Gdzie zjeść śniadanie w Poznaniu?

Było śniadanie w Warszawie to pora na Poznań gdzie też nie brakuje smakowitych miejscówek.

Uno (dawniej Uno Espresso) – Bolesława Prusa 4/2, Jeżyce

Miejsce, o którym słyszałam i czytałam dużo dobrego ale to niestety nie jest gwarancja, że miejsce rzeczywiście jest warte uwagi. Ale Uno jest warte zainteresowania. Kiedyś była to kawiarnia gdzie serwowano wyłącznie kawę (i nazywało się nie bez powodu Uno Espresso). Później lokal przeszedł metamorfozę, z nazwy zniknęło Espresso a w menu pojawiło się jedzenie. Bardzo smaczne jedzenie. Omlet z kozim serem – mistrzostwo świata. Zresztą popatrzcie jak to wszystko wygląda. A smakuje jeszcze lepiej! Do tego wyborna kawa i spory wybór herbat. Pyszności.

Święty – Kraszewskiego 12, Jeżyce

Numer jeden na Jeżycach a chyba nawet w całym Poznaniu. Stosunkowa nowa miejscówka na mapie miasta, która od pierwszego spróbowania podbiła moje podniebienie (i serce przy okazji, w końcu przez żołądek do serca;) ). Ogromnym plusem tego miejsca jest to, że sami wypiekają pieczywo, ciasta i przegenialne cynamonowe buły. Wszystko jest świeże, pachnące i absolutnie przepyszne. Spróbujcie ichniejszej pasty z makreli – mojego faworyta. Do tego bardzo przyjemnie urządzone wnętrze i sympatyczna obsługa. Wpadam na śniadania ale też często tylko po cynamonową bułę na wynos 😉 Odwiedźcie koniecznie!

Bajgle Króla Jana – Kraszewskiego 15, Jeżyce

Nadal jesteśmy na Jeżycach (co ja poradzę, że to od jakiegoś czasu zagłębie fantastycznych knajp, a za moich studenckich czasów to tylko bary mleczne można tam było znaleźć), po sąsiedzku ze Świętym. Miejscówka, która istnieje na Jeżycach dużo dłużej ale ja dotarłam do niej dopiero niedawno – Bajgle Króla Jana. Jak sama nazwa wskazuje w menu dominują bajgle. Wypiekane na miejscu. Każdy kto był w Nowym Jorku wie, że tam jest to kultowe śniadanie. Ja się z Nowym Jorkiem nie pokochałam (jeszcze, bo mam zamiar dać mu drugą szansę) ale podczas pierwszej wizyty w Bajglach Króla Jana zdecydowałam się na klasyczny bajgiel, po nowojorsku – z serkiem Philadephia i wędzonym łososiem, w bułce z sezamem. Jeżycom daleko do NYC ale bajgiel był przepyszny i naprawdę duży, ledwo go w siebie zmieściłam. Świeżutki i chrupiący. Sam lokal jest malutki ale zazwyczaj udaje się znaleźć jakiejś miejsce, to raczej miejscówka na szybkie śniadanie a nie na dłuższe przesiadywanie.

Oda – Wawrzyniaka 21, Jeżyce

Już zazdrościcie mieszkańcom Jeżyc? Ja też 😉 Miejsce, obok którego przechodziłam wielokrotnie i zawsze myślałam – kiedyś muszę tu przyjść. I w końcu przyszła pewna słoneczna niedziela, która skończyła się II śniadaniem w wydaniu norweskim. Bo Oda to restauracja norweska. Urządzona w skandynawskim stylu i serwująca norweskie dania. A co można zjeść na śniadanie w Norwegii? Śniadanie Wikinga 😀 Śniadanie z deserem i kawa lub herbatą kosztuje tylko 21 zł. Opcja ekonomiczna a smaczna i duża. W menu napotkacie nazwy, które zapewne nic Wam nie powiedzą ale obsługa wszystko wyjaśni 😉 Spróbujcie gravlax – peklowanego łososia. Jest tu dodatkiem i do jajecznicy, i do pizzy. Bardzo fajne miejsce i przede wszystkim serwujące coś innego, wyjątkowego, niespotykanego w innych knajpach.

Wapiarnia – Wyspiańskiego 26 (City Park), Grunwald

Oddalamy się nieco od Jeżyc ale nie tak znowu bardzo. City Park to zagłębie wielu naprawdę genialnych restauracji, choć w większości drogich. Wapiarnia jest jedną z tych tańszych a naprawdę wartych polecenia.

Na początek jeden mały minus – w środku jest głośno (muzyka) a same stoliki są średnio wygodne, żeby przy nich jeść. Jeśli idziecie na kawę lub piwo to ok, jeśli chcecie zjeść to nie będzie zbyt wygodnie. Na szczęście nasza wizyta była latem gdy były dostępne miejsca na zewnątrz – raz że było cicho, dwa – wygodnie.

Do jedzenia pięknie wyglądające kanapki i tosty (iście instagramowe), do tego napoje podawane w naprawdę fajnych dzbanuszkach. Są też płatki Kellog’s. Jedzenie smaczne, do śniadania napój gratis. Świetna lokalizacja – w samym sercu miasta. Latem będę wracać częściej.

Bo Poznań – Kościuszki 84, centrum

Miejscówka, która dorobiła się już miana kultowej. Jakoś długo nie mogłam tm dotrzeć ale kiedy w końcu się udało zrozumiałam skąd te zachwyty. Z zewnątrz miejsce zupełnie niepozorne, znajdujące się naprzeciwko Zamku Cesarskiego. Po wejściu do lokalu rzuca się w oczy industrialne wnętrze ale urządzone bardzo przyjemnie. Wybór śniadań naprawdę spory, ceny przystępne, porcje duże. Łosoś na bułeczkach drożdżowych z jajkami po benedyktyńsku i sosem holenderskim – mistrzostwo świata. Do tego spory wybór różnych sezonowych herbat a śniadania serwuje się tu cały dzień. Jak ktoś ma potrzebę to i o 18 może zjeść jajecznicę 😉 I popić ją winem, bo też jest.

Petit Paris Sołacz- aleja Wielkopolska 40a, Sołacz

Długo zastanawiałam się czy umieszczać to miejsce w rankingu, bo jednak mam do niego trochę zarzutów ale jest to tak piękna miejscówka, w tak uroczym miejscu (Park Sołacki), że w związku z tym iż idzie wiosna i ciepłe poranki to podejrzewam, że będę tam wracać.

Miejscówka w stylu paryskiego bistro. Jedzenie jest tu dobre aczkolwiek nie genialne. Da się najeść ale kulinarnych orgazmów się nie spodziewajcie. Twarożek prowansalski jest po prostu twarożkiem z rzodkiewką, pankejki są pankejkami i tyle. Największym minusem tego miejsca (co potwierdza sporo moich znajomych) jest mało ogarnięta obsługa. Czas oczekiwania na przyjęcie zamówienia jak i później na jedzenie jest naprawdę długi. Gdyby chodziło tylko o jedzenie to od razu bym to miejsce pominęła ale w tak pięknym miejscu jak Park Sołacki nie ma dużej konkurencji i wiosną naprawdę przyjemnie będzie usiąść na zewnątrz, w otoczeniu zieleni, popijając espresso albo wino, i skubiąc bagietkę. Ech, chyba się rozmarzyłam. Wiosno, gdzie jesteś?

Weranda Caffe – Świętosławska 10, okolice rynku

Werand w Poznaniu jest kilka (ba, nawet Warszawa już ma swoją – w Koszykach) ale ta jest chyba moją ulubioną. Najcichsza i najspokojniejsza a jedzenie tak samo wyśmienite jak w pozostałych Werandach. Jak to ostatnio powiedziała moja koleżanka Jak nie wiesz gdzie iść zjeść to idź do Werandy. I taka jest prawda, swego czasu 80% moich wyjść na jedzenie do miasta kończyło się w którejś z Werand.

Ale do rzeczy. Poza fantastycznymi wnętrzami (dekoracje w każdym z lokali to sezonowe dzieła sztuki, naprawdę przyjemnie się tam spędza czas) w Werandzie dostaniemy przepyszne jedzenie. I to nie tylko to śniadaniowe (ich sałatki to już legenda). Porcje są naprawdę duże, jedzenie nie dość, że bardzo smaczne to pięknie podane. Ceny nie należą do najniższych ale z Werandy naprawdę trudno wyjść nienajedzonym i niezadowolonym.


Gdzie zjeść śniadanie w Warszawie?

Tym wpisem rozpoczynam nową serię, jedną z najfajniejszych 😉 Przy okazji wpisów z różnych zakątków świata wspominałam już, że uwielbiam jeść, smakować, próbować nowych rzeczy. Nie tylko na wyjazdach. Na dobry początek – idealne śniadanie w Warszawie. Jedzenie śniadań poza domem stało się swego rodzaju modą i teraz każda szanująca się knajpa musi mieć menu śniadaniowe. Zapraszam na przegląd moich ulubionych warszawskich śniadaniowni. Jestem przekonana, że niedługo pojawi się kolejna część, z kolejnymi miejscówkami.

Cafe Zaraz Wracam – Paryska 17, Saska Kępa

Na początek propozycja z Saskiej Kępy. Przede wszystkim przytulny, pięknie urządzony lokal. Są wygodne sofy, są książki, można siedzieć godzinami. Do tego pyszna kawa i spory wybór niedrogich opcji śniadaniowych. Ja zdecydowałam się na jajecznicę (standardowo jest z szynką, ja wybrałam bez). Za śniadanie wraz z kawą zapłaciłam 15zł. Za 25zł można zdecydować się opcję bufetu śniadaniowego – wybór dań był spory i każdy głodomór się naje.

Żona krawca – Kamionkowska 29, Praga Południe

Miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem a okazało się strzałem w 10tkę i do dziś jest jednym z moich ulubionych. Mała, przytulna kawiarenka z bardzo sympatyczną obsługą i atmosferą na luzie. Pyszna kawa, porcje śniadaniowe bardzo duże (tost francuski to 2 tosty z owocami i dodatkami), ceny przystępne. Do tego super wygodne fotele, z których nie chce się podnosić, cisza i spokój.

Coco Bowls – Górnośląska 16, Solec

Śniadanie z Coco Bowls z pewnością jest najładniejsze i super zdrowe. Miseczki może na to nie wyglądają ale mieszczą ogromną porcję wszystkiego. Przyznam, że nie byłam w stanie zjeść całej porcji choć było pyszne. Dużym plusem jest elastyczność składników – jeśli nie lubimy jakiegoś składnika w wybranym bowlu bez problemu można go zamienić albo pominąć. Do tego można wybrać sobie rodzaj mleka (roślinnego, bo to lokal wegański). Ja wybrałam modne ostatnio błękitne mleko ryżowe – z dodatkiem alg. Jedzenie super. Minus lokalu jest taki, że nie bardzo jest gdzie usiąść – jest tylko jedna ława. Nie jest to miejsce, w którym chce się spędzać czas tylko szybko wejść, zjeść i wyjść albo kupić coś na wynos. Do tego specyficzna atmosfera wegańskich lokali, która mi nie do końca odpowiada. Po coś na wynos chętnie jeszcze wpadnę ale przesiadywać w tym lokalu nie będę 😉

Wozownia Bar – Plac Trzech Krzyży 16a (wejście od Nowego Światu), Śródmieście

Wozownia to miejsce stworzone przez właścicieli starych Koszyków – baru, który działał w hali przed jej rewitalizacją. Nazwa nowego lokalu nie jest przypadkowa, gdyż mieści się on rzeczywiście w starej wozowni. Jest to dobre miejsce na wczesne śniadanie (w tygodniu otwiera się o 7, w weekendy o 8). Specjalnością lokalu są grzanki z pieczywa wypiekanego na miejscu. I słodka, i niesłodka była pyszna. 2 grzanki wraz z kawą kosztują 17zł.

Juice Press People – Bracka 18, Śródmieście

Kolejna opcja dla tych, którzy chcą jeść wegańsko i super zdrowo. Niewielki lokal mieszczący się przy Brackiej specjalizuje się jak sama nazwa wskazuje w sokach ale też zdrowych śniadaniach i przekąskach. Mają też spory wybór herbat, można nawet sobie skomponować własny miks z tego co jest dostępne. Ze śniadań mamy do wyboru różne płatkowe bowle, naleśniki gryczane i kanapki. Ja zdecydowałam się na kanapkę z pasztetem z dyni, cebulką i rukolą, a na deser wjechał tofurnik z mango. Kanapka przepyszna i sycąca. Jeśli chodzi o ciasto to jadałam lepsze. Przede wszystkim spód był bardzo, bardzo słodki.

Shuk – Grójecka 107, Ochota

Specjalnie zostawiłam je na koniec. W Shuku dostaniecie prawdziwe śniadania mistrzów. Tylko nie zapomnijcie zarezerwować stolika, bo nawet w niedzielę rano ciężko wejść do Shuka tak po prostu z ulicy i dostać miejsce. Shuk specjalizuje się w kuchni bliskowschodniej i śniadania w tym stylu się tam serwuje. Mój wybór padł na śniadanie libańskie. Trzeba było na nie trochę poczekać (chyba z 40 min przy pełnym obłożeniu lokalu) ale warto było. Za 25zł dostaniecie tu grillowany ser halloumi (uwielbiam!), hummus, falafel, oliwki, shanklish, baba ghanoush, labneh z zzatarem, pistacjami, miętą i granatem. To wszystko podawane jest ze świeżo wypieczonym pieczywem Manakish. Porcja jest przeogromna, spokojnie najedzą się nią 2 osoby, wszystko jest przeabsolutnie pyszne. Do tego kawa bez ograniczeń. Z pewnością będę tam wracać zwłaszcza, że do spróbowania zostały jeszcze śniadanie tureckie i Tel Aviv. Mój absolutny nr 1 jeśli chodzi o warszawskie śniadania.

Weekend w Kijowie – informacje praktyczne

Po cudownym, letnim choć listopadowym weekendzie  w Kalabrii  nadszedł czas na całkowitą zmianę klimatu. W połowie listopada wybrałam się na weekend do Kijowa gdzie zastałam zimę w pełni – mroźną i śnieżną.

W tym wpisie przedstawię Wam wszystkie praktyczne aspekty planowania podróży do Kijowa, a po opis atrakcji i tego co warto zobaczyć w Kijowie zapraszam TU.

Kijów – jak dolecieć z Polski?

W związku z dużą migracją Ukraińców do Polski w ostatnich latach rozwija się sieć połączeń lotniczych między Polską a Ukrainą. Do Kijowa dolecimy Ryanairem, Ukrainian Airlines i LOTem na główne lotnisko Borysopol (KBP) oraz WizzAirem na mniejsze ale położone bliżej miasta lotnisko Zhulyany (IEV). Bezpośrednie połączenie z Kijowem mają obecnie Warszawa, Poznań, Wrocław, Gdańsk, Katowice Bydgoszcz i Kraków. Ja leciałam Ryanairem z Poznania, za bilety w 2 strony zapłaciłam 118zł, da się upolować za 78zł. Lot trwa niecałe 2 godziny. W Kijowie cofamy zegarki o godzinę.

Do Kijowa można też pojechać pociągiem albo własnym samochodem ale biorąc pod uwagę odległość i atrakcyjne ceny lotów moim zdaniem nie ma się co męczyć długą podróżą.

Kijów Boryspol (KBP) – dojazd z lotniska

Zaraz po wyjściu z terminala D, po prawej stronie znajduje się przystanek Skybus. Autokary kursują do głównego dworca Kolejowego zatrzymując się po drodze przy stacji metra Charkowska (zielona nitka metra). Autokary jeżdżą co 10-15 min w dzień i co 30-40 min w nocy. Bilety sprzedaje kierowca (płatność możliwa jest wyłącznie gotówką), za dojazd do stacji  metra płacimy 60UAH, za dojazd do dworca 100UAH. Transfer do dworca trwa 45-50 minut, do stacji metra 25-30 minut, w zależności od sytuacji na drodze. Ja wysiadłam na stacji metra skąd podziemną kolejką udałam się wprost do swojego hotelu.  Na trasie z lotniska do centrum jechał duży, dość komfortowy (jak na ukraińskie warunki) autokar, w drugą stronę był to zdecydowanie mniejszy i starszy bus gdzie bagaże trzeba było zabrać ze sobą do środka.

W Kijowie działa także Uber. Za dojazd z lotniska do centrum zapłacicie ok. 40zł, przy 2 lub więcej osobach opcja zdecydowanie warta rozważenia.

Na początku grudnia uruchomiono połączenie kolejowe między dworcem głównym a lotniskiem, przejazd trwa podobno 35 minut, bilet kosztuje 80UAH i można go zakupić w biletomacie. Niestety z tego co udało mi się wyczytać w internetach pociągi są bardzo awaryjne i jazda nimi zwłaszcza na lotnisko jest dość ryzykowna.

Kijów – noclegi

Kijów jako stolica i ogromne miasto dysponuje szeroką bazą hotelową. Od tanich hosteli po luksusowe hotele znanych sieciówek. Po Euro 2012 zostało także mnóstwo  apartamentów, które sprawdzą się jeśli podróżujecie większą grupą. Ja na swój pobyt wybrałam hotel Mir. Ma swoje lata ale pokoje są komfortowe. Widok z 13 piętra rewelacyjny. Głównym atutem hotelu jest lokalizacja tuż przy stacji metra (Holosiivska) dzięki czemu do centrum dojedziemy w zaledwie kilka minut. W hotelu znajduje się także niedroga restauracja.

Kijów – metro, poruszanie się po mieście

Najprostszy, najtańszy i najbardziej efektywny sposób poruszania się po mieście to korzystanie z metra. Kijowskie metro jest atrakcją samą w sobie – wyjęte niczym prosto z czasów radzieckich. Stacje nie są tak efektowne jak te w Moskwie ale i tak robią wrażenie. To co wyróżnia kijowskie metro to położenie – najgłębsze na świecie. Stacja Arsenalna (położona tuż przy Ławrze Peczerskiej) leży aż 105 metrów pod ziemią. Mimo iż nie mam lęku wysokości to jak patrzyłam w dół jadąc ruchomymi schodami nogi mi się uginały. Schody jadą szybko ale i tak jedzie się nimi, i jedzie, i jedzie… Najgłębiej położone są stacje w centrum i okolicach centrum – Arsenalna, Plosha Lva Tolstoho, Maidan Nezalezhnosti. Im dalej od centrum tym stacje znajdują się wyżej. Stacja Charkowska w drodze na lotnisko czy stacja Holosiivska przy moim hotelu położone są dosłownie 1 piętro pod ziemią.  Wagony metra są wysłużone ale jeżdżą regularnie, przejazdy są tanie (jeden przejazd kosztuje 8UAH, czyli nieco ponad 1zł) – co ciekawe nie dostajemy biletów ale żetony wielokrotnego użytku, które wrzucamy przy wejściu. Żetony możemy kupić w budkach na każdej stacji. Jednorazowo możemy zakupić jeden żeton, nie ma opcji zaopatrzenia się na zapas. Nawet w centrum nie widziałam kolejek, obsługa idzie szybko. Metro jest dobrze oznakowane, zarówno po ukraińsku, jak i po angielsku, przesiadki nie stanowią żadnego problemu. Zapowiedzi w metrze są po ukraińsku, na stacjach położonych w okolicach centrum także po angielsku. Metro ma 3 linie (czerwoną, zieloną i niebieską) i dociera praktycznie do każdego zakątka miasta.

Poza metrem w Kijowie mamy do dyspozycji także sieć autobusów i trolejbusów. Zdarzyło mi się dwukrotnie jechać autobusem. Bilet podobnie jak na metro kosztuje 8 UAH, sprzedaje go „biletowa”. Wchodzicie do autobusu i kobieta sama Was znajdzie 😉 Mam wrażenie, że to kobieta-instytucja, która rządzi całym autobusem 😉 Zakupiony bilet trzeba skasować – znaczy włożyć w szczelinę i mocno docisnąć. Jak u nas w czasach słusznie minionych. Jeśli w autobusie nie ma „biletowej” to bilety kupujemy u kierowcy – wtedy wsiadamy wyłącznie przednimi drzwiami. Autobusy i trolejbusy w większości są stare i wysłużone, często tkwią w korkach. Zdecydowanie lepiej korzystać z metra.

Kijów – pogoda

No cóż, jadąc do Kijowa wybieramy się na wschód więc będzie zimniej niż w Polsce. Zima na Ukrainie pojawiła się w tym roku już na początku listopada. Podczas mojego pobytu (w połowie listopada) był mróz i śnieg. Nie była to aż taka zima jaką zostałam we Lwowie w styczniu 2016 roku (śnieg po kolana!) ale i tak było ziiiimno. Zwłaszcza, że w Polsce temperatury były na plusie a ja tydzień wcześniej wygrzewałam się w kalabryjskim słońcu. Takie życie podróżnika – czasem lato, czasem zima 😉 I to wszystko w jednym listopadzie 😉

Kijów – co i gdzie zjeść

Już przy okazji wpisów o Białorusi wspominałam, że uwielbiam wschodnią kuchnię. Wszelkiego rodzaju pierogi, soljanki i inne cepeliny – uwielbiam. Toteż w Kijowie czułam się jak w raju, zwłaszcza, że jedzenie na mieście nie nadwyręży naszego portfela.

W Kijowie podobało mi się to, że jest tam mnóstwo klimatycznych knajpek, nie ma sieciówek na każdym kroku (jeśli  już to lokalne, ukraińskie, znane m.in. ze Lwowa), lokalne są fajnie urządzone i miło spędza się w nich czas nie rujnując budżetu.

Czego trzeba spróbować na Ukrainie? Przede wszystkim sztandarowej zupy – ukraińskiego barszczu – zupy z tartych buraczków, fasoli i kapusty podawanego tradycyjnie ze śmietaną i czosnkową bułeczką. Pyszności! Kosztuje równowartość kilku polskich złotych.

Jedna z pierwszych kawiarni do jakich trafiłam to Lviv Hand Made Chocolate. Miejsce znane wszystkim, którzy byli we Lwowie ma też kilka swoich punktów w Kijowie. Kawiarnie urządzone w stylu retro serwujące przepyszną gorącą czekoladę (za niecałe 10zł), ciasta i oczywiście ogromny wybór czekolad i czekoladek. Z bardzo przyjazną i miłą obsługą (a to niestety rzadkość w Kijowie).

W pobliżu Majdanu Niezależności znajduje się bardzo przyjemna kawiarnia The Blue Cup. Miejsce specjalizuje się w kawie i słodkich przekąskach. Ja jadłam tam znane mi już z wcześniejszych podróży na Podlasie placki z twarogu – podawane ze śmietaną i dżemem, idealne na drugie śniadanie. Do tego spory wybór kaw i wyglądające na apetyczne ciasta.

Odwiedziłam też Capital Cafe Frankie. Przyciągnął mnie widoczny z ulicy wystrój. Okazuje się, że w środku jest jeszcze ładniej. Niestety wybór dań z karty był ograniczony, kilku pozycji nie było, pozostałam przy samej kawie (za którą zapłaciłam ok. 10zł). Miejsce jest bardzo przytulne, przyjemnie urządzone, w każdy piątek są tam koncerty z muzyką na żywo i myślę, że wtedy robi jeszcze lepsze wrażenie.

W Kijowie mieszka dużo Gruzinów stąd też w mieście jest sporo gruzińskich restauracji. Pamiętając najlepszy obiad jaki jadłam we Lwowie – w Khinkalʹnya Na Fedorova (idźcie tam koniecznie będąc we Lwowie!) uznałam, że jakąś gruzińską restaurację muszę odwiedzić. Nie szukałam nic wcześniej, wiedziałam, że prędzej czy później na jakąś trafię. I to na co trafiłam to  prawdziwa perełka tego wyjazdu. Suluguni, bo tak nazywa się restauracja, zaskoczyła mnie totalnie. Przede wszystkim, z zewnątrz wygląda zupełnie niepozornie i spodziewałam się raczej baru a nie restauracji z najwyższej półki. A już po wejściu zbierałam szczękę z podłogi. Zresztą sami popatrzcie na ten wystrój. Nawet toaleta była stylizowana. Poza tym w centralnym miejscu znajduje się wielki ekran, na którym pokazywane są najpiękniejsze regiony Gruzji. Jeśli ktoś chciałby otworzyć w Polsce restaurację gruzińską z prawdziwego zdarzenia to polecam odwiedzić Suluguni i się nią zainspirować – obiecuję, że będę wtedy stałą klientką. Ale do rzeczy – zamówiłam chaczapuri. Zawsze sobie obiecuję,  że w gruzińskiej restauracji zamówię coś innego ale chaczapuri kocham miłością nieprzemijającą i zawsze na nim kończę. Do tego grzaniec z gruzińskiego wina i można zapomnieć o ukraińskiej zimie zostawionej za drzwiami lokalu. Chaczapuri było przepyszne, świeżutkie, mięciutkie, nie za słone (to  się często zdarza w restauracjach gruzińskich w Polsce) ale dla mnie oczywiście za duże i całego niestety nie dałam rady zjeść. Za chaczapuri i wino zapłaciłam ok. 40zł czyli był to mój najdroższy posiłek w Kijowie ale pomyślcie ile zapłacilibyście za obiad w restauracji tej klasy w Warszawie czy innej europejskiej stolicy. Gorąco polecam to miejsce – jeśli nie byliście w Gruzji to po tej kulinarnej uczcie jak i obejrzeniu wyświetlanych filmików na pewno zechcecie tam pojechać.

Godną polecenia, tanią restauracją jest Petrus-b zlokalizowana tuż przy Pałacu Sportu i stacji metra o tej samej nazwie. Restauracja serwuje dania kuchni ukraińskiej w pięknym wnętrzu i przystępnych cenach. Ja zdecydowałam się na pielmieni z mięsem i herbatę. Do herbaty zaserwowaną całą miseczkę (!) kruchych ciasteczek. Porcja pierożków też była bardzo duża. Pływały w maśle a do tego osobno podano kwaśną śmietanę. Za wszystko zapłaciłam ok. 20zł. W restauracji można płacić kartą ale rachunek rozbijany jest na dwie części, osobno płaci się za jedzenie, osobno za napoje. W Petrus-b można też spróbować tradycyjne ukraińskiej wódki z miodu, żurawiny, chrzanu, wiśni i rokitnika. Kieliszek za ok. 5zł.

Jeśli jesteśmy przy napojach to w Kijowie po raz kolejny atakuje nas Lwów, a raczej znany ze Lwowa lokal Pyana Vishnya (Pijana Wiśnia). Jest to pub i sklep jednocześnie gdzie serwuje się wyłącznie jedną pozycję – wiśniówkę. W pojemnościach od 100 do 250ml. Setka serwowana jest w kryształowym kielichu, z obowiązkową wisienką na dnie. 250ml nie wiedzieć czemu sprzedawane jest w tekturowych kubkach 😉 Poza tym można kupić wiśniówkę na wynos w butelkach o pojemnościach od 100 do 1000ml. Nawet jeśli nie przepadacie za mocnymi alkoholami to serdecznie polecam spróbować – nalewka jest słodziutka i smaczna, ma 17,5%, idealnie grzeje w mroźną ukraińską zimę. Uwaga Warszawiacy – Wy już nie  musicie jechać na Ukrainę, żeby spróbować lwowskiej wiśniówki. Lokal Pijana Wiśnia od niedawna funkcjonuje na Nowym Świecie, pod numerem 37. Mam zamiar wkrótce go odwiedzić. W Kijowie Pijana Wiśnia znajduje się w trzech lokalizacjach – przy Khreschatyk 21, Borysa Hrinchenka 2/1 i Velyka Vasylkivska 16.

Kyiv Pass – karta miejska – czy warto?

Coś co mnie w Kijowie irytowało, wkurzało a niejednokrotnie wyprowadzało z równowagi. O karcie przeczytałam już przed wyjazdem ale postanowiłam zakupić ją na miejscu. Kyiv Pass został wprowadzony latem 2017 roku, podobnie jak inne tego typu karty obejmuje komunikację publiczną oraz wstęp do wielu atrakcji turystycznych. Kartę można zakupić w wielu kioskach w mieście, są one oznakowane wielkim logo Kyiv Pass. Ja wybrałam wersję na 48 godzin, która kosztuje 25 EUR. Za pass można zapłacić kartą płatniczą.

Generalnie zasada jest prosta – kupujesz kartę, przy pierwszym użyciu następuje jej aktywacja, potem tylko ją okazujesz i wchodzisz za darmo do wliczonych w nią atrakcji. I we wszystkich cywilizowanych miejscach tak jest, ale w Kijowie niestety nie. Do karty dostajemy mapę miasta z zaznaczonymi miejscami oraz przewodnik gdzie opisane są wszystkie wliczone atrakcje łącznie z godzinami otwarcia oraz dojazdem. Pierwsze miejsce, do którego postanowiłam się udać po zakupie karty to Muzeum Historii Kijowa – tam mnie niestety odprawiono z kwitkiem mówiąc, że nie mają czytnika i mogę wejść do muzeum płacąc za bilet gotówką. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak mnie będą zbywać wszędzie i po prostu wyszłam. Uznałam, że nie będę płacić za bilet skoro w kartę mam wliczonych tyle innych atrakcji. Co się okazało – gdzie tylko karty nie pokazałam wszędzie mówiono mi że oni takie coś pierwszy raz w życiu na oczy widzą, i że co to w ogóle jest i że jak chcę wejść to mam kupić bilet (sic!). Po pierwszym niepowodzeniu nie odpuszczałam i do większości wymienionych miejsc jednak weszłam. Nigdy nie dostałam żadnego biletu/potwierdzenia, wielokrotnie namawiano mnie jednak do zakupu biletu („Jest niedrogi, możesz zapłacić”), zawsze towarzyszyło temu oburzenie osoby sprzedającej bilety do danego miejsca. Jak szłam do kolejnego muzeum i wiedziałam, że za chwilę czeka mnie kolejna przeprawa to autentycznie mi się wszystkiego odechciewało. Do tego w moją kartę 48-godzinną miało być wliczone 5 przejazdów metrem, dwa razy karta zadziałała jak trzeba, za trzecim już musiałam kupić bilet. Jeśli jedziecie do Kijowa i zastanawiacie się nad zakupem Kiev Pass to szczerze i gorąco odradzam – szkoda nerwów a i oszczędności nie są takie duże jak to jest w innych miastach. Jedyne miejsce, w którym w ogóle o tej karcie ktoś miał pojęcia to Ława Peczerska – okazuje się, że jest tam nawet specjalne oznaczone okienko dla osób posiadających Kyiv Pass. Ale, co za zaskoczenie, po zeskanowaniu moja karta nie zadziałała. Pani gdzieś zadzwoniła i jednak mnie wpuściła.

Kijów – ceny

Ukraina to jeden z niewielu europejskich krajów gdzie  jest taniej niż w Polsce. Jak już pisałam wyżej tanie są bilety komunikacji miejskiej, tańsze jest jedzenie, za hotel też się zapłaci połowę mniej niż za hotel o tym samym standardzie w Warszawie. Kawa w kawiarni na mieście to wydatek rzędu 4-8zł, za magnes zapłacimy 8-10zł.

Kijów – bezpieczeństwo

Sytuacja na Ukrainie jest dynamiczna, wydawałoby się, że obecnie się uspokoiła ale tuż po moim powrocie znowu sytuacja między Ukrainą a Rosją stała się napięta. W mieście cały czas zdarzają się duże demonstracje (i to także podczas mojego pobytu, w niedzielę). Ale prawda jest taka, że żyjemy w czasach takich a nie innych i coś gdzieś zawsze się może zdarzyć. Moim zdaniem przy zachowaniu zdrowego rozsądku można w tej chwili  do Kijowa jechać bez żadnych obaw. A nawet trzeba, bo nie wiadomo co tam się może za chwilę wydarzyć…

Kijów – czy warto?

Ze wszystkich miast wschodniej Europy, w których byłam (Lwów, Wilno, Mińsk, Moskwa, Petersburg) Kijów podobał mi się najmniej. Przede wszystkim jest to ogromna metropolia a nie klimatyczne niewielkie miasto jak np. Lwów. Poza tym ludzie są mało sympatyczni, zamknięci, nie brakuje cwaniactwa i kombinatorstwa a to jest coś czego szczerze nie znoszę. Ja wiem, że na Ukrainie żyje się ciężko, że sytuacja jest trudna ale skoro są jacyś turyści, którzy przyjechali, żeby wydać swoje pieniądze i napędzić gospodarkę to może warto się czasem uśmiechnąć? Bo są oczywiście piękne zabytki (wpis o atrakcjach Kijowa się tworzy), są klimatyczne restauracje, jest tanio ale przecież w tym całym podróżowaniu chodzi o ludzi, o spotkania, o przeżycia. A tu Kijów zawodzi.

Jeśli nigdy nie byliście na Ukrainie to na pierwszy raz zdecydowanie polecam Lwów. I nie jest tak, że do Kijowa zniechęcam. Raz na pewno warto się tam wybrać, zwłaszcza, że jest to miasto w tej chwili bardzo łatwo dostępne i które nie zrujnuje nas finansowo. Ale w rankingu najmniej udanych wyjazdów 2018 roku zajmuje u mnie zaszczytne drugie miejsce.

Co i gdzie zjeść na Mykonos?

Podróże bez jedzenia lokalnych specjałów się nie liczą. Podróżowanie to też jedzenie.

Kuchnia wyspy nie różni się znacząco od raczej znanej i popularnej kuchni greckiej. Mamy tu grecką sałatkę (zawsze z jednym dużym kawałkiem sera feta) skropioną solidną porcją oliwy z oliwek, mamy wszelkiego rodzaju ryby i owoce morza a dla mięsożerców souvlaki w wersji drobiowej i wieprzowej. Na Cykladach występuje obfitość przeróżnych serów, głównie z owczego i koziego mleka. Generalnie sery bardzo lubię ale wszystkie, których próbowałam na Mykonos były bardzo ale to bardzo słone.

Z deserów – nie brakuje lodziarni ani naleśnikarni. Te mamy na każdym kroku w Mykonos Town. Szczególnie polecam lody I Scream, porcja 150g (2 smaki) kosztuje 4EUR, 250g 5,5 EUR. Do wyboru zawsze kilkanaście smaków. Lody kremowe, wyraziste, obłędne. Miejsce znajduje się bardzo blisko dworca autobusowego Fabrika.

Słynnym greckim deserem, który dostaniemy także na Mykonos jest baklava. Bardzo słodka ale pyszna, idealnie komponuje się z mocną, gorzką kawą. Szczególnie polecam baklavę z malutkiej piekarni Gioras Wood Bakery. Jest pyszna i naładowana mieszanką orzechów (włoskie, laskowe i pistacje). Całkiem niezłe baklavy  mają też w piekarniach przy nowym porcie i przy dworcu autobusowym Fabrika. Ceny w zależności od wielkości od 2 do 5 EUR za kawałek. Ale taki kawałek za 5 EUR to zasłodzi spokojnie 2 osoby.

Kawę wypijecie oczywiście wszędzie ale szczególnie polecam tę w Kastro’s. przede wszystkim ze względu na to, że będziecie ją pili mając nieziemskie widoki na wiatraki i morze a do tego smakuje ona naprawdę wybornie, zwłaszcza Amaretto Coffee (7EUR).

Gdzie jeść i ile to kosztuje?

Na Mykonos jak już wiecie jest drogo ale to nie znaczy, że brakuje miejsc gdzie można zjeść za przyzwoite pieniądze. Ja lunche jadałam zazwyczaj na plażach lub w ich okolicach (koszt – sałatka grecka 8 – 9 EUR, souvlaki 5 – 8 EUR, owoce morza 12 – 15 EUR).

W mieście Mykonos znajduje się wiele miejsc gdzie zjecie za mniej niż 10 EUR a to moim zdaniem normalna, europejska cena. Oczywiście znacznie więcej jest miejsc, gdzie  obiad będzie kosztował 50 EUR ale z tanim jedzeniem nie ma większego problemu.

Co polecam?

Dla mięsożerców sieciówka Souvlaki Story – są w 3 lokalizacjach w mieście Mykonos, szczególnie polecam tortillę Mykonos z ich autorskim sosem oraz serem halloumi. Do tego wyluzowana, sympatyczna obsługa co nie jest niestety normą na Mykonos. Warto.

Jest knajpka Yummy gdzie zjecie kanapki i naleśniki w bardzo rozsądnych cenach.

Generalnie wiadomo – im bliżej morza tym drożej ale płaci się niekoniecznie za lepsze jedzenie, a za widoki. Warto pobłądzić w bocznych uliczkach i odkryć mniej uczęszczane miejsca.

Ceny w sklepach

Są normalne, europejskie. Za 3-pak greckiego jogurtu (200g) zapłaciłam 2 EUR, za małe opakowanie greckiego miodu 1,5 EUR. Przy okazji już wiecie jaki był mój ulubiony deser podczas tego wyjazdu – grecki jogurt z miodem.

0,5 l coli kosztuje około 1 EUR, podobnie piwo.  0,5l wody kosztuje 0,5EUR (to akurat stała cena w Grecji, poza Santorini gdzie sobie życzą 1 EUR).