Kulinarny przewodnik – gdzie zjeść w Łodzi?

Zanim zabiorę Was na wycieczkę po Łodzi i pokażę co warto zwiedzić w mieście, które przeszło na przestrzeni ostatnich lat ogromną metamorfozę, zapraszam na wycieczkę kulinarną. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Gdzie w Łodzi zjeść śniadanie, gdzie iść na deser, a gdzie na drinka? Gotowi? Czas zjeść Łódź!

Gdzie zjeść śniadanie w Łodzi?

Lećmy po kolei 😉 Dzień zaczyna się od śniadania więc na początek pyszne łódzkie śniadaniownie. Czasem sobie myślę, że ja już tyle śniadań w tylu różnych miejscach zjadłam, że nic mnie nie zaskoczy a jednak… Raz na jakiś czas pojawia się knajpa wychodząca poza schemat i poza tym, że jest inaczej to zazwyczaj jest totalny zachwyt. W Łodzi też zaskoczeń i zachwytów nie brakowało.

Na początek moje absolutne miejsce nr 1 jeśli chodzi o najlepsze śniadanie w Łodzi – Montag. Mały lokal mieści się w podwórku przy Piotrkowskiej 107. Jest to właściwie piekarnia plus miejsce gdzie można wypić kawę albo zjeść właśnie śniadanie. I tu moje oczy rozbłysły jak w menu (krótkim ale ciekawym) zobaczyłam burratę na ciepło, w panierce z chleba. Podane to było z sosem pomidorowym, musiało mieć jakiś milion kalorii ale… to było chyba moje najlepsze śniadanie zjedzone podczas lata 2019. A latem 2019 roku bardzo dużo podróżowałam po Polsce i zjadłam kilkadziesiąt śniadań w różnych zakątkach naszego kraju. Muszę tu dodać, że ja w ogóle jestem serowa a burrata to jest ser, za który dałabym się pokroić (pokazywałam Wam już tę miłość np. przy okazji Katowic). Ale w takiej postaci nie jadłam go nigdy wcześniej (i nigdy później).

Dodam tylko, że wszystko w piekarni wyglądało niebywale smakowicie. Kusiły ciastka francuskie SAMO ZŁO (ze zwiększoną ilością masła i cukru). I wiecie co? Do dziś żałuję, że jednak się na to ciastko nie skusiłam. Jeśli będziecie w Łodzi i pójdziecie na śniadanie do Montag to zjedzcie za mnie jedną 😉

Drugie miejsce gdzie warto zjeść śniadanie w Łodzi to Spółdzielnia. Lokal mieści się na terenie OFF Piotrkowska przy ul. Piotrkowskiej 138/140. OFF Piotrkowska jest symbolem metamorfozy Łodzi i miejscem, które podczas weekendu w tym mieście odwiedzicie nie raz, i nie dwa 😉 Pięknie zagospodarowane lokale mieszczą ciekawe knajpy. Spółdzielnia zachwyca postindustrialnym wystrojem i ciekawym menu. Są tu klasyczne pozycje śniadaniowe – twarożek, jajecznica czy jajka gotowane – ale są też autorskie kompozycje takie jak kaszanka, chałka z musem sernikowym czy jajecznica truflowa z mascarpone. Pysznie i pięknie, warto! Do tego super fajny pomysł na sudoku w menu – oczekując na zamówienie można wysilić szare komórki.

I ostatnie miejsce gdzie się wybrałam na śniadanie w Łodzi – Breadnia (Piotrkowska 86). To chyba jedno z najpopularnieszych miejsc na śniadanie na mieście w Łodzi. Wybór śniadań mają tu naprawdę ogromny i jestem pewna, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jest coś mniej lub bardziej klasycznego, jest coś wytrawnego i coś słodkiego. Uwaga – porcje są tu ogromne. Jeśli wybieracie się w dwie lub więcej osób to rozważcie zamówienie jednego zestawu na 2 osoby.

Ja zdecydowałam się na klasyczny zestaw pieczywo + pasty kanapkowe. Było smacznie (poza hummusem – ten był mocno przeciętny), było dużo, było poprawnie. Dwie poprzednie miejscówki serwują smaczniejsze śniadania w Łodzi. W Breadni jest mniej instagramowo 😉 ale dobrze i tanio.

Gdzie zjeść w Łodzi?

Śniadanie za nami, Łódź pozwiedzana, to teraz czas na lunch, obiad, kolację czy jakkolwiek inaczej zwany porządny posiłek. Gdzie dobrze zjeść w Łodzi? Na początek Tel Aviv Urban Food (Piotrkowska 122). Lokal dobrze znany lubiącym kuchnię Bliskiego Wschodu mieszkańcom Warszawy ma swój oddział w samym sercu Łodzi.

Łódzki Tel Aviv ma dużo piękniejsze i przyjemniejsze wnętrze niż ten warszawski no i genialne jedzenie. Właściwie wszystko czego próbowałam było przepyszne. Najlepszy jak zawsze hummus. Do tego naprawdę pomocna i przyjazna obsługa. Zdecydowanie warto zapisać sobie to miejsce. Uwaga, Tel Aviv jest bardzo popularnym lokalem zarówno wśród Łodzian jak i turystów dlatego na wieczór lepiej zrobić rezerwację.

Drugie miejsce, które odwiedziłam w Łodzi to Farina Bianco (al. Piłsudskiego 14). Sporo osób polecało mi to miejsce, a że kocham włoską kuchnię to długo mnie namawiać nie trzeba było 😉 Farina Bianco reklamuje się jako największa restauracja w Polsce – szczerze mówiąc nie wiem co w tym takiego super a i sam lokal nie sprawiał wrażenie jakiegoś niebywale rozległego no ale może nie zajrzałam do każdego zakątka 😉 Wystrój na pewno jest bardzo przyjemny, obsługa bardzo sympatyczna. A jedzenie? Może moim błędem było, że zdecydowałam się na lazanię. Baaardzo przeciętna. Nieskromnie powiem, że ja robię lepszą. Nadrobił deser – przepyszny. Jak będę w Łodzi to dam temu miejscu drugą szansę, bo widać tam potencjał ale… nie zamawiajcie lazanii 😉

Natomiast naprawdę najlepsze włoskie jedzenie w Łodzi serwuje niepozorny lokal o nazwie Pracownia Bistro – w OFF Piotrkowska. Wybrałam się tam na swój ostatni obiad przed wyjazdem z Łodzi, zupełnie przypadkowo. Chodziłam od knajpy do knajpy na terenie OFF i jakoś nic mnie nie przekonywało. Trochę zrezygnowana usiadłam w końcu w Pracowni a tam prawdziwe olśnienie – jeden z najlepszych makaronów jakie jadłam w swoim życiu. O wystroju już nie będę pisać, bo wystarczy spojrzeć na zdjęcia, żeby zobaczyć, że jest tak bardzo łódzko. Jeśli miałabym wybrać jedno miejsce gdzie warto zjeść w Łodzi to powiem Pracownia Bistro.

A gdzie się wybrać wieczorem na piwo w Łodzi i przy okazji coś przekąsić? Las Tablas Tapas Bar. Jak nietrudno się domyślić jest to bar z tapasami mieszczący się w podwórku przy Piotrkowskiej 89. Jak na tapas to porcje są tu naprawdę duże – to są takie hiszpańskie tapas w polskim rozmiarze 😉 Dobre kalmary, smaczne panierowane sery ale moim hitem jest morcilla, czyli hiszpańska kaszanka podawana z sosem aioli. Pyszności!

I jeszcze jedna polecana restauracja przy Piotrkowskiej (nr 90) – Agrafka. To jest najbardziej łódzkie miejsce w możliwych. Wystrój bardzo mocno nawiązuje do tradycji miasta i jedząc tutaj lunch czy kolację nie będziecie mieli wątpliwości, że jesteście właśnie w Łodzi. Ogromny plus za wystrój i klimat. Ale jedzenie też smaczne. U mnie padło na sałatkę z serem camembert – może nie była to najlepsza sałatka w moim życiu ale bardzo dobra, porcja duża, sera nikt nie żałował. Może trochę za dużo żurawiny. Ale bardzo polecam w Łodzi restaurację Agrafka – chociażby na kawę czy piwo. Poczujcie Łódź!

Łódź – gdzie na kawę?

Intensywne zwiedzanie wymaga utrzymania stałego poziomu kofeiny we krwi. Zatem gdzie w Łodzi iść na kawę i deser? Gdzie wypić pyszną małą czarną w pięknym otoczeniu?

Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to Powidok przy placu Wolności 7/8. Mieści się tu też restauracja. Powidok sprawia wrażenie takiego fancy miejsca, wręcz trochę sztywnego ale to tylko pozory. Miejsce jest bardzo przyjazne, obsługa niebywale sympatyczna a wystrój – przepiękny. W kategorii najbardziej instagramowe miejsce w Łodzi pierwsza 3ka 😉 Powidok znajduje się przy ruchliwym i gwarnym placu Wolności – sama nie wiedziałam czy mam patrzeć na piękne wnętrze czy na toczące się życie Łodzi. Nieważne czy na kolację czy tylko na kawę – Powidok warto w Łodzi odwiedzić.

Drugie miejsce, które mnie urzekło w Łodzi to Beza Food & Bourbon przy ul. Ogrodowej 8. Niezwykle sympatyczny właściciel, piękne (choć niewielkie) wnętrze i naprawdę doskonała kawa. Uwaga, w Bezie w każdy niedzielny poranek serwują churrosy. Jeśli chcielibyście zgrzeszyć kulinarnie to polecam z całego serca.

W tym samym kompleksie znajduje się Bakes & Cakes. Też jest instagramowo i pięknie a każde jedno ciasteczko jest tu prawdziwym dziełem sztuki. Chyba z 15 minut się przyglądałam zanim zdecydowałam się zamówić. W wyborze pomogła mi przemiła pani z obsługi. Niby się zastanawiałam ale ostatecznie skończyłam na swoim ulubionym aromacie mango. Ciasteczko było jeszcze smaczniejsze niż wyglądało. Mimo iż długo się zastanawiałam zanim wbiłam w nie widelec 😉

I kolejne pyszne miejsce na słodko-kawowej mapie Łodzi – Eden Cafe. Tym razem w samym centrum, w podwórku przy Piotrkowskiej 67. Po raz kolejny niebywale sympatyczna obsługa, doskonała kawa i panna cotta równie pyszna jak we Włoszech. Słodycz deseru przełamywały kwaśne jeżyny – mistrzostwo świata. Do tego pastelowe piękne wnętrze, choć w upalny lipcowy dzień usiadłam na zewnątrz. Koniecznie!

Jak już jesteśmy przy deserach to jako lodożerca będący w Łodzi w upalnym sierpniu nie mogłam sobie odmówić mojego ulubionego deseru. Gdzie zjeść dobre lody w Łodzi? Lód Miód. Zgodnie z panującym trendem są naturalne, kremowe, mocno śmietankowe. Spory wybór smaków. Lód Miód znajdziecie pod jednym z kilku (a może już kilkunastu?) adresów w Łodzi – najbliżej centrum jest Piotrkowska 114.

Jeśli podczas zwiedzania Łodzi wybierzecie się do Palmiarni (polecam! i jeszcze będę o niej pisać) to w otaczającym ją parku Źródliska I znajduje się bardzo przyjemna kawiarnia – Tubajka. Ja zrobiłam sobie tylko przerwę na lemoniadę (doskonała!) ale wszystkie desery wyglądały bardzo zachęcająco. Do tego wielkie i super wygodne fotele. Nie chciało się wychodzić.

I już na koniec (ile można grzeszyć w jeden weekend?) Niebieskie Migdały. Ja byłam w lokalu przy Piotrkowskiej 200 ale znajdują się też w 2 innych lokalizacjach – przy placu Wolności 12 oraz ulicy Sienkiewicza 40. Niebieskie Migdały to herbaciarnia – taka prawdziwa herbaciarnia w stylu retro. Zresztą co ja tu będę pisać – popatrzcie na zdjęcia. Niby Łódź, a jakby Paryż 100 lat temu. Do tego ogromny wybór herbat – latem również na zimno. Idealne miejsce, żeby zwolnić podczas intensywnego zwiedzania miasta. I cofnąć się w czasie.

Łódź – gdzie na drinka?

No właśnie, gdzie w letni wieczór w Łodzi wyjść na drinka lub piwo? Oczywistą odpowiedzią wydaje się OFF Piotrkowska. Jestem wielką fanką tego projektu (jak zresztą wszystkich zagospodarowanych postindustrialnych wnętrz). OFF Piotrkowska to zagłębie restauracji i barów. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, miejsce tętni życiem zwłaszcza po zmroku, latem często ciężko znaleźć miejsce siedzące. Ale warto – żeby zobaczyć jak żyje Łódź.

Drugie miejsce w Łodzi gdzie można spróbować street foodu z różnych zakątków świata i w fajnej atmosferze wypić drinka albo lampkę wina to Odlewnia – znajduje się przy Piotrkowskiej 217. Jest trochę spokojniej (choć wieczorem to miejsce też tętni życiem), a równie różnorodnie i przyjemnie. No i ten mural! 😉

Latem na drinka zaprasza Beach Bar przy łódzkiej Manufakturze. Nie wiem czy w sezonie 2020 będzie działał (wiadomo jaka jest sytuacja) ale w środku upalnego lata 2019 można się tu było poczuć jak nad morzem – w środku miasta. Był najprawdziwszy piasek i drinki z palemką. Super pomysł!

Niestety podczas tego pobytu już nie zdążyłam odwiedzić żadnego baru z widokiem w Łodzi ale jeśli byście takiego szukali to moją uwagę zwrócił bar na ostatnim piętrze hotelu Andels. Następnym razem! Łódź naprawdę da się lubić – choć gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że kiedyś tak stwierdzę to zabiłabym go śmiechem. Łódź była jednym z tych miast, do których nie chciałam wracać ale okazuje się, że przeszła tak ogromną transformację, że warto raz na jakiś czas spędzić tam weekend. Post o atrakcjach i zwiedzaniu Łodzi pojawi się już niedługo 🙂

Kaliningrad kulinarnie – gdzie zjeść w Kaliningradzie?

No cóż… Planując jakikolwiek wyjazd zaczynam od poszukiwań co zjeść, potem gdzie zjeść a dopiero w dalszej kolejności co zobaczyć i co zwiedzić 😉 W przypadku Kaliningradu nie było inaczej. Ale muszę przyznać, że to co mnie w tym mieście spotkało kulinarnie to… jeden nieustający foodgasm. W Petersburgu było pysznie, w Moskwie było smacznie ale Kaliningrad… Kaliningrad to jest miasto stworzone do turystyki jedzeniowej. Już po pierwszym dniu powiedziałam, że ja do Kaliningradu będę wracać tylko po to, żeby jeść. I przebywać w tych fancy knajpach. Gotowi? To ruszamy w kulinarną podróż po Kaliningradzie.

Khmel

Swoją pierwszą kolację w Kaliningradzie zjadłam w rosyjskiej restauracji Khmel przy placu Pobiedy. Uprzedzono mnie, że jest droga ale warta swojej ceny. Jak weszłam do lokalu to byłam wręcz onieśmielona. Wnętrze jest eleganckie, nie brakuje elementów regionalnych i wszystko sprawia wrażenie jakby było wyjęte z żurnala. Do tego obsługa wystrojona. Jednym słowem fancy. Po przejrzeniu menu zdecydowałam się na barszcz i pielmieni. No bo co zjeść w Kaliningradzie jak nie rosyjskie pierożki? 🙂 Pielmieni pochodzą co prawda z Syberii ale można je zjeść w niemal każdym rosyjskim mieście.

Zupa była genialna – gęsta, z dużą ilością warzyw i mięsa. Podawana z czosnkiem, śmietaną i świeżo wypieczonymi bułeczkami (wiedząc, że czekają mnie jeszcze pierogi bułeczki sobie darowałam). Pielmieni to moja absolutna słabość – zawsze jak jestem w krajach gdzie serwuje się kuchnię rosyjską to je zamawiam (co zresztą pokazywałam przy okazji wpisów o Estonii czy Litwie). Te w Khmel były z aż czterema rodzajami mięsa – jagnięciną, kaczką, wołowiną i wieprzowiną. Do tego obowiązkowa śmietanka. A potem 40 kółek dookoła placu Pobiedy, żeby to wszystko spalić 😀 Było naprawdę pysznie, do tego grzańce z białego wina z dodatkiem rumu i pierwsza kolacja w Rosji była naprawdę genialna. Zapamiętajcie to miejsce i odwiedźcie koniecznie podczas wizyty w Kaliningradzie. A ceny nie okazały się takie straszne – za cały posiłek zapłaciłam 900 rubli, czyli jakieś 60 zł. Można płacić kartą, mają menu po angielsku, jedna z kelnerek mówiła nawet trochę po polsku.

Drugie miejsce gdzie warto zjeść w Kaliningradzie to restauracja litewska – Brikas. Znajduje się w centrum handlowym Europa ale nie jest to żadna sieciówka ani restauracja na poziomie galerii handlowej. Normalna knajpa tyle, że zlokalizowana w takim a nie innym miejscu. Na szczęście nie jada się z widokiem na sklepy – restauracja jest zupełnie odizolowana od otoczenia. W menu dominują oczywiście dania kuchni litewskiej. Ja zdecydowałam się na pieczone pierogi wytrawne i deser w postaci placuszków twarogowych. Jak nietrudno się domyślić po zjedzeniu tego wszystkiego (do ostatniego okruszka!) ledwie się wytoczyłam zza stołu 😉 Fajny wystrój, genialne jedzenie, można płacić kartą. Menu tylko po rosyjsku (ale z obrazkami), ciężko się porozumieć po angielsku. Ale warto!

Borshch i Salo

I kolejna restauracja kuchni wschodniej godna polecenia w Kaliningradzie – tym razem ukraińska. A co, zrobiłam sobie kulinarną podróż po caluteńkim wschodzie 😉 Restauracja mieści się w samym centrum – przy placu Pobiedy. Wystrój – jak w każdej szanującej się restauracji w Kaliningradzie. Chce się patrzeć i patrzeć, i… robić zdjęcia 😉 Jest w stylu folkowym ale absolutnie nie przaśnie. Bardzo mi się to podobało.

Na dobry początek – grzaniec. W Kaliningradzie w listopadzie jest już przeraźliwie zimno. Do grzańca w pakiecie była wiśniówka, witamy w Rosji 😉

A co zjeść? Nie mogłam się oprzeć i zamówiłam barszcz ukraiński. Co ciekawe w Polsce barszczu nie jadam. Nie to, że nie lubię ale jakoś mnie ten nasz barszcz nie porywa. Jak ktoś mnie poczęstuje, to owszem, zjem. Ale sama nie gotuję i jak jem gdzieś poza domem to raczej też inne zupy. A na wschodzie barszczyk mi wchodzi idealnie! Pokazywałam Wam już jak go jadłam w Mińsku czy Kijowie. Ten w Kaliningradzie był równie genialny. Może to ta śmietana? Nie da się ukryć, że im bardziej na wschód tym śmietana smaczniejsza. A może to te bułeczki jako dodatek? Nie wiem ale po przekroczeniu polskiej granicy na wschód barszcz jest moją ulubioną zupą 😉

Na drugie danie wjechały placuszki ziemniaczane i śledź . Jako mieszkanka Pyrlandii ziemniaki kocham pod każdą postacią. Te placki były smaczne ale jadłam w swoim życiu lepsze. Natomiast śledzie – pyszotka. Do Borsch & Salo idźcie na barszcz i malinówkę. Koniecznie!

Można płacić kartą, obsługa mówi po angielsku.

Kaliningrad – Tashkent

Okna mojego hotelu wychodziły na tę restaurację więc od pierwszego dnia miałam serduszka zamiast źrenic wyglądając przez okno. Azja Środkowa to w tej chwili chyba mój podróżniczy cel nr 1. Gdyby świat był normalny to za 2,5 miesiąca lądowałabym w Astanie a stamtąd ruszała w dalszą podróż po Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgistanie… Ale świat nie jest na razie normalny więc pozostaje mi wspominanie obiadu w restauracji uzbeckiej w Kaliningradzie.

Wystrój – jak widać klimatyczny. Komunikacja z obsługą wyłącznie na migi i moim koślawym rosyjskim. Jedzenie – foodgasm po raz niewiemktóry. Zdecydowałam się na tradycyjne pierogi z Uzbekistanu – manty. Były rewelacyjne. Mięciutkie, leciutkie i z chudym mięskiem. A najlepsze jest to, że był to mój najtańszy posiłek w Kaliningradzie – za pierogi i lampkę wina zapłaciłam jakieś 13 zł. Gdyby nie to, że Kaliningrad ma dziesiątki fantastycznych restauracji to wracałabym tam codziennie!

Kavkaz

Kolejna świetna (w Kaliningradzie są tylko dobre restauracje albo ja miałam podczas tego wyjazdu wyjątkowe szczęście!) restauracja przy Placu Pobiedy. Zwróciłam na nią uwagę już podczas pierwszego spaceru po mieście. Pisałam kiedyś, że Gruzję (i resztę Kaukazu właściwie też) pokochałam głównie za jej kuchnię. Gruzińskie supry to jedno z moich najlepszych wspomnień z podróży. Tak więc oczywiste jest, że kaukaskiej restauracji nie mogłam sobie w Kaliningradzie odmówić.

Co w kaukaskiej restauracji mogła zamówić miłośniczka mąki i placków wszelkiego rodzaju? 😉 Moje ukochane chaczapuri. No cóż – czy idę do restauracji gruzińskiej w Tbilisi, Poznaniu czy Kaliningradzie nie muszę nawet czytać menu. Chaczapuri, raz! I gruzińskie wino rzecz jasna. Było tłusto, było pysznie, było po raz kolejny genialnie.

Jak widzicie na zdjęciach ta restauracja sprawia wrażenie nieco bardziej eleganckiej. Składa się tak naprawdę z kilku połączonych ze sobą sal, każdej inaczej urządzonej. Kelnerzy są bardzo eleganccy i bardzo uprzejmi. Bez problemu można się porozumieć po angielsku, można płacić kartą. Jeśli szukacie dobrej restauracji w Kalingradzie – Kavkaz koniecznie odwiedźcie.

Sachmeli

Niemalże naprzeciwko Kavkazu znajduje się druga gruzińska restauracja. Właściwie Sachmeli jest restauracją wyłącznie gruzińską – w Kavkazie serwowane są też dania z Armenii i Azerbejdżanu. Sachmeli to chyba najładniejsza restauracja, w której byłam w Kaliningradzie. I też jedna z najdroższych – za dwa dania i wino zapłaciłam ok. 70 zł. Ale porcje były takie, że spokojnie wystarczyłoby mi jedno z tych dań do najedzenia się. No ale ponieważ do Sachmeli wybrałam się na swój ostatni obiad, tuż przed wylotem do Polski, to postanowiłam zaszaleć 😉

Tak dla odmiany postanowiłam wziąć… chaczapuri 😀 Ale w jakieś innej wersji, już nie pamiętam jak się ona nazywała ale ciasto było bardziej francuskie niż drożdżowe. Było bardzo smaczne (i tłuste) ale jednak wolę tradycyjną wersję.

Zanim zatopiłam zęby w chaczapuri zjadłam zupę o wdzięcznej nazwie Tbilisi z mnóstwem warzyw i chinkali (czarnymi!) z łososiem w środku. Tak jak nie przepadam za rybą w zupie to ta była genialna.

I znowu wszystko zagrało – świetny wystrój, genialna kuchnia, sympatyczna obsługa. Naprawdę nie chciało mi się z tego Kaliningradu wyjeżdżać. Chociaż siedząc tak nad tym swoim ostatnim obiadem pomyślałam, że całe szczęście, że nie mam tego Kaliningradu bliżej, bo wyglądałabym jak beczka 😉 Ale raz w roku na taką rozpustę kulinarną chciałabym się wybierać!

Coffe Lavka

I na koniec jeszcze jedno miejsce, do którego trafiłam zupełnym przypadkiem i które uratowało mnie od śmierci z hipotermii. Pamiętajcie – nawet jak nie ma śniegu to w Kaliningradzie w połowie listopada jest dramatycznie zimno! Skostniała po przedpołudniowym spacerze wstąpiłam do pierwszej kawiarni jaką napotkałam. Mieści się ona prze jednej z głównych ulic Kaliningradu – Leninskyi prospekt.

W środku czekało mnie ogromne zaskoczenie. Malutka kawiarnia (i sklep) w stylu vintage gdzie serwuję się kawę przygotowywaną na piasku. Pewnie część z Was zna ten sposób parzenia kawy z krajów arabskich. Tak inaczej, egzotycznie jak na Rosję i w pięknym otoczeniu.

Kawa była świetna, dostałam do niej baklavę. Można płacić kartą, obsługa po angielsku mówi tak jak ja po rosyjsku 😉

Jak widzicie w Kaliningradzie jest mnóstwo dobrych i stosunkowo tanich restauracji. Urządzone są one tak, że można w nich spędzać całe dnie. Wszędzie jet wifi, łatwiej lub trudniej ale wszędzie się można dogadać, wszędzie można dobrze zjeść. Chyba już nikt nie ma wątpliwości, że mimo cholernie dziwnej sytuacji w jakiej się obecnie znajdujemy ja do tego Kaliningradu wrócę. I to szybciej niż później!

Madryt – przewodnik kulinarny – gdzie zjeść w Madrycie?

Uwielbiam Madryt. Szczerze mówiąc zdecydowanie wolę stolicę Hiszpanii od popularniejszej Barcelony. Ale zawsze jakoś tak się składa, że w Madrycie bywam przy okazji. Parę ładnych lat temu spędziłam w Madrycie 1 dzień, bo kupiłam sobie bilety na Maltę z Poznania przez… Madryt 😀 I tak już kilka razy. Podczas mojej ostatniej podróży, której głównym celem była Andaluzja w Madrycie spędziłam 2 dni. I były to dni poświęcone na niespieszne włóczenie się po mieście. Bez zwiedzania, muzeów, pałaców i innych atrakcji. Tylko ja i Madryt. Wróciłam jeść do sprawdzonych miejscówek ale też odkryłam coś nowego. Zapraszam na mój mały przewodnik – Madryt kulinarnie czas start!

Mercado de San Miguel

Na początek klasyk klasyków i miejsce, które absolutnie trzeba odwiedzić w Madrycie – czy to na tapas, czy na szybki lunch, czy po prostu na lampkę wina. Coś słodkiego też się znajdzie.

Mercado de San Miguel to najsłynniejsza hala targowa w Madrycie. Tak jak nie ma zwiedzania Barcelony bez wizyty na targu la Boqueria, tak nie ma włóczęgi po Madrycie bez choćby jednorazowej wizyty w Mercado de San Miguel. Oczywiście wiele osób narzeka, że ceny są wysokie, że to atrakcja dla turystów, że z roku na rok coraz mniej tu autentycznego hiszpańskiego klimatu… Ale radzę tych głosów nie słuchać tylko pójść i samemu zdecydować czy to miejsce na jednorazową wizytę czy tak jak ja będziecie chcieli tu wracać i wracać.

Mercado de San Miguel mieści się w samym centrum miasta, tuż przy Plaza Mayor. Sama hala została wybudowana w 1916 roku, w latach 2003 – 2009 przeszła generalny remont i dziś jest nie tylko miejscem gdzie można dobrze zjeść w Madrycie ale też atrakcją turystyczną samą w sobie.

W środku czeka ponad 30 stoisk, a na nich symbol Hiszpanii – szynka iberyjska, owoce morza, które przyjeżdżają do Madrytu codziennie z Galicji, sery z Kastylii, Asturii i Kraju Basków, hiszpańskie oliwki, desery, bary z winem i tapas wszelkiego rodzaju. Dla miłośników włoskich klimatów – jest Aperol i stoiska z włoskimi przekąskami.

Mercado de San Miguel jest oczywiście miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów ale spotkacie tu też mnóstwo Madrytczyków. Za dnia wpadają na szybki lunch, wieczorem na lampkę wina u ulubionego barmana. Jeśli jeszcze macie wątpliwości czy warto się tu wybrać to już nie powinniście. Dla mnie punkt obowiązkowy każdej wizyty w Madrycie.

Godziny otwarcia hali: niedziela-czwartek 10.00-24.00, piątek i sobota 10.00-1.00.

Mercado de San Anton

Druga hala targowa, którą warto odwiedzić w Madrycie to Mercado de San Anton położona w dzielnicy Chueca przy Calle de Augusto Figueroa 24. Jeśli szukacie miejsca gdzie warto zjeść w Madrycie to zapiszcie sobie ten adres. Tu turystów jest bardzo niewielu – miejsce zdecydowanie oblegane przez Madrilenos.

Ja zresztą mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju hal targowych – na publikację czekają wpisy z Kaliningradu czy Stuttgartu gdzie też traciłam głowę i zdrowy rozsądek w tego typu miejscach.

Mercado de San Anton liczy kilka poziomów. Na pierwszym znajduje się supermarket (żadna to atrakcja więc można pominąć). Na drugim już robi się ciekawiej – są tu stragany ze świeżymi owocami i warzywami, rybami, oliwkami, szynkami i wszelkimi innymi specjałami jakie jesteście sobie w stanie wyobrazić. To miejsce na zakupy spożywcze, nie na jedzenie.

Najpyszniej robi się na kolejnym piętrze – tu mamy kilkanaście stoisk z tapasami i daniami z różnych stron Hiszpanii. Ale dla znudzonych hiszpańską kuchnią jest też sushi.

Ja zdecydowałam się na kolację rodem prosto z wysp Kanaryjskich. Wino też było z Gran Canarii! Świetne.

Największa atrakcja targu znajduje się na ostatnim piętrze. Tą atrakcją jest restauracja La Cocina de San Anton z prawie 400-metrowym tarasem oferującym nieziemskie widoki na Madryt. Przepięknie urządzona, zawsze pełna ludzi. Na zewnątrz znajduje się koktajl bar więc nie musicie tu jeść, można przyjść tylko na kawę lub lampkę wina. Jeśli chcecie odkrywać Madryt Kulinarnie – pozycja obowiązkowa.

Takos al Pastor

Jest takie miejsce w Madrycie, do którego zawsze stoi kolejka przed wejściem. Mowa o restauracji Takos al Pastor. A właściwie o dwóch restauracjach – jedna mieści się tuż przy Plaza Mayor przy Calle de Botoneras 7, a druga bardzo blisko Gran Via – przy Calle de la Abada 2. Jak nietrudno się domyślić restauracja serwuje meksykańskie tacosy. W wersja różnych różnistych ale najlepsze jest w nich to, że 1 taco kosztuje tylko 1 EUR. Ceny jedzenia w Madrycie są dosyć wysokie więc nic dziwnego, że knajpa, która serwuje dobre i tanie jedzenie w samym centrum miasta jest tak oblegana. Są tacos, są quessadillas, jest margarita. Same pyszności.

Menu dostępne jest tylko w języku hiszpańskim ale obsługa mówi bardzo dobrze po angielsku i można bez problemu zamówić co się chce. Jak już odstoicie swoje w kolejce do wejścia to potem na jedzenie czeka się dosłownie 3 minutki. Gdzie dobrze i tanio zjeść w Madrycie? Takos al Pastor! Koniecznie!

Śniadanie w parku El Retiro

Wybór tego co zjeść na śniadanie w Hiszpanii dla mnie jest banalny – tortilla de patatas. Codziennie. Do znudzenia. Prosta rzecz – ziemniaki, jajka, cebulka. Polane obficie oliwą. Uwielbiam i jadam codziennie podczas pobytów w Hiszpanii.

A gdzie zjeść śniadanie w Madrycie? W słoneczny dzień, nawet lutowy, najlepiej smakuje w parku El Retiro. Jest tam sporo restauracji i kawiarni, które całym rokiem oferują śniadania z pięknym widokiem na tłumy spacerowiczów i biegaczy. Tym razem jadłam w Galapagos – było super smacznie. I widok mają chyba najlepszy 🙂 Tortilla de patatas, kawa i wino – idealne rozpoczęcie pięknego dnia w Madrycie 🙂

Barajas Campanilla

I na koniec miejsce najbardziej niepozorne, z dala od turystycznego zgiełku Madrytu, a dla mnie prawdziwa perełka na kulinarnej mapie stolicy Hiszpanii. Jest to miejsce, do którego pewnie większość z Was jednak nie trafi, bo znajduje się ono w dzielnicy Barajas – kilkaset metrów od lotniska. Ze względu na to, że mój lot powrotny z Madrytu był o 7 rano zdecydowałam się spędzić ostatnią noc w stolicy Hiszpanii właśnie w dzielnicy Barajas, żeby szybko dojechać na lotnisko (metro w Madrycie kursuje dopiero od 6 rano!).

Jeść wyszłam o godzinie 16 – większość restauracji w Hiszpanii jest o tej porze zamkniętych. Jedyną otwartą była właśnie Barajas Campanilla. Jak popatrzyłam na ten staroświecki bar i stoliki z obrusami w kratę to pomyslałam, że albo to będzie kompletna porażka albo strzał w 10tkę. I nie pomyliłam się. Zacznijmy od tego, że barman – pan w średnim wieku (delikatnie rzecz ujmując) bardzo dobrze mówił po angielsku. Dodajmy, że w Madrycie to rzadko spotykane, nawet jeśli w restauracjach jest angielskie menu to kelnerzy nie mówią w tym języku nawet słowa. Pan był bardzo kontaktowy i czułam się taka… zaopiekowana. Na początek dostałam lampkę wina i różne tapasy do spróbowania. Byłam przekonana, że to wszystko znajdzie się później na moim rachunku ale okazało się, że to wszystko było po prostu miłym gestem ze strony obsługi! Tapasy rozbudziły mój apetyt więc zamówiłam ich więcej, do tego wciągnęłam ogromny kawałek tortilla de patatas (uwielbiam i nie mogłam sobie odmówić) no i to wino… 🙂 A na koniec dostałam jeszcze deser – domową pralinkę czekoladową. Bardzo przyjemne zakończenie mojej hiszpańskiej wyprawy. Jeśli też będziecie kiedyś spać w Barajas czy to przy okazji jakieś przesiadki czy wczesnego wylotu to koniecznie idźcie do Campanilla!

Luksemburg na weekend – podstawowe informacje

Luksemburg, Luxembourg a właściwie Wielkie Księstwo Luksemburga. Wycieczka do tego małego kraju chodziła mi po głowie od jakichś 4 lat. Zawsze jak lądowałam w Charleroi i widziałam autobusy flibco jadące do Luksemburga to sobie obiecywałam, ze następnym razem też tak zrobię. Ale czas mijał i zawsze było coś ciekawszego do zobaczenia.

Luksemburg – jak dolecieć?

W tym roku postanowiłam rozprawić się z europejskimi krajami, w których do tej pory nie byłam. I zabukowałam bilety do Luksemburga. Jak się dostać do tego małego państwa? Najtaniej – Ryanair lub Wizzair do Brukseli Charleroi a stamtąd busem flibco do Luksemburga. Bilety do Charleroi można upolować za 39zl OW, bilety na busa kupowane z dużym wyprzedzeniem są po 5EUR. Podróż z lotniska Charleroi do Luksemburga trwa niecałe 3 godziny.

Opcja droższa ale wygodniejsza – bezpośredni lot z Warszawy do Luksemburga LOTem. Ja leciałam Lufthansą przez Monachium. Dzięki dobrym połączeniom byłam tam dwa pełne dni, przyleciałam w piątek o 9 rano, odlatywałam w sobotę o 20.25.

Do Luksemburga dolecicie też Ryanairem z Londynu i Bergamo.

Luksemburg – dojazd z lotniska do miasta

Jest bardzo prosty. Po wyjściu z hali przylotów trzeba wjechać na pierwsze piętro, do hali odlotów. Z terminala wychodzi się praktycznie na przystanek autobusowy. Bus linii 16 kursuje co 10 minut (w weekendy co 20), do centrum miasta dojeżdża w 20-25 minut, do dworca kolejowego Gare de Luxembourg w 30-35. Bilet kosztuje 2 EUR, do kupienia w maszynie na przystanku lub poprzez SMS. Warto rozważyć zakup biletu całodniowego za 4 EUR. Uwaga, jeśli przylatujecie wieczorem to nie kupujcie tego biletu, bo nie jest on ważny 24 godziny tylko do godziny 4 rano dnia następnego po skasowaniu. Jeśli chcecie zwiedzać Luksemburg to warto rozważyć zakup karty Luxembourg Card, która również obejmuje transport. Bilety są ważne nie tylko na komunikację miejską w mieście Luksemburg ale także na autobusy międzymiastowe i kolej.

Luxembourg Card – czy warto?

Luksemburg, jak wiele innych miejsc na świecie oferuje specjalną kartę dla turystów. Przyznam szczerze, że jestem wielką fanką takich rozwiązań i często korzystam z tego typu udogodnień. Kartę Luxembourg Card możemy kupić w centrum informacji turystycznej na głównym placu miasta, w wielu hotelach oraz zamówić na stronie internetowej. Jeśli zamówimy z odpowiednim wyprzedzeniem to kartę prześlą nam do domu. Opcja szybsza i praktyczniejsza – ściągamy aplikację Luxembourg Card i tam dokonujemy zakupu płacąc kartą kredytową lub poprzez PayPal. Kartę mamy wtedy w telefonie. Uwaga, po zakupie musimy ją aktywować. Jeśli kupujemy kartę na 2 lub 3 dni musimy aktywować ją każdego dnia. Koszt karty to 13 EUR za 1 dzień, 20 EUR za 2 dni i 28 EUR za 3 dni. Istnieją również karty rodzinne, szczegóły na stronie internetowej. Karta poza transportem w całym księstwie zapewnia darmowy wstęp do szeregu muzeów, zamków i innych interesujących miejsc. Jeśli chcecie zwiedzić Luksemburg a nie tylko przespacerować się po mieście to karta zdecydowanie się opłaca. Ja wybrałam opcję 2-dniową i korzystałam z niej  intensywnie co jeszcze opiszę.

Luksemburg – gdzie spać?

Noclegi w Luksemburgu są, co tu dużo mówić, drogie. Sprawdzony i polecony jest Luxembourg City Hostel, więc w opcji budżetowej na pewno się sprawdzi.

Ja na ten wyjazd wybrałam Hotel Empire. Nie był najtańszy ale tańsze i gorsze hotele były tańsze o zaledwie 10 EUR więc uznałam, że ten hotel to najlepszy stosunek jakości do ceny. Hotel jest przede wszystkim świetnie położony – tuż przy dworcu kolejowym skąd łatwo dotrzeć z/na lotnisko, do centrum miasta oraz w każde inne miejsce w Luksemburgu. Pokój nie był duży ale sprytnie urządzony przez co nie odczuwało się braku przestrzeni. Bardzo mi się podobało, że zarówno w pokoju, jak i w restauracji były książki na półkach – to tworzyło przyjemną, domową atmosferę. W cenę pokoju wliczone jest też bardzo dobre śniadanie w przyjemnej restauracji z widokiem na miasto. Jest przechowalnia bagażu. Mogę ten hotel polecić z czystym sumieniem.

Luksemburg to miasto banków i europejskich instytucji, wciąż mało popularne turystycznie stąd ceny noclegów są zdecydowanie niższe w weekendy niż w tygodniu. Weźcie to pod uwagę planując wyjazd.

Luksemburg – poruszanie się po mieście

Najłatwiej – pieszo. Centrum jest dosyć ścisłe i stosunkowo niewielkie, wszędzie dotrzemy na nogach choć chcąc zwiedzać i dolne, i górne miasto trochę się powspinamy. Komunikacja miejska jest dobrze rozwinięta, autobusy kursują często, punktualnie i do praktycznie każdego zakątka miasta. Na każdym przystanku jest rozkład jazdy jak i tablice multimedialne z rzeczywistym czasem przyjazdu każdego z autobusów. W mieście kursują także tramwaje ale spotkacie je bardziej na obrzeżach niż w ścisłym centrum.

Luksemburg – co zjeść?

Na temat tego co zjeść w Luksemburgu nie mogłam znaleźć żadnych informacji przed wyjazdem. Trzeba było szukać na miejscu.

Luksemburg ma bardzo francuski klimat i znajdziemy tam mnóstwo francuskich knajpek. Ale typowa tradycyjna kuchnia luksemburska ma dużo więcej wspólnego z kuchnią niemiecką.

Typowe luksemburskie dania to:

Feierstengszalot – sałatka z ziemniakami, gotowaną wołowiną i sosem vinaigrette.

Kniddelen mat Speck – pierogi z wędzonym bekonem

Judd mat Gaardebounen – danie z wieprzowiny z fasolą

Choucroute garnie – znane z Alzacji danie z kapustą, ziemniakami i mięsem

Gratin luxembourgeois – zapiekanka ziemniaczana z boczkiem, śmietaną i serem.

Zdecydowanie nie jest to moja ulubiona kuchnia ale zdecydowałam się na ziemniaczaną zapiekankę. Była bardzo smaczna choć duża, ciężka i tłusta.

Zdecydowanie wolę opcję typowo francuską – tutaj crepe au caramel.

Luksemburg – wino

Mało kto zdaje sobie sprawę, że w Luksemburgu produkuje się wino. Najbardziej popularne jest wino musujące – Crémant de Luxembourg. W Luksemburgu znajduje się kilka winnic, które można zwiedzać. Najsłynniejsza to Caves Bernard Massard znajdująca się w Grevenmacher. Poza tym możemy zgłębić tajniki produkcji wina w Caves de Wormeldange, Caves St Martin  (w Remich) czy w Caves du Sud Remerschen. Bardzo chciałam którąś z nich odwiedzić ale niestety podczas tego wyjazdu zabrakło mi czasu. Następnym razem! W knajpach najczęściej zaproponują Wam rieslingi, które smakują bardzo podobnie do tych niemieckich. Jedna butelka wina musującego przyleciała ze mną do Polski. Zastanawiałam się czy kupno wina musującego na podróż samolotem (zmiany ciśnienia) to dobry pomysł ale uznałam, że skoro sprzedają je na lotnisku to musi to być bezpieczne. Wino doleciało  w całości ale się rozszczelniło (?), w każdym razie torba, w którą było zapakowane była w środku lekko mokra.

Luksemburg – ceny

Jest drogo ale nie aż tak strasznie drogo jak się spodziewałam. Drogie są noclegi oraz jedzenie na mieście (na obiad trzeba przeznaczyć co najmniej 20 EUR). Ceny w markecie są takie jak w każdym europejskim kraju, tania jest komunikacja zbiorowa. Mam wrażenie, że Luksemburg robi wszystko, żeby przekonać mieszkańców i turystów do korzystania z komunikacji, nie ma się czemu dziwić, nawet w tak małym mieście są spore korki. Pamiątki też kosztują tyle co w innych europejskich metropoliach – pocztówki po 0,5 EUR, magnesy 3 – 4 EUR.

Alzacja – co zjeść?

Alzacja to Francja więc oferuje bogactwo kuchni francuskiej. Ale nie tylko, region położony jest blisko Niemiec i wpływy niemieckie widoczne są także w kuchni.

Jednym z najsłynniejszych alzackich dań jest choucroute. Danie jednogarnkowe na bazie kiszonej kapusty i mięsa, co najmniej 3 rodzajów, często 5. Podawane najczęściej z ziemniakami i śmietaną. Często  dodaje się do niego flaczki i podroby. Przyznaję, że danie wyglądało tak ciężko, że nie zdecydowałam się go spróbować. Zwłaszcza, że porcje też wszędzie wyglądały na ogromne, a ja byłam na tym wyjeździe sama. Za porcję tego dania trzeba zapłacić w restauracji ok. 20 EUR ale myślę, że taką porcją spokojnie najedzą się 2 osoby.

Bretzel – chyba najpopularniejsza alzacka przekąska, precle są wszędzie, są też dedykowane wyłącznie im sklepy i stoiska.

Francja to muszą być też sery. Ser Munster produkowany w alzackiej dolinie o tej samej nazwie. Smak ma intensywny i bardzo charakterystyczny, jest częstym dodatkiem do tarte flambee.

Tarte flambee to danie, które zjecie w naprawdę każdej alzackiej knajpie (a przynajmniej tej szanującej się). Jest to cienki (cieniutki!) placek z drożdżowego ciasta, pieczony na kamieniu. Tradycyjnie posmarowany jest śmietaną i posypany boczkiem oraz cebulą. To wersja najbardziej tradycyjna. Istnieje kilka wariacji placka – dodatkiem może być ser (często Munster), pieczarki czy wędzony łosoś. Najczęściej podawany bez sztućców. Moja wersja była z serem, i oczywiście lampką alzackiego wina (tu riesling).

Tarte flambee występuje też w wersji na słodko ale taką można spotkać w niewielu restauracjach. Nie próbowałam wersji słodkiej.

Alzackie wina

Próbowanie alzackich win stanowi nieodłączony element wizyty w tym regionie Francji. Winogrona porastają ogromną część Alzacji. Produkuje się tu głównie wina szczepów pinot (blanc, gris i noir), riesling, muscatgewurtztraminer. Alzackie wina są delikatne i łagodne w smaku, takie codzienne. Ciekawostka – w większości restauracji wino podaje się w charakterystycznych dla tego regionu kieliszkach na zielonych nóżkach. Taki alzacki kieliszek ma pojemność 120ml. Lampka wina w restauracji to koszt 2,5 – 5 EUR. W zależności od szczepu i oczywiście klasy restauracji.

Najsłynniejsza chyba francuska przekąska – croque monsieur. Tost z serem i szynką. Występuje także wersja croque madame – dodatkowo z jajkiem na wierzchu.

Wizyta we Francji nie może się obyć bez słodkości. Tarte tatin to odwrócona tarta, ciasto z jabłkami. Moja była pyszna ale zdecydowanie za słodka, myślę, że raczej przez sos, którym była polana.

Alzackie ciasteczka – kokosanki sprzedawane w wielu piekarniach. Tutaj w wersji pistacjowej. Pierwszy kęs – ciastko jak ciastko. Z każdym kolejnym (kęsem, nie ciastkiem) dochodziłam do wniosku, że jednak pistacjowa kokosanka to prawdziwe mistrzostwo świata. Polecam spróbowanie tych ciastek w Maison Alsacienne de Biscuiterie – jest kilka punktów w mieście.

I na koniec mój pierwszy posiłek w Alzacji. Mało alzacki ale bardzo francuski. Galette, czyli gryczany naleśnik. Danie pochodzi z Bretanii ale naleśniki z mąki gryczanej zjecie w wielu miejscach we Francji. Mój był z serem i szynką dojrzewającą, przepyszny. Zjedzony w przepięknie urządzonym Bistro Gourmand w samym centrum miasta.

Mam wrażenie, ze w Alzacji życie toczy się wokół jedzenia. Trudno nie wrócić stamtąd z dodatkowymi kilogramami 😉 zresztą popatrzcie tylko na te witryny.

W Colmar warto też odwiedzić halę targową w okolicy małej Wenecji (rue des Ecoles 13). Kupimy tam lokalne produkty, wypijemy lampkę alzackiego wina albo zjemy tartę flambee.