaszków i dla śpiochów. Na śniadanie pierwsze, drugie i trzecie.

Bułka to dobre miejsce na śniadanie ale raczej na szybki posiłek niż na przesiadywanie i delektowanie się. Wewnątrz jest głośno i gwarno – dużo ludzi o każdej porze.

Natomiast same śniadania naprawdę rewelacyjne. Mają różne zestawy, mają śniadania słodkie i wytrawne. Ja jadłam tosty francuskie i nie dość, że porcja była ogromna to były one doskonałe – przede wszystkim smażone na dużej ilości masła (a ja jak wiadomo masełko kocham) – z mnóstwem owoców, orzechami i jogurtem. Śniadanie, deser i rozpusta w jednym 😉

Gdzie zjeść dobre śniadanie w Toruniu? W Bułce!

Monka – Piekary 2

Monkę polecało mi przed wyjazdem do Torunia kilka osób. Nie czytałam o niej za wiele, nie sprawdzałam menu. Skoro tyle osób chwaliło to uznałam, że nie bez powodu.

Po przejrzeniu menu (krótkiego) uznałam, że ja jednak nie jestem głodna 😀 No nie wiem czemu – były i kluski, i burgery, i różne inne dania, które jadam i lubię ale jakoś nic mnie nie przekonało. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na mięsną deskę przekąsek i piwo. I to był świetny wybór – wszystkie produkty były naprawdę świetne (doskonałe marynowane rzodkiewki!) – w połączeniu z piwem z browaru Amber to była prawdziwa uczta. Ale na porządny obiad poszliśmy gdzie indziej 😉

Jan Olbracht Browar Staromiejski – Szczytna 15

Do browaru Jan Olbracht wracam właściwie przy każdej swojej wizycie w Toruniu. Na piwo piernikowe i na gęś. W Toruniu pierniki spotyka się naprawdę wszędzie – nawet tam gdzie nikt by ich się nie spodziewał.

W Browarze Staromiejskim serwują wspomniane piwo piernikowe ale też… śledzia z przyprawą piernikową. Przyznaję, że jeszcze się nie odważyłam go spróbować ale kiedyś na pewno do tego dorosnę 😉 Natomiast piwo piernikowe jest świetne i zdaje się nie tylko ja jestem jego fanką – patrząc na to co znajduje się na okolicznych stolikach (takie zboczenie, co poradzić) widziałam, że piwo piernikowe cieszy się największym wzięciem.

My tym razem wzięliśmy deskę degustacyjną – próbowaliśmy wszystkim warzonych w Browarze Staromiejskim piw. Wszystkie dobre ale jednak piernikowe najlepsze!

A co zjeść? Gęś rzecz jasna! W Browarze jest spory wybór dań z gęsiną. Tym razem skusiliśmy się na pierogi z gęsiną – dobre ale jadałam lepsze – oraz kanapkę z szarpaną gęsiną. I kanapeczka była genialna. A zwłaszcza mięsko – cudnie miękkie, rozpływające się w ustach – pyszne.

Na pytane gdzie warto zjeść w Toruniu zawsze będę odpowiadać browar Jan Olbracht. Jestem mu wierna od lat!

La Nonna Siciliana – Łazienna 24

Kilka miesięcy bez wizyty we Włoszech robi swoje. Gdziekolwiek nie jadę to szukam restauracji włoskich. Tak też było w Toruniu. La Nonna Siciliana to nie był świadomy wybór, a zupełny przypadek. I to ostatniego dnia w Toruniu. Restauracja okazała się prawdziwą perełką na kulinarnej mapie Torunia. Bardzo dobra pizza, genialna zapiekanka makaronowa i prawdziwa wisienka na torcie – cannolo siciliano. Co prawda pierwszy raz się spotkałam z tym, żeby podawano je z lodami ale było pyyyyszne. Kruchuteńka, świeżo wypieczona rurka, delikatny krem z ricotty i te lody panierowane w orzechach. Zagrało wszystko. Przy kolejnej wizycie w Toruniu na pewno wrócę do Nonny, a Wam ją z całego serca polecam jeśli szukacie dobrej restauracji włoskiej w Toruniu.

Central Coffee Perks – Strumykowa 2

Kawiarnia jedyna w swoim rodzaju – inspirowana kawiarnią z Przyjaciół. Wiernie odwzorowane wnętrze i telewizor, w którym cały czas lecą Friendsi. Dla fanów serialu punkt obowiązkowy wizyty w Toruniu!

My wybraliśmy się tylko na kawę choć serwują tam też słodkości i śniadania. Ale na pytanie gdzie na kawę w Toruniu – Central Coffee Perks, koniecznie! Niestety lokal nie jest duży i ciężko o wolne stoliki – nam udało się za drugim podejściem.

Na razie to tyle ale do Torunia na pewno nie raz wrócę i wtedy ten wpis zaktualizuję. Ale mam nadzieję, że już wiecie gdzie dobrze zjeść w Toruniu 😉

Gdzie zjeść śniadanie we Wrocławiu?

Przedstawiałam Wam już swoje ulubione śniadaniownie w Warszawie i w Poznaniu (przewodnik po poznańskich śniadaniowniach ma już 2 części – TU i TU, a trzecia się pisze), teraz pora na Wrocław. Gdzie zjeść dobre śniadanie we Wrocławiu? Zapraszam na moje propozycje.

Giselle – Szewska 27

Francuskie bistro jest bardzo popularnym miejscem i w weekendy z dużą dozą prawdopodobieństwa trzeba będzie odstać swoje w kolejce, żeby dostać wolny stolik. Latem mają przeuroczy ogródek z huśtawkami.

A śniadania w Giselle? Pyszne. Spory wybór – i coś na słodko, i na słono. I po polsku, i po francusku. Naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Bardzo blisko rynku więc jeśli szukacie dobrego śniadania w centrum Wrocławia to uderzajcie do Giselle!

Dinette – plac Teatralny 8

Pamiętam jak trafiłam do Dinette po raz pierwszy. Nie było to miejsce jeszcze tak popularne jak dziś (już przed otwarciem stoi kilkunastoosobowa kolejka!), menu było nieco inne ale miejsce już wtedy wyróżniało się na kulinarnej mapie Wrocławia.

Dinette serwuje śniadania z różnych zakątków świata. Są też opcje klasyczne i spory wybór pieczonych na miejscu bajgli. Wszystko jest tu przepyszne.

Genialne naleśniki, pyszne tosty. Dinette to wciąż jedna z najlepszych opcji na śniadanie we Wrocławiu.

Mleczarnia – Włodkowica 5

Dobra wiadomość dla wszystkich, którzy nawet w weekendy wcześnie wstają – śniadania serwuje się tu od 8 rano, przez cały okrągły tydzień. Dla tych co wolą pospać – śniadania są do 13tej 😉

Mleczarnia to połączenie restauracji, klubokawiarni i hostelu. Wcześniej mieściła się w tym miejscu szlifiernia diamentów. A skąd nazwa? Otóż od szyldu, który znaleziono przy remoncie klubokawiarni Mleczarnia w Krakowie (lokal wrocławski to jego filia).

Zjeść możecie w stylowym retro wnętrzu lub w jednym z dwóch ogródków – przy ulicy lub na podwórku od strony synagogi. Ja ze względu na wczesną porę i rześki sierpniowy poranek zdecydowałam się na wnętrze (w niedzielę o 8 rano zupełnie puste).

Jeśli chodzi o menu śniadaniowe to do wyboru mamy klasyczną kartę z jajecznicami, omletami i płatkami oraz menu sezonowe. Ja zdecydowałam się na słodkie śniadanie – chałkę namoczoną w soku pomarańczowym smażoną na maśle z cynamonem, owocami i bitą śmietaną. Owszem, to była rozpusta. Ale tak przepyszna, że warto było zgrzeszyć. Kawa bez większego szału. Na minus – samoobsługa. Ale generalnie miejsce piękne, jedzenie świetne. Bardzo dobre śniadania we Wrocławiu.

Bułka z masłem

Ja odwiedziłam lokal przy ul. Włodkowica 8A ale mają też lokal na placu Solnym (ten otwiera się później).

Lokalizacja przy Włodkowica ma też dodatkowy ogromny plus latem – przepiękny ogródek. Od godziny 9 w niedzielę można tu wpaść na kawę i śniadanie.

Kawa – mocna i jedna z lepszych we wrocławskich śniadaniowniach. Menu śniadaniowe całkiem obszerne, ja zdecydowałam się na zestaw past śniadaniowych z pieczywem. Jak widzicie porcja była ogromna i oczywiście nie byłam w stanie tego zjeść. Była pasta jajeczna (smaczna ale dosyć mdła i mało doprawiona), był twarożek (ok), była pasta z groszku z sezamem (bardzo dobra), pasta z pieczonych warzyw (świetna mimo iż nie przepadam za papryką) ale hitem była dla mnie konfitura z jabłek i truskawek. Ależ to było genialne. Całe, duże kawałki owoców, mało słodkie (tak, można zrobić niesłodkie konfitury!), rozpływające się w ustach. Wyjadłam do ostatniej cząstki owoców.

W ciepły słoneczny dzień bardzo miło spędza się czas w Bułce, z pewnością będę tu wracać, niekoniecznie na śniadanie.

Charlotte – św. Antoniego 2/4

Warszawska klasyka, która od dłuższego czasu obecna jest też we Wrocławiu i w Krakowie. Muszę przyznać, że atmosfera na placu Zbawiciela jest jedyna w swoim rodzaju i wrocławskiemu lokalowi do niej daleko (niestety).

Wrocławska Charlotte mieści się w pięknym miejscu – pasażu Pokoyhof. Latem, gdy można usiąść w ogródku – widoki są naprawdę przyjemne.

Menu podobne jak w innych lokalach Charlotte. Ja we Wrocławiu zdecydowałam się na talerz serów i croissanta z nadzieniem cytrynowym. Nie spodziewałam się, że do serów dostanę aż tyle pieczywa. Sery może nie wyglądały jakoś super zachęcająco ale były bardzo smaczne (zwłaszcza kozi). Croissant – świeżutki, mięciutki, maślany – mistrzostwo świata. Bardzo dobra kawa.

Największy minus – obsługa. Zmanierowana, mało sympatyczna, traktująca klientów z góry. Dobre jedzenie ale są we Wrocławiu zdecydowanie przyjemniejsze lokale serwujące śniadania. Na plus – śniadania już od 8, również w weekendy.

Nieinna – Więzienna 31

Piekarnio-winiarnia (cóż za genialne połączenie) usytuowana przy ulicy Więziennej, czyli bardzo blisko Starego Rynku. Karta śniadaniowa jest krótka i raczej klasyczna. Próżno szukać tu burraty zapiekanej w chlebie czy innych nietypowych śniadań ale to co jest jest naprawdę porządne. Ogromnym atutem śniadań z Nieinnej jest ich pieczywo – wypiekane na miejscu i naprawdę bardzo smaczne. Do jajecznicy był chleb z ziaren, chleb ciemny i kawałek bagietki z mieszanych mąk. Kusiło mnie croque madame ale ostatecznie zdecydowałam się na jajecznicę. I to był dobry wybór. Była kremowa, czuć było, że nie żałowano tam masła (które jak wiadomo kocham miłością nieustającą). Do tego niestety tylko kawa choć jeśli chcecie zaszaleć to mają naprawdę spory wybór win, w tym sporo coraz popularniejszych naszych polskich. Ale skoro śniadanie klasycznie to i klasycznie do niego americano 😉

Nie jest to najbardziej oryginalne miejsce na śniadanie we Wrocławiu ale nie brakuje mu zalet – jest smaczne, w świetnej lokalizacji no i nie uszczupli zanadto portfela. Jajecznica i kawa kosztowały mnie 18 zł.

Di – Powstańców Śląskich 95 (Sky Tower)

Di to młodsza siostra Dinette, o której pisałam wyżej. Wydawałoby się, że z racji położenia (no jednak troszkę od centrum) będzie mniej popularna ale w sobotę o 9.30 zdecydowana większość stolików w lokalu była zajęta.

W menu same pyszności, ja tym razem zdecydowałam się na placuszki serowe. Po raz pierwszy jadłam coś takiego podczas wakacji na Podlasiu kilka lat temu i muszę przyznać, że są to absolutnie moje smaki. Danie to pochodzi z kuchni litewskiej ale można je też zjeść na Ukrainie (zresztą jadłam w Kijowie o czym pisałam TU) i w wielu miejscach na wschodzie Polski. Fajnie, że i na zachodzie już się pojawiają 😉

Serniczki w Di podane są z solidną porcją owoców, śmietany (ach!) i gorącą konfiturą malinową. Pyszności. Jak zobaczyłam tę porcję to pomyślałam, że się tym nie najem ale to zasługa ogromnego talerza. 4 placki, owoce, śmietana i konfitura to naprawdę porządne śniadanie. Placki i americano kosztowały 28 zł.

W Kontakcie – Benedykta Polaka 12/1b

To miejsce poleciła mi mieszkająca we Wrocławiu koleżanka. W kontakcie przykłada ogromną wagę do jakości produktów. Przy wejściu macie napisane skąd pochodzą ich warzywa, sery, miody itp. Nie ma tu produktów z marketu ani niewiadomego pochodzenia.

Opcje śniadaniowe opierają się głównie na jajkach. Jest też jakaś owsianka. Ale W Kontakcie to lokal wegetariański i słynący z hummusów. Dlatego też ja na śniadanie zdecydowałam się właśnie na hummus. Jak zacznie googlać W Kontakcie to napotkacie niejeden zachwyt i niejedno miejsce w sieci gdzie określą ich hummus najlepszym w mieście. Nie znam Wrocławia aż tak dobrze od strony kulinarnej ale jeśli to jest najlepszy hummus w mieście to trochę współczuję 😉 Lepszy hummus jadłam i w Poznaniu, i w Warszawie i rzecz jasna hummusowej stolicy Polski, czyli w Krakowie. Mówię o samej paście – ta jest poprawna ale jakiegoś szału nie robi. Bo np. hummus z krakowskiego Amamamusi mogę jeść łyżeczkami bez niczego. Natomiast W Kontakcie robotę robią dodatki do hummusu. Ja zdecydowałam się na hummus z chutneyem śliwkowym i serem pleśniowym. I w takim połączeniu było to naprawdę mistrzowskie. Delikatny hummus, słodko-ostry chutney i genialny ser – tak, to było przepyszne. W standardzie hummus serwowany jest z pitą, za 1 zł można ją zamienić na żytni chleb (bardzo dobry) i bardzo Wam polecam już na początku o taką podmiankę poprosić. Ja wzięłam klasycznie z pitą ale raz, że była mała a dwa trudno się tym najeść. Z chlebkiem zupełnie inaczej.

Gniazdo – Świdnicka 36

Śniadanie dla rannych ptaszków i dla śpiochów 😉 Od 8 do 19! Latem bardzo fajne patio – schowane w podwórku więc jest cisza, spokój i… cień 😉 Chociaż samo wnętrze lokalu też bardzo przyjemne.

O swojej słabości do tostów francuskich już pisałam nie raz więc jak myślicie, co jadłam w Gnieździe? 😉 Rzecz jasna tosty – chałka smażona na maśle (mniam!) z mascarpone i pijanymi wiśniami 😛 Oj tak, to było śniadanie 100% w moim stylu 🙂 Porcja nie jakoś szczególnie ogromna ale dla mnie wystarczająca. Bardzo fajne miejsce na śniadanie w centrum Wrocławia.

Press – Rynek 53

Podczas swojego ostatniego pobytu we Wrocławiu, już ostatniego dnia, szukałam czegoś na śniadanie. Miejsca, które chciałam odwiedzić okazały się zamknięte więc tak chodziłam i szukałam czegoś co mnie zainteresuje. I zainteresował mnie przepiękny ogródek Press. Zanim o jedzeniu to muszę napisać – to jest najpiękniejsze miejsce gdzie można zjeść śniadanie we Wrocławiu. Takie insta-friendly 😉 Press znajduje się przy samym rynku, dokładnie w miejscu gdzie kiedyś funkcjonowała portugalska restauracja Taszka (swoją drogą smacznie tam karmili i szkoda, że już jej nie ma). Mnóstwo kwiatów, kolorowe fotele, poduszki z tukanami – nie chciało się stąd wychodzić.

A jedzenie? Karta śniadaniowa w Press jest bardzo (bardzo!) krótka. Mnie skusiły gofry z owocami i masłem orzechowym. Były przepyszne, porcja bardzo sycąca, świetne pomieszanie smaków – tu słodkie owoce, tu słone masło, samo ciasto gofrowe raczej wytrawne. Super fajnie i pysznie. Do tego świetna kawa i kolorowe szprycery – bezalkoholowe. Najlepsze śniadanie we Wrocławiu przy rynku. I w ogóle jedna z najfajniejszych śniadaniowni we Wrocławiu.

Na razie to tyle moich propozycji gdzie zjeść dobre śniadania we Wrocławiu ale ponieważ w stolicy Dolnego Śląska bywam dość często to na pewno będzie druga (i kolejne!) część tego wpisu. Ale najpierw chciałabym Wam pokazać fajne miejsca na obiad i na drinka we Wrocławiu. Nie wiem kiedy znajdę czas, żeby to wszystko spisać ale postaram się 😉

Barcelona – targi z jedzeniem. Nie tylko la Boqueria!

We wpisie o tym gdzie zjeść w Barcelonie pisałam o tym, że targi z jedzeniem nie ograniczają się do najpopularniejszej la Boquerii. Choć większość turystów odwiedza właśnie Boquerię i właściwie mnie to nie dziwi – Barcelona oferuje tyle atrakcji, że za pierwszym razem też wolałam iść do muzeum Picassa niż zwiedzać targi z jedzeniem 😉 Ale za drugim razem zwiedzałam Barcelonę inaczej i odwiedziłam wszystkie największe targi z jedzeniem. Dobra wiadomość jest taka, że wszystkie mieszczą się w pobliżu innych atrakcji turystycznych i jeśli zwiedzacie Barcelonę niespiesznie to do każdego możecie zajrzeć gdzieś przy okazji.

La Boqueria – la Rambla 91

Miało być nie tylko od la Boquerii ale jednak od niej muszę zacząć. La Boqueria to bez wątpienia najsłynniejszy targ z jedzeniem w Barcelonie położony tuż przy la Rambla – głównym deptaku Barcelony. La Boqueria jest najpopularniejszym targowiskiem w Barcelonie, odwiedzanym częściej przez turystów niż przez mieszkańców więc oczywiste jest, że ceny też są tu wyższe niż na innych targowiskach. Uwaga – na większości stoisk spadają tuż przed zamknięciem, czyli zazwyczaj koło 19. Godziny otwarcia targu la Boqueria to 8 – 20.30 od poniedziałku do soboty, w niedziele la Boqueria jest zamknięta.

Mimo wysokich cen i turystycznego charakteru tego miejsca Boquerię trzeba odwiedzić! Nie tylko na zakupy ale też na przykład na lampkę wina albo tapas w jednym ze znajdujących się tu barów. Bary znajdują się pomiędzy stoiskami z owocami i warzywami.

A co można kupić na targu la Boqueria? Przede wszystkim warzywa i owoce we wszystkich kolorach tęczy, hiszpańskie szybki jamon iberico, hiszpańskie sery i hiszpańskie słodycze – wśród nich najsłynniejszy nugat turron.

Mercat de la Barceloneta – Placa Poeta Bosca 1

Drugi targ z jedzeniem w Barcelonie znajduje się w dzielnicy Barceloneta, niedaleko plaży o tej samej nazwie. Jak się możecie domyślić na targu nadmorskim sprzedaje się (i kupuje!) głównie ryby i owoce morza. To targ zdecydowanie mniej turystyczny i czynny w godzinach targowych, a nie turystycznych 😉 Otwarty jest od poniedziałku do soboty od 7.30 do 14.00. Największy wybór ryb i owoców morza jest oczywiście od samego rana.

Mercat de la Barceloneta to nie tylko targ rybny i z owocami morza. Można tu kupić też warzywa, owoce czy hiszpańskie sery. Ceny niższe niż na la Boqueria.

Mercat de Santa Caterina – Av. de Francesc Cambó, 16

Jeden z najstarszych targów w Barcelonie w ostatnich latach przeszedł gruntowny remont. Tak jak pozostałe targi zamknięty jest w niedziele, w poniedziałki, środy i soboty otwarty jest od 7.30 do 15.30, we wtorki i czwartki do 20.30.

Tu także można kupić owoce, warzywa, szynki, sery, ryby i owoce morza. Pełen zakres specjalności z Barcelony 🙂

Mercat de la Concepcion – Calle d’Aragó, 313

Kolejne dobre miejsce na tanie zakupy jedzenia w Barcelonie. Od poniedziałku do soboty od 8 do 15 (w piątki do 20) można tu kupić wszystko czego dusza (głodna:P) zapragnie – kolorowe warzywa i owoce, owocki morza, sery, wino – jeśli chcecie sami sobie gotować w Barcelonie to zdecydowanie warto się tu wybrać na zakupy.

Mercat de Sant Antoni – Carrer del Comte d’Urgell 1

I ostatni z odwiedzonych przeze mnie targów – tym razem pod patronatem św. Antoniego 😉 Ten targ jest taki pośredni turystyczno-lokalny 😉 Można kupić świetne owoce morza – jak widzicie ostrygi i ośmiornice zachęcają do konsumpcji. Ale są też gotowe koktajle, miksy owocowe czy słodycze skrojone wprost pod turystyczne potrzeby. Sam budynek targu św. Antoniego jest piękny i warto go zobaczyć.

Jak widzicie targi z jedzeniem w Barcelonie to nie tylko la Boqueria. Zwiedzając inne zakątki miasta warto zajrzeć do tych mniej turystycznych marketów – zwłaszcza jeśli chcecie sobie sami gotować podczas wakacji w Barcelonie i szukacie super świeżych i pysznych produktów. Enjoy!

Ustka – gdzie zjeść? Gdzie na dobrą rybę w Ustce, a gdzie na lody i drinka?

Ustka zachwyciła mnie od pierwszego spaceru. Ale zanim pokażę Wam najładniejsze miejsca w Ustce to tradycyjnie zapraszam na przegląd najlepszych restauracji w Ustce. Gdzie zjeść rybę w Ustce, a gdzie iść na drinka? Zapraszam na moje rekomendacje!

Tawerna Columbus – Limanowskiego 1

Dość popularne miejsce w Ustce, przy promenadzie i latarni morskiej. Co ważne – długo otwarte. Zaskoczyło mnie to, że w Ustce wiele knajp zamyka się o 19-20! W lipcu! Na szczęście jest kilka miejsc, gdzie można zjeść wieczorem.

W Tawernie Columbus zdecydowałam się na zupę rybną. Uznałam, że o 21 tyle mi wystarczy 😉 Zupa była naprawdę smaczna – dużo ryby, warzywa. Wszystko zagrało. Fajne miejsce na kolację w Ustce.

Jedyny minus – niestety mimo zaleceń obsługa nie nosi maseczek. W ogóle obsługa sprawiała wrażenie mało zainteresowanej gośćmi.

Syrenka Ustecka – Marynarki Polskiej 32A

Do Syrenki weszłam tak z ulicy. Dopiero czytając menu dowiedziałam się, że kilka lat temu Magda Gessler robiła tu rewolucję i poleca Syrenkę jako ambasadę rybną Pomorza. Nie ukrywam – Magdy Gessler nie znoszę i jej rekomendacje nie są dla mnie żadnymi rekomendacjami ale muszę przyznać, że ryba w Syrence była doskonała. Wzięłam halibuta. Co prawda był w dzwonkach i miał ości ale łatwo odchodziły. Był przepyszny. Faje wędzone szprotki jako czekadełko. Do tego wzięłam porcję surówek – była naprawdę duża i wszystkie były smaczne. No lampka vinho verde – niestety droga – 20zł za 100 ml. Ale jeśli szukacie miejsca gdzie można zjeść dobrą rybę w Ustce to z czystym sumieniem polecam Syrenkę Ustecką.

Ustica – Marynarki Polskiej 54

Kocham śledzie, jestem uzależniona od śledzi, nie umiem żyć bez śledzi, zajdam ich tyle co pewnie 10 statystycznych Polaków. Ustica to zupełnie niepozorne miejsce serwujące genialne jedzenie. Jako wspomniana miłośniczka śledzia zdecydowałam się na tatar ze śledzia. O mamo jakie to było pyszne – duuuużo mięsistego śledzia, słodka cebulka, ogórek. Foodgasm w czystej postaci. Dla mnie Ustica to miejsce na dobrą rybę w Ustce ale to też fajne miejsce jeśli jesteście w Ustce większą grupą. Tu każdy znajdzie coś dla siebie – są ryby, owoce morza, makarony, pizza. Takie miejsce, które pogodzi różne gusta i oczekiwania kulinarne. Dla mnie jedna z najlepszych restauracji w Ustce.

Dym na Wodzie – Żeromskiego 1

Spacerując willową dzielnicą Ustki napotkałam plakat o festiwalu śledzi. Wiedząc o mojej słabości do tej ryby chyba oczywiste było, że takiej okazji nie mogłam przepuścić 😉

Wszystkie śledzie z menu kusiły ale ostatecznie zdecydowałam się na śledzia słowińskiego – w śmietanie, z cebulką i poppingiem z kaszy gryczanej. Wszystko było tak nieziemsko delikatne, że zaryzykuję stwierdzenie, że nawet ktoś kto twierdzi, że nie lubi śledzi (serio? jak tak można żyć?) by je polubił. Śledzie dobrze wymoczone (nie ma nic gorszego niż za słone, niewymoczone śledzie), śmietanka lekka jak puch, cebulka sparzona, bez goryczki. Do tego fajny akcent z kaszy gryczanej. Bomba. Do picia wzięłam dym na lodzie – drinka z limonką i puree truskawkowym. Świetny. Gdzie dobrze zjeść w Ustce? Dym na Wodzie. Koniecznie.

Ust-Ryb – Bohaterów Weterplatte 12

Miejsce w spokojniejszej, zachodniej części Ustki. Nie ma takich tłumów jak przy bulwarze portowym czy w restauracjach w okolicach starej osady rybackiej.

Ust-Ryb to nie jest żadna wykwintna restauracja. To po prostu porządna smażalnia serwująca naprawdę dobrą rybę w Ustce. Do wyboru było kilka ryb – dorsz, łosoś, halibut, flądra, turbot. Ja dawno nie jadłam flądry więc wzięłam flądrę. Była naprawdę pyszna – świeżutka, delikatna, pycha. Surówki bez szału. Za rybę, surówki i piwo zapłaciłam 26zł więc jeśli szukacie miejsca gdzie można zjeść dobrze i tanio w Ustce to na pewno Ust-Ryb.

Mar-Hub – Marynarki Polskiej 3

Spacerując po Ustce kilkukrotnie widziałam kolejki do Mar-Hub mimo iż obok jest 5 innych smażalni, w których były wolne miejsca. Widząc taką kolejkę raz, drugi i trzeci uznałam, że coś w tym musi być i postanowiłam to sprawdzić.

Mar-Hub to podobnie jak wyżej zwykła smażalnia na szybki obiad. Ich specjalnością jest dorsz z masłem czosnkowym. Nie mogłam więc wybrać nic innego 😉 Jako osoba jedząca masło z chlebem a nie chleb z masłem od razu poprosiłam o podwójne masełko 😀 I muszę przyznać, że ta ryba i to masło to naprawdę było genialne połączenie. Filecik bez żadnych ości, mięciutki, nie przesiąknięty tłuszczem. Bardzo dobre surówki. Tu za rybę, surówki i piwo zapłaciłam 45 zł (ale ryba była duża-300g).

Jedno z najlepszych miejsc, żeby zjeść rybę w Ustce. Te kolejki mają sens 😉

Cafe Góra Lodowa – Marynarki Polskiej 76

Mam świadomość, że tak dobrych lodów jak w lubelskim Annabilis nigdzie nie ma ale będąc na wakacjach jednak zawsze się na jakiś deser skuszę. Góra Lodowa to taka mała lokalna sieciówka z lodami i deserami.

Lody rzeczywiście są bardzo dobre – kremowe, nie za słodkie (jest też kilka smaków zupełnie bez cukru ale wybaczcie ja się w takie rzeczy nie bawię:D), porcje duże. Dobre, będąc w Ustce zdecydowanie warto wybrać się na lody do Góry Lodowej. Dużą kawiarnię mają tuż przy dworcu autobusowym.

Manufaktura Lodow Prawdziwych – Cafe Mistral

Pozostając w temacie lodów – warto ich też spróbować w Cafe Mistral. Jet to kawiarnia kultowa w Ustce gdzie można kupić m. in. krówki usteckie (tradycyjne i naturalne z syropem glukozowym!). No ale ja nie o krówkach tylko o lodach. Bardzo podobne do tych z Góry Lodowej – też fajnie kremowe, chyba trochę bardziej tłuste. Na pewno przyjemniejszy lokal. Jeśli macie ochotę na dobre lody w Ustce albo fajny deser to zdecydowanie warto odwiedzić Mistral. Mają 3 lokalizacje w Ustce.

AniAni Cafe – Czerwonych Kosynierów 22

A gdzie na drinka w Ustce? Fajnym miejscem jest AniAni Cafe, w sercu dawnej rybackiej osady. Lokal wewnątrz utrzymany w różu – pewnie nie każdemu to będzie odpowiadać. Latem mają kilka stoliczków na zewnątrz wychodzących na skwer i fontanny. Świetne miejsce na chwilę odpoczynku!

Dock Bar – Bohaterów Westerplatte

I drugie bardzo fajne miejsce gdzie warto wybrać się na drinka w Ustce – Dock Bar. Znajduje się tuż obok ruchomej kładki dla pieszych więc jeśli jesteście po zachodniej stronie Ustki, a kładka właśnie się zamknęła to skoczcie do Dock Baru na drinka! Mają klasyki (mojito, aperol spritz itp) ale mają też parę fajnych autorskich kompozycji.

Ja wybrałam Gorzko Gorzko – gin z prosecco, tonikiem i grejpfrutem. Baaardzo fajny, bardzo orzeźwiający, bardzo smaczny.

Samo miejsce też super – można usiąść przy stoliku, można na leżaku, można na dole, można na górze (tam wieje ale widok lepszy!).

W Dock Barze też podobno dobrze karmią. Nie potwierdzę, bo byłam tylko na drinku ale burgery wyglądały BARDZO zachęcająco. Następnym razem spróbuję!

Jak widzicie w Ustce nie brakuje miejsc gdzie można dobrze i tanio zjeść. Są naprawdę fajne smażalnie, są przyjemne restauracje i kawiarnie. Każdy znajdzie coś dla siebie!

Świnoujście – gdzie zjeść?

Pisałam już przy okazji Kołobrzegu, że nad morzem zawsze zajadam się rybami. Kilka dni spędzonych w Świnoujściu potwierdziło ten trend 😉 Zatem gdzie zjeść dobrą rybę w Świnoujściu? Zapraszam na mój przewodnik po restauracjach Świnoujścia.

Rybna Chata – Piłsudskiego 45

Mój pierwszy obiad w Świnoujściu. Nie ukrywam, że przekonała mnie nazwa – Rybna Chata nad morzem zapowiada dobry obiad 😉 Do Rybnej Chaty dotarłam baaaardzo głodna. A ja niestety mam tak, że jak jestem bardzo głodna to w menu szukam makaronu. Nic nie poradzę, że jestem pastożercą i niczym się tak nie najadam jak właśnie makaronem.

W Rybnej Chacie makaron musiał być oczywiście z rybą. Rozważałam łososia, żabnicę i owoce morza. Padło na łososia. Dlaczego? Niby makaron z łososiem to nic wymyślnego – i w Poznaniu, i w Warszawie i wielu innych miejscach można zjeść. Ale restauracja Rybna Chata bierze udział w akcji My Fish – dania oznaczone tym symbolem pochodzą z Bałtyku, od lokalnych rybaków. I właśnie łosoś miał to oznaczenie.

Porcja makaronu jak widać na załączonym obrazku była ogromna. A patrząc na to co mieli goście przy innych stolikach pozostałe dania były jeszcze większe! Dlatego jeśli wybieracie się do Rybnej Chaty większą ilością osób to rozważcie zamawianie jednego dania na 2 osoby – porcje są naprawdę potężne. Ale do rzeczy. Makaron był wyśmienity. W śmietanowych sosach z łososiem ryba jest zazwyczaj upieczona/ugrillowana/usmażona saute, ten łosoś był upieczony z jakimś ziołowym masełkiem – ode mnie ogromny plus za to. Sos był naprawdę lekki (na tyle na ile śmietanowy sos z tłustą rybą może być lekki) – całość idealnie dopełniał świeży szpinak i suszone pomidory. Znalazły się też jakieś pojedyncze kapary. Przepysznie i bardzo polecam Rybną Chatę jako miejsce gdzie można dobrze zjeść w Świnoujściu. Nie jest najtaniej (makaron + aperol 60zł, większość dań głównych kosztuje powyżej 50 zł) ale porcje są tak ogromne, że spokojnie wystarczą dla 2 osób.

Kuter Smażalnia & Grill – Uzdrowiskowa 4/5

Bardzo dobra smażalnia ryb w Świnoujściu przy samym zejściu na plażę i tuż przy promenadzie.

Patrząc na pierwszą stronę menu już wiedziałam, że dalej szukać nie muszę. Kusiły placki z ryb świeżych i wędzonych (i ostatecznie skusiły) z ziemniakami i kusiły pierogi z rybami i kaszą gryczaną… Pierogi widziałam przy stoliku obok i też wyglądały kusząco. Ale placki – naprawdę przepyszne. Przewaga ryb wędzonych (uwielbiam!), zero ości – pyszka. Mimo iż to tylko dwa placki to mnie zapełniły totalnie. Ziemniaków praktycznie nie zjadłam. Jedyny minus – bardzo dużo koperku. Ja akurat lubię ale jak ktoś za koperkiem nie przepada to słabo – w kotletach koperek, na ziemniakach koperek, w surówkach koperek. Można by to trochę urozmaicić.

Ale generalnie Kuter to bardzo dobre miejsce na rybę w Świnoujściu. Ceny też bardzo przyzwoite (24zł za placki rybne).

Aaaa, bym była zapomniała – koniecznie spróbujcie ich piwa z wiśniami! Na szczęście serwują je z długą wykałaczką i można wyjeść owocki bez problemu.

A w środku piękny wystrój – można wrócić do wspomnień z Seszeli.

Hampton Beach Bar

Nie samym jedzeniem żyje człowiek na wakacjach 😉 Za czasów mojego dzieciństwa beach bary nie istniały, zdarzały się ewentualnie budki z piwem. Dziś infrastruktura nad polskim morzem się poprawia i praktycznie na każdej plaży jakiś bar z prawdziwego zdarzenia się znajdzie.

W Hampton Beach Bar poza tym, że można kupić napoje, piwo i drinki można też wynająć leżak. Bo w tych plażowych wypożyczalniach leżaków to wypożyczają takie krzesełka, nie prawdziwe leżaki. Są też apartamenty na wynajem, czyli takie łóżka.

Jedne drinki lepsze, inne gorsze, bardzo przyjazna obsługa – generalnie bardzo fajna miejscówka na piwo na plaży w Świnoujściu 😉

Kurna Chata – Piłsudskiego 20

Szukając w internetach przed wyjazdem gdzie zjeść w Świnoujściu prędzej czy później natrafiałam na restaurację Kurna Chata. Nazwa może nie do końca zachęcająca ale ilość pozytywnych recenzji mnie przekonała.

Pierwszy zachwyt po przekroczeniu progu lokalu – cuuuudny wystrój. Trochę dużo wszystkiego i pewnie niejedna osoba poczuje przesyt kwiatków i innych dekoracji ale mi się podobało 😉

Trochę rozczarowało mnie menu. Rozczarowało pod tym względem, że nad morzem jadam ryby. W 95% przypadków. A oferta dań rybnych w Kurnej Chacie jest uboga – 3 dania główne i kilka przystawek. Wiem, że Rybna Chata to siostra Kurnej gdzie ryb jest więcej ale jednak idąc do knajpy nad morzem chcę mieć do wyboru coś więcej niż 3 dania z ryb. No ale dobra. Wybór niewielki ale jednak na coś się trzeba zdecydować. Padło na ziemniaka pieczonego ze śledziem. Pisałam już niejednokrotnie, że jestem uzależniona od śledzi i nawet jak w mojej lodówce jest tylko światło to jakiś słoik śledzi zawsze się znajdzie 😉

Śledź w Kurnej Chacie był bardzo dobry. Sam ziemniak już mniej – był za bardzo mączysty. Lubię takie nadziewane ziemniaki, jadłam je wielokrotnie i jednak ta konsystencja nie była taka jak być powinna. Nie wiem czy to odmiana, czy pora roku (bo wbrew powszechnej opinii ziemniak to warzywo sezonowe!) ale ten ziemniak nie do końca zagrał. Niemniej sałatka śledziowa świetna – śledzie dobrze wymoczone (nie ma nic gorszego niż przesolony, niewymoczony śledź), dużo cebulki – ja akurat lubię. Mimo nie najlepszego ziemniaka fajne to było.

Kurna Chata to dobre miejsce w Świnoujściu, żeby zjeść mięso, pierogi czy inne tradycyjne dania. Tu niekoniecznie trzeba jeść rybę. Ale jeśli już będziecie to spróbujcie śledzia – pyszny.

Promenada – Uzdrowiskowa 16

Promenada w sezonie letnim 2020 serwuje drinka o wdzięcznej nazwie COVID-19 😉 Cóż, nie da się ukryć, że COVID jest tematem przewodnim wakacji 2020 i fajnie, że postanowiono go zwyczajnie obśmiać 😉 Bo panika już była, lockdown był, ograniczenia cały czas są ale trzeba żyć dalej. Żyć jak najbardziej normalnie. Nie ukrywam, że do Promenady weszłam skuszona tymże właśnie drinkiem. Widzicie jak on wygląda? Sztos! Najbardziej instagramowy obrazek lata 2020 nad Bałtykiem 😉 Genialny pomysł – to wstrzykiwanie alkoholu do szklanki, bomba! Sam drink – dla mnie za słodki. Ale przecież nie o smak tu chodzi 😉 A może trzeba iść tym tropem, że cukier zabija mikroby? 😉 Nieważne. COVIDA spróbować musiałam i spróbowałam.

Ale jak już do tej Promenady weszłam to musiałam też coś zjeść. Wybór dań rybnych jest naprawdę spory – każdy coś sobie znajdzie. Mnie od razu po przejrzeniu karty wpadł w oko halibut. Lubię, dawno nie jadłam więc zamówiłam halibuta. I co się okazało? Że Promenada serwuje najlepszą rybę w Świnoujściu!

Po pierwsze kawał ryby był naprawdę potężny – sama ryba mięciusieńka, delikatna, subtelnie doprawiona. Do tego osobny talerz surówek (niby proste – marchewka z jabłkiem, kapusta kiszona) ale super pasowało i nie zabijało smaku ryby. Ten halibut to naprawdę jedna z najlepszych ryb jakie zdarzyło mi się jeść nad polskim morzem.

Do tego wszystkiego doskonała i bardzo sympatyczna obsługa no i całkiem przyjazne ceny – 59zł za potężny obiad i COVIDA. W moim prywatnym rankingu najlepsza restauracja w Świnoujściu, najlepsza z restauracji przy promenadzie i jeśli kiedyś wrócę do Świnoujścia to pierwsze kroki pokieruję do Promenady!

El Papa – Cafe Hemingway – Bohaterów Września 69

Na kawę, ma ciacho, na drinka – w Świnoujściu koniecznie trzeba wstąpić do Cafe Hemingway! Super klimatyczna kawiarnia mieści się przy deptaku pomiędzy Placem Wolności a dzielnicą nadmorską. Jest tu zdecydowanie spokojniej niż przy promenadzie a fajnych miejsc nie brakuje.

El Papa to świetny koncept – spójrzcie tylko na wystrój. Nie chce się wychodzić! Do tego świetne menu, nietuzinkowe napoje (u mnie Pigwoniada) i domowe wypieki.

Jeśli szukacie klimatycznego miejsca na kawę lub na drinka w Świnoujściu to dla mnie numer 1 to Cafe Hemingway. Mają też ogródek ale wtedy tracicie możliwość przebywania w tym fantastycznym wnętrzu.

Mistral – Uzdrowiskowa 14

Kolejna restauracja przy promenadzie w Świnoujściu. Sama restauracja jak i ogródek z wyglądu zupełnie przeciętne. Dania z kolei podawane na modłę instagramową 😉 Naprawdę przyjemnie się na ten talerz patrzy. No ale oczami się człowiek nie naje. O ile sama ryba (w tym przypadku dorsz) była naprawdę świetna to dla mnie całość była za… słodka. Do ryby był sos charzanowo-musztardowy. Wszystko byłoby super gdyby nie to, że był tam miód. Dużo miodu! Za dużo miodu. Ale to może byłoby do przejścia gdyby nie to, że sałata wręcz pływała w sosie. Sosie zdecydowanie za słodkim! Ja rozumiem dodatek miodu do sosu ale kucharz ma zdecydowanie zbyt dużą tolerancję słodkiego smaku. Mimo tego nadmiaru słodyczy i tak uważam, że Mistral to miejsce gdzie warto zjeść w Świnoujściu, bo sama ryba (a o nią przecież w tym wszystkim chodzi) była przepyszna. Przeżyłabym ten miód nawet w tym sosie chrzanowym. Ale ilość słodkiego sosu na sałacie była przytłaczająca. Tak więc jedzcie w Mistralu rybę tylko może lepiej poproście sałatę z samą oliwą 😉 Rachunek dosyć wysoki – 70zł za Aperola i dorsza.

Tawerna w Sieciach – Żeromskiego 1B

Tawerna w Sieciach to nie jest żadna fancy knajpa a zwyczajna smażalnia. Ale to doskonała miejscówka jeśli szukacie miejsca gdzie można dobrze i tanio zjeść w Świnoujściu. Potężny kawał dorsza z frytkami i surówkami kosztuje 30zł. Porcja jak widać ogromna, przepyszne surówki no i w końcu udało mi się spróbować Piwa Świnoujskiego! Widziałam je w sklepach ale żadna z odwiedzonych przeze mnie knajp nie miała go w menu. W Tawernie w Sieciach w końcu udało mi się go napić.

Tawerna mieści się tuż przy promenadzie ale jednak w znacznie spokojniejszym otoczeniu. Zdecydowanie warto wpaść tu na rybkę.

Manufaktura Ekologiczna – Plac Wolności

I na sam koniec miejsce na kawę, ciacho i drinka w Świnoujściu – kawiarnia Manufaktura Ekologiczna. Urocza kawiarnia z widokiem na gwarny o każdej porze plac Wolności. Poza wyborem drinków, kaw i domowych ciast można tu spróbować lokalnie warzonego piwa.

Ja zdecydowałam się na prosecco z sorbetem owocowym (fajne!) i torcik owocowy. Ciasto było doskonałe -lekkie, nie za słodkie, nie za tłuste – akurat na lato. A prosecco od teraz będę pić tylko w wersji z sorbetem – rewelacja. Do tego naprawdę fajna obsługa i przyjemny lokal – jeśli szukacie fajnej kawiarni w Świnoujściu to wybierzcie się do Manufaktury.

Myślę, że wyszedł mi całkiem nienajgorszy przewodnik kulinarny po Świnoujściu 🙂 Teraz już wiecie gdzie w Świnoujściu można zjeść najlepszą rybę, a gdzie iść na drinka w pięknym otoczeniu 😉 Jeśli macie jakieś inne sprawdzone miejscówki w Świnoujściu to piszcie! Przyda się na następny raz!

Gdzie zjeść śniadanie w Poznaniu? Część II.

Pierwszą część zestawienia najlepszych śniadań w Poznaniu można znaleźć TU. Dziś część druga, z pewnością nie ostatnia. Moje ostatnie odkrycia i ulubione miejsca na śniadanie w Poznaniu. Życie powoli wraca do normalności, znów można jadać śniadania na mieście. Smacznego!

Młyńska 12 Cafe, centrum

Młyńska 12 to kamienica w centrum miasta, w której znajdziemy restaurację The Time, bar Wino na Kieliszki, bar Twelve Cocktails&CO, Cigar Room&Whisky Bar, a od niedawna piekarnię Big Bonjour Boulangerie wraz z kawiarnią Cafe Młyńska 12.

Cafe Młyńska to miejsce niczym żywcem przeniesione z Paryża. Jest elegancko, paryski szyk czuje się i widzi już od wejścia. Zza kasy spogląda na nas rząd świeżo wypieczonych bagietek, pachnie świeżo mielona kawa. Lokal jest bardzo jasny, urządzony minimalistycznie ale z klasą, bardzo miło się tam spędza czas.

Karta śniadaniowa nie jest długa ale każdy znajdzie coś dla siebie – jest i na słodko, i wytrawnie. Ja pozostając w duchu miasta znad Sekwany decyduję na się na tosty francuskie. Trochę trzeba na nie poczekać (mimo iż lokal nie jest bardzo obłożony, zajęte może ze 3 stoliki) ale warto. Ależ to było pyszne. Mokre kawałki brioszki smażone na maśle (to czuć!), do tego aksamitny serek mascarpone i solidna porcja sezonowych owoców. Niebo w gębie. Jest dosyć drogo. Za tosty i herbatę zapłaciłam 34 zł. Szukacie eleganckiego śniadania w Poznaniu? Idźcie do Młyńskiej 12.

Czarne Mleko – Dąbrowskiego 68, Jeżyce

Czarne Mleko to kawiarnia obok której przechodziłam dziesiątki razy i jakoś nigdy nie miałam czasu, żeby wejść. Aż w końcu którejś sierpniowej soboty zawitałam tam na śniadanie. Sam lokal jest bardzo jeżycki. Wystrój idealnie pasuje do klimatu całej dzielnicy – jest prosto ale pomysłowo – stoliki z palet, wygodne fotele. Fajnie. Latem są dwa stoliczki na zewnątrz, stoją po prostu na chodniku.

Karta śniadaniowa jest krótka i konkretna – są jajecznice, omlety, owsianka i granola. Ja decyduję się na tę ostatnią. Prażone płatki i bakalie podane z musem ze świeżych truskawek i owocami sezonowymi oraz jogurtem. Pyszota. Co najważniejsze – nie było słodko. Jedyna słodycz to kilka plasterków banana. Bo czasem granole są tak mocno miodowe, że aż ciężko je jeść. Ta na szczęście była idealna. Do tego cappuccino na mleku kokosowym (wszystko razem za 25zł) i mamy śniadanie idealne.

Kuchnia i Mech – Dominikańska 7, centrum

Miejsce odkryte w pewną letnią niedzielę zupełnym przypadkiem. Akurat było to w czasie gdy w każdej knajpie, w której jadłam szukałam hummusu. Hummus uwielbiam od zawsze ale czasem mam takie fazy, że jadam go codziennie. I to akurat był ten czas więc dla mnie wybór był prosty – kanapki i hummus. I wiecie co, tak sobie uświadomiłam, że chyba pierwszy raz dostałam hummus z porządnym pieczywem a nie z pitą. I bardzo mi taka wersja odpowiadała. Chleb w Kuchni Mchu pieką sami i jest naprawdę wyśmienity. Ciężki, wilgotny, naturalny. Dokładnie taki jaki powinien być prawdziwy chleb. Hummus był smaczny, nie był to najlepszy hummus jaki jadłam w życiu ale nic mu zarzucić nie można.

Do śniadania tym razem zamiast kawy były owoce szprycery. W końcu w niedzielę można 😉 Naprawdę pyszne, lekkie, orzeźwiające, podane w przepięknych kryształowych szklanicach.

No i to wszystko w naprawdę pięknie urządzonym lokalu. Połączenie klimatów industrialnych i dużej ilości zieleni – zgrabnie to wyszło. Śniadanie i szprycer to koszt ok. 30-35 zł za osobę. Dobre śniadanie w okolicach rynku w Poznaniu? Kuchnia i Mech.

Inna Piekarnia – Ratajczaka 39

Inna funkcjonuje na kulinarnej mapie Poznania od niecałych 3 lat i nie ukrywam, że mnie kupiła od samego początku. Najpierw były tu nieziemsko pyszne wypieki, później doszły śniadania. Jeśli potrzebujecie ciasta/tortu/ciastek niczym z francuskiej piekarni, wyglądających jak milion dolarów i smakujących tak, że może opisać je tylko hashtag #foodgasm to idźcie do Innej Piekarni. Na cokolwiek się nie zdecydujecie, będziecie zachwyceni. Nie jest najtaniej ale ich wyroby są warte każdej złotówki.

Ale do rzeczy – wszak to wpis o śniadaniach. Oferta śniadaniowa Innej się zmienia cyklicznie ale zawsze jest nietypowa, ciekawa i pełna niesamowitych smakołyków. Śniadania w Innej są inne. Nie dostaniecie tu typowego omleta, jajecznicy ani twarożku. Tu dostaniecie autorskie, czasem szalone ale zawsze przepyszne kompozycje.

Moje placki były słonawe (na zakwasie), do tego owoce i palone lody. No po prostu niebo w gębie. A porcja tego była taka, że przez pół dnia potem nic nie zjadłam. W moim prywatnym rankingu Inna serwuje najlepsze śniadania w Poznaniu. Śniadanie i kawa to koszt ok. 30zł więc jest przyzwoicie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromne porcje (wszystkie śniadania są tu duże). Kocham, bywam i będę bywać nadal. A Wam polecam zwłaszcza, że piekarnia mieści się w samym centrum – między ulicą św. Marcin a placem Wolności. Śniadania serwowane są od poniedziałku do soboty od 8.30 do 14.00

Ptasie Radio – Kościuszki 74, centrum

W czasach ogromnej rotacji na gastronomicznej mapie miasta Ptasie Radio jest swego rodzaju weteranem. Ptasie Radio istnieje od lat, zmienia się rzecz jasna (zdecydowanie na plus!) i jest jakąś stałą w tym szalonym czasie zmian.

Śniadania w Ptasim Radiu serwowane są od 9 do 12 więc można wpaść i na pierwsze, i na drugie śniadanie. Latem jest ogródek, ja jednak wybieram stolik w środku. Po pierwsze jest dużo ładniej, po drugie jest klimatyzacja (na zewnątrz 29 stopni, o 10 rano!), po trzecie ogródek jest jednak przy ulicy gdzie jeżdżą samochody więc to średnie towarzystwo dla spokojnego śniadania.

Opcji śniadaniowych mamy w Ptasim Radiu kilka, ja decyduję się na bułeczki (okropnie niezdrowe, białe, pełne glutenu ale cieplutkie, mięciutkie i pyszne:D) z trzema pastami – z makreli (uwielbiam!), jajeczną i twarożkiem. Porcja duuuuża. Może nie ogromna ale dla mnie zdecydowanie za duża. Bułeczki jak już napisałam – bardzo niezdrowe i jeszcze bardziej pyszne. Wszystkie pasty bardzo smaczne, doprawione delikatnie. Wszystko podane bardzo estetycznie. No i genialne pomidory. Szczerze mówiąc już dawno nie zdarzyło mi się jeść w knajpie tak smacznych pomidorów. Duży plus. Do picia wzięłam mrożoną herbatę miętowo-truskawkową i ona była hitem tego śniadania. PRZEPYSZNA. Zdecydowanie polecam Ptasie Radio na śniadanie w Poznaniu. Jest pysznie, obficie i w pięknym otoczeniu. Za śniadanie z herbatą zapłaciłam 30zł.

Nadzieja – Zwierzyniecka 3/1, centrum

Była kiedyś na Taczaka wegańska restauracja Je Sus. Była i zniknęła. Później okazało się, że osoby odpowiedzialne za Je Sus stworzyły Nadzieję. W kompleksie Concordia na Zwierzynieckiej, czyli jednym z najgorętszych adresów w mieście. Jeśli chce zjeść dobre śniadanie w Poznaniu blisko targów czy dworca to jest to dobry adres.

Nadzieja już przed wejściem zachwyca ogromem zieleni. Latem są oczywiście stoliki na zewnątrz ale ponieważ ja odwiedziłam ją w bardzo upalny dzień (33 stopnie na termometrze) to zdecydowałam się usiąść w środku. Wystrój jest skromny ale przyjemny. Wnętrze jest jasne i przestronne, myślę, że to całkiem niezłe miejsce do pracy.

Ale do rzeczy, ja nie przyszłam pracować tylko jeść. Po zerknięciu w ofertę śniadaniową decyduję się na słodkie śniadanie. Chałka cynamonowa ze śliwkami, śmietaną i orzechami laskowymi działa mi na wyobraźnię. Do picia – jedyny słuszny napój w taki upał, czyli espresso tonic. Kawa świetna. Na śniadanie trochę trzeba poczekać ale jak się pojawia to na początek pożeram je wzrokiem. Prawda, że wygląda genialnie? Insta-friendly, zdecydowanie 😉

Ale jedzenie ma przede wszystkim smakować, nie wyglądać. I chałka smakuje wybornie. Jest masełko, jest cynamon, świeżutkie pieczywo. Do tego sporo owoców i podprażone orzechy, które pachniały genialnie. Porcja dla mnie jak zwykle za duża ale było tak pyszne, że zjadłam wszystko, co do ostatniego okruszka.

Nadzieja jest miejscem gdzie szczególnie dba się o jakość składników. Warzywa i owoce pochodzą z ich prywatnej hodowli, nie ze sklepu. Ogromny plus!

Ceny dosyć wysokie. Ja za swoje śniadanie z kawą zapłaciłam 32zł, natomiast szakszuka czy inne wytrawne śniadania kosztują około 10 zł więcej. Z tego co widziałam na stolikach obok – porcje są naprawdę potężne.

Republika Róż – plac Kolegiacki 2a

Republika Róż to kolejne miejsce, które mam wrażenie jest w Poznaniu od zawsze. Przyjemny lokal ulokowany w samym centrum miasta serwuje i śniadania, i lunche, i słodkości – spróbujcie kiedyś ich kultowej tarty malinowej – to najlepsze ciasto w Poznaniu!

Karta śniadaniowa Republiki Róż obowiązuje od poniedziałku do piątku od 9 do 12, w weekendy w Republice jest bufet śniadaniowy. Ja wybrałam się w jakiś czwartek, generalnie był to dzień kiedy sama nie wiedziałam na co mam ochotę 😉 Ostatecznie zdecydowałam się na jaglankę z migdałami i owocami. I muszę przyznać, że była to chyba najlepsza jaglanka jaką kiedykolwiek jadłam. Lekko słonawa, z owocami i mocno przyprażonymi płatkami migdałowymi. Smaki się uzupełniały, całość była naprawdę obłędna. Wysoka pozycja na liście najlepszych śniadań w Poznaniu. Do śniadania możecie wziąć kawę lub herbatę śniadaniową za 3 zł.

Jedyny minus – fatalna, naprawdę fatalna obsługa. W ogóle niezainteresowana gośćmi, bardzo długi czas oczekiwania najpierw na kartę, potem na złożenie zamówienia i ostatecznie nawet na herbatę. A zajęte były raptem 3 stoliki. Ale byłam w republice wielokrotnie i taka obsługa zdarzyła mi się po raz pierwszy więc mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka.

Kulka Cafe – Towarowa 41

Bardzo niedaleko od dworca (naszego poznańskiego chlebaczka) więc jeśli jesteście w Poznaniu przejazdem i potrzebujecie szybkiego (ale smacznego) śniadania to zajrzyjcie do Kulki.

Fajna, kolorowa restauracja, przyjemna obsługa no i naprawdę dobre śniadanie. O ile w domu moje śniadania są zawsze super zdrowe to na mieście grzeszę 😉 W Kulce wybrałam tosty z gorgonzolą, och jakie to było tłuste i pyyyyszne 🙂 Muszę tam wrócić a Wam polecam Kulkę na smaczne śniadanie w Poznaniu. Mają też świetną kawę.

Razowa Bistro – Wrocławska 20, centrum

Razowa to bardzo popularna śniadaniownia. Ja nie jestem jej wielką fanką. Głównie z tego względu, że działa tam popularna piekarnia i przewija się mnóstwo ludzi. Co chwilę ktoś wchodzi, wychodzi, dużo się dzieje. Ja lubię jeść śniadania w spokoju. Więc Razowa to raczej miejsce na szybkie śniadanie, nie na długie celebrowanie poranka.

A co zjeść na śniadanie w Razowej? Wszyscy polecali mi szakszukę więc się na nią skusiłam. Była smaczna ale jadłam w swoim życiu lepsze. Jeśli w innych lokalach nie ma miejsca to idźcie do Razowej ale nie serwuje ona najlepszych śniadań w mieście 😉 Ale pieczywo rzeczywiście mają świetne.

Szarlotta Bistro – Świętosławska 12

Po raz pierwszy w Szarlotcie byłam tuż po otwarciu. Mimo iż bardzo mi smakowało jedzenie to później jakoś tam nie trafiałam. W sumie nie wiem czemu. Ale w poszukiwaniu najlepszego śniadania w Poznaniu w któryś letni poranek wróciłam do Szarlotty.

Lokal urządzony jest bardzo stylowo, obsługa zawsze jest uprzejma i sprawna, a jedzenie bezbłędne. Tym razem postawiłam na naleśniki z serem i owocami, a żeby się dowitaminizować wzięłam zielony koktajl. Wszystko pyszne, w pięknym otoczeniu. Gdzie zjeść dobre śniadanie w Poznaniu? Szarlotta Bistro. Tuż przy starym rynku.

Jak widzicie moda na jadanie śniadań na mieście trwa w najlepsze, restauracje otworzyły się po koronaprzerwie więc za jakiś czas spodziewajcie się kolejnej porcji smacznych śniadaniowych adresów. Ale najpierw pokażę Wam gdzie zjeść najlepsze śniadanie we Wrocławiu i dorzucę drugą część moich ulubionych śniadaniowni w Warszawie (część pierwsza TU). Brakowało mi jedzenia na mieście więc teraz będę nadrabiać 🙂

Kulinarny przewodnik – gdzie zjeść w Łodzi?

Zanim zabiorę Was na wycieczkę po Łodzi i pokażę co warto zwiedzić w mieście, które przeszło na przestrzeni ostatnich lat ogromną metamorfozę, zapraszam na wycieczkę kulinarną. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Gdzie w Łodzi zjeść śniadanie, gdzie iść na deser, a gdzie na drinka? Gotowi? Czas zjeść Łódź!

Gdzie zjeść śniadanie w Łodzi?

Lećmy po kolei 😉 Dzień zaczyna się od śniadania więc na początek pyszne łódzkie śniadaniownie. Czasem sobie myślę, że ja już tyle śniadań w tylu różnych miejscach zjadłam, że nic mnie nie zaskoczy a jednak… Raz na jakiś czas pojawia się knajpa wychodząca poza schemat i poza tym, że jest inaczej to zazwyczaj jest totalny zachwyt. W Łodzi też zaskoczeń i zachwytów nie brakowało.

Na początek moje absolutne miejsce nr 1 jeśli chodzi o najlepsze śniadanie w Łodzi – Montag. Mały lokal mieści się w podwórku przy Piotrkowskiej 107. Jest to właściwie piekarnia plus miejsce gdzie można wypić kawę albo zjeść właśnie śniadanie. I tu moje oczy rozbłysły jak w menu (krótkim ale ciekawym) zobaczyłam burratę na ciepło, w panierce z chleba. Podane to było z sosem pomidorowym, musiało mieć jakiś milion kalorii ale… to było chyba moje najlepsze śniadanie zjedzone podczas lata 2019. A latem 2019 roku bardzo dużo podróżowałam po Polsce i zjadłam kilkadziesiąt śniadań w różnych zakątkach naszego kraju. Muszę tu dodać, że ja w ogóle jestem serowa a burrata to jest ser, za który dałabym się pokroić (pokazywałam Wam już tę miłość np. przy okazji Katowic). Ale w takiej postaci nie jadłam go nigdy wcześniej (i nigdy później).

Dodam tylko, że wszystko w piekarni wyglądało niebywale smakowicie. Kusiły ciastka francuskie SAMO ZŁO (ze zwiększoną ilością masła i cukru). I wiecie co? Do dziś żałuję, że jednak się na to ciastko nie skusiłam. Jeśli będziecie w Łodzi i pójdziecie na śniadanie do Montag to zjedzcie za mnie jedną 😉

Drugie miejsce gdzie warto zjeść śniadanie w Łodzi to Spółdzielnia. Lokal mieści się na terenie OFF Piotrkowska przy ul. Piotrkowskiej 138/140. OFF Piotrkowska jest symbolem metamorfozy Łodzi i miejscem, które podczas weekendu w tym mieście odwiedzicie nie raz, i nie dwa 😉 Pięknie zagospodarowane lokale mieszczą ciekawe knajpy. Spółdzielnia zachwyca postindustrialnym wystrojem i ciekawym menu. Są tu klasyczne pozycje śniadaniowe – twarożek, jajecznica czy jajka gotowane – ale są też autorskie kompozycje takie jak kaszanka, chałka z musem sernikowym czy jajecznica truflowa z mascarpone. Pysznie i pięknie, warto! Do tego super fajny pomysł na sudoku w menu – oczekując na zamówienie można wysilić szare komórki.

I ostatnie miejsce gdzie się wybrałam na śniadanie w Łodzi – Breadnia (Piotrkowska 86). To chyba jedno z najpopularnieszych miejsc na śniadanie na mieście w Łodzi. Wybór śniadań mają tu naprawdę ogromny i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jest coś mniej lub bardziej klasycznego, jest coś wytrawnego i coś słodkiego. Uwaga – porcje są tu ogromne. Jeśli wybieracie się w dwie lub więcej osób to rozważcie zamówienie jednego zestawu na 2 osoby.

Ja zdecydowałam się na klasyczny zestaw pieczywo + pasty kanapkowe. Było smacznie (poza hummusem – ten był mocno przeciętny), było dużo, było poprawnie. Dwie poprzednie miejscówki serwują smaczniejsze śniadania w Łodzi. W Breadni jest mniej instagramowo 😉 ale dobrze i tanio.

Gdzie zjeść w Łodzi?

Śniadanie za nami, Łódź pozwiedzana, to teraz czas na lunch, obiad, kolację czy jakkolwiek inaczej zwany porządny posiłek. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Na początek Tel Aviv Urban Food (Piotrkowska 122). Lokal dobrze znany lubiącym kuchnię Bliskiego Wschodu mieszkańcom Warszawy ma swój oddział w samym sercu Łodzi.

Łódzki Tel Aviv ma dużo piękniejsze i przyjemniejsze wnętrze niż ten warszawski no i genialne jedzenie. Właściwie wszystko czego próbowałam było przepyszne. Najlepszy jak zawsze hummus. Do tego naprawdę pomocna i przyjazna obsługa. Zdecydowanie warto zapisać sobie to miejsce. Uwaga, Tel Aviv jest bardzo popularnym lokalem zarówno wśród Łodzian jak i turystów dlatego na wieczór lepiej zrobić rezerwację.

Drugie miejsce, które odwiedziłam w Łodzi to Farina Bianco (al. Piłsudskiego 14). Sporo osób polecało mi to miejsce, a że kocham włoską kuchnię to długo mnie namawiać nie trzeba było 😉 Farina Bianco reklamuje się jako największa restauracja w Polsce – szczerze mówiąc nie wiem co w tym takiego super a i sam lokal nie sprawiał wrażenie jakiegoś niebywale rozległego no ale może nie zajrzałam do każdego zakątka 😉 Wystrój na pewno jest bardzo przyjemny, obsługa bardzo sympatyczna. A jedzenie? Może moim błędem było, że zdecydowałam się na lazanię. Baaardzo przeciętna. Nieskromnie powiem, że ja robię lepszą. Nadrobił deser – przepyszny. Jak będę w Łodzi to dam temu miejscu drugą szansę, bo widać tam potencjał ale… nie zamawiajcie lazanii 😉

Natomiast naprawdę najlepsze włoskie jedzenie w Łodzi serwuje niepozorny lokal o nazwie Pracownia Bistro – w OFF Piotrkowska. Wybrałam się tam na swój ostatni obiad przed wyjazdem z Łodzi, zupełnie przypadkowo. Chodziłam od knajpy do knajpy na terenie OFF i jakoś nic mnie nie przekonywało. Trochę zrezygnowana usiadłam w końcu w Pracowni a tam prawdziwe olśnienie – jeden z najlepszych makaronów jakie jadłam w swoim życiu. O wystroju już nie będę pisać, bo wystarczy spojrzeć na zdjęcia, żeby zobaczyć, że jest tak bardzo łódzko. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce gdzie warto zjeść w Łodzi to powiem Pracownia Bistro.

A gdzie się wybrać wieczorem na piwo w Łodzi i przy okazji coś przekąsić? Las Tablas Tapas Bar. Jak nietrudno się domyślić jest to bar z tapasami mieszczący się w podwórku przy Piotrkowskiej 89. Jak na tapas to porcje są tu naprawdę duże – to są takie hiszpańskie tapas w polskim rozmiarze 😉 Dobre kalmary, smaczne panierowane sery ale moim hitem jest morcilla, czyli hiszpańska kaszanka podawana z sosem aioli. Pyszności!

I jeszcze jedna polecana restauracja przy Piotrkowskiej (nr 90) – Agrafka. To jest najbardziej łódzkie miejsce w możliwych. Wystrój bardzo mocno nawiązuje do tradycji miasta i jedząc tutaj lunch czy kolację nie będziecie mieli wątpliwości, że jesteście właśnie w Łodzi. Ogromny plus za wystrój i klimat. Ale jedzenie też smaczne. U mnie padło na sałatkę z serem camembert – może nie była to najlepsza sałatka w moim życiu ale bardzo dobra, porcja duża, sera nikt nie żałował. Może trochę za dużo żurawiny. Ale bardzo polecam w Łodzi restaurację Agrafka – chociażby na kawę czy piwo. Poczujcie Łódź!

Łódź – gdzie na kawę?

Intensywne zwiedzanie wymaga utrzymania stałego poziomu kofeiny we krwi. Zatem gdzie w Łodzi iść na kawę i deser? Gdzie wypić pyszną małą czarną w pięknym otoczeniu?

Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to Powidok przy placu Wolności 7/8. Mieści się tu też restauracja. Powidok sprawia wrażenie takiego fancy miejsca, wręcz trochę sztywnego ale to tylko pozory. Miejsce jest bardzo przyjazne, obsługa niebywale sympatyczna a wystrój – przepiękny. W kategorii najbardziej instagramowe miejsce w Łodzi pierwsza 3ka 😉 Powidok znajduje się przy ruchliwym i gwarnym placu Wolności – sama nie wiedziałam czy mam patrzeć na piękne wnętrze czy na toczące się życie Łodzi. Nieważne czy na kolację czy tylko na kawę – Powidok warto w Łodzi odwiedzić.

Drugie miejsce, które mnie urzekło w Łodzi to Beza Food & Bourbon przy ul. Ogrodowej 8. Niezwykle sympatyczny właściciel, piękne (choć niewielkie) wnętrze i naprawdę doskonała kawa. Uwaga, w Bezie w każdy niedzielny poranek serwują churrosy. Jeśli chcielibyście zgrzeszyć kulinarnie to polecam z całego serca.

W tym samym kompleksie znajduje się Bakes & Cakes. Też jest instagramowo i pięknie a każde jedno ciasteczko jest tu prawdziwym dziełem sztuki. Chyba z 15 minut się przyglądałam zanim zdecydowałam się zamówić. W wyborze pomogła mi przemiła pani z obsługi. Niby się zastanawiałam ale ostatecznie skończyłam na swoim ulubionym aromacie mango. Ciasteczko było jeszcze smaczniejsze niż wyglądało. Mimo iż długo się zastanawiałam zanim wbiłam w nie widelec 😉

I kolejne pyszne miejsce na słodko-kawowej mapie Łodzi – Eden Cafe. Tym razem w samym centrum, w podwórku przy Piotrkowskiej 67. Po raz kolejny niebywale sympatyczna obsługa, doskonała kawa i panna cotta równie pyszna jak we Włoszech. Słodycz deseru przełamywały kwaśne jeżyny – mistrzostwo świata. Do tego pastelowe piękne wnętrze, choć w upalny lipcowy dzień usiadłam na zewnątrz. Koniecznie!

Jak już jesteśmy przy deserach to jako lodożerca będący w Łodzi w upalnym sierpniu nie mogłam sobie odmówić mojego ulubionego deseru. Gdzie zjeść dobre lody w Łodzi? Lód Miód. Zgodnie z panującym trendem są naturalne, kremowe, mocno śmietankowe. Spory wybór smaków. Lód Miód znajdziecie pod jednym z kilku (a może już kilkunastu?) adresów w Łodzi – najbliżej centrum jest Piotrkowska 114.

Jeśli podczas zwiedzania Łodzi wybierzecie się do Palmiarni (polecam! i jeszcze będę o niej pisać) to w otaczającym ją parku Źródliska I znajduje się bardzo przyjemna kawiarnia – Tubajka. Ja zrobiłam sobie tylko przerwę na lemoniadę (doskonała!) ale wszystkie desery wyglądały bardzo zachęcająco. Do tego wielkie i super wygodne fotele. Nie chciało się wychodzić.

I już na koniec (ile można grzeszyć w jeden weekend?) Niebieskie Migdały. Ja byłam w lokalu przy Piotrkowskiej 200 ale znajdują się też w 2 innych lokalizacjach – przy placu Wolności 12 oraz ulicy Sienkiewicza 40. Niebieskie Migdały to herbaciarnia – taka prawdziwa herbaciarnia w stylu retro. Zresztą co ja tu będę pisać – popatrzcie na zdjęcia. Niby Łódź, a jakby Paryż 100 lat temu. Do tego ogromny wybór herbat – latem również na zimno. Idealne miejsce, żeby zwolnić podczas intensywnego zwiedzania miasta. I cofnąć się w czasie.

Łódź – gdzie na drinka?

No właśnie, gdzie w letni wieczór w Łodzi wyjść na drinka lub piwo? Oczywistą odpowiedzią wydaje się OFF Piotrkowska. Jestem wielką fanką tego projektu (jak zresztą wszystkich zagospodarowanych postindustrialnych wnętrz). OFF Piotrkowska to zagłębie restauracji i barów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, miejsce tętni życiem zwłaszcza po zmroku, latem często ciężko znaleźć miejsce siedzące. Ale warto – żeby zobaczyć jak żyje Łódź.

Drugie miejsce w Łodzi gdzie można spróbować street foodu z różnych zakątków świata i w fajnej atmosferze wypić drinka albo lampkę wina to Odlewnia – znajduje się przy Piotrkowskiej 217. Jest trochę spokojniej (choć wieczorem to miejsce też tętni życiem), a równie różnorodnie i przyjemnie. No i ten mural! 😉

Latem na drinka zaprasza Beach Bar przy łódzkiej Manufakturze. Nie wiem czy w sezonie 2020 będzie działał (wiadomo jaka jest sytuacja) ale w środku upalnego lata 2019 można się tu było poczuć jak nad morzem – w środku miasta. Był najprawdziwszy piasek i drinki z palemką. Super pomysł!

Niestety podczas tego pobytu już nie zdążyłam odwiedzić żadnego baru z widokiem w Łodzi ale jeśli byście takiego szukali to moją uwagę zwrócił bar na ostatnim piętrze hotelu Andels. Następnym razem! Łódź naprawdę da się lubić – choć gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś tak stwierdzę to zabiłabym go śmiechem. Łódź była jednym z tych miast, do których nie chciałam wracać ale okazuje się, że przeszła tak ogromną transformację, że warto raz na jakiś czas spędzić tam weekend. Post o atrakcjach i zwiedzaniu Łodzi pojawi się już niedługo 🙂

Lublin – kulinarny przewodnik. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie?

Lublin – miasto, do którego wybierałam się od lat ale ciągle było za daleko. Lublin nie przybliżył się do Poznania ale udało mi się w końcu tam dotrzeć w wakacje 2019. I był to wyjazd pełen zaskoczeń, również kulinarnych. Gdzie w Lublinie zjeść śniadanie, gdzie spróbować lokalnych specjałów, gdzie iść na piwo, a gdzie w Lublinie serwują najlepsze lody? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Lublinie. Będzie pysznie i pięknie!

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia 😉 Więc od pysznego śniadania zaczynamy. Gdzie zjeść śniadanie w Lublinie? Przetestowaliśmy podczas naszego pobytu kilka miejscówek i naprawdę nie potrafię wskazać najlepszej. Wszędzie było pysznie i w pięknym otoczeniu.

Śniadanie w Lublinie – Spokojna 2

Nasze pierwsze śniadanie w Lublinie było nieco z dala od turystycznego centrum miasta. Padło na lokal o nazwie Spokojna 2. Znacie więc już i nazwę, i adres w jednym 😉 A śniadania mają tu absolutnie fantastyczne. To co zachwyca na początku to sam lokal – przestronny i jasny, świetnie urządzony. Jestem wielką fanką otwartych kuchni – w Spokojnej 2 taka właśnie jest. Do tego słoje z wekami i świeżo wypieczone pieczywo na ladzie. W 100% moje klimaty!

No ale przejdźmy do sedna, bo samym wystrojem restauracji człowiek się nie naje 😉 Menu śniadaniowe jest urozmaicone – można tu znaleźć coś klasycznego, coś bardziej nowoczesnego, na słodko i wytrawnie. Słowem – każdy znajdzie coś dla siebie. My popróbowaliśmy wszystkiego po trochu i jednogłośnie stwierdziliśmy, że wszystko było przepyszne. Świetna jajecznica (nie żałowano masła – za co ode mnie 10/10), genialne tosty francuskie, parowańce z łososiem – pyszota. Do tego bardzo dobra kawa i naprawdę rewelacyjna obsługa. Mimo iż nieco z dala od centrum to podczas wizyty w Lublinie bardzo polecam Wam to miejsce na śniadanie!

Pelier

Druga świetna śniadaniownia w Lublinie to Pelier. Tym razem w samym sercu starego miasta – przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Ciężko mi zdecydować gdzie w Lublinie są najlepsze śniadania, bo naprawdę wszystkie nam bardzo smakowały ale Pelier zdecydowanie wygrywa w kategorii wystrój i klimat. Gdyby nie to, że mieliśmy napięty grafik, a w planach zwiedzanie wielu miejsc to mogłabym siedzieć w Pelier i pół dnia! Zresztą spójrzcie tylko na te zdjęcia – kosmos. Dużo się na tych ścianach, oknach i sufitach dzieje a jednak wszystko jest zrobione tak, że nie przytłacza i nie męczy. Najpiękniejsza restauracja w Lublinie!

A jak z jedzeniem? Śniadania przepyszne – i wyglądem, i smakiem dorównują wystrojowi restauracji. Znowu był omlet – świetny. Był bajgiel – doskonały. I moje śniadanie nr 1 w Pelier – grzanki z gruszką i serem pleśniowym. Obłędne, przepyszne i rozpływające się w ustach. I jak praktycznie wszędzie w Lublinie niebywale uprzejma obsługa. Planując śniadanie w Lublinie koniecznie wybierzcie się do Pelier! Dla spragnionych bąbelków od rana – serwują też prosecco z watą cukrową 😉

Trybunalska City Pub

I ostatnie miejsce w Lublinie gdzie wybraliśmy się na śniadanie – Trybunalska City Pub. Śniadanie na samym rynku w Lublinie. Zdecydowaliśmy się na ten lokal z dwóch powodów – przede wszystkim serwuje śniadania od 7 rano. Poprzednie miejscówki są otwarte od 10, a my tego dnia gdzieś wyjeżdżaliśmy i musieliśmy zjeść wcześniej. Po drugie w Trybunalskiej serwują śniadanie po lubelsku, czyli czyli cebularz zapiekany z grzybami, serem Bursztyn, pomidorem i jajkiem. Nie mogliśmy tego regionalnego specjału pominąć 🙂

Rzeczywiście to śniadanie lubelskie było najsmaczniejsze, pozostałe w porządku choć bez większego szału – poprawne. Restauracja znajduje się na samym rynku więc w upalny lipcowy poranek jedliśmy na zewnątrz, z widokiem na ratusz. Tu tak w ramach wyjątku trafiliśmy na fatalną obsługę ale mam nadzieję, że to tylko nam się tak trafiło. W każdym razie w Lublinie na pewno warto zjeść choć raz śniadanie lubelskie w Trybunalskiej.

Zanim przejdziemy do restauracji lunchowo-obiadowo-kolacyjnych zatrzymajmy się na chwilę przy cebularzu. Skoro to słowo już padło to wymaga trochę wyjaśnień. Cebularz to jest coś co w Lublinie trzeba spróbować. Trzeba i kropka. Jest to pszenny placek, taka właściwie płaska bułeczka, a na niej cebula wymieszana z makiem. Cebularze wywodzą się z kuchni żydowskiej – są przekąską w gruncie rzeczy prostą ale w tej prostocie przepyszną! Można ich spróbować w Lublinie i w całym regionie. Świetne jedliśmy też w Zamościu.

Od 2007 roku cebularz lubelski znajduje się na liście produktów tradycyjnych, a od 2014 roku jest na liście produktów regionalnych stworzonej przez Unię Europejską. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o historii tego lubelskiego przysmaku to w Lublinie działa Regionalne Muzeum Cebularza poświęcone w 100% pszennemu plackowi z cebulką.

A gdzie zjeść najlepsze cebularze w Lublinie? Odpowiedź jest jedna – piekarnia Kuźmiuk. Piekarnia działa od 1944 roku i rokrocznie wygrywa w rankingach najlepszych piekarni w Lublinie, jest też polecana przez przewodnik Gault & Millau. Piekarnia mieści się przy starym mieście – przy ul. Furmańskiej 4. Już sam wystrój przenosi nas w inną epokę, a cebularze – palce lizać. Koniecznie! Po cebularze wybierzcie się rano, bo po 12 można już tylko obejść się smakiem! W piekarni są też dostępne inne regionalne produkty z regionu Lubelszczyzny.

Sielsko Anielsko

Było śniadanie, był cebularz, czas na porządny obiad. O ile w wielu miejscach restauracje przy rynku albo w samym centrum są turystycznymi pułapkami to Lublin tej zasadzie przeczy. Przy rynku i na starym mieście są genialne restauracje z prawdziwym lokalnym jedzeniem.

Pierwsze miejsce na naszej liście to Sielsko Anielsko (Rynek 17). Wymęczeni lipcowym upałem zaczęliśmy studiowanie menu od piwa. Okazuje się, że Sielsko Anielsko ma swoje piwo. I to nawet w kilku rodzajach. Spróbowaliśmy chyba 3 czy 4 – wszystkie świetne. Żurawinowe dla mnie trochę za słodkie.

Zanim dostaliśmy zamówione dania bardzo pozytywnie zaskoczyło nas czekadełko – wypiekany na miejscu chleb ze smalcem i ogórkiem. Było tak pyszne, że gdyby nie świadomość, że za chwilę przyjdą dania główne to najadłabym się samym chlebem 😉

A jak już przyszły zamówione dania to cóż… Przeraziła mnie ich wielkość 😉 Moja porcja wątróbki z kopytkami starczyłaby mi spokojnie na 3 posiłki. Tatar też był całkiem spory. Mieliśmy jeszcze golonkę (zdjęcie gdzieś wcięło). Wszystko było przepyszne ale pamiętajcie – porcje w Sielsko Anielsko są ogromne!

Mandragora

Kolejna restauracja przy lubelskim rynku, którą odwiedziliśmy. Było to ostatniego dnia – nasza pożegnalna kolacja w Lublinie. Spędziliśmy tam chyba ze 3 godziny! Mandragora to restauracja żydowska i specjalizuje się w specjałach tej właśnie kuchni. Jak kuchnia żydowska to ja oczywiście nie mogłam sobie odmówić hummusu. Był dobry ale zdecydowanie jadałam lepsze w swoim życiu. Na szczęście to był tylko początek. W ramach przystawki zamówiliśmy też śledzie po żydowsku – były rewelacyjne. Później pojawiły się gęsie pipki – bardzo dobre. I na koniec wisienka na torcie – kaczka po żydowsku. Mięciusieńka, kruchutka, no po prostu genialna.

Chociaż nie, to jeszcze nie koniec. Na koniec był deser. A jak deser w restauracji żydowskiej to wyłącznie pascha. Kocham paschę, zresztą jak serniki w każdej postaci. Do tej pory wydawało mi się, że najlepsza pascha w Polsce jest w Krakowie, w restauracji Dawno temu na Kazimierzu. Ale teraz mam wątpliwości. Ta pascha z Mandragory jest zupełnie inna ale absolutnie przepyszna! Och, ledwo się z tej Mandragory wytoczyliśmy. Ceny są nieco wyższe niż w pozostałych opisanych knajpach ale warto!

Restauracja Mandragora ma fantastyczny klimat, cudowną obsługę (chyba najlepszą ze wszystkich restauracji w jakich byliśmy) no i świetne jedzenie. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie? Mandragora. Bezapelacyjnie.

Restauracja Magia

I ostatnia restauracja przy Rynku w Lublinie, którą odwiedziliśmy – Magia. Tu trafiliśmy zupełnym przypadkiem – po prostu nigdzie w okolicy nie było wolnego stolika! Magia ma świetny ogródek w sezonie letnim.

Moją uwagę w menu zwróciła jedna pozycja – pielmieni. Nie raz pisałam, że kocham syberyjskie pierożki toteż nie miałam problemu co zjeść. Były bardzo smaczne. Poza tym jadłam jeszcze rosół – dobry ale bez WOW. Na naszym stole pojawiła się też polędwiczka wieprzowa sous-vide – bardzo soczysta, aromatyczna i smaczna. Do tego oczywiście lubelska Perła. Magiczna to bardzo dobra restauracja przy rynku w Lublinie, odgrodzona od zgiełku centrum.

Perłowa Pijalnia Piwa

Nie jestem wielką fanką piwa ale wyznając zasadę, że wszędzie trzeba jeść i pić lokalnie nie mogłam nie spróbować lubelskiej Perły! Perłę serwuje się w niemalże każdym lokalu gastronomicznym w Lublinie ale w Perłowej Pijalni Piwa (ul. Bernardyńska 15A) można spróbować każdego jednego rodzaju piwa warzonego w lubelskim browarze. Wielu z nich można spróbować wyłącznie tu, w żadnym innym miejscu.

Perłowa Pijalnia Piwa to piękny lokal (patrząc na te zdjęcia cały czas się zachwycam) ale latem też bardzo przyjemny ogródek na tyłach lokalu (więc z dala od głośnej ulicy). Poza piwem są przekąski i sezonowe desery z piwem w roli głównej. My zdecydowaliśmy się na zestaw degustacyjny – w tej formie można spróbować kilkunastu dostępnych w pijalni piw. Perłowa Pijalnia Piwa to kolejny punkt na gastronomicznej mapie Lublina, którego nie można przegapić.

Anabilis – najlepsze lody w Polsce!

I na koniec lody. I to lody nie byle jakie, bo zgodnie uznaliśmy, że w Polsce nie ma lepszych. To aż niesamowite, że niby zwykłe lody mogą tak smakować. Jedliśmy je dwa razy dziennie, codziennie. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. A gdzie są najlepsze lody w Polsce? W lodziarni-cukierni Anabilis, przy ul. Lubartowskiej 7 – tuż obok Bramy Krakowskiej będącej jedną z bram prowadzących na lubelski rynek.

Nie jestem w stanie opisać tych lodów, bo ich się nie da opisać – ich trzeba spróbować. Idealnie kremowe, tłuściutkie (o tak, czuć, że śmietany nikt nie żałował) ale nie przesłodzone. Po prostu genialne. Kolejka ciągnie się tam o każdej porze ale lody warte są każdej odstanej minuty.

W Anabilis mają też różne ciasta i wypieki, które wyglądały bardzo zachęcająco ale w upalnym lipcu jedliśmy tam TYLKO i AŻ lody. Najlepsze lody w Lublinie, najlepsze lody w Polsce. Jeśli kiedyś do Lublina wrócę to pierwsze kroki skieruję właśnie do Anabilis i Wam też polecam.

Mam nadzieję, że już nie macie wątpliwości gdzie zjeść w Lublinie, gdzie iść na śniadanie, gdzie na piwo i gdzie na lody 😉 Jeśli macie swoje ulubione miejscówki w stolicy Lubelszczyzny to dajcie znać w komentarzu. Przyda się na następny raz 😉

Kulinarny Kaliningrad – gdzie zjeść w Kaliningradzie?

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Gdzie zjeść w Kaliningradzie rosyjską kuchnię? Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie jeśli chcecie dobrze zjeść w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna bardzo dobra restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie! Jeśli szukacie miejsca gdzie można dobrze i tanio zjeść w Kaliningradzie to uderzajcie tutaj.

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Dobra restauracja w Kaliningradzie? Kavkaz!

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna. Także jeśli szukacie miejsca gdzie można bardzo dobrze zjeść w Kaliningradzie choć nie najtaniej to zachęcam do odwiedzin.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest gdzie dobrze zjeść. A restauracje urządzone są tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Madryt – przewodnik kulinarny – gdzie zjeść w Madrycie?

Uwielbiam Madryt. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolę stolicę Hiszpanii od popularniejszej Barcelony. Ale zawsze jakoś tak się składa, że w Madrycie bywam przy okazji. Parę ładnych lat temu spędziłam w Madrycie 1 dzień, bo kupiłam sobie bilety na Maltę z Poznania przez… Madryt 😀 I tak już kilka razy. Podczas mojej ostatniej podróży, której głównym celem była Andaluzja w Madrycie spędziłam 2 dni. I były to dni poświęcone na niespieszne włóczenie się po mieście. Bez zwiedzania, muzeów, pałaców i innych atrakcji. Tylko ja i Madryt. Wróciłam jeść do sprawdzonych miejscówek ale też odkryłam coś nowego. Zapraszam na mój mały przewodnik – Madryt kulinarnie czas start!

Mercado de San Miguel

Na początek klasyk klasyków i miejsce, które absolutnie trzeba odwiedzić w Madrycie – czy to na tapas, czy na szybki lunch, czy po prostu na lampkę wina. Coś słodkiego też się znajdzie.

Mercado de San Miguel to najsłynniejsza hala targowa w Madrycie. Tak jak nie ma zwiedzania Barcelony bez wizyty na targu la Boqueria, tak nie ma włóczęgi po Madrycie bez choćby jednorazowej wizyty w Mercado de San Miguel. Oczywiście wiele osób narzeka, że ceny są wysokie, że to atrakcja dla turystów, że z roku na rok coraz mniej tu autentycznego hiszpańskiego klimatu… Ale radzę tych głosów nie słuchać tylko pójść i samemu zdecydować czy to miejsce na jednorazową wizytę czy tak jak ja będziecie chcieli tu wracać i wracać.

Mercado de San Miguel mieści się w samym centrum miasta, tuż przy Plaza Mayor. Sama hala została wybudowana w 1916 roku, w latach 2003 – 2009 przeszła generalny remont i dziś jest nie tylko miejscem gdzie można dobrze zjeść w Madrycie ale też atrakcją turystyczną samą w sobie.

W środku czeka ponad 30 stoisk, a na nich symbol Hiszpanii – szynka iberyjska, owoce morza, które przyjeżdżają do Madrytu codziennie z Galicji, sery z Kastylii, Asturii i Kraju Basków, hiszpańskie oliwki, desery, bary z winem i tapas wszelkiego rodzaju. Dla miłośników włoskich klimatów – jest Aperol i stoiska z włoskimi przekąskami.

Mercado de San Miguel jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów ale spotkacie tu też mnóstwo Madrytczyków. Za dnia wpadają na szybki lunch, wieczorem na lampkę wina u ulubionego barmana. Jeśli jeszcze macie wątpliwości czy warto się tu wybrać to już nie powinniście. Dla mnie punkt obowiązkowy każdej wizyty w Madrycie.

Godziny otwarcia hali: niedziela-czwartek 10.00-24.00, piątek i sobota 10.00-1.00.

Mercado de San Anton

Druga hala targowa, którą warto odwiedzić w Madrycie to Mercado de San Anton położona w dzielnicy Chueca przy Calle de Augusto Figueroa 24. Jeśli szukacie miejsca gdzie warto zjeść w Madrycie to zapiszcie sobie ten adres. Tu turystów jest bardzo niewielu – miejsce zdecydowanie oblegane przez Madrilenos.

Ja zresztą mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju hal targowych – na publikację czekają wpisy z Kaliningradu czy Stuttgartu gdzie też traciłam głowę i zdrowy rozsądek w tego typu miejscach.

Mercado de San Anton liczy kilka poziomów. Na pierwszym znajduje się supermarket (żadna to atrakcja więc można pominąć). Na drugim już robi się ciekawiej – są tu stragany ze świeżymi owocami i warzywami, rybami, oliwkami, szynkami i wszelkimi innymi specjałami jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. To miejsce na zakupy spożywcze, nie na jedzenie.

Najpyszniej robi się na kolejnym piętrze – tu mamy kilkanaście stoisk z tapasami i daniami z różnych stron Hiszpanii. Ale dla znudzonych hiszpańską kuchnią jest też sushi.

Ja zdecydowałam się na kolację rodem prosto z wysp Kanaryjskich. Wino też było z Gran Canarii! Świetne.

Największa atrakcja targu znajduje się na ostatnim piętrze. Tą atrakcją jest restauracja La Cocina de San Anton z prawie 400-metrowym tarasem oferującym nieziemskie widoki na Madryt. Przepięknie urządzona, zawsze pełna ludzi. Na zewnątrz znajduje się koktajl bar więc nie musicie tu jeść, można przyjść tylko na kawę lub lampkę wina. Jeśli chcecie odkrywać Madryt Kulinarnie – pozycja obowiązkowa.

Takos al Pastor

Jest takie miejsce w Madrycie, do którego zawsze stoi kolejka przed wejściem. Mowa o restauracji Takos al Pastor. A właściwie o dwóch restauracjach – jedna mieści się tuż przy Plaza Mayor przy Calle de Botoneras 7, a druga bardzo blisko Gran Via – przy Calle de la Abada 2. Jak nietrudno się domyślić restauracja serwuje meksykańskie tacosy. W wersja różnych różnistych ale najlepsze jest w nich to, że 1 taco kosztuje tylko 1 EUR. Ceny jedzenia w Madrycie są dosyć wysokie więc nic dziwnego, że knajpa, która serwuje dobre i tanie jedzenie w samym centrum miasta jest tak oblegana. Są tacos, są quessadillas, jest margarita. Same pyszności.

Menu dostępne jest tylko w języku hiszpańskim ale obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku i można bez problemu zamówić co się chce. Jak już odstoicie swoje w kolejce do wejścia to potem na jedzenie czeka się dosłownie 3 minutki. Gdzie dobrze i tanio zjeść w Madrycie? Takos al Pastor! Koniecznie!

Śniadanie w parku El Retiro

Wybór tego co zjeść na śniadanie w Hiszpanii dla mnie jest banalny – tortilla de patatas. Codziennie. Do znudzenia. Prosta rzecz – ziemniaki, jajka, cebulka. Polane obficie oliwą. Uwielbiam i jadam codziennie podczas pobytów w Hiszpanii.

A gdzie zjeść śniadanie w Madrycie? W słoneczny dzień, nawet lutowy, najlepiej smakuje w parku El Retiro. Jest tam sporo restauracji i kawiarni, które całym rokiem oferują śniadania z pięknym widokiem na tłumy spacerowiczów i biegaczy. Tym razem jadłam w Galapagos – było super smacznie. I widok mają chyba najlepszy 🙂 Tortilla de patatas, kawa i wino – idealne rozpoczęcie pięknego dnia w Madrycie 🙂

Barajas Campanilla

I na koniec miejsce najbardziej niepozorne, z dala od turystycznego zgiełku Madrytu, a dla mnie prawdziwa perełka na kulinarnej mapie stolicy Hiszpanii. Jest to miejsce, do którego pewnie większość z Was jednak nie trafi, bo znajduje się ono w dzielnicy Barajas – kilkaset metrów od lotniska. Ze względu na to, że mój lot powrotny z Madrytu był o 7 rano zdecydowałam się spędzić ostatnią noc w stolicy Hiszpanii właśnie w dzielnicy Barajas, żeby szybko dojechać na lotnisko (metro w Madrycie kursuje dopiero od 6 rano!).

Jeść wyszłam o godzinie 16 – większość restauracji w Hiszpanii jest o tej porze zamkniętych. Jedyną otwartą była właśnie Barajas Campanilla. Jak popatrzyłam na ten staroświecki bar i stoliki z obrusami w kratę to pomyslałam, że albo to będzie kompletna porażka albo strzał w 10tkę. I nie pomyliłam się. Zacznijmy od tego, że barman – pan w średnim wieku (delikatnie rzecz ujmując) bardzo dobrze mówił po angielsku. Dodajmy, że w Madrycie to rzadko spotykane, nawet jeśli w restauracjach jest angielskie menu to kelnerzy nie mówią w tym języku nawet słowa. Pan był bardzo kontaktowy i czułam się taka… zaopiekowana. Na początek dostałam lampkę wina i różne tapasy do spróbowania. Byłam przekonana, że to wszystko znajdzie się później na moim rachunku ale okazało się, że to wszystko było po prostu miłym gestem ze strony obsługi! Tapasy rozbudziły mój apetyt więc zamówiłam ich więcej, do tego wciągnęłam ogromny kawałek tortilla de patatas (uwielbiam i nie mogłam sobie odmówić) no i to wino… 🙂 A na koniec dostałam jeszcze deser – domową pralinkę czekoladową. Bardzo przyjemne zakończenie mojej hiszpańskiej wyprawy. Jeśli też będziecie kiedyś spać w Barajas czy to przy okazji jakieś przesiadki czy wczesnego wylotu to koniecznie idźcie do Campanilla!