Lublin – kulinarny przewodnik. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie?

Lublin – miasto, do którego wybierałam się od lat ale ciągle było za daleko. Lublin nie przybliżył się do Poznania ale udało mi się w końcu tam dotrzeć w wakacje 2019. I był to wyjazd pełen zaskoczeń, również kulinarnych. Gdzie w Lublinie zjeść śniadanie, gdzie spróbować lokalnych specjałów, gdzie iść na piwo, a gdzie w Lublinie serwują najlepsze lody? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Lublinie. Będzie pysznie i pięknie!

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia 😉 Więc od pysznego śniadania zaczynamy. Gdzie zjeść śniadanie w Lublinie? Przetestowaliśmy podczas naszego pobytu kilka miejscówek i naprawdę nie potrafię wskazać najlepszej. Wszędzie było pysznie i w pięknym otoczeniu.

Śniadanie w Lublinie – Spokojna 2

Nasze pierwsze śniadanie w Lublinie było nieco z dala od turystycznego centrum miasta. Padło na lokal o nazwie Spokojna 2. Znacie więc już i nazwę, i adres w jednym 😉 A śniadania mają tu absolutnie fantastyczne. To co zachwyca na początku to sam lokal – przestronny i jasny, świetnie urządzony. Jestem wielką fanką otwartych kuchni – w Spokojnej 2 taka właśnie jest. Do tego słoje z wekami i świeżo wypieczone pieczywo na ladzie. W 100% moje klimaty!

No ale przejdźmy do sedna, bo samym wystrojem restauracji człowiek się nie naje 😉 Menu śniadaniowe jest urozmaicone – można tu znaleźć coś klasycznego, coś bardziej nowoczesnego, na słodko i wytrawnie. Słowem – każdy znajdzie coś dla siebie. My popróbowaliśmy wszystkiego po trochu i jednogłośnie stwierdziliśmy, że wszystko było przepyszne. Świetna jajecznica (nie żałowano masła – za co ode mnie 10/10), genialne tosty francuskie, parowańce z łososiem – pyszota. Do tego bardzo dobra kawa i naprawdę rewelacyjna obsługa. Mimo iż nieco z dala od centrum to podczas wizyty w Lublinie bardzo polecam Wam to miejsce na śniadanie!

Pelier

Druga świetna śniadaniownia w Lublinie to Pelier. Tym razem w samym sercu starego miasta – przy ulicy Krakowskie Przedmieście. Ciężko mi zdecydować gdzie w Lublinie są najlepsze śniadania, bo naprawdę wszystkie nam bardzo smakowały ale Pelier zdecydowanie wygrywa w kategorii wystrój i klimat. Gdyby nie to, że mieliśmy napięty grafik, a w planach zwiedzanie wielu miejsc to mogłabym siedzieć w Pelier i pół dnia! Zresztą spójrzcie tylko na te zdjęcia – kosmos. Dużo się na tych ścianach, oknach i sufitach dzieje a jednak wszystko jest zrobione tak, że nie przytłacza i nie męczy. Najpiękniejsza restauracja w Lublinie!

A jak z jedzeniem? Śniadania przepyszne – i wyglądem, i smakiem dorównują wystrojowi restauracji. Znowu był omlet – świetny. Był bajgiel – doskonały. I moje śniadanie nr 1 w Pelier – grzanki z gruszką i serem pleśniowym. Obłędne, przepyszne i rozpływające się w ustach. I jak praktycznie wszędzie w Lublinie niebywale uprzejma obsługa. Planując śniadanie w Lublinie koniecznie wybierzcie się do Pelier! Dla spragnionych bąbelków od rana – serwują też prosecco z watą cukrową 😉

Trybunalska City Pub

I ostatnie miejsce w Lublinie gdzie wybraliśmy się na śniadanie – Trybunalska City Pub. Śniadanie na samym rynku w Lublinie. Zdecydowaliśmy się na ten lokal z dwóch powodów – przede wszystkim serwuje śniadania od 7 rano. Poprzednie miejscówki są otwarte od 10, a my tego dnia gdzieś wyjeżdżaliśmy i musieliśmy zjeść wcześniej. Po drugie w Trybunalskiej serwują śniadanie po lubelsku, czyli czyli cebularz zapiekany z grzybami, serem Bursztyn, pomidorem i jajkiem. Nie mogliśmy tego regionalnego specjału pominąć 🙂

Rzeczywiście to śniadanie lubelskie było najsmaczniejsze, pozostałe w porządku choć bez większego szału – poprawne. Restauracja znajduje się na samym rynku więc w upalny lipcowy poranek jedliśmy na zewnątrz, z widokiem na ratusz. Tu tak w ramach wyjątku trafiliśmy na fatalną obsługę ale mam nadzieję, że to tylko nam się tak trafiło. W każdym razie w Lublinie na pewno warto zjeść choć raz śniadanie lubelskie w Trybunalskiej.

Zanim przejdziemy do restauracji lunchowo-obiadowo-kolacyjnych zatrzymajmy się na chwilę przy cebularzu. Skoro to słowo już padło to wymaga trochę wyjaśnień. Cebularz to jest coś co w Lublinie trzeba spróbować. Trzeba i kropka. Jest to pszenny placek, taka właściwie płaska bułeczka, a na niej cebula wymieszana z makiem. Cebularze wywodzą się z kuchni żydowskiej – są przekąską w gruncie rzeczy prostą ale w tej prostocie przepyszną! Można ich spróbować w Lublinie i w całym regionie. Świetne jedliśmy też w Zamościu.

Od 2007 roku cebularz lubelski znajduje się na liście produktów tradycyjnych, a od 2014 roku jest na liście produktów regionalnych stworzonej przez Unię Europejską. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o historii tego lubelskiego przysmaku to w Lublinie działa Regionalne Muzeum Cebularza poświęcone w 100% pszennemu plackowi z cebulką.

A gdzie zjeść najlepsze cebularze w Lublinie? Odpowiedź jest jedna – piekarnia Kuźmiuk. Piekarnia działa od 1944 roku i rokrocznie wygrywa w rankingach najlepszych piekarni w Lublinie, jest też polecana przez przewodnik Gault & Millau. Piekarnia mieści się przy starym mieście – przy ul. Furmańskiej 4. Już sam wystrój przenosi nas w inną epokę, a cebularze – palce lizać. Koniecznie! Po cebularze wybierzcie się rano, bo po 12 można już tylko obejść się smakiem! W piekarni są też dostępne inne regionalne produkty z regionu Lubelszczyzny.

Sielsko Anielsko

Było śniadanie, był cebularz, czas na porządny obiad. O ile w wielu miejscach restauracje przy rynku albo w samym centrum są turystycznymi pułapkami to Lublin tej zasadzie przeczy. Przy rynku i na starym mieście są genialne restauracje z prawdziwym lokalnym jedzeniem.

Pierwsze miejsce na naszej liście to Sielsko Anielsko (Rynek 17). Wymęczeni lipcowym upałem zaczęliśmy studiowanie menu od piwa. Okazuje się, że Sielsko Anielsko ma swoje piwo. I to nawet w kilku rodzajach. Spróbowaliśmy chyba 3 czy 4 – wszystkie świetne. Żurawinowe dla mnie trochę za słodkie.

Zanim dostaliśmy zamówione dania bardzo pozytywnie zaskoczyło nas czekadełko – wypiekany na miejscu chleb ze smalcem i ogórkiem. Było tak pyszne, że gdyby nie świadomość, że za chwilę przyjdą dania główne to najadłabym się samym chlebem 😉

A jak już przyszły zamówione dania to cóż… Przeraziła mnie ich wielkość 😉 Moja porcja wątróbki z kopytkami starczyłaby mi spokojnie na 3 posiłki. Tatar też był całkiem spory. Mieliśmy jeszcze golonkę (zdjęcie gdzieś wcięło). Wszystko było przepyszne ale pamiętajcie – porcje w Sielsko Anielsko są ogromne!

Mandragora

Kolejna restauracja przy lubelskim rynku, którą odwiedziliśmy. Było to ostatniego dnia – nasza pożegnalna kolacja w Lublinie. Spędziliśmy tam chyba ze 3 godziny! Mandragora to restauracja żydowska i specjalizuje się w specjałach tej właśnie kuchni. Jak kuchnia żydowska to ja oczywiście nie mogłam sobie odmówić hummusu. Był dobry ale zdecydowanie jadałam lepsze w swoim życiu. Na szczęście to był tylko początek. W ramach przystawki zamówiliśmy też śledzie po żydowsku – były rewelacyjne. Później pojawiły się gęsie pipki – bardzo dobre. I na koniec wisienka na torcie – kaczka po żydowsku. Mięciusieńka, kruchutka, no po prostu genialna.

Chociaż nie, to jeszcze nie koniec. Na koniec był deser. A jak deser w restauracji żydowskiej to wyłącznie pascha. Kocham paschę, zresztą jak serniki w każdej postaci. Do tej pory wydawało mi się, że najlepsza pascha w Polsce jest w Krakowie, w restauracji Dawno temu na Kazimierzu. Ale teraz mam wątpliwości. Ta pascha z Mandragory jest zupełnie inna ale absolutnie przepyszna! Och, ledwo się z tej Mandragory wytoczyliśmy. Ceny są nieco wyższe niż w pozostałych opisanych knajpach ale warto!

Restauracja Mandragora ma fantastyczny klimat, cudowną obsługę (chyba najlepszą ze wszystkich restauracji w jakich byliśmy) no i świetne jedzenie. Gdzie dobrze zjeść w Lublinie? Mandragora. Bezapelacyjnie.

Restauracja Magia

I ostatnia restauracja przy Rynku w Lublinie, którą odwiedziliśmy – Magia. Tu trafiliśmy zupełnym przypadkiem – po prostu nigdzie w okolicy nie było wolnego stolika! Magia ma świetny ogródek w sezonie letnim.

Moją uwagę w menu zwróciła jedna pozycja – pielmieni. Nie raz pisałam, że kocham syberyjskie pierożki toteż nie miałam problemu co zjeść. Były bardzo smaczne. Poza tym jadłam jeszcze rosół – dobry ale bez WOW. Na naszym stole pojawiła się też polędwiczka wieprzowa sous-vide – bardzo soczysta, aromatyczna i smaczna. Do tego oczywiście lubelska Perła. Magiczna to bardzo dobra restauracja przy rynku w Lublinie, odgrodzona od zgiełku centrum.

Perłowa Pijalnia Piwa

Nie jestem wielką fanką piwa ale wyznając zasadę, że wszędzie trzeba jeść i pić lokalnie nie mogłam nie spróbować lubelskiej Perły! Perłę serwuje się w niemalże każdym lokalu gastronomicznym w Lublinie ale w Perłowej Pijalni Piwa (ul. Bernardyńska 15A) można spróbować każdego jednego rodzaju piwa warzonego w lubelskim browarze. Wielu z nich można spróbować wyłącznie tu, w żadnym innym miejscu.

Perłowa Pijalnia Piwa to piękny lokal (patrząc na te zdjęcia cały czas się zachwycam) ale latem też bardzo przyjemny ogródek na tyłach lokalu (więc z dala od głośnej ulicy). Poza piwem są przekąski i sezonowe desery z piwem w roli głównej. My zdecydowaliśmy się na zestaw degustacyjny – w tej formie można spróbować kilkunastu dostępnych w pijalni piw. Perłowa Pijalnia Piwa to kolejny punkt na gastronomicznej mapie Lublina, którego nie można przegapić.

Anabilis – najlepsze lody w Polsce!

I na koniec lody. I to lody nie byle jakie, bo zgodnie uznaliśmy, że w Polsce nie ma lepszych. To aż niesamowite, że niby zwykłe lody mogą tak smakować. Jedliśmy je dwa razy dziennie, codziennie. Bez najmniejszych wyrzutów sumienia. A gdzie są najlepsze lody w Polsce? W lodziarni-cukierni Anabilis, przy ul. Lubartowskiej 7 – tuż obok Bramy Krakowskiej będącej jedną z bram prowadzących na lubelski rynek.

Nie jestem w stanie opisać tych lodów, bo ich się nie da opisać – ich trzeba spróbować. Idealnie kremowe, tłuściutkie (o tak, czuć, że śmietany nikt nie żałował) ale nie przesłodzone. Po prostu genialne. Kolejka ciągnie się tam o każdej porze ale lody warte są każdej odstanej minuty.

W Anabilis mają też różne ciasta i wypieki, które wyglądały bardzo zachęcająco ale w upalnym lipcu jedliśmy tam TYLKO i AŻ lody. Najlepsze lody w Lublinie, najlepsze lody w Polsce. Jeśli kiedyś do Lublina wrócę to pierwsze kroki skieruję właśnie do Anabilis i Wam też polecam.

Mam nadzieję, że już nie macie wątpliwości gdzie zjeść w Lublinie, gdzie iść na śniadanie, gdzie na piwo i gdzie na lody 😉 Jeśli macie swoje ulubione miejscówki w stolicy Lubelszczyzny to dajcie znać w komentarzu. Przyda się na następny raz 😉

Kaliningrad kulinarnie – jedzenie i restauracje

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w rosyjskiej restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie podczas wizyty w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie!

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Jeśli szukacie dobrej restauracji w Kalingradzie – Kavkaz koniecznie odwiedźcie.

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest mnóstwo dobrych i stosunkowo tanich restauracji. Urządzone są one tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Stuttgart – przewodnik kulinarny, co i gdzie zjeść w Stuttgarcie?

Żadna to tajemnica, że kocham jeść i próbować nowe smaki. Niemniej wyjazdy do Niemiec kulinarnie nigdy szału nie robiły – kuchnia niemiecka jest ciężka, mięsna i delikatnie mówiąc nie w moim guście. Z tego też powodu nie nastawiałam się na kulinarne olśnienia podczas weekendowego wypadu do Stuttgartu. Ale życie po raz kolejny mnie zaskoczyło, kuchnia Badenii-Wirtembergii bardzo pozytywnie mnie zdziwiła!

Jakie jedzenie serwuje się w Stuttgarcie? Badenia-Wirtembergia, czyli region, którego stolicą jest Stuttgart należy do historycznego regionu Szwabii. Szwabia ma swoją kuchnię, która jest w gruncie rzeczy prosta i opiera się na… mące. Są więc makarony, pierogi i kluchy wszelkiego rodzaju. Niestety uwielbiam takie jedzenie i w Stuttgarcie kulinarnie było mi BARDZO dobrze. Najlepiej jak dotąd ze wszystkich moich podróży do Niemiec.

Koenig X

Zaczniemy nieco na opak, od deseru 😉 Koening X to malutka, niepozorna kawiarnia ukryta w bocznej uliczce, do której trafiłam tuż po przylocie do Stuttgartu na swoją pierwszą kawę. Miejsce w klimacie vintage. Dosłownie i w przenośni. To nie jest miejsce na szybką kawę ale na rozkoszowanie się kawą i ciachem, w rytmie slow. Wypieki są domowe, nie żadne seryjne produkcje, i to czuć od pierwszego do ostatniego kęsa. Niestety jeśli nie mówicie po niemiecku to pozostaje Wam dogadać się na migi 😉 Płatność możliwa wyłącznie gotówką.

Weinstube Kachelofen

A teraz przechodzimy do sedna. Gdzie zjeść porządny szwabski obiad w Stuttgarcie? W centrum polecam restaurację Weinstube Kachelofen. Trochę ukryta w piwnicy, w bardzo tradycyjnym stylu (widzicie te obrusy?). Jak już pisałam wcześniej kuchnia szwabska mąką stoi więc makaronu sobie odmówić nie mogłam. Zdecydowałam się na danie dnia – makaron z polędwiczką wieprzową. Było sycąco, komfortowo i rozgrzewająco (w Stuttgarcie w styczniu była prawdziwa zima z mrozem). Do tego jak widzicie podaje się bardzo porządne szklanice wina. Ten region Niemiec słynie ze świetnych win o czym jeszcze będę pisać w kolejnych postach. Obsługa mówi po angielsku, można płacić kartą. Dostałam też gratisowy deser – pyszne, domowe ciasto. Mój pierwszy obiad w Stuttgarcie był niezłą zapowiedzią tego co mnie czeka w kolejnych dniach.

Carls Brauhaus

Kolejna restauracja w samym centrum Stuttgartu. To miejsce bardzo popularne, spory lokal (latem na też okazały ogródek), zdecydowanie bardziej nowoczesny. Kuchnia na szczęście bardzo tradycyjna – tu zdecydowałam się na szwabskie ravioli. Trzy pierogi były takich rozmiarów, że nie byłam w stanie ich w siebie zmieścić. Każdy z innym nadzieniem, wszystkie świetne. Do tego wino – tym razem w kieliszku 😉 Świetne miejsce, żeby dobrze zjeść w Stuttgarcie. To też dobre miejsce dla amatorów piwa – jeśli chcecie spróbować lokalnego złotego trunku to tym bardziej wpadnijcie do Carls Brauhaus.

Zur Schreinerei

Bad Cannstatt to wciąż Stuttgart ale jakby osobne miasteczko, ze swoim własnym centrum i własnym rynkiem. Przeurocze, bardzo przyjemne i absolutne must-see podczas zwiedzania Stuttgartu. Ale nie o nim na razie. Podczas zwiedzania Bad Cannstatt warto zrobić sobie przerwę na lunch w tradycyjnej restauracji Zur Schreinerei. Tu spróbowałam najbardziej typowego dania kuchni szwabskiej – Kasspatzle, czyli szpecli (lokalnych klusek) zapiekanych z cebulką i serem, doprawionych gałką muszkatołową. Musiało to mieć jakiś milion kalorii ale w mroźny dzień było IDEALNE. Do takiej bomby kalorycznej podaje się zawsze surówkę, żeby nie było, że tylko mąka i tłuszcz 😉 Porcja dla mnie starczyłaby spokojnie na 3 obiady. To chyba był mój najlepszy posiłek w Stuttgarcie.

Baron Cafe

I na koniec bardzo przyjemna kawiarnia przy rynku w Ludwigsburgu. W Baron Cafe mają świetne śniadania i doskonałe desery. Grzaniec też świetny! A to wszystko w bardzo przyjemnym wnętrzu i miłej atmosferze. Jeśli wybierzecie się do do Ludwigsburga (a warto!) to koniecznie wpadnijcie tam chociaż na kawę. Ale Apfelstrudel też jest wart grzechu – ulegnijcie mu 😉

Madryt – przewodnik kulinarny

Uwielbiam Madryt. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolę stolicę Hiszpanii od popularniejszej Barcelony. Ale zawsze jakoś tak się składa, że w Madrycie bywam przy okazji. Parę ładnych lat temu spędziłam w Madrycie 1 dzień, bo kupiłam sobie bilety na Maltę z Poznania przez… Madryt 😀 I tak już kilka razy. Podczas mojej ostatniej podróży, której głównym celem była Andaluzja w Madrycie spędziłam 2 dni. I były to dni poświęcone na niespieszne włóczenie się po mieście. Bez zwiedzania, muzeów, pałaców i innych atrakcji. Tylko ja i Madryt. Wróciłam jeść do sprawdzonych miejscówek ale też odkryłam coś nowego. Zapraszam na mój mały przewodnik – Madryt kulinarnie czas start!

Mercado de San Miguel

Na początek klasyk klasyków i miejsce, które absolutnie trzeba odwiedzić w Madrycie – czy to na tapas, czy na szybki lunch, czy po prostu na lampkę wina. Coś słodkiego też się znajdzie.

Mercado de San Miguel to najsłynniejsza hala targowa w Madrycie. Tak jak nie ma zwiedzania Barcelony bez wizyty na targu la Boqueria, tak nie ma włóczęgi po Madrycie bez choćby jednorazowej wizyty w Mercado de San Miguel. Oczywiście wiele osób narzeka, że ceny są wysokie, że to atrakcja dla turystów, że z roku na rok coraz mniej tu autentycznego hiszpańskiego klimatu… Ale radzę tych głosów nie słuchać tylko pójść i samemu zdecydować czy to miejsce na jednorazową wizytę czy tak jak ja będziecie chcieli tu wracać i wracać.

Mercado de San Miguel mieści się w samym centrum miasta, tuż przy Plaza Mayor. Sama hala została wybudowana w 1916 roku, w latach 2003 – 2009 przeszła generalny remont i dziś jest nie tylko miejscem gdzie można dobrze zjeść w Madrycie ale też atrakcją turystyczną samą w sobie.

W środku czeka ponad 30 stoisk, a na nich symbol Hiszpanii – szynka iberyjska, owoce morza, które przyjeżdżają do Madrytu codziennie z Galicji, sery z Kastylii, Asturii i Kraju Basków, hiszpańskie oliwki, desery, bary z winem i tapas wszelkiego rodzaju. Dla miłośników włoskich klimatów – jest Aperol i stoiska z włoskimi przekąskami.

Mercado de San Miguel jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów ale spotkacie tu też mnóstwo Madrytczyków. Za dnia wpadają na szybki lunch, wieczorem na lampkę wina u ulubionego barmana. Jeśli jeszcze macie wątpliwości czy warto się tu wybrać to już nie powinniście. Dla mnie punkt obowiązkowy każdej wizyty w Madrycie.

Godziny otwarcia hali: niedziela-czwartek 10.00-24.00, piątek i sobota 10.00-1.00.

Mercado de San Anton

Druga hala targowa, którą warto odwiedzić w Madrycie to Mercado de San Anton położona w dzielnicy Chueca przy Calle de Augusto Figueroa 24. Jeśli szukacie miejsca gdzie warto zjeść w Madrycie to zapiszcie sobie ten adres. Tu turystów jest bardzo niewielu – miejsce zdecydowanie oblegane przez Madrilenos.

Ja zresztą mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju hal targowych – na publikację czekają wpisy z Kaliningradu czy Stuttgartu gdzie też traciłam głowę i zdrowy rozsądek w tego typu miejscach.

Mercado de San Anton liczy kilka poziomów. Na pierwszym znajduje się supermarket (żadna to atrakcja więc można pominąć). Na drugim już robi się ciekawiej – są tu stragany ze świeżymi owocami i warzywami, rybami, oliwkami, szynkami i wszelkimi innymi specjałami jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. To miejsce na zakupy spożywcze, nie na jedzenie.

Najpyszniej robi się na kolejnym piętrze – tu mamy kilkanaście stoisk z tapasami i daniami z różnych stron Hiszpanii. Ale dla znudzonych hiszpańską kuchnią jest też sushi.

Ja zdecydowałam się na kolację rodem prosto z wysp Kanaryjskich. Wino też było z Gran Canarii! Świetne.

Największa atrakcja targu znajduje się na ostatnim piętrze. Tą atrakcją jest restauracja La Cocina de San Anton z prawie 400-metrowym tarasem oferującym nieziemskie widoki na Madryt. Przepięknie urządzona, zawsze pełna ludzi. Na zewnątrz znajduje się koktajl bar więc nie musicie tu jeść, można przyjść tylko na kawę lub lampkę wina. Jeśli chcecie odkrywać Madryt Kulinarnie – pozycja obowiązkowa.

Takos al Pastor

Jest takie miejsce w Madrycie, do którego zawsze stoi kolejka przed wejściem. Mowa o restauracji Takos al Pastor. A właściwie o dwóch restauracjach – jedna mieści się tuż przy Plaza Mayor przy Calle de Botoneras 7, a druga bardzo blisko Gran Via – przy Calle de la Abada 2. Jak nietrudno się domyślić restauracja serwuje meksykańskie tacosy. W wersja różnych różnistych ale najlepsze jest w nich to, że 1 taco kosztuje tylko 1 EUR. Ceny jedzenia w Madrycie są dosyć wysokie więc nic dziwnego, że knajpa, która serwuje dobre i tanie jedzenie w samym centrum miasta jest tak oblegana. Są tacos, są quessadillas, jest margarita. Same pyszności.

Menu dostępne jest tylko w języku hiszpańskim ale obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku i można bez problemu zamówić co się chce. Jak już odstoicie swoje w kolejce do wejścia to potem na jedzenie czeka się dosłownie 3 minutki. Gdzie dobrze i tanio zjeść w Madrycie? Takos al Pastor! Koniecznie!

Śniadanie w parku El Retiro

Wybór tego co zjeść na śniadanie w Hiszpanii dla mnie jest banalny – tortilla de patatas. Codziennie. Do znudzenia. Prosta rzecz – ziemniaki, jajka, cebulka. Polane obficie oliwą. Uwielbiam i jadam codziennie podczas pobytów w Hiszpanii.

A gdzie zjeść śniadanie w Madrycie? W słoneczny dzień, nawet lutowy, najlepiej smakuje w parku El Retiro. Jest tam sporo restauracji i kawiarni, które całym rokiem oferują śniadania z pięknym widokiem na tłumy spacerowiczów i biegaczy. Tym razem jadłam w Galapagos – było super smacznie. I widok mają chyba najlepszy 🙂 Tortilla de patatas, kawa i wino – idealne rozpoczęcie pięknego dnia w Madrycie 🙂

Barajas Campanilla

I na koniec miejsce najbardziej niepozorne, z dala od turystycznego zgiełku Madrytu, a dla mnie prawdziwa perełka na kulinarnej mapie stolicy Hiszpanii. Jest to miejsce, do którego pewnie większość z Was jednak nie trafi, bo znajduje się ono w dzielnicy Barajas – kilkaset metrów od lotniska. Ze względu na to, że mój lot powrotny z Madrytu był o 7 rano zdecydowałam się spędzić ostatnią noc w stolicy Hiszpanii właśnie w dzielnicy Barajas, żeby szybko dojechać na lotnisko (metro w Madrycie kursuje dopiero od 6 rano!).

Jeść wyszłam o godzinie 16 – większość restauracji w Hiszpanii jest o tej porze zamkniętych. Jedyną otwartą była właśnie Barajas Campanilla. Jak popatrzyłam na ten staroświecki bar i stoliki z obrusami w kratę to pomyslałam, że albo to będzie kompletna porażka albo strzał w 10tkę. I nie pomyliłam się. Zacznijmy od tego, że barman – pan w średnim wieku (delikatnie rzecz ujmując) bardzo dobrze mówił po angielsku. Dodajmy, że w Madrycie to rzadko spotykane, nawet jeśli w restauracjach jest angielskie menu to kelnerzy nie mówią w tym języku nawet słowa. Pan był bardzo kontaktowy i czułam się taka… zaopiekowana. Na początek dostałam lampkę wina i różne tapasy do spróbowania. Byłam przekonana, że to wszystko znajdzie się później na moim rachunku ale okazało się, że to wszystko było po prostu miłym gestem ze strony obsługi! Tapasy rozbudziły mój apetyt więc zamówiłam ich więcej, do tego wciągnęłam ogromny kawałek tortilla de patatas (uwielbiam i nie mogłam sobie odmówić) no i to wino… 🙂 A na koniec dostałam jeszcze deser – domową pralinkę czekoladową. Bardzo przyjemne zakończenie mojej hiszpańskiej wyprawy. Jeśli też będziecie kiedyś spać w Barajas czy to przy okazji jakieś przesiadki czy wczesnego wylotu to koniecznie idźcie do Campanilla!

Kulinarny Wietnam – co zjeść, czego spróbować?

Wietnam – kraj z bogatą tradycją kulinarną. Pełen smaków, kolorów i zapachów. Myśląc Wietnam wiele osób kojarzy sajgonki, część zupę pho. A poza tym? Co warto zjeść w Wietnamie i czego trzeba spróbować? Zapraszam na mój kulinarny przewodnik po Wietnamie.

Kuchnia azjatycka to dla mnie przede wszystkim street food, czyli jedzenie uliczne. Jadąc do Tajlandii, Wietnamu czy Kambodży nie wyobrażam sobie jadania w tradycyjnych restauracjach. Najlepsze jedzenie w Azji serwuje się w ulicznych budkach! Nie jest instagramowo ani fancy ale za to lokalnie, pysznie i tanio! Kuchnia wietnamska jest o tyle wyjątkowa, że wpływy azjatyckie mieszają się tu z wpływami francuskimi więc w Wietnamie mamy bagietki, wino (ryżowe), lody czy kawę z mlekiem.

Podstawowe produkty stosowane w kuchni wietnamskiej to ryż, makaron ryżowy i nuoc mam – fermentowany sos sojowy, którym doprawia się zdecydowaną większość dań.

Na początek symbol wietnamskiej kuchni – sajgonki, czyli spring rolls. Dostępne w wielu miejscach w Wietnamie. Te najbardziej tradycyjne to zawinięte w papier ryżowy mięso mielone, makaron ryżowy i grzybki. Wszystko połączone jajkiem i usmażone na głębokim oleju. Wegetarianie też nie będą w Wietnamie głodować – można dostać sajgonki z samym makaronem ryżowym i warzywami czy z owocami morza. Sajgonki najczęściej serwuje się z sosem nuoc cham oraz świeżymi ziołami. I to nie jest kilka listków jak u nas tylko cała micha mięty, kolendry, szałwii i innych ziół.

Przyznam szczerze, że przed wyjazdem do Wietnamu chyba z 10 lat nie jadłam sajgonek. A jak je dorwałam pierwszy raz w Hanoi i przypomniałam sobie jakie to pyszne to sajgonki jadałam codziennie!

Podobnie było z zupą pho. Jak raz spróbowałam – jadłam codziennie, zdarzało się nawet dwa razy dziennie. Pho to esencja Wietnamu, najbardziej tradycyjne danie. Zupa z mięsem i makaronem ryżowym gotowana jest co najmniej 24 godziny (a niektórzy się oburzają, że nasz rosołek trzeba 6 godzin gotować!) i doprawiana na różne sposoby – może być z anyżem, cynamonem i imbirem, a może być z dużą ilością kolendry. Sekret zupy pho polega na tym, że do zupy dodaje się tylko sparzone mięso (nie gotuje się go razem z zupą). W Wietnamie spotkacie dwa podstawowe rodzaje zupy pho – pho bo z wołowiną i pho ga z kurczakiem. Ponieważ ja drobiu praktycznie nie jadam to wersji kurczakowej nie próbowałam. Wersja z wołowiną – pyszności! Wietnamczycy jadają ją na śniadanie, obiad i kolację. I pomiędzy posiłkami. Wcale im się nie dziwię, zupa jest przepyszna. Najbardziej smakowała mi ta z ogromną ilością kolendry. Natomiast to jakie przyprawy sobie dodacie do dań w Wietnamie w dużej mierze zależy od Was samych – najczęściej podaje się je osobno i każdy doprawia sobie wg uznania.

To teraz te trochę mniej znane wietnamskie dania ale warte spróbowania podczas wakacji w Azji. Bardzo ciekawym doświadczeniem było dla mnie spróbowanie banh geo – jest to ryżowy naleśnik z warzywami lub mięsem i warzywami. Czasem posypany orzeszkami, podawany ze słodko-ostrym sosem i oczywiście ogromną ilością ziół.

Pewną wariacją na temat jest Banh cuon. Ryżowy naleśnik z fermentowanego ciasta przygotowywany na parze, podawany z wieprzowiną, warzywami, ziołami i grzybkami mun. Ani opis ani zdjęcia nie oddają złożoności jego smaku – ale zapewniam, że warto się skusić!

Kolejny wietnamski przysmak, który można dostać na każdym kroku za śmieszne pieniądze to banh mi – pszenno-ryżowa bagietka podawana z kurczakiem, wołowiną, kaczką (najlepsza!) czy w wersji wegetariańskiej z jajkiem. W całym Wietnamie jest tylko kilkanaście McDonaldsów – Wietnamczycy mówią, że to dlatego, że mają swój własny fast food – właśnie banh mi. Banh mi to nie tylko kanapka, to swego rodzaju symbol Wietnamu – znajdziecie ją na koszulkach, pocztówkach i innych pamiątkach. To idealny pomysł na śniadanie, II śniadanie czy szybką przekąskę podczas zwiedzania. Banh mi to jedna z pozostałości wpływów francuskich w Wietnamie.

Podobną szybką przekąską jest banh bao – bułeczki podobne trochę do chińskich dim sum przywiezione zresztą do Wietnamu przez imigrantów z Kantonu. W środku takiej buły może być mięso, warzywa albo gotowane jajko. Jedna z niewielu opcji dla wegetarian w Wietnamie.

Na północny Wietnamu bardzo popularna jest tradycyjna potrawa o nazwie bun cha. Jest to grillowana wieprzowina z makaronem ryżowym i ziołami. Tu przy okazji ciekawostka – w Hanoi często usłyszycie, że to Obama dish 😉 Wynika to z tego, że podczas wizyty w Hanoi prezydent Obama zjadł właśnie bun cha w jednej z tradycyjnych, rodzinnych restauracji. Smacznie ale mnie jakoś szczególnie nie porwało.

W Wietnamie nie występują aż tak powszechnie dziwne potrawy znane z innych krajów Azji. To co może być niespotykane dla nas to np. ślimaki. Najpopularniejsze są one na południu Wietnamu ale i na północy nie brakuje miejsc gdzie można ich spróbować. Swoją drogą polecam bardzo serial dokumentalny Netflixa o jakże pysznym tytule Street Food. Odcinek o Sajgonie jest poświęcony właśnie ślimakom. Ja przechodziłam kilkukrotnie, patrzyłam ale jednak się nie zdecydowałam. Próbowałam ślimaków kilka lat temu we Francji – traumy co prawda nie mam ale też nie zapamiętałam ich jako przysmak. Może następnym razem się odważę 😉

W Wietnamie można też oczywiście zjeść owoce morza – mi bardzo smakowały przegrzebki.

Co jeszcze należy spróbować w Wietnamie? Sałatkę z zielonej papai z suszoną wołowiną. Papaja kojarzy się nam jako słodki owoc i deser a nie składnik sałatek, natomiast w Wietnamie występuje aż 45 odmian papai! Od słodkich deserowych po te zielone wytrawne. Sałatka z papają nie jest skomplikowana – posiekana papaja, kawałki beef jerky i orzeszki. Ale jak zawsze w Azji to sosy i dodatki robią robotę. Nie pytajcie mnie z czego te sosy były, bo nie mam pojęcia ale dopiero po porządnym wymieszaniu wszystkiego sałatka rozwalała kubki smakowe. Petarda wietnamskiej kuchni!

Tradycyjna potrawa ze środka Wietnamu (Hue) to nem lui – szaszłyki z grillowanej wieprzowiny z trawą cytrynową. I ta trawa cytrynowa tu robi robotę! Z samym nem lui jest troszkę zabawy – dostaje się szaszłyki, trawę cytrynową, makaron ryżowy i papier ryżowy i samemu się to zawija w takie jakby sajgonki. Jest smak, jest zabawa, jest nowe doświadczenie. To też jedno z tych dań, którymi mnie Wietnam oczarował. Szukajcie koniecznie w Wietnamie!

Skoro już brzuszki napełnione to czas na deser. Wiele deserów w Wietnamie opartych jest na ryżu. Jeśli kochacie tajski mango sticky rice to w Wietnamie będziecie w siódmym niebie. No przynajmniej ja byłam 😉 Sticky rice barwiony jest groszkiem stąd najczęściej zobaczycie go w wersji zielonej. A najlepsze jest to, że podaje się go z lodami kokosowymi. Lody są obłędnie kremowe (na pewno dramatycznie tłuste :P) i idealnie pasują do lepkiego ryżu i dojrzałego mango. Pychota! Generalnie większość deserów w Wietnamie opartych jest na kokosie lub mleku kokosowym. Ja tak kocham mango sticky rice, że szczerze mówiąc nic innego nawet nie próbowałam…

Aaaa przepraszam. Są też budki z naleśnikami – do wyboru kilkadziesiąt różnych rodzajów nadzienia. Ja wzięłam lody o smaku herbaty matcha. Nie był to mój najlepszy deser w Wietnamie, zdecydowanie lepsze mango sticky rice 😉

Wietnam to też oczywiście bogactwo świeżych egzotycznych owoców. Na każdym kroku napotkacie buoi, czyli pomelo. Ponadto w Wietnamie można spróbować mango, duriana, jackfruita czy liczi.

Pisząc o przysmakach Wietnamu nie można pominąć kawy. Wietnam jest drugim na świecie (po Brazylii) producentem i eksporterem kawy. Kawa jest nieodłącznym elementem kuchni i kultury Wietnamu. Kawiarnie znajdują się na każdym kroku i dobra kawa w Wietnamie jest na wyciągnięcie ręki. Jeśli chcecie przywieźć kawę do domu to można ją dostać zarówno w supermarketach (ceny zaczynają się od 2 USD za 250g ziaren kawy) jak i w specjalistycznych sklepach. Tu cena kawy może wynosić nawet kilkadziesiąt USD za 100g, w zależności od rodzaju. W Wietnamie dostępna jest kawa kopi luwak znana wszystkim, którzy byli na Bali czy innych wyspach Indonezji.

To co widać na powyższym zdjęciu to kawa po wietnamsku, czyli kawa podawana w specjalnym zaparzaczu, koniecznie ze słodkim mlekiem skondensowanym! Tak jak za słodką kawą nie przepadam to za wietnamską kawą tęsknię. Wiem, że w Poznaniu czy innych polskich miastach też można się takiej kawy napić ale wiecie… to już nigdy nie jest to samo i nigdy nie smakuje tak jak na wakacjach.

W Wietnamie trzeba spróbować egg coffee, czyli… kawy z jajkiem 😉 Nie martwcie się – nie dostaniecie kubka kawy z zanurzonym w nim jajem na twardo 😉 Egg coffee to tak naprawdę deser kawowy – kawa z czymś w rodzaju kogla mogla. Żółtko ubija się z miodem i mlekiem skondensowanym, a następnie dodaje do czarnej kawy. Wszystko pięknie się unosi na naparze i trzeba sobie samemu wymieszać. Wiem, że to już nudne ale… pyszne to było! Jeśli nie lubicie kawy (to nie jedźcie do Wietnamu! :P) to można też spróbować gorącą czekoladę z jajkiem.

Drugi rodzaj kawowego deseru w Wietnamie to kawa kokosowa nazywana wietnamskim frappe. Jest to kawa na zimno z kruszonym lodem, kokosem i chipsami kokosowymi. Nie potrafię powiedzieć, która z tych kaw jest lepsza – obie genialne. Codziennie którąś piłam! A były takie dni, że wjechała i egg coffee, i coconut coffe 😉 Kawę kokosową możecie też wypić na ciepło – też raz próbowałam i też była… pyszna 😉 Naprawdę!

W Wietnamie uprawia się też herbatę więc jeśli nie przepadacie za kawą to możecie się napić herbaty. Miłośnicy piwa będą w siódmym niebie, bo w Wietnamie jest najtańsze piwo na świecie. Za równowartość kilkudziesięciu polskich groszy można wypić szklankę złotego płynu. Jeśli chodzi o piwa butelkowane to najpopularniejsze są dwa: Hanoi i Saigon. Ja fanką ani znawczynią piwa nie jestem, bardziej smakowało mi Hanoi, bo było delikatniejsze i miało mniej goryczki.

Jak już pisałam w TYM wpisie ceny jedzenia w Wietnamie są bardzo niskie – można się najeść i napić za równowartość 2 – 3 USD. Dla mnie kuchnia wietnamska okazała się prawdziwym odkryciem i mimo iż kocham kuchnię tajską to chyba jednak wietnamska jest moim numerem 1 w Azji. Wietnam – chcę wrócić!

Malezja – co zjeść? + kulinarny przewodnik po Kuala Lumpur

Współczesna kuchnia malezyjska jest połączeniem wpływów malajskich, chińskich, hinduskich i kultury Pernakan (potomków chińskich imigrantów). O ile kuchnia chińska, tajska czy wietnamska są znane w Europie to o malezyjskiej wiadomo mniej. W takim razie co zjeść w Malezji? Czego spróbować i czego szukać na lokalnych targach? Zapraszam na mój przewodnik po kuchni malajskiej i restauracjach w Kuala Lumpur.

Jak już pisałam w poprzednich wpisach ceny jedzenia w Malezji są niskie. Można się dobrze najeść za równowartość 3 – 4 USD. Nie mówię tu oczywiście o wypasionych restauracjach (których też w Kuala Lumpur nie brakuje) ale o zwykłych restauracjach w centrach handlowych i budkach ze street foodem.

Sztandarowe danie kuchni malezyjskiej to laksa – ostra zupa z kurczakiem. występuje w wielu wersjach. W Kuala Lumpur popularna jest laksa lemak – z dodatkiem curry – w innych regionach kraju mówią, że to nie laksa 😉 Można spotkać też laksa sarawak – z krewetkami i wiele innych odmian. Laksę jada się na śniadanie, obiad i kolację. W kuchni malezyjskiej stosuje się sporo chili więc jeśli jesteście nieprzyzwyczajeni do ostrych smaków to proście zawsze o łagodniejszą wersję dań.

Drugie tradycyjne typowe malezyjskie danie, które można napotkać niemal wszędzie to roti kaya – tosty z dżemem kokosowym. Często serwowane z ugotowanym jajkiem. To zdecydowanie jedno z najpopularniejszych śniadań w Malezji.

Kays jest też częstym nadzieniem to popularnych w Malezji bułeczek na parze – też warto spróbować.

Słodkie śniadania w Malezji to też popularne kuih ketayap – zielone naleśniczki z dżemem kokosowym. Baaardzo słodkie!

Jeśli chodzi o wytrawne śniadania to w Malezji najczęściej jada się nasi lemak – ryż gotowany na mleku kokosowym ze smażoną rybą lub kurczakiem, do tego gotowane jajko i sambal – pasta na bazie chili. Czasem dodaje się świeżego ogórka. Całość zawsze podaje się zawiniętą w liściu bananowca. Jest to typowe jedzenie w Malezji i chociaż raz warto spróbować.

Jak już jesteśmy przy dodatkach to w Malezji często stosuje się gotowe pasty i sosy zamiast pojedynczych przypraw. Bardzo popularna jest belacan – fermentowana pasta z krewetek, a także rempah – pasta z szalotki, czosnku, chili, trawy cytrynowej, imbiru i galangi.

Co jeszcze warto zjeść w Malezji? Na pewno często można napotkać znane z Indonezji i innych azjatyckich krajów satay – szaszłyki z mięsa drobiowego przygotowywane z masłem orzechowym.

W Malezji warto zjeść i spróbować wszystkie możliwe owoce – papaje, jackfruity, mango, pomelo, liczi, rambutany czy guawy. I oczywiście króla owoców – duriana. Durian jest w Malezji wszechobecny nie tylko w postaci świeżego owocu ale też owoców suszonych, lodów, deserów, ciastek czy durianowej kawy i herbaty. Ja duriana kocham i jadłam absolutnie codziennie! Pamiętajcie tylko, żeby duriana zjeść tam gdzie go kupujecie, bo zarówno przewożenie go komunikacją miejską jak i wnoszenie do hoteli jest karalne. I to niemało, po 500 RM.

Jeśli chodzi o napoje w Malezji to wszystkie one są niesamowicie słodkie. Do kawy i herbaty standardowo dodaje się cukier albo mleko skondensowane. Kawa z mlekiem skondensowanym to kopi – jeśli zamówicie ją w jakiejś budce na ulicy to zobaczycie w jaki specjalny sposób jest przygotowywana. I tu niestety smutna konkluzja – w Malezji wszystkie napoje podaje się w plastiku. W plastikowych woreczkach, z plastikowymi słomkami i jeszcze z plastikową zawieszką na skuter. Niestety świadomość ekologiczna jest tam jeszcze mało rozwinięta.

Rozważania o tym co zjeść w Malezji nie mogą obyć się bez napisania o deserach. Nawet jednego deseru w Malezji nie zjadłam do końca. Wszystko jest tam jakieś 5 razy słodsze niż gdziekolwiek indziej. Wcale mnie nie dziwi, że w Malezji jest najwyższy odsetek diabetyków w całej Azji. No ale od jednych wakacji nikt cukrzycy nie dostanie 😉 Zatem co słodkiego warto zjeść w Malezji?

Numer jeden to cendol – najpopularniejszy malezyjski deser składający się z kruszonego lodu, mleka kokosowego, cukru palmowego, fasoli i ryżowo-groszkowych żelków. Czasem dodaje się do niego owoce (np. duriana). Pyszny ale dramatycznie słodki! Niemniej jeśli miałabym wskazać co trzeba w Malezji spróbować to powiem: cendol. Koniecznie. Potrafi kosztować 3 RM, a potrafi 25 RM. Zależy gdzie i zależy z jakimi dodatkami.

Dużo jest w Malezji takich ulicznych stoisk gdzie smażą różne ciasteczka / kuleczki z przeróżnymi dodatkami. Fajne, smaczne, tanie ale wszędzie cukier w ilościach zatrważających. Nie wiem czy to widać na zdjęciu ale ciasteczko z orzeszkami miało tyle cukru, że aż trzeszczał w zębach. No ale na wakacjach w Malezji spróbować trzeba 😉

W Malezji warto też spróbować deseru jedynego w swoim rodzaju Durian Lava Cake – ciastka na ciepło ze słodkim nadzieniem z duriana. Idealnie pasowałaby do niego mocna gorzka kawa ale niestety przez tydzień pobytu w KL serwowałam ją sobie sama w pokoju hotelowym 😉

Fajne są też takie ciastka, nie ciastka, trudno powiedzieć co to jest. Takie kulki z mąki ryżowej na zimno z nadzieniem z duriana.

No dobra. Wiemy już co zjeść i czego spróbować w Malezji to teraz pytanie gdzie to wszystko znaleźć. Gdzie zjeść w Kuala Lumpur? Ja w Azji kocham takie hipsterskie miejsca jak to ze zdjęcia powyżej 😉

Zachęcam do jedzenia śniadań w Kuala Lumpur poza hotelem. Hotelowe jedzenie mimo iż często zawiera lokalne produkty to nigdy nie jest TO. Śniadania w restauracjach czy czy ulicznych budkach w Kuala Lumpur to koszt 2 – 6 RM. Kawa 1 -2 RM. Naprawdę niewiele a zawsze można poczuć się jak mieszkaniec KL 😉 Ja najczęściej jadałam w budkach w dzielnicy Little India lub w małych retauracjach przy centrum handlowym NU Sentral – dobre tosty z kaya serwują w PappaRich (można płacić kartą).

W związku z tym, że mój hotel był tuż przy NU Sentral to zdążyłam tam przetestować kilka restauracji. Poniżej te, które polecam odwiedzić podczas zwiedzania Kuala Lumpur.

Dolly Dim Sum – tu trafiłam na swój pierwszy obiad w KL i tu zakończyłam swoją kulinarną przygodę z Malezją. Restauracja serwuje chińskie pierożki dim sum. Z mięsem, z krewetkami, co kto lubi. Jest też spory wybór chińskich herbat i deserów. Za 2 rodzaje pierożków i herbatę płaciłam zazwyczaj ok. 20 RM. Można płacić kartą.

Taka ciekawostka – jeśli wybieracie się do restauracji w Kuala Lumpur to dostaniecie menu i karteczkę z ołówkiem gdzie zaznaczacie wybrane pozycje. Wybieracie, zaznaczacie i przekazujecie kelnerowi. Z zamówieniem otrzymujecie rachunek, który reguluje się w kasie przy wyjściu z restauracji (nie płaci się bezpośrednio kelnerowi).

W centrum działa też tajska knajpa Mr Tuk Tuk. Jako wielka fanka mango sticky rice i pad thaia nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Zdecydowałam się właśnie na te dwa moje ulubione tajskie dania. Były przepyszne – zwłaszcza mngo sticky rice. Porcja pad thaia spokojnie na 2 osoby. Płatność tylko gotówką.

Na poziomie -1 działa koreańska kawiarnia Hanbing serwująca koreańskie desery – wyglądały obłędnie ale porcja była tak ogromna, że ja po zjedzeniu połowym bym się przez pół dnia nie ruszyła! Jednak przyszłam tam na śniadanie i zdecydowałam się na tosty. Do wyboru różne różniste – z serem, z tuńczykiem, na ostro… Jeśli już znudzą się Wam typowo malezyjskie śniadania to polecam dla urozmaicenia śniadanie koreańskie w Kuala Lumpur 😉 Można płacić kartą.

I kontynuując kulinarną podróż przez Azję w Nu Sentral są też dwie restauracje japońskie sieci Zanmai. Jedna serwuje makarony, druga sushi. Ponieważ jestem pastożercą to zdecydowałam się na makaron z krewetkami i sosem orzechowym. Ale to było dobre!!! Jeden z moich najlepszych posiłków w Kuala Lumpur. A najlepsze jest to, że za makaron i herbatę zapłaciłam 16 RM. Można płacić kartą.

Na lody warto wybrać się do Baskin-Robbins. Porcje są duże ale lody są w Malezji drogie – cena za kulkę to kilka, a nawet kilkanaście RM.

Mekką wszystkich malezyjskich foodies jest ulica Jalan Alor. Działa przy niej kilkadziesiąt jeśli nie kilkaset barów ze street foodem i można tu zjeść i kupić absolutnie wszystko. Są stoiska z kawą i herbatą, z deserami, z owocami. Są sklepy z durianem i suszonymi owocami. Są restauracje serwujące mięso, ryby (jak widać można najpierw spojrzeć w oczy rybie, którą chce się zjeść). Ulica funkcjonuje przez 24 godziny na dobę, większość barów otwiera się po godzinie 17 ale niezależnie czy przyjdziecie tu w środku dnia czy w środku nocy to zawsze coś można tu zjeść.

Swego rodzaju food court z hinduskim jedzeniem znajduje się przy Jalan Stensen Sentral – jeden poziom parkingu zamieniono tu na skupisko budek z jedzeniem prosto z Indii. Ceny jedzenia są tu bardzo niskie – porządna porcja curry z ryżem i warzywami to koszt 5 – 8 RM. Warto tu też spróbować maślanki i herbaty z hibiskusem. Maślanka okazuje się być popularnym napojem w Malezji – serwuje się ją najczęściej z dodatkiem kolendry. Hibiskus natomiast jest narodowym kwiatem Malezji i poza rolą dekoracyjną jest też składnikiem dań i napojów. Bardzo polecam hibiskusową herbatkę – smakuje zupełnie inaczej niż polskie herbatki z dodatkiem tego owoców. Taki mocny napar z dużą ilością lodu idealnie łagodzi ostrość hinduskich dań i orzeźwia w upalny dzień. Tu przy okazji ważna informacja praktyczna – w Malezji można bez obaw pić napoje z lodem. Cały lód jest produkowany fabrycznie, nie ma obaw żadnych zanieczyszczeń czy zakażeń.

Jak już spróbujecie dań malajskich i hinduskich to koniecznie trzeba zjeść coś chińskiego w Chinatown. Jeden z najpopularniejszych i najsłynniejszych lokali w Chinatown to Koon Kee słynący z pysznej wieprzowiny. Tak, tak, w kraju muzułmańskim bez problemu można zjeść prosiaczka. Wieprzowina jest mięciutka, soczysta i pyszna, makaron genialny a pierożki – do dziś mi ślinka cieknie jak o nich myślę. To obowiązkowe miejsce na posiłek w Kuala Lumpur. Chciałam nie widzieć biegających dookoła szczurów ale niestety wzrok mam dobry 😉 Więc co wrażliwsi niech może jednak jadają w centrach handlowych 😉

Chińskie jedzenie w Kuala Lumpur serwuje też chiński food court w podziemiach centrum handlowego Lot 10. Jest to miejsce bardzo popularne wśród Malezyjczyków, mniej wśród turystów. Ale ja bardzo bardzo polecam. Wybór jedzenia ogromny, knajpek jest co najmniej kilkanaście, sama długo chodziłam nie mogąc się zdecydować co wybrać. Ostatecznie padło na makaron z pok choi i wywar z pulpetami wołowymi. Mistrzostwo świata! Cały ten obiad kosztował mnie 12 RM. Ten food court to jedno z niewielu miejsc w Kuala Lumpur gdzie do obiadu można się napić piwa (cena małego piwa – od 15 RM).

Na 6 piętrze tego samego centrum handlowego znajduje się japoński food court. Są też japońskie delikatesy gdzie można zakupić całą masę produktów z kraju kwitnącej wiśni czy kawiarnia gdzie można się napić oryginalnej japońskiej matchy – na zimno lub na ciepło.

W piątki po południu – od 15 – rozkłada się night market Pasar Malam w pobliżu stacji metra Bangsar. Nocny market w Kuala Lumpur oficjalnie działa od 15 do 23 ale prawda jest taka, że większość budek otwiera się dopiero o 17.30 więc wcześniej nie ma sensu tam jechać. Nie będę ukrywać, że mnie to miejsce trochę rozczarowało – jest to dobry pomysł na zrobienie zakupów – można kupić ryby, owoce, warzywa czy indyjskie przyprawy ale jeśli liczycie na wyżerkę to tak jak ja będziecie rozczarowani.

No i na koniec jeszcze o tym co warto kupić w supermarkecie w Malezji. Przy dworcu i centrum handlowym Nu Sentral mniejszych i większych marketów było kilka. To co się rzuca w oczy to ogromny wybór napojów w lodówkach – wszystko niestety słodzone. Kupiłam mały kartonik soku z mango, który bez rozcieńczenia (i to mocnego) był niepijalny i puszkę napoju z daktyli. Napój daktylowy co prawda importowany z Tajlandii, też słodki ale to coś co warto spróbować w Azji.

W Malezji bardzo popularne są puddingi z galaretką kokosową – tzw. nata de coco. Są w kilku smakach – mango, liczi, kokosowe itp.

Ze słodyczy w Malezji wpadły mi w oko czekolady – z zieloną herbatą i z durianem. Kupiłam na prezent więc nie wiem czy warto ale spytam obdarowanych jak im smakowało 😉

Budapeszt – kulinarny przewodnik – gdzie i co zjeść, gdzie na kawę, a gdzie na wino i drinka?

Niejednokrotnie już pisałam, że jedzenie to dla mnie jeden z najważniejszych aspektów podróży. Kocham próbować nowych rzeczy, najchętniej tych dziwnych 😉 Mam to szczęście, że jadam praktycznie wszystko, nie spróbuję jedynie czegoś co niebywale śmierdzi (nie dotyczy serów pleśniowych, tu smrodek mi nie przeszkadza :P). Kuchnia węgierska nie należy do moich ulubionych ale i tu jest sporo dań, które lubię i chętnie jadam podczas kolejnych podróży na Węgry. W tym wpisie podpowiem Wam co zjeść na Węgrzech, gdzie dobrze zjeść w Budapeszcie (czasem tanio, czasem trochę drożej), gdzie spróbować węgierskiego wina, a gdzie wypić drinka i podziwiać panoramę miasta jednocześnie. Barów z niesamowitym widokiem w Budapeszcie nie brakuje! Gotowi? To zapraszam. Tylko uprzedzam: nie czytać na głodnego 😉

Kuchnia węgierska – co koniecznie zjeść i czego warto spróbować?

Słysząc kuchnia węgierska wiele osób pomyśli: gulasz i papryka. Część pewnie langosz. A coś więcej? No właśnie. Więc na początek poszukajmy typowych dań kuchni węgierskiej.

Gulasz to danie znane również u nas. Ten węgierski jest jednak bardziej aromatyczny i mocno paprykowy. Dobra wiadomość dla turystów nieprzyzwyczajonych do ostrych smaków: pastę paprykową w restauracjach podaje się najczęściej osobno – tak więc możecie sobie sami doprawić i osiągnąć pożądany (bądź akceptowalny) poziom ostrości. Jako osoba stroniąca od ostrych dań bardzo to doceniam!

Równie popularna jest zupa gulaszowa, czyli bogracz. W środku znajduje się wołowina, ziemniaki, pomidory, cebula – wszystko w aromatycznym wołowym bulionie. Zupa serwowana jest z pastą paprykową i chlebem.

Miłośnicy ryb również nie będą w Budapeszcie zawiedzeni. Sztandarową rybną potrawą jest zupa Halaszle, czyli zupa rybna. Każdy kucharz ma na nią swój przepis, którego pilnie strzeże. Zazwyczaj znajdują się w niej kawałki suma, karpia, papryka i pomidory. Zupę trzeba jeść ostrożnie, bo może zawierać ości! Tradycyjnie podaje się ją z chlebem i… szprycerem z białego wina 🙂

Langosz – w XXI wieku najbardziej charakterystyczna potrawa kuchni węgierskiej. Jest to szybka przekąska i węgierski fast food. Placek z ciasta drożdżowego smażony na głębokim oleju, podawany z przeróżnymi dodatkami. Ja najbardziej lubię ten klasyczny – ze śmietaną i serem. Im więcej śmietany i mniej sera tym lepiej 😉 Ale langosza podaje się też z pastą paprykową, mięsem, cebulą czy wędzoną rybą. Ba, jest nawet wersja na słodko. Tej ostatniej nigdy nie próbowałam i chyba jednak wolę zostać przy wersji śmietanowej. Langosz to taki typowy street food, który zjecie w budkach rozstawionych w mieście, te budki są też na jarmarkach świątecznych. Serwują go oczywiście liczne restauracje i bary.

Inna popularna szybka przekąska to kaphato – taki jakby duży pieróg różnego rodzaju farszami.

Węgierskie jedzenie jest bardzo urozmaicone i myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Popularne dania w węgierskich restauracjach to smażony ser (znany wielu osobom ze Słowacji czy Czech), paprykarz, leczo, gołąbki, schab pieczony z czosnkiem, karp pieczony z ziemniakami i papryką.

Węgry słyną z kiełbas – ta najsłynniejsza to Csabai kolbasz – aromatyzowana papryką, wieprzowa kiełbasa wędzona i długo suszona.

Na Węgrzech produkuje się także foie gras, czyli pasztet z gęsich wątróbek. Foie gras budzi emocje, bo to przysmak niehumanitarny (zainteresowanych odsyłam do poczytania o tym jak się te biedne gęsi tuczy, żeby pasztet był najsmaczniejszy) ale jednocześnie uwielbiany przez smakoszy. Wiele krajów zabrania jego produkcji, m. in. Polska. Węgry natomiast są trzecim co do wielkości producentem foie gras na świecie. Wiem, że to straszne ale foie gras uwielbiam. Jadam w porywach 3 razy w roku więc chyba możecie mi wybaczyć 😉 To węgierskie jest PYSZNE!

Przez całe lata mówiło się, że Węgry to nie jest kraj dla wegetarian. Nie da się ukryć, że tradycyjne jedzenie na Węgrzech oparte jest na mięsie ale czasy się zmieniają i w Budapeszcie restauracje wegetariańskie i wegańskie powstają jak grzyby po deszczu. Ich zagłębiem jest dawna dzielnica żydowska. Jeśli nie jadacie mięsa a traficie do zwykłej (czytaj nie-wegetariańskiej restauracji) to w menu należy szukać fozelek – jest to bardzo popularne danie z duszonych warzyw. Taki węgierski odpowiednik ratatouille. Popularne restauracje wegańskie w Budapeszcie to Vexicana (ul. Dob 40) – kuchnia meksykańska w wersji wege, Vegan Garden – ogródek z wegańskim street-foodem, Vega City (naprzeciwko Muzeum Narodowego) i Las Vegans – przy ul. Kazinczy 18. Jeśli szukacie w Budapeszcie węgierskich dań w wersji bezglutenowej, bezlaktozowej, bezcukrowej i ze składników bez GMO to udajcie się do 827 Speciality Kitchen przy Kalvin ter 5.

Na Węgrzech nie stroni się także od deserów. Ten najbardziej znany to tort Dobosza. Wymyślił go cukiernik z Budapesztu – Józef Dobos. Są to warstwy ciasta biszkoptowego przełożone kremem czekoladowym. Wierzch pokryty jest twardym karmelem. Jednymi z pierwszych osób, które spróbowały tortu był cesarz Franciszek Józef i cesarzowa Sissi. Sam tort szybko zdobył sławę na Węgrzech jak i w całej Europie.

Deser, z którym spotkacie się najczęściej to kürtőskalács (kurtoszkołacz, chimney cake). Tradycyjnie wypieka się je nad żarzącym ogniem. Jest to lekkie drożdżowe ciasto, które po upieczeniu posypuje się cukrem, cynamonem lub orzechami. Nie brakuje również ciastek w wersji bomba kaloryczna – pusty środek nadziewa się wtedy lodami, bitą śmietaną i wszystkim czego dusza zapragnie. Ja spróbowałam tylko tego klasycznego – był bardzo delikatny i smaczny.

Budapeszt to miasto o żydowskich korzeniach. Na świątecznym jarmarku było stoisko z ciastem raj rachel flodnija. To tradycyjne ciasto żydowskie składające się z płatów ciasta przekładanego makiem, jabłkami, orzechami włoskimi i powidłami śliwkowymi. Powiem szczerze, że mimo iż wszystkie te składniki z osobna uwielbiam to jakoś mi to ciasto nie podeszło. Za dużo tam się działo, za duże pomieszanie smaków, do tego to ciasto, którym było przełożone to nie był biszkopt tylko coś zbliżonego do kruchego ciasta. No nie, nie moje klimaty.

Ponadto popularne desery na Węgrzech to marcepan i wyroby z marcepanu, czekoladki i strucle z nadzieniem serowym, makowym, wiśniowym czy z orzechów włoskich.

W Budapeszcie powstał jeszcze jeden popularny węgierski deser – naleśniki a la Gundel. Są to cienkie placki przekładane masą z orzechów włoskich, rodzynek i rumu polewane masą z kakao, żółtek jaj i śmietany. Dokładna receptura jest oczywiście pilnie strzeżona. Naleśniki wymyślił Karol Gundel – właściciel restauracji Gundel, która znajduje się w parku Városliget. Porcja naleśników w tym miejscu kosztuje 2900 HUF (ok. 40zł) i rocznie sprzedaje się ich tam ponad 25 000! Naleśniki a la Gundel można też oczywiście zjeść w wielu innych miejscach, w niższej cenie ale nie będzie to już deser z autorskiej receptury pana Gundla.

Kawa po węgiersku to kawa z dodatkiem wiśniowej palinki, chilli, brązowego cukru i śmietanki. Kawa, deser i drinki w jednym 😉

Wiadomo już co zjeść na Węgrzech to teraz pora odpowiedzieć na pytanie gdzie zjeść w Budapeszcie?

Tanio, dobrze i dużo można zjeść w Budapeszcie w dawnej dzielnicy żydowskiej, w miejscu zwanym Karavan. Jest to skupisko restauracji serwujących streetfood, znajduje się przy ulicy Kazinczy 18, otwarte jest od 11.30 do 23. Można tu zjeść langosza, burgera, falafele, sałatkę. Wybór ogromny – i dla mięsożerców, i dla wegetarian. Na końcu są stoliki, można usiąść i zjeść w spokoju.

Drugie, jeszcze większe zagłębie gastronomiczne to Gozsdu udvar, położone zresztą bardzo blisko Karavanu, przy ulicy Kiraly 13. Jest to dosyć długa aleja pełna restauracji, barów i klubów, czynna całą dobę. Nie wszystkie restauracje są oczywiście czynne całą dobę ale o której godzinie byście tam nie poszli to coś będzie otwarte. Są tu restauracje regionalne, jest bar z hiszpańskimi tapasami, jest włoska restauracja Jamiego Oliviera, są bary karaoke, jest lokalna sieciówka z winem Divino. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Ja mimo iż jestem zwolenniczką jadania lokalnych specjałów to nie mogłam się oprzeć pokusie zjedzenia gnocchi u Jamiego Oliviera. Restauracja i pizzeria otwarta jest od 11.30 do 23.30. W menu dominują pizze ale jest też kilka past i deserów. Moje gnocchi było mistrzowskie – mięciusieńkie, wręcz puszyste, z pysznym sosem pomidorowym i wołowinką. Pizze, które widziałam przy stoliku obok wyglądały i pachniały równie obłędnie. Sama restauracja też fajnie urządzona, przyjemny ogródek, obsługa trochę mało ogarnięta ale za to jedzenie jestem w stanie im wybaczyć 😉 Ceny jak to w Budapeszcie – za gnocchi i herbatę zapłaciłam 50 zł.

W tym samym regionie (no nic poradzę, że dzielnica żydowska to najlepsze restauracje w Budapeszcie) znajduje się Vintage Garden (ulica Dob 21), otwarty od 9 do 24. Jest to połączenie kuchni węgierskiej i międzynarodowej. Menu jest urozmaicone – można tu zjeść gulasz, można burgera. Jak widzicie moja miłość do burgerów tym razem wygrała 😉 Nie był to może najlepszy burger mojego życia ale był smaczny. Do tego mają spory wybór węgierskich win. No ale to co zachwyca najbardziej w Vintage Garden to wystrój. Wysoka pozycja w kategorii najbardziej instagramowe miejsca w Budapeszcie 😉 Co ciekawe wzorem londyńskich knajp wystrój zmienia się sezonowo. Podczas mojego sylwestrowego pobytu było bardzo różowo ale udało się w tym różu uniknąć przesytu i nadmiernej słodyczy. Piękne i przyjemne miejsce, bardzo dobry pomysł na kolację w Budapeszcie lub po prostu na drinka czy lampkę wina w pięknym otoczeniu. Ceny adekwatne do klasy lokalu – za burgera i lampkę wina zapłaciłam 65 zł.

Jeśli chcecie zjeść przepyszną zupę gulaszową to polecam zrobić sobie przerwę podczas zwiedzania parku Varosliget w restauracji Anonymus Étterem (otwarta od 9 do 22). Zupa podawana jest w tradycyjnym kociołku, jest w niej bardzo dużo mięciutkich kawałków mięsa. Podawana jest z chlebem i pastą paprykową. Ja chleba nawet nie tknęłam a najadłam się tak, że ledwo wstałam od stołu. Ponadto restauracja znajduje się w budynku wieży zamkowej – jest bardzo klimatycznie. Świetna obsługa. Za zupę i lampkę wina zapłaciłam 40 zł.

Szeroki wybór dań kuchni węgierskiej serwują restauracje zlokalizowane na pierwszym piętrze hali targowej (Vámház krt 1-3). Hala czynna jest od poniedziałku do piątku od 6 do 18, w soboty od 6 do 15. To nie są restauracje gdzie można siedzieć i miło spędzać czas – raczej miejsca na szybki, tani posiłek. Ale tu można zjeść wszystkie sztandarowe dania kuchni węgierskiej, z gulaszem na czele.

Budapeszt od setek lat jest miastem słynącym z kawiarni. Przed powstaniem Austro-Węgier rewolucjoniści snuli w kawiarniach plany przewrotów, później w kawiarniach spotykali się artyści i literaci. W czasach belle epoque w Budapeszcie funkcjonowało ponad 400 kawiarni!

Jedną z najsłynniejszych kawiarni w Budapeszcie jest New York Cafe nazywająca sama siebie najpiękniejszą kawiarnią na świecie. Jednym ze stałych bywalców kawiarni był Ferenc Molnar i miejska legenda głosi, że właśnie tu napisał swoje najsłynniejsze dzieło – Chłopców z placu Broni. Kawiarnia mieści się w neorenesansowej kamienicy zbudowanej dla towarzystwa ubezpieczeniowego New York w 1894 roku. Wnętrze to włoski przepych – ornamenty, freski, weneckie żyrandole, pozłacane dekoracje, marmurowe kolumny.

Historia New York Cafe jest równie burzliwa jak historia Budapesztu. Po II wojnie światowej restauracja została zamknięta, w jej miejscu działał… sklep sportowy. Ponowne otwarcie kawiarni nastąpiło w 1954 roku pod nazwą Hungária Cafe. Po kolejnym remoncie kawiarnię otwarto w 2006 roku odnawiając pieczołowicie jej wystrój sprzed wojny.

Dziś New York Cafe jest miejscem gdzie trudno spotkać mieszkańca Budapesztu (poza obsługą). Podobno przewija się przez nią ponad 2 tysiące turystów dziennie. Jeśli liczycie, że wejdziecie do kawiarni z marszu to muszę Was rozczarować. Trzeba odstać swoje w kolejce niezależnie od pory (godziny otwarcia New York Cafe to 8.00-24.00). Ja generalnie unikam restauracji, gdzie muszę czekać w kolejce na stolik. Uważam, że w dzisiejszych czasach wszędzie jest tyle knajp, że żadne lokum nie jest warte tego, żeby na mrozie stać i czekać aż ktoś nas wpuści. No ale dla New York Cafe zrobiłam wyjątek. Widziałam wcześniej w internecie zdjęcia wnętrz i uznałam, że poczekam te kilkanaście minut (ostatecznie wyszło nieco ponad 20).

W New York Cafe można zjeść śniadanie, obiad lub kolację – menu nawiązuje do dziedzictwa kulinarnego Austro-Węgier, w New York Cafe serwuje się gulasz, zupę, rybną, sznycel po wiedeńsku czy grillowane foie gras.

Jak to w kawiarni można napić się kawy, herbaty czy soków. Jest także spory wybór węgierskich win. Do kawy można zjeść typowy węgierski deser – tort Dobosza, tort Sachera czy tort Esterházy.

Kawa serwowana w New York Cafe to nie jest zwykła kawa. Można zaszaleć i zamówić sobie kawę posypaną najprawdziwszym 24-karatowym złotem. Taka przyjemność zwiększa cenę kawy o 2 EUR. Cena kawy latte w New York Cafe to 8 EUR, w wersji ze złotem 10 EUR. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności 😉 Ceny w New York Cafe Budapest są wysokie, nie da się ukryć. Mój rachunek za kawę ze złotem i lampkę wina wyniósł 80zł. Można oczywiście płacić kartą.

Czy warto wydać 40zł za kawę? Wnętrza jak widzicie na zdjęciu są przepiękne. Ale to oczywiście powoduje, że cały zastępy blogerów i influencerów przychodzą tu tylko po to, żeby zrobić sobie idealne zdjęcie. Wiecie – zamawiają kawę i robią sobie z nią 80 ujęć – na tle takim, na takim, z głową przechyloną w lewo, z głową w prawo, z włosem za uchem i z rozwianym… Powiem szczerze, że patrzyłam na ten spektakl z przerażeniem. Bardzo jestem ciekawa czy ci wszyscy ludzie mieli jakąś przyjemność z tej wizyty. Jeśli lubią zimną kawę to pewnie tak 😀

No i jeszcze jedna rzecz, o której muszę napisać i która mi do tego miejsca bardzo nie pasowała. Obsługa w sportowym obuwiu. Wszyscy – kelnerzy i menadżerowie. Ja rozumiem, że oni robią dziesiątki kilometrów na nogach ale przecież można założyć jakieś bardziej eleganckie płaskie buty. Białe koszula, mucha i… adidasy. Raziło mnie to bardzo!

Niemniej nie żałuję wizyty w New York Cafe, bo te wnętrza są naprawdę piękne, wszystko jest na najwyższym poziomie, miejsce jest bardzo przyjemne. Na pewno warto ale dla mnie to miejsce na jednorazową wizytę.

Drugie kultowe miejsce na kawę w Budapeszcie to Parizsi Udvar Café & Brasserie (ulica Petőfi Sándor 2-4) – otwarte od 6.30 do północy. Bistro w paryskim stylu mieści się w dawnym pasażu handlowym inspirowanym paryskim Passage des Panoramas. Przed I wojną światową było to najbardziej ekskluzywne miejsce w Budapeszcie. Budynek przez lata niszczał, dziś jest świeżo po remoncie i poza kawiarnią działa tu restauracja i hotel sieci Hyatt. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce w Budapeszcie gdzie warto pójść na dobrą kawę to wybrałabym właśnie to – jest pięknie, przyjemnie, bardzo przestronnie ale jednocześnie nie ma tu nadętej atmosfery. Ceny całkiem przyzwoite – za latte i lampkę wina zapłaciłam 40zł.

I na koniec kawa z widokiem – Panorama Cafe & Bar (ulica Hunyadi János 31). Kawiarnia czynna jest od 10 do 20, w weekendy do 21. Znajduje się tuż przy Baszcie Rybackiej i oferuje piękne widoki na Dunaj i na Parlament. Kuchnia tego miejsca nie ma najlepszej opinii więc nie polecam tego miejsca na obiad ale na kawę jak najbardziej. Widoki zapierają dech w piersiach, samo miejsce jest bardzo przyjemne, obsługa bardzo uprzejma. Warto zrobić sobie tu przerwę podczas wędrówek po wzgórzach Budy.

I czas na ostatnią część kulinarnego przewodnika po Budapeszcie – gdzie pójść na drinka lub wino?

Miejsce, które zdobywa coraz większą popularność to Szimpla Kert przy ulicy Kazinczy 14. Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju i to nie tylko w Budapeszcie, ale w całej Europie. Dawną fabrykę przerobiono na puby, restauracje i kino na otwartym powietrzu. Toczy się tu życie kulturalne miasta – odbywają się wystawy, przedstawienia teatralne i koncerty. Szimpla Kert to po węgiersku Puby w ruinach i od tego naprawdę się wszystko zaczęło. Historia Szimpla Kert zaczyna się w 2002 roku. Od tego momentu rozpoczęła się rewitalizacja całej dawnej dzielnicy żydowskiej Budapesztu.

Szimpla Kert jest zupełnie odjechane, inne niż wszystkie puby i restauracje, które do tej pory widzieliście. Jest hipsterskie – nie powiem, że nie – ale to jest miejsce, które trzeba w Budapeszcie zobaczyć. Ba, warto zostać tu dłużej, wypić piwo (np. siedząc w starej wannie) i coś zjeść. Jedzenie serwowane w restauracjach Szimple Kert pochodzi z lokalnych, certyfikowanych upraw, nie stosuje się tu żadnych sztucznych dodatków, oleju palmowego ani chemii – menu jest lokalne. Bardzo dba się tu o jakość serwowanego pożywienia. To nie są tylko restauracje – to jest cała filozofia. Dużo tu oczywiście dań wegetariańskich i wegańskich. Cyklicznie odbywają się tu też targi z lokalnymi produktami spożywczymi gdzie mieszkańcy zaopatrują się w warzywa, owoce i inne regionalne produkty.

Od jakiegoś czasu doceniam bary z tarasami widokowymi. Przed każdym wyjazdem szukam informacji o tym gdzie pójść na drinka, żeby jednocześnie móc podziwiać panoramę miasta. W Budapeszcie też takich miejsc nie brakuje, niestety część z nich jest zamknięta w sezonie zimowym.

Pierwszy bar z widokiem, który odwiedziłam to 360 Bar – znajduje się przy ulicy  Andrássy 39. Godziny otwarcia to 14.00 – 0.00 od poniedziałku do piątku i 14.00 – 2.00 w weekendy. Latem są tu stoliki oferujące panoramiczny widok na Budapeszt, a zimą taras zamienia się w igloo-garden. Igloo są bardzo popularne i jeśli chcecie zjeść w środku to niezbędna jest rezerwacja, bo nawet o godzinie 14, gdy tylko bar się otwiera, wszystkie stoliki wewnątrz są już zarezerwowane. Ceny są bardzo przyzwoite – ogromny wybór w cenie niższej niż 1000 HUF za kieliszek. A widok – oszałamiający.

Drugie miejsce, które odwiedziłam to Aria High Note Sky Bar. Znajduje się przy ulicy Hercegprímás 5, tuż przy bazylice. Otwarty jest 365 dni w roku w godzinach 12.00 – 0.00. Bar mieści się na dachu hotelu Aria, który wybrano najlepszym hotelem na świecie. Swoją kolejną wizytę w Budapeszcie zaplanuję z takim wyprzedzeniem, żeby dorwać tam pokój. Wejście do baru prowadzi przez hotelowe lobby. Trzeba dojść do końca i po prawej stronie znaleźć windę. Bar jest fantastycznie urządzony – jest część wewnętrzna i zewnętrzna i jeszcze dodatkowy taras widokowy na podwyższeniu. To miejsce w każdym aspekcie zasługuje na najwyższą ocenę – fantastyczna, niezwykle uprzejma obsługa, doskonałe menu, wyjątkowe drinki, przepiękne wnętrza no i nieziemski widok z góry. Jadłam foie gras z grzanką z figami i pistacjami i piłam Philosopher’s Stone – drinka na bazie wódki, wina tokaj, pigwy i cytryny. Już pomijam fakt, że był przepyszny ale tak podanego drinka nigdzie mi się nie zdarzyło pić. Ceny są dosyć wysokie ale warto. Mój rachunek wyniósł 90zł. Zdecydowanie najlepszy bar z widokiem w Budapeszcie. Fajne miejsce i na spotkanie z przyjaciółmi, i na romantyczną kolację.

I ostatnie miejsce, które chciałam Wam polecić w Budapeszcie – Doblo Wine & Bar. Znajduje się w dzielnicy żydowskiej, przy wspominanej już kilkukrotnie ulicy Dob, pod numerem 20. Bar otwiera się o 14.00, w tygodniu zamyka o 1, w weekendy o 2 w nocy. To jest doskonałe miejsce, żeby spróbować węgierskie wina. Obsługa jest po prostu genialna – od początku ma się poczucie, że wiedzą o czym mówią, wiedzą co sprzedają i że wino jest ich prawdziwą pasją. Wybór win jest ogromny ale jak się powie co się lubi to obsługa bezbłędnie (no, przynajmniej w moim przypadku tak było) Wam doradzi. Zakres cen jest dość szeroki, mi polecono wino za 14zł za lampkę więc wizyta w Doblo nie rujnuje portfela. Samo miejsce też jest bardzo przyjemne – postindustrialne wnętrze, ciekawie urządzone. Naprawdę wszystko tu ze sobą współgra. Jeśli zastanawiacie się gdzie iść na wino w Budapeszcie to odpowiedź jest tylko jedna – Doblo Wine & Bar.

I na koniec jeszcze jedna praktyczna informacja odnośnie cen w Budapeszcie. W każdej kawiarni i restauracji oprócz cen podanych w menu doliczana jest opłata za obsługę, zazwyczaj 15%. Informacja o opłacie i jej wysokości widnieje w każdym menu. Ceny, które podałam w tym tekście są już cenami z wliczoną obsługą (po prostu wszędzie płaciłam kartą i sprawdziłam w aplikacji każdy rachunek).

Trochę się tego nazbierało, mam nadzieję, że już wiecie co i gdzie zjeść w Budapeszcie, skąd podziwiać panoramę miasta z drinkiem w dłoni i gdzie spróbować najlepszych węgierskich win 🙂 Smacznego!

Alzacja – co zjeść?

Alzacja to Francja więc oferuje bogactwo kuchni francuskiej. Ale nie tylko, region położony jest blisko Niemiec i wpływy niemieckie widoczne są także w kuchni.

Jednym z najsłynniejszych alzackich dań jest choucroute. Danie jednogarnkowe na bazie kiszonej kapusty i mięsa, co najmniej 3 rodzajów, często 5. Podawane najczęściej z ziemniakami i śmietaną. Często  dodaje się do niego flaczki i podroby. Przyznaję, że danie wyglądało tak ciężko, że nie zdecydowałam się go spróbować. Zwłaszcza, że porcje też wszędzie wyglądały na ogromne, a ja byłam na tym wyjeździe sama. Za porcję tego dania trzeba zapłacić w restauracji ok. 20 EUR ale myślę, że taką porcją spokojnie najedzą się 2 osoby.

Bretzel – chyba najpopularniejsza alzacka przekąska, precle są wszędzie, są też dedykowane wyłącznie im sklepy i stoiska.

Francja to muszą być też sery. Ser Munster produkowany w alzackiej dolinie o tej samej nazwie. Smak ma intensywny i bardzo charakterystyczny, jest częstym dodatkiem do tarte flambee.

Tarte flambee to danie, które zjecie w naprawdę każdej alzackiej knajpie (a przynajmniej tej szanującej się). Jest to cienki (cieniutki!) placek z drożdżowego ciasta, pieczony na kamieniu. Tradycyjnie posmarowany jest śmietaną i posypany boczkiem oraz cebulą. To wersja najbardziej tradycyjna. Istnieje kilka wariacji placka – dodatkiem może być ser (często Munster), pieczarki czy wędzony łosoś. Najczęściej podawany bez sztućców. Moja wersja była z serem, i oczywiście lampką alzackiego wina (tu riesling).

Tarte flambee występuje też w wersji na słodko ale taką można spotkać w niewielu restauracjach. Nie próbowałam wersji słodkiej.

Alzackie wina

Próbowanie alzackich win stanowi nieodłączony element wizyty w tym regionie Francji. Winogrona porastają ogromną część Alzacji. Produkuje się tu głównie wina szczepów pinot (blanc, gris i noir), riesling, muscatgewurtztraminer. Alzackie wina są delikatne i łagodne w smaku, takie codzienne. Ciekawostka – w większości restauracji wino podaje się w charakterystycznych dla tego regionu kieliszkach na zielonych nóżkach. Taki alzacki kieliszek ma pojemność 120ml. Lampka wina w restauracji to koszt 2,5 – 5 EUR. W zależności od szczepu i oczywiście klasy restauracji.

Najsłynniejsza chyba francuska przekąska – croque monsieur. Tost z serem i szynką. Występuje także wersja croque madame – dodatkowo z jajkiem na wierzchu.

Wizyta we Francji nie może się obyć bez słodkości. Tarte tatin to odwrócona tarta, ciasto z jabłkami. Moja była pyszna ale zdecydowanie za słodka, myślę, że raczej przez sos, którym była polana.

Alzackie ciasteczka – kokosanki sprzedawane w wielu piekarniach. Tutaj w wersji pistacjowej. Pierwszy kęs – ciastko jak ciastko. Z każdym kolejnym (kęsem, nie ciastkiem) dochodziłam do wniosku, że jednak pistacjowa kokosanka to prawdziwe mistrzostwo świata. Polecam spróbowanie tych ciastek w Maison Alsacienne de Biscuiterie – jest kilka punktów w mieście.

I na koniec mój pierwszy posiłek w Alzacji. Mało alzacki ale bardzo francuski. Galette, czyli gryczany naleśnik. Danie pochodzi z Bretanii ale naleśniki z mąki gryczanej zjecie w wielu miejscach we Francji. Mój był z serem i szynką dojrzewającą, przepyszny. Zjedzony w przepięknie urządzonym Bistro Gourmand w samym centrum miasta.

Mam wrażenie, ze w Alzacji życie toczy się wokół jedzenia. Trudno nie wrócić stamtąd z dodatkowymi kilogramami 😉 zresztą popatrzcie tylko na te witryny.

W Colmar warto też odwiedzić halę targową w okolicy małej Wenecji (rue des Ecoles 13). Kupimy tam lokalne produkty, wypijemy lampkę alzackiego wina albo zjemy tartę flambee.